sobota, maja 10, 2008

Cała prawda o Krytyce Politycznej


KP = KPP która zostawiła jedno P w lombardzie.



triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, maja 08, 2008

Protest

Udało mi się właśnie prywatnymi kanałami dojść do tekstu, który jutro (lub może pojutrze) ma się ukazać na czołowych stronach większości ogólnopolskich dzienników i w wielu tygodnikach. Zdecydowałem się na jego natychmiastową publikację, bo uważam to za swój najświętszy dziennikarski obowiązek. Tym bardziej, że wagi tego oświadczenia nie sposób po prostu przecenić. Oto jego treść bez żadnych skrótów:


Prezydium Rady Najwyższej OSLiISoPSiBZ(GTGSKP)* upoważniło mnie do wydania następującego oświadczenia:

Uprzejmie, ale też stanowczo, informujemy, że mamy serdecznie dość coraz częściej się pojawiających w różnych szemranych mediach przypadków porównywania zwolenników pewnej partii politycznej w tym niezwykle dziwnym kraju zwanym Polską do naszego Gatunku. W związku z tym zawiadamiamy, że odtąd wszelkie tego typu działania spotkają się z naszą stanowczą i energiczną ripostą. Będziemy pozywać sprawców do sądu i puścimy ich z torbami (bo to i owo się zachomikowało, a ze Międzykontynentalnym Związkiem Papug mamy bardzo bliskie stosunki).

Jeśli zaś miejscowe sądy nie wystarczą, odwołamy się wyżej - do Trybunału w Strasburgu, albo i do Rady Najwyższej ONZ. (Jeśli zaś naprawdę będzie trzeba, to mamy własnego pana-od-śrub. I niech się nikt nie łudzi, że łapka nam zadrży, albo ogonek!)


Porównywanie naszych zdrowych instynktów, tudzież odwiecznych tradycji, mających zresztą całkiem określoną i cenną dla naszego Gatunku funkcję społeczną (tępienia każdego roku najgłupszej, najbardziej hałaśliwej i najżarłoczniejszej przy tym części młodzieży) z zachowaniami pewnych ludzi - i to akurat tych, o których od lat krążą wśród nas złośliwe dowcipy! - uwłacza naszej godności i jest po prostu podłym pomówieniem. Z tymi ludźmi nie mamy, nigdy nie mieliśmy, i nigdy mieć nie chcemy absolutnie nic wspólnego!

Tak, prawdą jest, to co donoszą niektóre media - iż czynione były ze strony kilku partyjnych młodzieżówek próby rozmów z nami o ich afiliacji przy naszym Związku, jednak próby te uznaliśmy za jaskrawe przykłady politycznej korupcji i odrzuciliśmy je ze wzgardą. Nikt nam z tego powodu nie ma prawa czynić zarzutów. Jeśli uczyni, spotkamy się w sądzie.

Jednocześnie wyjaśniamy, że po naradzie z naszymi prawnikami, nie godzimy się na nazywanie zwolenników tych partii żadnym mianem, w którym występowałyby słowa takie jak: "leming", "Lemmus" czy "Dicrostonyx". Tak więc odrzucamy propozycję, którą nam kilkukrotnie składano, byśmy się zgodzili na stosowanie wobec tych istot określenia "ojrolemingi" - na wzór, jak nam mówiono, serków "oscypków" nieuznanych przez Unię Europejską, wobec czego trzeba było dla nich znaleźć inna nazwę, zostały więc nazwane "ojroscypkami".

Nie, na to też się nie godzimy! Szlachetna nazwa naszego Gatunku nie może być łączona ze słowami takimi jak "ojro" (w jakiejkolwiek jego formie czy wariancie), czy słowami pokrewnymi, ze szczególnym uwzględnieniem słów wiążących się w jakikolwiek sposób z wspomnianą tu kilkukrotnie partią polityczną.

Z szacunkiem (ale też ze stalowym błyskiem w oku)

W imieniu Prezydium
/podpis nieczytelny/
pieczęć okrągła

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Ogólnoświatowe Stowarzyszenie Lemingów i Innych Stworzeń o Podobnie Samobójczych i Bezsensownych Zachowaniach (Gdyby Takie Gdzieś Się Kiedyś Pojawiły)


triarius

---------------------------------------------------
P.S. 1 Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

P.S. 2 Takie oto cudo znalazłem w Wikipedii na zakończenie postu o lemingach, cytuję (wytłuszczenia moje):

Fałszywa legenda bazowana na amerykańskim filmie wytwórni Disneya White Wilderness (1958) sugerowała, iż kiedy zbliżają się do oceanu bądź morza, myślą że są w stanie je przepłynąć; W praktyce jednak, jest to często dalekie od prawdy, a sugestia w filmie była jedynie wymysłem autorów, którzy sami zepchnęli gryzonie do wody.
"Często dalekie od prawdy"? A więc jednak czasem niedalekie? No i właśnie o to chodzi, że czasem tak - jakaż w tym zatem "legenda"? Z pewnością autentyczny leming z cieniackiej młodzieżówki to napisał, nikt inny by tak głupio nie potrafił.

środa, maja 07, 2008

Ardrey w pigułce (za to z dygresjami)

Co właściwie mówi Robert Ardrey - myśliciel, który chyba na mnie osobiście miał największy ze wszystkich politycznych wpływów? Każdy właściwie powinien sam przeczytać i odpowiedzieć sobie na to pytanie, jest tu jednak kilka problemów. Po pierwsze, Ardrey dostępny tak po prostu nie jest. Co wprawdzie nie przeszkadza np. takiemu Dawkinsowi "polemizować" z nim ostro przez kilkanaście stron, by w końcu ogłosić swój całkowity triumf, ale Ardrey po polsku nigdy nie był wydany, a nawet w jego rodzimym języku trzeba go dzisiaj szukać w antykwariatach.

Nie jest to aż tak trudne, bo w takim alibris.com można go dostać bez trudu i za całkiem godziwą cenę, wydano go także (dawno oczywiście) w wielu innych językach. Ja wiem o wersjach niemieckiej, szwedzkiej i hiszpańskiej. Można go także znaleźć, choć jedynie niecałe dwie książki z czterech, nie licząc artykułów, w linkach po prawej części tego blogu.

Można też przeczytać co Ardreyu, choć tutaj oczywiście trzeba bardzo uważać. W końcu gdyby w lewackiej Wikipedii miano o nim pisać dobrze, albo co najmniej uczciwie, to by go można było i dzisiaj kupić w niemal każdej księgarni. Jednak np. prof. Bartyzel wymienia go w swym słowniku prawicowych myślicieli (niestety ten słownik, wraz z bezcenną "mapą" politycznych ideologii prof. Bartyzela, znikł mi jakoś z sieci, gdyby ktoś to miał, proszę o info), i to bez żadnych uszczypliwości, choć Ardreyowi, z jego naciskiem na rolę ewolucji, do katolickiego fundamentalisty jak prof. Bartyzel musi być dość daleko.

Trzecim problemem który dostrzegam, jest to, że polska prawica, jak z pewnością niemal wszyscy dzisiaj, ma spore problemy z dyscypliną myślenia. Najbardziej chodzi mi tutaj o coś, co można by nazwać hierarchizacją. Czyli o to, że są sprawy ważniejsze, o wyższym priorytecie, oraz mniej ważne; są cele i środki do nich prowadzące; są wartość wyższe i niższe, na wielu poziomach; bezpośrednie, oraz takie, które wartościami są jedynie dlatego, iż prowadzą do, lub sprzyjają wartościom wyższym.

Nasza prawica nie potrafi, moim oczywiście prywatnym zdaniem, oddzielić hasła ew. nadającego się na sztandar, w rodzaju "Konserwatyzm, Patriotyzm, Wolny Rynek", od czegoś, co może służyć za bazę do tworzenia autentycznego i skutecznego ruchu. Gdzie powinny zostać najpierw ustalone najwyższe wartości i najważniejsze sprawy, potem zaś stopniowo wartości mniejszej wagi, oraz środki prowadzące do osiągnięcia wartości wyższych. I tak do samego dołu.

W końcu "Polska", czy powiedzmy "polski naród", czy "polska suwerenność", czy "polska racja stanu" - to wszystko dla mnie wartości najwyższego priorytetu i powinny się w takim wstępnym dokumencie znaleźć. Tak samo powiedzmy "konserwatyzm" - można i trzeba to dodefiować, ale w sumie to jest wartość, którą my jak najbardziej cenimy, nasi zaś wrogowie nienawidzą, bez porównania woląc np. "postęp". Jednak "wolny rynek" to już nie jest dla mnie wartość tego samego rzędu, mimo wszystkich Locke'ów, Misesów i Korwinów. To może być ważna sprawa, zgoda, ale jest to i tak środek do innych celów.

Gdyby się nagle, mówię czysto teoretycznie, okazało, że są lepsze ekonomicznie rozwiązania od "wolnego rynku", a przy tym nie czynią one z obywateli mrówek czy niewolników, to co? Wypięlibyśmy się na nie?

Przykładem braku dyscypliny myślenia, i po prostu braku umiejętności myślenia, jest także np. mylenie opisów tego, jak sprawy realnie wyglądają, z tym, jak sprawy wyglądać POWINNY. Naprawdę zadziwiające, a i smutne, jak wielu bystrych i mających w sumie dobrze w głowie ludzi myli te dwie sprawy na każdym praktycznie kroku!

No więc, po tym przydługim - choć mam nadzieję, że nie bezwartościowym - wstępie, dzięki któremu uporządkowaliśmy sobie to i owo w szarych komórkach, mówię, jak to jest z tym Ardreyem. Kiedy się coś o nim czyta, to niemal na pewno będzie to, że "człowiek pochodzi od drapieżnej małpy, co determinuje jego charakter i zachowanie." Prawda to, czy też bujda?

Prawda, zgoda, ale nie cała. Jedna, pierwsza zresztą, książka Ardreya - "African Genesis" - jest poświęcona tej właśnie przede wszystkim idei. Która wtedy właśnie się pojawiła w naukowym świecie... A może raczej należałoby powiedzieć "na oszołomskim marginesie naukowego świata", bo to i Afryka Południowa, i takie mało liberalne te małpoludy...

Jednak w mojej opinii nie to jest najważniejszym przesłaniem dzieła Ardreya. Najważniejszym jest dla mnie teza, iż człowiek nie jest żadną tabula rasa. Czyli nie jest żadną pustą tabliczką, na której można pisać co się tylko zechce - wychowaniem, psychologią behawiorystyczną, propagandą... Nie da się, jeśli Ardrey ma rację - a ja akurat jestem pewien, że ją ma - do woli kształtować ludzkiego społeczeństwa, bo człowiek nie jest przede wszystkim dziełem takiej czy innej cywilizacji czy obróbki, tylko dziełem paru milionów lat ewolucji swego gatunku.

W dodatku ta ewolucja działa nadal - niby dlaczego miałaby przestać? - i ma to ogromne znaczenie. Nie w tym sensie, że stajemy się "coraz wyżsi, piękniejsi, obdarzeni coraz bardziej melodyjnym głosem" (żeby zacytować mój ulubiony fragment z Trockiego), czy że będziemy wkrótce mieli piętnastostopowy ogon z okiem na końcu (co podobno wieszczył inny lewak, Charles Fourier), tylko w tym, że społeczeństwa, które gwałcą pewne odwieczne biologiczne zasady, znikają z powierzchni ziemi, pozostają zaś te, które do nich się najlepiej przystosowują.

Na razie wygląda jakby było dokładnie odwrotnie, ale bez żartów - to co się teraz dzieje nie jest nawet pryszczem na dupie historii naszego gatunku! Co oczywiście nie stanowi wielkiej pociechy dla konkretnych ludzi, mających jedno krótkie życie, a będących akurat w swym jednym krótkim życiu ofiarami zabiegów rozszalałego lewactwa i naprawiaczy świata.

Drugim pod względem ważności przesłaniem Ardreya, w mojej prywatnej opinii oczywiście, jest takie, że dzisiejsza nauka (o innych dziedzinach życia społecznego i umysłowego już nie wspominając, bo tam jest jeszcze gorzej, choć Ardrey tym akurat się niespecjalnie zajmuje) broni się przed prawdą o człowieku - o jego naturze przede wszystkim, o jego biologicznych uwarunkowaniach, jak diabeł przed święconą wodą. Darwin i ewolucja są cacy, kiedy służą jako pała na chrześcijaństwo, jednak potem... Potem mamy: "Murzyn zrobił swoje, niech Murzyn głosu w salonie nie zabiera!"

W tym sensie rację ma mój ulubiony Artur M. Nicpoń, który swoje pobieżne lektury tekstów o Ardreyu dostępnych w sieci, plus moje niezbyt obszerne wyjaśnienia, skwitował w duchu, że: "E tam, u nas na wsi to każdy fizyczny te rzeczy wie i nie potrzebuje do tego Ardreya!" Zgoda Artur, coś w tym jest co mówisz, ale to właśnie nie przekreśla wagi tego pisarza, tylko wręcz przeciwnie. Bowiem fizyczny na wsi to wie, ale on nie ma cienia tego wpływu na losy nas wszystkich, co pierwszy lepszy błazen z Brukseli czy Warszawy, albo choćby wielkomiejski niedokształciuch po pcimskim marketingu i "Szkle Kontaktowym".

W tym właśnie rzecz! Jednak tu kończę, bo jak na "Ardreya w pigułce" to i tak jest dość długie. No a poza tym zaraz bym się poczuł w obowiązku mówienia o drugim mym ogromnym faworycie, czyli Spenglerze. Bez niego nijak nie da się bowiem zrozumieć: ani współczesnej nauki, ani wielkomiejskiego niedokształciucha. Ani nic innego w sumie. (Choć do niedokształciucha to "The Lonely Crowd" też się b. przydaje. Nie wiem tylko, czy to wydano po polsku.)

A w ogóle to miałem zamiar napisać tekst "Ardrey w pigułce i co z tego wynika", jednak długie się to zrobiło, bo dało mi o okazję do powiedzenia kilku rzeczy, które od dawna chciałem przy jakiejś okazji powiedzieć... Więc to o "wynikaniu z" napiszę, Deo volente, już innym razem.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, maja 06, 2008

Las i drzewa

Włączyłem ci ja dzisiaj telewizor... Nie żebym się po tym jakiejś wielkiej frajdy spodziewał, ale nie można całkiem się odrywać od realu. Tego w skali makro, bo w skali mikro to ja nigdy się nie odrywał. Mimo całego mego obrzydzenia do tego realu (w skali makro) nie mogę przecież ryzykować, że o jakiejś światłej decyzji Władzy się nie dowiem, skutkiem czego stanę się już całkiem oficjalnie i legalnie (?) łownym zwierzęciem.

Bo kto mi w końcu powie, czy np. nie mam obowiązku od 15 maja b.r. mieć na jednym półdupku wytatuowane "Kocham Donalda", a na drugim "Kocham Unię"? Albo może jakieś gwiazdki, czy coś? Kto mi zaręczy, że nie ciąży na mnie np. obowiązek ofiarowania, najdalej do dnia 30 maja, nerki umiłowanemu przez wszystkich porządnych ludzi narodowi, a jeśli - z czystej niewiedzy oczywiście - tego nie zrobię, stanę się anty... No tym... Takim co nie lubi tych, co ich trzeba czule i namiętnie kochać i nie można słowa złego o nich powiedzieć. A wtedy, całkiem słusznie, zaczną na mnie już całkiem oficjalnie polować. Z nagonką i sforą. A ja po prostu ociągałem się z włączeniem telewizora!

No więc włączyłem. O nerkach nic nie było, o tatuażach z Donkiem też nie. Nieco zaskoczony, ale przyjemnie, przełączyłem na francuski kanał TV5. Tam zaś zaczynał się właśnie reportaż na temat dzieci zaczynających profesjonalny trening sportowy w wieku paru lat, oraz ich hiper-ambitnych rodzicach. Na samym początku pokazali fragment, w którym tytan profesjonalnego golfa Tiger Woods, w wieku dwóch lat (dosłownie!) popisuje się w jakimś telewizyjnym szole swymi golfistycznymi umiejętnościami.

Prowadzący powiedział, że coraz więcej rodziców, szczególnie w Stanach, stara się od najmłodszego wieku wychować swe dzieci na przyszłe gwiazdy sportu, poświęcając na to masę czasu, energii i pieniędzy, o energii i czasie tych dzieci już nawet nie wspominając.

Potem było już głównie o tenisie. I okazało się, że nie tylko w Stanach, bo to właśnie we Francji znajduje się słynna (w pewnych przynajmniej sferach) tenisowa szkółka dla dzieci gościa o tureckim nazwisku na -oglu, którą razem z realizatorami programu odwiedzamy. Pokazano nam czterolatka, cudowne dziecko oczywiście i po prostu Mozarta tenisa, jak nas poinformowano. Którego tenisowym talentem, (takąż) pracowitością i w dodatku charyzmą zachwycali się zarówno jego rodzice, jak i ten oglu, co go trenował.

Trenował go nie za darmo, bo kosztowało to 120 tys. dolarów rocznie, ale pieniądze te wyłożył pewien miliarder i jednocześnie fanatyk tenisa (hurra! a więc można być i idiotą i bogaczem!), który jednak, mimo tego fanatyzmu, oczekuje w przyszłości procentu od tenisowych zarobków swego pupila. Dzieciak byłby może sam z siebie dość sympatyczny, ale oczywiście zadbano o to, by był paskudnie zmanierowany - w amerykańskim silikonowo-plastikowo-entuzjastycznym stylu. Co oczywiście na człowieku takim jak ja robi wrażenie żenujące i przykre.

Po co jednak ja to wszystko opowiadam? Dlatego ja to opowiadam, że wskoczył mi na swoje miejsce w czasie oglądania tego reportażu kolejny malutki światopoglądowy kamyczek. Naprawdę jestem do szpiku kości przekonany, iż żyjemy w wyjątkowo nieprawdziwym, chorym i obłudnym intelektualnym świecie, zaś w tak dojrzałej (żeby nie powiedzieć mocniej) epoce jak nasza, intelektualny światopogląd dominuje nad psychiką ludzi. Choćby sami z prawdziwym intelektem nie mieli wiele wspólnego, choćby byli idiotami zarykującymi się przy "Szkle Kontaktowym".

Po prostu w tak dojrzałej, miejskiej cywilizacji jak nasza, wszyscy już praktycznie żyjemy tworami tej cywilizacji - zarówno różowymi golarkami, czyli produktami materialnymi, jak i tworami intelektualnymi. (Co nie znaczy na wysokim poziomie, czy dobrze oddającymi prawdę. Chodzi o to, że są tworem myślenia, działania kory mózgowej i przekazywania informacji.)

Dało by się o tym napisać parę książek, i warto by było, ale na razie tylko w ogromnym skrócie. Niemal wszyscy, nawet, w odróżnieniu od tych durniów od "Szkła Kontaktowego", inteligentni i zdrowi ludzie, moim zdaniem widzą drzewa, ale nie dostrzegają lasu. Co wcale nie jest dziwne, ponieważ spojrzeć "z boku" na własną sytuację, choćby sytuację historyczną, jest niezwykle trudno. To zarówno coś, co może wyjść, co w ogóle można próbować osiągnąć, tylko w b. dojrzałej cywilizacji, jak i bardzo niewielu ludziom. Dla mnie oczywiście niedościgłym i niemal niewyobrażalnie genialnym przykładem (i całkiem możliwe, że jedynym, a na następne już za późno) takiego osiągnięcia jest znana (z tytułu głównie) książka Oswalda Spenglera. O czym mówię dość często, by ci, którzy to w ogóle czasem czytają, wiedzieli.

Jednak i poza Spenglerem jest sporo interesujących przykładów na widzenie lasu spoza drzew. Na znacznie mniejszą skalę, ale i tak bardzo imponujących. Wygrzebałem sobie na przykład ostatnio z pudeł z książkami "Management and Magic" Grahama Cleverleya. Cleverley to znany w swoim czasie (książka wyszła w 1971) specjalista od zarządzania. W tej książce gość wykazuje, że dzisiejsza klasa (czy może kasta) menadżerska daje się znakomicie analizować w tych samych kategoriach, jakimi posługują się antropolodzy przy analizowaniu pierwotnych plemion.

I na przykład księgowi znakomicie odpowiadają kapłanom dowolnej religii, zaś dyrektorzy wyznawcom. Niezależni konsultanci od zarządzania to dokładnie to samo, co wędrowni cudotwórcy. Plany dotyczące marketingu nowego produktu, zebrania wyborców, CV, zmiana dyrektorów, umeblowanie biur - wszystko to ma swoje odpowiedniki w prymitywnej, a także nie tak prymitywnej, religijności i magii. Cleverley wcale nie twierdzi, że to źle - on po prostu wykazuje, że taką to rolę pełni i tyle. I nawet przyznaje, że może tak właśnie jest najlepiej, albo po prostu konieczne. Tylko, wracając do naszych drzew i lasu, kto jeszcze takie rzeczy dostrzega?

Innym przykładem czegoś, co jest ewidentne, ale nikt go nie potrafi zauważyć, jest terror prawników w USA. Już dość dawno postawiłem tezę, że w systemie takim, jak mamy obecnie "na Zachodzie", w tym w Polsce, biurokracji nie da się po prostu znacząco zmniejszyć. Chyba że wolimy terror prawników. Fakt, to znacznie bardziej "liberalne". Bo Ameryka, nie oszukujmy się, to kraj liberalny - tak liberalny, jak to jest w ogóle możliwe, przynajmniej w świecie takim jak nasz. (I jak w wymarzonym świecie Korwina zresztą. Nie oszukujcie się ludzie - ten pan w sumie akceptuje ten cały post-oświeceniowy... No wiadomo. I nie chce tutaj żadnych naprawdę poważnych zmian wprowadzać.) Wiec, albo masy biurokracji, albo masy bezczelnych i żerujących na społeczeństwie prawników. Jak w USA. Niektórzy i tak będą się cieszyć, że panują rządy Prawa. Paranoja!

Wróćmy teraz do naszych młodocianych tenisistów i ich ambitnych rodziców. (Będzie to przecudna formalna klamra, prawda? Wrodzony i rzadko spotykany kunszt pisarski, nic innego!) A więc, jak nas poinformowano w tym reportażu, zresztą z pewnością słusznie, dla tych rodziców jest to inwestycja. Dziecko ma zdobyć sławę, być pokazywane w telewizji, sweterki z... moheru (ale to nie ten moher!), butki od Gucciego, te rzeczy... Ale także, a może przede wszystkim - choć nie każdy o tym aż tak chętnie mówi - ma zapewnić wygodne życie swym rodzicom, którzy tyle kosztów dla jego sukcesu ponieśli.

Mamy więc dość pocieszną sytuację, gdy z jednej strony robi się cyrki z powodu pracy zarobkowej dzieci w różnych dalekich krajach, z drugiej zaś zmusza własne dzieci do poświęcania całego życia co najmniej równie ciężkiej pracy, i tak samo dla zysku. To, że w opinii rodziców ta praca nie jest pracą, tylko przyjemnością, to żaden argument - nikt dotąd nie udowodnił, że dzieci czyszczące buty za pół dolara nie mają z tego znacznie więcej satysfakcji i że nie pozostaje im więcej wolnego czasu na normalne życie.

Gdyby ktoś chciał być bardzo bezkompromisowy, mógłby powiedzieć, że nie udowodniono tego nawet w przypadku kurestwa, które także może być przyjemne - co najmniej tak, jak wstawanie w wieku czterech lat co dzień o czwartej rano, aby potem przez wiele godzin wykonywać setki razy te same odbicia piłki i oglądać stale tę samą mordę trenera. Naprawdę, kiedy dwóch robi to samo, to nie jest to samo, jak mówili Rzymianie. Zaś dary Danaów jakoś mnie nigdy nie zachwycają.

Całe to obecne nagłaśniane do maksimum możliwości polowanie na pedofilii służy wcale, naprawdę i przede wszystkim, nie temu, czemu by powinno w oczach religijnej i naiwnej (jak na prawicę przystało, zdaniem wielu) "prawicy". Służy po prostu usprawiedliwianiu szpiegowania absolutnie wszystkiego i możliwości dziwnie łatwego niszczenia ludzi. Przykład ks. Jankowskiego. A w ogóle to się zastanawiam, czy to z pedofilią nie dlatego tak oburza tych wszystkich miłośników tyłków tej samej płci, że gdyby odebrać dorosłym monopol na seks, to by już naprawdę nic ich dzisiaj od dzieci nie różniło. Na pewno zaś nie wolność osobista czy wpływ na cokolwiek.

To był wtręt, jednak przede wszystkim chodzi mi tutaj o sprawę znacznie ogólniejszą, czyli o to niedostrzeganie lasu spoza drzew, które jest taką integralną częścią naszego życia intelektualnego i debaty publicznej. No bo niech mi ktoś powie - jaka jest w istocie różnica między sześciolatkiem siedzącym sobie na ruchliwej ulicy, w towarzystwie paru kolegów, z którymi sobie gada i w ogóle, a czasem szmatką przetrze komuś buty, z jednej strony, i z drugie czterolatkiem wstającym co dzień o czwartej rano i odbijającym godzinami piłkę? Bo rodzice postanowili akurat w niego i w taki sposób - nie zaś w akcje PGNiG - zainwestować? Jeśli miałbym wybrać, to stanowczo bym wybrał  czyszczenie butów. Nie mówiąc już o tym, że tam chodzi o ludzi naprawdę biednych i te dzieci po prostu zarabiają na chleb dla siebie i rodziny, tutaj zaś to fanaberie przeżartej i z przeżarcia zidiociałej schyłkowej cywilizacji.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, maja 05, 2008

Ślamazarne wyciąganie rewolweru, czyli co z nami robią media

Pamiętam z dzieciństwa pewien fragment czyichś wspomnień na temat wielkiego fizyka Nielsa Bohra. Sam tego nie czytałem, bo aż tak mnie fizyka nigdy nie interesowała, ale akurat to opowiedział mi ojciec i zapadło mi to w pamięć.

Otóż Niels Bohr podobno uwielbiał filmy, a szczególnie westerny. Nigdy jednak nie wiedział, czy kowboj który pije w barze to ten sam, który 10 minut temu strzelał do innego kowboja, czy też ten, co w poprzedniej scenie szczypał w tyłek szansonistkę. Chodził więc zawsze do kina z kimś ze znajomych i zadawał mu bez przerwy całkiem absurdalne dla zwykłych ludzi pytania o takie właśnie sprawy. Ale strasznie go mimo wszystko te westerny podniecały.

To mi akurat zapadło w pamięć, bo sam mam dość podobne właściwości i też dziwnie słabo ludzi pamiętam. Jednak było w tych wspomnieniach więcej rzeczy, które mnie zainteresowały. Otóż Bohr, czego co bystrzejszy Czytelnik pewnie sam się domyślał, nie był jedynie westernowym idiotą, bo swoją wyjątkową w kwestii filmowej niepojętność okupował czasem nieoczekiwaną błyskotliwością. Znalazł na przykład naukowe wytłumaczenie faktu, dlaczego dobry kowboj - który zawsze wyciąga, w sensie zaczyna wyciągać, rewolwer jako drugi, dopiero kiedy czarny charakter to zrobi by go skrzywdzić - strzela mimo to pierwszy.

Teoria ta głosi, że proces wyciągania u naszego kowboja przebiega znacznie szybciej, ponieważ reaguje on na konkretny sygnał, jakim jest oczywiście wyciągnięcie rewolweru przez agresora. Tamten zaś, żadnego sygnału nie ma, przez co jego wyciąganie rewolweru jest rozmemłane i niezbyt szybkie. Po prostu nie decyduje się on na to w jednym momencie, tylko różne władze jego psychiki mobilizują się kolejno i bez synchronizacji.

Przy okazji wyjaśnia to przepięknie dlaczego, kiedy mamy dwóch niedobrych, albo neutralnych, kowbojów, to i tak żaden z nich nie spieszy się, by wyciągnąć spluwę jako pierwszy. (Dlaczego tylko ci, ktoś zapyta. No bo dobrzy do siebie przecież nie strzelają! Na pewno nie w filmach w każdym razie.)

Trudno oczywiście tak bez przeprowadzania starannych badań udowodnić, iż ta różnica stopnia mobilizacji, która niemal z pewnością występuje, wystarczyłaby, aby w skompensować opóźnienie wynikające z tego, że nasz kowboj zaczyna akcję dopiero gdy dostrzeże i zareaguje na akcję przeciwnika. Bardzo możliwe, że nie, i że sukcesy dobrych kowbojów wynikają przede wszystkim z konwencji filmowej i upodobań publiczności. Jednak samo hipotetycznie opisane przez Bohra zjawisko najprawdopodobniej istnieje, jeśli mam wyrazić własną intuicyjną opinię na temat działania ludzkiej psychiki.

Po co ja to teraz opowiadam? Ponieważ ma to pewien związek z mediami, media zaś stanowią z dnia na dzień coraz większy problem dla patriotycznych i prawicowych Polaków. Zresztą zawsze były wielkim problemem, po prostu nie uświadamiano sobie tego aż tak wyraźnie. Jednak Oswald Spengler, w wydanej równo 90 lat temu książce, sugeruje, że: "Nasuwa sie refleksja, że dla demokraty starej daty celem musiałaby być nie tyle 'wolność prasy', co 'wolność od prasy'". "Demokrata starej daty" to ktoś, kto naprawdę wierzy w suwerenność ludu, a nie cieszy się totalną niemal władzą skrytej w cieniu oligarchii, manipulującej tym ludem, m.in. za pomocą prasy właśnie. (Telewizji wtedy oczywiście nie było, a nawet radio było w powijakach, dlatego mowa jest jedynie o prasie.)

Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad tym wszystkim, co prasa z nami robi... Poza po prostu kłamaniem, opluwaniem i oszukiwaniem. Chodzi mi o takie subtelniejsze, czasem nawet nie do końca świadome, oddziaływania, które jednak sprawiają, że wszystko, co do niedawana było w miarę stabilne i powszechnie uznawane za wartościowe, przestaje takim być, że ludzie przestają mieć osobowość, honor, własny rozsądek... W sumie, że wszyscy coraz szybszym krokiem zdajemy się ostatnio podążać do rzeźni, w której już czekają lewaccy totalitaryści.

Udało mi się znaleźć sporo tego typu oddziaływań. I przyznam, że intelektualną satysfakcję z ich odkrycia przesłania mi znacznie przerażenie, jakie mnie ogrania, kiedy o tym myślę. Deo volente opiszę te moje obserwacje w przyszłych tekstach, na razie chciałbym przedstawić tylko jeden taki czynnik. Może ktoś już zgadł - mający pewien związek z kowbojami Nielsa Bohra.

Otóż zadając sobie pytanie, czemu może dziać się tyle rzeczy, które jeszcze niedawno wywołałyby potężny wybuch społeczny, dzisiaj zaś nie dzieje się zupełnie nic, poza paroma wpisami na blogach, zauważa się, że, dzięki naturze dzisiejszych mediów, ludzie dowiadują się różnych rzeczy - choćby najgorszych i takich, które kiedyś wywołałyby wybuch - w różnym czasie. W dodatku często nieskoncentrowani, zajęci czym innym itd. Potem zaś słyszą na ten temat zamulające umysł komentarze, wsparte sondażami, wykazującymi, że nikt się nie przejmuje, albo nawet każdy dostaje orgazmu.

Jeśli to nie zabrzmiało zbyt konkretnie i zrozumiale, podam na przykładach o co mi chodzi. Otóż z demokracją nie jest ostatnio najlepiej - jacyś macherzy w jakichś Brukselach czy Berlinach o nas decydują, my na to żadnego wpływu nie mamy, nikt za nic nie odpowiada, powszechna miłość i "Oda do radości", zgoda? Ale przecież to nic nowego! Jak tu się buntować, skoro red. Wołek z tow. Lityńskim i paroma innymi wprost to już nam powiedzieli. Że mianowicie: "teraz odchodzimy od dawnego pojmowania demokracji do demokracji elitarnej".

Pytał mnie ktoś czy chcę "demokracji elitarnej"? Z elitą w postaci red. Wołka i Brukseli na dodatek? Nie pytał. Ale mi to powiedział. Gdyby to powiedziano pół milionowi ludzi w oczy, może by się coś wydarzyło. W końcu wybuchów jak ten na Wybrzeżu w '70 nie da się po prostu wytłumaczyć miłością do kiełbasy i nagłym niezrozumiałym zanikiem instynktu samozachowawczego, a znaczne łatwiej faktem, że na raz wielu ludzi poczuło, że inni poczuli to samo. Konkretnie że im napluto w twarz. I tak to właśnie wtedy zrobiono, bo była to niemal na sto procent prowokacja. Więc tak to musiało być zrobione i przy następnej prowokacji także będzie musiało być podobnie zrobione.

Jednak kiedy się nie chce wybuchu? Wtedy takie rzeczy ogłasza się po kropelce, mówi się o tym w "elitarnych" wieczornych programach dla niedokształciuchów... Tu jeden raz, potem za dwa tygodnie napisze się w gazetce, za tydzień ozwie się jakiś ałtorytet... No i potem niby wszyscy wiedzą, a jednak psa z kulawą nogą przecież nie zainteresowało. Ja np. zgłupieję i zacznę krzyczeć: "Demokrację nam gwałcą!", a wtedy red. Wołek uśmiechnie się pobłażliwie i powie: "odgrzewane kotlety, dawno o tym mówiliśmy i nikt nie zgłaszał reklamacji".

Dla mnie to jest sprawa oczywista, choć, jak powiedziałem, tego typu niedostrzeganych zazwyczaj oddziaływań mediów jest o wiele więcej. I nie tylko ja tego typu zjawisko, jak to przed chwilą opisane, zauważyłem. Trzy dni temu widziałem w salon24 tekst na temat oświadczenia pewnego niemieckiego profesora politologii, że "Niemcy nie są już krajem demokratycznym". (Można sobie tego chyba poszukać w salon24, ja potem poszukam link i ew. tu wkleję.)

O co konkretnie tam chodziło nie ma tutaj sensu omawiać, lepiej po prostu przeczytać tamten tekst. Ale argumenty były potężne. Takie, które teoretycznie powinny wywołać jakąś większą burzę. Jednak oczywiście o żadnej burzy nie słychać, tylko są tam jakieś strajki całkiem z tą sprawa nie związane. Jednak autor tego blogowego tekstu, wpisu znaczy, sam formułuje przypuszczenie, że ten tekst mógłby być takim właśnie "balonem próbnym"... Tak się to zazwyczaj nazywa, choć w istocie chodzi tu nie o "próby", tylko właśnie o rozmycie momentu, kiedy jakaś niewygodna informacja dotrze do "opinii publicznej" (jeśli o takim czymś jeszcze można w ogóle na serio mówić).

Potem, kiedy ktoś zauważy i zacznie wołać, że "Niemcy nie są już demokratyczne", światli i postępowi odpowiedzą mu z pobłażliwym uśmiechem: "Przecież mówiliśmy już o tym wielokrotnie i jakoś nie protestowałeś! Milczenie potraktowaliśmy jako wyraz zgody. Wtedy ci to nie szkodziło, to dlaczego nagle zaczęło ci szkodzić w tej chwili? Czy to nie jest jakaś nieczysta polityczna gra?"

I jak tu nie kochać mediów? Chyba tylko człek całkiem bez serca i sumienia mógłby być takim zwyrodnialcem!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.