Po trzech odcinkach otrzymałem nieco komętów, nie wszędzie, ale jednak, plus nieco fajnego i całkiem pochlebnego feedbacku prywatnie. Więc jedziemy dalej z tym koksem! (Ale oryginalne, nie?)
* * *
Spyta ktoś: "A dlaczego mielibyśmy się podniecać tą sztuką wczesnochrześcijańską, skoro ona przecie była toporna pod względem "artyzmu" jak cholera, marnie wykonana pod względem samego rzemiosła, uboga pod względem formy i ikonografii... Ładne toto przecież nie było - nie ma się co czarować!"
Na co ja odpowiem, że tutaj zgoda, a nawet więcej - przecież mieliśmy analizować to, co Spengler nazywa "Ornamentem" (po prawdzie, to gdyby to nazwał "Symbolem", byłoby bardziej zrozumiałe), a tutaj ani formalnego wyrafinowania, ani jakiegoś wyraźniejszego rozwoju... (No i fakt, bo mówimy o sztuce WCZESNO-chrześcijańskiej, a nie o tym, co z niej ewentualnie potem się wykłuło.)
Nie było tam szkół (w sensie uczniów zebranych wokół mistrza i jakiegoś względnie współnego stylu czy maniery), nie było raczej czeladników i terminatorów, a bractwo po prostu miało kilka prostych wzorów, które sobie w miarę potrzeby kopiowało.
A więc zgoda, że taki typowy współczesny koneser i wielbiciel sztuki wszelakiej ma raczej więcej powodów, by się ekscytować świetnie wykonanym starożytnym chińskim brązem, jakąś perska majoliką, kawałkiem pośladka marmurowej Afrodyty (możliwe że drugi wiek przed "naszą erą").
Tylko że my nie mówimy - jeśli ktoś jeszcze pamięta, choć z tym może być problem, choćby dlatego, że to jest w odcinkach - my nie mówimy zatem o rozkoszach estetycznych WSPÓŁCZESNEGO znawcy, tylko o tych ludziach, dla których to było pierwotnie i bezpośrednio robione - którzy to zamawiali, którzy za to (często) płacili, którzy z tym żyli...
Jednocześnie NIE żyjąc z jakąś inną - w sensie CAŁKIEM inną sztuką. To nie było przecież tak, że taki wczesny chrześcijanin miał w jednym pokoju namalowaną na ścianie tę, że tak to nazwę, "proto-ikonę", czyli faceta z aureolą, frontalnie, wielkie oczy, trzymającego i ukazującego nam jakiś fragment Pisma Świętego, na drugiej ścianie ryba, baranek, gołębica...
Te rzeczy, a w drugim pokoju w jednym kącie sporych rozmiarów chińska waza i tuż obok niewielka, ale całkiem nieźle zrobiona, Afrodyta Kalipygos z Amorkiem i motylkiem na dodatek. Nie - tam była WYŁĄCZNIE ta sztuka wczesnochrześcijańska, tak samo zresztą, jak w ogromnej większości przypadków na przestrzeni tysiącleci, gdzie w jednym miejscu, w jednym środowisku, występował tylko jeden rodzaj sztuki.
No i nikt nie tylko nie tęsknił do innego, do urozmajcenia, ale nawet raczej należy przypuścić, że nie zostałoby ono mile przyjęte, gdyby je ktoś tam umieścił. Z tym się chyba ewentualny P.T. Czytelnik zgodzi? To było o publiczności (jeśli w kontekście akurat wczesnochrześcijańskiej sztuki to określenie nie jest nieco zbyt frywolne), czyli o "odbiorcach", a my jesteśmy jeszcze zainteresowani samymi artystami - czy, jeśli czasem to słowo mogłoby się wydać zbyt pochlebne - wykonawcami.
Nie da się ukryć, że istnieją co najmniej bardzo poważne powody by sądzić, iż owi odbiorcy, a zapewne i wykonawcy, właśnie tego typu sztuki pragnęli. Że ani ślicznie polerowany jaspis, a na nim złote intarsje, nie byłby się im wydał bardziej odpowiedni od tej, naprędce sporządzonej farby na tym, mocno ordynarnym (nie bójmy się stego słowa!) tynku.
Ani też żaden, powiedzmy, fantastycznie żyłkowany biały marmur, w dodatku ręką mistrza, jakiego świat ogląda najwyżej raz na pokolenie, ukształtowany w przecudowny kształt piersi Pięknej Heleny lub pośladka Afrodyty Kalipygos - nie byłby nie tylko w stanie ich bardziej od tej ich śmiesznie prymitywnej niby-ikony ucieszyć. I to jest w sumie żartobliwy eufemizm, bo ten marmur z całą pewnością bardzo by im się nie spodobał.
Co z tego, że każdy autentyczny znawca sztuki, niezależnie od miejsca na ziemi i epoki, byłby wpadł w zachwyt, albo i dostał orgazmu? Oczywiście tacy znawcy występują - w różnych wprawdzie miejscach na ziemi, ale jedynie w późnych epokach - czy, mówiąc oględniej i przyjemniej dla ucha, "w epokach o wysoce rozwiniętej cywilizacji". Wczesnych chrześcijan to z definicji nie dotyczy.
No dobra, spyta ktoś (ten sam, albo jakiś inny, taka sztafeta): "A dlaczego by nas to miało obchodzić jak tam oni sami tę swoją sztukę widzieli, przeżywali, odbierali, tworzyli - skoro tu chodzi O NAS i o sztukę WSPÓŁCZESNĄ? Szanowny (dzięki za szacunek!) Autorze - sam już chyba w tej swojej sklerozie, usprawiedliwionej wprawdzie godnym podziwu wiekiem, zapomniałeś co masz w samym tytule! Rzuć sobie okiem!"
"Ludzięta", ja na to - "co do wieku zgoda, co do sklerozy też (choć to ma także i swoje zalety), ale kto tu jest głupi, skoro przecież ta sztuka WSPÓŁCZESNA dla was jest TAK SAMO współczesna jak sztuka wczesnochrześcijańska dla wczesnych chrześcijan? I nie tylko przecież, nie jedynie. Tak samo jak sztuka perska, powiedzmy, XII w. dla Persów żyjących w XII w.
Jak sztuka Renesansu dla ludzi Renesansu. Nie w sensie że tacy koniecznie wszechstronni (wtedy i np. wasz Autor musiałby być zaliczony), tylko że właśnie wtedy żyli, a ani wcześniej, ani później to już nie. Chwytacie o co chodzi? Coś zaczyna docierać?"
No więc to jest tak, że jeśli by nam się udało ustalić czym, z założenia, jest sztuka, każda, dla ludzi żyjących w tym samym kulturowym środowisku i w tej samej kulturowej epoce (co oznacza, że mniej więcej w tym samym czasie)... Że to tak bełkotliwie określę, ale chyba się rozumiemy, a nic zgrabniejszego mi w tej chwili do głowy nie przychodzi...
Jeśli więc to ustalimy, to wykonaliśmy już tak ze trzecią część naszej roboty. Hę? A tak - ponieważ następnie przyjdzie nam ustalić, czy to, jak my dziś odbieramy, oraz jak ją tworza ci tam... Niech już będzie - artyści...
To jest TAK SAMO, jak to się odbywało w tych wszystkich innych epokach. W tych epokach, które nie były "współczesne", w związku z czym ich sztuka - sztuka w nich produkowana i w nich, well, "podziwiana", także "współczesna" nie była. Tyle, jak już wam to przystępnie wyłożyłem, chyba powinno być jasne?
I to będą jakieś dwie trzecie roboty, ostatnia zaś część, będzie wymagała wykazania, iż ten sposób, w jaki sztukę odbierano i w jaki ją produkowano (artystycznie, ma się rozumieć) KIEDYŚ, jest nie tylko INNY, ale także po prostu LEPSZY, od tego, jaki mamy dziś.
