sobota, grudnia 02, 2006

To se ne vrati - klasyczny liberalizm w praktyce

W Anglii (przez co rozumiemy także Szkocję i Walię) apogeum sukcesu liberałów (znanych wówczas jako "filozoficzni radykałowie") w realnej polityce nastąpiło w roku 1846, kiedy to zniesiono tzw. prawa zbożowe (corn laws) i jako oficjalną politykę państwa przyjęto wolny handel. Problemy jednak zaczęły się już wcześniej. W roku 1841 raport królewskiej komisji badającej warunki w kopalniach ujawnił rzeczy przerażające, związane między innymi z pracą dzieci. Dyskusja, która nad tym raportem natychmiast rozgorzała, ujawniła podobne warunki w wielu innych gałęziach przemysłu. Zresztą już w roku 1830 parlament zaczął się zastanawiać nad wydaniem przepisów regulujących godziny i warunki pracy, co, jako ograniczające wolność prywatnych umów, stało w sprzeczności z doktryną filozoficznego radykalizmu.

Podnosiło się cały czas wiele głosów intelektualistów, artystów i pisarzy, także tych największych, przeciw liberalnej polityce, która była krytykowana między innymi na gruncie estetycznym, za szpetotę nowego, industrialnego świata. (Przyznam, że mnie osobiście trudno się temu dziwić, choć gdyby ci artyści wiedzieli co w sferze estetyki nastąpi za dwieście lat, to by dopiero podnieśli larum!) Z biegiem lat parlament był coraz skłonniejszy do odrzucenia zasady absolutnego indywidualizmu, jako swego głównego drogowskazu, przyjmując zamiast niej zasadę tzw. “kolektywizmu”. Liberalizm był zdecydowanie w defensywie, a co najzabawniejsze, prawodawstwo wymierzone przeciw niemu kierowało się jego własną naczelną zasadą – “największego szczęścia dla największej ilości ludzi”. To się nazywa zjadać własny ogon! A co więcej, nie był to wtedy jeszcze żaden komunizm, czy choćby socjalizm – zresztą oba te ruchy powstały w ogromnej mierze właśnie dzięki liberalizmowi i bez niego może by ich po prostu nie było.

Bunt przeciw ekonomicznemu liberalizmowi nie wynikał przy tym z żadnej przeciwstawnej filozofii społecznej. Przeciwnicy liberalizmu, zwykle określani jako “kolektywiści”, nie byli też między sobą jakoś specjalnie pod względem poglądów zgodni. Była to całkiem po prostu spontaniczna samoobrona przed destrukcją tkanki społecznej spowodowaną przez rewolucję przemysłową i bezwzględności polityki sprzyjającej rozwojowi przemysłu bez żadnych zabezpieczeń przed spustoszeniami, które powodował. Głównym zarzutem, który jednak ówcześnie nie był bardzo jasno sformułowany, był ten, że niekontrolowany industrializm i komercjalizm zagrażał publicznemu bezpieczeństwu i stabilności, niezależnie od tego, czy, jak przekonywali ekonomiści, nastąpił ogólny wzrost zamożności i płac realnych.

Ograniczenia systemu laissez faire, czyli całkowicie wolnorynkowego, zostały wprowadzone w we wszystkich uprzemysłowionych krajach i przez najróżniejsze, kierujące się całkiem różną filozofią, partie. Jednym z naczelnych motywów tych zmian były względy humanitarne, przede wszystkim sprzeciw wobec rzeczywiście nieludzkich warunków pracy robotników przemysłowych. Na które to względy głusi nie mogli pozostać nawet sami liberałowie, niezależnie od tego, że oficjalnie polityczni radykałowie niezbyt się nimi przejmowali.

W Wielkiej Brytanii zniesienie ceł protekcyjnych na produkty rolne uderzyło w rolników, którzy zawsze mieli konserwatywne poglądy. Najbardziej elokwentny wczesny wyraziciel tych poglądów, James Burke, kładł nacisk na tradycyjne wartości i ciągłość historycznego rozwoju. Ta filozofia po prostu musiała okazać się krytyczna i przeciwna industrializmowi. Pozostawali jeszcze robotnicy. John Stuart Mill wyobrażał sobie, że ci zawsze pójdą za “najmądrzejszą częścią swojej społeczności”, czyli za przemysłową klasą średnią. Tak się jednak nie stało – robotnicy nie dorośli i woleli za pójść za partią kierowaną przez posiadaczy ziemskich. Najważniejszą polityczną siłą stała się na jakiś czas “torysowska demokracja” Disraeliego.

W dodatku konserwatywny rząd, paradoksalnie można by rzec, dał w roku 1867 prawo głosu dużej części brytyjskich robotników, przez co uczynił ten rozłam między ludem i światłymi liberałami czymś trwałym. Robotnicy z jakichś dziwnych powodów bardziej się interesowali własnymi płacami, godzinami i warunkami pracy, niż przyszłym szczęściem ludzkości w wyniku szybkiego uprzemysłowienia. Ponura sprawa, ale tak samo będą się zachowywać w ustroju naprawdę socjalistycznym (czyli nie tylko określanym tak przez sfrustrowanych brakiem uznania liberałów), kiedy to na wezwania do przekraczania planów reagować będą bumelką, a kiełbasa i nabożeństwa majowe bardziej do nich będą przemawiać, niż argumenty światłych profesorów ekonomii i szczęście ludzkości w przyszłych stuleciach.

Cóż, powiedzmy sobie otwarcie... Ci dziewiętnastowieczni robotnicy, nie mówiąc już o rolnikach, okazali się neurotykami (określenie von Misesa oznaczające przeciwników liberalizmu), lub może socjalistami (choć o żadnym socjaliźmie ogromna większość z nich nigdy słyszała). Nie chciałbym zdradzać, “co będzie dalej”, ale jednak powiem, że tak to już zawsze będzie się to działo w realnym świecie, że dobra wola, mądrość i przywódcze talenty liberałów przez zwykłych zjadaczy chleba doceniane nie będą. Stąd każdy szczery liberał zawsze przepełniony już będzie uzasadnionym żalem (obok dobrych chęci i niewzruszonego przekonania o własnej nieomylności), na ustach zaś, skrzywionych w lekko pogardliwym i nieco smutnym uśmiechu, zawsze już będą gościć "neurotycy", "socjaliści", "d*kracja"... Ach, jakże ciężkie jest życie proroka!

wtorek, listopada 28, 2006

Barok w sklepie i mentalność oblężonej twierdzy

Znajoma pokazała mi kartkę wyrwaną wczoraj z naściennego kalendarza (więc nie była to informacja bardzo aktualna, bo przecież ten kalendarz drukowano w zeszłym roku), z tekstem na drugiej strony z cyklu "Czy wiesz, że..." Było tam o tym, że sieć sklepów grupy Co-op (co sugeruje, iż jest to kooperatywa, co dla niektórych jest tożsame z lewicowością) wprowadziła do sklepów w Szkocji muzykę barokową, pragnąc pozbyć się band wyrostków, które normalnie okupowały jej sklepy.

Bardzo mi się ten pomysł podoba. Okazuje się, że nawet wolny rynek, co tam wolny rynek - nawet wprost komercjalizm! - może czasem prowadzić do całkiem miłych i estetycznych skutków! Nie, żebym nienawidził wszelkiej tzw. lżejszej muzyki, raczej przeciwnie, ale typowy sklepowy muzak jest w najlepszym przypadku nijaki, zaś typowy dzisiejszy pop, nie mówiąc już o techno czy rapie - po prostu koszmarny.

Jako bardzo wyrobiony słuchacz muzyki, zajmujący się tym namiętnie od czasów niepamiętnych, mogę te rzeczy oceniać niemal obiektywnie. Nie mam bowiem specjalnych uprzedzeń muzycznych: sama idea punku wydaje mi się na przykład dość obrzydliwa, większość punkowej muzyki bardzo nieciekawa, ale tacy The Pogues, czyli mieszanina punku, irlandzkiego folku (który cenię b. wysoko) i... nie wiadomo czego jeszcze, jest po prostu wspaniały.

I nie ma tu większego znaczenia, że leader the Pogues to bezzębny, niekryjący się ze swoim zboczeniem homoseksualista, a do tego alkoholik. Fakt, że to kultowy zespół, ale ogromna większość kultowych zespołów ostatnich 30 lat przyprawia mnie o mdłości, a co najmniej nudzi. Zresztą słyszałem nawet trochę b. fascynującego muzycznie rapu. O ile większość rapu wydaje mi się nudna i wulgarna, to niektóre kawałki, choć teksty zapewne mają tak samo wulgarne i głupie, muzycznie są super. Nawet zresztą rodzima Peja - z pewnością poglądy mają lewackie, język obrzydliwy (nie, żebym ja sam reprezentował aż taki wersal), ale nie zmienia to faktu, że muzycznie jest to w porządku.

(To był taki sobie długi autoreklamiarski wtręt, ale w końcu "skromność przystoi jedynie tym, którzy inaczej nie mogą na siebie zwrócić uwagi", jak powiedział inny znany homoś, Oscar Wilde.)

Ta kartka z wiadomością o tym sklepowym baroku jakoś tak uderzyła we wrażliwą strunę w mojej duszy. Specjalnie wrażliwą od jakiegoś czasu, bowiem zacząłem się zastanawiać nad tym, że właściwie wszyscy - także ci najbardziej prawicowi - podlegamy cały czas i w ogromnym stopniu wpływom lewactwa, komercjalizmu, całej tej wulgarności. Nasze natomiast oddziaływanie na to wszystko jest niemal żadne.

I tak sobie myślę, że powinniśmy oszczędzać siły, a nie rzucać się w każdą pyskówę z każdym lewakiem - jeśli facet nie rokuje cienia nadziei, że przejrzy na oczy, jeśli nikt z naszych ciętych odpowiedzi niczego się nie nauczy, no to po co właściwie marnować czas i energię, po co się zniżać.

I dalej tak sobie myślę, że powinniśmy może przede wszystkim stworzyć środowisko, takie getto, taką twierdzę... W środku coś, jakby zakon rycerski. I podnosić swój poziom, żyć w nieco przynajmniej lepszym świecie, niż ten, w którym teraz zmuszeni jesteśmy żyć. Może też coś sobie nawzajem pomóc, jeśli się da. No i próbować oczywiście coś razem, drug z drugom, zbudować. I oczywiście razić wroga zza murów ile się tylko da, oraz co pewien czas nieco szybkich, skutecznych, dobrze zgranych rajdów na oblegające lewackie hordy.

Taka trochę jakby nowa i prawicowa masoneria, ale bez wygłupów w rodzaju fartuszków i Izydy. Ale raczej po prostu arystokracja - taka prawdziwa, oparta nie na, realnych czy fikcyjnych zasługach przodków, kręceniu się wyłącznie w gronie takich samych i pilnowaniu własnej "rasy", tylko na uczciwym poczuciu misji i uzasadnionym, zapracowanym poczuciu własnej elitarności.

Gdybyśmy zdołali utrzymać taki wyższy od otoczenia poziom, to może z czasem stalibyśmy się autorytetami - z początku choćby dla własnych dzieci i kobiet. Ech, tak dałem się ponieść fantazji, stary sentymentalny bałwan, nieprzystosowany do dzisiejszych czasów!

Zaraz! Ale przecież w sieci Co-op naprawdę zaczęli puszczać muzykę barokową! Prawda, przecież mi się to nie śniło? Nie, kartka z tego kalendarza leży tutaj obok klawiatury. Więc jednak?

poniedziałek, listopada 27, 2006

Prawdziwy sens liberalizmu nareszcie ujawniony!

Jak moi wielbiciele zapewne wiedzą, parę dni temu postanowiłem napisać długi i ambitny tekst o liberaliźmie. By samemu zgłębić wreszcie sens tego - bez przerwy przecież przez wszelką prawicę, a szczególne tę różową - odmienianego we wszystkich przypadkach słowa: LIBERALIZM.

Dlaczego to miałoby być ważne, dlaczego miałoby to być pilne? Cóż, powodów jest kilka. Na przykład taki oto hipotetyczny przykład. Powstaje, dajmy na to, nowa partia prawicowa. Nazwę ma ze wszech miar słuszną, program w zasadzie też... W ogóle super i nadzieja zaświtała dla udręczonej ludzkości, z Polską na czele oczywiście, bo o nią nam przecież przede wszystkim chodzi. Tyle, że do tej partii przyjmują nawet drób - byle mienił się "liberałem", Waszego zaś ulubieńca traktują z ledwo ukrywaną podejrzliwością - że za mało liberalny. I Wasz ulubieniec nie ma nawet szansy zareagować, bo z forum na którym ta partia, wirtualnie na razie, urzęduje, też go wywalili.

Może nie całkiem wprost za brak entuzjazmu dla "liberalizmu", ale za uprzykrzanie "liberałom" (i ewidentnym już lewakom) życia, mówiąc im co jest co. Zamiast z troską o los wszechświata gruchać jak pewien znany liberalny polityk i dążyć za wszelką cenę do kompromisu, co dla niektórych autorytetów jest jedynie słuszne w każdej sytuacji. W każdym razie Wasz ulubiony nie ma się teraz jak wypowiedzieć w sprawach swojej, jakby nie było, partii. Nie jest to oczywiście żaden terror czy cenzura - nie przesadzajmy - ale przejaw istnienia pewnej atmosfery i akceptacja pewnych sposobów działania. Podczas gdy lewactwo spokojniutko, bez pośpiechu...

(Nawiasem mówiąc, gdyby taka partia miała zaistnieć naprawdę, a nie jako swego rodzaju wyszukany żart, to miałbym jeszcze kilka istotnych uwag na temat jej programu, nie mówiąc już o składzie osobowym. Takie łapanki przypominają mi poczynania nieboszczki PZPR w epoce późnego Gierka. Mam być i ja i ten z tamtym? Tylko że mnie będzie się co chwilę wymawiać brak "liberalizmu", a tamci będą zawsze cacy, choć ja uważam ich za lewaków?)

Ale skończmy, na ten czas przynajmniej, z hipotetyczną prawicową jak Bóg przykazał, partią i wróćmy "do naszych owiec". Czyli liberałów, cokolwiek by to nie oznaczało.

Z moich dotychczasowych, niemal już trzydniowych dogłębnych studiów liberalnej myśli - bo o liberalnych praktykach w naszym kraju wiadomo już bez porównania więcej - stwierdziłem, że "liberalizm" może oznaczać ogromną ilość całkiem różnych rzeczy: od kompletnego systemu filozoficznego, tyle że tandetnie ponad trzysta lat temu skleconego i nie trzymającego się przysłowiowej kupy; do "po prostu nie totalitaryzm".

A do tego istnieje jeszcze praktyka - kto by się bowiem przejmował ewidentnymi błędami logicznymi i całkiem znikąd wziętymi założeniami, toż to jałowa metafizyka! - czyli rodzimy biznesmen, którego stać na cotygodniowe nabycie "Najwyższego Czasu!", i który szczerze wierzy, iż domagając się wszelkich przywilejów dla siebie i sobie podobnych, przyczynia się do rychłej szczęśliwości całej udręczonej ludzkości.

Jestem całkowicie przekonany, że guru tych panów śmieje się w kułak z ich przekonania, że jest do doktryna dobra dla większości ludzi, dla całego społeczeństwa, całego państwa. Skąd to wiem? Z wielu, wielu przesłanek. Także i takiej, że poglądy tego pana są dziwnie zbieżne z poglądami niejakiego Herberta Spencera, zwolennika ulepszenia ludzkości przez puszczenie wszystkiego na żywioł i zorganizowanie sobie autentycznej ludzkiej dżungli. Jak to się mówi: "śmierdzi to Spencerem na milę". Tyle że Spencer był na przykład lamarckistą, czyli niezłomnie wierzył w dziedziczenie cech nabytych, i było to bardzo istotną podstawą jego doktryny.

Lamarckizm swój dzielił Herbert Spencer z takimi koryfeuszami nauki, jak profesor Łysenko, czy samorodny geniusz Miczurin, który potrafił skrzyżować śliwę z jabłonią i odkrył zimny wychów cieląt. Nie mówiąc już o takich lamarckistach, jak Lew Trocki, który na tej przecież właśnie hiper-naukowej podstawie przepowiadał, że "ludzie wkrótce będą wyżsi, piekniejsi, obdarzeni bardziej melodyjnym głosem".

Co dało mu asumpt m.in. do agresji na Polskę. (Ciekawe nawiasem, jak by nas wtedy obroniła w pełni zawodowa armia postulowana przez liberałów, jako jedyne rozwiązanie problemu obronności.) Warto by może było spytać naszego guru, jak widzi ten drobny problem dziedziczenia cech nabytych, bo jeśli inaczej, niż Spencer, to jakie ma w takim razie naukowe podstawy ten jego socjal-darwinizm (jak się przeważnie określa doktrynę Spencera)?

No i takich i podobnych pytań kręci mi się po głowie tysiące od kiedy poruszyłem to gniazdo szerszeni, jakim jest AUTENTYCZNY liberalizm, a w każdym razie jego autentyczna teoria i dorobek intelektualny. Męczę się tak i męczę... Nawet we śnie liberalizm, we wszystkich możliwych tego słowa znaczeniach, tłucze mi się po głowie.

I nagle dzisiaj rano - EUREKA! Dosypiałem już ostatki snu, kiedy nagle jakiś głos, wyraźny, dobitny i dźwięczny, rzekł do mnie te oto słowa: "LIBERALIZMEM TO JEST O TYLE, ŻE SZYBCIEJ WYPADAJĄ WłOSY". (Mówię absolutnie szczerze, tak było! Choć pewnie nikt mi nie uwierzy, bo to poniekąd felieton. Ale tak było!)

Natychmiast zerwałem się z łóżka, bo po pierwsze ten dobitny głos wyrwał mnie ze snu, a po drugie chciałem szybko to sobie powtórzyć, by nie wypadło mi z pamięci, ani nie zostało zniekształcone. Strata by była niepowetowana, sami wiecie. Sny to dla starożytnych były przekazy od bogów, a oni nie byli wcale tacy głupi. Może w naszej epoce się zaczyna, a ja jestem jakimś pionierem? Może naprawdę ludzie stają się wyżsi, piekniejsi?

Potem zacząłem się do tej myśli ustosunkowywać i ją analizować. "Liberalizmem to jest o tyle, że szybciej wypadają włosy", tako rzekł mi ten Głos. Na pierwszy rzut oka (czy raczej ucha) brzmi głęboko i dość przekonująco. Co zaś najistotniejsze, dla mnie osobiście to nie byłby problem. Na głowie, by zachować nienaganną elegancję haraczownika, i tak przecież muszę co parę dni te kilkanaście niesfornych włosów usuwać. A te pozostałe...

Może tylko tych na klatce byłoby mi nieco żal, bom człek starej daty, a w moich czasach mawiało się jeszcze z przekonaniem "to facet z włosami na piersi". (Takie to były dziwne czasy, nie dzisiejsze wydepilowane męskie ciała, przejęte zresztą z subkultury kalifornijskich homoseksualistów i filmów porno, o czym mało kto chyba nawet wie. A gdbym miał zacząć opowiadać o ówczesnych dziewczynach... Nikt by mi nie uwierzył, ale długie zimowe wieczory tylko by śmigały!)

No dobra, dygresje dygresjami, o paniach minionego czasu może jeszcze będzie nam dane kiedyś porozmawiać... Co z liberalizmem? No to ja mówię, że tak rozumiany liberalizm - czyli rozumiany jako sposób na usuwanie zbędnego owłosienia - to ja mogę bez żadnych oporów zaakceptować! Może być, panowie liberałowie?

sobota, listopada 25, 2006

von Mises wreszcie po polsku... i to za DARMO!

Sympatyczny czytelnik mojego bloga zasugerował, że całkiem niepotrzebnie zajmuję się Benthamem, skoro prawdziwym Mistrzem liberalizmu jest von Mises. I dał mi link do witryny, gdzie m.in. można znaleźć całą jego istotną ksiązkę - do czytania online, albo do ściągnięcia jako .pdf. (Oto link: http://www.mises.org/liberal/ch1sec1.asp.

Co pilniejszy i chętniej czytający po angielsku Czytelnik może sobie tam pobiec i poczytać do upojenia, Czytelnik leniwszy zaś może skorzystać z tego, że ja od razu przetłumaczyłem nieco fragmentów dzieła Mistrza. Nie będę ukrywał, że wybrałem najsmakowitsze fragmenty, które w dodatku odważyłem się opatrzyć własnymi, prywatnymi, bezczelnymi komantarzami. (Brzydal ze mnie, a fuj!)


Rzućmy okiem garść cytatów z jego wydanej w 1927 roku książki von Misesa Liberalism. Na początek może nieco o sowieckiej Rosji:
To, czy Rosjanie mają odrzucić sowiecki system, powinni ustalić między sobą. Ten kraj knuta i karnych obozów nie przedstawia już dziś dla świata zagrożenia. Mimo całego swego pragnienia wojny i zniszczenia, Rosjanie nie są już zdolni poważnie zagrozić pokojowi w Europie. Można zatem bezpiecznie pozostawić ich w spokoju. Jedyną rzeczą, której należy się sprzeciwić, jest jakakolwiek tendencja z naszej strony, by wspierać lub promować destrukcjonistyczną politykę sowietów.

*
Niech Rosjanie będą Rosjanami. Pozwólmy im czynić co chcą w ich własnym kraju. Nie dajmy im jednak przekroczyć granic własnego kraju, by zniszczyć cywilizację europejską. Nie oznacza to oczywiście, że import i tłumaczenie rosyjskich tekstów powinno zostać zakazane. Neurotycy mogą się nimi cieszyć, ile tylko chcą, zdrowi je w każdym razie odrzucą. Nie oznacza to także, iż Rosjanie powinni zostać powstrzymani przed rozprzestrzenianiem własnej propagandy i rozdawaniem łapówek, w taki sposób, jak to na całym świecie robili carowie. Jeśli nowoczesna cywilizacja byłaby niezdolna, by się obronić przed atakami najemników, to w każdym razie nie powinna już dużo dłużej istnieć. Nie chodzi jednak o to, by Amerykanie czy Europejczycy powinni być powstrzymywani przed odwiedzaniem Rosji, jeśli ich to pociąga. Niech zobaczą na własne oczy, na własne ryzyko i na własną odpowiedzialność, ten kraj masowych morderstw i masowej nędzy. Nie oznacza to, by kapitaliści mieli być powstrzymywani przed udzielaniem sowietom pożyczek, lub w jakiś inny sposób inwestowaniem w Rosji. Jeśli są dość głupi, by wierzyć, że kiedykolwiek ujrzą z powrotem jakąkolwiek część tych pieniędzy, niech zaryzykują.

*
Doświadczenia Rosjan z Wojen Napoleońskich, Wojny Krymskiej i z kampanii tureckiej lat 1877-78 pokazały im, że mimo ogromnej ilości żołnierzy, ich armia jest niezdolna do ofensywy przeciw Europie. Wojna Światowa tylko to potwierdza.

Lojalnie trzeba powiedzieć, że von Mises zdaje sobie sprawę, że sowiecka Rosja to koszmarny kraj, w którym króluje nędza i terror. (Podejrzewam jednak, że dostrzega tam przede wszystkim brak “liberalizmu”, co być może ułatwia mu rozpoznanie także i innych aspektów tamtej rzeczywistości.) Wypowiada się też zdecydowanie przeciw udzielaniu sowietom pomocy gospodarczej, np. przez wspieranie eksportu do Rosji. Zgoda, to są plusy.

Jednak dla kogoś, kto jak my wie nieco więcej o komuniźmie, a także o tym, co całkiem niedługo miała przynieść historia (przypominam, że to wszystko było opublikowane w roku 1927), te rozważania i rady wydają się żenująco naiwne. To niemal jak te sławne, ponoć prawdziwe, zapewnienia angielskich sklepikarek z nieco późniejszej epoki, że “inwazja Hitlera na Anglię nie jest możliwa, bo pozamykamy wszystkie sklepy i wróg nie będzie miał co jeść”. Była to naprawdę epoka skrajnej naiwności i chciejstwa, a intelektualiści praktykowali te cnoty chyba ostrzej, niż większość normalnych ludzi.

Jeszcze coś na temat sowieckiej Rosji? Proszę bardzo:
Ludzie, wśród których idee Dostojewskiego, Tołstoja i Lenina są żywą siłą, nie mogą stworzyć trwałej społecznej organizacji. Muszą wrócić do warunków kompletnego barbarzyństwa. Rosja jest obficiej obdarowana przez naturę, żyznością ziemi i wszelkiego rodzaju zasobami mineralnymi, niż Stany Zjednoczone. Gdyby Rosjanie podążyli tą samą drogą kapitalizmu, co Amerykanie, dzisiaj byli by najbogatszym ludem na ziemi. Despotyzm, imperializm i bolszewizm uczyniły z nich najbiedniejszy. Teraz szukają kapitału i kredytów po całym świecie.
No, no... Dostojewski i Tołstoj zrównani z Leninem, jako czarne charaktery! Ja akurat nie jestem wielbicielem żadnego z tych dwóch sławnych pisarzy, ale wielu kulturalnych ludzi bardzo by się słysząc to oburzyło. Co zaś do reszty – trochę mi nawet głupio to komentować, bo ludzie wiedzący cokolwiek o niedawnej historii mogą się także poczuć urażeni. Ale jest też trochę młodzieży, która być może właśnie od przeczytania tego tekstu rozpocznie swą ideową i polityczną edukację. No więc powiem.

Co do poszukiwania kapitału... to jakoś im się to bez przesadnych trudności udawało, i jeszcze długo. Co zaś do bogactwa... Problem w tym, że skąd niby wiadomo, że właśnie o to im chodziło? Już nie mówię zwykłym ludziom, ale przywódcom? Kolejny raz takie aprioryczne, niczym nie uzasadnione, twierdzenia na temat ludzkiej natury, w tej, rzekomo tak naukowej i pozbawionej przesądów ideologii.

Na temat sowieckiej Rosji już wiele ciekawego w tej jednej książce nie ma, rzućmy więc jeszcze okiem na to, jak sobie jej autor wyobraża przyszłość swojego świata i jakie proponuje polityczne rozwiązania:
To właśnie wraz z wzrostem liberalizmu kwestia tego, jak granice państw mają być wytyczone, stała się po raz pierwszy problemem niezależnym od względów militarnych, historycznych i prawnych. Liberalizm, który podstawą państwa czyni wolę większości ludzi żyjących na pewnym terytorium, unieważnia wszelkie względy militarne, które poprzednio były decydującymi przy wyznaczaniu granic państwa. Odrzuca prawo podboju. Nie może zrozumieć, jak ludzie mogą mówić o “strategicznych granicach” i uważa za całkowicie niezrozumiałe żądania, by jakiś kawałek terytorium, został włączony do terytorium, aby uzyskać obronną granicę.
Cóż, muszę przyznać, że mną to wstrząsnęło. Nie mogłem się powstrzymać przed wytłuszczeniem pewnych fragmentów, choć przecież cały fragment jest soczysty, jak nie przymierzając żabie udko w dobrej restauracji na Placu Pigalle. “Odrzuca” tak po prostu... Wolę nie pytać, co będzie, jeśli sąsiad nie okaże się dość liberalny, by też odrzucić. “Nie może zrozumieć”, no, no... Przyznanie się do własnych ograniczeń to rzecz chwalebna, ale co miałoby z tego poza tym wynikać? I jeszcze to: “wola większości ludzi żyjących na pewnym terytorium, unieważnia wszelkie względy militarne”. To jest chyba to, co niektórzy dziś nazywają “doktryną Geremka”. I nie wiem dlaczego, ale od razu stają mi przed oczyma wszystkie wynikające z niej niedawne rzeczy, które miały miejsce w byłej Jugosławii. Liban też nie jest całkiem nie à propos.

Przejdźmy więc może do rzeczy mniej niepokojących, na przykład do monarchii...
Liberalizm nie uznaje historycznego prawa księcia do dziedziczenia jakiejś prowincji. Król może panować, w sensie liberalnym, tylko nad osobami, nie zaś nad jakimś kawałkiem ziemi.
Nie wiem, co na to monarchiści, ja szczerze mówiąc, nie dostrzegam nawet cienia problemu. Osobiście żadnego księcia nie pragnę, a jeśli już by był, to co mi to robi za różnicę, czy panuje “nade mną”, czy “nad terytorium, na którym mieszkam”? To drugie wydaje mi się nawet mniej dla mnie poniżające. Von Mises jednak na tym nie poprzestaje, wdając się już w całkiem scholastycznie brzmiące w moich uszach wywody:
Monarcha z łaski Boga nosi tytuł odnoszący się do jakiegoś terytorium, na przyład “Król Francji”. Królowie zainstalowani przez liberalizm otrzymali swe tytuły, nie od nazwy terytorium, tylko od ludu, nad którym panują, jako monarchowie konstytucyjni. Tak więc, Ludwik Filip nosił tytuł “Król Francuzów”, tak samo, jak istnieje “Król Belgów” i “Król Hellenów”.
Bardzo ładnie, ale kogo to może na serio obchodzić? Co miałoby z tego wynikać w realnym świecie? Może mój hipotetyczny oponent, twardo stojący na ziemi liberalny biznesmen z technicznym wykształceniem zdoła mi to wytłumaczyć?

Klasyczny liberalizm - ach, jakież to piękne!

Lata lecą, śmierć zagląda w oczy (w dodatku wedle pana Jareckiego to jest facet), a tutaj ani sławy, ani bogactwa... Postanowiłem więc napisać książkę o liberaliźmie. Niezbyt przychylną, a nawet - apage Satanas! - krytyczną wobec tej wzniosłej i jedynie słusznej idei.

Nie żadne dzieło naukowe oczywiście, bo żaden ze mnie profesor politologii i ekonomii, i nie mam też na to dwudziestu lat fulltime, ale polityczny pamflet na pewnym intelektualnym poziomie, a jeśli Czytelnik bardzo łaskawy, to esej.


W książce tej ma w zamierzeniu występować taki cichy, ale trudny do przekonania czytelnik. Byłby to prywatny średni biznesmen, z wykształcenia inżynier, uosobienie rozsądku, więc oczywiście (?) zagorzały liberał (z dodatkiem konserwatyzmu, tak przynajmniej sam uważa). Wszelkie podobieństwo do osób realnie istniejących jest absolutnie przypadkowe. A raczej nie całkiem, kto się czuje - obok Locke'a i Herberta Spencera (wow, co za kompania dla liberała!) - bohaterem mojego dzieła, niech się zgłosi, wypijemy piwo i pogadamy o życiu. W każdym razie niech nie rości sobie pretensji do żadnych tantiem, bo wtedy powiem, że wszystko fikcja!

Z tej książki zapewne nigdy nic nie będzie, ileż to już projektów spaliło na panewce, albo chociaż, choć genialne i ukończone, nie dało się spieniężyć! W tej chwili istnieje tylko mały początek, choć dużo więcej niż tutaj widać. Jednak i tak - ludzie, nie uwierzycie, ile radości dało mi w tych ostatnich paru dniach studiowanie myśli, tego naprawdę potwornego skądinąd nudziarza, Locke'a! Zresztą do samo dotyczy i Benthama, który chyba jest sam w sobie jeszcze gorszy. Ekonomię sobie też nieco liznąłem i przypomniałem. (Nie, żeby to dało mi jakieś wymierne ekonomiczne zyski, ale mądrość to też podobno wielka rzecz. Tak w każdym razie niektórzy twierdzą.)

No dobra, to był nieco żartobliwy wstęp, teraz fragmencik nowopowstającego dzieła o liberaliźmie, pod roboczym tytułem "Dlaczego nie jestem liberałem":


George H. Sabine w swej książce A History of Political Theory (Londyn 1948) tak podsumowuje dorobek tego “klasycznego” liberalizmu:
Jego zasadniczą słabością było (...) to, iż jako filozofia nigdy nie był jasny, i nigdy nie był krytyczny wobec własnych założeń, czy własnego sposobu wnioskowania. Pod pewnymi względami był to system “natury”, taki jak racjonalistyczne filozofie siedemnastego wieku, nie zawierał jednak teorii wiedzy, która by to odwołanie do natury uczyniła zrozumiałym. Twierdził, że jest empiryczny, ale uczynił mało wysiłku, by sprawdzać założenia swych obserwacji, i w istocie jego empiryzm ograniczał się tylko do prymitywnej formy sensacjonizmu, zapożyczonego od Locke'a, żyjącego dwa pokolenia wcześniej. Stąd też łatwo padał ofiarą krytyki, o ile tylko napotykał na myśliciela mniej przychylnie, niż Mill nastawionego do jego specyficznych dogmatów.
A więc cóż my tu mamy? Mamy po pierwsze brak krytycyzmu wobec własnych założeń i własnej metody wnioskowania. (To powinno się spodobać naszemu inżynierowi!) Mamy też brak weryfikacji własnych obserwacji. (Co chyba mu jeszcze bardziej zaimponuje.) Teoria psychologiczna, poniekąd kamień węgielny całej tej ideologii, wzięta została bezpośrednio od kogoś piszącego o całe sto lat wcześniej. (Brawo!)

Locke, przypominam, opublikował swoje najważniejsze prace w roku 1688, zaś najważniejsze prace Benthama zostały wydane pomiędzy rokiem 1776 a 1789, te “dwa pokolenia” tutaj mają po pięćdziesiąt lat każde, to naprawdę wyjątkowo łaskawe określenie. No i są jeszcze “specyficzne dogmaty”, co brzmi jakby nieco religijnie, i “łatwe padanie ofiarą krytyki”, co sugeruje, że nawet jak na tamte czasy, nie była to filozofia najwyższej próby. Ale nie znęcajmy się już za bardzo nad naszym trzeźwym i po inżyniersku racjonalnym oponentem.

Zacytujmyż resztę opinii profesora na temat naszego klasycznego liberalizmu (“filozoficzny radykalizm” to po prostu inne jego miano, skądinąd warte przypomnienia):
Filozoficzny radykalizm w istocie był przede wszystkim doraźną filozofią, będąc także w znacznej mierze rzecznikiem pewnych konkretnych społecznych interesów, które pośpiesznie, choć nie obłudnie, zidentyfikował z dobrem całego społeczeństwa. Świadomość tego faktu, wraz z dostrzeganiem nie dających się zaakceptować skutków jego polityki społecznej, przyczyniło się do jego [schyłku? - coś niestety mi tutaj wypadło, muszę odszukać książkę i poprawić] jako filozofii społecznej, nawet zanim prawne reformy, które popierał, zostały zrealizowane. Jego słabość jako filozofii społecznej może być podsumowana stwierdzeniem, że nie miał pozytywnej koncepcji dobra społecznego, i że jego egoistyczny indywidualizm sprawiał, iż patrzył podejrzliwie na jakąkolwiek tego rodzaju koncepcję (...). Słabością jego politycznej filozofii było to, że jego teoria władzy państwowej była niemal całkowicie negatywna (...). Dlatego w długiej perspektywie politycznej ewolucji filozoficzny radykalizm, zamiast się w jakikolwiek sposób rozwijać, poruszał się raczej samą siłą inercji. Jego wartość w usuwaniu przestarzałych form politycznych była nieoceniona, ale ograniczając się do tej funkcji, tym samym stał się organem tylko pewnej konkretnej epoki.
To by było tyle o opiewanym przez wielu “klasycznym liberaliźmie”, w swojej epoce bardziej znanym jako “filozoficzny radykalizm”. (No, nie całkiem, bo bardzo pobieżnie potraktowaliśmy dotychczas wąsko pojętą ekonomię, zajmiemy się tym za chwilę.) Widzimy tu rzeczy, które powinny nieco przygasić zapał naszego hipotetycznego biznesmena, a w wolnych chwilach propagandzisty. Jeśli nadal uważa, do czego ma oczywiście prawo, że dla niego i jego rodziny ważne są tylko małe podatki, możliwość bogacenia się i wydawania pieniędzy, wszystko inne zaś niech się wali, to jego prawo – niechby tylko miał odwagę to głośno i otwarcie powiedzieć. Zamiast obłudnie głosić, że liberalizm jest ideologią jedyną i najlepszą dla wszystkich ludzi na całym świcie, a już szczególnie dla Polski, zaś wszystko inne to “socjalizm”, czyli kłamstwo i niemal z definicji zbrodnia.

Tak przy okazji, dlaczego nie podoba mi się ta łatwość rzucania słowem “socjalizm”? Ponieważ, po pierwsze, słowo “socjalizm” ludziom znającym PRL kojarzy się całkiem specjalnie i nieprzyjemnie. W wyniku czego stało się, dla wielu ludzi, i to przeważnie tych mniej lewicowych i porządniejszych, raczej obelżywym epitetem, albo może zaprogramowanym bodźcem wywołującym odruch warunkowy, niż racjonalnym opisem czegokolwiek. Jeszcze bardziej tak się dzieje, kiedy ten epitet wzmacnia się mniej lub bardziej zawoalowanymi aluzjami do “narodowego socjalizmu” - w skrócie "nazizmu", co często, szczególnie, gdy wypowiedziane w internecie, staje się po prostu donosem albo rodzajem pogróżki (dzisiaj może jeszcze nic z tego nie wyniknie, ale kto wie, co będzie w miarę postępów postępu).

Dodam też, że sama nazwa “filozoficzny radykalizm”, jak w tamtych czasach określano ruch dzisiaj znany jako “klasyczny liberałowie”, i jak określali go sami jego twórcy, brzmi, w moich przynajmniej uszach, jakoś... mało prawicowo. Zaś nawet tytuł rozdziału książki prof. Sabine poświęconego tej epoce w rozwoju liberalizmu nosi tytuł Liberalism: Philosophical Radicalism. Oczywiście, to tylko nazwa. (Tak jak “socjalizm” zresztą.)

Gdyby zaś ktoś twierdził, że to prehistoria liberalizmu, który potem się z poczwarki przeistoczył w motyla, to wspomnę, że tytuł rozdziału omawiającego Benthama, Milla i cały ten ruch w (wydanej w 1983) książce Jamesa L. Wisera Political Philosophy: A History of the Search for Order (Nowy Jork 1983) nosi tytuł Modern Liberalism and the Utilitarian Ethics. A więc to już nowoczesny liberalizm, wiele już tam nie zostanie ulepszone! Chyba, że mówimy o Hillary Clinton...

piątek, listopada 24, 2006

Triumf polskiej nauki wreszcie doceniony, ale nie całkiem tak, jak byśmy chcieli

Parę dni temu, bez większego sensu, naszła mnie taka oto myśl:
Szkoda, że ta Skłodowska najpierw odkryła Polon i dała mu tę patriotyczną nazwę, a potem Rad, i ten zdobył sporą popularność, zaś o tamtym pies z kulawą nogą nigdy nie słyszy...
(To był cytat z własnych moich myśli. I nic w tym chyba złego?)

Naprawdę nie wiem skąd mi się to wzięło, normalnie chemia nie jest dziedziną, która by mnie przesadnie pasjonowała. Ale jakoś widać pomyślałem o emigracji rodaków, no i czułem się bardzo, ale to bardzo patriotycznie. O co przecież nie jest dzisiaj aż tak trudno, jeśli się ma poglądy zbliżone do moich. Choć naprawdę nie wiem, jak akurat to mogło mi przyjść nagle do głowy.

No i w każdym razie dzisiaj okazało się, że ruscy użyli tego właśnie Polonu do otrucia tamtego nieszczęsnego faceta w Londynie.

Zastanawiam się nawet trochę - choć to może już być przesadne rozczepianie włosa i w ogóle paranoja - czy oni tego Polonu nie użyli właśnie PO TO, żeby jeszcze trochę, choćby minimalnie, zaszkodzić Polsce... No bo w końcu, trochę się to ludziom jednak z polską kojarzy, niektórzy sięgną po encyklopedię. I kto chce, ten aluzję zrozumie, inny zaś powie "po co ta cholerna Polka to odkrywała, przecież ten facet by jeszcze żył!"

W końcu normalnie kacapy używali do swoich brudnych celów nie Polonu, ale Talu, zgoda? Dziwna sprawa... A może to ja już zaczynam całkiem gonić w piętkę?

poniedziałek, listopada 20, 2006

Gonienie absurdów, tyle że w piętkę

Od dłuższego czasu jestem przekonany, że liberalizm nie daje się pogodzić z konserwatyzmem, a że bez konserwatyzmu nie ma prawicowości, ergo... Każdy chyba sam wie, jaki z tego wniosek.

Jedną z ulubionych rozrywek liberałów jest, jak wiadomo, wyszukiwanie wszędzie dokoła rzekomych "absurdów" i ogłaszanie ich z triumfem: "Widzicie? Tak wygląda wasz nie-liberalny świat! I dopiero kiedy my zrealizujemy naszą cudowną utopię, wszystko będzie normalnie".

Oto kilka przykładów takich "absurdów" wraz z moimi własnymi komentarzami. "Absurdy" pochodzą one z forum prawica.net. Nie robię tego z jakiejś prywatnej niechęci, po prostu tam akurat je znalazłem. Fakt, że tam akurat jest sporo liberałów uważających się za (jedynych prawdziwych) prawicowców, ale cóż się dziwić, skoro tych innych wciąż brakuje, w każdym razie w sieci.

W moim udczuciu liberalna ideologia - nie mówię oczywiście o normalnym, zdrowym przywiązaniu do osobistej wolności wszystkich ludzi i szacunku dla mechanizmów rynkowych - nie tylko daje się pogodzić z jakimkolwiek konserwatyzmem, ale raz po raz popada w sprzeczności sama z sobą, a przynajmniej sama sobie z upodobaniem strzela w stopę. Mam nadzieję pokazać to na poniższych przykładach.
Tak, tak, przynajmniej według Hisashi’ego Hieda, szefa japońskiej organizacji National Association of Commercial Broadcasters. Według tego pana, przeskakiwanie reklam nadawanych podczas programów telewizyjnych ma być naruszeniem praw autorskich. Nadawcy zaczynają przekonywać Japończyków, że program stanowi całość z reklamami i tak należy go oglądać. Szczególnym zagrożeniem są rekordery dyskowe PVR, które pozwalają łatwo i wygodnie nagrywać dowolne programy i oglądać je z pomijaniem reklam. Spada oglądalność reklam, spadają wpływy i robi się trudno i biednie. Na razie nie ma jeszcze głosów nawołujących do instalowania w telewizorach urządzeń zabraniających zmiany kanałów podczas reklam, ale nigdy nie wiadomo, gdyż takie mechanizmy znajdują się już w odtwarzaczach DVD.
No a jak się to ma do liberalizmu gospodarczego? Przecież ludzie nadają te programy po to, żeby zarabiać pieniądze, tak? A pieniądze dostają od reklamodawców. Takie są logiczne skutki liberalizmu - i to nawet tego po prostu gospodarczego, a nie jakichś nawiedzonych libertariańskich bredni - czego więc chcecie? Jeśli tym ludziom przestanie się nadawanie programów opłacać, to po prostu przestaną je nadawać. Jeśli się takich problemów prawnych nie uda rozwiązać z zadowalający sposób, to będzie to nie tylko spory gwóźdź do trumny "liberalizmu", ale i w ogóle do przyszłego rozwoju technologicznego na świecie. A sporo wskazuje na to, że takich problemów nie da się jednak zadowalająco rozwiązać. Więc... tym mniej miejsca na jakieś przyszłe liberalne raje na tym padole łez, moi państwo!
W krakowskim barze Husajn można zamówić pizze o tak kontrowersyjnych nazwach, jak Mina w Piachu, Terrorysta, Zemsta Kurdów, czy Łaska Allaha.

Pomysł wzbudził duże kontrowersje - pisze krakowska "Gazeta Wyborcza".

Bar Husajn od dziewięciu lat prowadzi pan Zbyszek. Nazwał tak lokal bo znajomi mówili mu, że jest podobny do Husajna. Rzeczywiście, rysy twarzy ma arabskie, ale - jak zapewnia - jest rodowitym Polakiem.

O barze zrobiło się głośno dwa tygodnie temu, gdy zaczęto sprzedawać w nim pizzę, także z możliwością dostawy do domu. Na ulotkach czytamy, że oprócz standardowej Wegetariany, Wiejskiej, Neapolitańskiej czy Pepperoni, można zamówić m.in. Pustynną Burzę, Minę w Piachu, Łaskę Allaha czy Bunkier Husajna. To pomysł syna właściciela, Przemka. "Chciałem, żeby nazwy odpowiadały charakterowi naszej kuchni" - tłumaczy "Gazecie Wyborczej".

Pizza Pustynia nazywa się tak, bo składa się jedynie z sera, szynki i oregano, Pustynna Burza jest ostra, bo zawiera m.in. sos czosnkowy, paprykę, chili i tabasco. Mina w piachu ma natomiast wbite na środek jajko. A Bunkier Husajna? "W bunkrze Husajna było wszystko - broń, amunicja...Tak samo naszą pizzę można sobie skomponować z dowolnych składników" - mówi Przemek.
No dobrze, a w czym problem? To prywatna pizzeria? Więc mogą sobie te pizze ponazywać, jak chcą, zgoda? Na pewno nie gwałci to zasad liberalizmu, a raczej przeciwnie, i na liberalnym gruncie byłoby tego chyba bardzo trudno zakazać, nawet gdyby ktoś chciał.
Grupa żołnierzy USA udająca się do Kuwejtu wyczarterowanym samolotem została poproszona o pozbycie się nożyczek do włosów w nosie, nożyków kieszonkowych i zapalniczek. Bo takie są obowiązujące przepisy “bezpieczeństwa” na pokładach samolotów. Co zabawniejsze, żołnierze pozbawieni już tych niebezpiecznych narzędzi wnieśli na pokład swoje uzbrojenie - karabiny, pistolety i strzelby plus całe swoje żołnierskie wyposażenie. Z pewnością czuli się bezpieczniej bez zapalniczek.
A co z "Prawem" przez Duże "P", kochani zwolennicy Janusza Korwina-Mikke? Jeśli tak stanowi regulamin, czy jakieś przepisy, to nie ma rady. W każdym razie nie ma jej chyba i być nie może dla wyznawców Prawa przez Duże "P" i reszty doktryny UPR'u.
Facetom wstep wzbroniony
Seksmisja bliska realizacji. Kobiety tworzą coraz więcej miejsc zamkniętych dla mężczyzn.

"Przed wejściem do częstochowskiej klubokawiarni Babie Lato stoi kilka stolików. Do kawiarni podchodzą dziewczyna i chłopak. Rozglądają się po oblężonym ogródku i decydują się wejść do środka. Zanim jednak zdążą usiąść, podchodzi do nich kelnerka i dyskretnie pyta, czy widzieli napis przed wejściem. Zdziwieni wychodzą na zewnątrz, gdzie wisi tabliczka "Klub dla kobiet". Zaskoczony mężczyzna pyta, czy będzie mógł wejść do środka. Kelnerka cicho śmiejąc się mówi, że owszem, może, ale pod warunkiem że włoży perukę. Dodaje, że niestety, zielona jest już zajęta przez innego pana, ale została jeszcze marchewkoworuda z warkoczami."
To prywatna knajpa? W czym więc problem? Mogą moim zdaniem - a nie uważam się bynajmniej za żadnego liberała - nie wpuszczać łysych, bladych, w długich spodniach, trzeźwych, kobiet, mężczyzn, dzieci, długowłosych... Jeśli to od razu wyraźnie powiedzą, że to prywatny klub dla specjalnej publiczności, a wszystkich nieodpowiednich powstrzymają grzecznie, to w czym problem? Dla mnie mogą być miliony klubów nie wpuszczających facetów - pod warunkiem oczywiście, że będą też miały prawo istnieć kluby nie wpuszczające kobiet. Czyżby liberałowie uważali inaczej?
Trzej czescy policjanci z morawskiej miejscowości Mosnov przerwali pościg za złodziejem, ponieważ właśnie kończyła im się służba.

Policjanci zaalarmowani przez jednego z mieszkańców rozpoczęli pościg za złodziejem. W trakcie pogoni tuż przed wysokim murem, za którym akurat zniknął złodziej, uświadomili sobie jednak, że kończy się ich czas służby. W związku z tym zakończyli pościg i wrócili na komendę, aby przekazać służbę zmiennikom. Mieszkańców Mosnova bynajmniej nie zachwyciła punktualność policjantów. "To było jak zły sen" - oburzył się burmistrz.
Ubawiłem się setnie. Jak to się ma do głoszonej przez UPR wyższości zawodowej armii nad wszelką inną, a szczególnie armią z poboru? Dodajmy do tego Prawo przez Duże "P", i będziemy mieli dokładnie to samo, tylko na bez porównania większą skalę. Jeśli ci policjanci są pracownikami, to mają prawo być traktowani jak pracownicy. Czyli, jesli nadchodzi pora fajrantu, to mamy fajrant. Czyż nie?
Kuratorium, odpowiedzialne za placówki oświatowe w rejonie Werony na północy Włoch, najwyraźniej nie wie, kim był Jan Paweł II.

Taki wniosek można wyciągnąć z tego, że pracownicy kuratorium zażądali życiorysu papieża od władz miasteczka, które chcą nadać miejscowej szkole jego imię.

Jak informuje dziennik "La Stampa", władze gminy Peschiera del Garda postanowiły, że znajdująca się tam szkoła otrzyma imię Jana Pawła II. Wysłały odpowiedni wniosek w tej sprawie do kuratorium.

Prośba została odrzucona, gdyż zabrakło w niej życiorysu przyszłego patrona. "Prosimy o załączenie krótkiego biogramu kulturalnego i biograficznego oraz wyjaśnienie, kim był kandydat na patrona" - napisano w odmownej odpowiedzi władz oświatowych.
No a jeśli nie wiedzą, to co? Albo, co bardziej prawdopodobne, nie chcą wiedzieć? Należy ich sprawdzać na szczegóły kariery Jana Pawła II na detektorze kłamstw? Czy i ja mam prawo założyć, że każdy wie, kto to był ktoś, kogo ja znam? Np. Sulla albo Sardanapal?

Następny "absurd" zamieszczam wraz z komentarzem umieszczonym na forum, bo to się tutaj przyda:
Gazeta.pl donosi:

Kiełbasa, produkowana od lat przez rzeźnika Jona Carthew z miejscowości Powys w Walii nazywa się dumnie Welsh Dragon, czyli Walijski Smok. Tamtejsi biurokraci uznali jednak, że taka nazwa może być dla klientów myląca i nakazali wprowadzenie zmian.

- Kolejni konsumenci uratowani przed manipulacjami pazernego rzeźnika.

Wojciech
-------------
Nie wiem, jak tam ze znajomością angielskiego u liberałów, ale "Red Dragon saussage" to może znaczyć "kiełbasa Czerwony Smok", albo "Kiełbasa z Czerwonego Smoka". Czy my tu w Polsce powinniśmy pozwolić na nazwanie jakiejś wędliny "Kiełbasą z Białego Orła"? Mam co do tego spore wątpliwości. Nieuświadomionym zdradzę, że czerwony smok to odwieczne godło Walii, więc analogia z białym orłem jest całkiem ścisła.

Jest tam na tym forum jeszcze więcej absurdów, mniej i bardziej absurdalnych. Nie miałem cierpliwości, by je wszystkie dokładnie poznawać. Część z pewnością naprawdę jest absurdalna, albo przynajmniej zabawna, choć wątpię nieco, czy i na tych da się zbudować sensowną polityczną ideologię. No bo niektóre są takie:
Żydowska organizacja The Board of Guardians of British Jews działająca w Wielkiej Brytanii, zaaprobowała zainstalowanie bankomatu na cmentarzu Chester Jewish Cemetery. Pomysł narodził się po śmierci jednego z największych biznesmenów brytyjskich, Morris Gorski, właściciela największej w Wielkiej Brytanii tzw. firmy deweloperskiej, który wpisał takie życzenie do swojego testamentu.

Po konsultacjach z rodziną, zdecydowano że maszyna będzie zainstalowana przy grobowcu pana Gorskiego i dwudziestu pięciu spadkobierców jego fortuny będzie mogło ją uzyskać tylko pod warunkiem odwiedzenia jego grobu. Maszyna będzie wydawała karty wartości jednorazowo maksimum 750 funtów. "Wydaje mi się, że wujek Morris chciał aby członkowie rodziny mieli jakiś bodziec do odwiedzania go" - mówi Jane Gould, bratanica Gorskiego.
Sprawa jest faktycznie dość zabawna, ale co tu takiego absurdalnego, że ktoś sobie coś takiego dowcipnie wymyślił i miał środki, by to zrealizować?

Oczywiście nie ma co demonizować. Nie wszystkie "absurdy" były do tego stopnia wątpliwe, zaś niektórzy dyskutanci wyrażali podobne do moich tutaj opinie i wątpliwości. I nic w tym oczywiście dziwnego. Jednak to polowanie na absurdy dziwnie mi przypomina "krytykę", która jest, jak każdy wie, najważniejszym narzędziem Nowej Lewicy. "Patrzcie ludzie - wszystko w tym waszym świecie jest żałosne i absurdalne, i tam będzie, dopóki to MY..."

Oto link, jeśli ktoś ma zamiar dalej ten wątek śledzić: http://prawica.net/node/5253

sobota, listopada 18, 2006

Hania i Duch Święty

Śliczny tekst na blogu Ryszarda Czarneckiego ujawniający fascynujące fragmenty dawnej politycznej działalności Hanny Gronkiewicz-Walc. Oto najpikantniejszy kawałek, wytłuszczenia moje własne:

Rozmowy, nie powiem, były sympatyczne. Niepokoił mnie jednak swoisty "transcendentalny" charakter tych rozmów. Pani Hania powtarzała bowiem na nich ze śmiertelnie poważną miną to, co mówiła również dla niektórych tygodników i miesięczników katolickich: że do kandydowania skłania ją… Duch Święty. Osobiście wierzę w Ducha Świętego, ale trochę martwią mnie ludzie, którzy powołują się na osobisty z nim kontakt. Pani prezes miała z nim kontakt stały i bezpośredni. Bardzo jej tego zazdrościliśmy… Mówiła o tym ze szczerością, która mogła uwieść i mnie (na jakiś czas) i uwiodła.

Pamiętam dramatyczną rozmowę, już pod koniec kampanii, we wtorek lub w środę, na 4-5 dni przed pierwszą turą. Odbyła się ona w Szczecinie, gdzie poleciałem specjalnie, aby nakłonić ją do rezygnacji z kandydowania, bo już wtedy było wiadomo, że nie tylko wyborów nie wygra, ale rozbije głosy prawicy. W części tej rozmowy uczestniczył legendarny przywódca strajku w Sierpniu 1980r. Stanisław Wądołowski. Do mnie, patrząc prosto w oczy, pani Hania mówiła, że jest przekonana, że te wybory wygra, mimo fatalnych sondaży - bo właśnie dopiero co, zapewnił ją o tym Duch Święty… Gdy to usłyszałem, ręce mi opadły do kolan, co zresztą jest jednak pośrednim dowodem na prawdziwość teorii Darwina. Zrozumiałem, że popełniłem politycznego "wielbłąda", czyli zrobiłem - mówiąc językiem piłkarzy - wielki błąd. Ta pani była odporna na jakiekolwiek racjonalne argumenty. Było to dziwne, bo znałem wielu członków Ruchu Odnowy w Duchu Świętym: byli to ludzie głęboko wierzący, ale nie nawiedzeni…

Ta szopka w Szczecinie to była tylko puenta jakiejś quasi religijnej farsy, którą HGW odczyniała przez całą kampanię. Opowiadała, m.in., że w czasie wystąpienia Ojca Świętego Jana Pawła II z ruchów jego ust wyraźnie odczytywała jasny przekaz: "Hanno - będziesz prezydentem"!!! Takich przykładów "jazdy bez trzymanki" w wykonaniu pani Haneczki było co niemiara.

Michałowi Kamińskiemu - dziś mało kto pamięta, że był wówczas rzecznikiem partii, której prezesowałem, czyli ZChN-u, ale również… rzecznikiem kampanii HGW - w czasie jednego z wyjazdów wyborczych do Polski południowej powiedziała w samochodzie: "Gdyby on mnie nie namówił, nigdy nie zdecydowałabym się na start w wyborach". Naiwny Michaś zapytał zaskoczony, aby doprecyzować: "Jaki on? Wałęsa?" Gronkiewicz-Waltz spojrzała na niego z politowaniem godnym profanów. Po chwili uroczystego milczenia, dalej milcząc, wskazała palcem… niebo.

Całość tutaj:
http://ryszardczarnecki.blog.onet.pl/index.html?id=150186916

Fajnych ma polityków ta III RP, nie ma co! Jak nie obcy agent albo ubek, to religijnie nawiedzona. Ciekawe co na to warszawiacy...