piątek, lutego 19, 2010

Powrót do Ą.

Scenopis, czy jak to się tam nazywa. (A także, jak się okazuje, pięćsetny wpis na tym blogasie.)


Kamera cały czas patrzy oczyma głównego bohatera, któregośmy sobie nazwali T. I cały czas nisko, wąsko, poruszając się ospale i apatycznie.


Scena 1

Jest dość mroczno, zapewne wczesny poranek.

T. wysiada z autobusu i od razu znajduje się w się tłumie ludzi mrowiącym się pomiędzy autobusem i niskim, bardzo niepozornym budynkiem dworca autobusowego w Ą. W sumie nie widzimy niemal nic, pole obserwacji kamery jest bardzo wąskie, a tylko przechodzimy wraz z kamerą kilkanaście metrów przez tłum ciemnoubranych, nie różniących się niemal pomiędzy sobą ludzi, o niezbyt określonej płci, którym się zresztą wcale nie przyglądamy.  Zdają się w każdym razie być wszyscy niemal tacy sami i tak samo ubrani, w coś, co się całkiem w oczy nie rzuca i niczym nie wyróżnia. W dodatku ci ludzie są niemal całkiem cisi, a w każdym razie nie potrafimy w ich mowie rozróżnić żadnego słowa.

Atmosfera apatii i niezbyt dotkliwego przygnębienia. (Na ile to się da jeszcze jakimiś środkami oddać.)

Jeśli zdecydujemy się na jakieś narracyjne monologi, to głos T., naszego bohatera, mówi nam, że przybył do Ą., miasta w którym kiedyś się wychował, po trzydziestu niemal latach, w sumie bez bardzo wielkiej potrzeby, ale chciał tu kogoś ze swojej młodości odnaleźć i zobaczyć co się zmieniło, a co nie.


Scena 2

T. wraz z dużą ilością takich samych anonimowych ciemnoubranych i niemal milczących ludzi idzie przez kilka, czy może kilkanaście, minut tunelami i schodami w górę i w dół.

Atmosfera apatii zmieszanej z wzbierającym, choć w sumie jeszcze nienachalnym, poczuciem absurdu.

Ew. głos T. mówiłby, że za jego czasów nic podobnego do tego dworca w Ą. nie było i nie spodziewał się tutaj czegoś podobnego, no ale przecież minęło trzydzieści lat i wiele się wszędzie zmieniło.


Scena 3

T., wraz z pewną ilością tych ludzi, przybywa do dużej sali, wyglądającej na główną salę dworca autobusowego w Ą. Jest ona wielkości, powiedzmy, sali dworca kolejowego w stutysięcznym mieście, czyli z grubsza prostokąt o boku 30 czy 40 metrów, tyle, że bardzo nieregularna w kształcie, wcale nie prostokątna. Sufit bardo wysoko. Sala ma taki nieregularny kształt, że stwarza wrażenie niedokończonego postmodernizmu, ale bez żadnych okrągłości (które i tak chyba są ze stiuku, więc to dodatki) – po prostu jej rzut poziomy ma bardzo nieregularny kształt, z licznymi załamaniami. Ściany i sufit są pomalowane białą wapienną farbą, w niektórych miejscach wystają jakieś grube kable.

Posadzka nie rzuca się specjalnie w oczy, zresztą nasza kamera niemal jej nie widzi. Cały czas operuje bardzo wąsko, podążając za wzrokiem naszego bohatera, który jest spokojny i nieco ospały.

Na tej posadzce, w środku sali, siedzi może z osiemdziesięciu takich samych ludzi, jak poprzednio. Oni siedzą na jakichś dyktach czy tekturach, ale ich właściwie spod nich nie widać. Siedzą bardzo gęsto upakowani, niemal w milczeniu i bardzo spokojnie.

T. siada z brzegu tej grupy na małym skrawku tektury.


Scena 4

Ta sama sceneria. T. siedzi tam zapewne kilka godzin, choć w filmie tyle to nie trwa, a tylko stwarzamy to wrażenie przez przeskoki w czasie i senną narrację. Nie ma zresztą specjalnie czego narrować.

Jednak czasem słyszymy, jak niektórzy z tych siedzących ludzi ze sobą przez krótką chwilę rozmawiają. Rozumiemy, że też chcieliby się stąd wydostać, ale wiedzą, że to nie od nich zależy, że nie ma sposobu, by to przyspieszyć, czy choćby przewidzieć kiedy może się udać. Mówią cicho, mało, prostym językiem, tylko do najbliższych sąsiadów, zawsze tylko na temat wydostania się z dworca do miasta.

Co pewien czas przychodzi jakiś człowiek albo dwóch, wyglądający w sumie tak samo jak ci wszyscy, i zabiera kogoś z siedzących, wyprowadzając go przez duże drzwi, wyglądające na wyjściowe i nijak nie chronione. Zdaje się, że przychodzą przeważnie wkrótce po tym, jak ktoś coś powie i zabierają z tej mniej więcej okolicy, gdzie coś powiedziano, ale to nie jest takie bardzo wyraźnie widoczne. Wszystko zresztą odbywa się niezwykle spokojnie i w kompletnej ciszy.

T. z urywanych, cichych komentarzy współtowarzyszy niedoli – które jednak nigdy nie są skierowane do niego, ponieważ jego wszyscy tutaj zdają się ignorować – dowiaduje się, że taki ktoś kogo zabrano, zostaje zabrany na „pierwsze piętro”.

T. po jakimś czasie (w domyśle po dość wielu godzinach) próbuje zagadnąć swoich najbliższych sąsiadów na temat – nie tyle sposobu wydostania się z tej sali i dworca, bo to wydaje się nie stanowić problemu, choć jakoś nikt tego nie robi – tylko tego, jak dostać się do centrum Ą.

Pyta ich: „Jak stąd dojść do tej głównej ulicy, która się kiedyś nazywała 1-go Maja, a była przedłużeniem Traugutta? Jak dojść do ulicy Hetmańskiej?” (Niektórzy mogą się domyślić na podstawie tych danych, o jakie miasto tu chodzi. I będą mieli rację.)

T. ma wrażenie, że to jest bardzo blisko, w końcu „cywilizowana część” Ą. nadal nie jest aż taka wielka. Jednak wszyscy, choć wyraźnie chcieliby się stąd wydostać, siedzą na tej posadzce i czekają, więc T. też siedzi. Z narastającym poczuciem absurdu i bezsilności. (Jak to pokazać? Cóż, pewnie wcale, sam widok tej sali i tych ludzi powinien wystarczyć.)


Scena 5

T. udaje się usłyszeć, jak nieco dalej ktoś z tych siedzących mówi: „Uważajcie, dzisiaj lepiej stąd nie próbować wychodzić, nawet na podwórko, bo milicja łapie każdego”. Zastanawia się nad tym co usłyszał i postanawia jednak spróbować wyjść na to podwórko. Wstaje i podchodzi do drzwi wyjściowych, wielkich i nie tylko, że całkiem niezabezpieczonych, ale po prostu na oścież otwartych. Tych samych zresztą, przez które wyprowadzano niektórych ludzi, tyle że tam po lewej faktycznie są schody prowadzące w górę.

T. wychodzi na dwór. Jest teraz jasno, słońca nie widać, wszystko jest jakby oświetlone lampą bezcieniową – jest jasno, ale całkiem bez cieni. Dominuje biel murów i jasne (zapewne betonowe) podłoże, a kamera (i wzrok T.) nie podnosi się w ogóle na tyle, by pokazać coś powyżej murów.

Lekko niespokojny z powodu tej milicji, ale wcale nie bardzo, rozgląda się. Widzi, że jest na sporym dziedzińcu, otoczonym murem o wysokości około trzech metrów, nie wyglądającym specjalnie groźnie, czy nie do zdobycia. Mur jest pomalowany na biało, tak samo jak wnętrze sali. Dziedziniec ma nieregularny kształt, jest całkiem pusty.

T. robi kilka kroków, zagląda w kilka zakamarków i za parę załamań muru. Z daleka wydaje się nawet, że tam mogą być jakieś wyloty, bramy, całkiem niezamknięte, jednak T. tego nie sprawdza. Po krótkim pobycie na dziedzińcu wraca do sali.


Scena 6

Wracając do sali T. zagląda za załamanie muru, już w środku. Widzi, że jest tam budka, coś w rodzaju bardzo eleganckiej, choć niezbyt wielkiej, kasy biletowej. Budka wygląda na tradycyjną, w takim zamożnym mieszczańskim dziewiętnastowiecznym stylu. Kasa nie stoi przy samej ścianie, tylko na środku danej części tej nieregularnego kształtu sali, ale jest połączona ze ścianą niskim murkiem idącym od jej boków.

W środku dość zażywna, wyglądająca całkiem żywo i w miarę sympatycznie (a w każdym razie nic upiornego)  niewiasta w średnim wieku. Niemal przed samą kasą siedzi także kilku z tych koczujących ludzi, ale tuż przed nią dwoje dzieci w wieku może pięciu lat pracowicie wykonuje koziołki. Chłopiec i dziewczynka, przyzwoicie choć w nierzucający się w oczy sposób, ubrane. Normalne zdrowe dzieci, tak się wydaje. I bawią się też całkiem normalnie, choć z dziwnym zapamiętaniem, nic nie mówiąc, fikają te kozły.

T. cieszy się, że znalazł tę „kasę”, czy, jak sobie wyobraża, „informację”. Pyta tę kobietę w środku o sposób dojścia do „tej głównej ulicy, która się kiedyś nazywała 1-go Maja, a była przedłużeniem Traugutta, albo do Hetmańskiej”. Słysząc go, kobieta w budce zaczyna jednak bardzo głośno i z nieprzekonującym zapałem przemawiać do robiących fikołki dzieci, udzielając im rad, zachęt... Co te całkowicie ignorują. Mamy wrażenie, że chodzi tylko o to, by nie usłyszeć pytań T. i nie musieć na nie odpowiadać.

T. jakiś czas czyni swoje wysiłki, wpadając kobiecie w pół słowa, ona zaś wpada w pół słowa jemu. Ludzie siedzący na posadzce patrzą na niego nieco ironicznie, pada nawet kilka cichych, ironicznych słów na temat jego wysiłków i jego samego, ale w sumie ci ludzie nadal są apatyczni i żadnych emocji nie przejawiają. W końcu T. wydaje się, że ją zmusił do odpowiedzi. Kobieta mówi: „niech pan siądzie i poczeka, pomożemy panu”.

T. siada na swoim zwykłym miejscu, z brzegu dużej grupy koczującej na posadzce dworca autobusowego w Ą. Siedzi tam dłuższą chwilę zamyślony.


Scena 7

T. siedzi na tej posadzce, a kiedy w końcu podnosi nieco wzrok, spostrzega, że podszedł doń niezwykle wysoki, chudy mężczyzna w nieco przykusym fartuchu pielęgniarza. Mężczyzna ten ma gęstą, krótką rudą bródkę otaczającą mu twarz, i krótkie rude włosy. Ma też niezwykle małą głowę, choć to wrażenie może być wyolbrzymione przez to, że jest niesamowicie wysoki, a T. siedzi na ziemi. Facet wyciąga do T. rękę, by pomóc mu wstać i mówi, że zabiera go na pierwsze piętro, gdzie zostanie mu udzielona pomoc.

T. wie, że sprawa nie wygląda wesoło, a mimo to, jest już tak skołowany, że na jakieś 10-20% wierzy niemal, że może jednak naprawdę chcą mu tam po prostu pomóc. (Czego nie dałoby się i tak pokazać w tej filmowej konwencji, którą tutaj sobie wyobrażamy, ale że był to mój autentyczny sen z poprzedniej nocy, więc mówię, jak było. A w razie czego można tę konwencję dopełnić ew. narracją, albo czymś.)

10 komentarzy:

  1. Gratulacje za ilość i jakość wpisów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Wsie w Mieście

    Pewnie to nie ma dla nikogo znaczenia, ale coś akurat sobie uświadomiłem.

    Wyjaśnianie własnej literatury zdaje się być żałosne, zgoda, ale tu przecież nie tyle chodzi o literaturę, co o to, co siedzi głęboko w podświadomości Pana Tygrysa, czyli jak on naprawdę widzi tę naszą, niech ją szlag, rzeczywistość.

    No i akurat sobie uświadomiłem dlaczego wnętrze tej sali i ten dziedziniec były takie, nie do końca, ale postmodernistyczne...

    To było wnętrze i dziedziniec MECZETU! Uświadomiłem sobie to myśląc o tym dziwnym, pustym, obszernym, otoczonym średnio-wysokim białym murem dziedzińcu... To był dziedziniec MECZETU, z całą pewnością! No a potem zrozumiałem, że wnętrze tej hali także temu skojarzeniu zawdzięczało swój specyficzny charakter.

    A więc, kto do czytał, niech się cieszy - Allach Akbar a przed nami świetlana przyszłość! ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Tygrys
    Zara, zara, jaki meczet! Toż to typowe więzienie etapowe jakiegoś nowego NKWD, najprawdopodobniej przerobione z meczetu (co w sumie by sie zgadzało), w drodze do docelowego koncłagru, drogi Tygrysie! A jeżeli zauważyłeś byłeś kiedyś, iż Twe sny posiadają jakąkolwiek moc prognostyczną (co nie daj Boże)no to jest pięknie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak Ci się podobają plany Nicka na przetrwanie Wielkiej Smuty, (jaka jego zdaniem nieuchronnie nadejdzie za 20-40 lat, z chwilą jednoczesnego kolapsu UE i WNP)?
    Czy twoim zdaniem grozi nam w ciągu najbliższych miesięcy wybuch - mówiąc słowami Kołłątaja- "jakiejś lichej barszczyzny, na ostateczną kraju zatratę"? Czy w momencie masowego wywłaszczaniu przez Prusaków ludu na Ziemiach (Nie-do-końca-jak-widać)Odzyskanych i przez merkurian w wielkich miastach lud ten przebudzi się i poruszy? A może raczej przewróci się na drugi bok i znowu smacznie zaśnie?
    Taki wybuch zdaniem Nicka jest obecnie stanowczo za wczesny, stanie się kolejną przegraną ruchawką, a zarazem igrzyskami dla euro-gawiedzi i wykształciuchów (taką namiastką prześladowań chrześcijan w Rzymie, a zarazem próbą generalną przed właściwymi czystkami).
    Wiem, że się brzydzisz bieżączką, ale co sądzisz o ostatniej nagonce na pseudokibiców? Czy te grupy rzeczywiście ewoluują w stronę współczesnych zakonów rycerskich lub partyzanckich armii, czy to tylko przejaw narastającej paranoi propagandzistów Lewiatana?
    (Ostatnio prof. Czapiński ostrzegał przed narastającym faszyzmem i klerykalizmem w Polsce. Ponoć nawet starzy towarzysze nieuchronnie staczają się w moczaryzm i narodowy socjalizm...)

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Amalryk

    Ta, mam prorocze sny. Cieszysz się?

    Co do stacji przeładunkowej przerobionej z meczetu to zapewne masz rację. Mnie po prostu te nawiązania do meczetu uderzyły już po wielu godzinach zastanawiania się nad tą scenerią na jawie.

    Jezu, ale tam były głębie i znaczenia w tym śnie!

    Pzdrw

    OdpowiedzUsuń
  6. @ Anonimowy

    A jakież to Nicek ma te plany? Patrzyłem ostatnio co pisze i coś tam było o dwóch milionach Robinsonów, co to potrafią przetrwać bez tego całego... Facet naprawdę bez codziennej dawki optymizmu nie potrafi! ;-)

    Ale całkiem możliwe, że coś przegapiłem. Choć do optymizmu Nicka wciąż mi ogromnie daleko, raczej przeciwnie.

    Faszyzm? Jasne! Zawsze gotów podnieść swój paskudny łeb, a Moczaryzm, pozornie tylko pokonany, tylko czeka, by mu pomóc... I te rzeczy. Profesorek wie co mówi, wie za co mu płacą i nie chce przestać być autorytetem, co można zrozumieć.

    Znowu atakują kiboli? Wiesz, nawet do to mnie teraz nie dotarło, ale to logiczne. Sam zastanawiałem się, a nawet parę słów napisałem, na temat zmobilizowania kiboli, a potem wojska (jakiego wojska?!) i policji... Jeśli coś się gdzieś ruszy, to raczej właśnie to.

    Ale nie oszukujmy się - to nie będzie ładne, gładkie, humanitarne i bez masy postronnych, niewinnych często ofiar. Co nie jest jeszcze przez cały ten... wiadomo, opanowane, to zupełne doły, korzonki traw, nasieniowody w których ciurka jeszcze jakiś sekretny testosteron...

    To nie jest nawet żadna stoicka opozycja czasów Nerona czy Kaliguły, to niewykształceni ludzie, nie ufający żadnym intelektualistom, którzy po prostu nie godzą się, całkiem spontanicznie, ze skastrowaniem ich i całego ich świata. Odległość od gangsterów czy jakichś desperatów będzie niemal niezauważalna. Choć faktem jest, że ci gangsterzy nie będą raczej, przynajmniej w większości, tego typu, który nam króluje w III RP - czyli pupilki i twory tajnych, postsowieckich służb.

    Więc mówisz, że znowu się za nich biorą? Cóż, logiczne... Na razie niewielkie zagrożenie, ale jeśli skądś, to raczej właśnie tam. Zagrożenie kompletnym chaosem, załamaniem całej cywilizacji, bo nie oszukujmy się - tu nie chodzi o żadną sensowną alternatywę, żaden etyczny autorytaryzm, o demokracji jakiejkolwiek (innej niż ew. demokracja piratów na Tortudze) nie wspominając.

    Co do wybuchu w przewidywalnej przyszłości... Niezbyt mi się do niego spieszy, skoro nawet najlepsi i najbardziej zbuntowani w tej właśnie chwili podniecają się harcami Małyszy i jakichś tam bab na nartach biegowych. Czyste Chleba i Igrzysk, a mówimy o najlepszych i najbardziej negatywnie nastawionych do tego syfa. Reszta? Szkoda gadać!

    Zdechną nie wydając pisku, no. chyba że wiadomym siłom uda się część z nich skierować przeciwko takim jak my. No bo czemu się mają chłopaki nie zabawić?

    Co do buntu, to pomyślmy, o ile lepiej przygotowani do walk ulicznych i takich tam spraw byli ludziska w późnej starożytności? I co z tego wynikało? Pięciodniowe powstanie Nika? Super sprawa, ale o tym nawet już żaden historyk nie będzie potem pisał. A do tego oni jednak mieli coś w rodzaju alternatywnej elity, przygotowanej do ew. przejęcia władzy - co ma ten dzisiejszy lud, który w tej chwili przeżywa to, że jakaś tam nie zdobyła złotego medalu?

    Czarno to widzę, po prostu.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  7. Nicek we wcześniejszych wpisach snuje rozważania o nadchodzącym kolapsie demolibu. Sam jeszcze nie wie czy będzie to powolne i w sumie praktycznie bezkrwawe gnicie i korodowanie (a'la rozpad ZSRR) czy też apokaliptyczna rozpierducha na miarę MadMaxa, ale tak czy inaczej zdaniem Nicka należy sę do tego przygotować, tak jak Piłsudski i Dmowski przygotowali się na klęskę zaborców.
    Zatem przygotowania winny iść dwutorowo:
    - z jednej strony działania legalne, praca organiczna, przenikanie prawaków do samorządów, cechów, urzędów, służb mundurowych i specjalnych, szkół, mega-korporacji, partyj politycznych, drużyn sportowych, związków zawodowych etc. zakładanie własnych firm i NGOsów itd. w myśl zasady "im więcej nas, tym mniej onych" i "poznaj wroga swego"
    - z drugiej strony działania półlegalne i zupełnie nielegalne, tajne komplety z tematów niebezpiecznych, formowanie i musztrowanie własnych oddziałów (a'la POW czy AK), układanie list proskrypcyjnych zbrodniarzy komunistycznych oraz inszych zdrajców itd.
    Co do walk ulicznych czy partyzantki wiejskiej - wiadomo, że takowa nie ma szans w starciu z nowoczesnymi siłami policyjno-wojskowymi. Już Nieczajew, Marks i Engels, Lenin i Trocki o tym wiedzieli. Żeby rewolucja lub kontrrewolucja zwyciężyła potrzebne jest zbrojne poparcie wojska i policji, których zdrowa, uczciwa część dokona samooczyszczenia swoich szeregów, a potem dozbroi i doszkoli lud. Nicek nastawia się na walkę z różnymi nadwiślańskimi blackwaterami i bojówkami lewusów, bo doły policyjne i wojskowe, oraz znaczna część góry jest jego zdaniem na tyle normalna, by poprzeć kontrę i tym samym uratować siebie, swoje rodziny i ojczyznę przed czystkami nowych stalinków i/lub islamizacją.

    OdpowiedzUsuń
  8. A i alternatywnej elity zdaniem Nicka nie zabraknie. W końcu on i jego koledzy z koła łowieckiego "Jeleń" już teraz liderują społecznościom lokalnym, a co dopiero będzie jak przeprowadzą swój ludek przez Morze Czerwone neokomunizmu i zboczeństw. Kościół Rzymsko-Katolicki zdaniem Nicka wreszcie się przebudził i zaczyna nową KontrReformację, odchodząc od bezeceństw Vaticanum II i teologii wyzwolenia więc sojusz odnowionego Ołtarza z odbudowanym Tronem będzie jak najbardziej możliwy i zdolny do zastąpienia dotychczasowego Trójprzymierza Giełdy z Burdelem i Tajną Policją.

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Anonimowy

    Nie całkiem na wszystkie tematy, ale zapłodniłeś mnie i odpowiedziałem Ci w pewnym sensie w następnym wpisie.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń