piątek, czerwca 10, 2016

O zblakłych gwiazdach, które się cudownym nagle blaskiem rozświetlają...

... po swym, w jakżeż odpowiednim momencie przychodzącym, zgonie


Nie wiem jak kto, ale ja dość sporo (robiąc sobie luźno różne inne rzeczy) patrzę co tam śmierdzi w zachodnich telewizjach, i w wyniku tego widzę, jak niesamowity cyrk dla lemingów uczyniono ze śmierci dawno już nieaktualnego, zdawałoby się, boksera Muhammada Alego. Cyrk z tego powodu jest po prostu tak niebywały, że aż daje okazję do popisania się spiskową teorią.

Spiskowe teorie to, jak wiadomo, podstawa sporej części współczesnej literatury i publicystyki - w dodatku tej lepszej części - tyle że spiskowe teorie są różne i także różna jest ich jakość. Najgłupsza z nich to oczywiście taka, że wszystkie spiskowe teorie Z DEFINICJI są idiotyzmem, a świat wygląda dokładnie tak, jak nam, prolom, raczą to pokazywać media i autorytety.

Potem, pod względem jakości, idą modne teorie, którymi (excusez le mot) brenzluje się co drugi leming, choćby i prawicowy - w rodzaju sfingowanego lądowania na księżycu czy sfingowanego ataku na WCT. (Swoją drogą nie dałbym głowy, że ruscy naprawdę byli w międzygwiezdnej przestrzeni Gagarinem, ale to ruscy i oni w takich sprawach mogą wszystko, natomiast w innych nie przesadzajmy.)

No i istnieją teorie spiskowe mające, jeśli nie zawsze ręce i nogi, to przynajmniej sporo wdzięku i logiki, choć na ogół rozkosznie przewrotnej. Mamy tu, na naszym krajowym jak-to-określić (no bo nie "rynku" przecie, choć bardzo by chciał) gościa, który potrafi snuć zaiste smakowite spiskowe teorie, tylko niestety ktoś mu powiedział, żeby wziął się za coś całkiem innego i, mnie przynajmniej, ostatnio potężnie nudzi.

Jednak tamte teorie sprzed lat naprawdę były słodkie jak miód - tak słodkie i miodopłynne, że niechybnie przyciągałyby niedźwiedzie, gdyby tylko takie stworzenia znajdowałyby się w pobliżu. Istnieje też coś, co można by nazwać (gdyby to nie było tak kulfoniaste, szczególnie optycznie) "meta-spiskową teorią", czy może raczej "spiskową meta-teorią", i to jest to, co ja najbardziej lubię praktykować, choć dotychczas w sumie bardzo platonicznie.

Najlepszą moim zdaniem z tych meta-teorii jest taka, że oto istnieje cała masa gwiazd, w sensie celebrytów - przede wszystkim różnych tam, w mniejszym lub większym cudzysłowie, "artystów" - którzy najpierw, z mniejszą lub większą pomocą nie-wiadomo-kogo, są na te gwiazdy wylansowywani, potem zaś, gdy już lemingi na ich temat dostają fioła i bulą, wydziczają się zamiast grzecznie zarabiać forsę dla swoich dobroczyńców-sponsorów...

Chleją, ćpają, wyczyniają dzikie brewerie, domagają się forsy, okazują się "gejami" lub wręcz przeciwnie, co akurat całkiem nie pasuje do zamówionego przez sponsora image'u i mentalnych potrzeb leminżej publiczności... I jakoś tak sama z siebie, ukradkiem przychodzi skądś taka myśl, że gdyby taki nagle zmarł, najlepiej nieszczęśliwie jak cholera, lemingi się wzruszą, ach...

W kiblu, dusząc się własnymi zaćpanymi wymiotami... To takie rokendrolowe! Albo w dziwnym wypadku samochodowym... Może też być przedawkowując środki nasenne... O AIDS oczywiście nie zapominając (a już byśmy zapomnieli!)... To tylko kilka luźnych przykładów, bo możliwości tu jest skolko ugodno.

No to wtedy lemingi nasze kochane znowu zaczęłyby tych naszych celebrytów wielbić, podniecać się, kupować koszulki, kubeczki, płyty długo- i krótkogrające... Chodzić na filmy i domagać się magna voce reedycji ukrytych w piwnicy, i słusznie, niewydarzonych fragmentów nieudanych eksperymentów... Skutkiem czego interes znowu by się ładnie kręcił, a nie trzeba by z kosztownymi i kłopotliwymi fanaberiami takiego, turpe dictu, szmirusa, się użerać...

Istnieje też sprawa pokrewna, choć różna, mianowicie jakże adekwatna pod względem momentu swego nadejścia, choć przecie zaskakująca, śmierć różnych, mniej lub bardziej kontrowersyjnych (dla niektórych szczególnie) polityków.

Tutaj, żeby trzymać się od tych naszych (?) podłych czasów w bezpiecznej (?) odległości, wspomnę hipotezy wspomnianego tu mimochodem autora na temat zgonu Zygmunta Batorego (b. moim zdaniem udaną), francuskiego króla Henryka II (śmierć dość faktycznie niezwykła, ale fakty które do nas doszły mocno ją osłabiają, choć oczywiście te fakty też nie są całkiem pewne)...

Choć po prawdzie, jeśli jesteśmy przy francuskich monarchach, to bardziej jeszcze należałoby się chyba przyjrzeć śmierci np. Karola VIII, który uderzył głową o framugę spiesząc pograć sobie w piłkę... I paru innych. Na temat czasów bardziej współczesnych zamilczymy, bo nie lubimy jak nam drony nad głową hałasują, ale kto chce, może sobie różne takie przypadki przypomnieć i się nad nimi zadumać.

No i co z tego wszystkiego wynika dla dzisiejszej biężączki, spyta ktoś? W dodatku takiego, co by miało jakikolwiek związek z Muhammadem Alim? Który, gdyby ktoś nie śledził, karierę zakończył 30 lat temu zdradzając już wtedy objawy choroby Parkinsona, potem żył z tym Parkinsonem aż do niemal dziś, o wiele jakby sympatyczniejszy, choć trudniejszy do zrozumienia, gdy mówił... Czasem go pokazywali, ale nie za często, raczej jak umarł jakiś jego ważny dawny przeciwnik, np. Joe Frazier...

I tak to szło. Aż tu nagle facet zmarł i zaczęła się dzika orgia żalów, celebracji, wspominków itd. Fakt, że Muhammad Ali, wcześniej Cassius Clay, był, poza tym, że znakomitym bokserem, w dużej mierze tworem mediów i propagandy, bo co to w końcu przeciętnego leminga obchodzi, czy ktoś jest lepszym, czy gorszym bokserem?

Gość był, wtedy, bo niektóre nowe informacje sugerują, że z Parkinsonem mu to przeszło, odwróconym rasistą (czemu ja się aż tak nie dziwię, znając historię Murzynów w USA), jeśli był amerykańskim patriotą, to b. marnym (sprawa służby w Wietnamie)...

Przeszedł był na islam, co zresztą wtedy było modne wśród radykalnych amerykańskich Murzynów, no bo przecież fakt, że białym plantatorom sprzedali ich, a wcześniej złowili, arabscy i muzułmańscy do bólu handlarze, w niczym nikomu nie mógł przeszkadzać, natomiast plantatorzy oczywiście byli be. I tak dalej, i tak dalej.

Tak więc, gdybym bardzo chciał, z jakichś nieznanych nikomu powodów, zaserwować teraz Moim Ukochanym Czytelnikom teorię spiskową jak się patrzy, to byłaby ona jakaś taka, że jakiś tam masowy/weekendowy przyspieszył zgon dawnego Mistrza, a to w interesie Ludzkości i Postępu. Wtedy wszystkie elementy tej układanki - sorry! - wskakują na swoje miejsce.

Wybory wygrać ma Clintonowa, tak? Gdyby, apage Satanas, zwyciężył Trump, to żadnego postępu nie będzie przez wiele stuleci. Trump na samym początku rzekł był, że w tej sytuacji, kiedy nagle dobry amerykański obywatel, tyle że muzułmanin, bierze i wystrzeliwuje jak kaczki 40 swych kolegów z pracy, z całkiem niewiadomego powodu, ale jedyny w miarę sensowny jest właśnie ten islamistyczny, no to może być na czas jakiś żadnych nowych muzułmanów do kraju nie przyjmować i sprawdzić, jak ta sytuacja wygląda i co z tym można zrobić.

Na co, oczywiście, podniósł się niesamowity jazgot protestów na skalę globalną. No a tutaj mamy akurat muzułmanina, czarnego w dodatku, amerykańskiego... Kto z lemingów pamięta, lub zwróci uwagę na to, że to był marny patriota - zresztą wtedy rządził Nixon, więc gdyby nawet Ali sprzedał ruskim bombę hiper-jądrową, to i tak byłoby super... No i można zrobić cyrk dla lemingów, a nawet należy, co przy okazji przykryje całą masę nieprzyjemnych und dla waadzy niewygodnych faktów i wydarzeń.

Ma to sens? Oczywiście że ma. Dałoby się to zrobić? Bez najmniejszego trudu, nie takie rzeczy weekendowy masowiec już robił, prawda? Ktoś by tu miał jakieś opory? Bez żartów! Skoro nawet, wciąż przecież dość słodka, Marilyn Monroe, płaczem i błaganiem nie wykręciła się od konsumpcji pigułek nasennych i alkoholu, to co mógł zrobić trzęsący się od Parkinsona, niewyraźnie bełkoczący starszy facet o ciemnej, nalanej twarzy? Kiedy mu się nagle przyplączą problemy oddechowe znaczy. Kto zresztą by się takim drobiazgiem przejmował? "Jednostka zerem, jednostka niczym", rzekł był poeta i miał absolutną rację.

Tak więc, kochane lemingi, nadal się podniecajcie, przedziwnym zaiste, nokautem na Sonny Listonie w początkach zawodowej kariery Alego, oraz jego przedziwną odpornością na ciosy w walce z Georgem Foremanem (za co zresztą zapłacił solidną cenę, podczas gdy wściekle zmęczony i znokautowany w końcu Foreman sobie nadal kwitnie), bo wam to wciąż pokazują w telewizjach, i udawajcie, że cokolwiek z tego rozumiecie. Podczas gdy ja zacieram łapki, że udało mi się pokazać światu, iż gdybym chciał, to też spiskową teorię jestem w stanie wygenerować.

triarius

P.S. Wychodzimy pojedynczo. Uważać na drony i ogony! (Tak Mądrasiński - na ogony dronów też uważajcie.)

wtorek, czerwca 07, 2016

Bonmot wolnorynkowy

Doprawdy nie wiem po co ja się aż tak okrutnie znęcam nad tą martwą kobyłą, ale (mimo wszystko wciąż jeszcze) żyjemy w bantustanie, gdzie martwe kobyły, a nawet znacznie obrzydliwsze stworzenia, wyczyniają ku uciesze gawiedzi swoje agenturalne wygibasy, do tego jeden Anonim-Permutant pilnie mnie w tym kierunku wciąż zapładnia, więc oto macie bonmota WOLNORYNKOWEGO (z całym dobrodziejstwem inwentarza, co by to nie znaczyło):

Teza że prawicowość polega na "wolnym rynku" ma dokładnie tyle sensu, co teza iż uroda polega na krzywych zębach.

triarius

P.S. Sorry, zapomniałem że teraz mają tu być adekwatne obrazki. Naprawiłem to niedopatrzenie. (Choć tutaj zęby są akurat proste i po amerykańsku olśniewające.) Enjoy!

niedziela, czerwca 05, 2016

To już zaczyna być nudne, ale cóż...

W SiEnEnach (od CNN) tego świata stręczą nam ostatnio kandydata Partii Libertariańskiej na prezydenta Stanów... (Mogę zresztą tym razem być dla SiEnEnów nieco niesprawiedliwy, bo może oni to czynią po prostu z obowiązku informowania? Pies ich jechał, tak czy tak.) No i za każdym razem mówią nam, co to właściwie jest ten "libertarianizm". Czyli? "Ekonomiczny konserwatyzm, obyczajowy liberalizm" - ot co!

Dzisiaj był nawet wywiad z samym tym gościem, co to z ramienia Partii Libertariańskiej kandyduje, i on też oczywiście wytłumaczył nam o co w tym chodzi: "Ekonomiczny konserwatyzm, obyczajowy liberalizm - nic innego!"

Żeby nikt nie miał niepotrzebnych wątpliwości, wyjaśniono nam w tym wywiadzie, jak i w każdej innej nieco dłuższej wzmiance na temat Partii Libertariańskiej, którą słyszałem na zachodnich telewizjach w ostatnich tygodniach (wcześniej o nich pies z kulawą nogą nie wspominał), że "obyczajowy liberalizm" oznacza nie tylko poparcie nie tylko dla legalizacji narkotyków, od marijuany począwszy, ale też dla pedalskich "ślubów" i skrobanek ("prawo wyboru"). Co jest oczywiście w pakiecie z całą masą innych podobnie "prawicowych" marzeń i postulatów, które Ludzkość (ach!) niechybnie w krótkich abcugach uszczęśliwią.

Zaś co do "ekonomicznego konserwatyzmu", to aż mi głupio to w tej epoce kompletnej już niemal kompromitacji religii "wolnego rynku" i powszechnych, jakżesz uzasadnionych, wątpliwości co do urody "kapitalizmu" jako takiego, to tłumaczyć, ale powiedzmyż jednak parę słów...

Ten "ekonomiczny konserwatyzm" to wszechwładza wielkiego kapitału, na którego posyłki (i sporego pieniądza w ogóle) biega "prawo", nie wspominając o propagandzie ("media", "edukacja"), oczywiście także politycy (i to jak!),.. Jeśli tę bandę zdegenerowanych biurokratów daje się jeszcze tak nazwać. Oznacza o także - ten "konserwatyzm" - że wara prolom od wątpliwości na temat jakichkolwiek "praw własności", a już szczególnie w przypadku wielkich fortun zdobytych zdradą, jawnym rabunkiem, handlem niewolnikami, nieskończoną niemal serią oszustw...

Oczywiście prolom wolno, a nawet powinni, marzyć o założeniu "własnego biznesu", ale też na marzeniach to się ma kończyć, bo z wielkim kapitałem nie wygrasz, szczególnie jeśliś mało politpoprawny, a jeśli cokolwiek założysz, to i tak nie będzie twoje, ino banków czy innych inwestorów z forsą.

Wara też prolom od podważania, wara prolom od zastanawiania się nad wykorzystywaniem wspomnianych przed chwilą fortun, szczególnie, że ich późni dziedzice (albo i mniej późni, szczególnie w bantustanach) zajmują się teraz na potęgę umoralnianiem i tresowaniem proli, stręcząc im "prawa człowieka", politpoprawność i "tolerancję", choć o "świętym prawie własności" też oczywiście nie zapominają, bo byt kształtuje, jakby nie było, świadomość.

Czyli cały ten "libertarianizm" to skrajna lewizna, tyle że w wersji kastowej i połączona z "ładnie opakowanym" (dla kogo ładnie, dla tego ładnie) ZAMORDYZMEM. Któren to propagandowy zamordyzm służy do ułatwienia realizacji prawdziwego zamordyzmu, gdyby się libertarianom udało kiedykolwiek zbliżyć się do żłobu...

(A niby czemu nie? Skoro np. ci "nasi" tutaj, to profesjonalne obrotowe quislingi, więc mają szansę, że któryś okupant, w którymś kraju, do jakichś pomniejszych, ale za to z tych najobrzydliwszych, stanowisk ich dopuści. Oferują każdemu ew. okupntowi swoje usługi przecież tak wyraźnie, co drugim swoim słowem, że nawet ktoś tak durny jak Petru w końcu by zrozumiał, a co dopiero nasi ew. okupanci.)

To raz. Dwa to taka sprawa, że ten zamordyzm robi za "prawicowość", oczywiście tylko u naprawdę niskopiennej "prawicy", ale tego jest sporo... Ludzie nie lubiący PRLu, na przykład (bo nie było porządnych bryk i wycieczek na Baleary), uważają, że nie znoszą lewicy, tzw. "socjalizmu", więc łasi się taki na "prawicowe" hasła i argumenta, choćby najgłupsze, jak kot na przysłowiową sperkę. (Miałem masę kotów, ale żaden nawet o sperce nie słyszał, tak nawiasem. Zresztą sam nie wiem co to jest.)

Trzy zaś - i to działa nie całkiem wszędzie w tym samym stopniu, ale u nas jak najbardziej - to taka rzecz, że owe niskopienne, zamordystyczne "prawicowe" hasła lepiej się zgadzają z kacapską, putinistyczną propagandą, niż głośne mówienie o "obyczajowym liberaliźmie", czyli skrobankach i pedałach. A skoro już jesteśmy przy rodzimych K*winach, nie od rzeczy będzie przywołać tu taką drobną biężączkę, że pono co najmniej jeden z tych facetów, co to wysadzali rząd PiSu przy pomocy bomby pod radiowozem, okazał się niczym innym, ino wielbicielem K*wina.

Lewak zatem und anarchista, czy też nie lewak? Pan Tygrys (i to właśnie robi się już nudne, ale w tych podłych czasach, jak sam się nie zareklamujesz, to nikt inny tego za ciebie nie zrobi) pisał wieki temu, że k*winizm to w istocie skrajna lewica i z prawicowością ma tyle wspólnego, że ją udaje. Nawet bowiem miłość do Putina nie jest raczej "prawicowa", a co dopiero libertarianizm, czyli, przypomnę: "jednopłciowe śluby i prawo wyboru - skrobać nienarodzonego, czy może jednak się to nie opłaci?"

Oczywiście sygnałów tego typu, argumentów za tą tezą, obok samej k*winicznej ideologii i zachowań Guru, była masa. O wielu z nich już wspominałem, choć są to rzeczy rozrzucone po sieci. Np. dziwne zjawisko, że cała masa lewackich trolli szalejących po szalomie (tę platformę znam dość dobrze, bywałem na niej aktywny, o onetach i im podobnych nie wiem niemal nic) prędzej czy później okazała się być... Czcicielami "wolnego rynku", wymyślającymi PiSowi od "narodowych socjalistów" (swoją drogą obrzydliwy donos, uwzględniając konotacje, ale cóż to robi libertarianom?)...

Krótko mówiąc miłośnikami K*wina. (Co "miłośnikami"? Okazywali się.) Tak że tutaj mamy plusa z przepowiadania przyszłości - któryż to już raz okazujemy się niezawodną Kassandrą? Jednak nie tylko to potwierdziło w ostatnich dniach nasze prorocze instynkta i taleta.

U Kuraka (to moje główne źródło krajowej biężączki, może poza okresami, kiedy mam akurat napad czytania treści szalomu) wyczytałem dwa dni temu, że przesławna Kataryna okazała się być na garnuszku u tzw. "poprzedniej władzy", od której zainkasowała (oficjalnie) 6 melonów, popierała Bula, który ją czymśtam nawet chyba odznaczył, a teraz pyszczy na PiS, że "promuje swoich".

No to sobie ludzie poszukajta, co też Pan Tygrys na temat Kataryny pisał lata temu! A pisał sporo. W dodatku ani specjalnie pilnie jej działalności nie studiując, ani też ogólnie krajowej biężączki (innej też zresztą) - po prostu wiedząc, jakim taki ktoś może być zagrożeniem - z jednej strony; a z drugiej  - wiedząc, że gdyby Kataryna nie istniała, pewne siły, niespecjalnie Polsce naszych marzeń przychylne, musiałyby ją wymyślić. Tylko tyle i aż tyle, ale niektórym wystarcza.

Czy ja się bezczelnie chwalę? Może trochę (?) tak wyglądać, ale w istocie o wiele bardziej niż o mój własny geniusz - choć moja zdolność przewidywania wydarzeń mnie samego zadziwia - chodzi mi o pochwałę mojej METODY. Więc pozwólcie mi na zakończenie wykrzyknąć, któryś to już raz zresztą: Tygrysizm Stosowany Niezawodnym Narzędziem Walki o Lepsze Jutro! Kto chce, może sobie do tego dorzucić "tak mi dopomóż Bóg!", albo "Alleluja!"

I to by było na tyle.

triarius

P.S. 1 Tygrysizm Stosowany Niezawodnym Narzędziem Walki o Lepsze Jutro! (A co, nie może być dwa razy?)

P.S. 2 Miała być Zuzanna i Starcy, ale uwiódł mnie ten tu obrazek i muszą poczekać.

środa, czerwca 01, 2016

O liczeniu do czterech, szortach i naturze ludzkiej (2)

No dobra... Co wynika z tego, że niektóre źwierzęta potrafią liczyć lepiej od niektórych ludzi? (I nie mówimy o upośledzonych na umyśle idiotach, tylko o szczęściarzach nie znających druczków do wypełniania i innych liberalnych wynalazków.) Co wynika z tego, że w pewnych sferach psychiki i, well... umysłowości, wyraźnie się ze źwierzętami zazębiamy?

Tak przy okazji, to ja wiem, że nie powiedziałem na czym polega to liczenie u pawianów, jak się przejawia, ale możecie sobie tego poszukać w tych fragmentach Ardreya, które ja tu dla was pracowicie przetłumaczyłem. Konkretnie w tym spolszczonym fragmencie "African Genesis" to jest, czyli na nasze "Afrykański początek". No ale co z tego wynika, pytacie?

To jest tak, że wy sobie ludzie - jak prawie wszyscy dzisiaj, od Oświecenia, kiedy ono do was dotarło i was przeniknęło na wylot - wyobrażacie, że człowiek to jest racjonalny umysł doczepiony do niemal nieożywionego KLUMPA (szwedzkie słowo, ale b. adekwatnie brzmiące, a oznaczające bezkształtną bryłę). Dla wierzących jest jeszcze "Boża iskra", ale w codziennym, świeckim życiu nie ma ona najmniejszego w sumie znaczenia.

Ten umysł (wiecie to już z lekcji biologii, brawo!) siedzi w korze mózgowej, która u ludzi jest ogromna, a u źwierząt niemal nie istnieje, w związku z czym o wiele bardziej, niż z powodu tej "Bożej iskry", o której co chwilę i tak każdy zapomina, bo takie jest życie, różnimy się diametralnie od naszych braci mniejszych.

I ta kora, ten rzekomo hiper-racjonalny umysł, jest dziwnie podatna na propagandy, na urabianie przez różne tam media i moralne (tfu!) autorytety, podczas gdy KLUMP odpowiada wyłącznie za żarcie, chodzenie do kibla, no i ew. jakieś tam nieudolne rozmnażanie i podrygiwanie w rytmie dysko. Tak? Nawet jeśli się z powyższym formalnie nie zgadzacie, to sorry, ale w sumie tak to właśnie w praktyce widzicie, bo to jest dziś norma i "sama prawda, bez żadnych tam przesądów czy ideologii".

Tak wam powiedziano, tysiące razy, i teraz dla was jest to Ewangelia, albo lepiej. Ardreye zaś, mówiące coś przeciwnego, mianowicie (obok wielu innych rzeczy), iż człowień to też źwierzę, choć oczywiście specjalne... Nawet bardziej specjalne, dziwne i wyjątkowe, mocno różne od pawiana czy kruka... I w sumie funkcjonalnie drapieżnik... Są dziś zamilczane i wyklęte. (Znaczy klęliby na niego i zakazywali, gdyby tak zgrabnie nie udało im się go przemilczeć. Mówimy teraz o Robercie Ardreyu, bo nieco pokrętne to się nam tu zrobiło i ktoś mógłby się zgubić.)

