niedziela, stycznia 20, 2008

Jestem mniejszością i łaskawie proszę się z tym liczyć!

Niniejszym zawiadamiam oficjalnie i uroczyście, że jestem przedstawicielem mniejszości. Mniejszości zaś to, jak wszystkim wiadomo, podstawa demokracji. A już szczególnie demokracj europejskiej. (Fanfary, werble, chóry starców zawodzą.)

Wyjaśniam teraz o jaką mniejszość konkretnie chodzi: o taką chodzi, do której argumenty na rzecz “zjednoczonej Europy” docierają dokładnie tak samo skutecznie, jak do pedałów docierają argumenty na rzecz seksualnej atrakcyjności damskiej cipy.

Co z tego wynika? Naprawdę niemało z tego wynika. A w każdym razie wynikać POWINNO. Że wymienię tylko kilka z brzegu…

Jako przedstawicielowi mniejszości należy mi się szacunek i opieka państwowych oraz europejskich władz, swoboda wyrażania opinii, demonstrowania, dążenia do własnych, coraz to ambitniejszych celów… A kto będzie mi robił wbrew, powinien zostać przykładnie w majestacie prawa ukarany.

W tej chwili jako przedstawiciel mniejszości czuję się niedowartościowany, ksenofobiczna ludność o faszystowskich skłonnościach ma brzydką tendencję patrzyć na mnie krzywo, władze próbują mnie ignorować, nie daje mi się móżliwości głoszenia mych opinii i upodobań... To się musi zmienić!

Jestem w końcu mniejszością i należy mi się powszechna miłość wszystkich dookoła. Oraz opieka władz. Także finansowa.

A swoją drogą, może to wcale nie jest aż taka malutka mniejszość? Może jest nas dość, byśmy mogli sobie pozakładać własne kluby i uprawiać w nich własne orgie. Orgie antyunioeuropejskie oczywiście, nie mówię o dokładnym kopiowaniu zachowań bywalców przybytków w rodzaju “Le Madame”.

Warto sprawdzić... A więc, kto jest w tej samej mniejszości? Dotąd jeszcze ignorowanej, żeby nie powiedzieć prześladowanej, ale już jutro… Kto wie!

Naprawdę warto być mniejszością w dzisiejszej Europie więc pomyślcie! No a niskie numery legitymacji zawsze mają jakieś znaczenie, co by na ten temat nie mówili różni mózgowi teoretycy i propagandziści od umoralniania ciemnego luda.

A więc – kto jeszcze?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Gamoniowatość i torpeda

“Pochodzimy z Europy Wchodniej, dlatego jesteśmy gamoniowaci i z trudem się rozmnażamy”, mówi jeden z bohaterów w amerykańskim komediowym serialu “Drew Carey Show”. Cholernie mnie to stwierdzenie śmieszy i to nie dlatego by nie było prawdziwe. Bo i nie jest, wystarczy mieć oczy i się rozejrzeć.
Nie ukrywam, że gdybym miał okazję spotkać autora tego dowcipu i/lub scenarzystę tego serialu w jakimś ciemnym koncie, to z przyjemnością dałbym mu/im w mordę. No bo co mnie – Polakowi, mieszkańcowi tej nieszczęsnej gamoniowatej Środkowej Europy – wolno na temat współrodaków myśleć, a nawet pisać, to nie obcym, sorry!
Dostrzegam tu jednak większy problem… Dowcip dowcipem, ale jednak ci Amerykanie naprawdę powinni uczynić niezbędne zastrzeżenie i powiedzieć, że rodziny Donalda Tuska i Radka Sikorskiego nie stosują się do tej środkowoeuropejskiej prawidłowości. Tym się naprawdę powinna szybko zająć odnowiona dyplomacja III RP. Nie ma ani chwili do stracenia!
No bo co będzie jak ten dowcip przedrukują... Apage Satanas! – w jamajskiej prasie?!
* * * * * *
Tak, zgoda… Ja się przecież nie kłócę, mówię właśnie że to prawda! Fakt, zarówno Żydzi jak i Polacy są mesjanistami. Tutaj jednak kończy się wszelkie podobieństwo.
Żydowski mesjanizm bowiem to subtelne połączenie samonaprowadzającej torpedy z worem na pieniądze. Polski zaś to subtelne połączenie włosienicy z maścią na podrażnienia skóry. (Obie te rzeczy zresztą kupione od Żydów.)
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, stycznia 18, 2008

Międzynarodowe spotkanie w mlecznym barze

Jedną z nielicznych sympatycznych stron PRLu były bary mleczne. Dobrze że wróciły! Jako tego PRLu dziecię (ale nie w tym znaczeniu co byście chcieli, Michnik i Ska!) lubię sobie czasem wyskoczyć do takiego baru. Przypomina mi to młodość, a poza tym takie żarcie bywa fajne jako odmiana po tych wszystkich Chataubriandach i Strogonoffach, spłukiwanych powiedzmy St. Emillion Grand Cru rocznik - niech będzie 1980... Albo 1983, którym niektórzy zachwycają się jeszcze bardziej.

No to sobie godzinę temu wyskoczyłem do pobliskiego baru. Nie będę się rozwodził nad menu, ale grochówa była znakomita. Odbierając zaś placek po cygańsku na wynos (na który musiałem nico poczekać, ale chyba nie aż przepisowy kwadrans) ujrzałem, że obok mnie stoi młoda i dość sympatycznie wyglądająca para.

On był ubrany w coś, co jak sądzę, musi być niemiecką wojskową kurtką, tej tam ichniej miłującej pokój i przepadającej jak zwykle za Polakami współczesnej Abwehry czy innego Werhmachtu, z naszywkami na obu rękawach w kolorach niemieckiej flagi. (Bez swastyki jednak, jakiś widać inny model.) Krótko mówiąc facet miał na obu ramionach niemieckie flagi.

Zacząłem mu się uporczywie przyglądać, a że poza tym nic specjalnego nie robiłem, po chwili facet spytał mnie, czy coś mu się odczepiło. Na to ja, swoim słodkim i uprzejmym głosem... A głos mam naprawdę słodki, przynajmniej kiedy kiedy chcę być uprzejmy. Bo jak nie chcę, to jest mniej słodki, a w promieniu kilkuset metrów spadają z gałęzi drobne ptaszki.

No więc ja tym moim słodkim głosem... Dziewczynie od razu zamgliły się oczy i jakoś tak lekko przysiadła, a pierś jej zaczęła falować... Na licach zaś wystąpiły wypieki. Mniejsza jednak o nią, i tak chyba wsłuchując się w przecudny timbre, nie była w stanie pojąć treści słów.

Wracając do głównego wątku, to ja (tym swoim głosem) mówię, że: "Nie, to nie to. Po prostu się zastanawiam jak długo jeszcze będzie można chodzić z niemiecką flagą i nie dostać w jakimś ciemnym kącie po mordzie".

Parka coś tam do siebie zaszeptała, a ja odebrałem swój placek, pożegnałem się z tych placków i innych barowych smakołyków szafarką tym słodziej, że akurat przed chwilą zachowałem się jak gbur... Czy mi wstyd? Nie, ani trochę. Fakt, moja kindersztuba dostała leciutkiego prztyczka, ale w końcu nie kindersztuba jest ważna, gdy płoną lasy, prawda? Szczególnie że to niemieckie słowo w spolszczonej pisowni.

Nie po raz pierwszy poczułem się jak Kostek Biernacki, który jako bardzo jeszcze młody legionista, a do tego subtelny i idealistyczny intelektualista, otrzymał rozkaz powieszenia na gałęzi kilku dywersantów. Niezbyt się do tego gorliwie zabierał, aż mu Piłsudski powiedział te dość słynne (częściowo zresztą już chyba dzięki moim wysiłkom) słowa, cytuję: "A gówien to dla Polski wywozić nie łaska?" Do Kostka wyraźnie to trafiło, co miał zrobić to zrobił. Potem zaś było mu już chyba znacznie łatwiej. Co warto brać w podobnych okolicznościach pod uwagę.

W końcu zadanie tego mojego retorycznego pytania dość mile skądinąd wyglądającej, poza tymi flagami oczywiście, parce o ileż było sensowniejsze, niż bluzganie przewalającym się po Gdańsku, letnią szczególnie porą, wycieczkom dawnych ukochanych SS-manów i zastępowych Hitlerjugend, czego oni i tak przecież nie rozumieją, bo zbyt durni i zbyt gardzący ludzkim (?) otoczeniem... A nie będę przecież do nich nawijał w ich narzeczu, bo to by była woda na ich młyn. A więc, dopóki to się na słowach ma kończyć, naprawdę nie ma na tę zgraję sposobu. Ale pożyjemy, zobaczymy...

Wracając zaś z tego baru do domu zastanawiałem się ilu też ludzi miałoby ochotę pochodzić w polskiej mundurowej kurtce z dużymi i wyraźnymi polskimi flagami na każdym ramieniu... Po jakimkolwiek przedmieściu wielkiego portowego miasta, ciemnym już zimowym wieczorem. W Niemczech. Ile bym im musiał zapłacić, by to zrobili? Bez obstawy, za to z ukochaną dziewczyną przy boku?

Ale co tam w Niemczech! Niech by było i gdzie indziej. Powiedzmy w Szkocji... Gdzie narodowy bohater, Bonnie Prince Charlie był wnukiem (czy może pra, zawsze mi się to myli) Jana III Sobieskiego. Gdzie w czasie ostatniej wojny stacjonowali polscy lotnicy, marynarze... Szkocji, która nie prowadziła z nami, z tego co pamiętam, żadnej wojny.

Albo powiedzmy w... Belgii. Czy Francji. Czy w Irlandii. Czy... gdziekolwiek w "starej Europie". Już nie mówię o Rosji, nie można przesadzać. Gdzie zatem, że spytam, można spotkać młodych ludzi paradujących ciemną nocą po przedmieściach z polską flagą na rękawie? Poza Polską. Choć prawdę mówiąc, to i w Polsce takich młodych ludzi nie widać. Co innego flagi niemieckie oczywiście!

A jeśli nigdzie nikt z polską flagą nie chodzi, to jakim cudem akurat niemieckie flagi są u nas tak popularne? Jakim cudem nikt z tych co ją noszą się nie niepokoi, że wywoła nieprzyjemne skojarzenia? Jakim cudem nie niepokoi się, że dostanie w mordę, albo że dziewczyna usłyszy parę gorzkich słów? Czemu akurat w Polsce? I czemu ta flaga niemal zawsze jest akurat niemiecka?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Odnowiona prokuratura i trzech rannych (niestety lekko)

O dzienniku Stefana Kisielewskiego "Gazeta Wyborcza" napisała kiedyś, w samym tytule zresztą, "nudna ważna książka". I, co nieczęsto jej się zdarza, w połowie miała rację. W tej pierwszej oczywiście, bo Kisielewski akurat na tyle był bystry, by zyskiwać na dość żałosnych zabawach w ciuciubabkę z prlowską cenzurą, no i by się nadawać na Wielkiego Guru liberałów. Czyli w sumie niewiele.

Ale ja nie o Kisielewskim. Ten rzadki przebłysk bystrości cum prowdomówności u gazety, którą pieszczotliwe nazywam sobie "Głosem Szabesgoja", nasunął mi się w związku z wczorajszą "konferencją prasową" odnowionej prokuratury. Kto tego przedziwnego spektaklu nie widział, to albo całkiem nie ma nad czym płakać, widać ma politykę w nosie... albo też, jeśli pasjonują go mechanizmy władzy, ukryte sznurki, szeptem wypowiedziane półsłówka od których walą się lub powstają imperia... Wtedy naprawdę powinien głowę posypać popiołem i szukać, szukać, szukać z tej "konferencji" videonagrania.

Powie ktoś: "po co? te same tępe mordy, te same rozbiegane oczka, które oglądamy już od paru miesięcy". Fakt, wszystko to było w nie mniejszym natężeniu, niż w każdym wystąpieniu nowej władzy. Czy w każdym razie nowych frontmenów, bo dzisiaj prawdziwa władza aż tak się na widok plebsu już się nie wystawia. To nie czasy skrofułów, królewskich sądów pod rozłożystym dębem i starych koni ciągnących za sznur dzwonu by zwrócić uwagę na swe krzywdy!

Jeśli jednak miało się dość politycznego rozumu, by plwać na tę - paskudną zaiste - skorupę i zstąpić do głębi, czekała człowieka, a w każdym razie konesera politycznych mechanizmów, przesmakowita uczta. Władza mianowicie, w osobach tych tam prokuratorów, powiedziała dziennikarzom, i społeczeństwu - zarówno pośrednio, przez tych dziennikarzy, jak i bezpośrednio za pomocą telewizorów - ni mniej ni więcej tylko to...

"Mamy was głupe ćwole w dupie! Skoro byliście tak durni, albo tak słabi, co na jedno wychodzi, że wystarczy w co drugim zdaniu powiedzieć wam 'demokracja' byście przełknęli wszystko... Konstytucje Europejskie na przykład, pod nieco zmienioną nazwą... No to wiedzcie, że teraz nawet nie będziemy specjalnie udawać... Bo udawanie wymaga mimo wszystko pewnego wysiłku i zajmuje czas... Biurokracja może WSZYSTKO, a my teraz będziemy to wykorzystywać na całego... Wiemy bowiem że nikt nas nie jest w stanie skontrolować, jak i nikt nie próbuje nawet kontrolować tych tam brukselskich dobroczyńców ludzkości...

A więc wszystko co nam nie pasuje, a jakoś psim swędem trafi w tryby naszej Wielkiej Machiny, zostanie tam utrupione, przetrzymane aż do przedawnienia... Wszystko zaś, co mamy ochotę zrobić, nabierze pędu i, per fas et nefas, zostanie doprowadzone do pozytywnego - dla nas, bo przecież nie dla was, głupie ćwole - końca...

Nikt nas też nie śmie kontrolować, czy patrzeć nam na ręce, mamy bowiem odpowiednie przepisy, które dają się tak zinterpretować, że mówienie czegokolwiek o tym, co robimy, szkodzi naszej pracy, która przecież jest ważna, odpowiedzialna... No a poza tym to my interpretujemy przepisy i mamy sankcje, gdyby komuś zechciało się robić nam wbrew... A więc żadnych pytań, żadnych pretensji, że nie mówimy kogo obecnie mamy ochotę wsadzić do pierdla, na kogo szykujemy haki (co za brzydkie słowo, fuj!).

Powiemy wam kiedy wyrok będzie już praktycznie pewny, bo dowody będziemy mieli takie, iż niezawisły sąd nie będzie po prostu mógł inaczej... Czyj jest zresztą ten niezawisły sąd, wasz, głupie moherowe bydło, czy nasz?"

I tak to sobie szło dłuższy czas, ja podałem samą esencję, bo, jak na polityków... Sorry! Prokuratorów, przystało było tam tak na oko z 95% czystej H2O.

Czy to już wszystko? Nie! Była bowiem jeszcze część artystyczna. Jak przystało na dobre bolszewickie wzory przeniesione żywcem do nowej, jeszcze bardziej przecież medialnej, epoki. I ta część artystyczna miała rolę nie mniejszą od samego expose... Mistrzostwo po prostu! Samego pronuntiamiento by się żadna latynoska junta nie powstydziła, a tutaj jeszcze część artystyczna, równie ważna...

Część artystyczna była próbką tego, co otrzymają dziennikarze, gdyby się mimo ostrzeżeń zaczęli dopytywać o to, co też Odnowiona Prokuratura robi. Było to ględzenie na trzy głosy, chyba z godzinne co najmniej, tak nudne i pozbawione treści, że nie tylko mało kto mógł przy tym wytrwać - i to chyba tylko jeśli przespał w całości poprzednie 72 godziny - ale przede wszystkim, żadna gazeta, nawet Głos Szabesgoja, nic takiego by nie mogła swoim czytelnikom (jak durnymi szabesgojami by nie byli) zaserwować.

Ale panowie odnowieni prokuratorzy serwowali to bez żenady i nawet im powieka nie drgnęła. Stacje, które to nadawały, a nadawały co najmniej dwie - WSI24 i państwowa telewizja - z rozpaczy wpuściły na wizję wiadomość o tym, że na Heathrow samolot wyjechał z pasa i było trzech lekko rannych. I ją tam bez przerwy międliły, no bo co miał biedactwa robić?

Przez czas tej obłędnej "konferencji prasowej" z pewnością w każdym rodzimym powiecie było więcej, i ciężej, nowych lekko rannych... Ale to oczywiście się nie nadawało, bo trzeba był mieć coś efektownego na wizję i dla zajęcia uwagi słuchaczy podczas upiornej prelekcji o aktualnych poczynaniach prokuratury (odnowionej).

Szkoda że tylko lekko ranni i jedynie trzej, tsunami byłoby znacznie lepsze, ale jak się nie ma co się lubi... Jak to w mediach - ciężki chleb! I pomyśleć że ten czy inny moher zazdrości red. Lisowi! Albo Wołkowi czy Wróblowi... A to przecież nasi "bracia mniejsi", jak ich nazywał Św. Franciszek. Czy to po chrześcijańsku?!

Mniejsza już o takie drobiażdżki jak to, że nowy styl pracy prokuratury - i zarazem nowy, z podniesioną przyłbicą, śladem Urbana Jerzego, plujący moherom w twarz styl informowania społeczeństwa o ważnych sprawach - został pozytywnie skontrastowany ze stylem byłego ministra Ziobry, który to durne moherowe społeczeństwo informował o wszystkim... Jakby był jakimś nawiedzonym liberałem, co to wierzy, że swobodny obieg informacji to podstawa. Ale to naprawdę tylko drobiażdżki.

No a zakończenie? Zakończenie było takie, że ta "konferencja" jakoś się tak dziwnie rozpłynęła, a raczej przeszła bezszwowo w opłakiwanie tego tam samolotu na Heathrow i tych tam trzech lekko rannych. (A może to ja zasnąłem?)

Żadnych dziennikarskich pytań w każdym razie nie było. I wcale się nie dziwię, prokuratura (odnowiona) pokazała już na co ją stać i czym grozi jakiekolwiek pytanie. Następnego godzinnego wykładu o takim natężeniu bełkotu, wodolejstwa i nudy żaden dziennikarz, o słuchaczach telewizyjnych już nie mówiąc, nie byłby już w stanie przetrzymać - nie tylko zachowując przytomność, ale po prostu życie.

I tym pozytywnym akcentem, w oczekiwaniu na dalsze cuda pełowskiego rządu... A raczej tych smętnych pacynek, którym w dupie trzymają łapki ci, co je tam trzymają... Kończę. Jeszcze tylko niech mi będzie pozwolone zakrzyknąć: Niech żyje Odnowiona Prokuratura! Niech żyje PełO! Niech żyje nowy styl medialnej europejskiej demokracji!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, stycznia 15, 2008

Weźmy taki pancernik... czyli Przypowieścią w liberała

Weźmy taki pancernik...

Wielkie to, kosztowne i nieporęczne. W nieodpowiednich rękach łatwo może wpłynąć na mieliznę, staranować transatlantyk, wywołać kolejną wojnę światową... Listę tę można ciągnąć dowolnie długo. Z punktu widzenia załogi pancernik ma tę cholerną wadę, że tylko jeden człek może tam być kapitanem, a i oficerów jest tylko garstka w porównaniu wielotysięczną załogą złożoną z różnych starszych majtków, kucharzy i młodszych zęzowych.

O ileż przyjemniej jest pływać kajakiem, prawda? Za jeden pancernik można by kupić z milion kajaków, na każdym kajaku jest jeden kapitan i co najwyżej drugi członek załogi - który może łatwo zostać (przez kapitana) awansowany na pierwszego oficera, też niezła szarża... Zęzowych czy majtków nie ma (majtek też może nie być)... Tanie, poręczne, świeże powietrze, słońce, deszcz, komary... Czysta rozkosz, nie to co wspomniany pancernik!

Bardzo podobnie jest z państwem. Większość normalnych ludzi się zgodzi, że przyjemniej być swym własnym udzielnym władcą - prezydentem czy królem. Choćby poddani dali się policzyć na palcach jednej ręki, albo w ogóle nie było potrzeba do ich liczenia żadnych palców. Ach, nie mieć nad sobą nikogo, robić co się chce... Cudo!

Jedyny problem w tym, że... Wróćmy na chwilę do jednostek pływających, bo to łatwiej sobie wyobrazić. Otóż my tu sobie pływamy tymi kajakami, cali szczęśliwi, każdy sobie królem, żeglarzem, okrętem (ale nie pancernikiem)... A tu nagle wpływa na nasz akwen wielki paskudny pancernik i przez wielką tubę ogłasza... Że, powiedzmy, albo mu w ciągu 24 godzin dostarczymy 120 dorodnych dziewic, 20 dorodnych i płodnych matron, oraz 15 apetycznych chłopiąt... Albo oni zaczynają do nas strzelać.

Paskudna sprawa, prawda? Zgoda, paskudna, ale co z tego wynika? Rozmawiajmy o faktach i realnych zagrożeniach, nie zaś żeby się bawić w święcie (świecko) oburzone moralne autorytety, (świeckie) relikwie Jacka Kuronia, i takie rzeczy. Po prostu nasi sąsiedzi spieniężyli swoje kajaki i kupili sobie za tę forsę pancernik - to wielkie, paskudne, niebezpieczne, na którym tysiące ludzi robią za młodszych zęzmanów, a kapitan jest tylko jeden.

Tylko co z tego? Co z tego, skoro my już zaczęliśmy polowanie na dziewice, matrony i pacholęta? I będziemy to robić tak często, jak nasi upancernieni sąsiedzi zechcą. To, i wszystko inne czego zapragną. Własnego pancernika, większego i paskudniejszego do ichniego, już sobie nie zbudujemy, bo nam nie pozwolą. Gdybyśmy tylko chcieli sprzedawać nasze rozkoszne kajaki, albo powiedzmy przerabiać je na coś, z czego dałoby się zrobić, powiedzmy, stół do oficerskiej mesy na pancerniku... Każdy wie, co by się stało, tak? No właśnie.

I można sobie gadać ile wlezie o tym, że "państwo ma być nocnym stróżem", ale jak - że spytam - mamy o tym przekonać upancernionych i żądnych naszych matron (tudzież dziewic i pacholąt) sąsiadów? Jak ich do tego zmusić, gdyby przekonać się nie dali? Kajakami?

Powyższy przykład powinien zabić ćwieka nawet co niektórym co mniej odmóżdżonym liberałom. Szczerze mówiąc, ja bym kogoś nie do końca odmóżdżonego sam z siebie nigdy "liberałem" nie nazwał, ale niektórzy tak się do tego określenia przywiązali, czego nie rozumiem, że niech im będzie. Dla mnie to obłędny oksymoron - "mniej odmóżdżony liberał", ale co mi tam.

Parę dni temu pisałem o utopiach i nawet smęciłem coś na temat dalszego ciągu. Że by się przydał, choć u mnie na ogól dalszych ciągów nie bywa, bo mi się wcześniej odechciewa danego tematu. Tym razem jednak pójdźmyż za ciosem i podrążmy nieco problem utopii...

W tamtym tekściku rozważałem utopię która nie musi być aż utopią, czyli jakąś wioskę czy społeczność kierującą się własnymi i dotąd nie praktykowanymi zasadami. Istnieje jednak znacznie poważniejsza forma utopii - utopia, która istnieć by ew. mogła jedynie gdyby zapanowała na absolutnie całym świecie.

Od razu przychodzi do głowy komunizm, zgoda? Niby fakt, ale z komunizmem sprawa jest bardziej skomplikowana, ponieważ nie wiadomo właściwie co to miałoby być. Jeśli komunizm to wszechwładza państwa (czy partii która całkowicie zawłaszczyła państwo, co na jedno wychodzi), i dążenie do całkowitego wyeliminowania wolnego rynku i jakichkolwiek niekontrolowanych przez państwo (czy partię, patrz wyżej) działań "obywateli"... To z przykrością mogę stwierdzić, że jest to koszmar, ale wcale nie coś, co by nie mogło przetrwać w mniej totalitarnym środowisku.

Raczej przeciwnie - prędzej czy później takie państwo zapanowałoby nad całym światem, nie dlatego, że bez tego nie potrafiłoby przetrwać, ale ponieważ taka jest dynamika tego międzynarodowego układu złożonego z totalitarytarnego pancernika i zgraji kajaczków. Oczywiście byłby to koszmar, ale nie o to tu chodzi. Do "życia" byłoby to jak najbardziej zdolne, a nawet do podbijania innych.

Że Ojczyzna Robotników i Chłopów upadła? Po pierwsze zobaczymy, czy naprawdę upadła, czy tylko nieco zmieniła cętki. Po drugie zaś, co już wielkokrotnie mówiłem, ZSRR "upadł", ponieważ nie potrafił się bez przepoczwarzenia skomputeryzować w tempie porównywalnym z resztą świata. Totalitaryzm zaś bez komputeryzacji to tylko dziecinna wersja totalitaryzmu, którą by należało określić proto-totalitaryzmem (gdyby ta nazwa nie brzmiała tak śmiesznie).

Teraz, z komputerami, mamy już sporo kandydatów do osiągnięcia statusu prawdziwego totalitaryzmu - Rosję właśnie, Chiny, no i przede wszystkim Unię Europejską. Ta ostatnia jest oczywiście bezzębna, sklerotyczna, neurotyczna, schizo i skazana na doprowadzenie wszystkich swych zamierzeń do katastrofy, to jednak nie zmienia faktu, że to totalitarny projekt i jego ofiary zapłacą za to, jak wszystkie ofiary totalitaryzmu zawsze i wszędzie.

To była dygresja, najistotniejsze w tym wątku było to, że komunizm nie jest idealnym przykładem utopii, która nie potrafi przetrwać w innym środowisku. Co by sobie leberały na ten temat nie wmawiały. Przykładem takiej utopii jest właśnie liberalizm! Różne głupoty można ludziom dzisiaj opowiadać - o "głosowaniu nogami", o tym że liberalizm rychło doprowadzi do takiego bogactwa wszystkich, że we wszystkich innych krajach władza (nieliberalna oczywiście władza) zostanie zmieciona i powstanie Wielki Wszechświatowy Związek Liberalny... Bez granic, bo niby po co i jakie by miały one w takim świecie znaczenie?!

Proponuję jednak nieco ostygnąć w entuzjaźmie, by na chwilę wrócić do pancerników i kajaków. Prosiłbym liberałów o wyjaśnienie mi, jakim to cudem nasi nieliberalni sąsiedzi nie zbudują sobie pancernika - kosztem na przykład "stopy życiowej obywateli" i ich "jakości życia", czemu nie? to było robione i będzie jeszcze nie raz... A potem nie rozwalą naszych kajaków w drzazgi? Albo nie uczynią z nas swoimi stałymi dostawcami dziewic, pacholąt i matron?

Na zakończenie wspomnę, z nieprzyzwoitą satysfakcją, że mój track record, w odróżnieniu od track recordu liberalizmu, jest w takich sprawach nienaganny. Może trudno by mi to było dzisiaj udowodnić, ale skoro ktoś tyle mojego tekstu przeczytał, to chyba powinien uwierzyć. Otóż zaraz po rewolucji w Iranie wyśmiewałem się z naiwnej wiary pewnego bardzo dziś znanego szwedzkiego profesora Historii Idei (wówczas jeszcze doktora), że Iran stanie się krajem liberalnym i demokratycznym.

Mówiłem mu wtedy, że "przekonanie iż wszyscy ludzie kierują się wyłącznie pragnieniem większych i bardziej kolorowych telewizorów, oraz lepszych lodówek" jest idiotycznym złudzeniem Zachodu, za które on słono zapłaci. W innej rozmowie próbowałem zaś tłumaczyć pewnemu szwedzkiemu socjaldemokracie, że "Rosja z całą pewnością nie wyjdzie ze swego średniowiecza wprost w nasze czasy nowożytne". A więc to, co ja mówiłem dwadzieścia lat temu, nawet nie badzo będąc wciągnięty w sprawy Iranu czy Rosji, a po prostu wiedząc jak działa ten świat... (W czym wydatnie pomogła mi m.in. lektura Roberta Ardreya.) A do tego wystarczy po prostu zrzucić z oczu liberalne łuski.

No to po tej autoreklamie (a były to tylko drobne przykłady, bo tego jest więcej), która jest jednocześnie potężnym prztyczkiem w noski wszystkich nawiedzonych libealnych naiwniaków, żyjących w wyimaginowanym świecie, gdzie "prawa ekonomii" - takie jakie oni rozumieją, ze swoją trójką z maturalnej matematyki i pilną lekturą Ziemkiewicza - całkiem usuwają w niebyt realne fakty dotyczące świata i ludzkiej natury.

Gdyby ktoś się z tą moją opinią nie zgadzał, proponuję rozwinięcie analogii z pancernikiem i kajakami, tak bym (i inni czytelnicy) mógł wreszcie zrozumieć, jak ten liberalizm ma działać nie zamienając się szybko, choćby dla swojej obrony, w absolutny zamordyzm. Jeśli zaś przypowiastka o kajakach i pancernikach z jakichś względów tutaj, zdaniem liberała, nie pasuje, to prosiłbym o wytłumaczenie mi dlaczego.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, stycznia 11, 2008

Dorzynajmy watahy... czyli zakładanie dynastii

Czy ja zawsze muszę pisać o sprawach poważnych? Spokojnie, nie wszyscy na raz! To jak? Nie muszę? No to w porządku, porozmawiajmy sobie zatem o zakładaniu dynastii...

Zakładanie dynastii to oczywiście czynność ambitna, szczególnie w tych naszych czasach. Czasach gdy nikt już ojca matki nie szanuje, na co w pocie czoła pracują liberalne media... Co? Że nie liberalne? Te wszystkie "Wielkie Braty", "Tańce z gwiazdami", "Szkła Kontaktowe" - to nie ma z liberalizmem nic, ale to nic, wspólnego, tak? Nie ma w tym niewidzialnej ręki rynku, chęci zarobienia? Są, ale to nie jest liberalizm, tak? Bo liberalizm to waszym zdaniem oznacza... co? Acha - wduszanie ludziom liberalnej ideologii i jeszcze na tym zarabianie. Brawo, bardzo sprytny pomysł! Nie wiem jednak czy popyt na taką masową rozrywkę byłby dostatecznie masowy, wiecie...

Pozostanę więc, jeśli pozwolicie, przy swojej opinii. Że jeśli coś się kieruje żądzą zysku i może sobie robić niemal wszystko, co zechce - to to jest właśnie liberalizm najczystszej wody. A w rozrywce działa chyba siostra-bliźniaczka Niewidzialnej Ręki Rynku - nazywa się Niewidzialna Ręka Szmiry.

No dobra, co jednak z zakładaniem dynastii? Trudne to jest, jak już żeśmy się zgodzili. Być tym tam cysorzem to też nie byle jaka sztuka... Trzeba umieć z niebywałą godnością dawać obcym ambasadorom rękę do pocałowania, siedząc z niebywałą godnością na kiblu... Jak powiedzmy Ludwik XIV. Trzeba też umieć, w razie niepowodzenia, odejść z gestem, jak powiedzmy Sardanapal. "Nobles, obliż!", to się podobno w eleganckim języku nazywa.

Nikt nie prostestuje, a ja mogę się założyć o co kto chce, że wy w ogóle nie macie pojęcia, kto to taki ten Sardanapal... Prawda? Kto coś o tym panu słyszał? Nie widzę...

Pomyśleć, że sto lat temu połowa europejskich malarzy żyła właśnie z Sardanapala, o librecistach nie wspominając. I nie licząc niezliczonych panieńskich pąsów, dąsów, palpitacji, ekscytacji, waporów... Nie, bachorów do tego nie mieszajmy, takie rzeczy się w dobrych domach NIE zdarzały!

Dzisiaj zaś kto to był ten Sardanapal na żadnych studiach nie uczą, no bo i po co? Gdyby ktoś, gnany wstydem, że z braku klasycznego wykształcenia nie żadnym jest inteligentem, tylko zwykłym niedoukiem (z przechyłem w stronę wykształciucha), to niech sobie tego Sardanapala poszuka w jakichś księgach czy Wikipediach (gdzie jednak pierdoły potrafią pisać niebywałe, na przykład o Oswaldzie Spenglerze, więc uwaga!).

Dla ułatwienia mogę tu wklepać rymelik, którym kiedyś na tego Sardanapala temat napisał. Oto on:

Ambitny ktoś niebywale
Chciał zostać Sardanapalem.
Udało to mu się częściowo,
Gdy ukłuł widelcem teściową,
Żonę swą ugryzł zaś w palec.

Od wielkiej poezji wracając do immanentnych (fajne słowo, daje się włożyć niemal wszędzie, polecam!) trudności bycia monarchą. Fakt, autorytet monarsze potrzebny można, wytrwałą pracą, zbudować. Jeśli się wie jak. Siłą woli można zapewne osiągnąć umiejętność leczenia dotykiem skrofułów, co umieli podobno królowie Francji. W każdym razie, skoro nikt już dzisiaj nie wie (bo i jak by miał wiedzieć przy tym liberalnym szkolnictwie?) co to są "skrofuły", to w razie czego można "skrofułami" ogłosić coś co się rzeczywiście daje leczyć... Ale co ja będę tutaj podawał dokładne recepty, płaci mi ktoś za to? (W razie czego proszę o kontakt. Otwarty jestem np. na tutuł para. Ze stosownymi parafernaliami.)

Dobry też byłby na autorytet monarchy złoty kolczyk, który by można dla większego monarszego majestatu nazwać powiedzmy "kolcem"... Powiedzmy w nosie. Może się to kojarzyć z jakimś ludem pierwotnym, ale w istocie to patent Króla Salomona! A był to przecież monarcha nie byle jaki, wszyscy się chyba zgodzą... Jedni dlatego że tak go przedstawiają w Biblii, drudzy dlatego, że miał słuszne handlowe pochodzenie.

Nie wierzy ktoś, że Król Salomon lansował złote kolce w nosie? Cytuję: "Niewiasta piękna a głupia jest jako złoty kolec w pysku świni". (Koniec cytatu.)

A więc sposobów na majestat jest co niemiara, kiedy już się tym monarchą jest. Co jednak robić, żeby nabrać tego majestatu zanim się jeszcze zostało monarchą? Tak, żeby lud monarchii zapragnął jak wody, jak powietrza, jak "Tańca z gwiazdami"? I żeby wybrał do tej fuchy nas, a nie kogoś innego? W końcu mamy liberalizm i ktoś może mieć więcej forsy, tak? Albo większe poparcie u grupy Bildercośtam.

Trzeba więc sobie zorganizować grupkę wyznawców, a potem nad nią pracować. Dawać im różne zadania do rozwiązania, żeby im się całkiem kontakt z rzeczywistością urwał i żeby tylko nas, w tym purpurowym płaszczu z gronostajami i stosownej koronie, widzieli. Chodzi o rzeczy z gatunku pytanek o klaskanie jedną ręką, uwielbianych przez buddystów od Zen.

Robimy na przykład tak, że z jednej strony wpajamy tym swoim wyznawcom, iż każdy polityk to dureń i skurwiel, z drugiej jednak strony o każdym dosłownie polityku piszemy - i tego się od naszych wyznawców domagamy - per "Jego Hipereminencja Jaśnie Wielmożny Pan Premier". I podobne teksty, które w Bizancjum wzbudziłyby wesołość, nam jednak nawet powieka przy tym nie drgnie. Ma się w sobie to monarchiczne... Coś! Nie wiem dokładnie co, ale chyba to jest je ne sais quoi.

Albo weźmy imiona. Mówimy naszym obecnym wielbicielom, a przyszłym poddanym, że wszelkie zagraniczne imiona koniecznie trzeba tłumaczyć na polski. Co ma i tę dodatkową zaletę, iż pozwala nam pokazać swój patriotyzm. W końcu łatwiej jest zostać monarchą w jednym kraju, niż od razu ruszyć z posad bryłę świata i zostać Wszechmonarchą Uniwersum, prawda?

No więc tłumaczymy te imiona... Jak dotychczas największym naszym osiągnięciem było w tej dziedzinie zwanie dość niegdyś znanej sowieckiej marionetki pełniącej rolę władcy Chile per... Słuchajcie słuchajcie! Per ZBAWICIEL Allende! Bo facet miał na imię Salvador, co faktycznie przekłada się na nasze jako Zbawiciel. Ale to przezabawne zderzenie lewaka ze Zbawicielem, szczególnie gdy się głosi hiper-tradycyjny katolicyzm (co akurat jest dobrą rzeczą)!

Czyste klaskanie jedną ręką! Każda mózgowa półkula zaczyna sobie wędrować swymi własnymi drogami, dobrze, jeśli raz na parę lat jedna drugiej wyśle kartkę na Nowy Rok.

Na temat tłumaczenia imion miałbym jeszcze masę przezabawnych konceptów własnego chowu, zakończę jednak anegdotką...

Do czarownka przychodzi młody Indianin i mówi: "Słuchaj Milcząca Skało, to ty wymyślasz w naszym plemieniu imiona dla wszystkich dzieci?"

- Tak, ja. A co?

- A mógłbyś mi powiedzieć jak to robisz?

- Siedzę sobie przed wigwamem i palę fajkę, a tu przychodzą i mówią mi, że urodziła się dziewczynka. Albo chłopiec. To ja się rozglądam dookoła. I powiedzmy widzę jak chmura zasłania słońce. No to mówię: "ta dziewczynka będzie się nazywała Chmura Zasłaniająca Słońce". Albo powiedzmy widzę, że wysoko leci orzeł. No to mówię: "ten chłopiec będzie się nazywał Orzeł" Lecący Wysoko. A dlaczego cię to zainteresowało, Dwa Pieprzące Się Psy?

Gdyby ktoś miał wątpliwości co do znaczenia tej anegdotki w realnym życiu, to zwracam uwagę, iż, w dobie globalizacji itd., wcale nie jest tak bardzo wykluczone, że kiedyś Monarcha będzie... Wedle odpowiedniego protokołu, być może wzorowanego na tym z dworu Ludwika XIV... Przyjmował ambasadora powiedzmy Siuksów... Albo innych Huronów... I Pan Ambasador - Jego Hipereminencja cum Ekscelencja czy jakoś tak - będzie nosił tego typu imię. Do którego już jego plemię zdążyło się przyzwyczaić... Jak i do innych malowniczych imion nadawanych przez Milczącą Skałę...

Co jednak z NASZYM ludem? Z poddanymi naszego Monarchy Ukochanego? Nie ma ten lud wprawdzie skrofułow, ale fakt, że w rękę całuje monarchę, gdy ten siedzi z monarszą godnością na sedesie, ktoś o imieniu... Wiadomo jakim. Albo - apage Satanas! - jakimś JESZCZE straszniejszym? (Bo Milcząca Skała był na kacu.)

I tym optymistycznym akcentem kończę. Jeszcze może tylko wykrzyknę: Niech żyje Monarchia! (Fanfary, werble, chóry starców zawodzą.)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, stycznia 10, 2008

Pookładajmy się kijami... tym razem na temat utopii

C. N. Parkinson, ten od "Prawa Parkinsona", w swej książeczce poświęconej genezie brytyjskiej Partii Pracy "The Left Luggage" przepięknie wyśmiewa się z Marksa i jemu podobnych. Mówi mianowicie tak: "Czy to nie zadziwiające, że tylu ludzi na których ich własne rodziny nie mogą patrzeć, jest głęboko przekonanych, iż mają prostą i genialną receptę na uszczęśliwienie całej ludzkości?"

Słowa te przypominają mi się zawsze, gdy czytam lub słyszę jakieś kunsztowne elukubracje lawactwa, a już szczególnie liberałów (bo "Liberalizm to lewactwo sklepikarzy", jak twierdzi Triarius the Tiger) o tym, jak to by pięknie było na świecie gdyby rządziły nim ich przemądre pomysły.

Porozmawiajmy więc chwilę o utopiach. Wczoraj trochę na ich temat porozmyślałem, i stwierdziłem, iż istnieją ich co najmniej dwa rodzaje, jak i co najmniej dwa rodzaje ludzi, którzy się czymś takim lubią zajmować.

Jeden rodzaj utopii wynika z filozoficznego się zastanawiania nad tym, do jakich to warunków człowiek jest w istocie stworzony. Niekoniecznie dosłownie "stworzony" - tutaj poglądy są różne, ale jakie mu najlepiej pasują, o to raczej ze względu na wartości, niż jedynie ze względu na pełny brzuch i coś do popicia.

No dobra, ale cóż to jest w takim razie ta filozofia? Zazwyczaj, choć mam do tego sam sporą skłonność, skłaniam się ku opinii, że filozofia to skutek uboczny naszej przeogromnej i prze-pomarszczonej kory mózgowej, która, kiedy nie bardzo ma jak wykorzystać swój niesamowity potencjał - a w końcu nie każdy z nas, i nie przez cały czas, zajmuje się intrygami na dworze sułtana, dowodzeniem wojennymi kampaniami czy spekulacjami na dziennych cyklach giełdowych - zaczyna sama z siebie rozczepiać włosy na niezliczoną ilość części, poszukiwać definicji pojęć takich jak czas, odpowiedzi na pytania o istotę bytu...

Paranoja krótko mówiąc, jak się na to w miarę trzeźwo spojrzy. No bo nawet jeśli komuś za to płacą, to przecież są chyba jakieś granice i można się zająć czymś w miarę uczciwym - choćby stać przy szosie w minispódniczce, sprzedając swoje wdzięki.

Tak normalnie uważam i to z przekonaniem, ale potem nagle kolejny raz wpadam na argumentację jakiegoś "hiper-prawicowego" liberała, i wtedy widzę, że jednak nieco filozofii jest niezbędne po prostu do poprawnego myślenia o nieco bardziej skomplikowanych sprawach. Ponieważ zaś coraz więcej spraw wokół nas to właśnie sprawy nieco bardziej skomplikowane, więc nie ma rady - albo trzeba liznąć filozofii! I to nie tylko von Misesa (filozof?), Locke'a z Voltairem (nikt ich nie czyta, ale każdy po nich powtarza) i Kanta z Humem (autentyczni filozofowie tym razem, ale też sama esencja Oświecenia, które nas wszystkich obecnie dusi jak jakaś poranna astma, tylko gorzej). Inaczej będziemy się w tym cholernym Oświeceniu kręcić jak nie przymierzając... (Tu każdy może sobie wstawić co lubi, bo ja staram się unikać skatologii.)

A więc jeden rodzaj utopii wynika z zastanawiania się, filozoficznego, nad idealnymi warunkami dla ludzi. Człowiek to istota społeczna - trzeba być kompletnie odmóżdżonym liberałem, żeby sobie z tego nie zdawać spawy - więc od idealnych warunków dla pojedynczego człowieka do idealnego społeczeństwa droga krótka. Nic w tym jeszcze specjalnie zdrożnego, o ile oczywiście zatrzymuje się to na poziomie teoretycznej refleksji.

No ale dobra, niech i wyjdzie to kawałek poza czystą refleksję... Ktoś zakłada sobie w jakimś lesie wioskę, albo powiedzmy cały taki kraik, gdzie rządzą te przez niego stworzone reguły. Ludzie, którzy chcą tego nowoodkrytego szczęścia skosztować, sprzedają swoje majątki i jadą do tego tam falangsteru, czy jak to się nazywa. Żyją tym szczęściem, żyją... Jeśli zarządcy tego raju uczciwie przedstawili wszystkie swoje plany i realizują je sumiennie... Jeśli przy tym traktują swe owieczki przyzwoicie... To tutaj jeszcze nie ma, w moich oczach, nic specjalnie zdrożnego.

Tym bardziej, jeśli owieczki mają szansę to szczęście w każdej chwili opuścić, zachowując to, co im się zgodnie z umową należy. Czy takie coś, taka utopia znaczy, byłaby automatycznie lewicowa, prawicowa, czy może neutralna w stosunku do osi lewicowość-prawicowość? Wydaje mi się, że tego nie da się określić bez dokładnej znajomości programu tej "utopii". W końcu to może nie być żadna prawdziwa utopia, a tylko jakaś - zgoda, od nowa skonstruowana, choć i to może być tylko w niewielkim stopniu, ponieważ można jako budulca użyć całej, albo całych, gotowych społeczności, choćby całych rodzin - społeczność, która stara się żyć poza panującymi wokół warunkami.

Te warunki to przede wszystkim władza, lokalna, państwowa, a dzisiaj w z dnia na dzień większym stopniu ponadpaństwowa. Jeśli taka "utopia" byłaby zbudowana na jakiś w miarę trzeźwym konserwatywnym ideale, nie byłaby moim zdaniem z założenia lewicowa. Gdyby jednak była SKRAJNIE konserwatywna, próbująca powiedzmy, w naszych czasach, odtwarzać Spartę Likurga czy asyryjskie imperium na mniejszą skalę... To już, paradoksalnie, dla mnie byłaby to prawdziwa utopia, a więc na pewno nie coś prawicowego, a zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że wprost lewicowego.

Jako że niezbędne byłoby wyhodowanie nowego człowieka, i to nie wychowanie go, metodą ewolucyjną i w miarę naturalną, tylko przez uruchomienie celowego i na dużą skalę projektu inżynierii społecznej. To zaś - słuchajcie wszystkie leberały od "wziąć za mordę i wprowadzić wolność" - jest dążenie czysto lewicowe.

Nie mówię oczywiście o wzięciu za mordę komucha i wprowadzenie wolności, co należało zrobić jak najbardziej. Te znane słowa Stefana Kisielewskiego, guru rodzimych leberałów, dotyczyły jednak wzięcia za mordę tych, którzy, jak leberały mniemają, mieliby z tej wolności skorzystać. Wolność oczywiście miała dotyczyć niemal wyłącznie rynku, ponieważ leberały niewiele poza nim dostrzegają, choć słowa przychodzą im na tyle łatwo, że sporo mówią i na inne tematy.

No dobra, to mamy jeden rodzaj utopii (która nie musi być nawet utopią) w miarę przedyskutowany. Weźmy się teraz za ten drugi...

Sorry, długie to się zrobiło. Jeśli będzie jakiś odzew, to pociągnę ten temat dalej. Przeważnie moje z założenia wieloczęściowe teksty albo nie mają żadnego dalszego ciągu, albo i tak nie dochodzą do konkluzji... Nad czym jakoś nikt specjalnie nie płacze, może to i szkoda. Tym razem jednak, Obywatele, ogłaszam - jeśli będzie autentyczna dyskusja, intelektualna burza, okładanie się kijami, strzały w dyskotekach, demonstracje na ulicach... Co ja wam będę cholera podsuwał pomysły - sami wiecie... A więc, jeśli będzie przyzwoity (!) odzew, to się jeszcze wywnętrzę na temat utopii. ("W sobie". I "dla siebie". Choć to drugie to w istocie nie rozumiem co by miało znaczyć.)

A więc do dzieła! Przygotowywać transparenty, wycinać młode dębczaki, ostrzyć noże...

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.