środa, października 26, 2011

O dłoniach i uczłowieczaniu małpy (część 3)

Czytelnik może o tym jeszcze nie wiedzieć, ale właśnie wdrapaliśmy się razem na pulchniutki wzgórek, z którego roztacza się nam przecudny widok na żyzną równinę. Na której soczysta trawa, szemrzące strumyki i bujne wymiona, kobiety zaś tak słodkie i uległe, że bez chwili zastanowienia spełniają każde męskie życzenie. (Jedynie gdyby im ktoś zaproponował równouprawnienie, o feminiźmie nawet nie wspominając, zamienią się momentalnie w tygrysice, erynie i menady  z tych, które rozszarpały żywcem Orfeusza. I ten drobny grzeszek, o ile to jest grzeszek, chętnie im chyba wybaczymy.)

Zanim powolutku, z godnością, jak ów byk z anegdotki, spuścimy się na ową rozkoszną równinę, by się skąpać w jej bujności, soczystości i wymionach, jeszcze drobnych remanent, żebyśmy mieli wszystkie sprawy, nawet te niezbyt ważne, omówione raz na zawsze i do końca, zanim oddamy się temu, czemu się mamy zamiar oddać.

Te cwane rękawice ze sproszkowanym ołowiem, to one oczywiście nadają się nie tylko - jedne do bicia pięścią, bo boksersku, drugie zaś do walenia kantem. Te pierwsze dają bowiem niezłe możliwości stosowania urakena, czyli backfist'u, czyli uderzenia kostkami pięści z wierzchem dłoni odwróconym w stronę celu. Co wprawdzie z taką rękawicą jest o wiele dla nas bezpieczniejsze i na pewno skuteczniejsze, ale jednak uraken to nie jest coś, czym by sobie należało zbytnio głowę na wstępnym etapie szkolenia zaprzątać.

Zbyt mało skutecznych zastosowań, zbyt mały efekt, plus spore jednak niebezpieczeństwo zrobienia sobie więcej krzywdy, niż wrogowi. Z taką rękawicą jest lepiej, ale i to i tak nie jest coś, na czym by się należało koncentrować. (W każdym razie, gdyby ktoś jednak chciał, to zwracam uwagę, że to jest takie luźne szybkie smagnięcie. Inaczej lepiej walić "kamiennym młotem", czyli tetsui, o czym zaraz.)

Tetsui, czyli bottom fist, czyli uderzenie młotkiem (a nawet "kamiennym młotem", jak chcą Japończycy od karate)... Wielki temat i b. interesująca sprawa! Jeśli nie walniemy wadliwie, a konkretnie kością nadgarstka i w coś naprawdę twardego und masywnego, jak w czachę czy kolano, to krzywdy sobie raczej nie zrobimy, bo uderzamy masą mięcha, które nam się ładnie tam pod tym spodem pięści wybrzusza. Przypominam, że chodzi o uderzenie zaciśniętą pięścią, od strony małego palca, tym tam mięchem. Raczej nie małym palcem, czy jego nasadą, i raczej nie kością przedramienia, chyba że w coś stosunkowo miękkiego i/lub lekkiego - szyja, przedramię, żebra, wtedy to jest nawet super uderzenie!

Taka rękawica, cośmy ją sobie pobieżnie opisali - taka z ołowiem na kancie dłoni, nadaje się przecież także znakomicie do walenia w ten właśnie sposób. A tetsui ma masę słodkich zastosowań, na przykład w brudnym boksie. Dlaczego? Nie mówimy tu o boksie, ale jednak powiem, że np. przyzwoity sierp powinien być zadawany z ramieniem zgiętym w łokciu POD KĄTEM PROSTYM. Ani mniej, ani więcej! Oczywiście pewne drobne tolerancje są dopuszczalne, ale jeśli ten kąt będzie sporo większy, to na gołe pięści (a zapewne nawet w rękawiczkach lub z zmiętym kawałkiem Gazownika) mamy sporą szansę zrobić sobie większą krzywdę, niż wrogowi. Jeśli go palniemy np. w czachę, za uchem, co nie jest wcale w realu trudne.

Można by o tym godzinami, ale tyle musi starczyć, że dłuższy sierp od takiego z kątem prostym w łokciu, to raczej nie sierp, albo też uderzamy palcami lub kciukiem, co jest mało skuteczne, mało przyjemne i raczej ryzykowne. Może to też być swing (zamachowy), albo wyrafinowany "korkociąg" (corkscrew punch), który jest swego rodzaju krzyżówką prostego z sierpem, trudnym i mającym, obok zalet, swoje wady. Swing zaś to nie jest coś, co powinno się stosować na przytomnym przeciwniku. Nawet Dempsey, któren był slugger pierwszej wody, wam to powie! No i rzecz w tym, że wiele sierpów daje się ładnie zastąpić właśnie "młotkami", czyli tetsui. Albo z bliska z boku, albo długi sierp, który w ostatniej chwili przechodzi w tetsui. Wydaje się to trudne, ale w sumie nie jest i b. ładnie wychodzi po paru próbach.

Teraz taka rzecz, że, skoro rękawiczka pomaga i coś ściskane w dłoni też pomaga, to oba z pewnością pomagają jeszcze lepiej. No i to jest oczywiście prawda. Tylko trza się zastanowić, czy to jeszcze ma jakiś większy sens. W końcu, aby aż tak się koncentrować na ciosach pięścią, w stylu bokserskim, choćby i brudnym, to trza naprawdę wierzyć w swoje pięści, a więc mieć o tym pojęcie, potężny cios itd. A to z pewnością dotyczy tylko mniejszości. Po drugie to i tak nie będzie żadna tam bazooka, ani nawet porządny kastet. Istnieje tutaj niejako pewna linia, wyznaczająca skuteczność, oraz druga, wyznaczająca te dodatkowe aspekty, jak łatwość przenoszenia, nierzucanie się w oczy, odporność na rozgrzane sędziny III RP itd.

No i wiadomo, że np. porządny lotniskowiec, albo bomba wodorowa, byłyby skuteczniejsze od większości rzeczy, ale jednak nam problemu nie rozwiązują. Tak? Nas cieszy coś, co można z sobą spokojnie nosić, a najlepiej żeby to było coś, co się daje w każdej niemal chwili znaleźć i zastosować. Nawet z kordelasem czy nabijaną krzemieniami buławą raczej nie będziemy po ulicy chodzić, a w każdym razie to nie jest to, czym my się tu w tej chwili zajmujemy.

Więc, o ile rękawiczka może być miłym dodatkowym usprawnieniem dla naszego ambitnego zamiaru, i tak samo złapanie czegoś w dłoń, to nad jednym i drugim na raz można by się już zastanawiać. Może być OK, a może być zbyt wiele, jak na to, że efekt i tak nie będzie aż tak wielki. Dla wielu ludzi możliwość otwarcia dłoni i np. chwycenia czegoś będzie cenna, a ich bokserskie umiejętności nieprzesadnie wielkie. Więc tyle o tej kombinacji. I tak cholernie wiele, jak na wagę tego konkretnego tematu, choć jako przykład ogólniejszego zjawiska, to może jest i warte omówienia.)

Swoją drogą, skoro już mówiliśmy o pechowych uderzeniach nadgarstkiem, zastanawiam się często, dlaczego tak mało popularne jest opancerzenie sobie zewnętrznej strony przedramienia - tej od strony małego palca. Tak od kości nadgarstka, gdzieś do połowy przedramienia, albo i dalej, ale nie sięgając łokcia. Miałoby to masę zalet: niewidoczne pod ubraniem, nieprzeszkadzające dosłownie w niczym, dałoby się zrobić tanio i prosto, byłoby cholernie skuteczne przy blokach...

Swoją drogą akurat na tej dolnej powierzchni przedramienia nie ma żadnych wrażliwych punktów, o ile sobie nie uszkodzimy kości nadgarstka, a na innych są, więc jest to idealna powierzchnia do uderzania i blokowania!

Psy by tego tak łatwo nie wykryły, a jeśli nawet, to niezawisłemu sądowi wstawiło by się gadkę w stylu: "Wysoki sądzie, przecież to tylko do obrony! Do blokowania uderzeń i kopnięć tych niemieckich neohitlerowców, co ich tutaj nasprowadzali na nasze polskie święto odzyskania... Przepraszam, to byli antyfaszyści? Trudno było rozpoznać, daruje wysoki sąd."

Takie coś na przedramię powinno być z jakiejś grubej blachy, albo sztywnego tworzywa - samo nasze przedramię daje sztywność i chodzi głównie o to, żeby się siła rozkładała na całej powierzchni. W środku mogłoby być jakieś miękkie wyłożenie, ale w sumie rzecz cienka, lekka, tania w produkcji. Zapewne trzymana na miejscu jakimiś dwoma czy trzema paskami na rzepy, ale musiałaby być na tyle wyprofilowana, żeby się na przedramieniu nie przekręcać. Oczywiście mogły by być dwa takie, na obu przedramionach.

Jeśli ktoś nie kojarzy radości, jaką by to mogło dać, poza blokowaniem uderzeń i kopnięć w taki sposób, że atakujący na tym cierpi, to niech sobie taki człek wyobrazi mocne uderzenie tak uzbrojonym przedramieniem w szyję (z dowolnej zresztą strony), w mięsień trapezoidalny (między barkiem a szyją, tam są cudne sploty nerwowe!), w obojczyk (nie trzeba nawet specjalnie celować, bo gdzie by się nie trafiło, skutek potężny), w dolne żebra, przez pysk... Itd. itd. Do tego ustawienie tego przedramienia poziomo przed sobą, wsparcie go drugą ręką, i wejście lewakowi w mordę lub szyję, całym szwungiem, całą masą ciała i z fajną kontynuacją. O uderzeniach w jaja i tym podobnież nawet nie wspominam, bo to nawet bez naszego chitynowego pancerzyka nieźle wychodzi, ale tak jest jeszcze fajniej.

Swoją drogą, tonfa, taka jakiej ostatnio używają różne obywatelskie policje, też ma tego typu zastosowanie, że trzyma się ją za tę rączkę i leży wzdłuż przedramienia. Tyle, że jestem niemal pewien, iż tego rodzaju wyrafinowanie nie dociera do tych przemiłych chłopców, którzy w związku z tym mieliby o wiele więcej radości i pożytku ze zwykłej pałki, albo nogi od stołka, niż z tonfy. No, ale na dostarczaniu tonf można oczywiście zrobić większe przekręty!

I tak to spędziliśmy cały odcinek na pobocznych drobiazgach, remanentach, genialnych pomysłach i dygresjach. Sprawy naprawdę najistotniejsze - te które ja uważam za naprawdę dobre rozwiązanie problemu agresywnej lewizny, szkopskich neohitlerowców spod znaku rebe Blumsztajna itp., wciąż jeszcze przed nami. O ile, oczywiście, już nie straciliście cierpliwości. Albo też nie znaleźliście już w tym co było super rozwiązania dla siebie.

triarius

32 komentarze:

  1. Przedramię można również uzbroić... gazownikiem. 10-15 cm. szerokości pasek wycięty z zalamania pełnej grubości gazownika (5-7.5 cm z każdej strony załamania, wsunięty w rękaw i zaktowiczony w mankiecie rękawicy.

