niedziela, listopada 18, 2007

Pierdząc miękkim siedzeniem... Czyli dzień z życia Oberredaktora Maleszki

Pierdząc miękkim siedzeniem w miękkie siedzenie, Oberredaktor Maleszka przymknął z rozkoszą oczy, rozparł się w swym niezwykle kosztownym dyrektorskim fotelu, z lubością smakując słodką pewność, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. I że - co jeszcze istotniejsze - naczalstwo wie, że on tym właściwym człowiekiem na właściwym miejscu jest. Kilkunastosekundowa przerwa w dostawie gazu wyrwała go jednak wkrótce z tego rozkosznego stanu. "Będę musiał przejść na inną dietę", powiedział sam do siebie półgłosem, "ta jest jednak zbyt mało wydajna".

Nagle wyprostował się i w jego oczach pojawił się stalowy błysk. Zdecydowanym ruchem sięgnął po dużą zalakowaną kopertę z trupią czaszką. Złamał pieczęć. W środku, jak co dzień, był rozkaz dzienny, a wszystko kończyło się utartą formułą, że "po przeczytaniu zniszczyć, a w przypadku gdyby dokument wpadł w niepowołane ręce, nastąpią bezlitosne represje, nie oszczędzające nikogo z mających z tą sprawą jakikolwiek kontakt".

Rozkaz, który teraz trzymał w ręku, nie różnił się niczym specjalnym od innych dziennych rozkazów. Po prostu należało wykonać normalne dziennikarskie zlecenie. Czyli napisać, co było do napisania. No i jeszcze, jak zwykle, należało wybrać jeden z licznych swych avatarów. Mówiąc prostszym językiem - figurantów, jako że Oberredaktor Maleszka od dawna nie podpisywał już nic własnym nazwiskiem.

"Kogo my tu mamy? Kto jest w tej chwili dostępny?", mruczał sam do siebie Oberredaktor. "No więc, jest Stasiński... Nadaje się?" Oberredaktor zamknął oczy i zaraz oczyma wyobraźni ujrzał krótko ostrzyżonego człowieczka w średnim wieku o charakterystycznym wyrazie twarzy. Zupełnie, jak ktoś, komu znienacka, w czasie rozmowy (lub telewizyjnej debaty) wsadzono w odbyt z metr grubego kija od szczotki, a on zupełnie nie wie, czy to najpiękniejszy dzień jego życia, i teraz już zawsze chce z tą szczotką... Czy też całkiem mu się to nie podoba. A jednocześnie - i tu jest jego mistrzostwo! - cały czas wygłasza drętwym głosem nudne postępowe kwestie. Mistrz, tego się nie da ukryć! Ale może przez to i konkurent? Szukajmy więc dalej...

"Wygląd ma tutaj znaczenie, nie dajmy się omamić politycznej poprawności", mruknął Oberredaktor. "Przykopiemy tym obrzydliwym Polakom na łamach - za ksenofobię, homofobię i wszelkie inne niesłuszne fobie, zgodnie z rozkazem dziennym... A potem będzie się iść za ciosem w telewizji. Tak, wygląd ma znaczenie. Stasiński oczywiście pasuje, ale czy jest najlepszy?" (A może ten z tą szczotką to Pacewicz? Z pewnością nasz bohater ich rozróżnia, ale autor tego tekstu nie za bardzo.)

"Może Kalukin?" I Oberredaktor ujrzał oczyma wyobraźni człowieka dość młodego, rozczochranego i w ogóle jakby niedobudzonego ze stuletniego snu, ale za to wstrząsanego ustawicznymi drgawkami i robiącego przedziwne grymasy. O zezie już nie mówiąc. Ani o jąkaniu. Cóż, z pewnością nieślubny syn Adama, jeszcze jeden powód, by dać mu tę szansę... Ale jeśli zaśnie na planie?

Sprawdził się nieźle jako 'kataryna', choć w sumie akcja spaliła na panewce, z powodu tego cholernego oszołoma... Jak mu tam? Niebieskiego kota sobie wybrał jako emblemat, eurosceptyk cholerny i w ogóle reakcja! No dobra, w tej sprawie trzeba będzie coś zrobić, a na razie bez nerwów... Mamy zadanie do wykonania! Więc, młodzi, wykształceni, z dużych miast, wierzący w cuda i drugą Jap... Irlandię, Kalukina lubią. Może do tego pasować lepiej, niż Pacewicz. Choć gdyby tak znienacka zastosować kij od szczotki, mogłoby być jeszcze lepiej...

Wroński? Oberredaktor uczynił wysiłek, by usunąć ze swej wyobraźni podrygującego i czyniącego grymasy Kalukina, a na jego miejsce przywołać subtelnego dziennikarza o wyglądzie i manierach ulubionego syna koszernego rzeźnika z Nalewek, który się dorobił na fałszowaniu koszernej kiełbasy psim mięsem, nadgniłą wieprzowiną i po prostu chrzcząc ją wodą z kranu. "I ta niezwykle rzadka bródka! Całkiem jak u eunucha! Włosek od włoska co najmniej 8 milimetrów! Łał! Taka bródka, to autentyczna rzadkość w skali światowej! To się MUSI podobać tym idiotom, co nas czytają! W dużej części z pewnością wywołuje natychmiastowy orgazm.

A może od razu z grubej rury? Może warto do tego użyć samego Adasia? Żeby jednak się nam nie zdewaluował... Co będzie, jeśli np. jutro przyjdzie rozkaz, że idziemy na całego? Że ruszamy z posad bryłę świata? Wot problema! Ciężkie jest życie Oberredaktora. Żebyście wy durnie o tym wiedzieli - wy, którzy mi zazdrościcie i piszecie donosy! Ech żizń!.

I postanowił Oberredaktor, że po zakończeniu tej aktualnej roboty pójdzie się upić. A przedtem poszuka sobie hipermarkecie jakichś bardziej wydajnych z punktu widzenia gazownictwa produktów spożywczych. W końcu praca to nie wszystko, trzeba także móc się trochę zabawić! Ale na razie pozostawała decyzja do podjęcia... A więc kto spośród standardowych figurantów pana Oberredaktora ma zostać autorem najnowszego cyklu demaskujących Polaków artykułów?

Tak rozmyślał w swym zacisznym (bo tylko cichy szum aparatury klimatyzacyjnej było już słychać, jako że gazu już definitywnie zabrakło, a zresztą chwila była przecież zbyt poważna na tego typu bezpretensjonalne rozrywki) gabinecie Szef Propagandy na Priwislinskij Kraj, Oberredaktor Maleszka. Tymczasem, setki kilometrów dalej, w prywatnym pokoju bez klimatyzacji, ktoś łamał sobie głowę nad tym, jak pokrzyżować plany Oberredaktora Maleszki i jego mocodawców. Ale o tym może już innym razem...

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, listopada 17, 2007

O meczu, ale nie o tym... I o niezawisłym jewropejskim sędziowaniu

Ten mecz z Belgią chyba reprezentacja RP 3,05 wygra, bo akurat strzelili drugą bramkę. Tylko co z tego? Sto razy bym wolał, byśmy z Belgią wygrali odrzucając jewrokonstytucję i odkładając ad calendas greacas jewro-pieniądz. To jednak nie nastąpi, więc tym bardziej nie widzę powodu, by się podniecać zwycięstwem "naszych chłopców", którzy zawsze praktycznie reprezentują jakiś kraj, w którym nie czuję się u siebie: najpierw PRL, potem III RP, niedługo Zjednoczoną W Drodze do Ziemskiego Raju Europę.

Ale nie jest tak, bym w ogóle o piłce nie miał pojęcia i by całkiem nic z tej dziedziny nie wzbudzało u mnie minimalnie podwyższonego pulsu. Na przykład mecze Szkocji, której kibicowałem od czasów, które większość moich ew. Czytelników muszą się wydawać co najmniej z epoki lodowcowej. Szkocja ostatnio ma sukcesy, w eliminacjach do Mistrzostw Jewropy pokonała dwa razy wicemistrzów świata - tzw. "Francuzów" ("nasi przodkowie Galowie byli wysokimi blondynami", brzmiało całkiem jeszcze niedawno pierwsze zdanie z ichniej szkolnej czytaniki, paranoja!) - zremisowała z Włochami, pokonała Ukrainę... Fakt, że bez powodu dostała w dupę od Gruzji, bo gdyby nie to, już dzisiaj mogłaby świętować załapanie się do Mistrzostw Jewropy.

No i oglądam sobie ten dzisiejszy mecz Szkotów z Włochami. Jest 1:1 i 92. minuta. Szkot odbiera przeciwnikowi piłkę na własnym polu bramkowym i biegnie z nią wzdłuż linii bramkowej. Włoch go w pełnym pędzie taranuje... Co robi w takich przypadkach światły, jewropejski sędzia? Zwracam uwagę, że w przypadku przegranej Szkotów do finału Mistrzostw Jewropy załapują się - jak należy, słusznie i po jewropejsku - Włosi i Francuzi, mistrzowie i wicemistrzowie świata. W przypadku zaś, gdyby był remis, niepowodzenie żabojadów (tych wysokich blond Galów w czarnym kolorze) w nadchodzącym meczu z Ukrainą sprawia, że zaszczytu dostępują, obok Włochów, niewiele znaczący i mało w sumie projewropejscy Szkoci.

Przypominam też, że we Włoszech dzieją się właśnie różne zabawne rzeczy w związku z zabiciem kibica przez policję, no a poza tym - jak zawsze - szaleje tam w ichniej piłce korupcja, o jakiej pewnie nawet Tuskowi się jeszcze nie do końca śni. A więc, czy dodatkowy cios, jakim by dla mistrzów świata była porażka z malutką i wciąż przecież znacznie niżej notowaną Szkocją, nie zakłócił by jakoś procesu jewropejskiej integracji? Po co ryzykować!

Cóż w takim przypadku robi świadomy swych obowiązków sędzia? Że spytam? Dla ułatwienia dodam, że fajnie tutaj pasuje jeden z ulubionych cytatów p. Michalkiewicza, ten o policmajstrze, co "powinność swej służby zrozumiał". Oczywiście ten policmajster... Sorry! - sędzia, przyznaje wolnego Włochom, których zawodnik w pełnym biegu wpadł na przeciwnika i go powalił. Trudno sobie wyobrazić korzystniejszą sytuację do zdobycia bramki od wolnego z tego właśnie miejsca - kilka metrów w bok od bramki, tuż przy linii końcowej. Tym bardziej, że Szkoci nie mogli się masowo cofnąć, ponieważ tylko zwycięstwo ich naprawdę urządzało. Oczywiście karny byłby pewniejszy, ale nie zawsze można, szczególnie w doliczonym czasie, mieć to, co się najbardziej lubi.

Nasi sprawozdawcy, komentując to sportowe wydarzenie, nie mogli się do końca zdecydować - czy należy się wolny dla Szkotów, czy też sędzia powinien był grę po prostu puścić, jako że w sumie było to "barkiem o bark". Jednak sędzia zdecydował inaczej i padła bramka. Mamy więc, zgodnie z jewropejskim zasadami, w finałach Jewromistrzostw dokładnie tych, którzy na to, zdaniem ludzi światłych, zasłużyli.

Czemu jestem tak paskudny, i tak cyniczny, że nie wierzę w uczciwą pomyłkę tego sędziego? (Chyba był to, nawiasem mówiąc, Hiszpan.) Fakt, gdybym sie bardziej przejął Sentymentalną Panną "S" (nie żebym ostro nie działał) i tym wszystkim, co się wtedy wygadywało: że my nigdy żadnej przemocy, że broń Panie Boże podnosić dłoń na socjalizm czy sojusze, że... Wszystkie te zakłamane pierdoły, które być może trzeba było wtedy od czasu do czasu powtarzać, które jednak wielu ludziom naprawdę do dziś wydają się samą esencją etyki i absolutną prawdą. No a potem, już w "wolnej Polsce", mamy tę ciągłą orgię wybaczania - "ja nie chcę się mścić, jak chcę tylko wiedzieć, a jak mi ubek powie 'przepraszam' , to go od razu zaadoptuję i zapiszę cały majątek, nie mówiąc, że mu oddam żonę i córkę!"

Przyznam, że moja mała, wredna duszyczka jakoś nie jest wrażliwa na tego typu wzniosłe uczucia i stany, co "wybaczanie", "tolerancja", czy "ekumenizm". Nic dziwnego zatem, że również gadki o "bezstronnych sądach", nawet na przykład w stosunku do ewidentnie pokrętnych i podłych niedawnych werdyktach Trybunału Konstytucyjnego, przyprawiają mnie o mdłości.

"Prawo przez duże P", to bzdura! Zapisany świstek sam w sobie ma taką wartość, jak przedwczorajsza "Gazeta Wyborcza" wisząca na gwoździu w wychodku! Co najwyżej jest to Rubikon, którego przejście stanowi symbol zamachu na status quo, który łatwo może spowodować, że wszyscy inni gracze rzucą się na śmiałka, by go zniszczyć. W obronie status quo właśnie się rzucą. Jeśli jednak nie ma sił gotowych status quo bronić, to żaden papierek - żadna jewropejska konstytucja, żadna konstytucja III RP, czy nic innego, sytuacji nie zmieni. A ten, kto ma, choćby psim swędem zdobytą, władzę interpretowania takiego papierka, który jeszcze pełni jakoś tę rolę Rubikonu, może to robić do woli i na pewno nie robi tego z miłości do "Prawa przez duże P". Tylko we własny, lub swych mocodawców, interesie.

Tak jak kiedyś każdy wiedział, że O.J. Simpson zabił nożem swą byłą żonę, ale ława przysięgłych nie odważyła się tego powiedzieć, wobec groźby rozruchów w kolorowych dzielnicach Stanów, tak samo z całą pewnością sędzia dzisiejszego meczu Szkocja - Włochy nie był obojętny na znacznie ważniejsze od wąsko pojętej uczciwości w spełnianiu swych - z pozoru jedynych i najważniejszych - obowiązków. Jednak przecież tak naiwni, tak głupi politycznie, być nie możemy! Kiedy potrzeba frekwencji w referendum, robi sie referendum dwudniowe. Kiedy "suwerenne" narody w referendum odrzucają jewrokonstytucję, wprowadza się jewrokonstytucję tylnymi drzwiami. (Wraz z Tuskiem.)

A więc, nie mówcie mi o uczciwych sportowych wynikach - one są uczciwe tylko wtedy, gdy nikomu potężnemu na żadnym konkretnym wyniku nie zależy! W każdym innym przypadku będą takie, jakie być mają. Oczywiście, sędzia mógł nie zdążyć. I Włosi mogli tej sytuacji nie wykorzystać, w końcu to nie był karny do pustej bramki. Ale na tym właśnie polega mistrzostwo - żeby nie dać się ponieść nerwom, żeby wyczekać do odpowiedniego momentu... Nie przyznawać karne za krzywe spojrzenie na przeciwnika po drugiej stronie boiska, tylko żeby chociaż mogło się komuś wydać, że to zwykły błąd, jakie się przecież zdarzają. I żeby głupi lud myślał, że wszystko jest uczciwie, po staremu.

piątek, listopada 16, 2007

Drobny techniczny problem - tzw. wolność słowa

Istnienie takich pojęć jak "kłamstwo oświęcimskie" - w dodatku brzemiennych w skutki także w realnym świecie, bo przecież ludzie idą już z takiego zarzutu do więzienia - dowodzi moim zdaniem, że "wolność słowa" nie jest już dla obecnej, ukrytej za welonem "demokracji", ale w istocie totalitarnej, lewackiej władzy, problemem ideologicznym, tylko po prostu technicznym.
Zbyt trudno po prostu by było w tej chwili radykalnie i skutecznie ukrócić harce różnych oszołomskich blogerów, reakcyjnych niskonakładowych pisemek, opowiadających antybrukselskie czy inne nie-po-linii dowcipy kontrrewolucjonistów, więc wygodniej jest topić to w informacyjnym szumie wielkonakładowych mediów, jednocześnie szczycąc się przestrzeganiem "jednej z wielkich idei".

Gdyby komuś wydawało się, że akurat "kłamstwo oświęcimskie" najbardziej mnie boli, to zmartwię go, że tak nie jest, tylko to po prostu najbardziej znany i najjaskrawszy przykład tego, że albo wciskana nam bez przerwy wiara, iż "ze swobodnej wymiany idei zawsze zwycięsko wyjdzie prawda" okazała się fałszywa, albo też obecna władza odchodzi od ideałów wolności w kierunku ideałów totalitaryzmu. Tertium non datur.

Istnieją oczywiście i inne przykłady tego odchodzenia cichcem. Czy może tej utraty przez miłościwie nam panujących wiary w ideały wolności, demokracji i liberalizmu. O czym nas jednak nie są uprzejmi powiadomić. Na przykład "prawa" skazujące ludzi na więzienie czy grzywny za "homofobię", choćby polegało to na zacytowaniu Biblii, w dodatku przez chrześcijańskiego duchownego. Znane są tego typu przypadki np. ze Szwecji. Który to kraj, stanowiąc poniekąd awangardę postępu, jest interesującym przykładem tego, co się szykuje w niedalekiej przyszłości w całej reszcie europejskich krajów (przede wszystkim europejskich, choć z pewnością nie tylko).

Tak się składa, że Szwecję znam całkiem nieźle, więc zarówno wiem, z własnego niejako doświadczenia, jak blisko ma już ten kraj do Ziemskiego Raju w guście powiedzmy red. Pacewicza, jak i wiem, jak i mogę dość łatwo przytaczać konkrety na ten wzniosły temat. I jeden taki właśnie przytoczę.

Otóż, w kilka lat po czarnobylowej histerii, która uderzyła Szwecję - całkiem zgodnie z charakterem tego ludu, podsycanym umiejętnie przez lewicowych, ludzkość kochających macherów (zawsze mi się na myśl o nich przypomina okrzyk Wielkiego Fryca do uciekających żołnierzy: "bydlaki, chcecie żyć wiecznie?!") - wydano tam całkiem oficjalny, prawny zakaz poruszania problemu ewentualnego sensu utrzymania elektrowni atomowych, które zostały w ludowym referendum skazane na likwidację.

Nic się oczywiście z tego powodu nie stało - żadne demonstracje, żadni dziennikarze nie przykuwali się łańcuchami do żadnych barierek, nie widziałem też, z tego co pamiętam, żadnych ludzi z zaklejonymi ostentacyjnie ustami. Ani na ulicach, ani w telewizji, ani na zdjęciach w gazetach...
A więc, czego będzie potrzeba, by np. oficjalnie zakazać rozmowy o negatywnych skutkach Unii Europejskiej? Czego będzie potrzeba, by np. zakazać kojarzenia Unii Europejskiej z imperialistycznym, od stuleci realizowanym, interesem Niemiec? Czego będzie potrzeba, by wsadzać do więzienia, za powiedzmy... Nazywanie propagandy "Głosu Szabesgoja" (potoczna nazwa "Gazownik") kłamstwem? Czego będzie potrzeba, by móc w majestacie "prawa" prześladować dosłownie każdego, komu się obecny Ziemski Raj nie podoba i kto się nie podoba zarządcom obecnego Ziemskiego Raju?

Niewiele moim zdaniem, bardzo niewiele... To tylko pewne przejściowe techniczne problemy. Poza tym pies z kulawą nogą palcem nie ruszy, bo już przecież i tak nikt nie wierzy w te wszystkie wzniosłe hasła o "demokracji" czy "wolności słowa". W inne zresztą, na przykład te o "wolności", "niepodległości", "honorze", "ciągłości tradycji", też zresztą nie. Ale co się dziwić, skoro całkiem już nam nie zależy nawet na tym, by nasze dzieci miały mniej więcej te same wartości co my?
Bo przecież, gdyby nam zależało, to byśmy nie oddawali ich wychowania w ręce nawiedzonych świrów, dla których cała prawda i cała moralność zostały odkryte w ciągu ostatnich dwudziestu latach na postępowych wydziałach postępowych uniwersytetów, w postępowych redakcjach, i homoseksualnych łaźniach, gdzie mycie jest najmniej istotnym punktem programu.

Powiadam wam - to tylko niezbyt wielki problem techniczny, żeby nam całkowicie zamknąć mordy! Nic innego już ich nie powstrzymuje. Ale w ogóle to sorry, że mówiąc o takich sprawach zakłócam wam miły sen. Idźcie sobie teraz na odtrutkę poczytać któregoś z tak tu licznych europejskich profesorów od Ziemskiego Raju. Może niedługo zostaną przeniesieni do innych zajęć, skoro i tak nie będzie po co was już przekonywać? A więc, korzystajcie póki czas!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, listopada 15, 2007

Łapiąc z trudem powietrze między pośladkami stada potworów

Józef Piłsudski (socjalista, wiem! ;-) powiedział kiedyś coś w tym duchu, że "kto mówi, że chce wolnej Polski, ale musi to być Polska bez więzień, bez policji i tajniaków, po prostu nie chce wolnej Polski".

Na dzień dzisiejszy, ta niezwykle sensowna wypowiedź mogłaby moim zdaniem brzmieć tak: "Kto mówi, że chce wolnej Polski, ale musi to być koniecznie polska z marzeń Korwina, czyli bez demokracji, biurokracji i 'rozdawnictwa', po prostu nie chce wolnej Polski."

Oczywiście, demokracja to nie jest coś, na temat czego rozsądny człowiek o nielewicowych poglądach łatwo by dostawał orgazmu. A już tym bardziej to, co z dawniejszej (oczywiście także dalekiej od doskonałości) demokracji pozostało, a co wciąż wciska się naiwnym masom jako "demokrację", zaś wykształciuchom, mrugając przy tym porozumiewawczo okiem, jako "demokrację liberalną" lub ostatnio "demokrację elitarną". Czyli "liberałowie" i lubiani przez władzę, czyli "elita", mają coś tam do powiedzenia, a cała reszta morda w kubeł!

A naprawdę, każdy kto się chwilę zastanowił nad tym, gdzie dzisiaj znajduje się środek ciężkości prawdziwej władzy - i to już praktycznie niezależnie od miejsca na ziemi i tego czy innego państwa - musi stwierdzić, że z pewnością jest on gdzieś pomiędzy wielkim międzynarodowym kapitałem (zasadniczo spekulacyjnym); prawniczymi korporacjami (przede wszystkim wciąż na poziomie poszczególnych państw, ale coraz przecież bardziej się umiędzynarodawiającymi); niekontrolowanymi przez nikogo międzynarodowymi organizacjami w rodzaju Unii Europejskiej; oraz nieformalnymi grupkami, niezależnie czy w fartuszkach i tajnymi, czy też szumnie się wszelkimi dostępnymi środkami reklamującymi i w garniturach.

Dlatego też wygadywanie obelg pod adresem demokracji nie wydaje mi się obecnie specjalnie prawicowe. Takoż sprowadzanie wszystkiego do ekonomii, niczym jakiś Karol Marks i jego zwolennicy. Nie przesadzał bym także z kultem indywidualnej zaradności, oczywiście przede wszystkim ekonomicznej (bo co nam w końcu innego pozostało, niż ciułanie grosza, w tych paskudnych czasach?).

Jeśli komuś, tak jak mnie, ta obecna realna władza - wszechświatowa ale dominująca, nieco może pośrednio, choć coraz mniej pośrednio (a po 13 grudnia znacznie już mniej pośrednio) i w Polsce - się nie podoba, to powinien raczej postawić na to, czego ona tak bardzo nie lubi. A więc na więzi międzyludzkie (rodzinę, naród), na domaganie się realnej demokracji i odrzucanie wszelkich jej "ulepszeń" (przypominam "demokrację ludową", też podobno lepszą),wyzwolenie siebie samego i w miarę możności swego otoczenia z kieratu nienasyconych ekonomicznych potrzeb (które w dużej części wcale nie są potrzebami, tylko zachciankami).

Dobrze by też było dobitnie sobie uświadomić, że NIKT, a na pewno już żadne referendum czy inne głosowanie, nie ma w istocie prawa zrezygnować, w zamierzeniu na całą już wieczność, z polskiej suwerenności. Tym bardziej, że wszyscy wiedzą, jak traktowane są referenda przez obecnie miłościwie nam panujących. I dobrze by było sobie uświadomić, że nikt nas nigdy nawet nie spytał, czy zgadzamy się na "elitarną demokrację" i obowiązywanie "europejskich standardów", oraz na to, by "demokracja" nie miała już nic wspólnego z jakąkolwiek wolą większości. (No bo gdyby miała, to np. mielibyśmy w Polsce cały czas karę śmierci.)

Kto chce kiedyś znowu wolnej Polski, powinien odrzucić utopijne, rzekomo genialne, pomysły i po prostu starać się powrócić do względnej normalności. Rozejrzeć się w wokół i, przezwyciężając naturalne obrzydzenie, zacząć oskrobywać podstawowe sprawy z gnidziej substancji, którą pokryli je lewacy, agenci i wykształciuchy. Ketman czasem z pewnością będzie niezbędny, ale kiedy niezbędny nie jest, nie przyjmujmy po prostu tego, co nam się serwuje za dobrą monetę! Domagajmy się prawdy i takich reguł, jakie powiedzmy obowiązywały na Zachodzie jeszcze kilkadziesiąt lat tamu. Kiedy o politycznej poprawności i wszechogarniającej tolerancji nikomu się nie śniło.

Pisana historia ludzkości ma tysiące lat, nie dajmy sobie wmówić, że to wszystko szajc, bo dopiero w ostatnich dwudziestu latach na różnych "studiach feministycznych", czy "mędzykulturowych", w "europejskich instytutach", oraz w postępowych gazetach w rodzaju "Gazownika Wyborczego", wypracowano jedyny i niepodważalny kodeks moralny obowiązujący każdego przyzwoitego człowieka! Nasza przyzwoitość ma pełne prawo opierać się raczej na tamtych, przez tysiąclecia obowiązujących, zasadach, a ich mamy pełne prawo uważać za amoralnych skurwysynów.

Nie dajmy sobie wmawiać takich lewackich, "europejskich" (od "europejsy") kłamstw! Ale też, nie dajmy sobie wmówić, że walczyć warto tylko o to, na co nas namawia ten czy ów hiper-prawicowy geniusz, a o zwykłe godne i w miarę sensowne życia dla nas i naszych dzieci, oraz o Polskę - po prostu niepodległą - jaką walczyli, dla jakiej ginęli i tracili majątki, nasi przodkowie, to już nie, bo co to niby za atrakcja? Jeśli tak naprawdę to widzimy, to ulegliśmy już chyba propagandzie nie tylko hiper-prawicowych guru, ale przede wszystkim propagandzie naszych po prostu wrogów.

W "Małej Apokalipsie" jest wyrażona nadzieja, iż Polska mimo wszystko przetrwa "w bąblu powietrza między pośladkami potwora". Tamte pośladki w pewnym sensie przetrwała, bo sowieckiej interwencji jednak nie było i nie jesteśmy wszyscy ani w ziemi, ani na Syberii. Jednak obawiam się, że dopiero teraz dostaliśmy się między prawdziwe pośladki, prawdziwego potwora. Albo jeszcze gorzej, bo pomiędzy pośladki całej zgrai potworów. Geopolitycznie, mamy wciąż przecież naszych niezawodnych sąsiadów, którzy sobie, i nam, fundują kolejne Rapalla. Plus nasi odwieczni współlokatorzy, w zasadzie goście, którzy jednak z jakichś powodów uważają nasz kraj za swój, a nas za swoich naturalnych niewolników.

Są też pośladki ideologiczne... Gdyby to tylko jeden, nie byłoby to aż tak straszne imadło, jednak mamy i Unię z "eurostandardami" i innym lewactwem, i owe dziwne, bezkompromisowe standardy, które albo będziemy z pełną siłą realizować, albo robić nic nie warto. Zdaniem niektórych guru oczywiście, bo przecież nie moim. W dodatku, z tego co rozumiem, to Wielki Guru już po zrzeczeniu się suwerenności, to znaczy zrzeczeniu się jej do końca, bo niewiele przecież pozostało, będzie teraz głosił lojalność wobec nowej władzy, czyli właśnie Unii. Bowiem u niego najważniejsze jest "Prawo" (przez duże "P") i to jest jego zdaniem ten prawdziwy konserwatyzm! Pozwolę sobie się nie zgodzić.

A więc - potworów nam teraz nie brakuje, a pośladki mają potężne, że hej! Gorzej z tym nieszczęsnym bąblem powietrza...

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Może ktoś ma chęć na odrobinkę POezji?

Takie oto wierszydełko przyszło mi do głowy kiedym ze snu przechodził dziś w stan jawy. (Gdyby wymieniona tu stacja miała ochotę wykorzystać to jako hasło reklamowe, to moi negocjatorzy są już gotowi, a sejf przyszykowany.) A więc, proszę Państwa, chwila POezji...

Co piszczy w trawie? Co ćwiąka w prawie?

W sposób pełny, uczciwy i szczery,

PO linii i na bazie, w każdym dosłownie przekazie...

WueSI Dwadzieścia i Cztery!

* * * * *

No a całkiem przed chwilą, już w zasadzie na trzeźwo, stworzyłem jeszcze piosenkę dla przedszkolaków. Była to praca na zlecenie, bo brat_olin wyraził żal, że nic nie ma o naszym Przywódcy. A więc teraz jest i o Tusiu, więc już on najmłodszych lat będziemy się uczyć Go kochać.

(dzieci chodzą pojedynczo po całej sali, rozglądając się pilnie, szukając czegoś, z bardzo smutnymi minami śpiewając na melodię smętnego kujawiaka)

Dręczy nas dziś cuś...

Gdzie się podział Tuś?

Szukam, płaczę, nie ma Tusia!

Może umarł? Może siusia?

(nagle jedno z dzieci zauważa Tusia schowanego za kotarą - wszystkie dzieci radośnie i głośno)

Tuś mi Tusiu, tuś!

(teraz wszystkie dzieci sprawnie ustawiają się parami, po czym maszerują dookoła sali "gęsim krokiem" w rytm pruskiego marsza wojskowego)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.