No i my - ja tu i Ardrey - mówimy, że, wbrew temu, co się nam wmawia, wbrew temu, jak się przy naszej naturze (która w ogóle w oczach JaśnieOświeconych praktycznie nie istnieje, bo jesteśmy tabula rasa i tylko czekamy na ukształtowanie dłonią Środy i Michnika, którzy z amorficznych KLUMPÓW łaskawie próbują ulepić wreszcie coś na kształt ludzi) majstruje, że wcale nie!

Jesteśmy także źwierzęta, mamy swoją naturę, nawet drapieżną (co oznacza także większą inteligencję, ciekawość świata i skłonność do zabaw kłębuszkami wełny, niczym rozkoszne kocięta). I jak większość drapieżników, jeśli nie po prostu wszystkie, mamy instynkt terytorialny, więc wtrynianie nam tu różnych szemranych "uchodźców" gwałci nas i głaszcze pod włos...

Mamy też poczucie hierarchii, wrodzone, więc zera w postaci Tusków i Merkeli mogą ew. być akceptowane jako przywódcy stada wśród ludów zdegenerowanych i mających już swe życie za sobą, jak powiedzmy dzisiejsi Niemcy, ale to wszystko!

Najwyższy czas, żebyśmy przestali sami o sobie, i o swoich bliźnich, z dziećmi i kobietami na czele, myśleć w tych załganych - niegdyś może tylko błędnych, ale dziś kto chciał, już dawno wie, że to kłamstwo - kategoriach KLUMPA przyczepionego do racjonalnej kory mózgowej - "racjonalnej" w dodatku, bo czułej na słowicze tryle Śród i Michników, Na tym to przecie polega.

Tutaj także ten Damasio, o którego toczyliśmy swego czasu spory, bo gość zdaje się lewak z przekonania, albo też wie gdzie chleb posmarowany, ale w książce "Błąd Kartezjusza" cudnie rozjeżdża lewacką koncepcję KLUMPA i dodanej doń racjonalonej kory. (Z ew. dodatkiem nic w praktyce nieznaczącej "Bożej iskry", o której sam nie wspomina.)

Tutaj także inny mój dziwny nieco faworyt, mianowicie Alexander Lowen, mówiący w swej ważnej książce "Betrayal of the Body", że "jesteśmy ciałem obdarzonym duchem, a nie wolnym duchem przywiązanym do trupa". Dokładnie to samo, jeśli sobie za "trupa" wstawicie KLUMP, bo to jest dokładnie w tym kontekście tym samym.

I to by było na razie na tyle.

triarius

P.S. Biurokrata - dobry sługa, zły pan.

czwartek, maja 26, 2016

O liczeniu do czterech, szortach i naturze ludzkiej (1)

Zadedykowane Pani Marysi, która mnie ostatnio pilnie padcziorkiwuje (co by to nie znaczyło, skąd mogę wiedzieć po zaledwie 9 latach nauki?), przywracając mi wiarę w mój wrodzony geniusz.

* * *

zwierzęta i matematyka
Istnieją ludzkie społeczeństwa znające jedynie trzy liczebniki: jeden, dwa i mnóstwo. Nie odczuwam wobec nich oczywiście najmniejszej pogardy, bo po pierwsze nie mam cienia wątpliwości, że można takiego małego dzikuska przenieść w inne środowisko i nauczyć liczenia do 1500 co najmniej, w przód i w tył, plus cztery podstawowe działania... Albo nawet wychować na pełnokrwistego leminga, gdyby tylko "leming" i "pełnokrwisty" w zestawieniu nie dawały tak obłędnego oksymoronu.

W każdym razie ja tym społeczeństwom raczej nawet zazdroszczę, bo skoro praktycznie nie liczą, to nie mają po temu powodów, co oznacza także brak druczków do wypełniania i innych tego typu uszczęśliwiających wynalazków. Ech, rozmarzyłem się! (A tak przy okazji, to jest po polsku dostępna naprawdę ciekawa książka na temat historii liczb. Polecam! Tytułu nie podam, bo komuś pożyczyłem i musiałbym jakoś go znaleźć w sieci. Sami se poszukajta!)

Wracając do naszych baranów... (I to nie jest żaden obraźliwy epitet pod adresem ludów nie znających liczby trzy! Tak się po prostu mówi, za Molierem.) Otóż istnieją źwierzęta radzące sobie z liczeniem do czterech, a nawet z operacją odejmowania do tej wielkości włącznie. Na przykład pawiany, u których to zdaje się być całkiem powszechne. Są też tego samego rodzaju historie opowiadane o krukach. (Pawiany to w ogóle wspaniałe stworzenia i cholernie prawicowe, choć przyznaję, że gdyby się jeszcze trochę sprężyły i wynalazły szorty, to w mym sercu miałyby nawet więcej miejsca. W kwestii zaś formalnej zauważę, iż ten sposób odhaczyliśmy tytułowe szorty. Poza tym kolejny raz powtórzę: czytać Ardreya do @#$% nędzy!)

Cóż może wynikać z tego - jakże przecież dla niezderzonego z Ardreyem ogółu zadziwiającego - zazębiania się intelektualnych (!) możliwości człeka z jednej, i jakby nie było (nie bójmy się tego słowa!) źwierzęcia z drugiej strony? No bo to jest przecie właśnie to - intelektualne zdolności. Nie jakiś tam "zaledwie" (z całym uznaniem dla Mamy Natury, czy może raczej Bozi, za twórcze możliwości) węch, słuch, umiejętność nurkowania czy patrzenie na świat z lotu ptaka.

Liczenie, a jeszcze bardziej wykonywanie działań arytmetycznych, jak odejmowanie, to przecież niewątpliwie sprawa intelektu, a nie tylko ostrzejszych czy mniej ostrych zmysłów. Zgoda? Więcej powiem! Człowiek, aby umieć liczyć do czterech i do tej liczby odejmować, musi się całkiem sporo uczyć, podczas gdy pawian czy kruk z pewnością do żadnej szkoły nie chodziły, i całkiem możliwe, że te swoje intelektualne (!) zdolności mają wrodzone.

Lub że co najmniej potencjalnie one w nich zawsze, bez żadnej edukacji, istnieją. Z tym, że chodzi mi tu o nieco większe od liczenia do czterech ludzkie możliwości, bo nie wątpię, że średnio inteligentny człek postawiony w tej samej sytuacji, w której pawiany tak sprawnie liczą, też by tak po pewnym czasie, sam z siebie, zaczął, a zapewne nawet do nieco, choć tylko nieco, wyższej liczby niż cztery. Co nie zmienia faktu, że te źwierzęce zdolności są zadziwiające, a w dodatku całkiem nieuwzględniane w różnych przemądrych rozważaniach na temat świata i ludzi..

No więc cóż - poza tym, że to ciekawostka przyrodnicza w sam raz na ostatnią stronę pisemka dla ciekawej świata młodzieży - z opisanego tu pokrótce przez nas faktu (dużo więcej szczegółów u Ardreya, choć na pewno nie tylko tam) wynika? "Masa rzeczy", odpowiem, "i to fascynujących, ale na razie zrobimy sobie przerwę". Wy natomiast, drodzy moi, nie musicie się krępować w wyrażaniu ciekawości, zachwytu, formułowaniu miodopłynnych komplementów i rzucaniem na scenę bielizny.

¡Hasta la próxima, zatem! (Chyba że nie chcecie - wtedy proszę żadnych mi tu komętów i w ogóle martwa cisza!)

triarius

środa, maja 25, 2016

Psy i monarchia

komusza koalicja
Jak wiadomo koalicja Platforma-ZSL (za używanie moich inicjałów w tym kontekście wciągam na listę proskrypcyjną, ostrzegam, zaś nazwa PSL, gdyby ktoś nie wiedział, jest ukradziona przez tych wsiowych komuchów całkiem innej partii) zafundowała nam za spore pieniądze m. in. horoskopy dla psów. W związku z tym tak sobie myślę... Jeśli psy naprawdę są aż tak durne, że cieszą je horoskopy, to dlaczego nie pójść na całość i nie zafundować im królowej angielskiej? To dopiero mydlana opera!

triarius