    To ma nie być dziedziczną zbroją roboty mediolańskiego płatnerza do przekazania prawnukom, tylko ochronić podczas jednej antify.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na live video z Madrytu, które kiedyś u siebie miałem na blogasku, widziałem jak tamtejsze chłopaki uzbroiły się w całkiem solidne tarcze, które "na zewnątrz" były powierzchniami na hasła protestacyjne. Nikt chyba nie może nikomu zabronić mieć w rękach planszę z napisem np. "Vivat Polska!", która to plansza będzie przy okazji kawałkiem pleksi o grubości 1cm i wymiarach 60x120c, "od wewnątrz" zaopatrzona w podwójny uchwyt tak, żeby tarczę można było wygodnie zamocować na przedramieniu.
    Tarcza, poza niewątpliwymi efektami obronnymi ma też wielką siłę ofensywną. Tarczą można uderzać na płask, można uderzać kantem, lub całą krawędzią wyprowadzając potęzny cios "hakiem".
    Zastanawiam się nad taką tarczą właśnie. Chyba się jutro kiwnę do castoramy na zakupy, nakręcę to i zawieszę na blogasku, jako film instruktażowy.
    :)

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Artur M. Nicpoń

    O tarczach to ja gdzieś mam całego ebooka, b. fachowego, wydanego przez, i dla, jakichś kumpli antyglobalistów (potencjalnie nasi!), czy jakiejś lewizny (na drzewo!).

    Nawet zacząłem go swego czasu tłumaczyć na blogasa - jeden odcinek jest chyba do odszukania - ale że to dość sporo roboty, a zainteresowania nie dostrzegłem, więc se dałem spokój. Fakt, że czasy były wtedy znacznie mniej nabrzmiałe.

    Co do Freda Astaire, to jednak zdecydowanie cylinder, a nie melonik.

    Co zaś do twojej wspaniałej laski, to to jest naprawdę super broń, tylko trza wiedzieć. (A jeszcze lepiej umieć, jak zawsze.)

    Zachęcałbym cię do nieudawania, że to jest jakiś rapier, ino stosowania tego tak, jak np. uczył wielki mjr. Fairbarn.

    Czyli trzymasz oburącz w środku, dłonie na odległość barków. Albo obie nachwytem, albo jedna nad, druga pod. No i podstawowe to:

    1. walenie i blokowanie środkiem (różne kierunki);

    2. kłucie końcem (ale poparte ciężarem ciała i ostro).

    Plus:

    A. walenie którymś z tych bocznych końców;

    B. zaczepianie ditto (np. podebranie nogi od tyłu, albo zgięcie mu karku i np. przykopanie kolanem w pysk).

    Są jeszcze inne fajne możliwości, ale to już raczej wyższa szkoła jazdy i na specjalne okazje (np. duszenie, albo dźwignie na kończyny).

    W sumie piękna broń, a jeśli nie będziesz tym walił jak rapierem, to i policje (tajne, widne i dwupłciowe) i zaprzyjaźnione telewizje mniej będą miały okazji, by się przyczepić lub wykorzystać.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  4. TtT i AMN

    Skutecznym działaniem w półdystansie jest trzymanie jej mniej więcej 1/3 od gałki i sztych w podbródek.

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Artur M. Nicpoń, Mustrum

    Jest jeszcze taka fajna technika, w sumie chyba do zrobienia bez 20 lat treningu, że się trzyma jedną łapką koło końca, drugą bliżej środka, ale luźno, i się tak tą końcową ręką szybko przepycha przez tę luźną dłoń w środku.

    Skutkiem czego kijek wyskakuje niczym atakująca kobra. Niezbyt to silne, ale zaskakujące.

    Robiłem to na huju muju, a konkretnie na aikido z elementami... jo-jitsu chyba to się nazywa. W każdym razie trener był fantastyczny, Japończyk, nieco ponad 40 lat, silny jak byk, jeden z najsympatyczniejszych ludzi, jakich spotkałem (lubił mnie!), dwa szóste dany (aikido i iai-do) i jeden pierwszy (karate).

    To naprawdę nie było byle co, drogi Mustrumie!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  6. @ WSI'e

    Kpt. Fairbarn, nie mjr. Awansowałem gościa.

    Nie wiem, czy kiedyś w końcu stopień majora osiągnął, ale znany jest jako kpt. Fairbarn, jakby ktoś np. chciał go szukać. (A warto! Mam zresztą sporo jego rzeczy. Jak co to prosić, bo także ebooki.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  7. AMN

    Wiesz, aikido to jest chujumuju lekcja tańca jak się od tego zaczyna. Ale jeżeli ktoś już umie rencamy y nogamy przebierać... aaaaaa to już zupełnie inna bajka.

    Ja też miałem takiego fajnego instruktora co po niedzielnych treningach robił co bardziej chętnym randori. Stoi paru gości w kółku i napierdala w tego po środku rencamy und kijamy a zadaniem tego w środku jest się nie dać. Świetna praktyka, jak np. po zepchnięciu przez kilku unikać i toczyć się z ciosami.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ta laska jest tak wyważona, że najlepiej jej się używa jak bejsbola. Trzymasz po przeciwnej stronie do głowki, jakiej 15-20 cm od stopki. Głowka, choć to aluminium, ma taką masę, że sama robi za napęd. Próby blokowania gołymi rękoma kończą się złamaniem.
    Tarcza to super sprawa. Przeglądałem właśnie na allegro rózne plexi. Taka o grubości 1cm to kosz rzędu niecałych 2 złotych za powierzchnię 10x10 cm. Napisałem maila z prośbą o info o wadze. I wytrzymałości. Choć plexi powinno być trwalsze od blachy. Cała robota z tarczą, to nawiercić 4 otwory, wkręcić 4 śruby i zamocować do nić dwa skórzane paski. Jeden szerszy, na przedramie, a drugi węższy, na dłoń- jako uchwyt.
    Wymiary 60x120cm dają praktycznie osłonę całego ciała, a raczej tego, co w nim ważne- czyli korpus i głowa. Z zewnątrz można nakleić ten plakat Marszu Niepodległości i gotowe. Jest i plakat reklamowy i osłona przed brukowcami, ale i możliwośc przyłożenia z krawędzi.

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Artur M. Nicpoń

    Z tą tarczą fajnie kombinujesz. Tamci anarchiści robili te tarcze z różnych dziwnych rzeczy, np. opon, o ile mi się całkiem nie pokręciło, i potem tworzyli z nich regularną ścianę, istną falangę, i się przepychali z psiarnią.

    Co do twojej laski, to może ona jest i do tego pomyślana, ale też mam pewne wątpliwości, czy to jest najlepsza taktyka, a przynajmniej, czy jest ona najlepsza w każdych okolicznościach, jak np. tego typu zadyma.

    Bo potrzebujesz wtedy masę miejsca - możesz łatwo być bardziej niebezpieczny dla kumpli, niż dla wrogów. To raz. Dwa, że od razu wpadniesz w oko różnym takim, i jak cię nie zastrzelą, ani nie osaczą, to co najmniej sfilmują. I wykorzystają.

    Największa zaś moja wątpliwość jest taka, że do takiego walenia jak bejsbolem potrzebujesz sporo miejsca i ruchliwości, bo to broń na ściśle określony przedział dystansu, dość wąski.

    I jak ci gość np. wejdzie w nogi, albo też zasłoni się czymś - działając nie na koniec, któren jest szybki i groźny, ale blisko Twojej ręki, to jesteś praktycznie ugotowany. Bo ataku tą metodą nie ponowisz zbyt szybko, a na krótki dystans to nie działa.

    Radziłbym ci więc co najmniej się zastanowić nad metodą kpt. Fairbarna, któren naprawdę wiedział, o czym mówi (jako szef policji w przedwojennym Szanghaju, najniebezpieczniejszym wówczas mieście świata i brytyjski autorytet numero uno od walki wręcz i taktycznego strzelania w drugiej wojnie).

    I ją sobie w domowym zaciszu także nieco przećwiczyć. W końcu walenia bejsbolem nie musisz. Walnięcie gościa przez łeb, kiedy się akurat taka okazja pojawi, to niezłe rozwiązanie, ale mieć coś na walkę z bliska też jest miłe. Tym bardziej, jeśli ich jest więcej i nadchodzą z różnych stron.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  10. @ Artur M. Nicpoń (i WSIe)

    To cwane uderzenie, o którym przedtem mówiłem, to takie poniekąd bilardowe. Kij się wysuwa z ręki. Oczywiście pozycja nie jest całkiem taka sama i może być dość różna.

    Tego w ogóle nie widać, jak leci, a do tego mało kto się tego spodziewa. Jak dostanie celnie w ryło, a to jest całkiem celne, to mamy chwilę, żeby go zniechęcić do demonstracji i lewizny w ogóle. (Metodą np. umoralniającego trucia dupy.)

    Swoją drogą, to współpracownik Fairbarna - Applegate - był majorem. Wiedziałem, że z czegoś mi się ten major wziął! Nie żeby to miało znaczenie, of course.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  11. Z jo-do pamiętam jeszcze taki trick, że trzyma kijaszek jakieś 30 cm od końca lewą ręką, kciukiem w stronę krótszego kawałka. Prawa na koniec, i pociągasz do siebie prawą, lewa sztywno jako fulcrum dźwigni. Szybciutki i niepostrzeżony strzał w samo jądro lewizny. Odwrotnie łapki, jeżeli jest się szmają.

    OdpowiedzUsuń
  12. hm...nikt nie zauważył tego cudnego wstępu? I znów widać, że kobiecość jest wszystkim...ach!

    OdpowiedzUsuń
  13. Tygrysie,
    ujmę to tak- mam co najmniej nietuzinkowe doświadczenie w walkach ulicznych i w małych i w dużych grupach. Na szerokich placach i w wąskich uliczkach und barach. Na gołe graby i nie.
    Więc spoko, ja taktycznie jestem naprawdę dobrze przygotowany. U mnie co innego gra pierwsze skrzypce- ano to, że w związku z tym moim kręgosłupem ja mam niezwykle osłabione nogi. Nawet nie tyle siłowo, co bólowo. No ale tu liczę na skok adrenaliny, który powinien te kwestie załatwić lepiej niż ketonal.
    :)
    Przyjedź do Wszawki na ten Marsz.

    OdpowiedzUsuń
  14. @ Iwona Jarecka

    Dzięki za docenienie! Oni i się nigdy nie poznają, bo to przecie prawica, czyli do szpiku kości ministranty. Albo się chociaż nie przyznają, że docenili nasz nowy typ prawicowej propagandy.

    Co do unikania szpar zaś... Nie wiem, jak tam teraz z innymi babami, bo chodzą najdziwniejsze wieści. Ale że Ty szpar potrafisz unikać, to akurat wiem. (Agnieszka zresztą nawet lepiej i chyb do dziś płacze. Też bym płakał!)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  15. @ Artur M. Nicpoń

    I co? Laską waliłeś w tych swoich dawnych przewagach?

    Wiesz, przyznam, że ta twoja laska wydaje mi się cholernie lekka, a to jednak obniża jej ew. wymowę. Może mi się tylko wydaje, ale nie wiem, czy nie wziąłbym jej na ramię i nie zablokował, ew. przez gruby rękaw. To w końcu tylko pół kilograma, jak słyszałem, rozłożone na ponad metr długości.

    Jak wejdziesz hitlerowcowi rebe Blumsztajna całym ciężarem w ryło, za pośrednictwem sztywno trzymanego drążka, to go mamusia (była kucharka w Gestapo) nie rozpozna. A tak? Szczerze, nie wiem..

    Życzę oczywiście powodzenia. Swoją drogą, ta metoda walki na kije, co ja ją głoszę, to taka w sumie walka na bagnety - tyle że nie ma jednego ulubionego końca ze szpikulem. Ale tam przecież też się wali i kolbą, i środkiem. Setki lat doświadczeń!

    Co d przyjazdu do Wawy, to się zastanowię. Muszę najpierw dojść, czy mam teraz w Wawie kogoś, kto mnie kocha i przechowa.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  16. TtT

    Z tą lekkością to nie jest do końca tak. Nie jest istotna cała waga, która ogólnie powinna być stosunkowo lekka (i jest, bo to około funta - czyli wcale nie tak lekko, no bo 450g to w sumie połowa wagi szabli husarskiej). Liczy się stężenie wagi, a ta kulka z lanego i skrawanego alu to około 1/3 wagi całej laski, czyli na końcu łuku tam gdzie jest najwyższe przyśpieszenie kątowe, masz też największą gęstość masy laski.

    Nie zmienia to faktu, że potrzebuje to trochę miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  17. Tygrysie,
    ale po co zmyślać, co by było gdyby było?
    Zobacz sobie na filmik, jak zachowuje się uderzony nią betonowy pustak i zastanów się, czy twoje ramię jest od tego betonowego pustaka twardsze, czy raczej nie.
    Mnie się wydaje, że raczej nie.
    Zresztą, to wszystko są pierdoły.
    Prawdziwy temat, to znalezienie w Wawce kogoś, kto cię kocha i przechowa ;)
    Po prostu byłoby zajebiście się spotkać.
    Pozdro!

    P.S. rozglądnij się za jakimś wczesnorannym pociągiem do siebie, na Pomorze. Ja też tak robię, bo w sumie nie jestem wcale pewien, czy to będzie miało sens się w ogóle kłaść spać i czy nie lepiej po prostu po imprezie wsiąść w pociąg i jechać do domu. Po drodze człowiek dojdzie do siebie, jak coś.

    OdpowiedzUsuń
  18. @ Artur M. Nicpoń, Mustrum

    Ustalmy:

    1. nie chcę nikomu pluć do zupy;
    2. ta laska to może być fajna broń.

    Co powiedziawszy, uprzejmie zawiadamiam, że ja bym od razu zapomniał o używaniu tego jak szemranego bejsbola (który nie jest aż tak wspaniałą bronią, a poza tym t jest zbyt lekkie, czy szemranego rapieru (który ma jednak ostrze na całej długości, trudno go chwycić, i ma super szpic).

    Ale to nie moja sprawa w końcu. Jednak porównanie mojego ramienia z kawałkiem betonu jest nieco bez sensu: moje ramię potrafiłoby się przysunąć bliżej i ominąć te GÓRA 30 ostatnich centymetrów, gdzie toto jest w miarę niebezpieczne; nie ustawiałoby się koniecznie prostopadle; potrafiłoby się nieco "ugiąć aby zwyciężyć"...

    Nie mówiąc już o np. rzuceniu ci się, wraz z resztą mojej osoby, w nogi, co by ci (sorry, ale sobie teoretyzujemy, to żadna wrogość!), te nogi być może z miejsca połamało w kolanach, zapewne uszkodziło a już na pewno szybko przemieściło cię do pozycji horyzontalnej, zapewne dodatkowo waląc cię planetą Ziemia w głowę.

    Ustaliliśmy już (Mustrum), że tak używana laska ma niebezpieczne jedynie b. krótki końcowy odcinek. I ktoś, kto by się potrafił trzymać POZA dystansem, żeby nagle go skrócić i wejść w ciebie np. sposobem zapaśniczym, będzie, daruj, bardziej niebezpieczny bez żadnej broni, niż ty z tą laską.

    Nie mówiąc o parce lub trójkąciku. Zrobisz jak zechcesz, ale pozwól, że ja tu jednak powiem, co myślę - choćby na użytek innych.

    Co do Wawy, cóż stary jestem i wolałbym, żeby mnie ktoś kochał i przytulił, niż tłuc się dobę w pociągu. Kiedy Michnik luźno sobie w piernatach. Brałem udział w dziesiątkach demonstracji, parę razy stałem naprzeciw luf, i to nie tylko broni ręcznej - a skutek, kurwa, jaki? Taki jak widać dokoła.

    Może niech ktoś wreszcie coś pokaże i przekona mnie, że warto się dalej szarpać. Na razie myślę, kto mnie może kochać w tej Wawie.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  19. Tygrys

    Ministrant tez człowiek. A co do tej Agnisi to Ci nie daruję.;p

    OdpowiedzUsuń
  20. Kurtka motorowa ma bardzo dobre rozwiązania jeśli chodzi o ochronę przedramion czy też barków. Powszywane pleksy w rękawy to chyba obecnie standard.
    Podobnie piłkarskie ochraniacze na golenie.

    Nie wiem czy za bardzo nie jestem oderwany od rzeczywistości, ale wydaje mnie się, że najważniejszą jednak rzeczą to jest nastrój, który rezonowałby z tą zaszczytną ideą niepodległości.

    Mam nadzieję, że nie tylko ja tak myślę i że tak będzie.

    It's all in the mindset - powiadają.

    OdpowiedzUsuń
  21. Julek

    Providence is always on the side of the big batallions.

    OdpowiedzUsuń
  22. @ Mustrum

    Uczestnicy bitew pod Crécy, Poitiers, Azincourt, czy pod inną Gaugamelą, by się chyba nie zgodzili.

    Jak też i świadkowie podboju nowego świata przez Hiszpanów.

    (Że się wetnę.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  23. "Co do Wawy, cóż stary jestem i wolałbym, żeby mnie ktoś kochał i przytulił, niż tłuc się dobę w pociągu. Kiedy Michnik luźno sobie w piernatach. Brałem udział w dziesiątkach demonstracji, parę razy stałem naprzeciw luf, i to nie tylko broni ręcznej - a skutek, kurwa, jaki? Taki jak widać dokoła.

    Może niech ktoś wreszcie coś pokaże i przekona mnie, że warto się dalej szarpać. Na razie myślę, kto mnie może kochać w tej Wawie."

    Zestaw sobie teraz tę swoją wypowiedź z obecnością, w zeszłym roku, na Marszu, byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Być może zrozumiesz, dlaczego ten twój cały ardreyizm-tygrysizm-szpęgleryzm to bezzębne ględzenie zza biurka.

    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  24. @ Artur M. Nicpoń

    Na temat więźniów obozów koncentracyjnych i ich zachowań to musiałbyś raczej porozmawiać z prof. Bartoszewskim, bo ja ani nic o tym nie wiem, ani, po prawdzie, wiedzieć nie chcę, ani nie jestem, ani być nie pragnę, ani mi to przesadnie nie imponuje.

    Co do bezzębności - ależ ja mam już prawo w moim wieku! Nie mówiąc już o tym, że trochę myślę i wyraźnie widzę, co z tego typu zębności, o jakiej marzysz i jaką pragniesz reprezentować, w realu wynika.

    Chcesz rozmawiać? Fajnie, no to porozmawiajmy konkretnie! Co zamierzasz tym swoim pójściem 11 listopada KONKRETNIE osiągnąć? Choćby malutkie, ale konkretnie proszę! No dobra, jedno nie starczy... Cóż więc osiągniesz, osiągniecie, osiągniemy (bo ja w końcu i tak sercem z wami) pięcioma takimi marszami, czyli za pięć latek?

    Bo jeśli nic, to to sorry, ale ja mam swoje sprawy, swoje zainteresowania, więcej już demonstrowałem, niż ty zapewne będziesz miał po najdłuższym życiu szansę... I widzę, że to w sumie nie aż taka wspaniała metoda.

    Wolę więc sobie pomyśleć nad jakąś skuteczniejszą, alternatywnie zapomnieć o tych wszystkich Michnikach i reszcie tego smętnego pedalstwa i pożyć sobie jeszcze jakąś część z tych ostatnich moich lat na ziemi w świecie - bezfryckowym wprawdzie - ale jednak jakoś tam wzniosłym i niespaskudzonym mi przez to wszystko.

    Mamy całkiem inne cele i inne przekonania - czy to coś, co cię aż tak wyprowadza z równowagi? Należysz może do sekty Moona, wg. którego wszystkie religie muszą się zlać w jedną? Bo ja tak nie mam i u mnie różni ludzie mogą sobie blogaski pisać na różne tematy, a także mieć różne przekonania.

    Swoją drogą znalazłem już kogoś, kto mnie w Wawie kocha... Ale i tak demonstrowanie wydaje mi się już, w moim wieku, sprawą dość w sumie niepoważną. Zgłoście się, jak zaczniecie robić coś NAPRADWDĘ!

    Co powiedziawszy, życzę wam wszelkich uśpiechów i bezpiecznego powrotu do domów. Szczerze!

    (I polecam się na przyszłość, bo pasjami uwielbiam twoje komęta! Też szczerze.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  25. Tygrysie, Tygrysie, Tygrysie!
    Po cóż tyle słów?
    Sprawa jest prosta, albo się jedzie do Warszawy, by wraz z innymi Polakami "policzyć się", zademonstrować, tchnąć w samego siebie i innych otuchę, albo się siedzi w tym dniu w domu, jak cipa. I dokłada się w ten sposób małą cegiełeczkę bezczynności do wielkiego zwycięstwa marksizmu.
    To jest proste i nie wymaga rozszerzonej egzegezy.
    Przy twojej deklarowanej bezczynności, sam powiedz, ile warte są te twoje opowieści o tym, jak to się szykowac, rękawiczki zakładać itp. rzeczy? No są mniej więcej tyle samo warte, co socjalistyczne pokrzykiwania Sierakowskiego Sławomira, który w lokalu Krytyki Politycznej zatrudnia ludzi na umowy śmieciowe.
    I to jest przykre.
    A pomijam tu całkowicie fakt, że po prostu byłoby bardzo sympatycznie, jakbyśmy się całą bandą, z Mustrumem, Hrabią i innymi spotkali w Wawce, zamoczyli wąsy w piwie jakimś później, pogadali i zrobili choć mały kroczek ku temu, o czym sam przecież piszesz- bezpośredni kontakt.
    Są tylko dwa powody, dla których patriota nie będzie obecny w Wawie 11.11. Tymi powodami są: trudna sytuacja ekonomiczna (coraz powszechniejsza w Polsce), choroba własna lub kogoś bliskiego.
    Całą reszta to tanie wymówki.

    OdpowiedzUsuń
  26. @ Artur M. Nicpoń

    Po co tyle słów? To mój blog w końcu, a uznałem, że warto. Zresztą są tacy, którym się moja odpowiedź b. podobała.

    Że "by było miło"... Fakt, mogłoby być. Ale to nie jest jakiś miażdżący argument w tej sytuacji. Zresztą nie wiesz, jak miło mi będzie z tym, co sobie zrobię zamiast tego, prawda?

    Co do narzucania mi rozumienia patriotyzmu i zgodnego z nim postępowania - daruj sobie! Wielu to już robiło przed tobą i jak woda po kaczce.

    Czemu rękawiczki? A bo tak sobie chciałem popisać, akurat na ten temat. Coś ci to przeszkadza? Swoją drogą, jeśli ktoś nie dostrzega różnicy między SKUTECZNOŚCIĄ (w jakimkolwiek sensownym znaczeniu) i (naiwnym w mojej opinii0 przekonaniem, iż nasze CIERPIENIE (lub choćby niewygoda) W JAKIŚ CUDOWNY SPOSÓB I SAMO Z SIEBIE PRZEMIENI SIĘ W ZWYCIĘSTWO...

    Rękawiczki, że już wyjaśnię jak chłop krowie, po to, żeby nas mniej bili (albo, da Bóg, wcale). Co nie znaczy, że trza się pchać, tam gdzie akurat będą. W dodatku bez rękawiczek.

    No to daruj, ale ja nie potrafię z takim kimś dyskutować. Widać jestem zbyt mało judeo-chrześcijański. Nie usłyszałem od ciebie choćby próby odpowiedzi na moje stwierdzenie, łatwe do zweryfikowania, że np. moich kilkadziesiąt demonstracji (oczywiście nie tylko moich) nie dało ABSOLUTNIE NIC w realu.

    Jest gorzej niż za późnego Gierka, a niedługo będzie zapewne znacznie gorzej, niż za późnego Gomółki. Więc po co te demonstracje? To zabawa dla młodych, więc się bawcie! A jak was będą bić, to zastanówcie się chwilę, czy to prawicowe. Bo niestety inaczej tego raczej nie widzę, co oczywiście jest dla mnie skrajnie przykre.

    Słuchaj, ja mam prawie 60 lat i z całą pewnością przysługuje mi prawo do niechodzenia na demonstrację! Że nie jestem typowym starszym panem? Zgoda, ale to moja prywatna sprawa. Mam prawo patrzeć co działa, a co tylko jest wynikiem histerii i bezsilności.

    Sam zresztą sensownie pisałeś, że takie demonstracje jak na Zachodzie nic nie dadzą. To nie znaczy, bym ja był przeciw demonstracjom na 11 listopada! Po prostu jestem przeciw takim, gdzie nas leją, mimo że my prosimy o łaskawą zgodę i zachowujemy się jak grzeczne pedałki na marszu milczenia zorganizowanym przez GW.

    Wawa jest po prostu cholernie daleko. Równie dobrze mógłbym pojechać na spotkanie blogerów do Krakowa, na które mnie zapraszano. Ale też za daleko.

    Naprawdę - ew. sukces tej demonstracji na pewno nie zależy od udziału jednej osoby, choćby i mnie. A istnienie takiego bezzębnego bloga, który się zajmuje takimi bezzębnymi sprawami, jakie ja akurat uważam za istotne, raczej nie wpłynie negatywnie na to, co co nam, w sumie, wszystkim razem chodzi. Prawda? Nie ma na to sposobu, chyba że od wczoraj stałeś się jakimś hiper-totalitarystą i uważasz, że wszyscy muszą mówić to samo.

    Jeśli kogoś mój bezzębny blog nie rusza, to ja z pewnością nie zmuszam go do czytania. Cóż więc on ci, że spytam, przeszkadza? Choćby i tak bezzębny?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  27. @ Artur M. Nicpoń

    Powiem krótko: kiedy nasze demonstracje zaczną wyglądać CO NAJMNIEJ TAK, jak "Flower of Scotland" na dudy i 50 tys. gardeł na Murrayfield w Edynburgu (które można sobie poszukać na YT) to będzie mi naprawdę trudno powstrzymać się przed wzięciem w tym udziału.

    Możesz to potraktować jako moje zobowiązanie!

    Na razie przypomina mi to smętne marsze lemingów pod egidą Gazowni.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  28. Ach, czyli jak już rzeczywistość dorośnie do twoich wyobrażeń?
    Czy to aby nie jest właśnie lewactwo i geremkowszczyzna?

    ;)

    OdpowiedzUsuń
  29. @ Artur M. Nicpoń

    O lewactwie nie śmiałbym dyskutować z kimś, kto jeszcze dwa lata temu był regularnym korwinistą i się do tego z dumą przyznawał. Co JA mogę o lewactwie wiedzieć?

    Co do Geremka... Byłbym naprawdę zadowolony, gdyby tobie udało się zrobić choćby tysięczną część tego, w realu, co jemu. Oczywiście nie w tę samą stronę, ale mówię o skuteczności. Dzięki więc za, mimowolny zapewne, komplement!

    A w kwestii, że tak to określę, ogólnej - naprawdę aż tak ci przeszkadza mój niszowy blogasek? Mógłbyś mi łaskawie wytłumaczyć dlaczego?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  30. Tygrysie,

    ja, w warstwie światopoglądowej, nadal jestem korwinistą, co pewnie wyda ci się trudne do ogarnięcia, że można gardzić Korwinem i równocześnie uważać, że ok. 80% tego, co on gada ma realny sens i tak długo, jak długo w Polsce się w tym kierunku nie zacznie dziać, tak długo będziemy tkwić w syfie.

    Geremkowszczyzna naprawdę nie jest komplementem. Taki Stalin, to dopiero miał na koncie masę dokonań, ale chyba się zgodzimy co do tego, że lepiej już by było dla świata, jakby on jednak nie dokonał niczego, zgoda?

    Mi nie przeszkadza ani twój blog, ani ty. Wręcz przeciwnie i twój blog, i Ciebie bardzo lubię. I właśnie dlatego mnie wkurwiasz.
    Jakbym Cię nie lubił, to miałbym do Ciebie stosunek doskonale obojętny.

    A skoro już to mamy wyjaśnione, to przestań ględzić o szukaniu kogoś do ukochania, tylko zbieraj dupę do Warszawy na 11.11.11 już choćby z tej prostej przyczyny, że będzie super okazja do sprania kilku lewackich mord, co jest okolicznością świetną samą w sobie.
    No bo sam powiedz, kiedyż to ostatnio dałeś po mordzie lewakowi?
    A tu, nie dość, że lewacy, to jeszcze będą lewaccy Niemcy!
    I teraz powiedz, czy może być coś piękniejszego, nad spuszczenie takiemu wpierdol?

    Pozdro!

    OdpowiedzUsuń
  31. @ Artur M. Nicpoń

    Dzięki za dobre słowo, ja też się nie chcę kłócić, bo i po co.

    Co do Stalina, to jasne jest, że bym wolał, żeby wymarł na 7 pokoleń przed swoim narodzeniem. Co do tego chyba nikt nie może mieć wątpliwości? Ale gość ze swojego pkt. widzenia był skurwysyńsko skuteczny, a o Polsce różne rzeczy można powiedzieć, niektóre nawet miłe, ale na pewno nie, że jest w ostatnich paru stuleciach skuteczna. Zgoda?

    Tak samo mam spore wątpliwości co do obiecanego bicia lewaków. Bo oni jednak mają za sobą policję, sądy, "Europę", media... I co tam jeszcze.

    Tak że nie jest jeszcze ustalone, kto tu w sumie kogo będzie bił, a raczej stawiał bym, że to nie oni będą bici. Przykro mi z tego powodu, chyba nikt i tutaj nie może mieć wątpliwości, ale żeby ich zażyć z mańki i ew. przyprawić o łzy, trzeba jeszcze sporo pokompinować, a do tego musi się mieć kurewskie szczęście...

    W sumie pchanie się tam na chama z nadzieją na bicie ich po mordach wydaje mi się nieco naiwne. A że to dla mnie 800 km pociągiem w te i wewte, dwa stracone dzionki... I dla czego? Dla dwóch godzin w świetle reflektorów? Żeby TVN'y w całym świecie mogły pokazać "faszystów" z ogolonymi łbami w podeszłym wieku?

    Na początku myślałem jechać, ale teraz już coraz mniej. Tym bardziej, że żadne bale nie dla mnie, bo ja od wielu lat nie mam już nawet butów innych niż pseudo-adidasy i spodni innych niż bojówki. Nawet mi to czasem przeszkadza w zarabianiu.

    Nie żebym się akurat tym przejął, ale dla równowagi przeczytaj sobie najnowszego Coryllusa na szalomie. (Rolex zresztą jest rewelacyjny, też m.in. tam.) Gość zdecydowanie uważa, że pakujemy się w prowokację i może mieć rację. Dla mnie jest nieco letni, fakt, do tego kumpel Toyaha, ale to nie jest głupi gość.

    Wszyscy jesteśmy tak zfrustrowani, zdesperowani i zagubieni w poczuciu bezsilności, że NIEprowokowanie nas to po prostu, z pkt. widzenia służb, Putinów, żydokomuny i czego tam jeszcze, po prostu ZBRODNIA. Całkiem jak ew. niezamordowanie LK w Smoleńsku.

    Unia się wali, kapitalizm się wali, ojro się wali... Po co mamy się naiwnie pakować pod pały? Żeby odwrócić uwagę i dać głupi ludek doszczętniej spacyfikować? Michnik wie co robi. To skurwiel, ale nie zupełny idiota, a w każdym razie mówią mu mądrzejsi, jeśli jemu rozumu nie starcza.

    Co innego jest NIE DAĆ SIĘ BIĆ, np. we własnej dzielnicy, a co innego pchać się tam, gdzie tak czy tak wróg zwycięży - jeśli nie na placu, to potem w sądach i w propagandzie, która dla tak zmasakrowanego narodu jak nasz, jest naprawdę śmiertelnie groźna.

    Wiem, że możesz mieć kwiożercze odruchy, ale rozum człowieka powinien być zdolny jakoś je przełączyć (nie mówię wysublimować). Wiem, że się nie możesz zapisać na żadne MMA, ale pograj se w gry, potrenuj bicie laską, bejsbolem, yawarą... Poucz innych... Postrzelaj.

    Może jakbym mieszkał w Wawie, to bym poszedł, ale bez wielkiego przekonania. Albo i nie. Ale 800 km? I po co właściwie?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  32. @ Artur M. Nicpoń (i WSIe)

    Choć Stalin to przecież też nie samo zło!

    Unicztożił Trockiego, wytłukł to kurestwo (z przeproszeniem kurw!) z KPP... Niestety nie całkiem całe.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń