Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
sobota, czerwca 07, 2008
Blogowa prawda nas wyzwoli?
Czyż nie opłacałoby się nam zaatakować imperium X. akurat z północnego wschodu? Nawet gdyby to oznaczało przedzieranie się przez niedostępne chaszcze, komary, mrówki, anakondy, ludożerców i kibiców piłkarskich? Czyż, gdy dane nam już będzie spotkać się z kimś należącym do elity rządzącej imperium X. - na przykład poselstwem od ich króla, albo strażą graniczną - nie powinniśmy wszyscy zadać sobie ten drobny, ale jakże potrzebny tu, wysiłek i robić zeza?
Powiedzmy, że bitny i dumny lud Y., zdominowany przez imperium X. i nienawidzący swych ciemiężców, wierzy równie głęboko jak tamci w swoje, na przykład w to, że kiedyś pojawi się jedenastu bogów, którzy poprowadzą go do zwycięstwa nad imperium X. Nas jest zaś dziesięciu, czyli prawie, ale jednak nie całkiem... Czyż nie warto nam zadać sobie trud i ubrać w najlepsze szaty wyprodukowanego specjalnie słomianego chochoła? Albo powiedzmy konia? Mimo wszelkich analogii z Neronem?
Te przykłady, co może kogoś zdziwić, są wyimaginowane. Jednak jest cała masa podobnych przykładów uczących, iż warto znać mowę i obyczaje wroga. Weźmy chociaż bitwę pod Legnicą. Gdyby nie ta zgraja renegatów, sprytnie podpuszczona przez Tatarów, by pałętając się wśród naszych rycerzy wołać "bieżajcie, bieżajcie!"... Jak by się potoczyła nasza historia? Nikt nie wie, ale w każdym razie Tatarom byłoby na pewno mniej łatwo.
Wracamy teraz do naszych własnych czasów. (Nie żeby one mi się aż tak podobały, ale jednak w nich, cholera, żyjemy.) I zajmiemy się znajomością wroga przez polską prawicę. Lub, ściśle mówiąc, całkowitym brakiem elementarnego zrozumienia motywów i psychiki tego wroga. Gorzej - wmawianiem sobie na te tematy najbardziej niestworzonych i nieprawdziwych rzeczy!
Polski współczesny prawicowiec gorąco wierzy, iż lewakowi, ojropejskiemu internacjonaliście, pętakowi mającemu w dupie Polskę i pragnącemu jedynie zarobić i poszaleć po klubach, wystarczy wytłumaczyć, że patriotyzm, tradycyjne wartości, idealizm, bezinteresowność - to są wszystko piękne rzeczy. Po prostu trzeba o tym gadać dość długo i dość głośno, niektórzy sądzą jeszcze że z fajnymi stylistycznymi fioriturami. I wtedy ten lewak (ten ojropejs, ten pętak itd.) to zrozumie. A jak zrozumie, to się od razu zmieni. I zostanie patriotą o rozsądnie konserwatywnych przekonaniach, które będzie uczciwie kultywował. I nawet jeszcze zacznie działać w Kółku Różańcowym.
Otóż nie, moi państwo! Jeśli ja cokolwiek wiem o życiu i ludzkich motywach, a sądzę że wiem niemało, to to po prostu tak nie działa. Fakt, rozumienie cnoty (nie mówię o słodkiej błonce między nóżkami, tylko o rzymskiej virtus - tej od Virtuti Militari) jako wiedzy, jest typowe dla takich okresów w historii, jak nasz. Czyli okresów, mówiąc wzgl. optymistycznie - późnych, gdy zdolność racjonalnego myślenia została ogromnie udoskonalona i stała się powszechna, ale także przytłacza już wszystko poza sobą. Zaś mówiąc mniej optymistycznie - w czasach schyłku, bo nie mam cienia wątpliwości, że w takich czasach żyjemy.
Nieistotne, że niektóre rzeczy są jeszcze na poziomie (jak telewizyjny kanał Mezzo), albo nawet się rozwijają (np. różowe golarki do części intymnych) - cała nasza zachodnia cywilizacja (której Polska jest peryferią) jedzie już na wstecznym biegu. Co nie znaczy że od razu musi się zawalić, choć wielu się o to stara. Np. w Brukseli. I nie da się chyba zrozumieć tego co głoszę i do czego nawołuję, jeśli się całkiem odrzuci ten pogląd o schyłkowości naszych czasów. Jeśli się W TYM mylę, mylę się też w całej masie innych rzeczy!
Co do tego widzenia cnoty - a w istocie to wszystkiego co tylko da się w ogóle w ten sposób pojąć, choćby to wymagało niesamowitych myślowych akrobacji - jako pewnej wiedzy... U nas to trwa od Oświecenia, tak jak w antyku trwało od sofistów i Sokratesa. (Spengler o tym oczywiście b. interesująco i przekonująco mówi, ale kogo to może zainteresować, prawda?)
Było tu trochę filozofowania i abstrakcji, było nawet nieco fantazji - mówię o imperium X. Ale ta sprawa ma całkiem konkretne zastosowanie. Otóż polska prawica naprawdę uważa, iż wszystkim tym schyłkowym, antymetafizycznym, mającym wszystko poza konsumpcją i zabawą w... excusez le mot - dupie, wystarczy WYTŁUMACZYĆ. Potęga mediów i te rzeczy. Skoro lewackie i postkomunistyczne media robią nam tyle krzywdy (Polsce, wartościom, prawicy, katolicyzmowi itd.), to NASZE media (na początek choćby blogi) zrobią tyle samo krzywdy im. Ergo zrobią dobrze nam i naszym wartościom! Hurra i alleluja!
Tylko że to tak nie działa. Tamci ludzie kierują się wprawdzie dość różnymi motywami - bo fakt, że nie każdy kto się z nami nie zgadza to bezmyślny hunwejbin, choć te subtelniejsze przypadki lewactwa i ojropejskiego totalitaryzmu wcale na ogół nie są lepsze. Weźmy z jednej strony Michnika, a z drugiej np. ojroprofesora Sadurskiego. Kierują się różnymi motywami, ale to całkiem nie są nasze motywy! W tym rzecz. Dla nich jesteśmy zgrają głupich, niezaradnych gadających pierdoły fanatyków. Z naszą Polską, z naszym katolicyzmem, z naszymi wartościami.
Oni wiedzą, gdzie jest chleb posmarowany, i dla nich TO jest argument. Ja się z tym oczywiście nie zgadzam, nie zgadzam się, że to o wszystkim przesądza, nie mogę jednak twierdzić, że kwestia tego, czy się odnosi w realnie istniejącym świecie sukces czy też porażkę... Albo chociaż gada i szlocha bez żadnych dla siebie czy swojej sprawy korzyści - potrafię uznać za kwestię bez znaczenia.
Jasne, należy czcić swoich poległych bohaterów, ale oni nie dlatego zasługują na cześć, że są polegli, tylko dlatego że byli bohaterami. Mógłbym to precyzyjniej, ale chyba każdy rozumie. Motto mojego bloga, to cytat z (podobno) gen. Pattona: "Nie chodzi o to, by zginąć za ojczyznę. Chodzi o to, by to tamten skurwysyn zginął za swoją ojczyznę". I o to właśnie naprawdę chodzi! O sukces - nie o pozowanie od razu do nagrobkowego zdjęcia na porcelanie.
Zrozumcie wreszcie ludzie, że dla większości będziemy zawsze głupcami - niezaradnymi (bo nie potrafią sobie załatwić grantu z Brukseli), fanatycznymi, wierzącymi w różne "nienaukowe" sprawy. Ja potrafię z tym żyć, wy też powinniście spróbować. Zamiast, jak dotychczas, wierzyć w "przekonywanie", w "potęgę wolnych mediów" i podobne dyrdymały. Zgoda, warto niektórych poprzekonywać, bo do tej zgrai dołączyło się z niewiedzy nieco sensownych potencjalnie ludzi. Zgoda, warto mieć wolne media, choćby po to, by nie zatruwać samych siebie mediami niewolnymi, a jeszcze, w miarę możności, innych od tego uchronić.
Ale na przekonywaniu nie da się naprawdę nic wielkiego dzisiaj zbudować! Nie mówiąc już o budowaniu czegokolwiek na programowym samooszukiwaniu. Bo czymże innym jest wmawianie sobie, że zwycięstwo będzie łatwe i wymaga tylko nieco głośniejszego i obfitszego gadania? Gadania, w dodatku, całkiem tych samych, po raz stutysięczny, rzeczy? Które już od dawna spływają po ogromnej części swych adresatów jak przysłowiowa woda po gęsi (nie powiem "kaczce", wiadomo dlaczego).
Myśleniem się wszystkiego nie załatwi, konieczne jest jeszcze działanie. Ale myślenie naprawdę jest niezbędne do skutecznego działania. I nie mówię mędrkowanie w oświeceniowo-mózgowym stylu, którego tak wiele niestety również na prawicy, tylko o sensownym planowaniu swych działań. "Prawda cię wyzwoli", zgoda, ale prawda to nie jest chyba tylko wybrana część prawdziwej prawdy? Bo prawdziwa prawda polega, o ile ja cokolwiek z tego rozumiem, na tym, by zrozumieć, nie bać się dać świadectwa, oraz zrobić to, co jest do zrobienia.
Więc proszę mnie raczej Janem Pawłem II tutaj nie walić po głowie, bo On na pewno nie mówił o jakiejś gnostyckiej wiedzy załatwiającej samą swą siłą wszystko. W PRL, zgoda, nie było łatwo działać, więc dla wielu ludzi samo poznanie prawdy i odrzucenie kłamstwa stanowiło wielką rzecz. Jednak tylko działanie może cokolwiek zmienić. Prawda, jak i myśl zresztą, która nie prowadzi - bezpośrednio czy pośrednio - do konkretnych działań, nie jest całą prawdą. No niech będzie - jest może prawdą, ale w jakiś sposób ewidentnie chorą i kaleką.
Nie wmawiajmy sobie zatem, że - skoro akurat pisanie na blogach nam najłatwiej przychodzi - to wszystkim, czego potrzeba do zwycięstwa będzie więcej tego pisania i docieranie z tym do większej ilości ludzi. Tak łatwo to nigdy nie jest!
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Prawicowe zęby w przedpokoju
Dla mnie chociaż sprawa jest prosta - to nie jest żadna prawica. Powtarzam - leberały i anarchiści nazywający się (jedyną prawdziwą) prawicą to żadna prawica, to utopijne lewactwo! I różne prześmieszne anachroniczne rojenia w rodzaju monarchizmu nic tu nie zmienią. Też mogę mieć negatywne zdanie na temat np. tzw. "równouprawnienia", ale to są sprawy w sumie w stosunku do ideologii wtórne. Choć ważne, zgoda.
No to tych mamy odfajkowanych. Żeby jeszcze w realu z sekciarzami było tak łatwo! Druga część naszej - pożal się Boże! - prawicy (i "pożal się Boże" jest tu wyjątkowo wprost na miejscu!) stanowi cięższy orzech do zgryzienia. Nie dla lewactwa, ojropejsów, cieniasów i totalitarystów oczywiście - krótko mówiąc wrogów - tylko dla kogoś, kto chce to jakoś zrozumieć. A nawet współdziałać, ale właśnie z naciskiem na "działać". Czyli skutecznie. Bo nieskuteczne działanie to z definicji żadne działania - to bicie piany. Czy jak to sobie chcemy w aktualnym młodzieżowym żargonie określić.
Tej drugiej kategorii nie potrafiłbym odmówić miana prawicy. Nie potrafiłbym także odmówić im uczciwych zamiarów, szczerości, głębi przekonań. Problem w tym, że to prawica bezzębna. Z definicji bezzębna, co gorsze, ponieważ dla tych ludzi esencję samą prawicowości stanowi bezzębność. Czyli nieagresywność. Czyli nadstawianie drugiego półdupka, kiedy dostało się kopa w dupę. Czyli bycie "pokoleniem JP2", które to pokolenie zdefiniował jednak, przypominam, nie Św. Paweł w Liście do Koryntian, tylko rodzime media. Takie, jakie one są. Czyli niespecjalnie uczciwe, niespecjalnie bezinteresowne, rzadko do głębi polskie...
Ta "prawdziwa" prawica jest, krótko mówiąc, bezzębna. I to nie dlatego, że zęby jej jeszcze nie wyrosły. Nawet nie dlatego, że te zęby ma w szklance na stoliku w przedpokoju, a ktoś zamknął drzwi na klucz i wyszedł z tym kluczem. Nie! - ona taka jest z samej zasady. Inaczej, jak sądzić się zdaje większość jej najbardziej wpływowych przedstawicieli - prawicą od razu by być przestała.
Przyznam, że dla mnie jest to idiotyzm. I to zarówno z czysto teoretycznego punktu widzenia, bo prawicowości na przestrzeni wieków można słusznie zarzucić masę rzeczy, jednak raczej nie bezzębność. W dodatku nasi wrogowie świetnie to wiedzą, bez przerwy nakręcając się wzajemnie przypominaniem "naszych" dawnych win. Całkiem anachronicznie i najczęściej bardzo fałszywie. Jednak fakt, że "prawica" to nigdy w historii nie znaczyło "zgraja aniołków, które nigdy by muszki nie skrzywdziły".
Ani nawet "słodkich, z lekka (?) eunuchoidalnych, ministrancików o ślicznie przylizanych przez mamusię włoskach, którzy by muszki nie skrzywdzili". (Nie żebym odczuwał aż taką wrogość akurat do muszek. Faktycznie dostrzegam wielu pilniejszych kandydatów do zrobienia im kęsim.)
To było o historii i teorii. Na temat praktyki, realu i teraźniejszości, powiem tylko na zakończenie, iż "prawica" z założenia nieskuteczna nie jest w mojej opinii żadną prawicą. Z założenia nią nie jest! Nieskuteczne z założenia może być lewactwo. Niestety, o dziwo, w rozkładaniu prawicy i normalnej, zdrowej tkanki społecznej, oraz normalnych, zdrowych wartości, lewactwo okazuje się zadziwiająco skuteczne. Nieskuteczne z założenia mogą też być "realne" partie (?) polityczne (?). Ale na temat folkloru politycznego powiedziałem już chyba dość na początku. Mnie interesuje polska prawica, nie skanseny i tabuny niedouków wmawiających sobie, że stają się intelektualną elitą powtarzając wygłupy swego guru.
Czas chyba by - jeśli powrócić do tamtej mojej metafory - ktoś wreszcie wyważył te drzwi i przyniósł sklerotykowi te jego zęby. Sklerotyk to oczywiście polska prawica. Że zęby sztuczne? A co zrobić, skoro prawdziwe jakoś nie wyrastają? Może jakimś cudem ten tknięty już wyraźnie Alzheimerem geront odmłodnieje? I przynajmniej przestanie bez sensu bełkotać. Wmawiając sobie i innym, że jest ślicznym nieletnim ministrantem. Który, w nagrodę za swój niezrównany wdzięk i takąż niewinność, ma przed sobą ogromną przyszłość, zagwarantowaną przez Niebiosa.
Szatan nie śpi, przypominam to wszystkim bardziej ode mnie religijnym rodzimym prawicowcom. I albo trzeba poświęcić życie, by go zwalczyć modlitwą i postem, albo jednak przeciw Złu działać ziemskimi metodami. Ale skutecznie. Z zębami.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
piątek, czerwca 06, 2008
Bonmot Hrabiego i spocony tow. Zemke
Spengleryzowaliśmy sobie dzisiaj od niechcenia z Hrabią, jak to człek ma skłonność, kiedy zręby do wykuwania, a jemu, człowiekowi znaczy, się nie chce. Hrabia co pewien czas wyskakiwał z jakąś "oligarchią" albo "koncesją", ale bez większego przekonania - podejrzewam, że ostatnio robi to głównie po to, by mi udowodnić, żeśmy go jeszcze całkiem ze Spenglerem nie przekabacili.
Że intelektualne wpływy koleżków z blokowiska nadal są potężne, on zaś, Hrabia, niczym tytan dzierżący sklepienie niebieskie... A nawet dwa sklepienia niebieskie... Żonglujący nimi lekko i z dnia na dzień większą swadą... Te rzeczy. Kto chce, może na chwilę przymknąć oczy i sobie to wyobrazić. Zapewniam, że to b. atrakcyjny widok i się nie rozczaruje.
Jeśli mu się uda, może potem spróbować wyobrazić sobie spoconego tow. Zemke, spocone ABW i WSI... Wpatrujące się w literki, nadsłuchujące... Łapiące aluzje niczym bocian żaby (piękny motyw ze znanego trzynastozgłoskowca mojego autorstwa, który był kiedyś opublikowany w Tekstowisku, ale potem mi go usunęli, razem ze wszelkimi śladami po mojej niegodnej osobie).
Tow. Zemke, jęcząc głucho i wyrywając sobie włosy z głowy, nerwowo grzebie w starym wydaniu Spenglera cyrylicą, starając się zrozumieć aluzje... ABW co chwila spogląda na siebie bezradnie, w milczeniu, bez słowa... WSI drapie się po karku, i w ogóle gdzie popadnie, co chwilę wykrzykując w komórkę "da tawariszcz kamandir! eto budiet sdiełano!".
A potem, już cicho, do siebie, płaczliwym głosem: "tylko q...wa jak? powiedzcie wy mnie tawariszczi!"). Dzień jak co dzień, innymi słowy. Dzień jak co dzień III RP, Hrabiego i mnie. A jednak nie był to taki całkiem zwyczajny dzień... Hrabia bowiem w pewnym momencie rzucił bonmota. Zdarza mu się to całkiem nierzadko, choć nieczęsto, mimo wszystko, są to bonmoty aż tej klasy, głębi i błyskotliwości.
Tym razem Hrabia rzekł: "mam nowego bonmota". Tak mówi niemal zawsze w takich przypadkach i to mnie jeszcze nie zaskoczyło. Potem zaś rzekł, cytuję: "W Kulturze się robi, w Cywilizacji się gada". Jakby mi coś w mózgu wybuchło, rozbłysło i rozświeciło całą rzeczywistość, całą historię... Jednocześnie usłyszałem, uszyma duszy, ale to nie były żadne zwidy, to była rzeczywistość... Usłyszałem jęk WSI, skowyt ABW, oraz westchnienie tow. Zemke... Jakby ktoś z ogromnego miecha na raz całe powietrze wypuścił...
To co Hrabia powiedział, stanowiło akurat zadziwiający pendent do moich własnych przemyśleń kilku ostatnich dni. O których może napiszę, a może nie napiszę, ponieważ, zgodnie z genialnym bonmotem Hrabiego - ujmującym w krótkim, prostackim niemal, zdaniu dużą część spengleryzmu - gadania ci u nas nie brakuje. A przecież pisanie na blogu to też gadanie. Jedynie. Na pewno w każdym razie nie działanie.
Jakie były te moje głębokie przemyślenia ostatnich kilku dni? Te, za których poznanie tow. Zemke, ABW i WSI oddaliby... Nie wnikajmy dokładnie co by oddali, ale nie ulega wątpliwości, że niemało. Jakież więc one były? Może to wyjawię moim słodkim czytelnikom, ale już nie tym razem, bowiem dość już głębokich rzeczy'm dzisiaj powiedział, dość już żem tajemnic alkowy zdradził, dość już żem słów wygenerował.
A zatem, do następnego razu. Ciąg dalszy MOŻE jeszcze nastąpić, to niewykluczone. Deo volente, ale także triario volente, bo może mi się po prostu nie chcieć. Nie chcieć napisać akurat o tym, albo nie chcieć już pisać na blogu w ogóle. Nie mówię oczywiście o spenglerowaniu sobie od niechcenia z Hrabią, drogim druhem.
Nie byłbym tak okrutny, by odbierać chleb tow. Zemke i innym towarzyszom, których tu przelotnie wspomniałem. I których, korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam!
triarius
---------------------------------------------------Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
wtorek, czerwca 03, 2008
Jak się w III RP robi politykę (czyli biężączka à la Tygrys)
Czasem się jednak na biężączkowe tematy wypowiem, kierując się zasadą, że "biężączka to zbyt poważna sprawa, by zostawić ją wyłącznie biężączkowiczom". (Tak jak i prawa nie można, moim zdaniem, zostawić prawnikom, bo z tego wynika spora część obecnego upadku naszej cywilizacji, z nieszczęsną Polską na czele.) A więc oto mała porcja biężączki w stylu Pana Tygrysa...
Julia Pitera, pełniąca, z tego co kojarzę, w obecnym rządzie jakieś hiper-odpowiedzialne stanowisko w ramach walki z korupcją, oburzała się przed chwilą w TVN24 na polityków, którzy sobie na służbowe karty kupują pizze. Nie ma bowiem, zdaniem pani Pi, żadnego znaczenia ile pieniędzy podatnika zostaje w podobnie karygodny sposób przehulanych. Rozumem, że nieważne, czy mamy do czynienia z przejęciem kilku szpitali, leżących na wartych miliardy terenach, które potem można z korzyścią spieniężyć a uzyskaną sumę schować do prywatnej kieszeni, pacjentów wysyłając szybkim lotem na łono Abrahama, czy też że zapracowany polityk, głodny jak diabli, kupił se z karty, która akurat wpadła mu w rękę pizzę Carbonara z podwójną porcją oliwek.
Madame Pitera jest tak oburzona tymi ostatnimi praktykami, że aż "odechciało jej się" (to jej własne słowa!) zaprezentować raport, który je ujawnia... W trosce, jak mówi, o naszą psychikę, ponieważ opisane w tym raporcie fakty były aż tak wstrząsające. I jeszcze mówiła coś o tym, że zaufanie do całej klasy politycznej zbytnio by na tym ucierpiało. "Całej"? Dlaczego całej? Że spytam.
Przecież największą i najpopularniejszą partią w tym, przyznaję - nieszczęsnym - kraju jest Platforma Obywatelska. Której politycy żadnej prywatnej pizzy sobie na państwowe karty nie kupują. Ba! - oni nawet na pizzę nie spojrzą. Co innego homary i kawiory. Ale zawsze za swoje. Co nie ma oczywiście nijakiego związku z prywatyzacjami szpitali i podobnymi sprawami.
Towarzyszka (partyjna oczywiście - Tuska Donalda i Schetyny Grzegorza m.in.) Pitera, kiedy ją dziennikarz TVN24 łagodnie pocisnął na temat tego nieopublikowanego, nieznanego nikomu w żadnej oficjalnej wersji, a tak wedle słów jego autorki wstrząsającego, raportu, odrzekła była, że przecież te informacje były już dość obficie podawane przez media. No to ja zapytam - w ramach przecieku były mediom znane i podawane? Bo jeśli nie, to co to ma wspólnego z raportem tow. Pitery i w ogóle jej działalnością?
Działalnością, przypominam, za podatnika, czyli nasze, pieniądze. Która polega na tym, że się za coś polityk bierze, potem zaś "mu się odechciewa". Za co więc otrzymuje pieniądze? Że spytam. Co więcej, jak każdy z pewnością wie, nie jest to u tow. Pitery aż tak wyjątkowe zachowanie. Mieliśmy już dokładnie to samo ze słynnym raportem na temat zbrodni Mariusza Kamińskiego i CBA. Przyznam, że ja bym już wolał tow. Piterze zafundować jedną czy drugą pizzę, niż tolerować jej opieprzanie się połączone z biciem piany w różnych tefauenach. (Wczoraj była zresztą w programie Pospieszalskiego, i także oczywiście bełkotała pokrętnie oraz bez sensu.)
Oczywiście - działalność tow. Pitery MA swój cel, sens i jest warte, by był opłacane. Tow. Pitera pojawia się przecież zawsze na wizji, fonii i ze swymi rewelacjami wtedy, gdy coś w Platformie tak zaczyna śmierdzieć, że nawet tępy rozum niedokształciucha uważającego że Tusk jest cool, ma z tym drobne problemy. Zaś dziennikarz TVN24 zaczyna się lekko obawiać, że jutro Waaaadza może uznać, iż Platforma zbyt już się skompromitowała. I trzeba zdjąć z niej parasol medialnej ochrony. A wtedy on, gorliwy i służbisty dziennikarz, zostanie nagle z dłonią w nocniku. Tylko dlatego, że wykazał przesadnie wiele gorliwości w realizacji dotychczasowej linii.
A więc, nie zarzucajmy tow. Piterze, że nic nie robi! Robi masę, i to na samym froncie brutalnej walki z faszyzmem i widmami IV RP. Pozostaje tylko pytanie - czy na pewno właśnie ZA TO są w Polsce opłacani demokratycznie wybrani politycy?
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
poniedziałek, czerwca 02, 2008
Zdrajcy wcąż jeszcze za swe zbrodnie nie zapłacili, za to ja mam problem...
Cóż, tak czy tak, wypada umieścić, a poza tym one są naprawdę śliczne! Gdyby wszystko tak wychodziło naszej prawicy jak Yarrokowi te obrazki, bylibyśmy wielcy, a zdrajcy przemykaliby się w najlepszym przypadku po kątach, jeśli nie dyndali na gałęziach. Oto w każdym razie jeden z tych słusznych, pięknych i aktualnych obrazków:
Na pohybel zdrajcom! Zaś więcej podobnie udanych obrazków na ten sam temat tutaj i tutaj.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
niedziela, czerwca 01, 2008
Pomysł na naprawdę wspaniałe wakacje (i nie tylko to)
A więc, drogie ludzie, nie oczekujcie nowych tekstów, dopóki nie przeczytacie tego wszystkiego com dotychczas napisał - ze zrozumieniem! - i nie okażecie tego faktu rozpętując rewolucję. Jaką? Napierniczak proszę? ... Co ty gadasz? Siadaj kretynie i won mi z mojej klasy! Klasa wie? Bardzo dobrze Tusiak. Prymus z ciebie. I Siuśk też prymus, tak. Już nie płacz! Rewolucję paleokonserwatywno-zoologiczną - mówiłem to przed chwilą, było słuchać durny komuchu! To do Napierniczaka. Kazałbym mu przyjść ze starymi, ale nie chcę oglądać kogoś takiego. Nikt normalny by nie chciał.
A więc, wracając do naszego głównego wątku, prosiłbym o przeczytanie wszystkiego tutaj, przemyślenie... Potem zaś można zabrać głos w dyskusji. Pisać komentarze znaczy. A najlepiej to sobie po prostu wszystko wydrukować i zabrać z sobą na wakacje. I czytać, czytać, czytać! Plus trochę w głowie analizować. Żeby nie skończyć jak Napierniczak!
Można nawet przyjechać nad polskie morze, choćby i do 3Miasta. Stonki wprawdzie okrutnie nie lubię, ale jak ktoś sobie napisze na fikuśnej czapeczce: "Mądrość życiową spijam z blogu Pana Tygrysa"... Trochę długie. Więc może po prostu "Kocham Pana Tygrysa i jego blog". Albo na koszulce: "Zoologiczny paleokonserwatysta dogodzi każdej niewieście". Względnie, na kształtnym biuście: "Ach, cóż bym dała za jeden uśmiech Pana Tygrysa!" Plus http://bez-owijania.blogspot.com oczywiście. Wtedy nie tylko nie będę się na was krzywił, jako na przebrzydłą stonkę, ale może nawet zbliżę się i nawiążę romans... Znaczy, chciałem powiedzieć - kontakt.
A więc - drukować i czytać! Nie czekać na nic więcej zanim się tej niezbędnej roboty nie wykona!
* * * * *
No dobra... Żeby nie było że tylko autoreklama, marketing i uwodzenie stonki... Teraz będzie coś dla Młodych Spenglerystów. Spytano mnie bowiem na jednym z ostatnich naszych spotkań o taką rzecz... My, Młodzi Spengleryści, chcemy być ludźmi Faktów, nie zaś ludźmi Prawd Absolutnych i Wiecznych... Los, nie zaś Przyczynowość. Czas bardziej niż Przestrzeń. Takie sprawy. (I żadne tam korwiniczne Prawo, hipostaza bez sensu i w ogóle.) Szczególnie w historii tak właśnie sprawy widzimy. No i w życiu. (Nauki ścisłe to inna sprawa, choć tam w istocie także nie chodzi wcale o Prawdy, a ino i mniej czy bardziej pewne Hipotezy.)
Czyż jednak sam spengleryzm, jak każda naukowa teoria, jak każdy system filozoficzny, nie jest Prawdą właśnie? Czy nie ma więc sprzeczności w samym jądrze naszej gęstwiny?
Otóż wydaje mi się, że jej nie ma i że nasza gęstwina jest całkiem bezpieczna. Każda Prawda jest CZYJĄŚ prawdą, prawdą konkretnego człowieka. Tyle, że nie każdy sobie z tego faktu zdaje sprawę. Jeśli sobie zdaje, to jest, albo przynajmniej może być, Młodym Spenglerystą. W Spengleryźmie zaś my nie poszukujemy żadnej Absolutnej Prawdy, a jedynie skutecznie działąjącej Hipotezy, pozwalającej nam wyjaśnić wiele ważnych rzeczy. To nie jest z załóżenia Prawda, to jest zbiór zaobserwowanych i uogólnionych Faktów.
Prawdą może ewentualnie być dla kogoś, kto tak się tym przejmie, że stanie się to dla niego czymś w rodzaju świeckiej, prywatnej religii. Do tego stanu jednak żaden z nas, Młodych Spenglerystów, jeszcze chyba nie doszedł. Ja też nie, co by się na ten temat mogło nieuświadomionym wydawać.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
niedziela, maja 25, 2008
Triarius the Tiger o wojnach i ideologiach
Wojny domowe są najbrutalniejsze i najkrwawsze? Trudno się dziwić - w końcu żaden zagraniczny wróg nie puszcza nam codziennie przez ścianę rapu czy techno!
* * * * *
Jeszcze nie tak dawno można było ideologię zdefiniować jako "filozofię (fakt, że niemal bez wyjątku niewysokiego lotu) odpowiednio sprymitywizowaną i ufryzowaną na użytek politycznej propagandy". Dzisiaj ta definicja nadaje się już do lamusa i ideologia to tylko linia propagandowa pomiędzy poszczególnymi kampaniami medialnymi - kiedy sztaby propagandzistów odpoczywają po trudach, albo obmyślają nowe posunięcia.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.