No bo chyba, widząc ten nasz tytuł, nikt nie łudzi się, że ja tu zamierzam wykazać, że sztuka zwana "współczesną" i będąca AMBITNĄ z założenia (muzyka "poważna", sztuka "elitarna" lub "awangardowa" - te rzeczy) nie jest, z definicji praktycznie, niczym fajnym, wyrażając to oględnie.
Mam też zamiar wykazać, że w wielu dziedzinach zaczęło się to już całkiem dawno, a tam, gdzie to jeszcze w ogóle możliwe, to się wciąż pogłębia. Choć te dwie ostatnie sprawy to trochę na deser i opcjonalnie. Realizacja naszego (na razie głównie mojego) zasadniczego zadania będzie i tak nie byle jakim osiągnięciem!
triarius
P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. I uważać na ogony!
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
poniedziałek, lipca 14, 2014
niedziela, lipca 13, 2014
Dlaczego współczesna sztuka jest taka denna? (003)
W trzecim odcinku naszego cyklu przedyskutujmy sobie kwestię całkiem podstawową - mianowicie co to w ogóle jest ta "sztuka"? Z pokrewnymi zagadnieniami, jak to: Po czym ją się rozpoznaje? Do czego ona właściwie służy i komu? Jak cenna w istocie jest, i dla kogo właściwie? Plus inne pokrewne zagadnienia, które mogą się przy okazji pojawić.
Przy takim postawieniu sprawy - w którym oczywiście nie ma nic nadzwyczajnego, po prostu staramy się zacząć od samego początku, bez idées pré-conçues, bez powoływania się na autorytety QUIA autorytety - dość oczywiste staje się, dlaczego sztuki (czy co to tam jest) posługujące się przede wszystkim słowem zostawiliśmy sobie poza nasza sferą badawczą.
Dlatego tak uczyniliśmy, że tam, gdzie są słowa, mamy, a przynajmniej mieć możemy, INFORMACJĘ. Nie można w każdym indywidualnym przypadku oczywiście wykluczyć, że tu akurat żadna istotna informacja nie występuje, a chodzi jedynie o EKSPRESJĘ... (Innych przypadków, niż te dwa chyba być po prostu nie może.)
Informacja (żeby nie było niejasności, choć i tak nie powinno) to będzie na przykład: "Wczoraj w Biedronce widziałam diabła z rogami, ogonem i Gazetą Wyborczą". Nie jest tu oczywiście istotne, czy ta informacja jest "prawdziwa" (bo diabły na przykład Gwybu nie czytają) - jest tu jakiś przekaz, adresowany do kogoś innego, więc informacja.
(A skoro już zmniejszamy niejasności, to powiem, że idées pré-conçues oznacza "wstępne założenia". Niektórzy mi lubią zarzucać nieuctwo i porywanie się na tematy poza moim zasięgiem, więc ja w nich czasem francuskim lub łaciną. Trochę może dziecinne, ale na takich ludzi to chyba jednak działa.)
Ekspresja "czysta", to będzie "och!" albo "ach!". W bardziej złożonych przypadkach trudno chyba by było całkiem pozbawić ją jakiegokolwiek informacyjnego przekazu, ale jeśli coś mówimy naprawdę ignorując ew. odbiorcę, to co do niego dotrze i jak on zareaguje ("on lub ona", hłe hłe, bo mi tego w Ameryce nie wydadzą!), tylko tak sobie mówimy, szepczemy, krzyczymy... No to jest ekspresja właśnie.
Oczywiście ani informacja, ani też ekspresja, nie muszą koniecznie posługiwać się słowami! Tutaj mówimy głównie o słowach, dlatego, że moja teza jest taka, iż w "sztukach" (w szerokim znaczeniu, dlatego w cudzysłowie) posługujących się głównie słowami "z natury" do głosu dochodzi informacja.
W związku z czym wiele z tego, co się mówi - w postaci wierszy czy dramatów - bez "aż tak wielkiej szkody" dałoby się powiedzieć najprostszą i najbardziej zrozumiałą metodą, czyli po prostu PROZĄ. Jeśli tak jest, będzie to oczywiście spora wada takiego wiersza czy dramatu - bowiem zastosowana forma nie jest optymalna dla danej treści i są tam jakieś niepotrzebne fioritury.
(Z drugiej strony, jeśli tam naprawdę jest coś, co by było warto powiedzieć po prostu prozą, to i tak jest tam znacznie więcej, niż w większości dzieł, którymi dziś cieszy się tak zwana "wyrobiona publiczność." (Jak cudnie - mamy już całkiem dlugi wpis, a nawet śmy naprawdę nie zaczęli drążyć zamierzonego na ten raz tematu! W końcu o "sztukach słownych" mieliśmy właśnie NIE mówić.)
* * *
Co sztuka właściwie daje swoiemu odbiorcy? Istotne zagadnienie, zgoda? Od razu jednak widzimy, że wcale nie jest całkiem oczywiste, że taka na przykład sztuka Azteków Aztekom dawała te same przeżycia i ew. satysfakcje, co dzisiejszemu koneserowi.
Dzisiejszy koneser zachwyca się też na przykład kopiami klasycznych greckich rzeźb, bez entuzjazmu spogladając na sztukę o kilkaset lat późniejszą - tę wczesnochrześcijańską. Oficjalnie mówi się o "upadku sztuki", o "obniżeniu poziomu", o "tandetnej rzemieślniczejrobocie", o "zaniku umiejętności widzenia rzeczywistości", o "wtórności", o "degenerarcji" wreszcie... Itd., itd. (Wiem coś o tym, proszę mi wierzyć!)
Jednak trudno całkiem uciec od konstatacji, że ta "schyłkowa", "zdegenerowana" sztuka wczesnego chrześcijaństwa do czegoś tym wczesnym chrześcijanom była potrzebna - podczas gdy te wszystkie nagle Apolliny i Wenusy wprost przeciwnie. I oczywiście oficjalna, choć nie zawsze głośno i explicite wyrażana, opinia jest taka, że ci wcześni chrześcijanie w ogóle byli jacyś nietacy, a na sztuce to już się nie znali kompletnie.
Jest to jednak nieco kontrowersyjna postawa, czyniąca z dzisiejszego bywalca zachodnich muzeów absolutną wyrocznię i jedyne kryterium, podczas gdy ludzie, z jakichś dziwnych nieraz powodów, tę sztukę tworzyli od tysięcy lat; nieraz za nią płacili, i to sporo; niektórzy latami uczyli się na artystów... I tak dalej.
A po tych tysiącach lat przychodzi sobie taki, nie bójmy się tego słowa - liberalny burżuj z apetytem na "sztukę", i sobie wybiera: grota Lascaux? Cudne, bierzemy! Goła Wenus oglądająca swoja pupę w lusterku? Fajne, choć za rok lub dwa może się okazać nie dość politpoprawne. Dwunastowieczne perskie miniatury? Jasne, przecież sztuka jest jedna!
Parę kolorowych plam na płótnie? Fajne, oczywiście, choć to już było (a co na to mohery?) Bizantyjskie mozajki? Super! (Pod nosem dodaje zaś "bo tak fajnie błyszczą te kolorowe kamyczki, a do tego tam jest trochę prawdziwego złota, łał!")
Mumia faraona? Re-we-la-cja! Nie dość że profanacja zwłok, a to zawsze cieszy, to jeszcze egzotyka!
Sztuka wczesnych chrześcijan? Sztuka mówisz? Toż to przecież nie sztuka, tylko upadek rzemiosła i degeneracja! Nie czytałeś sobotniego dodatku kulturalnego w naszej ulubionej gazecie?!
Już nie będę się tutaj zniżał do wykazywnia, że taka postawa jest niekonsekwentna i arbitralna, bo w realnym liberlaniźmie i jego intelektualnym oraz estetycznym życiu nie takie rzeczy się spotyka. Jednak naprawdę nie dostrzegam powodu, by akurat gusta kogoś, kto się na tej planecie pojawił pięćdziesiąt...
No może sto... Niech będzie i dwieście czternaście... Lat temu... I za chwilę może zniknąć... Stanowiły podstwowe kryterium analizy wszelkiej sztuki - sztuki wszystkich epok, regionów, kultur. To znaczy - zgoda! - ja bym się bardzo nawet cieszył, gdyby te wszystkie ochy i achy były autentycznie przeżywane, a nie wygenerowane przez telewizyjnych macherów i ekspertów (na ogół nie zasługujących nawet na cudzysłów) w sobotnich dodatkach.
Autentyczne przeżycia estetyczne współczesnego burżuja nie stają się od razu ostatecznym kryterium, i niewiele w sumie, poza samego burżuja duszą, znaczą, ale jednak co autentyczność, to autentyczność. Dużo tego dziś, wbrew pozorom, a przede wszystkim wbrew WSZECHOBECNEJ PROPAGANDZIE, dzisiaj nie mamy.
Jednak moje dociekanie ma dociec, CZYM JEST SZTUKA DLA TYCH, KTÓRZY JĄ TWORZĄ I DLA TYCH, DLA KTÓRYCH BYŁA PIERWOTNIE PRZEZNACZONA. Z naciskiem na PIERWOTNIE. Tutaj, proszę mi darować, opinie i gusta kogoś żyjącego tysiąc, a choćby tylko i dwieście, lat później, w całkiem innych warunkach, który sobie tę sztukę ogląda luźno w muzeum, w telewizji, albo w albumie - całkiem po prostu NIE MAJĄ NIC DO RZECZY. Rozumiemy się? (Choć oczywiście NASZYM dzisiaj odbiorem sztuki mam się zamiar kiedyś też na serio zająć. A nawet to właśnie wydaje mi się sednem moich rozważań.)
To samo dotyczy zresztą moich osobistych gustów oczywiście, choć mnie akurat "liberalnym burżujem" dość trudno nazwać. Zachwycam się (żeby z plastyki przejść w sferę muzyki, która dla mnie osobiście jest o wiele ważniejsza) Dufayem i Monteverdim, ale to przecież nie oznacza, że na pewno to, co ja z tego powodu odczuwam, jest tym samym, co odczuwali bezpośredni ich odbiorcy, nie mówiąc już oni sami.
Prywatnie sobie sądzę, że to nie jest aż tak odległe, ale jest to opinia subiektywna, choć oparta na pewnych analizach, którymi, Deo volente, mam się z ewentualnymi (Deo volente) Czytelnikami zamiar w toku tych rozważań podzielić.
To jest jednak coś, co by trzeba dopiero wykazać. Natomiast fakt, że dzisiejszy bywalec muzeów - nawet ten autentycznie przeżywający, i jakoś tam nawet rozumiejący, sztukę - nie zaś, dość typowa w mojej opinii niestety, ofiara sobotnich dodatków, cwanych macherów i chciwych spekulantów...
Więc taki współczesny, nawet i całkiem autentyczny, koneser sztuki - z całą pewnością widzi (i "przeżywa") azteckie przedstawienia masowych rzezi (przez otwarcie klatki delikwenta obsydianowym nożem i wyrwane mu serca ku uciesze bogów), z tryskającą tętniczą krwią, zmieniającą się pod koniec swej trasy w jakieś, dość w sumie schizofreniczne kwiaty, całkiem inaczej niż sami Aztecy.
Niezależnie od tego, czy byli bliżej rączki tego obsydianowego noża, czy też tej drugiej strony. I to by jednak chyba było na razie na tyle. Dzięki za ew. uwagę, jeśli ktoś był łaskawy, i w dodatku dotrwał do końca! (Nie żebym uważał, że to jest bezwartościowe! Po prostu jest to trudne, z masą wtrętów w nawiasach itd., a ja nie mam nawet doktoratu. ;-)
triarius
P.S. Teraz pojedynczo wychodzimy. I uważajcie na ewentualne ogony!
Przy takim postawieniu sprawy - w którym oczywiście nie ma nic nadzwyczajnego, po prostu staramy się zacząć od samego początku, bez idées pré-conçues, bez powoływania się na autorytety QUIA autorytety - dość oczywiste staje się, dlaczego sztuki (czy co to tam jest) posługujące się przede wszystkim słowem zostawiliśmy sobie poza nasza sferą badawczą.
Dlatego tak uczyniliśmy, że tam, gdzie są słowa, mamy, a przynajmniej mieć możemy, INFORMACJĘ. Nie można w każdym indywidualnym przypadku oczywiście wykluczyć, że tu akurat żadna istotna informacja nie występuje, a chodzi jedynie o EKSPRESJĘ... (Innych przypadków, niż te dwa chyba być po prostu nie może.)
Informacja (żeby nie było niejasności, choć i tak nie powinno) to będzie na przykład: "Wczoraj w Biedronce widziałam diabła z rogami, ogonem i Gazetą Wyborczą". Nie jest tu oczywiście istotne, czy ta informacja jest "prawdziwa" (bo diabły na przykład Gwybu nie czytają) - jest tu jakiś przekaz, adresowany do kogoś innego, więc informacja.
(A skoro już zmniejszamy niejasności, to powiem, że idées pré-conçues oznacza "wstępne założenia". Niektórzy mi lubią zarzucać nieuctwo i porywanie się na tematy poza moim zasięgiem, więc ja w nich czasem francuskim lub łaciną. Trochę może dziecinne, ale na takich ludzi to chyba jednak działa.)
Ekspresja "czysta", to będzie "och!" albo "ach!". W bardziej złożonych przypadkach trudno chyba by było całkiem pozbawić ją jakiegokolwiek informacyjnego przekazu, ale jeśli coś mówimy naprawdę ignorując ew. odbiorcę, to co do niego dotrze i jak on zareaguje ("on lub ona", hłe hłe, bo mi tego w Ameryce nie wydadzą!), tylko tak sobie mówimy, szepczemy, krzyczymy... No to jest ekspresja właśnie.
Oczywiście ani informacja, ani też ekspresja, nie muszą koniecznie posługiwać się słowami! Tutaj mówimy głównie o słowach, dlatego, że moja teza jest taka, iż w "sztukach" (w szerokim znaczeniu, dlatego w cudzysłowie) posługujących się głównie słowami "z natury" do głosu dochodzi informacja.
W związku z czym wiele z tego, co się mówi - w postaci wierszy czy dramatów - bez "aż tak wielkiej szkody" dałoby się powiedzieć najprostszą i najbardziej zrozumiałą metodą, czyli po prostu PROZĄ. Jeśli tak jest, będzie to oczywiście spora wada takiego wiersza czy dramatu - bowiem zastosowana forma nie jest optymalna dla danej treści i są tam jakieś niepotrzebne fioritury.
(Z drugiej strony, jeśli tam naprawdę jest coś, co by było warto powiedzieć po prostu prozą, to i tak jest tam znacznie więcej, niż w większości dzieł, którymi dziś cieszy się tak zwana "wyrobiona publiczność." (Jak cudnie - mamy już całkiem dlugi wpis, a nawet śmy naprawdę nie zaczęli drążyć zamierzonego na ten raz tematu! W końcu o "sztukach słownych" mieliśmy właśnie NIE mówić.)
* * *
Co sztuka właściwie daje swoiemu odbiorcy? Istotne zagadnienie, zgoda? Od razu jednak widzimy, że wcale nie jest całkiem oczywiste, że taka na przykład sztuka Azteków Aztekom dawała te same przeżycia i ew. satysfakcje, co dzisiejszemu koneserowi.
Dzisiejszy koneser zachwyca się też na przykład kopiami klasycznych greckich rzeźb, bez entuzjazmu spogladając na sztukę o kilkaset lat późniejszą - tę wczesnochrześcijańską. Oficjalnie mówi się o "upadku sztuki", o "obniżeniu poziomu", o "tandetnej rzemieślniczejrobocie", o "zaniku umiejętności widzenia rzeczywistości", o "wtórności", o "degenerarcji" wreszcie... Itd., itd. (Wiem coś o tym, proszę mi wierzyć!)
Jednak trudno całkiem uciec od konstatacji, że ta "schyłkowa", "zdegenerowana" sztuka wczesnego chrześcijaństwa do czegoś tym wczesnym chrześcijanom była potrzebna - podczas gdy te wszystkie nagle Apolliny i Wenusy wprost przeciwnie. I oczywiście oficjalna, choć nie zawsze głośno i explicite wyrażana, opinia jest taka, że ci wcześni chrześcijanie w ogóle byli jacyś nietacy, a na sztuce to już się nie znali kompletnie.
Jest to jednak nieco kontrowersyjna postawa, czyniąca z dzisiejszego bywalca zachodnich muzeów absolutną wyrocznię i jedyne kryterium, podczas gdy ludzie, z jakichś dziwnych nieraz powodów, tę sztukę tworzyli od tysięcy lat; nieraz za nią płacili, i to sporo; niektórzy latami uczyli się na artystów... I tak dalej.
A po tych tysiącach lat przychodzi sobie taki, nie bójmy się tego słowa - liberalny burżuj z apetytem na "sztukę", i sobie wybiera: grota Lascaux? Cudne, bierzemy! Goła Wenus oglądająca swoja pupę w lusterku? Fajne, choć za rok lub dwa może się okazać nie dość politpoprawne. Dwunastowieczne perskie miniatury? Jasne, przecież sztuka jest jedna!
Parę kolorowych plam na płótnie? Fajne, oczywiście, choć to już było (a co na to mohery?) Bizantyjskie mozajki? Super! (Pod nosem dodaje zaś "bo tak fajnie błyszczą te kolorowe kamyczki, a do tego tam jest trochę prawdziwego złota, łał!")
Mumia faraona? Re-we-la-cja! Nie dość że profanacja zwłok, a to zawsze cieszy, to jeszcze egzotyka!
Sztuka wczesnych chrześcijan? Sztuka mówisz? Toż to przecież nie sztuka, tylko upadek rzemiosła i degeneracja! Nie czytałeś sobotniego dodatku kulturalnego w naszej ulubionej gazecie?!
Już nie będę się tutaj zniżał do wykazywnia, że taka postawa jest niekonsekwentna i arbitralna, bo w realnym liberlaniźmie i jego intelektualnym oraz estetycznym życiu nie takie rzeczy się spotyka. Jednak naprawdę nie dostrzegam powodu, by akurat gusta kogoś, kto się na tej planecie pojawił pięćdziesiąt...
No może sto... Niech będzie i dwieście czternaście... Lat temu... I za chwilę może zniknąć... Stanowiły podstwowe kryterium analizy wszelkiej sztuki - sztuki wszystkich epok, regionów, kultur. To znaczy - zgoda! - ja bym się bardzo nawet cieszył, gdyby te wszystkie ochy i achy były autentycznie przeżywane, a nie wygenerowane przez telewizyjnych macherów i ekspertów (na ogół nie zasługujących nawet na cudzysłów) w sobotnich dodatkach.
Autentyczne przeżycia estetyczne współczesnego burżuja nie stają się od razu ostatecznym kryterium, i niewiele w sumie, poza samego burżuja duszą, znaczą, ale jednak co autentyczność, to autentyczność. Dużo tego dziś, wbrew pozorom, a przede wszystkim wbrew WSZECHOBECNEJ PROPAGANDZIE, dzisiaj nie mamy.
Jednak moje dociekanie ma dociec, CZYM JEST SZTUKA DLA TYCH, KTÓRZY JĄ TWORZĄ I DLA TYCH, DLA KTÓRYCH BYŁA PIERWOTNIE PRZEZNACZONA. Z naciskiem na PIERWOTNIE. Tutaj, proszę mi darować, opinie i gusta kogoś żyjącego tysiąc, a choćby tylko i dwieście, lat później, w całkiem innych warunkach, który sobie tę sztukę ogląda luźno w muzeum, w telewizji, albo w albumie - całkiem po prostu NIE MAJĄ NIC DO RZECZY. Rozumiemy się? (Choć oczywiście NASZYM dzisiaj odbiorem sztuki mam się zamiar kiedyś też na serio zająć. A nawet to właśnie wydaje mi się sednem moich rozważań.)
To samo dotyczy zresztą moich osobistych gustów oczywiście, choć mnie akurat "liberalnym burżujem" dość trudno nazwać. Zachwycam się (żeby z plastyki przejść w sferę muzyki, która dla mnie osobiście jest o wiele ważniejsza) Dufayem i Monteverdim, ale to przecież nie oznacza, że na pewno to, co ja z tego powodu odczuwam, jest tym samym, co odczuwali bezpośredni ich odbiorcy, nie mówiąc już oni sami.
Prywatnie sobie sądzę, że to nie jest aż tak odległe, ale jest to opinia subiektywna, choć oparta na pewnych analizach, którymi, Deo volente, mam się z ewentualnymi (Deo volente) Czytelnikami zamiar w toku tych rozważań podzielić.
To jest jednak coś, co by trzeba dopiero wykazać. Natomiast fakt, że dzisiejszy bywalec muzeów - nawet ten autentycznie przeżywający, i jakoś tam nawet rozumiejący, sztukę - nie zaś, dość typowa w mojej opinii niestety, ofiara sobotnich dodatków, cwanych macherów i chciwych spekulantów...
Więc taki współczesny, nawet i całkiem autentyczny, koneser sztuki - z całą pewnością widzi (i "przeżywa") azteckie przedstawienia masowych rzezi (przez otwarcie klatki delikwenta obsydianowym nożem i wyrwane mu serca ku uciesze bogów), z tryskającą tętniczą krwią, zmieniającą się pod koniec swej trasy w jakieś, dość w sumie schizofreniczne kwiaty, całkiem inaczej niż sami Aztecy.
Niezależnie od tego, czy byli bliżej rączki tego obsydianowego noża, czy też tej drugiej strony. I to by jednak chyba było na razie na tyle. Dzięki za ew. uwagę, jeśli ktoś był łaskawy, i w dodatku dotrwał do końca! (Nie żebym uważał, że to jest bezwartościowe! Po prostu jest to trudne, z masą wtrętów w nawiasach itd., a ja nie mam nawet doktoratu. ;-)
triarius
P.S. Teraz pojedynczo wychodzimy. I uważajcie na ewentualne ogony!
słowa kluczowe:
autorytety,
Aztecy,
burżuj,
ekspresja,
estetyka,
grota Lascaux,
informacja,
leming,
literatura,
muzea,
sobotnie dodatki kulturalne,
sztuka,
sztuka wczesnochrześcijańska
sobota, lipca 12, 2014
Dlaczego współczesna sztuka jest taka denna? (002)
No dobra, powiedzmy teraz sobie dlaczego ja to w ogóle piszę... (Kwestia "intencjonalności" poniekąd. Odkrytej przez genialnych, jak to oni, średniowiecznych scholastyków, i lansowana przez niegłupiego, choć lewicowego do szpiku kości, Rollo Maya. Ciekawa rzecz, serio!)
Chodzi o prowokację? Na pewno nie to! Moje opinie na temat leminga i burżuja nie są przesadnie pochlebne, ale épater les bourgeois to całkiem nie jest moje hobby. ("Szokować burżujów", dla tych co po francusku nie zrozumieli.) Dlaczego, spyta ktoś? Nie wiem, zapewne nie chciałoby mi się w ogóle do tego zniżać. Zresztą i tak są całkiem często zszokowani, jak mnie widzą.
Dlaczego zatem? Czy mam nadzieje kogoś nawrócić,? No nie - w siłę argumentów słownych i intelektualnych (nawet wspartych ew. środkami literackimi, jak "hipnotyczne pisanie") absolutnie nie wierzę.
Gruba pała jest argumentem - słowo argumentem po prostu nie jest. Jeśli ktoś nie chce się dać przekonać, to się przekonać nie da, i tyle. Tak więc, jeśli z kimś naprawdę warto dyskutować, to musi być człek sensowny, otwarty na argumenty, nieprzesadnie trzymający się swych dotychczasowych opinii i swojego ego. A więc rzadkość. Wzniosła, piękna, ale rzadkość.
A my tu przecież w dodatku rozmawiamy o GUSTACH - więc żadnych absolutnie miażdżących argumentów być po prostu nie może... W ogóle żadnych argumentów, które by mogły powalić przeciwnika i przekonać. Jeśli komuś się podoba to coś z brodą i w kiecce - no to jaki argument mógłby to zmienić? Jeśli kogoś odrzuca "Vi ricorda o boschi ombrosi" - no to co ja mogę? Ja, albo ktokolwiek, choćby był nawiększym znawcą i najbardziej elokwentnym eseistą?
No więc po co?
1. Dla tych paru ludzi, dla których kiedyś byłem jakimś tam autorytetem, a którzy wprawdzie gdzieś poznikali i nie komentują (zmywaki, trzepaki, sejfy ze złotem w Fort Knox), ale chyba jeszcze czasem na mojego blogasa (tego prawdziwego raczej, nie na szalomie) okiem rzucą, i jakąś wagę do moich opinii przywiązują.
2. Dla tych, którzy od dawna podejrzewali, że z tą "współczesną sztuką" jest coś nie tak, ale czekali na jakieś potwierdzenie. Co najmniej na takie, że ktoś to widzi podobnie, i w dodatku ośmielił się to publicznie napisać.
3. Dla tych, którzy widzą to tak jak ja (i np. bez porównania wyżej cenią Monteverda od Stockhausena, a katedrę w Saint-Denis od gmachu ONZ), ale nie przyszło im dotąd do głowy, że nawet te urocze, śliczniutkie plamki, co je dla nas impresjoniści pędzelkiem tu i tam... To także zastrzyk fenolu w samo serce, w samo jądro duszy... To także to, cośmy sobie, nieco przenośnie, ale dziwnie celnie, nazwali "satanizmem".
Że to się wszystko zaczęło o wiele wcześniej, niż się ludziom wydaje. Że już u Mozarta są rzeczy niepokojące (co nie jest aż tak dziwne, skoro to był mason od "Czarodziejskiego fletu", ale my tu teraz nie o polityce)... Ba - u Haendla i u Rubensa nawet!
Haendel to był dla mnie zdolny oczywiście gość, który jednak zdawał się wiedzieć, że na prawdziwej muzyce wiele nie zarobi, więc się konsekwentnie zniżał, żeby nie rzec "kurwił", do publiczności, szczególnie angielskiej, która jakoś dziwnie przez rodzimych kompozytorów rozpieszczana jakością nie była.
Pomijając Dowlanda, of course. U Haendla cały czas słychać jakby morris dances, tylko o wiele mniej autentyczne, o wiele bardziej wysilone. Tak to widzę, sorry! Zaś Rubens... W ogóle trzeba o tym mówić?! Koszmar i tyle!
No i to jest chyba wszystko, co, w najbardziej nawet optymistycznych porywach, mam zamiar tym swoim cyklem (bo to już cykl przecie!) osiągnąć. Wszystko inne byłoby skrajną naiwnością, a ja - choć do Pendereckiego nie dorosłem - naiwny naprawdę nie jestem.
Mam jeszcze w głowe masę tego typu "kolorowych plamek", którymi sobie malujemy nasz prześliczny impresjonistyczny "obrazek", atakując temat ze wszystkich stron na raz (no, prawie na raz) i czyniąc sobie co pewien czas wycieczki na sąsiednie, luźno tylko z naszym tematem związane, terytoria...
Jednak tego tutaj jest już całkiem sporo, więc na razie to będzie tyle. I tak, o ile mamy w jakimś znaczącym stopniu wyczerpać nasz ambitny temat, to tych odcinków trzeba by napisać naprawdę sporo. (Nasza numeracja , jak łatwo stwierdzić, przewiduje do tysiąca, łał! Temat zaś jest dla mnie tak fascynujący, że całkiem nie wykluczam poświęcenia się mu już do końca mych dni.)
Dzięki za uwagę - kto do tego miejsca doczytał!
triarius
P.S. Teraz wychodzimy pojedynczo, pilnie uważając na ew. ogony.
Chodzi o prowokację? Na pewno nie to! Moje opinie na temat leminga i burżuja nie są przesadnie pochlebne, ale épater les bourgeois to całkiem nie jest moje hobby. ("Szokować burżujów", dla tych co po francusku nie zrozumieli.) Dlaczego, spyta ktoś? Nie wiem, zapewne nie chciałoby mi się w ogóle do tego zniżać. Zresztą i tak są całkiem często zszokowani, jak mnie widzą.
Dlaczego zatem? Czy mam nadzieje kogoś nawrócić,? No nie - w siłę argumentów słownych i intelektualnych (nawet wspartych ew. środkami literackimi, jak "hipnotyczne pisanie") absolutnie nie wierzę.
Gruba pała jest argumentem - słowo argumentem po prostu nie jest. Jeśli ktoś nie chce się dać przekonać, to się przekonać nie da, i tyle. Tak więc, jeśli z kimś naprawdę warto dyskutować, to musi być człek sensowny, otwarty na argumenty, nieprzesadnie trzymający się swych dotychczasowych opinii i swojego ego. A więc rzadkość. Wzniosła, piękna, ale rzadkość.
A my tu przecież w dodatku rozmawiamy o GUSTACH - więc żadnych absolutnie miażdżących argumentów być po prostu nie może... W ogóle żadnych argumentów, które by mogły powalić przeciwnika i przekonać. Jeśli komuś się podoba to coś z brodą i w kiecce - no to jaki argument mógłby to zmienić? Jeśli kogoś odrzuca "Vi ricorda o boschi ombrosi" - no to co ja mogę? Ja, albo ktokolwiek, choćby był nawiększym znawcą i najbardziej elokwentnym eseistą?
No więc po co?
1. Dla tych paru ludzi, dla których kiedyś byłem jakimś tam autorytetem, a którzy wprawdzie gdzieś poznikali i nie komentują (zmywaki, trzepaki, sejfy ze złotem w Fort Knox), ale chyba jeszcze czasem na mojego blogasa (tego prawdziwego raczej, nie na szalomie) okiem rzucą, i jakąś wagę do moich opinii przywiązują.
2. Dla tych, którzy od dawna podejrzewali, że z tą "współczesną sztuką" jest coś nie tak, ale czekali na jakieś potwierdzenie. Co najmniej na takie, że ktoś to widzi podobnie, i w dodatku ośmielił się to publicznie napisać.
3. Dla tych, którzy widzą to tak jak ja (i np. bez porównania wyżej cenią Monteverda od Stockhausena, a katedrę w Saint-Denis od gmachu ONZ), ale nie przyszło im dotąd do głowy, że nawet te urocze, śliczniutkie plamki, co je dla nas impresjoniści pędzelkiem tu i tam... To także zastrzyk fenolu w samo serce, w samo jądro duszy... To także to, cośmy sobie, nieco przenośnie, ale dziwnie celnie, nazwali "satanizmem".
Że to się wszystko zaczęło o wiele wcześniej, niż się ludziom wydaje. Że już u Mozarta są rzeczy niepokojące (co nie jest aż tak dziwne, skoro to był mason od "Czarodziejskiego fletu", ale my tu teraz nie o polityce)... Ba - u Haendla i u Rubensa nawet!
Haendel to był dla mnie zdolny oczywiście gość, który jednak zdawał się wiedzieć, że na prawdziwej muzyce wiele nie zarobi, więc się konsekwentnie zniżał, żeby nie rzec "kurwił", do publiczności, szczególnie angielskiej, która jakoś dziwnie przez rodzimych kompozytorów rozpieszczana jakością nie była.
Pomijając Dowlanda, of course. U Haendla cały czas słychać jakby morris dances, tylko o wiele mniej autentyczne, o wiele bardziej wysilone. Tak to widzę, sorry! Zaś Rubens... W ogóle trzeba o tym mówić?! Koszmar i tyle!
No i to jest chyba wszystko, co, w najbardziej nawet optymistycznych porywach, mam zamiar tym swoim cyklem (bo to już cykl przecie!) osiągnąć. Wszystko inne byłoby skrajną naiwnością, a ja - choć do Pendereckiego nie dorosłem - naiwny naprawdę nie jestem.
Mam jeszcze w głowe masę tego typu "kolorowych plamek", którymi sobie malujemy nasz prześliczny impresjonistyczny "obrazek", atakując temat ze wszystkich stron na raz (no, prawie na raz) i czyniąc sobie co pewien czas wycieczki na sąsiednie, luźno tylko z naszym tematem związane, terytoria...
Jednak tego tutaj jest już całkiem sporo, więc na razie to będzie tyle. I tak, o ile mamy w jakimś znaczącym stopniu wyczerpać nasz ambitny temat, to tych odcinków trzeba by napisać naprawdę sporo. (Nasza numeracja , jak łatwo stwierdzić, przewiduje do tysiąca, łał! Temat zaś jest dla mnie tak fascynujący, że całkiem nie wykluczam poświęcenia się mu już do końca mych dni.)
Dzięki za uwagę - kto do tego miejsca doczytał!
triarius
P.S. Teraz wychodzimy pojedynczo, pilnie uważając na ew. ogony.
słowa kluczowe:
burżuj,
Claudio Monteverdi,
Czarodziejski Flet,
Dowland,
Haendel,
impresjonizm,
intencjonalność,
leming,
Mozart,
Rollo May,
Rubens,
scholastyka,
sztuka nowoczesna
piątek, lipca 11, 2014
Dlaczego współczesna sztuka jest taka denna? (001)
Czasem sobie żartujemy, ale temat zawarty w tytule traktuję absolutnie poważnie. Jest to poza tym obszerne zagadnienie, którego na pewno nie uda mi się omówić w jednym blogowym tekście, co jest choćby dlatego nieco smutne, że nie mam już wielkiego przekonania do tekstów w odcinkach. Jednak ten temat chodzi za mną od lat i w końcu chciałbym nieco o tym pogadać.
* * *
Naszym tematem tutaj jest nie tyle cała sztuka - nie wszystko, co się daje tym terminem określić - tylko w sumie muzyka i tzw. sztuki plastyczne (malarstwo, grafika, rzeźba). Plus architektura. Sztuki posługujące się słowami (literatura, dramat) wymagałyby z pewnością sporo osobnego potraktowania.
(Nie żeby na niego nie zasługiwały, po prostu na razie koncentrujemy się na tamtych.) Są też takie rzeczy "z pogranicza", jak film czy pantomima. Nie będziemy ich na siłę w nasze rozważania pakować, ale niewykluczone, że będą one do nich lepiej pasować, bez wielu koniecznych modyfikacji i uzupełnień, niż do tych sztuk "słownych".
* * *
W owych latach, gdy obficie korzystałem z uroków miejskiej biblioteki w Uppsali, wpadła mi raz w ręce dość niezwykła książka z dziedziny, która zawsze mnie, raz bardziej, raz trochę mniej, interesowała. Był to kurs rysowania, ursprungligen duński, oparty na metodzie, której nigdzie indziej nie spotkałem - mianowicie na kopiowaniu dawnych mistrzów.
Autor tego kursu w przedmowie argumentował, że przecież tak właśnie uczyli się swego rzemiosła dawni malarze, rytownicy itd., łącznie z największymi. Z tymi największymi, których dzieła najbardziej podziwiamy... Podczas gdy dzieła współczesnych - przeważnie nikogo nie kopiujących i z tego bardzo dumnych, aż tak genialne, nie da się ukryć, nie są.
Dość do mnie ta argumentacja trafiła, choć już wtedy wydawało mi się, że to aż takie proste nie jest. Nie aż tak proste, żeby samo kopiowane załatwiało sprawę i zasypało, powiedzmy, tę przepaść pomiędzy jakimś Caravaggiem i jakimś tam... Nieważne, nie znam ich, ale wpiszcie tu sobie nazwisko najbardziej cenionego współczesnego malarza...
Albo też wpiszcie sobie zmienną M - bo w końcu tu chodzi jedynie o to, że kiedyś ci najwięksi byli o wiele więksi niż teraz, natomiast ci zupełnie średni (jeśli oczywiście nie mówimy o całkiem prowincjonalnych pacykarzach czy snycerzach) może jeszcze bardziej różnili się na korzyść od dzisiejszej średniej.
Na tym ten wątek na razie zakończę, nie wyjaśniając nawet do czego zmierzam - wrócimy sobie do tej sprawy, Deo volente, w dalszym ciągu naszego (nie bójmy się tego słowa!) eseju.
* * *
Całkiem na marginesie, to zadziwia mnie fakt, że tak wiele spośród najlepszych książek, które udało mi się złowić w uppsalskiej bibliotece, spotkałem tam tylko jeden raz, przez tych dziesięć lat. Co napawa mnie smutną myślą, iż ilość wspaniałych książek, których nigdy nawet nie ujrzałem, musiała tam być także spora, jeśli nie znacznie jeszcze większa.
Szczerze - serce mne boli, kiedy pomyślę, że mogłem nigdy nie trafić na Ardreya, albo że coś innego tej wartości, co jego "Territorial Imperative", było cały czas w czytaniu i już nigdy go nie spotkam.
* * *
I (wracając do poprzedniego wątku) my tu nawet nie mówimy o jakichś tam "performance'ach", wypchanym psie na wypchanym koniu, gównie w szkatułce, sedesie przerobionym na mandolinę... Nie - ta "nowoczesna sztuka", o której chcę mówić, to całkiem poważne, w zamierzeniu całkiem uczciwe, a w dodatku dziko ambitne zamierzenia.
Bardzo łatwo jest wyśmiewać te lewackie hece, na które biedni mocherowi podatnicy bulą, żeby ich obrażano itd., choć z drugiej strony wcale nie jest aż tak łatwo coś na ich temat powiedzieć nowego i sensownego. Może kiedyś i tego spróbujemy, ale na razie mówimy o sztuce jak najbardziej...
Nie powiem "prawdziwej", bo to by wywołało paskudny zgrzyt, o ile nie po prostu wybuch, w zderzeniu z moją przewodnią tutaj tezą - tą mianowicie, że:
AMBITNA NOWOCZESNA SZTUKA TO (NIESTETY) Z ZAŁOŻENIA DNO, PORAŻKA I BARDZO CZĘSTO CZYSTY SATANIZM.
Co więcej, ten "satanizm" nie jest tylko dla ludzi wierzących w realnego, osobowego szatana - nawet dla kogoś całkiem w sumie niewierzacego, jak choćby ja, jeśli się w to naprawdę mocno wgryźć i wczuć - to będzie coś zdecydowanie zalatującego siarką i do czego określenie "satanizm", choćby w jakimś metaforycznym sensie, wprost przedziwnie pasuje, a nawet samo się jakoś narzuca.
* * *
No dobra, a co to będzie ta "nowoczesność" w tej "nowoczesnej sztuce"? Z naprawdę wielką ostrożnością rzekłbym, że na pewno od początku XX w. Ta ostrożność wydaje mi się jednak w wielu przypadkach aż ZBYT wielka, i, może z pewnymi wyjątkami, bez większego trudu bym się cofnął do połowy XIX w. co najmniej, jeśli nie do jego początku.
(Już w XVIII w. w sztuce jest coś, dla mnie, niezbyt zdrowego... Nie całkiem w całej zapewne, ale w sporej części. Ale to jednak było coś w istotny sposób różnego od tej późniejszej, którą tu sobie ochrzciliśmy mianem "nowoczesnej".)
* * *
Ów nasz chronologiczny podział da się, z pewną trudnością, ale jednak, zsynchronizować ze spenglerowską chronologią naszej, to jest zachodniej, czyli "faustycznej" Kultury/Cywilizacji. Tutaj jednak nic nie robimy na siłę - jeśli to się ładnie zgodzi, pięknie! Jeśli nie, cóż, nie musi.
(W końcu Spengler kochał np. Beethovena i nie czuł odrazy do Wagnera, Montevrdiego zaś w swym Opus Magnum wspomina niemal mimochodem, bez orgazmu na słodko... My zaś, Tygrysiści znaczy, dokładnie odwrotnie. Więc tu nie chodzi o żadne mentalne niewolnictwo czy święte księgi.)
Ze Spenglera będziemy jednak potrzebować czegoś o wiele ważniejszego w tym kontekście od chronologii. Chodzi o jego podział sztuk na Ornament i Imitację. Sięgając teraz wyłącznie do własnej kory mózgowej, powiem, że Ornament to jest sztuka najwyższego lotu...
Znaczy niekoniecznie tworzona przez absolutnych geniuszy, ale tego właśnei rodzaju. Czyli sztuka w sporej, jeśli nie w ogromnej, części sakralna, lub, że to tak na razie prowizorycznie wyrażę, z nią duchowo spokrewniona. Jest to sztuka, która posiada swoją "naukę". W końcu teoria harmonii, kontrapunktu, czy architektury takiej jak gotycka, to naprawdę nie jest byle jaka wiedza, i nie jest tego wcale mało.
Człek się tego uczy latami, terminuje, szlifuje, siedząc w ławce albo u stóp Mistrza, lub też zaczynając od malowania fałd na jego obrazach, aby potem ewentualnie przejść do malowania dłoni... Te rzeczy!
Podczas gdy Imitacja, to jest sztuka przy której - w mniej lub bardziej dosłownym sensie - nogi same skaczą (Buck Owens "Streets of Bakersfield"!) i/lub łzy się same cisną do ócz (Mary Travers "You'll Know Me by No Other Name"). Czasem też na przykład ręka sama sięga do głowni karabeli, podczas gdy druga podkręca wąsa.
Czyli sztuka względnie spontanicznie tworzona, folklor albo coś doń w sumie zbliżożonego, i wypływająca w znacznej mierze ze spraw, żeby to tak skrótowo określić, biologicznych. W sensie przede wszystkim rytmu, i to rytmu w każdej postaci i w każdym niemal znaczeniu. Także np. w malarstwie.
Żeby nie było - nazwa Imitacja to nie jest żadna obelga! Ta sztuka może być naprawdę bardzo fajna, wybitna też, nie mówiąc, że ja osobiście gorąco kocham różne folklory i "popularne" rodzaje muzyki (choć też wielu "popularnych" nie znoszę).
Jednak my sobie tutaj zamierzamy właśnie wykazać, że - o ile Imitacja może nadal istnieć i, w niektórych swych przejawach, ma sie całkiem dobrze nawet w tych paskudnych i pozbawionych cienia smaku czasach - to Ornament, czyli ta sztuka z założenia WIELKA, ta sztuka napawdę ambitna i przeznaczona dla "wyrobionej publiczności", to już dzisiaj, i to od co najmnej gdzieś początku XX wieku, o ile nie znacznie wcześniej, niestety i bez ratunku tytułowe DNO, PORAŻKA... I co jeszcze? Zgoda - całkiem często (taki czy inny. mniej lub bardziej świecki, mniej lub bardziej antyreligijny) SATANIZM.
My się tu mamy zamiar skoncentrować na ORNAMENCIE. (Czego już się pewnie co bystrzejszy i pilniejszy P.T. domyślił.)
* * *
W ogóle, w nieco pobocznym wątku, dodam, że jako historyk sztuki Spengler jest naprawdę WIELKI, przełomowy, rewolucyjny i w ogóle! W dodatku, choć tego pracowicie nie porównywałem, to o sztuce i jej historii nie zostało chyba aż tak mocno wykastrowane w tej liberalnie skastrowanej wersji jego Magnum Opus, której polskie tłumaczenie dałoby się jeszcze z pewnością znaleźć, gdyby ktoś naprawdę się postarał. Ale róbcie sobie jak chcecie, kochane ludzieńki!
* * *
Niestety tylko sobie nieco uporządkowaliśmy przedpole, nie dochodząc do żadnych naprawdę istotnych i nowych dla ew. P.T. Publiczności wniosków, ale tego już się zrobiło sporo, pora późna, do wymarzonego celu jeszcze daleko... Więc sobie na razie zakończymy, stwierdzając, że jeśli Bóg zechce, to będzie dalszy ciąg. Czyli, skrótowo...
c.d.n. (Deo volente)
triarius
P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. I uważać na ogony!
* * *
Naszym tematem tutaj jest nie tyle cała sztuka - nie wszystko, co się daje tym terminem określić - tylko w sumie muzyka i tzw. sztuki plastyczne (malarstwo, grafika, rzeźba). Plus architektura. Sztuki posługujące się słowami (literatura, dramat) wymagałyby z pewnością sporo osobnego potraktowania.
(Nie żeby na niego nie zasługiwały, po prostu na razie koncentrujemy się na tamtych.) Są też takie rzeczy "z pogranicza", jak film czy pantomima. Nie będziemy ich na siłę w nasze rozważania pakować, ale niewykluczone, że będą one do nich lepiej pasować, bez wielu koniecznych modyfikacji i uzupełnień, niż do tych sztuk "słownych".
* * *
W owych latach, gdy obficie korzystałem z uroków miejskiej biblioteki w Uppsali, wpadła mi raz w ręce dość niezwykła książka z dziedziny, która zawsze mnie, raz bardziej, raz trochę mniej, interesowała. Był to kurs rysowania, ursprungligen duński, oparty na metodzie, której nigdzie indziej nie spotkałem - mianowicie na kopiowaniu dawnych mistrzów.
Autor tego kursu w przedmowie argumentował, że przecież tak właśnie uczyli się swego rzemiosła dawni malarze, rytownicy itd., łącznie z największymi. Z tymi największymi, których dzieła najbardziej podziwiamy... Podczas gdy dzieła współczesnych - przeważnie nikogo nie kopiujących i z tego bardzo dumnych, aż tak genialne, nie da się ukryć, nie są.
Dość do mnie ta argumentacja trafiła, choć już wtedy wydawało mi się, że to aż takie proste nie jest. Nie aż tak proste, żeby samo kopiowane załatwiało sprawę i zasypało, powiedzmy, tę przepaść pomiędzy jakimś Caravaggiem i jakimś tam... Nieważne, nie znam ich, ale wpiszcie tu sobie nazwisko najbardziej cenionego współczesnego malarza...
Albo też wpiszcie sobie zmienną M - bo w końcu tu chodzi jedynie o to, że kiedyś ci najwięksi byli o wiele więksi niż teraz, natomiast ci zupełnie średni (jeśli oczywiście nie mówimy o całkiem prowincjonalnych pacykarzach czy snycerzach) może jeszcze bardziej różnili się na korzyść od dzisiejszej średniej.
Na tym ten wątek na razie zakończę, nie wyjaśniając nawet do czego zmierzam - wrócimy sobie do tej sprawy, Deo volente, w dalszym ciągu naszego (nie bójmy się tego słowa!) eseju.
* * *
Całkiem na marginesie, to zadziwia mnie fakt, że tak wiele spośród najlepszych książek, które udało mi się złowić w uppsalskiej bibliotece, spotkałem tam tylko jeden raz, przez tych dziesięć lat. Co napawa mnie smutną myślą, iż ilość wspaniałych książek, których nigdy nawet nie ujrzałem, musiała tam być także spora, jeśli nie znacznie jeszcze większa.
Szczerze - serce mne boli, kiedy pomyślę, że mogłem nigdy nie trafić na Ardreya, albo że coś innego tej wartości, co jego "Territorial Imperative", było cały czas w czytaniu i już nigdy go nie spotkam.
* * *
I (wracając do poprzedniego wątku) my tu nawet nie mówimy o jakichś tam "performance'ach", wypchanym psie na wypchanym koniu, gównie w szkatułce, sedesie przerobionym na mandolinę... Nie - ta "nowoczesna sztuka", o której chcę mówić, to całkiem poważne, w zamierzeniu całkiem uczciwe, a w dodatku dziko ambitne zamierzenia.
Bardzo łatwo jest wyśmiewać te lewackie hece, na które biedni mocherowi podatnicy bulą, żeby ich obrażano itd., choć z drugiej strony wcale nie jest aż tak łatwo coś na ich temat powiedzieć nowego i sensownego. Może kiedyś i tego spróbujemy, ale na razie mówimy o sztuce jak najbardziej...
Nie powiem "prawdziwej", bo to by wywołało paskudny zgrzyt, o ile nie po prostu wybuch, w zderzeniu z moją przewodnią tutaj tezą - tą mianowicie, że:
AMBITNA NOWOCZESNA SZTUKA TO (NIESTETY) Z ZAŁOŻENIA DNO, PORAŻKA I BARDZO CZĘSTO CZYSTY SATANIZM.
Co więcej, ten "satanizm" nie jest tylko dla ludzi wierzących w realnego, osobowego szatana - nawet dla kogoś całkiem w sumie niewierzacego, jak choćby ja, jeśli się w to naprawdę mocno wgryźć i wczuć - to będzie coś zdecydowanie zalatującego siarką i do czego określenie "satanizm", choćby w jakimś metaforycznym sensie, wprost przedziwnie pasuje, a nawet samo się jakoś narzuca.
* * *
No dobra, a co to będzie ta "nowoczesność" w tej "nowoczesnej sztuce"? Z naprawdę wielką ostrożnością rzekłbym, że na pewno od początku XX w. Ta ostrożność wydaje mi się jednak w wielu przypadkach aż ZBYT wielka, i, może z pewnymi wyjątkami, bez większego trudu bym się cofnął do połowy XIX w. co najmniej, jeśli nie do jego początku.
(Już w XVIII w. w sztuce jest coś, dla mnie, niezbyt zdrowego... Nie całkiem w całej zapewne, ale w sporej części. Ale to jednak było coś w istotny sposób różnego od tej późniejszej, którą tu sobie ochrzciliśmy mianem "nowoczesnej".)
* * *
Ów nasz chronologiczny podział da się, z pewną trudnością, ale jednak, zsynchronizować ze spenglerowską chronologią naszej, to jest zachodniej, czyli "faustycznej" Kultury/Cywilizacji. Tutaj jednak nic nie robimy na siłę - jeśli to się ładnie zgodzi, pięknie! Jeśli nie, cóż, nie musi.
(W końcu Spengler kochał np. Beethovena i nie czuł odrazy do Wagnera, Montevrdiego zaś w swym Opus Magnum wspomina niemal mimochodem, bez orgazmu na słodko... My zaś, Tygrysiści znaczy, dokładnie odwrotnie. Więc tu nie chodzi o żadne mentalne niewolnictwo czy święte księgi.)
Ze Spenglera będziemy jednak potrzebować czegoś o wiele ważniejszego w tym kontekście od chronologii. Chodzi o jego podział sztuk na Ornament i Imitację. Sięgając teraz wyłącznie do własnej kory mózgowej, powiem, że Ornament to jest sztuka najwyższego lotu...
Znaczy niekoniecznie tworzona przez absolutnych geniuszy, ale tego właśnei rodzaju. Czyli sztuka w sporej, jeśli nie w ogromnej, części sakralna, lub, że to tak na razie prowizorycznie wyrażę, z nią duchowo spokrewniona. Jest to sztuka, która posiada swoją "naukę". W końcu teoria harmonii, kontrapunktu, czy architektury takiej jak gotycka, to naprawdę nie jest byle jaka wiedza, i nie jest tego wcale mało.
Człek się tego uczy latami, terminuje, szlifuje, siedząc w ławce albo u stóp Mistrza, lub też zaczynając od malowania fałd na jego obrazach, aby potem ewentualnie przejść do malowania dłoni... Te rzeczy!
Podczas gdy Imitacja, to jest sztuka przy której - w mniej lub bardziej dosłownym sensie - nogi same skaczą (Buck Owens "Streets of Bakersfield"!) i/lub łzy się same cisną do ócz (Mary Travers "You'll Know Me by No Other Name"). Czasem też na przykład ręka sama sięga do głowni karabeli, podczas gdy druga podkręca wąsa.
Czyli sztuka względnie spontanicznie tworzona, folklor albo coś doń w sumie zbliżożonego, i wypływająca w znacznej mierze ze spraw, żeby to tak skrótowo określić, biologicznych. W sensie przede wszystkim rytmu, i to rytmu w każdej postaci i w każdym niemal znaczeniu. Także np. w malarstwie.
Żeby nie było - nazwa Imitacja to nie jest żadna obelga! Ta sztuka może być naprawdę bardzo fajna, wybitna też, nie mówiąc, że ja osobiście gorąco kocham różne folklory i "popularne" rodzaje muzyki (choć też wielu "popularnych" nie znoszę).
Jednak my sobie tutaj zamierzamy właśnie wykazać, że - o ile Imitacja może nadal istnieć i, w niektórych swych przejawach, ma sie całkiem dobrze nawet w tych paskudnych i pozbawionych cienia smaku czasach - to Ornament, czyli ta sztuka z założenia WIELKA, ta sztuka napawdę ambitna i przeznaczona dla "wyrobionej publiczności", to już dzisiaj, i to od co najmnej gdzieś początku XX wieku, o ile nie znacznie wcześniej, niestety i bez ratunku tytułowe DNO, PORAŻKA... I co jeszcze? Zgoda - całkiem często (taki czy inny. mniej lub bardziej świecki, mniej lub bardziej antyreligijny) SATANIZM.
My się tu mamy zamiar skoncentrować na ORNAMENCIE. (Czego już się pewnie co bystrzejszy i pilniejszy P.T. domyślił.)
* * *
W ogóle, w nieco pobocznym wątku, dodam, że jako historyk sztuki Spengler jest naprawdę WIELKI, przełomowy, rewolucyjny i w ogóle! W dodatku, choć tego pracowicie nie porównywałem, to o sztuce i jej historii nie zostało chyba aż tak mocno wykastrowane w tej liberalnie skastrowanej wersji jego Magnum Opus, której polskie tłumaczenie dałoby się jeszcze z pewnością znaleźć, gdyby ktoś naprawdę się postarał. Ale róbcie sobie jak chcecie, kochane ludzieńki!
* * *
Niestety tylko sobie nieco uporządkowaliśmy przedpole, nie dochodząc do żadnych naprawdę istotnych i nowych dla ew. P.T. Publiczności wniosków, ale tego już się zrobiło sporo, pora późna, do wymarzonego celu jeszcze daleko... Więc sobie na razie zakończymy, stwierdzając, że jeśli Bóg zechce, to będzie dalszy ciąg. Czyli, skrótowo...
c.d.n. (Deo volente)
triarius
P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. I uważać na ogony!
słowa kluczowe:
architektura,
Claudio Monteverdi,
historia sztuki,
Imitacja,
malarstwo,
muzyka,
Ornament,
Oswald Spengler,
Robert Ardrey,
satanizm,
sztuka nowoczesna
środa, lipca 09, 2014
Nowa tajna broń w walce z kelnerską mafią
III RP przechodzi do kontrataku! Nareszcie!
To co widzicie Państwo poniżej, to zrobione najnowszej generacji teleobiektywnem zdjęcie nowej tajnej broni, którą służby min. Sienkiewicza (jr.) mają od jutra stosować wobec wszystkich wrogów Państwa - szczególnie zaś tych najbardziej niebezpiecznych, jak kelnerzy warszawskich restauracji serwujących ośmiorniczki z Biedronki po wygórowanych cenach.
Ni mniej, ni więcej, tylko... (Fanfary, werble!): AGENCI POD PRZYKRYCIEM.
Wdzięczni obywatele chórem wołają BRAWO, dorzucają HIP HIP HURRA, i pokornie proszą o więcej takiej dbałości o nasze wspólne Państwo.
triarius
słowa kluczowe:
afera,
Biedronka,
III RP,
kelnerska mafia,
min. sienkiewicz,
ośmiorniczki,
taśmy
Subskrybuj:
Posty (Atom)
