piątek, września 05, 2014

Moje zapasy w kisielu z rodzimą historią

Czasem sobie tak myślę - kiedy już nie mogę znieść tej całej martyrologii, narodowej duszoszczipatielności, Frycków i ran rozdrapywania - że chciałbym kiedyś, w wolnej Polsce, być jakimś takim gościem, od którego coś zależy. No i wtedy ja bym na przykład zarządził, żeby oddawanie czci poległym za Polskę, dawnym bohaterom, jak i zresztą po prostu patriotycznym Polakom, płacz nad niesprawiedliwością historii, zaborami... Itd., itd.

Żeby to trwało jakieś pięć dni każdego roku. I tylko tyle! Bardzo intensywnie, bardzo uroczyście, piękna oprawa - coś jak japoński festiwal płodności - ale tylko kilka dni w roku. W szkołach uczyłoby się oczywiście podstaw rodzimej historii - choćby po to, byśmy mieli wspólny zestaw memów i mogli ze sobą rozmawiać - ale raczej minus te wszystkie uderzania w ckliwe tony, pokrzepiania serc i wmawiania sobie, żeśmy najważniejsi w świecie całym i w ogóle cudne ptaki, ach!

Oczywiście - dla nas jesteśmy najważniejsi i tak ma być. Polska znaczy. Co innego jednak kibicowanie samemu sobie i walka o swoje ("walka" w sensie najszerszym z możliwych, oczywiście) - co innego zaś wmawianie sobie, że świat cały o niczym innym nie myśli, niż o naszym szczęściu. Bo tak po prostu nie jest i zostało nam to już dobitnie dowiedzione niejeden raz.

Mamy teraz te wszystkie Tuski, Komóry i Schetyny - "historyków", psia mać! - więc logiczne, że ludziom zaczyna się wydawać, że nie ma nic durniejszego niż studiowanie historii. Że tylko inżynier może sensownie kojarzyć i tak dalej. Ja się z tym nie zgodzę! Wymienione indywidua to żadni historycy i w ogóle żadne... No, nic w ogóle przecież! A ja, jakby nie było, mam inżynierskie wykształcenie - na szczęście nie tylko takie - i wcale nie sądzę, by ono było konieczne, czy najlepsze z możliwych.

Po prostu jak się przyjmuje na "studia wyższe" każdego pacana, żeby go potem wysłać na zmywak do Anglii, a takie zera jak ci przed chwilą wymienieni mianuje się "historykami", no to się ma to, co mamy. My tu jednak mówimy o hipotetycznej WOLNEJ Polsce. No więc ja bym historii uczył jak najbardziej - oczywiście tych, których warto tego uczyć - ale bez przesadnego nacisku na "wpajanie patriotyzmu" akurat w czasie jej uczenia. Bez jakiejś specjalnej koncentracji nawet na historii rodzimej.

Patriotyzm - oczywiście, jak najbardziej! Ale w nauczaniu historii wolałbym jednak, by uczniowie zaczęli rozpoznawać mechanizmy, działające siły, "prawa historii" (na ile takie dają się w ogóle rozpoznać)... No i z rodzimą historią jest, jak mi się zdaje, ten problem, że tutaj jest wyjątkowo trudno te sprawy jakoś klarownie wydestylować. Częściowo oczywiście z powodu sposobu, w jaki historię Polski dotąd pisano, i sposobu w jaki jej nauczano. A także popularyzowano.

Jednak, choć mogę się mylić, bo od rodzimej historii żadnym ekspertem nie jestem... Długo by było tłumaczyć dlaczego, może to kiedyś zresztą spróbuję wyjaśnić... Nie chodzi o to, że nie uważam ją za interesującą czy ważną, oczywiście. Nie chodzi o to, że nie chciałbym jej znać i rozumieć. Jednak ona, jak mi się wydaje, jest w sumie dziwnie chaotyczna. W tym sensie, że trudno w niej znaleźć najistotniejsze dominujące tendencje, jakieś główne kierunki... Masa rzeczy, jak mi się widzi, działa w tej naszej polskiej historii zza kulis - co najczęściej oznacza "zza granic". Co najmniej zza granic, żeby tak to określić, wewnętrznych - różni tam innowiercy, mniejszości. I te rzeczy.

Niezwykle trudno by było chyba napisać o historii Polski choćby coś takiego, jak "Królowie przeklęci" Druona. Jest to wielotomowa powieść o Francji XIV wieku, gdyby ktoś nie wiedział, w której - przy wszystkich tych koszmarach i zbrodniach - daje się jednak odczytać kilka głównych politycznych linii rozwoju, kilka potężnych celów tej monarchii, działających konsekwentnie przez dziesięciolecia, a czasem przez wieki. Nawet jakiś nowy "Faraon" Prusa chyba z trudem mógłby się rozgrywać w dawnej Polsce.

Powie ktoś "idea jagiellońska". Sorry - ja tego nie kupuję! Nic nam to nie dało i na pewno nie da. Cenię Piłsudskiego, ale wielkiej "idei" w tej "idei jagiellońskiej" nie dostrzegam. Raczej propagandę i doraźną politykę. (Nie żeby to musiało być, samo w sobie, złe. Ale jabłka to nie pomarańcze.) No a "idea piastowska", to chyba raczej była komusza propaganda, antyniemiecka (to były czasy!). Może to i mogło być niegłupie, ale dopiero by musiało powstać. A zresztą - raczej nie o tego typu "idee" powinno nam chodzić! Takim prymitywnym wytrychem się w tym miejscu na powierzchni globu wiele nie zwojuje, co niestety widzimy teraz na własne oczy.

Nie mówiąc już o tym, że w "naukowym" pisarstwie historycznym - które, nie dajmy się oszukać, zawsze jest czymś mniej lub bardziej na pograniczu publicystyki! - francuskim, brytyjskim, amerykańskim... Żeby tylko na tych krajach poprzestać - daje się bez wielkiego trudu pisać "naukowe" (chodzi o to, że nie fikcja - ten cudzysłów to nie ironia!) książki jak te Gaxotte'a czy Bainville'a, w których KAŻDY dosłownie król Francji, choćby "z pozoru" wyczyniał największe idiotyzmy i ogólnie był durniem, służy jednak rozwojowi swojego kraju i niemal prostą drogą wiedzie go do tego, co jest dzisiaj. Czy raczej wtedy, kiedy tę książkę napisano. (A co, zdaniem tych autorów, jest samą esensją szczęścia i rozkwitu.) Choćby w ten sposób, że wygenerował Joannę D'Arc.

O historii Polski się tak nie da. Tam jest chaos, często nie da się rozpoznać żadnej spójnej polityki, a jeśli, to jest to polityka obcych dworów. Nasz kraj długo trwał, a nawet na swój sposób kwitł, dzięki temu, że szlachcic był dobrym jeźdźcem, umiał walczyć, i bez porównania wolał żyć w kraju, gdzie czuł się wolny, czuł się u siebie, czuł się panem, i nie bał się, że ktoś może mu wkrótce kazać mówić np. po niemiecku. Potem przyszła reformacja, a sąsiedzi rozwinęli się pod względem sztuki wojennej, dyplomacji, ekonomii - i Polska stała się, w ich przynajmniej oczach, rzadko zaludnionym obszarem surowcowym, który warto by było zdominować i zacząć "racjonalnie", intensywnie eksploatować.

Wzorem choćby Krzyżaków, których, jakby nie było, sami Polacy sobie na łeb ściągnęli. Żeby nawet po wyjściu z rozbicia dzielnicowego nie było zbyt fajnie. No a potem... Naprawdę, aż przykro się o tym myśli, jak myśmy tych Prusaków z własnej woli utuczyli i wypromowali! W każdym razie, kiedy już wsiadanie szlachty  na koń - choćby się nawet nazywało "husarią" - przestało wystarczać na sąsiadów, Polska zaczęła gnić. Czegóż innego można by oczekiwać od czegoś, co - przynajmniej w porównaniu z sąsiadami - NIE jest naprawdę państwem, a tylko jego zgrubną atrapą, a tak się nieszczęśliwie złożyło, że NIE leży na wyspie, tylko na płaskiej równinie? (Którą nawet mamuty i bizony przed dziesiątkami tysięcy lat ciągnęły dwa razy do roku milionowymi stadami, w ramach swej naturalnej transhumancji.)

Potem zaczęły się budzić nacjonalizmy, a dynastyczny system, wyrosły z feudalizmu, zaczął się powoli rozkładać. Cóż więc dziwnego, że nasi patrioci dostrzegli w tym szansę dla Polski i mieliśmy "za wolność naszą i waszą", oraz całe stada masonów i rewolucjonistów? Przyznam, że przykładanie dzisiaj do tego moralnych miar i próby rozstrzygania w naszych sercach etycznych racji Kościuszków i Pułaskich w zderzeniu z racjami różnych tam ludzi, lojalnych wobec cara i kogo tam, ale za to - ach! - jakżesz hiper-tradycyjnie katolickich, wydaje mi się bez sensu. Z tym, że ja osobiście jednak milion razy wolę owych masonów-patriotów.

Dużo więcej dałaby nam choćby uważna lektura wspomnianego przeze mnie tu Druona. No a potem, po tych oświeceniowych masonach i napadających na carskie konwoje pocztowe "bandytach", z naszą historią zaczyna być już tylko trudniej, smutniej, a wszystko staje sie jeszcze bardziej pokręcone. II RP trwała tylko 20 lat, oczywiście była daleka od ideału, ale my dzisiaj potrafimy na nią pluć - choć sami przez więcej czasu i być może w łatwiejszych jednak warunkach, zrobiliśmy zupełnie nic, albo jeszcze gorzej. Obłęd! Oczywiście - wady były, sporo i spore. O tym trzeba rozmawiać, jeśli się ktoś tymi sprawami zajmuje. Ale czy wszyscy muszą się tym zajmować? I czy muszą w to pakować aż tyle emocji? Negatywnych emocji, przypomnę, bo o takie tu chodzi.

Albo Powstanie Warszawskie... Co do "Solidarności", którą większość z nas miało przed oczyma, i o której niemal wszystko da się wiedzieć, jeśli ktoś się postara, mówi się niemal wyłącznie czule i słodko, co wydaje mi się kompletnie bez sensu i skutkiem raczej agenturalnej roboty. Albo REALNE polityczne skutki pontyfikatu JP2. Pozytywne znaczy. Których ja absolutnie nie potrafię dostrzec, sorry! Jesteśmy w niesamowitym wprost szambie, Polska na naszych oczach przestaje istnieć, nasze społeczeństwo jest nie tylko podzielone, ale i po prostu skurwione (z przeproszeniem kurw) jak chyba nigdy... A my sobie radośnie wmawiamy, że JP2, swom pontyfikatem i odwiedzinami w Polsce nas PRZEANIELIŁ. Jeśli to nie jest zbiorowa narodowa paranoja, to ja już nie wiem! To jak by było BEZ JP2? JESZCZE koszmarniej? Potrafi sobie to ktoś wyobrazić? Bo ja nie!

Na razie starczy już tego marudzenia. Tylko jeszcze krótko podsumuję:

- historię NALEŻY studiować (nie przejmując się oczywiście tym, że Komóra, Tusk czy inny tam Schetyna to "historycy");

- NIE KAŻDY jednak musi się historią zajmować - to nie jest niezbędny warunek, by np. być patriotą!

- nie każda historia warta grzechu musi być rodzima i powodować w nas histeryczne reakcje!

- pisana historia to w dużej mierze propaganda lub publicystyka - należy więc zastanawiać się za każdym razem KTO nam coś mówi i co właściwie mógłby chcieć przez to osiągnąć!

- nie przesadzajmy może z tym ciągłym ocenianiem dawno zmarłych ludzi z punktu widzenia moralności czy mądrości - nie mówię oczywiście o zdrajcach, tylko o takich, którzy chcieli Polski dobra, ale nie całkiem im to być może wyszło, albo też mieli nie takie jak my dziś przekonania, większość z nich i tak zrobiła dla Polski więcej niż my, albo przynajmniej więcej dla niej poświęciła!

triarius

7 komentarzy:

  1. Duszeszczipatielno, nie duszoszczipatielno. Uczyli mnie ruskiego od 4-tej klasy podstawowej do 11-tej, potem na studiach 2 lata i potem przy dalszym kształceniu i jeszcze coś niecoś pamiętam, mimo, że bardzo się przed tą nauka opierałem.
    I raczej nie jst to ckliwość, ale wzruszenie, uczuciowość. (Nb w angielskim ckliwość wyrażnie jest odgraniczona od innych stanow uczuciowych).
    Jeśli chodzi i czepianie się, to jeszcze zauważę, że można nie lubić Pułaskiego, ale żeby go wyzywać od Puławskich...
    Zmogłem w końcu tą historię, kulturę, politykę Spenglera. Nie podoba misie. Po perwsze to nie folozofia tylko mistycyzm, po drugie tyko dwa razy o Polakach - raz kiedy się cieszy, że Fryderyk porwal i ściąl polskiego szlachcica, zwolennilka poddaństwa Prus królowi polskiemu i drugi raz, kiedy szydzi z głupich Niemcow, wspierających polskie dażenia niepodleglosciowe, kiedy "Polacy zabijali Niemcow".
    Często polemizuje, albo raczej gani Mrksa, ale Engelsa już nie, przeciwnie. I ani słowa o żydach. Skadinad wiadomo, ze potepial antysemityzm. Może dlatego, że jego dziadek ze strony matki był synem Żydowki.
    Spengleryzm mi definitywnie przeszedł.
    Pozdrawiam mimo to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, kompletnie mi wisi, jak coś jest po rusku. Mam dysleksję, a ruskiego nigdy w życiu nie pragnąłem umieć. (Uczyłem się go, pod przymusem, 11 lat.)

      Przekręciłem nazwisku Pułaskiego? Przecież wiem jak się nazywa! (Mam słuchową pamięć.) Musi palcówa, albo znowu dysleksja.

      Co do Speglera zaś... Czy ja mówię, że to o tym Kalksteinie było sympatyczne? A czego byś się spodziewał po patriotycznym Prusaku o prawicowych poglądach w roku 1919? Mnie, przyznam, gość akurat imponuje obiektywizmem i spokojem w tej sytuacji. My histeryzujemy z o wiele mniejszych powodów!

      A gdzie ja powiedziałem, że on "potępiał antysemityzm"? I dlaczego miałby to robić? Powiedzialem, że, wbrew pierdołom, które wypisuje o nim Wikipedia, gość akurat do kryteriów "rasowych" nie przywiązuje absolutnie żadnej wagi. I pisze np., że australijscy aborigeni mieli więcej matematycznego talentu od starożytnych Greków. Z powodu bumerangu oczywiście. To mało? Jak na tamte czasy?

      Miał pradziadka Żyda? Jerum jerum! Zmienię gust i zacznę się modlić do Konecznego! Co tam Koneczny - do Toynbee'go zacznę się modlić! ;-)

      Co do Marksa i Englesa - to jakiś problem? Na słowo Engels mamy dostawać drgawek i wymiotować? Zbyt mi to, daruj, zalatuje "prawicowością" w stylu jakiegoś Korwina!

      Przecież W SWOJEJ KRYTYCE ci faceci mają całkiem sporo sensu! Na pewno o lata świetlne więcej, niż Korwin z "von" Misesem na przykład. Naprawdę nie rozumiem co jest nie tak w znajdowaniu jakiegoś sensu u Engelsa. Mówisz, jakbyś go całego przeczytał, ze trzy razy, i był ekspertem. A chyba nie jesteś? A "uczyć się, choćby od diabła" - nie łaska?

      Nie musi Ci się Spengler podobać - to bardzo elitarna lektura. Jeśli mi ten tekst wyjaśnił kilka istotnych kwestii, to nie jest z nim jednak źle. Oczywiście Magnum Opus jest lepsze. Ale też nikomu nie będę go na siłę wciskał.

      "Mimo to"? No to ja też "mimo to". Pozdawiam znaczy. ;-)

      A swoją drogą - kto Ty w ogóle jesteś, Panie Anonimowy? Nie że coś, ale skoro "mimo to" i "definitywnie przeszedł", no to może warto, bym wiedział.

      Usuń
  2. Faktycznie, przepraszam za mimo to... O poglądach Spenglera na antysemityzm wyczytalem gdzieś indziej (podobno odmowił Goebbelsowi wspołpracy z tego powodu).
    Korwina od wielu wielu lat mam za ruskiego agenta i jego poglady są dla mnie bełkotem.
    Prawie 5 lat temu przeszedłem na emeryturę i już na wszystko patrzę z dużym dystansem. Mam uczulenie na marksizm w ogóle (na studiach wg.Schaffa).
    Cenie zwiezlość - uważam. że w powodzi słów zawsze kryje sie fałsz.
    Jedną nogą jestem z "Polski", drugą z Gdyni.
    Życzę zdrowia bo to najwazniejsze.

    PS. Czy nie wiesz czasem co się dzieje z Kirkerem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem co sie dzieje z Kirkerem. Pożarliśmy się dawno z powodu jego plucia na PiS.

      Co do Spenglera, to wiem że odmówił, motywując to, że "potrzeba nam bohatera, a nie tenora bohaterskiego". Antysemitą zapewne nie był, przynajmniej jak na tamte warunki, no i nie było to z pewnością motywowane jakiś "rasizmem", w sensie wartościowaniem na podstawie genów czy koloru skóry.

      Co do nieszczęsnego Kalksteina, to przecież tego było tylko kilka słów (plus wyjaśnienie tłumacza). Jasne że dla Polaka to przykre jak cholera, ogólnie mało sympatyczne - ale przecież nie mówimy o książeczkach dla dzieci, tylko o czymś tak brutalnym jak międzynarodowa Polityka! Nie jest potrzebne wiedzieć, jak świat widzi jeden z naszych największych odwiecznych wrogów? Jak widzi siebie, do jakich wartości przywiązuje wagę?

      Ja kiedyś ostro się wyśmiewałem, np. w dyskusjach z Nickiem, z koncepcji jakiejś "prawicowej międzynarodówki". Że jak niby szkop jest prawica i my jesteśmy prawica, to musimy się kochać. Co za brednie! Spengler jako myśliciel był wieki, jako człowiek wydaje się być b. etyczny itd., ale jako patriotyczny Niemiec tak czy tak będzie wrogiem patriotycznego Polaka, bo inaczej się nie da.

      Aktualny, doraźny pamflet napisany w momencie ogromnej klęski i masy emocji - a Ty tu się jeżysz z powodu krótkiej wzmianki o bezwzględności Fryca (oczywiście powinniśmy to pomścić, ale słaby to sobie może), która była politycznie mądra. No bo i była - dla szkopów.

      Co do rosyjskiego, to przecież u mnie to tylko środek literacki! Jedyne rosyjskie słowo, jakie traktuję poważnie, to "swołocz". Reszta to tylko swego rodzaju jaja. No a gdybym użył "dusze-" zamiast "duszo-", to ludzie nieznający rosyjskiego pewnie by się nie domyślili o co tam chodzi. Sens tego słowa zresztą pasuje mi w każdą stronę.

      Za Pula*skiego dzięki! Nie wiem skąd to się wzięło. Poprawiłem wszędzie gdzie było.

      Ogólnie to dzięki za feedback - ostatnio, jak widać, nie rozpieszczają mnie. Po dłuższej przerwie w pisaniu, jaką sobie zafundowałem, bractwo pouciekało. Nie wiem gdzie, pewnie do Ziemkiewicza.

      Co do Gdyni, to ja teraz Przymorze. W Gdyni mieszkała moja matka przed wojną. (No i Adaś.)

      Pzdrwm

      Usuń
    2. Że się wetnę
      Aktualny, doraźny pamflet napisany w momencie ogromnej klęski i masy emocji
      Uważam, jesteś w błędzie. A dodatkowo, nie "doraźny' ani 'emocji'. Migawka 'autorska'. A i aktualny aktualnie :).

      Usuń
    3. Wiesz, jak bym nie sądził, że to po stu latach jeszcze aktualne, to bym przecież nie zachwalał. Jednak z punktu widzenia autora to było chyba skierowane do jego współczesnych, w b. konkretnej i "nabolałej", jak to cudnie określano za Gierka, sytuacji. Emocje też Spengler musiał odczuwać spore, choć oczywiście też uważam, że mu one nie przyćmiły umysłu.

      To jest dość krótki tekst, być może dla kogoś, kto nie czytał Magnum Opus kilka razy, jak ja, to nie jest w pełni od razu zrozumiałe, ale mnie uzupełniło to parę istotnych rzeczy. Zresztą, choć miejscami (w sumie sporadycznie) może to być przykre dla akurat Polaka, to jednak warto chyba dowiedzieć się także tego, jak nasz wróg widzi sens i wartość własnego państwa i te rzeczy?

      Z tego wynika od razu jak widzi nas, jak widzi świat, o co walczy... A zresztą - choć anarchia jest w sumie bliska memu sercu, to jednak - czy my nie powinniśmy od tych szkopów nieco tej postawy przejąć? Świat being as it is? Nazwijmy ją nie "pruską", tylko "japońską"! To podobne.

      Ale, do cholery - ja chcę, żebyśmy to wreszcie MY dawali innym w dupę (w miarę), a nie oni, jak zawsze, nam! Z naszym podejściem, w tych czasach i w tym miejscu, nie ma na to cienia nadziei.

      Pzdrwm

      Usuń
  3. Moja żona urodzila się w wolnej Gdyni i jako niemowlę była wypedzona. Wiem, ze jest jakies towarzystwo, ale ne znamy skutkow jego działania. Steinbach ma lepiej.
    Teściowie mieszkali w Gdyni od końca lat 20-tych i po wojnie wrócili do siebie. Już nie żyja.
    Bardziej mnie zjeżyło potepienie przez S Niemcow kibicujących sprawie odzyskania niepodleglosci przez Polskę. Bo chyba właśnie Niemcy mieli w tym udział większy niż Austriacy i oczywiście nie jak nam cala szkole i studia wmawiano, że Lenin nam zwrocił niepodległość.
    Mój Ojciec, który umarł blisko 40 lat temu zostawil mi na lozu śmierci przeslanie, że z Ruskimi nigdy się nie dogadamy a z Niemcami zawsze. Miał podstawy do takiego sądu, bo z moskalami walczyl najpierw uciekłszy z liceum w 1917r i potem jako oficer rezerwy w 1939r. Natomiast całą okupację pracowal (wGG) w polskim sądownictwie (było takie, pod niemieckim nadzorem) (był adwokatem). W domu przechowało się wiele książek przedwojennych itd., więc to co odkrywała Solidarność nie było dla mnie niczym nowym. Historia najnowsza, od czasów przedwojennych i wojenna jest moim zdaniem dalece zakłamana i ewoluuje w kierunku wygodnym dla wielkich tego świata.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń