niedziela, maja 25, 2008

Triarius the Tiger o wojnach i ideologiach

Puk puk! Kto tam? To nasz niezawodny dostawca bonmotów Triarius the Tiger z dwoma najświeższymi produktami. (Komu z oliwkami, komu z kiełbasą krakowską?)

Wojny domowe są najbrutalniejsze i najkrwawsze? Trudno się dziwić - w końcu żaden zagraniczny wróg nie puszcza nam codziennie przez ścianę rapu czy techno!


* * * * *

Jeszcze nie tak dawno można było ideologię zdefiniować jako "filozofię (fakt, że niemal bez wyjątku niewysokiego lotu) odpowiednio sprymitywizowaną i ufryzowaną na użytek politycznej propagandy". Dzisiaj ta definicja nadaje się już do lamusa i ideologia to tylko linia propagandowa pomiędzy poszczególnymi kampaniami medialnymi - kiedy sztaby propagandzistów odpoczywają po trudach, albo obmyślają nowe posunięcia.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, maja 23, 2008

W kropli wody ujrzałem niezliczone tłumy fellachów

Jeśli ktoś się w miarę serio zastanawia nad procesami toczącymi się na naszych oczach oraz nad przyszłością, prawdopodobnie jednym ze istotniejszych zjawisk, które zauważa, jest głupienie ludzi - ich niezdolność do samodzielnego myślenia, coraz większa łatwość, z jaką dają się sterować już nie tylko różnym uznanym "mędrcom" i "autorytetom", ale po prostu ewidentnym macherom od masowej rozrywki i podobnych rzeczy. W końcu to, że człek szuka mądrości u mądrzejszych od siebie, nie jest wcale takie głupie. Problemem jest oczywiście to, że ci "mędrcy" to najemni propagandziści i cyniczni kłamcy i ci ludzie tego nie zauważają.

O ileż jednak gorsze, głupsze i przeraźliwsze jest, kiedy bez oporu - z dziką radością nawet, godną stada owiec idących do rzeźni za największym baranem - ulega się manipulacjom ze strony kogoś, kto "mędrca" nawet nie udaje, a po prostu jest "cool", modny (bo lansowany przez potężne media), głośny, albo został poklepany po plecach przez kogoś zza granicy. Wow!

Zjawiska takie są widoczne gołym okiem dla każdego, kto je chce zauważyć. Można to też intelektualnie rozwijać: "cywilizacja obrazkowa", "psychologia tłumu" opisywana przez Le Bona (moim zdaniem nic tam dla nas nie ma), "samotny tłum" opisywany przez autorów książki "The Lonely Crowd" (ma wady, ale to ważna książka)... Można nawet pojechać Nietschem czy Spenglerem, analizując te sprawy w kategoriach "ostatniego człowieka", "zmierzchu cywilizacji", "wielkomiejskiego proletariatu" czy "fellachizmu". (Co ja akurat gorąco popieram, szczególnie z tym drugim autorem.)

Można, i należy, zastanowić się też nad rolą, jaką pełni dzisiaj wykształcenie. Jeśli można to jeszcze tak określić. I to zarówno na tym, co dzieje się w szkołach - z prelekcjami na temat stosunków analnych (żeby to jeszcze hetero!), oraz egzaminami, w których jedyną dobrą odpowiedzią jest czołobitność wobec Ojrounii tak daleko posunięta i obrzydliwa, jak ta, której wymagano od ludzi w Związku Sowieckim. Przykładem niedawna matura.

Wszystko to prawda, wszystko to przerażające i bardzo źle wróżące przyszłości naszej cywilizacji i naszego kraju. Nic w tym jednak przesadnie nowego czy oryginalnego. Zgoda. Wczoraj jednak natknąłem się na przypadek, w zasadzie drobny, w zasadzie pod wieloma względami optymistyczny... A jednak dla mnie szokujący bardziej, niż większość z tych wymienionych wyżej rzeczy. Może poza tymi pytaniami na ostatniej maturze. Bo do tamtych człek zdążył już się przyzwyczaić.

Poznałem mianowicie w sieci b. sensownego i bystrego młodego człowieka. Student jednocześnie dwóch fakultetów, całkiem różnych, w dodatku jeden ambitny techniczny, drugi zaś humanistyczny. Co samo w sobie dobrze świadczy o poziomie intelektualnym człowieka - byle cwany dureń tego nie będzie robił, bo i po co? No i pokazałem temu młodemu człowiekowi ten mój blog. Jakoś tak wyszło. Całkiem nie miałem pojęcia na temat jego politycznych przekonań, ale zaryzykowałem. Rzucił okiem i rzekł, że z wieloma rzeczami się zasadniczo zgadza. Fajnie pomyślałem, jak na młodego wykształconego to i tak nieźle, choć chyba nie doczytał.

Potem nieco mnie zganił za... Po prostu zacytuję: "Zaś to czego nigdy nie lubiłem to cały aparat nazewniczo-inwektywny". Czyli że sobie słowne żarciki człek robi i przekręca Tusiowi nazwiszczko. OK, ja się nie zgadzam, bo jest wojna i nie ma się co z tuskoidami pieścić, ale mogę zrozumieć i na pewno nie mam pretensji. Potem jednak ten młody i sensowny w sumie przecież człowiek, rzekł mi tak: "A gdzie znajdują się argumenty strony przeciwnej?"

Przyznam, że zbaraniałem. Czy to nie paranoja? To ja nie mam już artykułować moich poglądów, tylko muszę je jakoś zrównoważyć i zestawić z poglądami przeciwników? Kto tego młodego człowieka czegoś takiego nauczył? Komuchy i ojropejsy, jak i wszelka inna swołocz, mogą sobie u mnie pisać komentarze, ostatnio zlikwidowałem nawet konieczność wpisywania kodów weryfikacyjnych, żeby im było łatwiej. Ale, do qrwy nędzy, to ONI muszą to robić - nie żebym ja zastanawiał się jak by tutaj w odpowiednio nośny sposób wyrazić poglądy wrogie moim.

I nie chodzi mi już nawet o to, że różnych lewackich mediów, Gazowników i Trybun, blogów nazwanych "PiSuary" i podobnie, pandadów, mr_off'ów, Galopujących Suchotniczych Majorów i Chevalierów des Artsów jest cała zgraja i nikt temu bractwu mord nie zatyka (choć moim zdaniem powinien). Już nawet nie o to mi chodzi, że nikt, w tym ten młody człowiek, nie pomyślał, by Michnikowi (czy innej pandadzie) zarzucić, że nie ma w jego smętnych bredniach MOICH poglądów. Nie, to już pomijam. Jednak jakie pojęcie ma taki ktoś o samej istocie dyskusji, o wyrażaniu poglądów, o... Powiedzmy w końcu to słowo: demokracji. I o...

To drugie trudne i kontrowersyjne słowo też wymówmy: tolerancji (tak! i sic! i jeszcze raz sic!). Skoro jest, ten student znaczy, głęboko przekonany, że człowiek nie ma prawa wyrażać poglądów WŁASNYCH i ew. pozwolić innym (w tym przeciwnikom) na wyrażenie ICH własnych poglądów... Nie wie, że to jest absolutnie WSZYSTKO czego wymagają najbardziej nawet wyżyłowane standardy demokracji. Tylko uważa ten młody człowiek, że wyrażanie WŁASNYCH jedynie poglądów jest z natury zdrożne - zapewne sprzeczne z samą istotą demokracji... Może i jeszcze gorzej. Nie, dla mnie to paranoja!

Zdaję sobie sprawę, że uczyniłem wielką rzecz z drobnego zdarzenia. Ostatni czytelnicy mojego bloga machną teraz pewnie ręką i przestaną moje kawałki czytać. Jednak to zdarzenie, choć istotnie drobne, mnie wydaje się tak nieprawdopodobnie SYMPTOMATYCZNE, że jestem nieco wstrząśnięty. Wstrząśnięty jestem, bo ujrzałem na własne oczy, niejako w kropli wody deszczowej, wykluwanie się nowej mentalności... Nie mającej już nic wspólnego z mentalnością zachodniej cywilizacji.

Tym bardziej było to szokujące, że dotyczyło bardzo inteligentnego i już nieźle wykształconego człowieka. Tyle, że nie jest to moje pokolenie, a w pewnym sensie nie jest to już moja cywilizacja. Lub może raczej powinienem powiedzieć, że ujrzałem skrawek tego, co będzie PO naszej cywilizacji - społeczeństwa, czy może raczej tłumu, biernych i potulnie manipulowanych fellachów.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Tusiołkowe Wunderwaffe, czyli już po Bulbistanie!

Ludzie uprawiający szeptaną propagandę w ramach której rozpowiadają np. że niedawna wizyta naszego Tusiaczka w Andach była bez sensu i nie przyniosła korzyści dla Polski to nie tylko podlece, ale i po prostu idioci. Chyba, że pacyfiści, ale to to niczego nie zmienia, bo pacyfizm w naszych czasach ("mądrość etapu" i te rzeczy) zalatuje na milę... antysemizmem. Sapienti sat, a mniej sapienti podpowiem, iż Polacy otrzymali od Najwyższego... czegośtam rolę stójkowych i armatnich mięs - oczywiście koszernych, jakże by inaczej! - a stójkowy jest od tego, by "powinność swego urzędu rozumieć" (to jeden z ulubionych cytatów Stanisława Michalkiewicza, i słusznie). Czyli o nic nie pytać, tylko patrolować, a jak trzeba to pałą wywijać i zbierać ew. ciosy.

Zachwycony tym potokiem wymowy ew. Czytelnik nie pomyśli chyba nawet, by zadać pytanie "o co temu triariusowi właściwie chodzi"? Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie stójkowy, gdzie Najwyższy... ten tam, wiadomo... no a gdzie nasze Tusidełko przecudne? I słusznie, bo stójkowy nie ma pytać ani rozumieć... chyba że swego urzędu powinność! Ale ja, w ramach bombardowania moich ew. Czytelników miłością - powiem!

Chodzi mi o to ("aby język giętki", to też, ale nie tylko), że Tusiaczek przywiózł nam z tych Andów przecudowne Wunderwaffe. Militaryści od lat poszukują środka na humanitarne a zarazem skuteczne pokonanie wroga. Żeby wojna była humanitarna i nikogo nie zabijała, co natomiast będzie się z pokonanymi robiło POTEM - to już inna sprawa! Choćby nawet wszystkich ich wysłało się potem na zmywaki do obcych krajów. Albo na kurwy. Albo na hydraulików całkiem jak z szołu dla homosiów w Las Vegas, albo z tournée zespołu Show Waddywaddy. Albo kazało siedzieć przez cały dzień w kasie w hipermarkecie. Z pieluchą oczywiście, nie można przecież szokować klientów.

Wracając do tych tam militarystów... Którzy ostatnio bywają słuszni, choć "militarystami" ich się oczywiście oficjalnie nie nazywa... To oni wymyślili, i słusznie, że najlepiej by było, gdyby udało się wroga jakoś tak, żeby wszyscy tam dostali tak potwornej depresji, że zamiast walczyć, siedzieli by tylko zawodząc "ach, życie nie ma sensu, pochlastał bym się, ale nie mam dość energii żeby pójść po żyletkę". Do tego jeden widzi przeraźliwie smętną gębę drugiego, słyszy jego zawodzenia, i to się wzmacnia (feedback i te rzeczy), a nasze dzielne wojska wchodzą tam bez jednego wystrzału. I na drugi dzień wszyscy oni pracują w hipermarketach. To się nazywa postęp!

No i Tusidlaczek nasz umiłowany przywiózł nam ze swoich Andów taką właśnie cudowną broń. Może nie do końca gotową, ale z pewnością prototyp. Odkrył bowiem i udowodnił, że jak się Go - czyli Tusidlaczka naszego cudownego - nazwie "słońcem Bulbistanu", to Bulbistan popada w tak piekielną depresję und prostrację... Że żadnej bomby na nich nie potrzeba. Podobnie działa wyśmiewanie się z bulbistańskich odznaczeń państwowych, najlepiej przez łączeniu ich z osobą naszego Tusia.

Oczywiście, trzeba to dopracować. Trzeba opracować system, który by pozwolił wygenerować jednocześnie miliony dowcipów na temat Słońca Bulbistanu - nie zaś jakieś jakichś parę niszowo-oszołomskich. Te ostatnie były wprawdzie ogromnie bolesne dla szlachetnych mieszkańców Peru, gdzie depresja z powodu tych dowcipasów była niemal powszechna, a jedynym jasny punkt stanowił fakt, że przecież Tusiołek, ich kochane słoneczko, akurat u nich gościł. Jednak na... Wrogów wprawdzie nie mamy, ale na nich potrzeba by było jednak czegoś więcej. I trzeba też wroga jakoś o tych dowcipach zawiadomić, a tam może być np. cenzura... Ale nic to! Nasz (co by to miało oznaczać) przemysł zbrojeniowy nie z takimi problemami sobie radził!

W ogóle fajnie było z tą tusiową podróżą, a najbardziej (poza Tusiem-Tuniem w przecudnej czapeczce) podobało mi się jej zakończenie. Tuś odbył bowiem "robocze spotkanie"... Z nikim innym, ino z dziennikarzami. Hasło "cała para w gwizdek" weszło dzięki temu na całkiem nowy poziom - teraz TO jest autentycznym działaniem, a wszystko inne to tylko niepotrzebne fioritury. A niektórzy nie wierzą w postęp ludzkości...

Tusiak w ogóle był fantastyczny w czasie tego "roboczego spotkania", bo nie raczył odpowiedzieć na niemal żadne pytanie. Zbyt natarczywych... O! Tu też powinien być cudzysłów, bo mówimy o rodzimych dziennikarzach... I tu znowu! Ale nie może być więcej cudzysłowów od liter, więc niestety, niech ew. Czytelnik sobie sam dośpiewa... i zagwiżdże... Więc tych co za dużo chcieli wiedzieć, PO Premiera Tuś odesłał do dzisiejszej konferencji prasowej, którą ma odbyć wraz z całym rządem (wow!), ale także z jakimś prominentem z Trąbistanu... Czy jakiegoś innego państwa bez znaczenia... Może nawet Bulbistan to był, nie pamiętam.

W dodatku z uśmiechem po prostu z nóg zwalającym Tusio powiedział nam i tym dziennikarzom, że prosi, by nie było do niego i jego ministrów zbyt wiele pytań, ponieważ premier Trąbistanu (czy może Bulbistanu, on to wiedział, ja nie pamiętam) może się poczuć nie ten tego... Niedowartościowany. Tak się robi postpolitykę moi państwo! (Jest tu w ogóle jakieś państwo? Na moim blogu znaczy? W każdym razie tak się mówi w eleganckich sferach, więc zostaje.)

Jeśli to nie jest dokładnie to, com sam mówił parę wpisów temu w kawałku pt. Ślamazarne wyciąganie rewolweru, czyli co z nami robią media, to już nie wiem! Takie zjawiska naprawdę mają spore znaczenie i oni, czyli wszystkie te ojrotusie i jewroborrelle, świetnie wiedzą. I doskonalą tę technikę bez przerwy. Słoneczka nasze brukselsko-berlińsko... Nie, tego nie powiem, bo to jest anty... To co jest najgorsze ze wszystkiego, żeby tamtych tam nie miłować. W każdym razie sobie poszukam teraz w sieci jakie oni tam mają odznaczenia, a potem zabieram się ostro za pracę nad rozwojem tusiowej Wunderwaffe. I albo ją sobie opatentuję... Albo też zostanę władcą świata. Co mi tam, mogą oni, mogę i ja!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, maja 16, 2008

Dwie zagadki dla umysłowo aktywnych i coś tam kojarzących

Zagadka pierwsza...

Pytanie:

Dlaczego chłopcy gazownicy od Maleszki i Michnika tak często dodają do swojego szmatławca filmy w postaci cyfrowej?



Odpowiedź:

Zgodnie ze sprawdzoną rzymską zasadą "DVD et impera".

* * * * *
Zagadka druga...

Pytanie:

Dlaczego tak jest w tym nieszczęsnym kraju, że za elitę mamy samych narkomanów? No bo wystarczy spojrzeć: premier - marycha (jeśli jeszcze nie przeszedł na coś cięższego). Do tego rozrzedzone powietrze Andów. No i dym kadzidła, o tym też nie można zapomnieć. Nieźle, jak na tak odpowiedzialne stanowisko! Reszta elit narkotyzuje nam się WAADZĄ (sic! copyright tow. Rakowski), forsą, poklepywaniem po plecach przez obcych dygnitarzy i pochlebnymi wzmiankami w prasie (też najlepiej obcej). I czym tam jeszcze może. No więc dlaczego tak jest?


Odpowiedź:

Bo cała reszta Polaków, poza elitą znaczy, też się od niepamiętnych czasów narkotyzuje - własną słabością i bezsiłą!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, maja 11, 2008

Co dziś napędza postęp techniczny?

Powszechnie wiadomo, że postępowi technicznemu i wynalazczości ogromnie sprzyjają wojny. Teraz wojen jakby mniej, a w każdym razie wiele ich nie toczy się na terenach najbardziej cywilizowanych części globu. Cywilizowani żołnierze biorą wprawdzie udział w jakichś operacjach, ale po prawdzie to naprawdę trudno ocenić, jak się one mają do wojny, bo to częściowo praca czysto policyjna, częściowo jakieś elektryfikacje, a czasem tylko coś, co przypomina prawdziwą wojnę. I też nie wiadomo, czy taką, jaka będzie, kiedy się coś naprawdę zacznie.

Oczywiście prawdziwego pokoju nie ma, bo nie jest on stanem naturalnym dla naszego gatunku, i całe stada zajadłych buldogów kotłują się pod całą masą dywanów. Tutaj powalczy się gospodarczo, tu dyplomatycznie, gdzie indziej znowu odkręcając i reinterpretując historię - ersatzów wojny ci u nas dostatek i bez przerwy ktoś wymyśla nowe pola zastępczej walki. Nie oszukujmy się jednak, że wojny się skończyły - w dziewiętnastym wieku też nie było ich w Europie tak wiele, ale mądrzy ludzie już na kilkadziesiąt lat przed pierwszą światową wiedzieli, że im dłużej to trwa, tym straszniejszy będzie ten nieunikniony wybuch.

I oczywiście nastąpił, a po nim dogrywka, jeszcze straszniejsza, tylko tym razem głównie dla cywilów. (Z czysto militarnego punktu widzenia druga wojna przy pierwszej to był taniec po różach.) Po której nastąpiło wyczerpanie, które dodane do zeunuszenia właściwego starym i przeżartym cywilizacjom, odwleka na jakiś czas nowe zbrojne konflikty. Do czego oczywiście przyczynia się postęp techniczny, ponieważ nikt, albo prawie nikt, nie dotąd widział prawdziwej wojny przy zastosowaniu wszystkich dzisiejszych środków walki, więc ludziska się po prostu boją bardziej niż kiedyś. Ale co się odwlecze... Nie łudźcie się - era wiecznego pokoju nie nastąpiła i nie nastąpi. Nigdy!

No dobra, co jednak z postępem technicznym, skoro mamy wprawdzie agresywne buldogi pod dywanem, ale wojen niedostatek? Jest oczywiście komercja i nie da się zaprzeczyć, że w tej epoce różowych golarek do (coraz mniej) intymnych damskich szczególikow, sama chęć sprzedawania tych właśnie golarek powoduje ich ulepszanie. Tyle że co to za ulepszanie, skoro od lat zmienia się jedynie nieco kolor i kształt ("w tym roku nosi się golarki w kolorze młoda cielęcina, a w przyszłym będą w perłowe łatki, trzeba koniecznie zmienić!"), a poza tym właściwie cała para i tak zawsze idzie w ich marketing.

Tak się zastanawiałem nad powyższym problemem, aż tu nagle włączył mi się dzisiaj na TVN24 program o cudach techniki komputerowej dostępnej dla każdego (za parę stów lub parę tysięcy, czasem jeszcze nie u nas, ale wkrótce). Tam zaś, na samo zakończenie, czyli jako puenta i największe cudo, pokazali aparat fotograficzny, co to zamiast samowyzwalacza normalnego, ma taki, co reaguje na uśmiech. Nastawisz sobie, a potem uśmiechniesz się, to on pstryk! A jak się nie uśmiechniesz, to możesz sobie czekać do uśmianej śmierci. Bardzo by nam się tutaj przydały takie aparaty, Polacy by się o wiele więcej uśmiechali, w końcu aparat musi się zamortyzować, zgoda? No a miłościwie nam pajacująca partia to naprawdę powinna zrobić wszystko, żeby każdemu obywatelowi taki aparat już za parę dni móc podarować.

Tylko, ma się rozumieć, trza na każdym namalować znaczek ojro, z gwiazdeczkami. Oprócz "Oby się żyło lepiej". A jak się nie chce uśmiechać, to widać dywersant z PiS, i ma za swoje, że mu aparat nie działa.

Przyszło mi potem do głowy, że ten aparat może być odpowiedzią na nurtujący mnie od jakiegoś czasu problem. Ten właśnie, czym jest napędzany postęp techniczny, skoro tak marnie mamy z prawdziwymi wojnami? No bo ten aparat wyraźnie wygląda na jakiś offspin (niech będzie po naszemu - "produkt uboczny") technologii służących do identyfikacji ludzi, czyż nie? I zaraz mi się przypomniało, iż ze dwa tygodnie temu otrzymałem ofertę wzięcia udziału w testach pewnej technologii mającej rozpoznawać głos.

Miałem zadzwonić z komórki na darmowy numer i coś tam gadać, a oni za to mieli mi na konto przysłać 30 zł. Plus forsa za łowienie innych. Firma była zachodnia, przynajmniej oficjalnie, bo kto to wie co to naprawdę było? Chyba nawet z jakiejś Belgii była, a akurat Polski język ich interesował. Mogło to być cokolwiek, teoretycznie nawet coś obliczonego akurat na mój osobisty głos. I to nie dlatego, że jest ponoć niezwykle sexy.

W każdym razie zaczęła chodzić mi po głowie myśl, że być może w tej chwili głównym motorem postępu technicznego jest inwigilacja, znakowanie ludzi, zapisywanie danych na ich temat w różnych ponurych archiwach... W końcu jak się zwróci uwagę na te wszystkie informacje stąd i z owąd, to widzimy, że mało co rozwija się tak jak mikrochipy, które aż się proszą by je ludziom wszczepiać, oraz techniki nawigacji satelitarnej, co to pokazują drogę, ale przy okazji... Każdy chyba się domyśla co robią. Chyba że bardzo nie chce się domyślać.

Ten rozwój, razem z całym postępem technicznym, może się jednak skończy szybciej, niż sobie większość ludzi wyobraża. Do tej większości (zakładając, że tu bywa) poniższy argument nie trafi, ale do członków Klubu Młodych Spenglerystów może tak. Otóż czytam sobie (obok stada innych) książkę G. i C. Picard "Życie codzienne w Kartaginie". Wydane w 1962 we Francji (a więc w 26 lat po śmierci Spenglera), a w PRL zaraz potem. No i czytam: "Większość ulepszeń, które w starożytności ułatwiały materialną sytuację człowieka, jest owocem trzech wieków, które poprzedzają naszą erę, i wieku, który po niej nastąpił".

Nie jestem typem faceta, który by się w naturalny sposób skłaniał do jakiegoś kultu jednostki, dlatego też, obok całego mego zachwytu nad Spenglerem, staram się go na każdym kroku skonfrontować z konkretnymi informacjami. Jak choćby ta powyższa. No i tutaj akurat Spengler wychodzi bez szwanku, albo i z powiewającymi kolorami. Ponieważ u niego w rozwoju te wieki, o których tu jest mowa, odpowiadają wiekom XVIII - XXI w rozwoju naszej to Kultury/Cywilizacji. Że Rewolucja Przemysłowa zaczęła się w XVIII w. - to wiadomo.

Że nasza epoka różowych golarek czyni wynalazki, ale jakby coraz mniej istotne i coraz bardziej oparte na marketingowych błyskotkach, też dla mnie nie ulega wątpliwości. (Komputry byli ostatnim wielkim wynalazkiem, przynajmniej dla mnie.) Źródła wynalazczości, tej autentycznej i znaczącej, zdają się, w mojej opinii, powoli wysychać.

Pozostaje jeszcze inwigilacja, znakowanie i archiwizowanie ludzi... I to rzeczywiście całkiem możliwe, że się w tym wieku skończy - albo całkowitym zgleiszachtowaniem wszystkiego, ponumerowaniem, zakolczykowaniem i nowym totalitaryzmem, albo też coś z tą sprawą zrobimy. I w jednym i w drugim przypadku nie będzie już wielkiego powodu by te technologie aż tak intensywnie rozwijać.

A więc zachęcam do wyszukania tego uśmiechniętego aparatu jak najszybciej i cieszenia się nim póki czas, bo na to cieszenie może aż tak wiele czasu jednak nie pozostać. A następnych równie błyskotliwych wynalazków może już nie być. Wszyscy i tak będą się jednak ślicznie i dobrowolnie uśmiechać - władza już o to zadba, spokojna głowa! (Tyberiusz zresztą rzekł był kiedyś fajną myśl o uśmiechaniu się właśnie. Pamiętacie?)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.