Spyta ktoś, dlaczego, choć w motcie mam przecież o tępieniu lewactwa, ciągle przykopuję przede wszystkim liberałom? Zmusiłem wprawdzie chytrym podstępem Katona Starszego, by zostawił w spokoju nieszczęsną Kartaginę i zajął się lewactwem, ale to niemal wszystko, com uczynił, bo wszystkie niemal gromy, kopniaki, cała niemal jadowita ślina i cuchnąca siarką żółć, dostają się przemiłym, uwielbiającym wolność, indywidualną przedsiębiorczość i świętą własność poczciwinom. Dlaczego tak?
Na ten zarzut odpowiem, iż jest to przede wszystkim problem błony. Jakiej błony, spyta co badziej ciekawski czytelnik? Błony, którą pamiętam z moich młodych lat. (Ach!) Z lat licealnych chyba, o ile mnie starcza niesiołowatość już nie dopadła i całkiem mi się nie pokręciło. Te prlowskie licea, jak to, do którego sam chodziłem, miały całkiem niezły poziom. Przynajmniej w porównaniu z tymi obecnymi, które każdy po prostu musi ukończyć, by potem pójść na "studia", i w których panuje, nomen omen, liberalne podejście do uczniów. Fakt, była indoktrynacja, ale czy dzisiaj jej nie ma? Chyba tylko azymut się radykalnie zmienił, poza tym, z tego co mi mówią, niewiele.
No dobra, i co z tym liceum i tą błoną? Już widzę te wypieki, pąsy, oczęta spuszczone, w dekolt, w jakąś powabną szczelinę między... Nieważne! Już słyszę trzepot rzęs, przyspieszony oddech... No więc spieszę wyjaśniać. Chodzi mi o błonę półprzepuszczalną, o której uczono mnie na fizyce. Taka błona przepuszcza cząsteczki otaczającej ją substancji, ale tylko w jedną stronę, te które pragną się przez nią przedostać w drugą stronę, po prostu brutalnie zatrzymuje. Jaki tego skutek?
Taki mianowicie, że na zdrowy rozum można stwierdzić, iż, jeśli błona będzie szczelnie, na dwie części, przegradzać szczelne naczynie, a po obu jej stronach będzie początkowo jakaiś gaz pod tym samym ciśnieniem, to po jednej stronie ilość tego gazu, oraz jego ciśnienie, będzie się stale zwiększać, aż do momentu, gdy cały gaz znajdzie się w tej części. Po drugiej zaś ilość gazu i jego ciśnienie będzie się stale zminieszać, aż do zera. Choć można by to naprawdę osiągnąć tylko w teoretycznym przypadku idealnej błony półprzepuszczalnej, a do tego mogłoby to zająć sporo czasu. Nas jednak interesuje tutaj sama teoretyczna zasada zjawiska, a nie jego ew. technologiczne zastosowania.
No więc, wracając do naszej głównej kwestii - lewactwo to hunwejbini, to huliganeria używana przez rządzących do terroryzowania spokojnych obywateli. To także cenne źródło inspiracji dla tych, którym nie podoba się to wszystko, na czym dotychczas uformowane było ludzkie społeczeństwa, ba - sama natura człowieka. Lewactwo to ogłupiała z braku obowiązków, z totalnego bezpieczeństwa, z braku autorytetów młodzież. To także, przeważnie na szczytach hierarchii, sfrustrowane schizoidy, zdające sobie jednak sprawę z tego, że dopóki świat jest taki, jaki jest, dla nich nie ma w nim wiele miejsca i wielkiego uznania wśród normalnych ludzi nie zdobędą. Trzeba więc ten świat rozwalić. I zbudować w jego miejsce coś nowego, lepszego.
Albo i nie, są różne szkoły, także wśród lewaków. Jedni głoszą, że samo się zbuduje i na pewno będzie lepsze. Inni, że samo rozwalanie daje wystarczająco dużo radości. To, że normalni ludzie w takim świecie nie chcieliby żyć, nikomu z lewaków nie przeszkadza, a często nawet bardzo ich cieszy.
No i, po co ja miałbym z takimi ludźmi polemizować? Po co miałbym ich zwalczać słowem, skoro całkiem inne narzędzia są tu potrzebne? Lewactwo jest jak pluskwy, które mnie gryzą. Nie polemizuję z pluskawmi, nie czytam im "Listu do Koryntian" ani Tocqueville'a. Jeśli mogę, to je tępię. Jeśli mogę, to ostrzegam innych przed przyniesieniem do domu kanapy, w której urządziły sobie "Le Madame".
Problemem, którym warto i należy się zajmować, jest błona! Półprzepuszczalna, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział. Czyli pytanie, które trzeba sobie postawić, jest takie: dlaczego wszystkie, nawet najbardziej schizofreniczne, durne i zbrodnicze pragnienia lewaków są, prędzej czy później, w obecnej zachodniej cywilizacji realizowane, podczas gdy poglądy z drugiej strony spectrum, są coraz bardziej wyraźnie, gorliwie, i niestety także skutecznie, tępione?
Dlaczego pluskwi "Le Madame" (które za samą gramatykę powinno się rozwalić!) ma wszelkie prawa, ograniczane jedynie chyba cierpliwością ludzi, na których się te eksperymenty, te wiwisekcje, dokonuje, którzy nie są jeszcze całkowicie bezsilni, więc nie można ich przypadkiem zbudzić, dać im zrozumieć, co się z ich życiem, nie mówiąc już o życiu ich dzieci, dzieje...
