niedziela, listopada 04, 2012

Gra w klasy

X podaje taką oto definicję klasy: "Nazywamy klasami duże grupy ludzi różniących się między sobą miejscem zajmowanym w historycznie zdefiniowanym systemie produkcji społecznej, stosunkiem (najczęściej ustalonym i uświęconym przez prawo) do środków produkcji, rolą w społecznej organizacji pracy, a więc sposobami uzyskiwania i wielkością społecznych bogactw, kórymi dysponują. Klasy to grupy ludzi, z których jedna może zawłaszczać pracę innej, dzięki innemu miejscu zajmowanemu w okeślonej strukturze, społecznej ekonomii." 
Grupa "kierownicza", taka jaką da się wyróżnić w Y, pasuje do tej definicji X?
Tak, "grupa kierownicza" stanowi liczną grupę ludzi, różniącą się od innych grup społecznych w Y swoim miejscem (decydującym) w systemie produkcji społecznej, swoim stosunkiem do środków produkcji (prawem dysponowania nimi), swoją rolą (kierowniczą) w społecznej organizacji pracy i częścią (znaczną) bogactw społecznych, które zawłaszcza. 
Grupa "kierownicza" stanowi w Y bez wątpienia klasę, tę klasę społeczeństwa Y, której istnienie się ukrywa.  W takiej mierze, a jakiej ta klasa w systemie produkcji społecznej jest dominująca, i w jakiej dysponuje środkami produkcji, lub w jakiej jej rola w społecznej organizacji pracy jest kierownicza, mamy do czynienia z klasą dominującą społeczeństwa Y - coś co się ukrywa przed światem.
Powyższy cytat jest oczywiście, jak na ten blog, napisany dość drętwym i bełkotliwym językiem. Co więcej, jest to wyraźnie marksistowska analiza, w której liczy się tylko praca, produkcja i bogactwo. (Nie, żeby te akurat rzeczy były bez znaczenia, oczywiście!) Czyli te same sprawy, które liczą się także niemal wyłącznie dla liberałów - z miłościwie nam obecnie panującymi liberałami realnymi włącznie - ale tu jednak dość łatwo język marksizmu, a nie liberalny pijarowy bełkot, który słyszymy na codzień.

Mimo to, ten opis sytuacji w owym tajemniczym "Y" nie wydaje mi się pozbawiony sensu, a nawet mógłby być dość intelektualnie płodny, gdyby ktoś się głębiej zastanowił. Co to jest to "Y"? Mogłaby to być " III RP, prawda? Pasowałoby. Albo mogłaby to być "Unia Europejska". Zresztą mógłby to być także "współczesny świat".

Jeśli ktoś łaskawy i nieprzesadnie leniwy, to zachęcam do przeczytania tego cytatu raz jeszcze, wstawiając pod "Y" za każdym razem jedno z zaproponowanych rozwiązań. A potem najlepiej by było jeszcze się drobną chwilę zastanowić, jak to pasuje i jakie ew. refleksje się nasuwają. I jeszcze może ktoś potrafiłby podstawić pod tę zmienną jakieś inne wartości. I także się zastanowić nad rezultatem.

No więc co pracowitsi, intelektualnie, robią o co prosiłem, a leniwce czytają po prostu dalej.

*

*

*

*

*

OK, wyjaśniam... Cały powyższy cytat pochodzi ze znanej książki Michałą Woslesnkiego "Nomenklatura", którą próbuję właśnie czytać (po francusku). Przekład mój własny. "X" to ni mniej, ni więcej, tylko Lenin. (Przecież nie mówię, że go lubię czy uważam za autorytet! Po prostu znalazłem jego definicję pojęcia klasy w tej książce i uznałem, że warto nad tym nieco podeliberować.) "Y" to, jak się niełatwo chyba w tej chwili już domyślić, to "Związek Sowiecki".

A co z tego wszystkiego wynika? Na razie, jak myślę, i to co tu mamy, wystarczy na rozpałkę. (Żeby nie powiedzieć "detonator". Myśli oczywiście.) No bo bez klasowego podejścia ani zrozumienie tego, co się wokół dzieje, ani też, da Bóg, tego zwalczanie czy zmienianie, się chyba nie ma szansy udać. A kwestie klasowe są załgane i zamulone, bo dotąd stanowiły niemal monopol wiadomo kogo, a miłościwie nam panujące leberały robią wszystko, żeby żadne inne do tych spraw podejście się nie pojawiło.

Mówią nam, że pojęcie klas i jakiekolwiek klasowe podejście, to czysty marksizm i czysty komunizm. Ale to kłamstwo, no bo weźmy od drugiej strony - czy arystokracje od zarania dziejów, czy wszelkie warstwy szlachecko-rycerskie - nie widziały świata w kategoriach klasowych? Czy może uważały się samych za dokładnie to samo, co biedota, chłopi, czerń, czy choćby mieszczanie? Takie były znaczy postępowe, humanistyczne und liberalne, tak?

Oczywiście że nie! Dzisiaj oczywiście wielu z ludzi przyznających się, z mniejszym lub większy prawem, do arystokracji, to sam kwiat postępowości i lewicowego humanizmu (inaczej dawno by z nimi zrobiono porządek, choć są i szczerzy, a nawet porzadni i niegłupi arysto pozbawieni czarnego podniebienia, mam takich w rodzinie), ale przecież nie zawsze tak było! Na pewno zaś nie wtedy, kiedy te arystokracje i szlachty dopiero powstawały. Ani wtedy, gdy naprawdę się liczyły.

Tak że nie wmawiajcie mi, leberały i spółka, że klasy to komunistyczny wymysł i tego typu podejście jest kompromitujące i z natury lewicowe! Oczywiście: "klasa robotnicza", "klasa chłopska", "inteligencja pracująca", "kułak", "biedniak"," średniak", "klasa obszarnicza" - to marksistowskie i w dużej części bełkot. Ale "nomenklatura" analizowana we wspomnianej tu przeze mnie książce, to już nie jest to samo, choć świadomie stosuje się tam "marksizujące" metody analizy, mające "zaatakować"  Sowiety ich własną niejako bronią. (Książka była wydana w roku 1980.)

No a obecnie, choć oczywiście "klasa robotnicza", "obszarnicy" i wszystkie te kategorie, które kiedyś jakoś mogły być sensowne, na pewno już sensowne i intelektualnie płodne nie są. Co nie zmienia faktu, drogie prole, że jak się jest prolem, a się jest, niestety, to jakiejś tam formy klasowego podejścia do otaczającej nas rzeczysistości uniknąć się nie da. "Prol" to nie to samo co "proletariusz", czyli robotnik albo jakiś jeszcze biedniejszy i mniej wykształcony człowień!

Ja tam, choćbym miał w końcu z głodu zemrzeć pod krzywym płotem ("byle przy tobie"), i tak będę do końca jakąś tam wersją (może wykolejonego i na pewno zrujnowanego) arystokraty, skrzyżownego z wojownikiem od niezliczonej ilości pokoleń. (Choć wcale nie sama szlachta.) Z tym, że wojowników ci u mnie dostatek, natomiast arysto to tylko jedna czwarta i to po kądzieli. Ale charakter akurat taki.

(I na pewno ja zawsze będę panem, tak samo jak cham, który teraz ma moje srebrne łyżki z hrabiowskimi, koronami zawsze będzie chamem. Nawet o wiele bardziej chamem, niż ktoś, kto takiej łyżki nigdy na oczy nie widział.) Może dość bladym odbiciem, bo "byt kształtuje rzeczywistość", ale jednak ani lemingiem być nie potrafię, ani żadnym autentycznym proletariuszem nigdy nie byłem i na pewno nie będę.

Ale problem niestety jestem i, jeśli dożyję, to mój status, o ile nie nastąpią rzeczy, o których się filozofom nie śniło, będzie się zmieniał razem ze statusem innych proli. Na coraz bardziej tożsamy ze statusem niewolnika, o ile cokolwiek z czegokolwiek rozumiem. A potem i dalej, bo ludzi jest przecież za dużo itd.

I to oczywiście wcale nie dotyczy tylko mnie. Taki Coryllus, który, jak sam opowiada, jednego dziadka miał robotnikiem rolnym, drugiego małorolnym chłopem, też nie jest żadnym proletariuszem, a nawet wprost przeciwnie - propaguje szlachecki etos i głosi ogromnie pozytywną rolę szlachty w polskiej historii. Ale w tym dzisiejszym świecie, w tych wszystkich @#$% procesach i zmianach, które się na naszych oczach (a częściej na naszych grzbietach) dzieją, to też, niestety - PROL.

Choć korą mózgową mógłby całe stado proletariuszy obdzielić i jeszcze by mu sporo zostało. To nic tu nie zmienia. A raczej może właśnie zmienia, bo tamci się chyba dobierają na zasadzie najmniejszego wspólnego mianownika i tam nikogo wybitniejszego po prostu być nie może. Ale jednak to oni nas gnębią, a nie my ich.

Albo Nicpoń, któren, choć chyba ze szlachty nie pochodzi, to, jako wyjątkowo nieliczny z naszych, jest czymś w rodzaju autentycznego ziemianina. I to nie tylko w sensie życia z dużego gospodarstwa i uciskania chłopa, bo także różne dodatkowe i przeważnie pozytywne sprawy. Jemu się chyba zresztą wydaje, że tak jest i tak już być musi, a jak się wysili, to nas pozostałych do tego mniej więcej stanu podciągnie...

I zostaniemy elitą, a tamci, trafią tam, gdzie ich miejsce... OK, fajnie by było, ale na razie, tak mi się widzi, to PROLE(TY), choć oczywiście żaden tam "proletariat". Słoma z butów to nie my, tylko oni - tylko CO Z TEGO?

My nie jesteśmy żadnym klasycznym "ludem", do którego miałoby sens, czy wdzięk, stosować jakieś dawne ideologie "wyzwolenia ludu" - ani te marksistowskie, ani te lollardów czy innych religijnie natchnionych dawnych "ludowców". (Z pierwszymi chrześcijanami włącznie!) Oni nie są żadną arystokracją czy szlachtą... Są czymś bez porównania gorszym i niejako łączy ich właśnie ta marność, te owadzie cechy... Tylko że oni NIE MUSZĄ być super, nie muszą być szlachtą czy arystokracją, żeby nas gnębić!

Nie muszą także być wojownikami - mniej czy bardziej barbarzyńskimi, ale mającymi realne osobiste i zbiorowe zalety. Od takich spraw to oni mają służby, kamery, podsłuchy, szpicli i manipulatorów (medialnych, naukawych, edukacyjnych itd..) gdzie się tylko spojrzy (tak to się pisze?). Tu naprawdę nie chodzi o wybór, czy mamy się uznać za jakichś czternastowiecznych ciompich, czy jakiś fabryczny proletariat sprzed dwustu lat, czy też uciekać z krzykiem "bolszewizm" na każdą wzmianke o klasach społecznych!

A z tym podciąganiem do ekonomicznego, i jakego tam jeszcze, poziomu Nicka, to jest, tak mi się widzi, skrajny optymizm. Bo to oni ustalają reguły, i obecność jakiegoś Nicka czy mnie w ich "zacnym gronie" wcale by ich nie ucieszyła. A tym mniej zamiana miejsc w społecznej hierarchii. Tym bardziej, że przecież na prostej zamianie miejsc tak czy tak to by się zakończyć nie mogło. Nie dało by się zresztą, nawet gdybyśmy chcieli.

Tak że możemy sobie być elitą - duchową (ach!), intelektualną, patriotyczną - ale w tym dzisiejszym świecie wyżej nerek nie podskoczymy, zależymy od różnych ludzi, instytucji, klas (!), które nam, jak wskazuje doświadczenie, za dobrze nie życzą i mają niezbyt miłe zamiary. Z tego, że jesteśmy od nich, osobiście, pod każdym względem lepsi i o wiele bliżej nam do każdej prawdziwej szlachty czy arystokracji, w praktyce, tej dzisiejszej, niestety nic nie wynika.

Oni, swymi, godnymi robactwa (z jego liczącą 400 milionów lat historią) metodami, ze swym godnym robactwa charakterem, na razie zwyciężają jak chcą i nas coraz bardziej gnębią. Są teraz dwie istotne klasy: ONI I CAŁA RESZTA. (Z Wołkami i Sadurskimi tego świata, próbującymi się do tej "elity" za wszelką cenę załapać, ale ich możemy na razie pominąć.) Do tej reszty należymy my! Ta cała reszta to PROLE.

I żeby sobie to uświadomić, wcale nie musimy się utożsamić akurat z opisanym przez Marksa proletariuszem! W ogóle nie musimy z nikim się utożsamiać, bo sytuacja jest stosunkowo nowa. Marks jej na pewno w szczegółach nie opisał, choć być może dałoby się i u niego coś interesującego i pożytecznego na te tematy znaleźć.

I ja naprawdę nikogo nie namawiam, żeby się nawracał na "materializm historyczny i dialektyczny", żeby się poczuł "klasą robotniczą" czy czymś takim - ja tylko mówię, żeby się raczej nie przejmować za bardzo jazgotem różnego rodzaju agentury i poputczików, wrzeszczących, że "klasy społeczne to kłamstwo i bolszewizm, albo gorzej, bo socjalizm, w dodatku narodowy". Bo im za to płacą, a wy na to będziecie tyrać do śmierci. Choćby dlatego raczej się nie powinniście tym ujadaniem przejmować.

Bez przemyślanej na nowo sprawy klas po prostu nie da się nic zrozumieć ani z PRL bis, ani z całego tego dzisiejszego globalnego... Powiedzmy "świata". Z Unią na czele, choć jest nadzieja, że długo już nie pociągnie.

(Swoją drogą, całkiem nie na temat, martwię się o Putka, któren nam coś niedomaga. Cóż, skończył sześdziesiątkę biedaczyna, a to poważny wiek! Wiem coś o tym. Może gdyby się był z tego judo przerzucił na czas na BJJ.... Albo może ichnie sambo, gdzie chyba też się bardziej tarzają, niż walą drug drugiem o ziemię... Choć w sambo sobie okrutnie wykręcają nogi, na tym to właśnie polega, on chyba właśnie z nóżką ma coś nie tak. W każdym razie biedny!)

triarius

P.S. Od mądrego wroga gorszy głupi przyjaciel.

8 komentarzy:

  1. Polecam też "klasową", czy raczej kastową analizę prof. de Carvalho (którego połajankę z niejakim Duginem u siebie streszczałem):

    http://theinteramerican.org/commentary/298-sociopathy-and-revolution.html

    Owszem, jedzie libertariańskim utopizmem i "kapitalizmem jako jedynym moralnym systemem", ale tekst nie traci przez to zbytnio na wartości.

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Jaszczur

    Dzięki! Bardzo interesujące, choć dla mnie bardziej ze wzgl. na Indie, niż ze wzgl. na Marksa. (O Indiach w sumie nie aż tak wiele wiemy, co dla szpęglerysty stanowi problem.)

    Z drugiej strony, czy Ciebie nie szokuje fakt, że ci liberalni uczeni po prostu nie potrafią sobie wyobrazić, by coś się komuś wzięło inaczej niż przez odpisywanie od kogoś innego? Jeśli nie kogoś pod bokiem - to chociaż od jakiegoś pradawnego Hindusa albo innego Kechua?

    Ciekawe czy Spenglera też już w ten sposób ktoś zdemaskował. Bardzo bym chciał takie coś dorwać, jeśli istnieje. Tak mało ostatnio powodu do śmiechu!

    Tygrysizm jednak (toutes proportions gardées) akurat na pewno nie jest po prostu odpisywaniem od innych, choć się oczywiście inspiruję, o czym staram się wprost mówić... Więc to chyba nie całkiem tak działa. W każdym razie nie zawsze, nie u każdego.

    W historii idei takie podejście nosi nazwę "internalizmu" - w przeciwieństwie do "eksternalizmu", gdzie na poglądy wpływa jednak zewnętrzne otoczenie i po prostu fakty.

    No i takie nastawienie sprawiło m.in., że nie zdecydowałem się na pisanie w Uppsali doktoratu z historii idei, na co chyba miałbym szansę. Ja tak po prostu nie mogę, żeby kogoś poglądy analizować, czy choćby opisywać, całkiem "obiektywnie", bez żadnego własnego wkładu czy "filozofowania", o i właśnie żeby tak z pełnym przekonaniem doszukiwać się w każdym opisie rzeczywistości popłuczyn po jakimś innym opisie, już opisanym...

    A co Ty o tej sprawie sądzisz? Tak generalnie, bo nie musimy się koniecznie znęcać nad profesorem z portugalskim nazwiskiem.

    W każdym razie było to interesującą lekturą, a ta "Socjopatia" w tytule to po prostu miód w moje serce - jakby specjalnie dla mnie napisane!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  3. @ WSIe

    Właśnie wyczytałem w Woslenskim:

    Przypomnijmy wypowiedź Marksa zapisaną w roku 1852, w której deklaruje on, że nie odkrył walki klas, ale za to był pierwszym, który udowodnił, że "walka klas musi doprowadzić do dyktatury proletariatu, i że "jedynie ta dyktatura pozwoli na zlikwidowanie wszystkich klas i przejście do społeczeństwa bezklasowego". Marks uważał tę ideę za swój najważniejszy wkład w teorię walki klas.

    koniec cytatu

    Hłe hłe, że się zaśmieję! Ale super rzecz odkrył! Swoją drogą, podstawić pod "dyktaturę proletariatu" "wolny rynek" i mielibyśmy wszystkich tych świrów od Misesa z Korwinem na czele!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  4. Tako rzecze Towarzysz Mąka:
    Marks był na swój sposób szczery. Otwarcie wyznawał, że nie on odkrył istnienie klas oraz walk klasowych lecz zaczerpnął ten pomysł od burżuazyjnych historyków i pisarzy jak Thiers i Balzak, może i nawet od co poniektórych "doktorów Kontrrewolucji".
    Przechodząc do podstawowego pytania "czy arystokracje od zarania dziejów, czy wszelkie warstwy szlachecko-rycerskie - nie widziały świata w kategoriach klasowych"? Odpowiedź brzm: większość chyba tak, ale nie wszystie. Były arystokracje które postrzegały się li tylko w kategoriach rasowych, plemiennych, a zupełnie gnorowały kwestie finansowe. W Indiach nawet najbogatszy siudra to wciąż nieskończenie mniej niż asceta z kasty braminów czy zubożały kszatrija, co nie? Na amerykańskim południu także biały śmieć stał o kilka oczek wyżej w hierarchii społecznej od najzamożniejszego nawet Mulata. Sowieccy czekiści też mieli mniej rubli i dolarów od NEPmanów i kułaków, ale to oni byli nomenklaturą, mieczem i tarczą światowego Proletariatu itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marks był szczery, zgoda. To był szczyry para-religijny umysł (oczywiście nie judeo-chrześcijański, jak chce ten błazen Kołakowski, tylko po prostu judeo) i miał autentyczne naukowe ambicje. Nie to co np. Lenin.

      A co do kategorii klasowych. Kszatrija i czekiści, zgoda. Tylko powiedz Ty mnie dlaczego dla Ciebie klasa miałaby wynikać wyłącznie z bogactwa? Może kompletnie ten aspekt ignorować, przynajmnej w teorii.

      Ej, nasiąkł Szan. Pan leberalnym panekonomizmem! Albo i marksistowskim. Dla mnie np. germańscy nejeźdzcy to też klasa, osobna znaczy, a byli o wiele "biedniejsi" od byle posiadacza ziemskiego w byle rzymskiej prowincji.

      No, chyba że ja czegoś tu nie zrozumiał. Jeśli tak, dopraszam się o wyjaśnienie!

      Pzdrwm

      Usuń
    2. Tako rzecze Towarzysz Mąka:
      "Tylko powiedz Ty mnie dlaczego dla Ciebie klasa miałaby wynikać wyłącznie z bogactwa? Może kompletnie ten aspekt ignorować, przynajmnej w teorii."
      Przecież właśnie o tym wspomniałem: klasa mogła wynikać także z koloru skóry, etnosu czy wcześniejszych zasług względem Rewolucji, a nie ze stanu majątkowego.

      Usuń
  5. Tako rzecze Towarzysz Mąka:
    "Z drugiej strony, czy Ciebie nie szokuje fakt, że ci liberalni uczeni po prostu nie potrafią sobie wyobrazić, by coś się komuś wzięło inaczej niż przez odpisywanie od kogoś innego? Jeśli nie kogoś pod bokiem - to chociaż od jakiegoś pradawnego Hindusa albo innego Kechua?"
    A coż w tym dziwnego? Lberalni uczeni to w końcu spadkobiercy pradawnej K/C, gdzie religia była objawionym Prawem, a Litera wszystkim, a w dobrym tonie było przedstawiać nowinki jako reinterpretację prastarych tekstów Prawodawcy, co nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem dokładnie to samo szpęgleryczne podejrzenie na temat liberalnych uczonych i różnych tam ciekawych K/C.

      Po prostu nie zdążyłem tego wyrazić i dobrze, że Ty to zrobiłeś. Kocham ęteraktywość!

      (A może się po prostu przestraszyłem, że rebe Bratkowski to przczyta i mi dowali?)

      Swoją drogą otarłem się o uppsalską katedrę historii idei i to się zdaje potwierdzać. Choć mieli tam też jednego blond katolika (!), którego zszokowałem kiedyś mówiąc, że Św. Brygida to był antypatyczny świr, który albo miał urojenia, albo cwanie terroryzował otoczenie bajdami.

      Ale to, niestety, jak się w końcu zorientowałem, całkiem wykraczało poza paradygmat historii idei. I tak nie zostałem Zasłużonym Akademikiem Kraju... Szwecji znaczy, i świata. Ech, żiźń...

      Pzdrwm

      Usuń