niedziela, listopada 01, 2009

Końska Liturgia i Kościół Katolicki

Na początek remanenty i sprawy organizacyjne. Nie wiem czy to widać, ale pisać od urodzenia nie znoszę. Kiedyś, kiedy naprawdę nic się w moim życiu nie działo, a miałem masę wolnego czasu, postanowiłem stworzyć tego bloga - raz żeby sprawdzić, czy w ogóle potrafiłbym działać jako przyzwoitej klasy publicysta, dwa żeby wylansować Roberta Ardreya.

Roberta Ardreya, którego, jak to mówiłem wielokrotnie, uważam za absolutną PODSTAWĘ jakichkolwiek prawicowych poglądów. OK, ktoś kto dzień w dzień grzebie się w koniach częściowo arabskich, może faktycznie wie na takie, związane z biologią, tematy więcej od kogoś, kto z biologią ma kontakt jedynie za pośrednictwem lekarstwa na zgagę, a w porywach za pośrednictwem kastrowanego kota swojej ciotki. Ta różnica nie jest jednak moim zdaniem aż tak wielka (jakieś 15% góra).

Dodatkowo, nawet gdyby taki ktoś był w sprawach o których Ardrey mówi skończenie mądry, to i tak nam to nie wystarczy. Rzecz w tym, że do sensownej debaty trza mieć uzgodnione definicje - to absolutna podstawa! - ale nie tylko. Ponieważ życie jest krótkie, a doba zazwyczaj nie ma więcej niż 35 godzin, istotne są pewne intelektualne prefabrykaty, że tak to określę. Ja też bym się aż tak często nie powoływał na Spenglera, czy kogo tam, gdyby nie to, że wtedy po prostu ktoś kto też przeczytał i zrozumiał, od razu ma, w pigułce, cały skomplikowany często, wywód. I od tego miejsca możemy dalej maszerować.

Oczywiście ten prefabrykowany wywód, do którego dostęp uzyskujemy za pomocą słowa kluczowego (keyword, tag) - powiedzmy "Prawda w sensie spenglerycznym" - też nie musi być w całości bez żadnej krytyki akceptowany. Możemy sobie go ew. dyskutować, próbować uzgodnić, co w nim komu nie do końca pasuje, jak by należało zmienić itd. Jednak TAK WŁAŚNIE wygląda życie intelektualne - gdyby było inaczej, za każdym razem musielibyśmy "wynajdować na nowo koło" i np. zamiast rzec "to jest coś w rodzaju świata platońskich idei", musielibyśmy napisać samemu Timaiosa i większość pozostałych dzieł Platona.

Albo jakieś ich odpowiedniki, w każdym razie alegoria o cieniach w pieczarze musiałaby być zaserwowana w całości, bo bez tego nijak. Dlatego też, skoro poszedłem już w tę (istotną!) dygresję o znaczeniu Ardreya, z naciskiem podkreślam, że upieram się przy jego ważności, a jeśli komuś czytanie po angielsku wciąż sprawia trudności, to niech się, do kurwy nędzy, nauczy, albo wynajmie sobie studenta. Ba, nawet absolwenta może se wynająć, skoro podobno bezrobocie wśród absolwentów uczelni (są jeszcze takie w tym nieszczęsnym kraju?) wynosi obecnie 44%.

Do czego zmierzam? (Bo zawsze zmierzam, choćby to nie było na pierwszy rzut oka oczywiste.) Do tego, że jak to widzę, dyskusja, choć dyskutantów niezbyt wielu, jest tu o wiele bardziej interesująca od samych moich wpisów. Przynajmniej dla mnie. Tym bardziej, że ten ostatni cykl to czysta perwersja, bo do istoty sprawy nie dojdę w tym ziemskim życiu, w reinkarnację trydenckiemu katolikowi nie wypada przecież wierzyć, a to co na razie jest to pozbawione formy przemądrzałe wywody na tematy, które aż się dziwię, że kogoś zainteresowały.

W końcu jeśli naprawdę ktoś lubi czytać, co ja... Zamiast podać w ogromnym skrócie jak to od katolicyzmu nasza cywilizacja przeszła do różnych pokracznych religii w rodzaju "Religii Nauki", czy "Religii Praw Człowieka", oraz jak się do tego mają wierzenia w rodzaju wiary w "Wolny Rynek"... Więc jeśli ktoś lubi czytać, co ja zrozumiałem z rozróżnienia Spenglera między Prawdami i Faktami (i całą masą spraw, które się z tymi dwiema ściśle wiążą), to powinien se przeczytać samo Magnum Opus, a potem ew. ze mną na te tematy podyskutować.

Może ten mój wieloodcinkowy wywód miał jakieś zalety, ale miał też i wady. Na przykład kompletny brak formy i chaotyczność. Co było przy takiej jego postaci nie do uniknięcia. Naprawdę nie przyjmuję zarzutu, który tutaj jeden z komentatorów postawił, że mam nieuporządkowany umysł - raczej przeciwnie - ale tak to może wyglądać.

Kiedyś faktycznie pisywałem coś, co można było uznać za w miarę dopracowane felietony (minus korekta, minus cięcia redakcyjne), ale już dawno przestało mnie to bawić. (Tak samo, jak pisanie limeryków czy świńskich fraszek. A miałem kiedyś krótki okres, kiedy się sprawdzałem w takich dziedzinach i - thank you very much! - nieźle mi szło. Niektórzy to wiedzą. Ale dzisiaj bym już nie potrafił, bo i mi nie ma powodu zależeć.)

OK, w sumie chciałbym rzec, że bardziej mi się na tym blogasku podoba dyskusja w komętach, niż sama treść (żołądkowa). Może by po prostu zamiast blogaska założyć forum, na którym by się dyskutowało różne sprawy? Nie znikałoby to tak łatwo jak tutaj - gdzie jeden pisze pod odcinkiem 3, a inny pod odcinkiem 5, i nigdy się nie spotkają... Co jest, przyznajcie, durne!

Oczywiście dłuższe wpisy też by się tam, na tym forum, dało wpisywać. W sumie byłoby po prostu lepiej. Albo też, radykalnie - zlikwidować tego blogaska... Względnie zostawić go odłogiem. I tyle. I pogadać se w razie czego na Skype. (Mówię popisać, przynajmniej na razie bo mam coś z kartą dźwiękową i nie chodzą mi mikrofony.)

W podsumowaniu powyższego, zacytuję to, co mi tu w komęcie wpisał Amalryk:
Trochę na boku, ale do rzeczy; przypomniałem sobie słowa z przedmowy do "Historii wierzeń i idei religijnych" M.Eliade "(...)przez wiele lat planowałem wydanie dzieła krótkiego i zwartego(...)Niestety, owa księga, krótka i zwięzła, jeszcze nie powstała(...).
Dokładnie tak to tu było! Z jednej strony mi wstyd, że wyszedł taki kulfon. Z drugiej dziwię się, że tylu bystrych ludzi tego kulfona jednak doceniło, więc może jakąś tam wartość on jednak ma?

Jeśli ktoś coś ma do powiedzenia na temat mojej sugestii forum, czy czegokolwiek, bardzo proszę! Pamiętajcie też, że to ostatnie lata takich figlów w sieci, więc jeśli ktoś zamierza wnukom kiedyś (na ucho oczywiście) opowiadać, jak to knuł i podgryzał korzonki Globalnego Państwa Ojromrówek, to ma tu jedną z ostatnich okazji.

Oczywiście po drodze będzie musiał uniknąć rozpoznania Europejskiej Schizofrenii Bezobjawowej i wynikającej z tego eutanazji, ale to już nie mój problem. A raczej - problem jak najbardziej mój i się zmartwię, jeśli się dowiem, ale co ja mogę w tej sprawie? Módlcie się i dbajcie, żeby wam proch nie zamókł - tyle wam mogę doradzić.

* * * * *

No dobra... Żeby nie było, że ja tu tylko własny ogon konsumuję i zajmuję się wyłącznie sprawami organizacyjnymi...

Od niedawna zacząłem się uczyć portugalskiego. Dlaczego? Toć coś trzeba na starość dłubać, a w dodatku ten język mnie fascynuje od dawna swoją niesamowitą fonetyką (jakaś być może pre-indoeuropejska, niewykluczone Cro-Magnon, łał!), do tego Boska Amália, do tego BJJ. A mam tu akurat bardzo fajnego młodego Portugalczyka - wygląda jak lewak, ale wydaje się być b. sensowny. (Mam niepłonną nadzieję, że to nie taki meksykański student, który swego czasu przynęcił się do Trockiego. Jak coś, to będziecie wiedzieć!)

No i tak sobie się rozglądać, gdzie by tu złapać więcej tej dziwnej i fascynującej luzytańskiej fonetyki... Aż tu okazało się, że na takim ojrokanale dla lemingów o nazwie "Euronews" naprawdę działa wybieranie podstawowego języka! Wiec tam gadają różne lemingi i europejsy w różnych narzeczach, ale lektor gada po luzytańsku właśnie. Fajne!

Treści oczywiście (żołądkowe) są takie, jakie uwielbiają lemingi, natomiast faceci w moim stylu znacznie mniej. No, ale za to człek poznaje co oni tam mędzą. (Jakby i tak nie wiedział.) Mimo wszystko jednak te lemingopejsy przed chwilą mnie zapłodniły, a w dodatku ta sprawa ma związek z moim światłym tekstem o Historii Religii.

W dziale "Kultura" ci lemingopejscy manipulanci pokazali mianowicie coś, co się nazywało "Liturgie Equestre", czyli "Końska Liturgia" (albo może "Konna"). I były to takie różne sprawy jak "Cesarska Wiedeńska Akademia Jeździecka" (czy jak się tam to po naszemu nazywa), tyle że na awangardowo i nowocześnie. Więc takie piękne, tłuste hiszpańskie ogiery, a na nich młode niebrzydkie kobietki z długimi końskimi ogonami... Ujeżdżanie w takiej rokokowej formie - konie tańczą, tworzą zbiorowo różne dynamiczne wzorki. Żadnego szarpania, żadnego skakania przez wysokie przeszkody - za to capriole i courbetty. Do tego tzw. "klasyczna" muzyka, z Bachem włącznie.

Różne takie, w zamierzeniu awangardowe, całkiem na oko zresztą niebrzydkie, rzeczy... Które ewidentnie miały być jakąś... No, może nie całkiem "liturgią", choć kto tam ich wie? Ale w każdym razie wyrafinowaną FORMĄ i jakimś odpowiednikiem tego, co reprezentuje Kościół Katolicki.

Jaki jednak Kościół Katolicki? Przecież nie ten posoborowy! Tak się składa, że moje gadki o kościele trydenckim to nie są jakieś takie sobie z sufitu wzięte rojenia - ja naprawdę jestem tak stary, że świetnie pamiętam, jak wyglądały... Jak brzmiały i pachniały trydenckie nabożeństwa... I procesje... I wszystko.

Kiedy dziś słyszę kazanie wygłaszane praktycznie gazetowym językiem... Kiedy widzę tę "sztukę sakralną", która swym tandetnym gemütlichkeit mogłaby rywalizować niemal z ogrodowymi krasnalami naszych zachodnich przyjaciół... Kiedy widzę ten knajpiany szynkwas, na którym teraz dokonuje się... Sami wiecie! Kiedy mi mówią, że teraz "ksiądz stoi PRZODEM DO WIERNYCH", a ja widzę, że stoi (excusez le mot) DUPĄ DO OŁTARZA... Naprawdę nie chcę nikomu pluć do zupy, więc nie rozwinę.

Jednak tak mi cholernie brak ks. Wujka i łaciny, prawdziwej sztuki sakralnej (bo ja w tamtych czasach mieszkałem w Krakowie, więc ten kościół był całkiem tradycyjny, żadne tam baraki czy "łódź odrywająca się od ziemi" z betonu piankowego), prawdziwej muzyki sakralnej (chór a capella, organy)... Co ja tu się zresztą będę rozwodził.

Zabawne, powie ktoś, kto mnie już nieco czytał - gada to przecież gość w sumie przecież niewierzący! Zgoda, racja. Jednak zobaczcie - Kościół Katolicki, będący ostatnią i jedyną ostoją FORMY w tym naszym upadającym, amorficznym świecie, DOBROWOLNIE (choć oczywiście nie wiemy, jakie tam były naciski i ilu agentów udało się już do wyższej kościelnej hierarchii wprowadzić przed upiornym V2) z niej REZYGNUJE... Aby się "unowocześnić"... Aby się dopasować do współczesności...

A w jakiś czas potem różne obskurne, semi-totalitarne (mówiąc b. oględnie), zajadle antykatolickie, lewackie po prostu siły - wskakują na jego miejsce, próbują przejąć nie tylko samą ideę LITURGII, nie tylko FORMĘ jako taką, ale zapożyczają po prostu całe wielkie partie z tej autentycznej (trydenckiej oczywiście, bo posoborowej przecież nie ma) katolickiej... W celu DOKŁADNIE PRZECIWNYM do tego, który miał Kościół! No bo nie oszukujmy się - na kanale "Euronews" to nie konie są istotne, nie muzyka Bacha, czy choćby Czajkowskiego - tam się wykuwają WIELKIE IDEE, tam się wykuwa NOWY ŚWIAT, tam się tworzy NOWY CZŁOWIEK...

A Kościół, w imię nowoczesności, w imię obłędnego ekumenizmu, w imię "dotarcia do mas"... Oddał tym ludziom i tym siłom całe pole. Oddając im przy okazji wypracowane przez stulecia środki i formy, bez których tamci mieliby przecież o tyle trudniej! Czyż nie ma w tym czegoś po prostu diabelskiego? Nie mówiąc już o tym, jak cudne spiskowe teorie można by tutaj snuć.

Zaprawdę powiadam wam - upadek, nigdy nie jest piękny, choćby tak nam się mogło wydawać, gdyśmy w przaśnym i szarym prlu czytali o schyłku Rzymu i takich sprawach... A czy może istnieć coś, co ten upadek pokazuje nam dobitniej, niż zestawienie owej "Końskiej Liturgii", tak skutecznie, z pomocą technicznych osiągnięć naszej cywilizacji, lansowanej przez jego otwartych przecież wrogów, z posoborowym kościołem, który dobrowolnie stał się miejscem, które może ewentualnie rywalizować z tym czy owym serialem, z gazetowym horoskopem - ale na pewno nie z jakąkolwiek inną religią, a co dopiero mówić o "Końskich Liturgiach" i - podbijającej dziś, m.in. za ich pomocą, świat - lewackiej, totalitarnej i otwarcie przecież chrześcijaństwu wrogiej ideologii?

Gdybyście jednak, wy - autentyczni, w odróżnieniu ode mnie - chrześcijanie, takie rzeczy zauważali i reagowali, nie byłoby przecież tego upadku... A on chyba po prostu być musi, bo nasza cywilizacja jest już bardzo stara i bardzo zmęczona. Nie podoba się komuś ten determinizm? A czy ja wam ludzie zabraniam pokazać mi, i światu, że on jest fałszywy? Ale jednak NIE pokażecie, jestem tego dziwnie pewien.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

24 komentarze:

  1. Benedykt XVI jasno przypomniał, że lex orandi legi credendi respondet - zasada modlitwy (formy modlitwy, LITURGIA) odpowiada formie wiary, toteż Mszał Rzymski ogłoszony przez św. Piusa V i wydany po raz kolejny przez bł. Jana XXIII powinien być uznawany za nadzwyczajny wyraz tej samej zasady modlitwy (Lex orandi) i musi być odpowiednio uznany ze względu na czcigodny i starożytny zwyczaj.W Mszach odprawianych bez udziału ludu, każdy ksiądz katolicki obrządku łacińskiego, diecezjalny czy zakonny, może używać Mszału Rzymskiego ogłoszonego przez bł. Jana XXIII w 1962, lub Mszału Rzymskiego ogłoszonego przez Pawła VI w 1970, i może to robić każdego dnia z wyjątkiem Triduum Wielkanocnego. Dla takiego odprawiania, przy użyciu któregokolwiek z Mszałów, ksiądz nie potrzebuje żadnej zgody Stolicy Świętej ani Ordynariusza.W parafiach, w których jest stale obecna grupa wiernych przywiązanych do wcześniejszych tradycji liturgicznych, proboszcz powinien chętnie przyjąć ich prośbę o odprawianie Mszy rycie Mszału Rzymskiego ogłoszonego w 1962 i zapewnić aby dobro tych wiernych stało w zgodzie ze zwykłą opieką duszpasterską w parafii i pod kierunkiem biskupa zgodnie z kanonem 392, unikając niezgody i wybierając jedność Kościoła.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, Tygrysie, tak, masz niezaprzeczalnie talent pisarski, ale równocześnie , dla równowagi będziesz miał coraz mniej miejsca gdzie będziesz go mógł prezentować (zwłaszcza z takimi poglądami).
    Ale dorzucę tu parę luźnych spostrzeżeń jakie mi się nasunęły.
    O lansowanym przez ciebie O.Spenglerze usłyszałem nie pamiętam już kiedy i namiętnie poszukiwałem polskiego tłumaczenia (niestety, nie jestem erudytą, nie znam przyzwoicie żadnego obcego języka, który zapewniłby dostęp do spuścizny duchowej naszej cywilizacji, w stopniu zadawalającym; polski, niestety, okazuje się językiem dość peryferyjnym).
    W końcu z początkiem wieku nabyłem "Zmierzch" w tłumaczeniu J.Marzęckiego, z redakcyjnymi skrótami (rzekomo ułatwiającymi lekturę). Nigdy nie miałem zaufania do usłużnych "dobroczyńców", którzy "ułatwiają" lekturę oryginału poprzez wycinanie tekstu (kiedyś sztab takich myślicieli mieścił się na ulicy Mysiej (nomen omen) w Warszawie), ale nie o tym... Tekst, mimo iż tak okrutnie wykastrowany,jest arcydziełem, a tym co poraża w miarę rozgarniętego czytelnika, jest ogrom erudycji autora (i nie zapominajmy iż pisze to gimnazjalny (Realgymnasium)nauczyciel matematyki (co prawda z tytułem doktora), już samo to spostrzeżenie stanowi cudowną autoafiramację książki (wprost nasuwa się scholium NGD: "Dzisiaj co prawda nie każdy profesor to głupiec, ale każdy głupiec to profesor" - cyt.z pamięci).
    Jako swoistą glosę do "Zmierzchu" na traktuję "Sens Historii" M.Bierdiajewa z którego dorzucę parę cytatów na zakończenie tego przydługawego komętu:
    "(...)W naszej epoce nie ma bardziej ważnego tematu dla nauki i dla życia niż temat kultury oraz cywilizacji, ich różnicy i wzajemnych stosunków. Jest to temat czekającego nas losu. Nic bardziej nie niepokoi człowieka niż jego los. Wyjątkowy sukces książki Oswalda Spenglera o zmierzchu Europy wynika z faktu, że w tak ostry sposób postawiono przed świadomością człowieka problem jego losu.(...)

    Czy jest jednak obcy świadomości zachodniej, czy sama myśl europejska nie dochodziła do jego postawienia, czy tylko Spengler zbliżył się do tego problemu?

    Pojawienie się Nietzschego jest związane z ostrą świadomością tego fatalnego dla kultury zachodniej tematu. Tęsknota Nietzschego za tragiczną, dionizyjską kulturą, jest tęsknotą powstałą w epoce tryumfującej cywilizacji. Najlepsi ludzie Zachodu odczuwali tego typu śmiertelny smutek, wywołany w stare) Europie przez tryumf mamony, przez duchową śmierć kultury - świętej i symbolicznej - w bezdusznej cywilizacji technicznej.(...)
    Ludzie późnej, schyłkowej kultury, są bezsilni, aby przejść od nadciągającego niebytu cywilizacji do autentycznego istnienia, istnienia wiecznego, ratują się ucieczką w świat dalekiej przeszłości, którego nie można już przywrócić życiu lub też w obce dla nich istnienia zastygłych światów kultury Wschodu.

    Właśnie w ten sposób zostały poderwane podstawy banalnej teorii postępu, która pozwalała wierzyć, że przyszłość zawsze jest doskonalsza od przeszłości, że ludzkość ciągle rozwija się ku wyższym formom życia. Kultura nie rozwija się bez końca. Kultura niesie w sobie zarodki śmierci. W kulturze są zasady, które w nieodwracalny sposób prowadzą do cywilizacji. Cywilizacja natomiast jest śmiercią ducha kultury, jest zjawiskiem całkowicie innego istnienia lub nieistnienia. Należy zrozumieć ten fenomen, tak typowy dla filozofii historii, w celu zrozumienia historii. Spengler nie uczynił nic dla przeniknięcia w sens tego prafenomenu historii.(...)"
    Ale się rozględziłem...

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Anonimowy

    Czyli jednak można? Tylko dlaczego lud i młodzież są niezmiennie karmieni tą marną imitacją protestantyzmu w wersji cepeliowskiej? :-(

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Amalryk

    Serdeczne dzięki za tego komęta - jest wspaniały i aż szkoda by utonął w komętach. Trza by co najmniej dać do niego link z jakiegoś wpisu. Ale musiałby być wpis.

    Bierdiajewa mi już sporo ludzi polecało, ale przyznam, że miałem obawy, czy to jest coś dla mnie. Bo to i rusek, i chyba myśliciel jednoznacznie religijny...

    Uwagi o Spenglerze cenne, ale przyznam, że dziko mnie zaintrygowało ostatnie zdanie, to że "nie uczynił nic dla przeniknięcia". Mógłbyś mi to jakoś wyjaśnić czy uzupełnić?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Amalryk

    Co do podjęcia problemu, to wydaje mi się, że faktycznie nikt po Spenglerze tego na serio nie podjął.

    Toynbee to filozoficzny cienias, u którego poszczególne czysto historyczne opisiki mogą być interesujące, ale porównywanie tego z Magnum Opus Spenglera jest dla mnie czymś absurdalnym.

    No a nikogo innego, kto by chociaż próbował, nie znam.

    Dla mnie to jest tak, że naprawdę wydaje się, iż filozofia Zachodu i humanistyka właśnie na Spenglerze osiągnęła swój szczyt, potem zaś zaczęła pikować zadziwiająco szybko.

    Bo to i geniusz samego S. gra tutaj rolę, ale także punkt w rozwoju myśli Zachodu. Niestety, potem się to jakby nagle skończyło.

    Wiem, że to ryzykowne poglądy, ale cóż. Naprawdę inaczej tego nie potrafię zinterpretować.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  6. @Tygrys
    No popatrz jak ja Cię znam! Miałem wychlastać to ostatnie zdanie z Bierdiajewa, bo... no i stało się, muszę coś odpowiedzieć.
    Hmm... Nie wymagaj przypadkiem od "humanisty" po AGH-u (wówczas to się nazywał Wdział Maszyn G i H) pogłębionych analiz, obfitujących w wielopostaciowe neologizmy, wyprodukowane w laboratoriach współczesnych alchemików słowa, skutecznie komplikujących najprostszą myśl. Zresztą zawsze dostaję odruchów wymiotnych, gdy posługujący się takim hermetycznym wolapikiem autorytet ,(który miałby najprawdopodobniej istotne problemy z objęciem swym "renesansowym" umysłem aksjomatyki Peano),wygłasza jakieś nadęte pierdolety, z miną jakby przed chwilą wrócił z medytacji na Helikonie.
    A co do meritum, nie masz się co niepokoić, Spengler w błysku natchnienia stworzył mocą swego potężnego intelektu tą fascynującą syntezę, która najnormalniej, excusez le mot, wkurwia uniwersyteckich fachowców już od prawie wieku. (Zresztą nie wiem czy wiesz, że najpoważniejsze niemieckie pismo filozoficzne tamtego czasu "Logos" poświęciło, w odruchu wściekłości, cały rocznik 20/21 na wykazanie spenglerowskich błędów niebu obrzydłych.) Bierdiajewowi zaś, (choć oszołamiający sukces wydawniczy dzieła ignoranta pewnie nieco go zabolał),chodziło o przyczynę, nie jak, ale dlaczego, dlaczego cywilizacja zbija ducha a w rezultacie i siebie.
    Upraszczając myśl Bierdiajewa, całe nieszczęście pojawia się wówczas gdy zapada decyzja o skonsumowaniu zdobyczy kultury.
    Gdy: "(...)Rodzi się pełna napięcia wola "życia", praktyki "życia", mocy "życia", osiągnięcia słodyczy "życia", panowania nad "życiem".(...) Kiedy w masach ludzkich szerzy się żądza życia, wtedy cel przestaje być lokowany w wyższej kulturze duchowej, która zawsze ma charakter arystokratyczny, zawsze odnosi się do jakości nie do ilości.(...) Kultura przestaje być wartością samą w sobie i dlatego umiera wola tworzenia kultury. Nie ma więcej woli genialności, nie rodzą się już geniusze.(...) Zaczyna zwyciężać zasada ilości. Następuje socjalna entropia, twórcza energia kultury ulega rozproszeniu.(...)"
    Trywializując do ludowego porzekadła: "Jeden buduje, drugi rujnuje."
    Uff! Ale długawy komęt, znowu rekord!!

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Amalryk

    Komęty super - dzięki, bez kompleksów i proszę jak najwięcej! W razie czego zrobię z nich wpisa, żeby więcej ludzi mogło je przeczytać.

    Co do AGH, to wiem co to jest. Odwiedzałem ją nawet kiedym był w którejś z młodszych klas podstawówki. Bo do nich chodziłem w Krakowie. Nawet chyba przez jakiś czas chciałem być górnikiem!

    Info o Spenglerze fascynujące - naprawdę dzięki! Ten "Logos" uroczy - to trza by szeroko wykorzystać.

    Bierdiajew zdaje się mówić ze zdrowym sensem, czego się, prawdę mówiąc, nie spodziewałem po "religijnym myślicielu", ale wobec S. nie jest sprawiedliwy.

    Co najmniej w swym ostatnim dłuższym tekście "Człowiek i Technika" (jest i po polsku) S. mówi mniej więcej to, co tutaj cytujesz z Bierdiajewa. Innymi słowami, podchodząc do sprawy od innej strony - ale ja rozumiem to jako coś b. podobnego.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  8. Trochę czasu mi zajęło wyszukanie tego tekstu o "Logosie" ale znalazłem i Ci tu wklejam:

    HUMANISTYCZNE WIZJE KULTURY
    Upadek Zachodu.
    O morfologii kultur Oswalda Spenglera
    prof. dr hab. Krzysztof Maurin
    Gdy zgłaszałem ponad pół roku temu odczyt na to Forum, nie pojawiło się jeszcze
    tłumaczenie cennego wyboru z Untergang des Abendlandes Oswalda Spenglera (pod
    redakcją Helmuta Wernera), dokonane przez Józefa Marzęckiego i wydane w Polsce
    pt. Zmierzch Zachodu. Epokowa książka Spenglera jest wielkim dziełem sztuki
    i dlatego nie miałoby sensu opowiadać „własnymi słowami” i streszczać „prozą”
    ową „poezję”. Mogę jedynie zachęcić do samodzielnego czytania tego wielkiego
    tekstu oraz przybliżyć obszerne jego fragmenty oraz zastanowić się nad niespotyka-
    nym zjawiskiem, jakim była w 20. latach recepcja Untergang des Abendlandes.
    W powojennych, biednych i wygłodniałych Niemczech kupno tego obszernego
    dzieła wymagało nie lada wyrzeczeń. A kolejne wydania rozchodziły się błyska-
    wicznie. Ogromnemu entuzjazmowi stanęła naprzeciw zmasowana wrogość wywo-
    dząca się z kręgów uniwersyteckich fachowców: zmontowano – niespotykaną
    w dziejach filozofii – akcję przeciwko Untergang des Abendlandes. Wiodące wów-
    czas pismo filozoficzne Logos poświęciło dziełu Spenglera cały swój IX rocznik (1920/
    21), w którym kilkunastu fachowców: historyków, historyków sztuki, polityki, history-
    ków nauki itd., „wykazywało” niekompetencje Spenglera i szkodliwość jego dzieła.
    Przed kilku laty w Heidelbergu przypadkiem wpadł mi do ręki ów IX tom Logosu –
    przeczytałem go od deski do deski, zafascynowany innością, a jednocześnie ślepo-
    tą, czy też raczej głupotą autorów poszczególnych przyczynków. W mym wystąpie-
    niu będę starał się wyjaśnić to niespotykane zjawisko.

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Amalryk

    Cudne, dzięki! Bezcenna sprawa, o której kompletnie nie wiedziałem.

    Dobrze, swoją drogą, że się nie zdecydowałem na robienie doktoratu z historii idei - z moją dysleksją i hiper-syntetycznym podejściem, byłbym za kompletnego wodoleja! I nawet by mieli sporo racji.

    A kampania o której wspominasz, dowodzi, że prawdziwa prawicowość zawsze wywoływała dziki kontratak - także wtedy, kiedy pochodziła od kogoś z sercem po lewej stronie, jak Ardrey.

    Tylko leberalny, bezzębny "konserwatyzm" jest dla tego kurewskiego stadka do ew. zaakceptowania.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  10. @triarius
    Myślę że nie dyslekcja i skłonnośc do śmiałych, nawet słabo umotywowanych syntez, byłaby podstawową trudnością, na współczesnych europejskich Fabrykach Mędrków (nazywanych dla niepoznaki uniwersytetami), a raczej to co z nich by Ci się zaczęło wyłaniac.
    Niewiarygodnym jest wręcz, jak po ostatniej wojnie duch jakiejś obsesyjnej afirmacji autokastracji zaczął się rozpowszechniac na tym umierającym kontynencie, niczym pożar w wyschniętym buszu! To są zmiany zachodzace na oczach jednego pokolenia! Te społeczeństwa stają się całkiem bezbronne! Ale się doczekaliśmy czasów! A "najlepsze" dopiero przed nami!

    OdpowiedzUsuń
  11. Bierdiajew jak każdy (no może oprócz Spenglera, Ardreya i Pana Tygrysa naturalnie!) ma swoje zady i walety "choć to Rusek i chyba myśliciel jednoznacznie religijny".
    Niewątpliwie spodobałby Ci się Tygrysie żarliwy antykomunizm Bierdiajewa i szereg jego sądów na temat starzenia się kultury i przeistaczania jej w cywilizację, podobnych lub identycznych z sądami Spenglera, jednakowoż Bierdiajew miewał liberalno-ekumeniackie odchyły, pragnął zmodernizowania Prawosławia, można go też uznać za poprzednika Okrągłego Stolu oraz grubej kreski (uważałnp: że zbrojna Kontrrewolucja jaka się marzyła Mackiewiczowi, Conquestowi czy Wieczorkiewiczowi jest nie tylko niewykonalna, ale nawet wykonana byłaby szkodliwa! bo Czerwoną armię musi pokonać sama czerwona armia, komisarzy muszą pokonać sami komisarze, słowem to zwycięscy i upasieni krwią bolszewicy muszą się nawrócić, pogłębić NEPa i podzielić władzuchną z koncesjonowaną opozycją).
    Był też Bierdiajew zwolennikiem ułatwień przy uzyskiwaniu rozwodów, Cerkwi ubogiej, pustego piekła, daleko idącej redystrybucji dochodów i innych rzeczy, zwykle kojarzonych z katolewactwem.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zacznij Waćpan działac, by ta myśl o forum stała się faktem. Ściągnąłem sobie angielskie wydanie "Zmierchu Zachodu" i przez najbliżesz pół roku mam zamiar to strawić. A potem, a nawet w trakcie podyskutować -gdyż moja znajomość angielskiego mimo wszystko nie należy do perfekcyjnych.

    OdpowiedzUsuń
  13. @ Amalryk

    "Słabo umotywowanych"? Dzięki!

    Jednak nie trza zapominać, że w szeroko pojętych naukach humanistycznych żadnych ściśle biorąc dowodów być nie może. Bowiem, inaczej niż w naukach ścisłych, gdzie dość łatwo poszczególne fakty możemy uznać za tożsame, tutaj NIC nie jest naprawdę takie samo, nic nie jest powtarzalne.

    Więc jedyną metodą, albo niemal, jest hermeneutyka. Którą ja rozumiem tak, że snuję jakąś narrację (ukłony dla Eryka Miestewicza), a słuchaczowi zapala się w mózgu lampka, serce mu zaczyna walić, coś klika, coś iskrzy...

    Skutkiem czego gość stwierdza "ta narracja to było coś! to jest szczera prawda!" Inaczej się tu po prostu chyba nie da.

    Więc jakoś umotywowania jakiejś tezy wymaga oczywiście dbałości o fakty, troski o formę... I to wszystko jest do zrobienia.

    Ja też to potrafię, najlepiej z pomocą researcherek, asystentów, doktorantów, i korekty! Dajcie mi tylko tytuł profesora, pogadanki w TV i sporą pensję! ;-)

    Co do bezbronnych społeczeństw, oczywiście zgoda. Tak sobie jednak ostatni myślę, że przecież Spengler słusznie pisze, że lud ZAWSZE był politycznie bierny, a zaczął nieco szumieć tylko gdzieś koło Rewolucji Francuskiej, w początkach Cywilizacji. Potem mu to wyhamowywało.

    Czemu my się w końcu zatem dziwimy, że są lemingi, a nie ma prawdziwych wolnych obywateli z jajami? (Kirker, słyszysz?)

    Naprawdę marnie to widzę. Aż się czasem cieszę żem stary!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  14. @ strusp

    Cudnie ze Zmierzchem! W razie czego pytaj i dziel się, OK? Jakiś kontakt możesz chyba do mnie dorwać, jak nie to tutaj.

    Co do forum - Ty jesteś za. Reszta jakoś się na razie nie wypowiedziała. Mi też się ten pomysł dość podoba, ale nie chciałbym mieć forum całkiem martwego.

    To znaczy, jasne - Bondaryk z Mąką będą, pewnie nawet pod tysiącem avatarów, ale poza tym?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  15. @triarius-panthera tigris
    Ja pierdziu! Ale przy Tobie trzeba filtrowac każde słowo! No ale sens i tak wyłapujesz, więc kontakt jest zachowany mimo waldiwości przekazu. Oczywiście umotywowanie w tym kontekstcie to do dupy słowo, chodziło raczej o udokumentowanie. Podobnie wyjechałem Ci onegdaj z nieco nieuporządkowanym intelektem, tak jakby zdolności można było porządkowac, raczej chodziło mi o rozedrgany, niespokojny, wibrujący... na ale poszło!
    Projektowane forum, jakby zaskoczyło w takiej formie, w jakiej to sobie pewnie większośc z nas wyobraża, to byłyby jaja piramidalne, zwłaszcza po przekroczeniu jakiegoś niebezpiecznego dla lewackich zasrańców progu recepcji u publiki.

    OdpowiedzUsuń
  16. My tu gadu-gadu a Taliban odnosi kolejne sukcesy w walce z Lewiatanem. Generałowie sami przyznają, że Afganistan stał się dla nich drugim Wietnamem: "Mała skuteczność sił międzynarodowych oraz kompletna indolencja władz centralnych, spotęgowana ich kompromitacją w ostatnich pseudowyborach, sprawiły, że partyzantka rozszerza się i przekształca stopniowo w coraz powszechniejsze powstanie zbrojne na skalę wojny domowej. Doktryna przeciwpartyzancka, której fundamentem jest zdobycie przychylności i wsparcia ludności cywilnej, w takich warunkach nie może być skutecznie stosowana. W warunkach powstania ludność nie jest bowiem stroną trzecią, którą można przeciągać, pozyskiwać, lecz po prostu integralnym elementem strony przeciwnej (...)Dlatego NATO musi uciekać do przodu. Najpierw trzeba podjąć polityczną próbę zmiany statusu operacji z dobrowolnej na obowiązkową, a w razie fiaska tej inicjatywy (niestety, bardzo prawdopodobnego) - uruchomić prace nad planem operacyjnym ubezpieczonego wyjścia. Jest prawie pewne, że mniej więcej w dzień po wyjściu sił międzynarodowych sam by także "wyszedł", pozostawiając Afganistan w stanie totalnego chaosu (przypadek Wietnamu Południowego po wyjściu Amerykanów). Pamiętajmy, że wojny wietnamskiej Amerykanie nie przegrali w Wietnamie. Przegrali ją w Ameryce, u siebie w domach. Opinia publiczna nie wytrzymała ciśnienia informacji o okrucieństwach wojny, o nieskuteczności eskalowanych bombardowań, o wysyłanych bez sensu i bez nadziei na sukces kolejnych tysiącach żołnierzy, śmigłowców, samolotów. To samo czeka państwa europejskie NATO w razie kontynuowania obecnej strategii.".

    OdpowiedzUsuń
  17. Tiaurusie, Ardreya z Twojego polecenia sobie poczytałem. Dzięki. Myślałem że nudy jakieś ale pogrzeb słoni mnie napędził dalej.
    Mam pytanie. Czy znany Ci jest Veblen Thorstein? Nie żeby to znowu jakiś wielki filozof był. Raczej ekonomista, ale też nie ten z głównego nurtu. Niestety nie znam go z jego tekstów, bo też nie wiem czy warto, a ponieważ Ty toczysz bój z niewidzialną ręką rynku to może i znasz i polecasz, a może znasz i nie polecasz?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  18. @ julek

    To znaczy wiele sobie poczytałeś? Pogrzeby słoni są, o ile pamiętam, niemal na początku "Social Contract", nie? Ale będziesz dalej czytał, mam niepłonną?

    Naprawdę genialny gość - nie żeby jakiś katolicki ortodoksa, raczej przeciwnie, ale TE RZECZY PO PROSTU TRZEBA WIEDZIEĆ!

    Ja tu ludziom piszę, że od tego miejsca naprawdę dojrzałem politycznie und ideologicznie - że cały ten oświeceniowy leberalizm ze mnie opadł... A oni, choć mój blog ponoć cenią, wcale się tym nie przejęli.

    Co będzie, jeśli Unia za dwa lata tak ocenzuruje sieć, a do tego prywatny import książek, że Ardreya nie da się już dorwać? (To samo ze Spenglerem, ale ten to już całkiem elitarna lektura, jeśli ktoś nie filozof, nie zrozumie i tak.)

    W każdym razie wielką mi uczyniłeś frajdę, że czytasz. I czytaj dalej!

    Co do Veblena, to czytałem o nim nieco, ale to było w PRL, więc... Tam go raczej krytykowali, choć wykorzystywali do krytykowania USA... Więc to chyba niezły gość.

    W każdym razie jego "leisure class" to żadna tam lewacka "klasa próżniacza", jak to w PRL tłumaczyli, ino "klasa dysponująca wolnym czasem". A to masę zmienia! Czyli np. "otium cum dignitate" - już Cycero i inne Scypiony tym się zajmowały. A wcześniej np. Tukidydes.

    Jak byś Veblena dorwał, to mi proszę powiedz, OK?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  19. Aktualnie czytam Dr Strangelove's Game by Paul Strathern, z podtytułem: A Brief History of Economic Genius. Ten autor pisał też o filozofii, ale czy o Spenglerze coś napisał, tego nie wiem. W każdym razie w Dr. Spenglerze zamieścił dużo ciekawych wiadomości, których na studiach ekonomicznych raczej się nie dowiemy, przynajmniej ja nic o Johnym Law nie słyszałem, o Veblenie także. No a jedną ze stron ilustruje np. zdjęcie zmumifikowanego Banthama, co było dla mnie małym szokiem, bo myślałem dotąd że tylko faraon Lenin leży w słoiku.
    O Veblenie autor pisze tak:
    Thorstein Veblen was a Norwegian American who firmly believed that the neo-classical economists had been wrong in seeing rational self-interest as the prime motive in economic befaviour. On the contrary, people were driven by far more basic psychological forces such as greed, fear and conformity.

    A tu P.S. cytuje samego Veblena:
    "The istitution of a leisure class is found in its best developement at the higher stages of the barbarian culture"
    i dalej P.S.:
    The rich believed that they were different from others. Their wealth was no accident of existence; instead it was a reflection of their biological superiority (...) According to Veblen, this delusion had always been the case. (...) Veblen proceeded to compare late-nineteenth-century New York high society to the Stone Age existence of the Polynesian islanders and Viking tribal behaviour in the Dark Ages. Tribal leaders in all three of these primitive societies were free from menial activities. While other, lower forms of life worked, they lived efortlessly, doing nothing. Leisure was their defining quality.

    No i potem przejście do kupowania świecidełek swoim kobietom i ogólnie popisywania się posiadaniem szmalu.

    Jeszcze jedna ciekawosta. Veblen i Ardrey związani są z tym samym chicagowskim uniwerkiem. Niestety nie mogli się spotkać. Veblena z niego wywalili zanim Ardrey się urodził. A czy wywalili za "womanizing" jak pisze wikipedia czy może Rockefeller - tribal leader (?) i fundator uczelni, się wkurzył... nie wiem.

    Oczywiście nie chcę tu z nich robić towarzyszy broni. Być może analiza Veblena wyda się wielu bardzo oczywista.
    Ale brawa ode mnie za niezależność myślenia.
    No i nie zapominajmy najważniejszego: skrytykował ekonomię neo-klasyczną, zanim ta oficjalnie powstała jako Chicagowska Szkoła Ekonomiczna, i to na tym samym uniwerku :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  20. @ julek

    A, John Law to mój stary faworyt! Mam o nim zresztą b. fajny tekst po szwedzku (ursprungligen francuski). Teoretycznie można by to przełożyć, bo b. stare i nie może mieć już praw autorskich.

    Za informacje o Veblenie dzięki! Naprawdę niewiele wiedziałem, poza tym że norweskiego pochodzenia. Ciekawe czy z Adreyem chodzili do tej samej szkółki niedzielnej. ;-)

    Veblen zaczyna mi się podobać - to taki chyba plebejski buntownik. Coś dla Jareckiego. Gość nieźle trafił z tym Conformity. Trza by go kiedyś dorwać.

    Co do towarzyszy broni z Ardreyem, to nie ma sprawy - Ardrey w końcu to taka sama prawica, jak np. Orwell. Pewnie by się bidula obraził, gdyby go tak nazwać. Choć może teraz już nie? Ale i tak niestety nie dożył.

    Bentham też jest zmumifikowany? Ależ to śliczne! Nie masz przypadkiem zdjątka? Dałoby się na blogaska albo coś.

    No to jeszcze spytam: czujesz, że Ci robię budyń z mózgu, jak to raczył ostatnio rzec Artur? ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  21. O Jeremy Bentham jest notka w wikipedii. Fotka jest na stronie w wydaniu angielskim. Mamy też urzekający opis. Zastanawiam się tylko jakie to mogłybyć "pranks". No i zauważyłem, że na polskiej stronie też mamy ciekawostkę... Ale jaja!!!

    Co byś powiedział Tiaurusie, gdyby jakaś gazeta, ale na poważnie, tzn. tak na serio ale z niewidocznym przymrużeniem oka, wyszła z inicjatywą stworzenia takiego Mauzoleum Okrągłego Stołu i plebiscytem kogo powinniśmy (wiesz, za zasługi) zakonserwować w słoiku, bo tylko jedno miejsce mamy? No i czy oczywiście czy faworyci ewentualnie wyraziliby na to zgodę (żeby zaraz po sądach nie ciągali)....:DDDD

    Albo chociaż jakiś super tekst wystawić na salony.peele czy inne tam. Podobno cała nasza elitarna śmietana intelektualna to czyta. Oczywiście na poważnie ale z przymrużeniem oka ;)

    Pozdrawiam ubawiony samą myślą.

    OdpowiedzUsuń
  22. @ julek

    Fajny pomysł, ale to by musiał zaproponować ktoś o wiele szerzej czytany i bardziej rozrywkowy.

    Ja jestem, pochlebiam sobie, hiper-elitarny, a talent mam głównie do robienia sobie wrogów.

    Pogadam jednak z ludźmi na ten temat, może podchwycą.

    Z Benthamem to miałby być prank? Fakt, mógłby, ale dlaczego akurat wybrali kogoś tak mało znanego szerokiej publice? Cóż, może ci bardziej znani byli już dokładnie opisani i mają tam czujne warty. ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  23. Bentahm wylądował w szklanej szafie na własne życzenie (As requested in his will, his body was preserved and stored in a wooden cabinet called an "Auto-icon.") :DDD

    Tylko jego głowa się średnio zakonserwowała i studenci sobie jaja z niej robili. Dlatego ją potem zastąpiono głową wylaną z wosku. Albo... Angole nie opanowali tej szuki w takim stopniu jak Rusy.

    W każdym razie to Bentham zgłosił się na ochotnika tą wolną rękę rynku czy też racjonalność wyborów konkretniej sprecyzować. No i on sobie to wykombinował tak: "Nature has placed mankind under the governance of two sovereign masters, pain and pleasure."

    A teraz oddam głos P.Strathern'owi (bo boję się, że pochrzanię w tłumaczeniach):
    Bentahm tackled this problem in some detail, coming up with his 'felicific calculus' for the precise measurment of pleasure. In his analysis he listed seven different dimension of pleasure - including its duration and the number of individuals affected by it. He also listed 14 different types of simple pleasures - ranging through those resulting from power, wealth, skill, good name and (last but not least) malevolence. He also named a dozen 'simple pains' - ranging from disappointment to desire (a category which would seem to render most of us masochists).

    Nawet jak na tamte czasy to wg mnie miernie jak na "child prodigy, które znało alfabet wcześniej niż umiało mówić". Nie ważne.

    Jeszcze jedno, wspomniałeś o portugalskim języku. Przyznam, że i mnie się bardzo podoba. Nawet poprosiłem swego czasu poznaną Brazylijkę o wyrecytowanie tego wiersza

    http://pt.wikisource.org/wiki/%C3%80s_vezes,_em_dias_de_luz_perfeita_e_exacta

    i oczywiście nagrałem na dyktafon. Słuchało się cudownie, to była prawdziwa beleza :)

    OdpowiedzUsuń
  24. @ julek

    Cudna sprawa z tym Benthamem! Znał alfabet zanim umiał mówić. To prawie jak ta szympansica, jak jej tam było?

    Dzięki za info, jakoś aż tylu anegdotek na jego temat nie znałem. Takich facetów trza doceniać, bo to jednak nie to, co byle leming, ale nie za bardzo. Bo to jednak świry były czystej wody.

    Bentham, z tego co kojarzę, to było takie przejście od zwykłego, ordynarnego liberalizmu do socjaldemokracji. Takiej ętelektualnej und akademickiej, bo z robotnikami to oczywiście nic wspólnego nie ma.

    Te tam kategorie i stopnie przyjemności i przykrości - to rozwaliło całą prymitywną elegancję tego oświeceniowego systemu udającego układ słoneczny by Newton.

    Brazylia to faktycznie dość fascynujący kraj. Spenglerycznie rzecz biorąc to w sumie chyba barbarzyńcy mocno zaprawieni naszą cywilizacją. Ale ostatnio zaczynają się zresztą liczyć nawet w całkiem poważnych międzynarodowych sprawach.

    W sumie chętnie bym tam trochę pomieszkał, i to nie tylko z powodu... Nieważne! ;-)

    Pzdrwm

    P.S. Sam ofiarował swoje ciało nauce? Ale nie do pokrajania na plasterki, ino do mumifikacji? Uroczy gość!

    OdpowiedzUsuń