piątek, października 28, 2011

Historia powtarza się Michnikiem i Blumsztajnem

Przerywam na chwilę mój cykl o dłoniach i przerabianiu butnej lewizny na malutkie, skruszone i budzące niemal litość istotki, żeby napisać coś w rodzaju biężączki (choć bardzo, jak sądzę, spenglerycznej). Tamto dokończyć po prostu muszę, bo jest na czasie i to pilnie, istotne, a ja opisałem sporo interesujących (jak sadzę) spraw, ale nie doszedłem nawet do najważniejszego. Czyli do tego, co sam uważam za optymalne rozwiązanie naszego problemu. A takie, jak sądzę, istnieje. Więc po prostu muszę, tym bardziej, że... Wiadomo!

Ta spengleryczna biężączka, co ją mam do powiedzenia, to takie oto coś... Niewyobrażalny jeszcze do niedawna dla nikogo chyba fakt, że oto nam żydokomuna sprowadza tutaj wnuków gestapowców i SS-manów, mordujących Polaków m.in. w Warszawie, do tej samej Warszawy i w bardzo w sumie podobnym celu... To nawet nie bardzo jest jak komentować!

Powie ktoś, że tłumienie rocznicowej, patriotycznej demonstracji, której żadna władza, która choć trochę chce uchodzić za polską, nie ma najmniejszego sposobu zakazać, to jednak nie to, co mordowanie cywilów w czasie Powstania?

Różnica faktycznie pewna jest, ale jednak niewielka, tym bardziej, że to przecież tylko pierwszy etap, a jeśli się uda i prowokacja wypali, to poleje się krew, że ho ho! A na razie, w przeciwieństwie do Powstania, nikt z naszej strony broni palnej i materiałów wybuchowych przeciw temu kurestwu nie używa. Tak że różnica jest całkiem drobna, a tym bardziej w nieco bardziej długofalowych zamiarach planujących to wszystko macherów.

To, jak i wiele innych aktualnych faktów - w rodzaju paskudnej napaści miłujących pokój elit na Libię, zamordowanie Kadafiego i reakcja owych elit na to wydarzenie - świadczy, moim skromnym zdaniem, że te elity (Bóg mi świadkiem, że ciężko mi to słowo w tym kontekście przechodzi przez gardło!) nie są ani trochę bardziej humanitarne, mniej brutalne, mniej cyniczne, mniej psychopatyczne i nihilistyczne, niż znane nam, mniej lub bardziej z teorii, Leniny, Trockie, Pol Poty, Bermany, Hitlery... I co tam jeszcze z tej obrzydliwej fauny.

Że starszy brat Michnik w istocie niczym się nie różni od młodszego brata Michnika, a cała różnica to mądrość etapu. I że te wszystkie Barrosy, Merkele, i co tam jeszcze, nie są - mentalnie i pod względem możliwości (że tak to określę) - czymś bardzo odległym od swych ideowych ojców: Dzierżyńskich, Heindrichów, Beriów, Himmlerów, Jeżowów czy Hansów Franków.

Albo prawie cała różnica polega na mądrości etapu, bowiem jeśli ktoś mi powie, że "historia powtarza się, ale jako farsa", to się zgodzę, że to fajne przysłowie, że coś w tym jest... I zaraz dodam, że ja bym stanowczo nie budował na tym żadnego gmachu optymizmu. Historia powtarza się jako farsa i w tym przypadku, zgoda, ale raczej tylko w tym sensie, że jednak prawdziwy bolszewik, przy całym swym obrzydliwym nihiliźmie, psychopatii, brutalności i cyniźmie, był bez porównania odważniejszy, a także i znacznie bardziej ideowy, od tej zgrai degeneratów, których mamy dzisiaj za elitę!