Więc dlaczego ten pluskwi "Le Madame" i wszsytkie jego klony tudzież avatary, mają tyle praw, i coraz więcej z każdym niemal dniem, zaś normalni, zdrowi na umyśle i moralnie ludzie, którzy rzekomo mają być podmiotem - "demokracja" (władza "ludu", gdyby ktoś nie wiedział), "prawa człowieka", "wolność jednostki", cały ten bełkot - są poddawani, wraz z całym swym życiem, brutalnej i cynicznej obróbce po to, by sprawić przyjemność tym lewackim pluskwom?
No dobra, wyszło to już dość długie. A więc do następnego razu, kiedy dalej będziemy ten problem drążyć. (Deo volente, of course. Jak zawsze, w końcu człowiek nigdy nic o przyszłości pewnego nie wie.)
c.d.n.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
piątek, czerwca 29, 2007
czwartek, czerwca 28, 2007
Będą nas nawracać, moi państwo!
Gdyby ktoś mi postawił zadanie spojrzenia na współczesność z intelektualnego dystansu, historiozoficznie, żeby tak to mądrze określić, a potem powiedzieć, co ujrzałem, to bym z pewnością od razu na początku mej relacji stwierdził, że na terenie tego, co nazywamy zachodnią cywilizacją, odbywa się właśnie śmiertelna walka pomiędzy tradycyjną religią - przede wszystkim chrześcijaństwem - wraz z wynikającymi z niej, kształtującymi od wieków i b. gruntownie życie i przekonania nawet ludzi niewierzących, a nową... Jak by to określić? Niech będzie: religią, choć nie całkiem.
W tej walce, jak dotychczas, ta pierwsza dostaje baty na wszystkich frontach i nic nie zdaje się zapowiadać jakiejś zmiany w wojennym powodzeniu obu stron.
Jaka jest ta druga religia-niereligia? Dość trudno dokładnie określić dokładną hierarchię jej dogmatów, ponieważ wszystko to dopiero się kształtuje (choć już zwycięża i kształtuje NASZE życie), dociera się w zaciszach jakichś niedostępnych niemal nikomu klubów, prywatnych mieszkań, czy może nor... I tylko co pewien czas serwuje się nam, zwykłym ludziom, obecnym i przyszłym neofitom kolejną inscenizację "Czarodziejskiego Fletu". Niewątpliwe arcydzieło, zgoda, ale przecież było też parę innych arcydzieł w historii europejskiej sztuki operowej, czemu zawsze ten "Flet", a nie na przykład... Cokolwiek innego?
Mitologia tej nowej religii jest już dość dobrze znana, jest to Oświecenie, do którego wiodą pomniejsze, ale tym przez to cenniejsze przecież, strumyczki we wcześniejszej historii, oraz to, co z Oświecenia wynikło i wynika. Z "Czarodziejskim Fletem" włącznie - oczywiście dla wybrednych, bo dla mniej wybrednych są Festiwale Eurowizji i Otwarcia Olimipiad, tudzież innych podobnych Międzynarodowych, czy już raczej Globalnych, Imprez. (Marna imitacja turniejów gladiatorów, triumfów, lupercaliów i innych takich starożytnych chec z cyklu "panem et circenses", jeśli ktoś by mnie pytał.)
Swojej Świętej Świeckiej Księgi - świeckiej, bo ta nowa religia jest absolutnie świecka, przez co stanowi autentyczny przełom i postęp w historii Ludzkości, a tym bardziej stanowić będzie, jeśli się naprawdę przyjmie i przetrwa Aż Do Kresu Wieczności, jak jest z całą pewnością planowane - ta nowa religia chyba nie ma. Jest dość sporo różnych świętych tekstów, ale nie ustalono jeszcze chyba Kanonu. Na to przyjdzie czas nieco później.
Ile później? Zapewne w jakiś czas po wprowadzeniu w życie (fanfary, werble, chóry starców zawodzą) Konstytucji Europejskiej. Jednak już teraz rozchodzą się z kręgów "europejskich" (nie powiedzialem, że wszystko wskazuje, iż gdzieś tam musi się znajdować najwyższa władza nowej religii? a więc mówię, na 98% tam się właśnie ona znajduje, a te 2% to na to, że tam się bezpośrednio odbiera objawienia). A więc rozchodzą się wieści, że głoszenie anty-ewolucjonistycznych poglądów ma być w Unii Europejskiej karane.
Nieprawdopodobna sprawa, jeśli to prawda, a wygląda mi na prawdę, lub raczej na sondowanie nastrojów i podgrzewanie się wzajemne do boju. Przez wojowników nowej religii oczywiście, przez kogo innego? Jako zaprzysięgły ewolucjonista, mówię, że sam taki pomysł (jeśli naprawdę istnieje) kwalifikuje od razu Unię Europejską do kategorii instytucji zbrodniczych, tout court!
Czemu wierzę w takie przedziwne z pozoru i szokujące pogłoski? Bo docierają do mnie informacje, całkiem nietrudno dostępne, jeśli się ma dostęp do prasy czy sieci w kilku językach, na temat b. podobnych działań. Poza tym np. dowiedzialem się niedawno, że w niemieckim prawie (jeśli "prawem" można to w ogóle nazwać) jest przepis pozwalający praktycznie każdego skazać za wszystko, jako "podżegacza". Przepis ponoć jeszcze z czasów III Rzeszy, ale nie usunięty, jak i kilka innych dość istotnych, choćby dla Polaków, przepisów z tamtej epoki.
No a poza tym parę dni temu polski (?) tzw. "niezawisły sąd" nałożył na Romana Giertycha "karę" w praktyce za podważanie świeckiej świętości Św. Jacka Kuronia. A więc można, po prostu na razie na niewielką skalę, detalicznie, i w stosunku do ludzi z jakichś (dla mnie niezrozumiałych) względów niepopularnych. To dopiero pierwsze jaskółki jednak, zapewniam!
W sumie wyszedł z tego już całkiem długi tekst. Z pewnością w jednym, nawet chorobliwie długim, blogowym tekście tematu nie wyczerpię. Nawet nie wyczerpię tego, co już wydaje mi się, iż na temat nowej religii i jej prozelitów wiem. A więc na razie przerwę, zapraszając Mego Lojalnego Czytelnika (skoro do tego miejsca doczytał to zasługuje na miano lojalnego!), jeśli taki w ogóle istnieje, na przyszłe analizy, intuicje i zoologiczne idiosynkrazje z tą pasjonującą sprawą związane.
Na razie zaś: take care and drive slowly - nowa religia potrzebuje was!
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
W tej walce, jak dotychczas, ta pierwsza dostaje baty na wszystkich frontach i nic nie zdaje się zapowiadać jakiejś zmiany w wojennym powodzeniu obu stron.
Jaka jest ta druga religia-niereligia? Dość trudno dokładnie określić dokładną hierarchię jej dogmatów, ponieważ wszystko to dopiero się kształtuje (choć już zwycięża i kształtuje NASZE życie), dociera się w zaciszach jakichś niedostępnych niemal nikomu klubów, prywatnych mieszkań, czy może nor... I tylko co pewien czas serwuje się nam, zwykłym ludziom, obecnym i przyszłym neofitom kolejną inscenizację "Czarodziejskiego Fletu". Niewątpliwe arcydzieło, zgoda, ale przecież było też parę innych arcydzieł w historii europejskiej sztuki operowej, czemu zawsze ten "Flet", a nie na przykład... Cokolwiek innego?
Mitologia tej nowej religii jest już dość dobrze znana, jest to Oświecenie, do którego wiodą pomniejsze, ale tym przez to cenniejsze przecież, strumyczki we wcześniejszej historii, oraz to, co z Oświecenia wynikło i wynika. Z "Czarodziejskim Fletem" włącznie - oczywiście dla wybrednych, bo dla mniej wybrednych są Festiwale Eurowizji i Otwarcia Olimipiad, tudzież innych podobnych Międzynarodowych, czy już raczej Globalnych, Imprez. (Marna imitacja turniejów gladiatorów, triumfów, lupercaliów i innych takich starożytnych chec z cyklu "panem et circenses", jeśli ktoś by mnie pytał.)
Swojej Świętej Świeckiej Księgi - świeckiej, bo ta nowa religia jest absolutnie świecka, przez co stanowi autentyczny przełom i postęp w historii Ludzkości, a tym bardziej stanowić będzie, jeśli się naprawdę przyjmie i przetrwa Aż Do Kresu Wieczności, jak jest z całą pewnością planowane - ta nowa religia chyba nie ma. Jest dość sporo różnych świętych tekstów, ale nie ustalono jeszcze chyba Kanonu. Na to przyjdzie czas nieco później.
Ile później? Zapewne w jakiś czas po wprowadzeniu w życie (fanfary, werble, chóry starców zawodzą) Konstytucji Europejskiej. Jednak już teraz rozchodzą się z kręgów "europejskich" (nie powiedzialem, że wszystko wskazuje, iż gdzieś tam musi się znajdować najwyższa władza nowej religii? a więc mówię, na 98% tam się właśnie ona znajduje, a te 2% to na to, że tam się bezpośrednio odbiera objawienia). A więc rozchodzą się wieści, że głoszenie anty-ewolucjonistycznych poglądów ma być w Unii Europejskiej karane.
Nieprawdopodobna sprawa, jeśli to prawda, a wygląda mi na prawdę, lub raczej na sondowanie nastrojów i podgrzewanie się wzajemne do boju. Przez wojowników nowej religii oczywiście, przez kogo innego? Jako zaprzysięgły ewolucjonista, mówię, że sam taki pomysł (jeśli naprawdę istnieje) kwalifikuje od razu Unię Europejską do kategorii instytucji zbrodniczych, tout court!
Czemu wierzę w takie przedziwne z pozoru i szokujące pogłoski? Bo docierają do mnie informacje, całkiem nietrudno dostępne, jeśli się ma dostęp do prasy czy sieci w kilku językach, na temat b. podobnych działań. Poza tym np. dowiedzialem się niedawno, że w niemieckim prawie (jeśli "prawem" można to w ogóle nazwać) jest przepis pozwalający praktycznie każdego skazać za wszystko, jako "podżegacza". Przepis ponoć jeszcze z czasów III Rzeszy, ale nie usunięty, jak i kilka innych dość istotnych, choćby dla Polaków, przepisów z tamtej epoki.
No a poza tym parę dni temu polski (?) tzw. "niezawisły sąd" nałożył na Romana Giertycha "karę" w praktyce za podważanie świeckiej świętości Św. Jacka Kuronia. A więc można, po prostu na razie na niewielką skalę, detalicznie, i w stosunku do ludzi z jakichś (dla mnie niezrozumiałych) względów niepopularnych. To dopiero pierwsze jaskółki jednak, zapewniam!
W sumie wyszedł z tego już całkiem długi tekst. Z pewnością w jednym, nawet chorobliwie długim, blogowym tekście tematu nie wyczerpię. Nawet nie wyczerpię tego, co już wydaje mi się, iż na temat nowej religii i jej prozelitów wiem. A więc na razie przerwę, zapraszając Mego Lojalnego Czytelnika (skoro do tego miejsca doczytał to zasługuje na miano lojalnego!), jeśli taki w ogóle istnieje, na przyszłe analizy, intuicje i zoologiczne idiosynkrazje z tą pasjonującą sprawą związane.
Na razie zaś: take care and drive slowly - nowa religia potrzebuje was!
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
słowa kluczowe:
chrześcijaństwo,
Czarodziejski Flet,
Europa,
postęp techniczny,
religia praw człowieka,
Unia Europejska
środa, czerwca 27, 2007
Demokracja L...
Warto czasem słuchać tego, co mówią ludzie potężni i wpływowi. Wiem, wiem! Ludzie potężni i wpływowi, szczególnie w naszych słodkich czasach, dziwnie często generują nieprawdopodobne ilości bezsensownego i/lub kłamliwego (w różnych proporcjach, choć z reguły to się dopełnia do 100%) bełkotu. Że tego się po prostu czytać ani słuchać nie da. Fakt. A więc nie będę aż tak pozbawiony serca, by wzbudzać w moich nielicznych czytelnikach wyrzuty sumienia, jeśli pilnie codziennie nie śledzą elukubracji tow. Żakowskiego, tow. Wołka, czy tow. Sierakowskiego z Żiżkiem i Leninem do pomocy.
Jednak naprawdę twierdzę, że warto czasem nadstawić ucha co też taki ktoś mówi czy pisze i wyłapać przynajmniej słowa kluczowe.
Weźmy taki Związek Sowiecki. Przez całą swoją historię jego przywódcy mówili otwartym tekstem, że dążą do zawładnięcia całym globem, że mierzi ich zgniła zachodnia demokracja i takie tam... I mało kto im wierzył! Istniała cała liczna i opływająca w splendory, tudzież we względne dostatki, klasa tzw. sowietologów - na usługach wszystkich ważniejszych instytucji, od rządów po wpływowe tygodniki... Ci ludzie żyli z czytania i rozumienia tych kremlowskich przemówień, artykułów w "Prawdzie" czy "Izwiestiach"... Masa była miejsc, gdzie oni to wszystko, co chcą z Zachodem i całym światem zrobić, mówili i pisali, sporo ludzi żyło z egzegezy tych tekstów, i jakoś nikt wniosków nie wyciągał.
Zabawne było, że ci "sowietolodzy" raczej właśnie przyczyniali się do tego, by wszystko, co tam było prawdziwe i powiedziane w miarę po ludzku (mimo oczywiście quasi-religijego języka, różnych "walk o pokój" i bazy z nadbudową), było ignorowane, a rozumienie sowietów polegało na głębokim wczuciu się w ich wrażliwe i jakżesz skomplikowane dusze, przejęcie się aż do paroksyzmu współczucia ich poczuciem zagrożenia. All that crap, jak mówia nasi sojusznicy zza oceanu.
Działało to oczywiście w ten sposób, że taki "sowietolog" z samego założenia musiał być albo idiotą, albo agentem. Cżęsto bywał obiema tym rzeczami na raz. No i działał mechanizm selekcji, całkiem jak na uniwersytetach III RP, dzięki któremu jeden agent mentorował i umożliwiał karierę następnemu, a jeśli akurat pod ręką nie było agenta, to torował największemu idiocie. Skutkiem czego Zachód tonął w subtelnych analizach kremlowskiej duszy, całkowicie lekceważąc to, czego tamci nawet nie poczuwali się przed Zachodem ukrywać.
Sprawa niby oczywista dla każdego, kto wtedy żył i trochę się stykał z zachodnią prasą, ale w końcu młodzież może o tym nie wiedzieć, więc może warto przypomnieć.
Przypadki jednak takie, że ludzie, który mają wobec nas b. niemiłe (z naszego punktu widzenia) zamiary mówią nam o tym wprost, są - niestety - stosunkowo rzadkie. Potrzebna jest do tego jakaś Święta Świecka Księga, której proroctwa muszą się koniecznie sprawdzać, oraz jakaś żądna sukcesów i przywilejów kadra oficerska, paląca się do realizacji proroctw w onej Księdze zawartych... Naprawdę nieczęsta systuacja.
Istnieje jednak niezły ekwiwalent powyższej, wymarzonej poniekąd, sytuacji. Oczywiście z równym zapałem ignorowany przez ludzi do analizowania rzeczywistości powołanych z urzędu, z tego żyjących, czy zainteresowanych tym, co się wokół dzieje amatorów. Ten ekwiwalent to zwracanie bacznej uwagi na to, co ludzie potężni i/lub wpływowi mówią tylko czasem, sporadycznie, najchętniej we własnym, zaufanym gronie... A potem obserwowanie społecznej reakcji na te wypowiedzi. Ten drugi człon jest niezwykle istotny, to on sprawia, iż ta druga, zastępcza poniekąd, metoda nie jest wcale aż o tyle mniej skuteczna.
To znaczy "skuteczna", ale tylko teoretycznie. Nikt bowiem, albo prawie nikt, by być całkiem ścisłym, nie raczy tej metody stosować. No bo po co niby, skoro można z przyjemnością i pożytkiem czytać teksty tow. tow. Żakowskiego, Wołka czy Sierakowskiego z Żiżkiem i Leninem?
Ma być przykład? Proszę bardzo! Otóż ze dwa tygodnie temu rzuciłem okiem na program TV Puls, który się nazywa chyba "Puls Wieczoru" i zazwyczaj jest całkiem sensowny. Tym razem jednak sensowny nie był, a występowały w nim, o ile pamiętam, takie gwiazdy Jasnogrodu, jak Wołek, Lityński, i jakaś jeszcze, eufemistycznie mówiąc, komusza menda, prowadził zaś Igor Janke. No i Lityński (bo to chyba był on, choć nie mam wielkiej pamięci do ludzi, a co jeszcze do takich) na pytanie o to, jak to jest, że mamy demokrację, ludzie chcą lustracji (bo o nią to chyba chodziło, choć gdyby było np. o karze śmierci, to nic by to w sprawie, o której mówimy nie zmieniło), ale lustracja jest be i niezgodna z demokracją?
Przyznasz mój (nieliczny) Czytalniku, że to zagwozdka intelektualna pierwszej wody i nie byle jakiego rabina potrzeba, by ten talmudyczny paradoks rozstrzygnąć. Zgoda? A jednak tow. Lityński wybrnął z tego bez zmrużenia powieki. Jak? Wyjaśniając, że jest to fałszywie postawione pytanie, bowiem teraz nie mamy demokracji takiej, jak ją rozumieli Grecy, a więc że lud miałby rządzić, tyko demokrację liberalną, polegającą na tym, że istnieją rozmaite instytucje, które mają swoje funkcje...
A więc, mój Najdroższy Czytelniku, powiedziano nam - otwartym tekstem, choć faktycznie nie wszystkim, bo w dość niszowej audycji - że "demokracja jako władza ludu" została już unieważniona, i że teraz mamy demokrację z przymiotnikiem, który w dodatku zaczyna się na "l". Co niektórym może się z czymś skojarzyć, prawda? Proszę, zastawów się nieco Czytelniku Słodki, nad tą wypowiedzią i nad z niej konkluzjami!
To jednak wcale nie wszystko. Co dalej nastąpiło? Jak myślisz, Czytelniku? Zgadłeś, jestem pewien. Brawo! A więc nastąpiło dokładnie to, czego się należało spodziewać. Czyli kompletnie nic. Zgromadzeni w studio panowie pokiwali ze zrozumieniem głowami, wyraźnie tą odpowiedzią usatysfakcjonowani. Nie zauważyłeś też chyba, Czytelniku, by w mediach wybuchła na ten tamat jakaś żywiołowa i angażująca cały naród debata? Bo i nie nastąpiła.
Co jest właśnie niezbędnym dowodem, zgodnie z tą drugą opisywaną tu procedurą, że sprawa jest poważna. Jest coś, co gdyby oświadczono nam oficjalnie i ex cathedra, wywołałoby burzę. Nawet w naszych podłych czasach, gdzie za zasady i dla własnej wolności nikomu już nie chce się kiwnąć palcem. Ktoś to jednak mówi... W dość nielicznym i dla niektórych zapewne "elitarnym" gronie, ale przecież nie całkiem na odludziu i bez światków. I cała elita, media, publicyści, specjaliści od egzegezy demokracji... W ogóle całe to stado, po prostu milczy. Dla mnie to, nie tyle dziwne, bo niczego innego się po nich nie spodziewałem, ale symptomatyczne z całą pewnością.
To coś dokładnie takiego, jak sprawa opisana przeze mnie na tym blogu kilka tygodni temu, sprawa agenturalności premiera Buzka. Agenturalności, do której się oficjanie przyznał, choć także nie przed milionami, tylko w lokalnym programie TV. I psa z kulawą nogą to nie zainteresowało, co mnie wydaje się najbardziej właśnie symptomatyczne. I świadczące nie tylko o stanie naszego państwa w kwestii agentury, ale może przede wszystkim, o nas samych, o współczesnych Polakach. Oto link, gdyby ktoś chciał rzucić okiem: http://bez-owijania.blogspot.com/search/label/Jerzy%20Buzek.
Wracając do demokracji z kwantyfikatorem... A więc mamy, choć tego się ludowi nie mówi, nie po prostu "demokrację", nie jakąś tam "demokrację", tylko "demokrację liberalną". Na użytek młodzieży powiem, że dla mnie podobieństwo do przesławnej i całkiem niedawno zarzuconej "demokracji ludowej" jest wprost uderzające. Twierdzę, i powtarzam to raz po raz od czasu, gdy tę myśl sformuowałem, że Zachód, z Europą i Polską włącznie, żyje dzisiaj w ustroju realnego liberalizmu. Passus tow. Lityńskiego i reakcja nań - czyli jej brak, co potwierdza, że ta prawda jest wszystkim z tego szacownego grona świetnie wiadoma, a ludu nikt przecież nie będzie, wbrew sobie, uświadamiał jak się sprawy mają - jest po prostu kolejnym tego faktu potwierdzeniem.
Liberalizm realny, całkiem jak socjalizm realny, dąży do ideału, ale osiąga jedynie dość marne przybliżenie. Tak samo gorliwe zwalcza biurokrację i bumelantów. Tak samo bombarduje głupi lud propagandą, nie zaniedbując przy tym propagandy sukcesu. Tak samo - i to jest moim zdaniem cenna obserwacja - ma swoich rewizjonistów, który pragną powrotu, czy po prostu wstąpienia wreszcie na drogę, PRAWDZIWEGO, NIESKAŻONEGO LIBERALIZMU. (Fanfary, werble, chóry starców zawodzą!) Kim bowiem są wszyscy ci von Misesowie, Korwiny-Mikke, i inni libertarianie und "prawdziwi liberałowie"?!
Tak właśnie sprawy się mają! A najgorsze w tym wszystkim, że ten realny liberalizm z każdym niemal dniem staje się coraz bardziej totalitarny. Jego szumnie głoszone wartości - także te naprawdę wartościowe, jak wolność wyrażania poglądów, szacunek dla prywatności jednostek - są stale wypłukiwane i obracają się już niemal we własną parodię.
Mnie to przesadnie nie dziwi. Nie byłem nigdy wielbicielem realnego socjalizmu i nie czuję sympatii do realnego liberalizmu. Chyba utopijne idee w zderzeniu z rzeczywistością są dla mnie, całkiem po prostu, z samej zasady, niestrawne. Ciekawe, czy dla wszystkich innych są one naprawdę strawne, czy po prostu dotychczas udało się przed "ludem" prawdziwy charakter całej sprawy ukryć? Jak Ty sądzisz, mój Lojalny (skoroś aż dotąt doczytał) Czytelniku?
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Jednak naprawdę twierdzę, że warto czasem nadstawić ucha co też taki ktoś mówi czy pisze i wyłapać przynajmniej słowa kluczowe.
Weźmy taki Związek Sowiecki. Przez całą swoją historię jego przywódcy mówili otwartym tekstem, że dążą do zawładnięcia całym globem, że mierzi ich zgniła zachodnia demokracja i takie tam... I mało kto im wierzył! Istniała cała liczna i opływająca w splendory, tudzież we względne dostatki, klasa tzw. sowietologów - na usługach wszystkich ważniejszych instytucji, od rządów po wpływowe tygodniki... Ci ludzie żyli z czytania i rozumienia tych kremlowskich przemówień, artykułów w "Prawdzie" czy "Izwiestiach"... Masa była miejsc, gdzie oni to wszystko, co chcą z Zachodem i całym światem zrobić, mówili i pisali, sporo ludzi żyło z egzegezy tych tekstów, i jakoś nikt wniosków nie wyciągał.
Zabawne było, że ci "sowietolodzy" raczej właśnie przyczyniali się do tego, by wszystko, co tam było prawdziwe i powiedziane w miarę po ludzku (mimo oczywiście quasi-religijego języka, różnych "walk o pokój" i bazy z nadbudową), było ignorowane, a rozumienie sowietów polegało na głębokim wczuciu się w ich wrażliwe i jakżesz skomplikowane dusze, przejęcie się aż do paroksyzmu współczucia ich poczuciem zagrożenia. All that crap, jak mówia nasi sojusznicy zza oceanu.
Działało to oczywiście w ten sposób, że taki "sowietolog" z samego założenia musiał być albo idiotą, albo agentem. Cżęsto bywał obiema tym rzeczami na raz. No i działał mechanizm selekcji, całkiem jak na uniwersytetach III RP, dzięki któremu jeden agent mentorował i umożliwiał karierę następnemu, a jeśli akurat pod ręką nie było agenta, to torował największemu idiocie. Skutkiem czego Zachód tonął w subtelnych analizach kremlowskiej duszy, całkowicie lekceważąc to, czego tamci nawet nie poczuwali się przed Zachodem ukrywać.
Sprawa niby oczywista dla każdego, kto wtedy żył i trochę się stykał z zachodnią prasą, ale w końcu młodzież może o tym nie wiedzieć, więc może warto przypomnieć.
Przypadki jednak takie, że ludzie, który mają wobec nas b. niemiłe (z naszego punktu widzenia) zamiary mówią nam o tym wprost, są - niestety - stosunkowo rzadkie. Potrzebna jest do tego jakaś Święta Świecka Księga, której proroctwa muszą się koniecznie sprawdzać, oraz jakaś żądna sukcesów i przywilejów kadra oficerska, paląca się do realizacji proroctw w onej Księdze zawartych... Naprawdę nieczęsta systuacja.
Istnieje jednak niezły ekwiwalent powyższej, wymarzonej poniekąd, sytuacji. Oczywiście z równym zapałem ignorowany przez ludzi do analizowania rzeczywistości powołanych z urzędu, z tego żyjących, czy zainteresowanych tym, co się wokół dzieje amatorów. Ten ekwiwalent to zwracanie bacznej uwagi na to, co ludzie potężni i/lub wpływowi mówią tylko czasem, sporadycznie, najchętniej we własnym, zaufanym gronie... A potem obserwowanie społecznej reakcji na te wypowiedzi. Ten drugi człon jest niezwykle istotny, to on sprawia, iż ta druga, zastępcza poniekąd, metoda nie jest wcale aż o tyle mniej skuteczna.
To znaczy "skuteczna", ale tylko teoretycznie. Nikt bowiem, albo prawie nikt, by być całkiem ścisłym, nie raczy tej metody stosować. No bo po co niby, skoro można z przyjemnością i pożytkiem czytać teksty tow. tow. Żakowskiego, Wołka czy Sierakowskiego z Żiżkiem i Leninem?
Ma być przykład? Proszę bardzo! Otóż ze dwa tygodnie temu rzuciłem okiem na program TV Puls, który się nazywa chyba "Puls Wieczoru" i zazwyczaj jest całkiem sensowny. Tym razem jednak sensowny nie był, a występowały w nim, o ile pamiętam, takie gwiazdy Jasnogrodu, jak Wołek, Lityński, i jakaś jeszcze, eufemistycznie mówiąc, komusza menda, prowadził zaś Igor Janke. No i Lityński (bo to chyba był on, choć nie mam wielkiej pamięci do ludzi, a co jeszcze do takich) na pytanie o to, jak to jest, że mamy demokrację, ludzie chcą lustracji (bo o nią to chyba chodziło, choć gdyby było np. o karze śmierci, to nic by to w sprawie, o której mówimy nie zmieniło), ale lustracja jest be i niezgodna z demokracją?
Przyznasz mój (nieliczny) Czytalniku, że to zagwozdka intelektualna pierwszej wody i nie byle jakiego rabina potrzeba, by ten talmudyczny paradoks rozstrzygnąć. Zgoda? A jednak tow. Lityński wybrnął z tego bez zmrużenia powieki. Jak? Wyjaśniając, że jest to fałszywie postawione pytanie, bowiem teraz nie mamy demokracji takiej, jak ją rozumieli Grecy, a więc że lud miałby rządzić, tyko demokrację liberalną, polegającą na tym, że istnieją rozmaite instytucje, które mają swoje funkcje...
A więc, mój Najdroższy Czytelniku, powiedziano nam - otwartym tekstem, choć faktycznie nie wszystkim, bo w dość niszowej audycji - że "demokracja jako władza ludu" została już unieważniona, i że teraz mamy demokrację z przymiotnikiem, który w dodatku zaczyna się na "l". Co niektórym może się z czymś skojarzyć, prawda? Proszę, zastawów się nieco Czytelniku Słodki, nad tą wypowiedzią i nad z niej konkluzjami!
To jednak wcale nie wszystko. Co dalej nastąpiło? Jak myślisz, Czytelniku? Zgadłeś, jestem pewien. Brawo! A więc nastąpiło dokładnie to, czego się należało spodziewać. Czyli kompletnie nic. Zgromadzeni w studio panowie pokiwali ze zrozumieniem głowami, wyraźnie tą odpowiedzią usatysfakcjonowani. Nie zauważyłeś też chyba, Czytelniku, by w mediach wybuchła na ten tamat jakaś żywiołowa i angażująca cały naród debata? Bo i nie nastąpiła.
Co jest właśnie niezbędnym dowodem, zgodnie z tą drugą opisywaną tu procedurą, że sprawa jest poważna. Jest coś, co gdyby oświadczono nam oficjalnie i ex cathedra, wywołałoby burzę. Nawet w naszych podłych czasach, gdzie za zasady i dla własnej wolności nikomu już nie chce się kiwnąć palcem. Ktoś to jednak mówi... W dość nielicznym i dla niektórych zapewne "elitarnym" gronie, ale przecież nie całkiem na odludziu i bez światków. I cała elita, media, publicyści, specjaliści od egzegezy demokracji... W ogóle całe to stado, po prostu milczy. Dla mnie to, nie tyle dziwne, bo niczego innego się po nich nie spodziewałem, ale symptomatyczne z całą pewnością.
To coś dokładnie takiego, jak sprawa opisana przeze mnie na tym blogu kilka tygodni temu, sprawa agenturalności premiera Buzka. Agenturalności, do której się oficjanie przyznał, choć także nie przed milionami, tylko w lokalnym programie TV. I psa z kulawą nogą to nie zainteresowało, co mnie wydaje się najbardziej właśnie symptomatyczne. I świadczące nie tylko o stanie naszego państwa w kwestii agentury, ale może przede wszystkim, o nas samych, o współczesnych Polakach. Oto link, gdyby ktoś chciał rzucić okiem: http://bez-owijania.blogspot.com/search/label/Jerzy%20Buzek.
Wracając do demokracji z kwantyfikatorem... A więc mamy, choć tego się ludowi nie mówi, nie po prostu "demokrację", nie jakąś tam "demokrację", tylko "demokrację liberalną". Na użytek młodzieży powiem, że dla mnie podobieństwo do przesławnej i całkiem niedawno zarzuconej "demokracji ludowej" jest wprost uderzające. Twierdzę, i powtarzam to raz po raz od czasu, gdy tę myśl sformuowałem, że Zachód, z Europą i Polską włącznie, żyje dzisiaj w ustroju realnego liberalizmu. Passus tow. Lityńskiego i reakcja nań - czyli jej brak, co potwierdza, że ta prawda jest wszystkim z tego szacownego grona świetnie wiadoma, a ludu nikt przecież nie będzie, wbrew sobie, uświadamiał jak się sprawy mają - jest po prostu kolejnym tego faktu potwierdzeniem.
Liberalizm realny, całkiem jak socjalizm realny, dąży do ideału, ale osiąga jedynie dość marne przybliżenie. Tak samo gorliwe zwalcza biurokrację i bumelantów. Tak samo bombarduje głupi lud propagandą, nie zaniedbując przy tym propagandy sukcesu. Tak samo - i to jest moim zdaniem cenna obserwacja - ma swoich rewizjonistów, który pragną powrotu, czy po prostu wstąpienia wreszcie na drogę, PRAWDZIWEGO, NIESKAŻONEGO LIBERALIZMU. (Fanfary, werble, chóry starców zawodzą!) Kim bowiem są wszyscy ci von Misesowie, Korwiny-Mikke, i inni libertarianie und "prawdziwi liberałowie"?!
Tak właśnie sprawy się mają! A najgorsze w tym wszystkim, że ten realny liberalizm z każdym niemal dniem staje się coraz bardziej totalitarny. Jego szumnie głoszone wartości - także te naprawdę wartościowe, jak wolność wyrażania poglądów, szacunek dla prywatności jednostek - są stale wypłukiwane i obracają się już niemal we własną parodię.
Mnie to przesadnie nie dziwi. Nie byłem nigdy wielbicielem realnego socjalizmu i nie czuję sympatii do realnego liberalizmu. Chyba utopijne idee w zderzeniu z rzeczywistością są dla mnie, całkiem po prostu, z samej zasady, niestrawne. Ciekawe, czy dla wszystkich innych są one naprawdę strawne, czy po prostu dotychczas udało się przed "ludem" prawdziwy charakter całej sprawy ukryć? Jak Ty sądzisz, mój Lojalny (skoroś aż dotąt doczytał) Czytelniku?
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
słowa kluczowe:
liberalizm,
liberalizm realny,
propaganda,
socjalizm realny,
sowietologia
poniedziałek, czerwca 25, 2007
Liberalny totalitaryzm w natarciu
Jak donoszą wszystkie krajowe media (choć WSI24 z największą chyba satysfakcją, czemu się trudno zbytnio dziwić): "Giertych musi przeprosić, bo chciał poniżyć Jacka Kuronia".
Zacytujmy fragment informacji PAP na ten temat:
To jest naprawdę bezprawie, żeby sąd śmiał ferować rzekomo autorytatywne opinie, i jeszcze do tego wymierzać kary, za czyjeś SUBIEKTYWNE SĄDY! W dodatku takie sądy, na których rzecz przemawia naprawdę sporo przesłanek (choć oczywiście niektórzy dostrzegają i przesłanki za tezą przeciwną, co w tym akurat momencie nie ma większego znaczenia).
Ideologiczny system, w którym żyjemy, który ja nazywam realnym liberalizmem, i który stanowi zadziwiająco bliską paralelę z realnym socjaizmem - bo nawet rewizjoniści w obu tych systemach wykazują zadziwiające podobieństwa! - obraca się we własną parodię, i to coraz groźniejszą i bardziej totalitarną.
Wolność wyrażania opinii, ta rzekoma podstawa liberalnego światopoglądu, bez której cała ta ideologia nie ma już całkiem nic konkretnego na swą obronę - ta wolność słowa z dnia na dzień, na naszych oczach, zanika. I jeszcze gorzej, bo jest cynicznie obracana we własną parodię. To całkiem tak, jak stalinowskiej Rosji, albo w koszmarze przedstawionym przez Orwella w "Roku '84".
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Zacytujmy fragment informacji PAP na ten temat:
Sąd postanowił: Roman Giertych ma przeprosić syna i brata Jacka Kuronia za swoją wypowiedź. Pod koniec sierpnia ub.r. Giertych mówił, że nazwisko Kuronia powinno zostać wpisane do podręczników szkolnych między nazwiskiem Szczęsnego Potockiego i Janusza Radziwiłła - przywódców Konfederacji Targowickiej. Roman Giertych działał w zamiarze poniżenia Jacka Kuronia - uznał sąd. Minister edukacji ma też wpłacić 15 tysięcy złotych na Stowarzyszenie Gai i Jacka Kuroniów.Sąd przychylił się do wniosku rodziny Kuronia i teraz Roman Giertych ma i przeprosić i zapłacić, choć zdaje się 15 a nie 50 tys. Teraz mój własny komentarz:
W sierpniu 2006 r. media doniosły, iż z akt SB wynika, że w latach 1985-89 Kuroń miał prowadzić z bezpieką rozmowy mające charakter negocjacji politycznych. Miał m.in. w 1988 r. rozmawiać z SB o przygotowaniach do Okrągłego Stołu.
Ja nie twierdzę, że Jacek Kuroń był agentem SB, ja twierdzę coś znacznie gorszego i zawsze tak twierdziłem - że to porozumienie, które zostało zawarte przy Okrągłym Stole m.in. przez niego, było porozumieniem, które szkodziło Polsce i było zdradą ideałów milionów ludzi, którzy należeli do Solidarności - powiedział wtedy Giertych.
Pytany, czy należy usunąć Kuronia z podręczników szkolnych, odparł: Nie, tak samo jak Szczęsnego Potockiego czy Janusza Radziwiłła nie należy usuwać z podręczników historii.
Młodszy brat, zmarłego w 2004 r. Kuronia oraz syn pozwali Giertycha, żądając przeprosin w "Gazecie Wyborczej" oraz wpłaty 50 tys. zł zadośćuczynienia na Fundację Gai i Jacka Kuroniów.
To jest naprawdę bezprawie, żeby sąd śmiał ferować rzekomo autorytatywne opinie, i jeszcze do tego wymierzać kary, za czyjeś SUBIEKTYWNE SĄDY! W dodatku takie sądy, na których rzecz przemawia naprawdę sporo przesłanek (choć oczywiście niektórzy dostrzegają i przesłanki za tezą przeciwną, co w tym akurat momencie nie ma większego znaczenia).
Ideologiczny system, w którym żyjemy, który ja nazywam realnym liberalizmem, i który stanowi zadziwiająco bliską paralelę z realnym socjaizmem - bo nawet rewizjoniści w obu tych systemach wykazują zadziwiające podobieństwa! - obraca się we własną parodię, i to coraz groźniejszą i bardziej totalitarną.
Wolność wyrażania opinii, ta rzekoma podstawa liberalnego światopoglądu, bez której cała ta ideologia nie ma już całkiem nic konkretnego na swą obronę - ta wolność słowa z dnia na dzień, na naszych oczach, zanika. I jeszcze gorzej, bo jest cynicznie obracana we własną parodię. To całkiem tak, jak stalinowskiej Rosji, albo w koszmarze przedstawionym przez Orwella w "Roku '84".
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
słowa kluczowe:
Jacek Kuroń,
realny liberalizm,
Roman Giertych,
sądownictwo,
totalitaryzm,
wolność słowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)