Nawet Dávila to mówi (co można sobie zresztą na moim blogasku poszukać), i, w mojej opinii nawet sporo przesadza (zapewne w dużej mierze z powodu lapidarności wymaganej przez swą formę). Mówi on mianowicie coś w stylu, że: "Bolszewik robiący rewolucję jest godzien najwyższego szacunku, natomiast bolszewik u władzy jest tylko burżujem". Coś w tym jest i nawet współbrzmi to z tym, co sam niedawno pisałem o lewicy o władzy i całej tego nieuniknionej brzydocie. (Zaraz! A może nie aż "bolszewik", ino po prostu "rewolucjonista"? To by się dało znieść. Mogłem niedokładnie pamiętać. Dopisane po latach.)

Dávila z pewnością nie mówi tego z powodu konkretnych przekonań bolszewika, ani jego zachowań, czy celów, tylko z powodu jego, jakby nie było, idealizmu. Który dla mnie raczej jest mózgową schizoidią, jeśli nie gorzej, ale widać Dávila burżujstwa nienawidził jeszcze bardziej niż ja, i takie odeń odchylenia bardziej niż ja doceniał. Poza tym oczywiście, żyjąc sobie jako zamożny i wolny człek w Kolumbii, nie zaznał bolszewików i ich sługusów na własnej skórze. Ale to poniekąd była dygresja, choć Dávila to ważny gość i warto go przypominać.

Chodzi mi jednak w sumie o to, że - tak, historia i teraz zdaje się powtarzać jako farsa - ale ta jej farsowość polega WŁAŚNIE na tej ewidentnej różnicy jakości i powagi pomiędzy Michnikiem i Goebelsem, Blumsztajnem i Ernstem Röhmem, którymś z licznych figurantów w sowieckim KC i figurantem Barroso... Że ci dzisiejsi, nawet na tamtym nieciekawym tle, są żenująco błazeńscy, to fakt dość oczywisty i bijący w oczy. Ale żeby z tego miało wyniknąć, że koniecznie mniej nam, i światu, zaszkodzą, to, jak sądzę, jedynie CHCIEJSTWO I NAIWNE ZŁUDZENIE! Może nie każdy, może nawet nie każdy w polityce - ale TEN OPTYMIZM na pewno JEST TCHÓRZOSTWEM!

triarius

16 komentarzy:

  1. Porównanie pouczające. Ale teraz należałoby wyciągnąć z niej jakieś konkretniejsze wnioski. Skoro historia ma się powtórzyć to może przydałoby się wymyśleć inny jej bieg, albo przynajmniej coś tak pokręcić, żeby jednak nie było zupełnej wtopy.

    Zagrożeniem numer jeden nie są wcale powybijane zęby czy też połamane kości. Moim zdaniem jest nim sam fakt utopienia Marszu w szczochach.

    Marsz Niepodległości ma akuratnie dużą szansę przerodzić się w fajne wydarzenie, które przyciągać może z roku na rok coraz więcej osób i które mogłoby wielu rodakom pomóc z problemem duszenia swojej ojczyźnianej troski. Czy to w szkołąch czy miejscach pracy. Niestety, ale z moich obserwacji wynika, że nawet jeżeli znajdzie się jakiś patriota z jajami, to swoje zdanie na różne patriotyczno - polityczne tematy zmuszony jest cedzić przez gęste sito obowiązującej poprawności. No i od tego Marszu i jego losu naprawdę dużo będzie zależeć.

    Zauważam jednak parę elementów, pod względem których jesteśmy jednak w dużo gorszej sytuacji niż w czasie wojny, kiedy wiadomo, kto z kim i po której stronie. Polacy stanowili wówczas jedność. Niestety teraz tak nie jest, a szkoda, bo myślę, że gro zaangażowanych osób po obu stronach mogłaby dogadać się w niejednej sprawie. (No może to nie dotyczy elitarnych Tygrysów, ale jednak wielu mniej elitarnych prawicowców - owszem.) Zapewne wielu chodziło do tych samych szkół, a i nierzadko mogło być członkami jednej rodziny.

    No i jeżeli udaje się Michnikowi postawić naprzeciwko siebie członków jednej rodziny czy byłych kolegów, to on już zrealizował bardzo dużo ze swoich śmierdzących planów.

    OdpowiedzUsuń
  2. @ julek

    Michnik osiągnął faktycznie niesamowicie dużo, ale to w końcu nie on sam, bo co najmniej od tow. Lenina, jeśli nie znacznie dawniej.

    Co do Prawicy Pospolita Odmiana Ogrodowa, to może jestem zamordysta i "nacjonalbolszewik" (jak mnie zdaje się określają czasem zasmarkane korwinięta), ale uważam, że to jest w najlepszym przypadku do zagospodarowania.

    A korwinięta i inne tego typu świry spod znaku tchórzowskiego-przemądrzałego-tchórzliwego i żywowskiego-dla-głupich-gojów anarchizmu, po prostu w większości to nasi wrogowie, więc trza co najmniej z wielką ostrożnością.

    Kiedyś Prawica POO (swoją drogą ładnie brzmi, choć PO to także moje prywatne inicjały, które już opłakałem i pochowałem) mogła być chociaż wykorzystana do rzucania, strzelania, śledzenia, likwidowania i golenia łbów - teraz jest całkiem w większości bezużyteczna i co najwyżej, jako się rzekło, do zagospodarowania.

    Co do ześwinienia - to przecież odwieczna strategia lewizny! Nawet wyroki mają na celu w sumie oplucie, zohydzenia życia człekowi i jego w oczach innych. Bez tego oni na razie jeszcze nie byliby specjalnie silni. Ale niestety - prawica bita, poniżana, słaba itd., jest z definicji żałosna, jeśli nie w ogóle niemożliwa.

    Jakoś nie udało mi się znaleźć teraz tego, com kiedyś na pewno pisał - na podst. m.in. Ardreya - o naszym ludzkim instynkcie linczu, który wszyscy gdzieś tam mamy. Próbowałem o tym pisać zresztą wiele razy, np. w tym tekście o Moby Dicku. Ale TO właśnie jest, jak sądzę, istotą problemu i wytłumaczeniem wielu zjawisk

    Na Ardreya może już być zbyt późno, bo historia przyspiesza, ale bez Ardreya nie będzie żadnej sensownej i zębatej prawicy! Przynajmniej ja tak uważam.

    No i dzięki za komplement!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  3. @ julek

    Na CZYTANIE Ardreya oczywiście może być już późno - NIE NA STOSOWANIE!

    Czy choćby rozumienie. Bez tego jesteśmy marnymi imitatorami Michnika z tu i ówdzie poodwracanymi wektorkami, i znacznie mniej sensownymi.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  4. Owszem, ale wszystko ma swój czas, swoje miejsce i oczywiście swojego adresata.
    Lemingowi można oczywiście zadać ojcowskiego klapsa w zęby, ale jeżeli mówimy już o linczu, to należałby się on tym najbardziej odpowiedzialnym. No i to musiałby być ktoś ewidentnie zasłużony, tak aby nie było niedomówień.
    Taka mi się wydaje być taktyka przeprowadzenia linczu.

    Jeśli chodzi o taktykę w stosunku do lemingów to tutaj prawica, i to ta elitarna, kojarzy się z dostojnym i jak sam to kiedyś określiłeś: zacnym człowiekiem, który przechadzając się popołudniową porą, potrafi jednym swoim gestem zahipnotyzować na swój sposób ganiającego w piętkę leminga, opowiedzić mu jakąś bajeczkę i sprawić, aby leming np. pomyślał o swojej piegowatej koleżance z pierwszej ławki i zerwał dla niej parę kwiatków.

    Natomiast, prawdę powiedziawszy, nie wiem jaką taktykę powinno się przyjąć w stosunku do pewnej kategorii osób, którą sobie roboczo nazywam kategorią ujadających kundelków. Schylać się niby po kamień? Kopać w zadek? Nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
  5. @ julek

    Nieporozumienie. Tu kompletnie nie chodzi o linczowanie kogokolwiek (jakby na karę nie zasługiwał), a o całkiem inne rzeczy. Bez Ardreya, jak widać, nie razbieriosz.

    Może w jakimś tam sensie Nicek ma i rację, że "to wie każdy fornal", ale prawica żyjąca w miastach i klepiąc sobie w klawiaturkę nie wie. Zresztą fornal też nie ma pojęcia.

    To jest tak jak np. z "Świętym Prawem Własności" - takie "Prawo" całkiem ewidentnie nie istnieje, bo niby gdzie je można spotkać, obiektywnie i niezależnie od naszych upodobań?

    Istnieje jednak INSTYNKT własności u wielu gatunków, w tym u naszego. Sprawa rzeczywiście istotna, ale z jakimkolwiek wydumanym w Oświeceniu "Prawem" nie mająca kompletnie nic wspólnego. Bez deizmu po prostu takie "Prawa" nie mają cienia sensu.

    Tego o linczu tłumaczył tutaj nie będę - czytać Ardreya! Mówię o tym od lat i bez tego nijak.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  6. Z tym prawem własności to coś kumam, ale z linczem to chyba jednk nie bardzo rozumiem co masz/miałeś na myśli.

    Czy chodzi o to, że podczas marszu, jakiś lewicowy prowokator z rozkrzykaną jadaczką zahaczy o grupkę prawicowców, którym instynkt podpowie wymierzenie klapsa w zęby?, co zostanie oczywiście uwiecznione na jakimś smartfonie i puszczone w eter?, i co akuratnie pogrzebie Marsz w roku przyszłym? No bo jeśli to masz/miałeś na myśli, to ja owszem zgadzam się. I nawet gdyby tak się stało to oczywiście rozumiałbym, że to jednak prowokator sobie zasłużył całą swoją gębą. No ale sporej grupie osób wychowanym w naszym katolickim kraju, gdzie bicie słabszych nie przystoi prawicowcom, to jednak się nie będzie podobało. A że instynkt stłumić nie jest łatwo, dlatego też sugerowałem inne miejsca i czasy na takie akcje, jeżli miałby zaistnieć. No mam nadzieję, że już się rozumiemy.

    OdpowiedzUsuń
  7. @ julek

    Też nie. Chciałem raczej uniknąć takiego skrótowego wyjaśniania tej kwestii, bo kiedy to wychodzi niejako "samo z siebie" z czterech ambitnych i sporych esejów na temat socjobiologii, ewolucji człowieka i afrykańskich źwierząt (m.in.) to brzmi to całkiem inaczej i mniej, że tak to określę, "ideologicznie".

    Ale cóż... Zmuszonym, jak widzę.

    Chodzi więc w sumie o to, że przedst. naszego gatunku niezwykle łatwo jest w wielu sytuacjach doprowadzić do istnego szału sadystycznej agresji w stosunku do kogoś/czegoś bezbronnego, albo takiego, które oni sobie jako praktycznie bezbronne wystawią.

    Są tu różne zabawne figle mentalne możliwe i często stosowane, bo człek ma korę i lubi se doprawiać ideologie, ale w sumie, choć często sobie ta grupa owego wroga przedstawia właśnie jako wszechmocne uosobienie zła, to jednak reaguje tak, jak reaguje, WŁAŚNIE DLATEGO, że go widzi jako bezbronnego, albo (w chytry sposób) jednak rozbrojonego.

    Wynika to oczywiście z setek tysięcy, jeśli nie dwóch milionów, lat, podczas których ludzkie grupy sobie polowały zbiorowo, albo uprawiały zbieractwo, nie brzydząc się jednak bynajmniej utrupieniu małej antylopy, czy stada jaszczurek... A i mamut w sumie, czy bizon, przy odpowiednim podejściu, należytym profesjonaliźmie, zgraniu grupy, był w sumie w b. podobnej sytuacji.

    Niektóre źwierzęta - charakterystycznie w wielu przypadkach te "szlachetne" (i nieudomowione) - nie dawały się tak traktować, np. lwy, ale już np. opis polowania na misia z "Pana Tadeusza" pokazuje nam, że to jest trwała i nie-do-usunięcia część naszego mentalnego wyposażenia.

    No i cwani a cyniczni macherzy sobie to wykorzystują. Ciągle się słyszy o Żydach w różnych sytuacjach, z III R... zeszą na czele, ale ja bym tu z tym nie przesadzał, bo to nam i tak niewiele da, że my ciągle o nich, a takie coś występuje na każdym kroku - od kułaka po PiS, i od rudego po abstynenta.

    Teraz rozumiesz?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  8. @ julek c.d.

    A ile przy tym śmiechu i radości! I jak cudnie się grupa integruje!

    Co zresztą widzimy przecież na co dzień dookoła.

    Tak to działa. Ma zresztą, jak i większość rzeczy w naszej naturze, i bardziej sympatyczne aspekty, tylko trzeba sporo posublimować.

    Tutaj jednak zawsze przede wszystkim narzuca się jeden wniosek: NIE BYĆ SŁABYM! NIE DAĆ SIĘ BEZKARNIE KRZYWDZIĆ, BO TO TYLKO ZWIĘKSZA FURIĘ, SADYZM I SIŁĘ PRZEŚLADOWCÓW!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak - tak, rozumiem i nawet rozumiałem wcześniej, ale co innego akcentowałem.

    Tylko trochę nie czaję tego w kontekście ołowianych rękawic. Bo tu chyba indukujesz niezłą rozróbę.

    Słuchaj, może te "esesmany" to mają cholera ten sadystyczny szał jeszcze bardziej podkręcić. A okaże się, że to jakieś pedały przyjadą z gwizdkami i tamburynami.

    Co Ty na to?

    A co do samego marszu, to ciekawym gdyby w przyszłości rozdmuchać taką imprezę do wymiarów akcji pana-środkowo-europejskiej. Zaprosić naszych przyjaciół z Węgier potomków Stefka Batorego na wspólną rocznicę odzyskania niepodległości.
    Oddział Szkotów w spódnicach na kobzach przygrywałby do marszu. Wiem, że to nie środkowa Europa, ale oni akurat teraz też maszerują ku swojej niepodległości, więc muszą czuć blusa. Taki mi się marzy również zespół Pieśni i Tańca.
    Powiem Ci, że ja akurat nie mam problemów ze świętowaniem niepodległości żadnego z kraju, w którym mieszkałem. Czy to Independence day, czy St. Andrews Day. Czuję się jak na narodowym przyjęciu urodzinowym.
    Ale wówczas ciekawe czy ta banda z czerskij nie wkupiłaby się ze swoimi gwizdkami i tamburynami i jakimiś klezmerami.
    Te cwaniaki mają na wszystko rozpisane algorytmy i nie nawidzą stać z boku i się przyglądać.

    OdpowiedzUsuń
  10. A już rozumiem lepiej. Ja po prostu implikuję, że ktoś z naszych się wyrwie do bicia. Mam nadzieję, że nikt się z czytających nie obrazi. I cholera nie chciałbym, żeby się tak stało, chociaż rozumiałbym rekację, bo sam muszę się często kontrolować ze swoją agresją. Może nie tygrysią, ale leminżą - owszem.

    OdpowiedzUsuń
  11. O widzisz... teraz zaczynam rozumieć jeszcze lepiej i trochę bez sensu chyba jest to co napisałem, tzn. jak ja rozumiem ten Marsz, bo przecież co niby moglibyśmy w te "urodziny" świętować, skoro nam szuje rozpiździły kraj...? To chyba jest zaprezentowanie tego, że najzwyczajniej żyjemy i żyć będziemy i "jeszcze Polska nie zginęła".

    OdpowiedzUsuń
  12. @ julek

    Rękawice z ołowiem było trochę jako ciekawostka, trochę jako propozycja na jeszcze bardziej niepewne czasy... A trochę po prostu - żeby się ludzie w razie czego zbyt łatwo nie dawali być, bo to co najmniej paskudnie nieprawicowe.

    Co do dud, inaczej zwanych kobzą, to ja od dawna twierdzę, że bez nich nie mamy szansy. Jako MacLeod w 1/32 i do dziecka proud of it as hell, mogę tak twierdzić z potężnym przekonaniem, a w razie czego mogę też, niewykluczone, dać jakiś tam pretekst do wprowadzenia tych fajnych urządzeń do naszego, hłe hłe, folkloru.

    Sam tu kiedyś wklejałem filmiki z YouTube i mówiłem, że nic się nie równa z dudami na Murrayfield przed meczem Szkotów w rugby, wraz z 50 tys., dziwnie zresztą muzykalnych, gardeł.

    U nas nic się z tym nie równa - Bogurodzica jest super i widziałbym ją jako przyszły hymn wolnej Polski, ale też trudna jak cholera, tego nie można spaprać. "Patrz Kościuszko na nas z nieba, jak w krwi wrogów będziem brodzić..."

    Cudne i słuszne, ale jakby nieco na razie na wyrost. Zresztą to piskliwe wykonanie na YT jest prześmieszne, a tego Szczepanika z Festiwalu w Oliwie w '81 jakoś nikt nie przypomina - pewnie dlatego, że jednak to, razem z liśćmi, okazało się naiwnym chciejstwem, jak to u nas.

    Szkoci to jest to! I Węgrzy oczywiście. Mówię od dawna, że bez umiędzynarodowienia tego wszystkiego, bez wykorzystania polonii tysiąc razy mocniej, niż teraz, nie mamy szansy. Ale w tym celu musimy być Zachodem, a nie np. wduszać ludziom Konecznego jako największego geniusza w historii, kiedy on temu Prusakowi Spenglerowi nie jest wart butów czyścić!

    Szacunek do siebie, ale bez wygłupów i kretyńskiej megalomanii, jak w tym akurat przypadku!

    Zaś z tym instynktem chodziło mi głownie o to, żeby sobie niektórzy uświadomili, że - przeciwnie niż uczy nasze "judeochrześcijańskie" wychowanie - nadstawianie policzka, dupy i podkładanie się skurwielom wcale nie wywołuje tej reakcji, której się ci smętni ministranci spodziewają.

    Najlepszy dowód, że sam episkopat jakoś na męczeństwo nie ma dzisiaj ochoty. ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  13. Teraz to już Cię rozumiem jeszcze lepiej.

    Co do nastawiania drugiego policzka, to powiem Ci, że ja kiedyś zostałem bardzo niegrzecznie potraktowany przez tubylca, choć był to jednak zarozumiały Angol. Uderzył mnie ten chłopczyna. Więc ja wystosowałem do niego list o wytłumaczenie mi swojego zachowania. Powiem Ci, że tenże chłopczyna... a mienił się on za jednego z tych "cool", zgolił na drugi dzień brodę, która miała za zadanie czynienie z człopczyny mędrca. No to sam sobie chyba zdajesz sprawę, co czuć musi samuraj, który sam sobie ucina włosy? To był miły mojemu sercu widok.

    No i z tym nadstawianiem policzka to może była tylko taka paralelka. I chyba o to właśnie chodziło: nie o pozwolenie komuś na poprawkę lewym sierpowym, ale właśnie o wywołanie tego samobiczującego się efektu.

    No ale wiesz... kiedyś to ludzie mieli honor i godność i nawet jedne drugiemu podawał szable, żeby walka była fair. I taka taktyka przynosić mogła efekty, dla dobra obu stron. Poza tym Jezus też wyciągnął bicz swego czasu i złoił straganiarzy i aniołkiem bezdusznego pokoju to raczej nie można go nazwać.

    Trochę chyba trzeba popracować nad interpretacją tekstów biblijnych, które mają duży wpływa na wychowanie młodzieży.

    OdpowiedzUsuń
  14. @ julek

    Wiesz, rytualizacja konfliktów - w tym i walki zbrojnej - to proces, który występuje i postępuje pomiędzy RÓWNYMI (takimi którzy się za równych uważają, do czego jest zwykle potrzebne jakieś BYDŁO, z którym wcale się już cackać nie należy).

    I ten proces najpierw czyni walkę sprawą etycznie piękną, co jest słodkie, a jednocześnie, jeśli się nagle pojawią jacyś naprawdę groźni OBCY, co się nie obcyndalają, jest coraz trudniej.

    No i w końcu walka staje się wytworną zabawą, czy grą, jak rydwany w epoce brązu, albo walka z konia w wieku powiedzmy XIII., a wojownicza elita coraz bardziej oddala się od brutalnej, mało estetycznie i tylko miejscami etycznie satysfakcjonującej walki bez żadnych reguł.

    I w końcu musi przyjść chwila, kiedy ktoś nowy, całkiem bez tych tabu, rozwala to wszystko.

    Jesteśmy, jak sądzę, niezły kawał na tej drodze z obecnymi Konwencjami Haskimi (czy jak to się tam nazywa) z jednej, plus niesamowite środki, przy jednoczesnym coraz większym lęku przed narażeniem się na realne ryzyko, i kompletną pogardą dla tych wszystkich konwencji, pogardzie dla śmierci (także własnej, o wrogach nawet nie wspominając)...

    Czyli tzw. "terroryzmem". Któren, jak nam mówią, "nie jest prawdziwą wojną, a co dopiero uczciwą, uzasadnioną i taką jak trzeba".

    A tamci mają w dupie te wszystkie gadki, racji też moralnej mają w sumie z dnia na dzień więcej, a na pewno już o wiele więcej dzisiaj, niż te wszystkie Obamy i Clintony...

    I to się musi skończyć w jeden sposób, o ile oczywiście obecne "elity" wcześnie nie wygubią po prostu wszystkich ludzi. Celowo albo z wrodzonej głupoty i indolencji.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  15. Na co komu tyle porad? Polska prawica poradzi sobie bez Ardreya i Szpenia: właśnie ruszają studia filozofii politycznej Arystotelesa on-line, Rebelyanci dyskutują z zapałem o szachach z kosmosu, prowokacyjnych okładkach Pressji, rasizmie w Północnej Korei i innych równie ważnych sprawach, a tymczasem z Sejmu wyrzuci się tych 2 proroków z PiSu.

    OdpowiedzUsuń
  16. @ Towarzysz Mąka

    Bóg mi świadkiem, że nie wiem, jak udało nam się do tej chwili dożyć bez Arystotelesa online! Bo i czyż może być coś bardziej lewackiego, niż powątpiewanie w to, że kamień spada, bo wie, że tam na ziemi jest jego miejsce? Albo że strzała leci, bo taka jej natura i ona się, w związku z tym, zasysa przez powietrze... Czy jakoś tak to było.

    Wiesz, kurs łaciny online, to ja bym całkiem chciał. Zresztą wystarczyłoby wskrzesić to, co w końcu leciało przez radio w mrocznej epoce Gierka. Mówię o wspaniałym kursie radiowym (jedynym, jak sądzę, kursie martwego języka w historii radia!) wokół (znakomitej) książki "Łacina bez pomocy Orbiliusza". (Wciąż do wzg. łatwego dostania zresztą.)

    Oczywiście historia przyspiesza i może już na tego typu sprawy jest nieco późno. Tak samo, jak i z np. Ardreyem, choć z tym chyba jest jednak lepiej. Gdyby jednak Ardreya przeczytało powiedzmy 100 ludzi 5 lat temu, a do tego gdyby się go wydało po polsku, to atmosfera intelektualna w tym nieszczęsnym kraju byłaby nieco inna. Teraz to już raczej yawara i fasola w puszcze jednak.

    No i na tę łacinę online byłoby zapewne b. mało kandydatów. Nie sądzę zresztą, by na Arystotelesa było ich aż tak wielu.

    Może z tego być jednak pewna istotna korzyść (zakładając, że ktoś w ogóle się połaszczy): przestaną bez sensu chrzanić, że "demokracja jest paskudna, bo Arystoteles tak mówi", kiedy pojmą, że "demokracja" tak, paskudna z definicji, ale istnieje dobra demokracja, tylko że ona się nie nazywa "demokracja", a "politeia".

    Czyli że w sumie wszystko wyłącznie w nazewnictwie. (Skąd my to znamy?)

    Z drugiej strony, na to też już jakby nieco późno. No a rasizm w Północnej Korei - jak można choćby przez chwilę pozostać obojętnym?!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń