piątek, maja 14, 2010

Lech Kaczyński w moich wspomnieniach

Tytuł, nie dość, że okrutnie banalny, jest w dodatku przesadnie huczny i na wyrost, ponieważ moja niegdysiejsza znajomość z niedawno zamordowanym Prezydentem RP - choć rzeczywista - była jednak dość przypadkowa i nieprzesadnie bliska. Jednak znałem Lecha Kaczyńskiego, znałem też nieco jego żonę i córkę, więc, domyślając się, że ludzie mogą być obecnie ich życiem dość żywo zainteresowani, napiszę o tym nieco.

Tym bardziej, jak sądzę, ma to sens, że czasem tej naszej znajomość były akurat lata tzw. "stanu wojennego" i częściowo właśnie na epickim (to żart!) gruncie naszej - w małej części wspólnej i w nieco większej chyba równoległej - "podziemnej walki o wolną Polskę" ona się rozwijała.

Ponieważ naprawdę aż tak wiele z własnego doświadczenia o Lechu Kaczyńskim nie wiem, więc rzucę tę moją opowieść na nieco szersze tło - żeby coś w ogóle było do opowiadania, ale także, by łatwiej było pewne ówczesne, i jakże dziwne, sprawy zrozumieć.

Tak więc, nie jestem dziś całkiem tego pewien, ale Lecha Kaczyńskiego poznałem chyba już w czasie tzw. stanu wojennego, choć nie jest całkiem wykluczone, że jednak nieco wcześniej, w czasie gdy Solidarność była jeszcze legalna, a ludzie wierzyli, że coś się już na trwałe zmieniło.

Nie pamiętam też już teraz, czy poznaliśmy się po jakiejś solidarnościowej czy ogólnie opozycyjnej linii, czy też dla dlatego, że mieliśmy córki w mniej więcej równym wieku (moja pierworodna w istocie jest o pół roku starsza, jak mi to niedawno wyliczyła moja matka, dotąd sądziłem, że to całkiem rówieśnice) i o tym samym zresztą imieniu Marta, a do tego mieszkaliśmy w tym samym domu i w tej samej klatce (dom miał zresztą jedną klatkę).

Wydaje mi się, że to chyba jednak było po linii opozycyjnej, choć naprawdę nie jestem pewien. W końcu to nie było wtedy dla mnie jakieś wiekopomne spotkanie. W każdym razie, bawiąc się w Sherlocka, można łatwo wydedukować, że, jeśli spotkaliśmy się przed tzw. stanem wojennym ("tzw.", bo żadnej wojny wtedy tak naprawdę nie było i całe to mądre określenie to tylko kolejne z kłamstw komuszego "legalizmu"), to raczej po linii solidarnościowo-opozycyjnej, ponieważ latem '84, kiedy zwiałem z rodziną do Szwecji, moja córka akurat ukończyła 5 lat, a Marta Kaczyńska miała 4 i pół, więc nie było specjalnie jak poznać się wtedy dzięki córkom.

Tym bardziej, że trudno mi sobie teraz wyobrazić, by od jakichś zachwytów w stylu "ach, jakie cudne niemowlę, czy to dziewczynka czy chłopczyk", wysokiej rangi działacz "S", jakim, z tego co słyszę, był wtedy Lech Kaczyński, tak się ze mną zżył, że potem, w tzw. stanie wojennym, współpracowaliśmy w wywrotowej działalności. Tym bardziej, że w istocie wcale zżyci nie byliśmy, bo była to taka po prostu znajomość "z podziemia". W dodatku, kiedy się zrozumie, gdzie to się wszystko działo, dochodzi jeszcze jeden drobny, ale nie pozbawiony wagi, fakcik, który sugeruje, że jednak poznaliśmy się po linii opozycyjnej.

Gdzie to się działo? Co to był za dom, w którym mieszkaliśmy na początku i ja z moją rodziną, i Lech Kaczyński ze swoją? Było to w górnym Sopocie, na Osiedlu Mickiewicza. Kto zna Sopot, bez trudu zlokalizuje to osiedle, a kto nie zna, niech słucha. Leży ono w samej górze Sopotu, pod lasem. Kiedyś tam była pętla autobusu 144, teraz nie mam pojęcia, bo nie byłem tam 10 lat. Jest to osiedle złożone z pięciu chyba takich paskudnych dziesięciopiętrowych gierkowskich punktowców z wielkiej płyty, jakie nabudowano wtedy wszędzie w tym nieszczęsnym kraju...

Tyle, że tam wszystkie mieszkania były własnościowe. Co oznacza, że mieszkali tam ludzie nieźle jak na PRL uposażeni, to zaś w PRL'u oznaczało, że spory ich procent to musiały być jakieś komusze, ubeckie szuje. Myśmy akurat nikim takim nie byli, po prostu ojciec mojej żony zwiał był z ludowego raju i został się potem profesorem na uniwersytecie Cornell. (Ach, te polskie losy!) Było go więc stać bez, by kupić swojej matce "elitarne" mieszkanie za żywe dolary. A gdy ta matka zmarła, odziedziczyła je moja przyszła żona.

Jak rodzina Kaczyńskich doszła do takiego 'luksusu" nie mam oczywiście pojęcia i nigdy mnie to nie interesowało, ale z pewnością doszli do tego uczciwie. Niewykluczone,  że po prostu jedynie wytężoną pracą. Albo jakiś spadek dostali. Naprawdę nie wiem jak i nie o to tu chodzi, tę sprawę wspomniałem całkiem mimochodem. Chodzi mi o to, że tam mieszkało jednak sporo prlowskiej "elity", i o nic więcej. W tym samym budynku mieszkał na przykład pilot znanego rajdowca - znanego jednak o wiele bardziej z tego, że jest synem ówczesnego premiera, niż jako rajdowiec.

Nie żeby to musiała być na sto procent szuja, ale nie wykluczam takiej możliwości. (Zresztą kiedyś się z nim starłem, bo miałem zwyczaj otwierać drzwi do tego budynku takim spowolnionym mae geri kekomi, jemu się to nie podobało, a mnie się z kolei nie podobało, że się niepytany odzywa. Nie, żeby to miało tutaj najmniejsze znaczenie, ale dodaje kolorytu.)

Tak, że oficjalna wersja jest taka, że z Lechem Kaczyńskim poznaliśmy się jakoś dzięki "S" czy innej opozycyjnej działalności, choć z pewnością nie było to nic wielkiego czy heroicznego, bo bym chyba zapamiętał. Potem od czasu do czasu przekazywaliśmy sobie jakieś informacje, nic nadzwyczajnego, jakieś bibuły (a miewałem naprawdę niezłe rzeczy, np. kwartalnik wydawany przez Darskiego "Obóz", oraz także jego miesięcznik, oba znakomite i chyba rzadkie). Naprawdę nie pamiętam o czym wtedy rozmawialiśmy na tym etapie znajomości, tylko zgaduję.

Do tego, jako się rzekło, mieliśmy córki w mniej więcej tym samym wieku, które zostały najlepszymi przyjaciółkami. Pamiętam, jak moja co dzień praktycznie wyglądała przez okno, żeby w końcu - widząc przyjaciółkę wraz z matką - wykrzyknąć "o, jest Marta Kaczyńska!" Po czym dostawała pozwolenie by wyjść i się razem bawić.

Nie pamiętam, by się kiedykolwiek bawiły w naszym mieszkaniu, choć tego nie wykluczam. Nie mam bladego pojęcia, czy moja bywała kiedykolwiek w domu państwa Kaczyńskich. Jednak przyjaźniły się wtedy naprawdę i bawiły sporo na dworze. Ja też nie pamiętam, czy byłem kiedykolwiek w mieszkaniu państwa Kaczyńskich, ani czy ktoś z nich był w naszym głębiej, niż w przedpokoju. Ten przedpokój był zresztą dość oryginalny, bo kazałem go pomalować na krwisto czerwono, stało tam też ogromne, niemal zabytkowe lustro w rzeźbionej ramie...

Nie wykluczam, że Lechowi Kaczyńskiemu kojarzyło się to z jakiś luksusowym burdelem. Co mnie by zresztą wtedy całkiem nie przeszkadzało, bo uwielbiałem tego typu reakcje na moje dzikie pomysły. Widać jednak żadnej reakcji nie było, bo Lech Kaczyński był zawsze dobrze wychowany i powściągliwy.

Jeszcze trochę topografii by się zapewne przydało (a za chwilę przyda się jeszcze o wiele bardziej). Otóż myśmy mieszkali wtedy na drugim piętrze, a państwo Kaczyńscy o wiele wyżej - na siódmym? Szczerze mówiąc, nie mam już teraz pojęcia i nawet nie pamiętam, czy ich mieszkanie widziałem kiedykolwiek na oczy. Moja żona zapewne tak, bo ona dużo więcej zajmowała się córką, ja jednak chodziłem do roboty i zajmowałem się mniej.

Skoro już jesteśmy przy topografii, to wypada dodać, że nasze mieszkanie patrzyło w stronę morza (choć nie było go z niego widać) i Gdyni, a zaraz pod nim, od strony morza, jest tam sobie szkoła podstawowa. (Nigdy nie mogłem się w czasie urlopu wyspać, bo kierownik tej szkoły miał dzikie upodobanie do przemawiania przez megafon, już od bladego rana. Przez cały rok.)

I nie jest to com przed chwilą rzekł bez znaczenia dla naszej opowieści, o nie! Otóż 17 czerwca (nie żebym pamiętał tę datę, ale właśnie sprawdziłem w sieci) odbywały się w całym PRL'u tzw. "wybory" do tzw. "rad narodowych". No i podziemna "S" wpadła na pomysł zweryfikowania udziału w tych "wyborach" - który to udział osiągał zawsze wartości rzędu, na ile pamiętam, 97%... co i tak było spadkiem w stosunku do przedsolidarnościowych czasów, kiedy wynosiło to zawsze 99% z hakiem.

Oto - jednym dla przypomnienia, innym dla informacji - fajny obrazek à propos:


(LUDZIE - BEZ PARANOI! - TO NAPRAWDĘ NIE JEST ŻADNE WEZWANIE DO BOJKOTU NADCHODZĄCYCH WYBORÓW PREZYDENCKICH! To jest po prostu historyczna ulotka, czy może plakat, wiążąca się z opisywanym tu wydarzeniem! Nic więcej!)

W tym celu podziemni działacze "S" mieli, tam, gdzie to się dało zrobić, liczyć osoby wchodzące i wychodzące do lokalów "wyborczych". Nie wiem, czy były jakieś inne metody, ja znam akurat tę i w takim czymś właśnie brałem w tym pamiętnym, orwellowskim roku, udział.

Nie pamiętam  już całkiem, kto na to wpadł - czy my sami w moim miejscu pracy, gdzie ja i moi koledzy byliśmy zawsze cholernie opozycyjni i ostro podgryzaliśmy korzonki (swoją drogą o tym miejscu pracy też warto by było kiedyś opowiedzieć, bo to jednak była dość ciekawa sytuacja, która sporo o tamtych czasach mówi i sporo daje do myślenia nawet na dzisiaj) - czy też przyszedł w tej sprawie jakiś prikaz, czy jakaś konkretna zachęta, "z góry" (raczej chyba "z dołu", skoro chodziło o "podziemie"?)... Nie wykluczone, że to Lech Kaczyński podsunął nam tę myśl, ale naprawdę tak mi się to nie kojarzy.

Rzecz w tym, że ja miałem tuż pod oknem tę szkołę podstawową, gdzie właśnie miał się mieścić jeden z licznych lokali "wyborczych". Obserwowanie tego lokalu było łatwe i, potencjalnie, całkiem przyjemne. No i rzeczywiście, umówiliśmy się z paroma kolegami... Konkretnie były to dwa Romany, Longin (żeby nie powiedzieć Lońka)... acha - jeszcze Janusz, plus Aśka, no i oczywiście ja i moja żona.

I może jeszcze jeden kolega, też Janusz, który od dawna jest w Stanach, podobno czasem przyjeżdża odwiedzić rodzinę, tyle że nie uważa się już za Polaka, tylko za Żyda. Ale nie jestem pewien, bo, choć się szanowaliśmy, nie byliśmy nigdy blisko. (Może byłem dlań zbyt aryjski?) Wszyscy, poza moją żoną, z mojego miejsca pracy, całkiem wszyscy w tym samym mniej więcej wieku i znający się, lepiej lub gorzej, jeszcze ze studiów.

(Warto by było zresztą kiedyś o tych ludziach rzec nieco więcej, bo to są "polskie losy" w kolejnej odsłonie, a to miejsce pracy, też było ciekawe. W sumie cztery występujące tu osoby wyjechały z kraju i z pewnością nigdy już do Polski na stałe nie wrócą. Za TEN kolejny upust polskiej krwi komuna powinna odpowiedzieć nie mniej, niż za swoje morderstwa!)

Umówiliśmy się z tymi kumplami na kilkugodzinne "wachty" w celu dyskretnego obserwowania tego lokalu "wyborczego" przez okno mojej sypialni i notowania wyników tych obserwacji. Żona miała przygotować poczęstunek, w sumie miało to być miłe towarzyskie spotkanie, swego rodzaju piknik pod dachem. Nie pamiętam, czy jakieś alkohole wchodziły w grę, ale chyba nie, a jeśli, to w małych dawkach. Do tego zapewne fondue z sera, masła i jaj - tłuste jak cholera i moim zdaniem fantastyczne - bo wtedy zawsze i przy każdej okazji je robiłem. Przepis znalazłem u samego Brillat-Savarina.

Na dzień przed tą "akcją", tym piknikiem znaczy, dzwonek do drzwi, otwieram, w drzwiach stoi Lech Kaczyński i trzyma pod pachą jakąś torbę. Zapraszam do przedpokoju... może i dalej, nie pamiętam... Gość otwiera torbę i wyjmuje z niej kamerę telewizji przemysłowej. Plus stosowny kabel i stosowny monitor. Mówi mi, że to "pożyczone" z jego zakładu pracy. Trochę gadamy i on wtedy coś wspomina, że gdyby ta "pożyczka" się wydała, to komuna będzie miała wspaniały pretekst, by nas na długie lata wsadzić "za kradzież".

Oczywiście, choć to by się raczej musiało wydać w jego zakładzie, lub może na ulicy, bo ryzyko, że wpadniemy z tą kamerą w moim mieszkaniu oceniałem wtedy, i oceniam teraz, jako niewielkie. Musieliby albo nam akurat zrobić rewizję - robiąc ją hurtem we wszystkich mieszkaniach, z których tak łatwo byłoby liczyć tych głosujących, albo też te nasze działania musieliby zauważyć. Plus drobne prawdopodobieństwo, że akurat mi zrobią rewizję z jakiegoś innego powodu. W sumie ryzyko prawie żadne i nie opowiadam tego oczywiście, by się kreować na bohatera, tylko opowiadam jak było i jak znałem Lecha Kaczyńskiego.

Wszystko udało się jak było zaplanowane, a do tego całkiem fajnie się bawiliśmy. Kamera zrobiła wśród kumpli dziką furorę. Wreszcie walczymy z komuną jak równy z równym! Stała sobie ta kamera na parapecie, okno zasłonięte firanką, a my przy stoliku, na którym monitor, z plikiem papieru, długopisikami, herbatą,  kanapkami i czym tam jeszcze... Zapewne też masą bibuły, bo zawsze mieliśmy problemy z przeczytaniem wszystkiego, cośmy wtedy za warte czytania uważali. (Teraz człek mądrzejszy, ale wtedy łykał i Dawida Warszawskiego i Michnika... Jak głodny pelikan ryby łykał!)

Więc jest to tak zorganizowane, że zawsze dwie osoby pełnią służbę, reszta rozrywa się - z kotem Arturem, z dzieckiem Martą, czy konwersuje z moją żoną. Albo może enerdowską telewizją na wspaniałym kolorowym Rubinie, którego tak chytrze ruski zrobili, że nie można było do końca ściszyć. Zresztą nikt nikogo przemocą nie trzyma, i jeśli się nie ma akurat wachty, można przecież iść do domu. Tylko komu by się chciało, skoro liczenie tych - naprawdę nielicznych - "wyborców" takie zabawne i można wreszcie przygwoździć komucha kłamstwa!

Nie złapali nas na tej "pożyczce", kamera i reszta sprzętu zostały zwrócone... By zostać potem zapewne wykorzystane przez kogoś z nomenklatury do budowy prywatnej fortuny, ale to już inna historia... Myśmy oczywiście przekazali wyżej (czyli niżej) stosowny protokół. O ile pamiętam, wyniki naszych obserwacji jasno pokazały, że komuch (jak i dzisiaj) łże jak najęty...

Jednak nie pamiętam konkretów, ponieważ już wtedy ostro planowałem ucieczkę wraz z rodziną, "na zachód". Z odwiedzin u kuzyna żony, któren jako siedemnastolatek został przez ojca cichcem wysłany za granicę na statku pod jakimś węglem, a w czasie o którym opowiadam był już głównym bibliotekarzem i głównym heraldykiem króla Szwecji. Działał wśród polonii zresztą. Lubił się naszać w kontuszu. Dawno już zresztą nie żyje. (Ach, te polskie losy!) Tego wszystkiego o kuzynie memu rozmówcy oczywiście nie opowiadałem, to tak tutaj na marginesie.

I na tym się ta historia o mojej wspólnej z Lechem Kaczyńskim podziemnej akcji kończy. Co jeszcze pamiętam z naszych kontaktów, to to, że kiedy już do wyjazdu było bardzo blisko, powiedziałem mu o tym, że zwiewam z PRL, bo mam już dość tej "rewolucji much w butelce", tej bezsilności, upodlenia, że chcę posmakować kiedyś wreszcie prawdziwej wolności... A poza tym zamierzam wroga zaatakować od tyłu.

Pamiętam, że Lech Kaczyński wydawał się moją decyzją, a być może i moim wytłumaczeniem, dość zaskoczony, ale tylko się tego domyślam, bo nie komentował. Pożegnaliśmy się bardzo serdecznie i tyle tego było.

Potem już go nigdy na własne oczy nie widziałem. Chyba że... No to pójdę w ślady Dumasa i teraz będzie "Piętnaście lat później".

Latem roku 1995 powróciłem do kraju. Mniejsza o powody i okoliczności. Dość, że gdzieś na przełomie tysiącleci pisywałem nieco w "Najwyższym Czasie!" i w "Nowym Państwie" (kiedy było jeszcze tygodnikiem, a nie, jak dzisiaj, kwartalnikiem, o ile jeszcze w ogóle wychodzi). No i wydawało mi się, że mam pewne szanse na zatrudnienie w "Nowym Państwie", więc pojechałem specjalnie w tym celu porozmawiać z jego redaktorem naczelnym.

(Którym był wtedy Adam Lipiński, znany później m.in. z "korupcji politycznej". B. sympatyczny i sensowny facet.) W ogóle ta wizyta w Warszawie była z paru względów niesamowita, ale to może kiedyś, a zapewne nigdy. Do naszego dzisiejszego tematu te sprawy mają się jednak zupełnie nijak.

No i tam, w tej redakcji "Nowego Państwa" idę sobie korytarzem... By the way, to dziennikarzem wtedy (ani zresztą nigdy) nie zostałem. Zaproponowano mi wprawdzie coś w rodzaju pracy, ale nie aż tak obfitej w robotę i przychody, bym się mógł przeprowadzić do Warszawy. A bez tego nie dało się tego robić, więc błędne koło i sprawa się zawaliła. Ale idę sobie w każdym razie tym korytarzem i widzę, że do jednego z pokojów wchodzi pan Kaczyński. JAKIŚ pan Kaczyński. Nie miałem pojęcia który, ale odruchowo się ukłoniłem, całkiem nisko.

On był wyraźnie zaskoczony, odkłonił mi się dość niepewnie i wszedł w te drzwi, ja zaś poszedłem dalej tym korytarzem. Potem sobie uświadomiłem, że to jednak chyba nie był TEN Kaczyński - ten którego kiedyś znałem. Niby mógłby być on, tylko zaskoczony, że mnie, kiedyś wyjechanego na obczyznę, by wroga od tyłu, a teraz znowu tutaj i ogolonego na haraczownka (w PRL'u tak się nie goliłem, mimo że mi włosy przeszły na klatkę, bo nie chciałem zbytnio ułatwiać pracy ubeckim filmowcom i innym takim)... Po półtorej dekady znowu niespodziewania widzi. Ale on chyba po prostu nie miał bladego pojęcia kto ja jestem, bo to nie był Lech.

No i tak się kończy ta moja historia o mnie samym i panach Kaczyńskich, a szczególnie jednym. Nie było w istocie wiele do opowiadania, ale coś tam jednak, drobnego, było, więc opowiedziałem, bo teraz się ludzie tym interesują (jak sądzę), a jeśli teraz nie opowiem, to będę musiał kiedyś na jakąś rocznicę... I będzie wtedy jakaś dęta, niby podniosła, atmosfera i w ogóle nie to co lubię. Więc opowiedziałem, a teraz piłka jest w korcie ew. P.T. Czytelników.

triarius
---------------------------------------------------  
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

36 komentarzy:

  1. O! Bardzo ładnie żeś opowiedział. Historia własnie nie ubrwiona, a...no jakaś taka miła.

    Pozdro.:D

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Iwona Jarecka

    Nie ubarwiona, fakt. Mi chodziło o to, że opowiadam masę błahych rzeczy dookoła, głównie o sobie. Jeśli to nie dodaje nieco kolorytu, no to nie ma tam całkiem racji bytu.

    Teraz to staram się wylizać, bo to w końcu tekst o historycznym znaczeniu. Kiedyś młodzi doktoranci będą się na niego powoływać i tak dalej. ;-)

    Swoją drogą ani salon24, ani niepoprawni.pl się nie otwierają i to trwa już całkiem długo.

    Słusznie mówię od dawna - gdyby blogowanie im przeszkadzało, dawno byłoby zakazane. Widać naprawdę zaczęło przeszkadzać, to i stosują doraźne środki.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz, Twój styl jest tym, co dodaje kolorytu. I jasne, przecież to tekst historyczny.

    Teraz już się i S24 i Niepoprawni otwierają, też byłam zdziwiona, ale no niestety walka jest.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pisz, pisz, triariusie, a nie zaniedbaj też tych wątków pobocznych. Opisów "polskich losów" bardzo nam potrzeba. Osobiście mam już dosyć słuchania opowieści o ciężkim losie niemieckich wypędzonych (dlaczego Niemcy to "wypędzeni", a Polacy ze Wschodu to "repatrianci"?) lub pozostałych w Polsce germańców, jakie stręczą u nas lokalne media. Nie interesują mnie również długie historie członków Politbiura, w jakich lubuje się gadzinówka Szechtera.

    Co do zakazu blogowania, jestem sceptyczny. Są inne metody dystrybucji tekstu, np. listy dyskusyjne, mailing, w ostateczności pliki na pendrivach, a i każdy w domu ma dziś drukarkę o jakiej wydawcy bibuły 20 lat temu nie mogli nawet marzyć. Co najwyżej będą wyłapywać przewodników stada i stawiać przed sądami, tak żeby już każdy wiedział co mu wolno a czego nie.

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Tygrys

    Jednak nie do przecenienia rzecz, ten internet! Wiesz jak teraz mogę każdemu z czystym sumieniem wypalic: "A sąsiad mojego znajomego to leży na Wawelu!" Maleńki zrobił się ten świat.

    A tak serio, może jak będzie paskudna pogoda to uda mi się kolejne podejście (w myśl zasady do trzech razy sztuka) do grobu Pary Prezydenckiej.(W spadku po socrelu mam jakiś psychiczny uraz do kolejek, czuję się w nich jak...nie chcę używać zbyt mocnych słów.)

    A opowieść bardzo mi się podobała.

    ps. Rzeczywiście na niepop nie sposób dzisiaj się dostać.

    OdpowiedzUsuń
  6. @ tj

    Wiesz, to jednak kwestia "przepustowości" i efektywności. Przyznaj, że przenoszenie rzeczy na pendrivach pod kubrakiem nie będzie ani równie atrakcyjne dla większości, ani nie dotrze do tylu nowych. Trudno także w ten sposób zdobywać nowe informacje i rozprzestrzeniać hiperaktualne. No a poza tym oczywiście będzie i zastraszanie.

    Co do reszty masz oczywiście rację. Za zachętę dziękuję, faktycznie chyba warto by było te rzeczy opisać, choć się nieco boję, bo jestem tak cholernie nietypowy, że jeśli nie wysnuję z tego naprawdę inteligentnych wniosków, grozi, że to stanie się głównie egomanią und ekshibicjonizmem.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Amalryk

    Co tam sąsiad! Gość co robił z nim akcję! PODZIEMNĄ (na drugim piętrze). Łał!

    Co do kolejek - fakt, choć pewnie pamiętasz ten dreszcz łowiecki (bez żadnych odniesień do p. Marszałka), kiedy była szansa coś niespodziewanie dostać...

    Zresztą najdłuższa chyba kolejka, w jakiej stałem (może pomijając te do kolejki na Kasprowy w dzieciństwie) to była na Targi Amigi w Sztokholmie, gdzieś pod koniec lat '80.

    Amiga to była moja wielka miłość, co tłumaczy moje stanie w tej niesamowitej kolejce. Szkoda tylko, że nie miałem wtedy forsy na żaden fajny bajer, więc tylko sobie kupiłem grę. A Amigę genialni marketerzy (plus inne takie wolnorynkowe zjawiska) i tak niedługo potem wpędzili do grobu.

    Co do niechodzenia, to nawet szalom mi się jakiś czas nie otwierał, ale w końcu się otworzył i co widzę...?

    Fanfary, werble, chóry starców zawodzą... A na SG przy samym niemal topie... poseł Palikot!

    Nakręcali więc chłopaki atmosferę.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  8. @ Tygrys

    "(...)Co tam sąsiad! Gość co robił z nim akcję! PODZIEMNĄ (na drugim piętrze). Łał!(...)"

    No kurna! Fakt! I to w ogóle nie jest żadna lipa! Sam nie mogę w to uwierzyć!

    Przecież jakby mi to ktoś, w proroczym zwidzie,przepowiedział w 1974, kiedy po raz pierwszy zwiedzałem wawelskie groby (chyba to była jakaś szkolna wyprawa z Kółka Historycznego, którego oczywiście byłem członkiem).
    To na 100% zapodałbym jasnowidza do hospitalizacji w Kobierzynie (a bywałem tam częstym gościem bo matka mego kolegi muzyka, rodowita lwowiaczka ze znanej rodziny, była tam kierowniczką apteki).

    A odnośnie Walikota, to jak pewnie zauważyłeś, gość z takim genotypem jak mój, to nawet na wygrane w grach losowych, patrzy z lekkim zastanowieniem...

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Amalryk

    Łał, aleś Ty wrażliwy na genius loci i te sprawy! To oczywiście ładnie.

    Moja matka też ze Lwowa.

    Gry losowe także nie całkiem mnie o swojej losowości przekonują.

    Swoją drogą kiedyś podpalałem się taką gruszą, co ocenia siłę ciosu. Miałem na takiej pod Algą (nie Jarecką!) w Sopocie naprawdę dobry wynik, a potem przyszedł taki niezbyt wielki holenderski karacista i miał jeszcze lepszy. Co mnie potem długo dręczyło, bo nie udało mi się, mimo topienia w tym wielu pięciozłotówek, pobić.

    Ale kiedyś poznałem gościa, który miał firmę mającą naprawiać komputery, przez rok nie płacił ZUS ani chyba podatków, a w końcu rzucił wszystko w diabły i pojechał do Christianii, nie zamierzając nigdy wracać. Lewak był i palił marychę.

    No i on, w wielkiej tajemnicy, bo się bał tych ludzi jak cholera, powiedział mi, że dostał zlecenie na naprawdę i regulację tych automatów z gruszkami. No i że tam tylko (jeśli dobrze tę liczbę pamiętam) 70% wyniku naprawdę zależy od siły ciosu, a reszta jest losowa.

    Tutaj to poniekąd odwrotna rola tej losowości, ale to potwierdza, że gry losowe to sprawa niezgłębiona i różne dziwne siły się tym zajmują.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  10. @ Tygrys

    No, w temacie tych losowych "automatów" to nawet nasz drogi Sąd Najwyższy, równie naszego i równie drogiego neopeerrlu, mógłby parę ciekawych słów powiedziec... Sprawa w każdym razie, jak to mówią, jest rozwojowa.

    A na te głupawe gruchy, obliczone na jelenia, to nawet nie patrz! O sile ciosu powie Ci prawdę tylko dobry tarczujący, ale tych w Polsce (jak mówi mój kolo trener bokserski, o którym Ci pewnie wspominałem) to na palcach jednej ręki policzysz... A tu ciagle: E=mv2/2, "szybka ręka" jest "ceniona" do kwadratu!

    OdpowiedzUsuń
  11. @triarius

    Patrz, ja też amigowiec, chociaż w Polsce targów nie uświadczyłem z oczywistych względów. Niesamowity to był sprzęt jak na tamte czasy, i niesamowitą scenową kulturę wytworzył. Czasem jeszcze obejrzę sobie jakieś demko na youtube.

    Mniejsza o wnioski na końcu "wspomnień", zawsze można skupić się na estetyce, formie przekazu. Zresztą, czy zalewający nas swoimi podbarwionymi memuarami judajczykowie dbają o jakiekolwiek inteligentne wnioski? A działa.

    A co do tych rozrywkowych automatów, to mam znajomego zajmującego się takimi sprawami (video pokery, jednorękie bandyty, łapki wyciągające misie itp. - szeroki asortyment). To, że są one dęte, to oczywista oczywistość. Losowość jest w nich regulowana zgodnie z życzeniami właściciela, chociaż jakieś normy niby są. Mówi z własnego doświadczenia, że najbardziej rżną na Ukrainie.

    @Amalryk

    Ja z kolei byłem kiedyś absolutnie przekonany, że w 1989 odzyskaliśmy "wolność", Golicyn i Bukowski to oszołomy, a jakby mi ktoś powiedział że nie minie 20 lat i znów będziemy w uścisku przepitego niedźwiedzia, jeszcze po "wypadku" z udziałem stu najwyższych prominentów, popukałbym się w czoło. Ale jak widać, "koniec historii" nie nadszedł. I dobrze, może nastąpi kolejne przyspieszenie i Europa w końcu się obudzi. Zbyt wysoką kulturą jesteśmy, do cholery, żeby zginąć przez to całe pedalstwo skrzyżowane z muślimstwem.

    OdpowiedzUsuń
  12. @tj

    "(...)Ja z kolei byłem kiedyś absolutnie przekonany, że w 1989 odzyskaliśmy "wolność", Golicyn i Bukowski to oszołomy, (...)"

    W polityczną, to moja wiara była bardzo labilna (m.in. z powodu poważnego traktowania takich ludzi jakich tu wymieniłeś) ale co do gospodarczej, to moja pocieszna ułuda trwała nieco dłużej...

    Czy możemy liczyć na jakieś przebudzenie Europy? Jakie i jakiej, grecko-hiszpańsko-portugalskiej? Czy niemieckojęzycznej? I w czym by miało się objawić? Oj mimo najszczerszych chęci, jakoś cieniutko to widzę...

    OdpowiedzUsuń
  13. Prokuratura znów daje czadu Tygrysie: "W dzień harował na budowie. Wieczorami naprawiał komputery, by utrzymać rodzinę. Tak żył do wtorku Dariusz P. (25 l.), chłopak z ulicy Szewskiej w Gryficach (woj. zachodniopomorskie). Ale teraz siedzi w areszcie i grozi mu dożywocie. Zabił pijanego sąsiada, który wdarł się w środku nocy do jego domu i groził nożem jego mamie i bratu. Dariusz sam wezwał policjantów."

    OdpowiedzUsuń
  14. @ Anonimowy

    Niesamowite! To jest po prostu totalna wojna na wyniszczenie nas.

    Człek się niby dziwi, ale uwzględniając zarówno to, jak naprawdę wygląda życie i historia, oraz to, jakie niesamowite możliwości ma obecnie naprawdę totalitarna władza - czemu tu się właściwie dziwić?

    Kto powiedział, że w XXI w. i na Zachodzie nie ma być, albo być nie może, niewolników? Milionowych mas, całkiem nie mających nic do powiedzenia, których życie i śmierć całkowicie zależeć będą od woli panów?

    Żadnych racjonalnych argumentów przeciw takiej możliwości - i takim, w każdym razie dążeniom obecnych władców - nie dostrzegam.

    Jaki z tego wniosek?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  15. @Amalryk

    No ja na przebudzenie ideowe szans nie widzę, bo chyba jedyna żywa idea zdolna poderwać Jewropę to islam, a to leczenie dżumy cholerą.

    Na wojenkę też żadnych szans nie ma.

    To, na co widzę szansę, to skonsumowanie totalitarnego potencjału dzisiejszych państw pod pretekstem kryzysu czy czegokolwiek. Nie w sposób z I poł. XX wieku, bo takiej egzaltacji nie da się dziś z Europejczyków wydobyć (a nawet jakby się dało, to muślimy będą jeszcze bardziej energiczne).

    Dokręcenie śruby tak, żeby czarne hordy po prostu nie miały fizycznej możliwości wyskoku. Kulturowa zapaść, spadek swobód dostępnych masowo do poziomu ruskiego chłopa pańszczyźnianego, co w naturalny sposób pchnie lemingów ku rodzinie i rozmnażaniu, jako głównemu sposobowi kanalizacji aktywności. Coś jak u nas za Jaruzela. Potem, po wprowadzeniu efektywnej blokady informacyjnej, przymusowa asymilacja lub wprost eksterminacja, bo nie wierzę że ludzie zdolni do wprowadzania eutanazji, aborcji i defilad pedałów mają jakiekolwiek hamulce.

    To, oczywiście pod warunkiem że ktoś w ogóle widzi problemy Europy gdzie indziej niż w dyskryminacji pedałów, i jeszcze mu się zachce je rozwiązywać. Uświadomienie sobie, że końca historii jeszcze nie ma może temu pomóc...

    http://www.youtube.com/watch?v=jaSSJ3Nvogc

    Te wyzwiska i agresja pod adresem policjantów, i to ich cholerne tchórzostwo które jeszcze bardziej nakręca demonstrantów... Kręcone ze środka robi wrażenie, obnaża całkowitą nędzę Zachodu. "Run, you cowards! Qufar!"

    OdpowiedzUsuń
  16. @ Amalryk

    Tyle że, widzisz, u mnie to jednak nie zwykłe E=mv2/2, ino E=mc2.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  17. @ tj

    Ach, Amiga!

    Jeśli mi się nie uda osiągnąć czegoś w życiu - na co się zanosi - to niech mi na nagrobku napiszą, że miałem parę swoich programów na Fred Fish i przyczyniłem się do rozwoju najlepszego edytora tekstu dla programistów w historii - UEdit, mojego wirtalnego i niestety już dawno nieżyjącego przyjaciela Ricka Stilesa.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  18. Ciekawa historia. Pamiętam tamte czasy orwellowskie, te parodie wyborów. Wtedy do ogólniaka chodziłem, pamiętam jak dyro powiedział, że udział w pochodzie pierwszomajowym co prawda nie jest obowiązkowy, nikt nikogo nie zmusza, ale matury też nikt nie musi zdawać...
    Jedna rzecz mnie zastanowiła w Twoim tekście,właściwie drobiazg, mianowicie ta kamera z zakładu pracy. Wtedy przyszły Prezydent pracował chyba na Uniwersytecie Gdańskim. To tam taki sprzęt mieli?

    OdpowiedzUsuń
  19. @ tj

    No, ja kawałek europejskiego przebudzenia, to niedawno zobaczyłem i to w tv (z samej tzw jej kolebki, z Aten). I wyglądało to jak Plac Czerwony w Moskwie 1 maja w latach 60-tych!

    Czerwono aż do zerzygania, plus te pierdolone, wszechobecne sierpy i młoty - i nie widać było po uczestnikach (a narypane nimi były ulice aż po brzegi)aby mieli do tych symboli taki stosunek jak np opisywani przez Suworowa słuchacze Wyższej Szkoły Dowódców Wojsk Połączonych:

    To jest młot, a to jest sierp
    Razem - nasz radziecki herb.
    Chcesz to tnij, chcesz to kuj
    I tak wyjdzie z tego chuj.

    Więc, chyba nie o takie przebudzenie nam się tu rozchodzi! Ale, gdyby widmo pustego garnka zajrzało innym w oczy, to pewnie nietrudno byłoby skierować energię i wściekłość tłumu w muślimskim kierunku.

    Tylko do tego to nie lemingi! Z nimi już nic nie zrobisz, ci są do odlania!(Nie będę tu przytaczał historycznego przykładu z czasów ostatniej wojny,bo to antysemityzm i w ogóle różne takie brzydkie rzeczy!)

    Ludzie bez szans na cokolwiek (pracownicy zlikwidowanego przemysłu) młodzież wielkomiejska bez perspektyw (zasilająca szeregi tzw "kiboli" - założę się że tę nazwę też ukuł jakiś leming) itd,itp...

    OdpowiedzUsuń
  20. @ Tygrys

    E=mc2?!! Toż to świetlisty grom! Nic dziwnego że aparatura musiała szwankować! ;-))

    OdpowiedzUsuń
  21. Szansę na przebudzenieJewropa mieć będzie, jeżeli po smoleńskim "wypadku" przebudzą się Polacy przy wyborach.

    Jeżeli nie, to szans nie ma. Przeciętny leming w obliczu głodu czy zapaści porządku świata to po prostu się położy i łkając będzie oczekiwał nadchodzącej śmierci. A wyliże do czysta odbyt tego, który przyżeknie mu powrót znanych warunków.

    OdpowiedzUsuń
  22. @ Mustrum

    Nie, dlaczego?

    Nawet wczoraj tam coś wrzuciłem. Po prostu wszyscy to mają, mówiąc oględnie, w dupie.

    Cóż, może jeszcze kiedyś docenią.

    Co do wyborów, to masz rację - tutaj naprawdę liczy się tylko ew. przebudzenie, bo przecież sama posada Prezydenta to nie jest coś, co by radykalnie zmieniło sytuację.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  23. @ Amalryk

    Wygląda, że to też jest zmanipulowane przez tych, co naprawdę, zza kotary, rządzą. To taka alternatywna władza.

    Inaczej cieszył bym się tym, że leją ojropolicjantów, niezależnie od ideologii, która im świeci. Ten syf tak czy tak musi się rozwalić, a to sprawa wzrostu entropii. Ładnie się tego i tak nie da skończyć, a inaczej... Szkoda gadać.

    Ale wygląda, że oni naprawdę mają wszystkie sznurki w rączkach.

    Swoją drogą zabawne, że takie typy jak Napieralski też trafiają dzisiaj do młodzieży ze swym przekazem - jak ci ludzie muszą być już spedaleni!

    Gość mówi histerycznym głosem, pieprzy ckliwe brednie bez sensu, wygląda jak wypłosz, puszy się swoją młodością, a taki znowu młody już dawno nie jest...

    Ale nawet to jakoś działa. Zgroza!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  24. @ Tygrys

    W sumie, jak sobie przypomnę te sierpy i młoty... Toć przecież można było jedną ręką robić z Hitlerem V-ty rozbiór Polski a drugą ostrzyć nóż na niego.Jedno nie wadzi drugiemu.

    A ten "młody" komuszek, to rzeczywiście żenada! Dobrze wyleniała, mocno siwiejąca czupryna, przygarbiony, poruszający się jakimś świńskim truchtem gejszy pokurcz, na dobitkę, synuś jakiegoś trzeciorzędnego kacyka partyjnego z prowincji...(Aaa, tylko mi tu nie wyskocz z jakimś porzekadłem o kotle i garnku!)

    A skoro wpadłem na tę falę...Po latach to człowiek inaczej kojarzy drobne fakty.A tzw wszechwładza partii, to już trzydzieści parę lat temu musiała być silnie, fasadowa;

    Zapamiętany cytat z luźnej rozmowy między wiadomymi przedstawicielami, wiadomej organizacji, w sprawie jakiejś dupianej interwencji u lokalnego sekretarza:
    "- I wiesz, co mi odpowiedział ten sekretarzyna?
    - No?
    - Tu nie Kongo Brazzaville! Towarzyszu majorze!
    - Ooo! Skurwysyn! I co dalej?
    - Sprowadzenie chuja na Ziemię zajęło mi 24h!"

    Myślę że za wiele to u nas się w tej materii nie zmieniło...

    OdpowiedzUsuń
  25. wreszcie spotykam kogos, kto podziela moje poglądy, ot co !

    zparaszam do mnie, chociaż ja to tylko raczkuję...

    OdpowiedzUsuń
  26. Swoją drogą ten stan wojenny nie był aż taki straszny, skoro wybitny opozycjonista, zapiekły wróg władzy ludowej, mógł po internowaniu bez przeszkód pracować na uniwersytecie w charakterze wykładowcy nauk prawnych. Nienajlepiej też świadczy o sprawności ówczesnego aparatu władzy fakt wyniesienia kamery i monitora tudzież kabla z uczelni i brak jakiejkolwiek reakcji służb bezpieczeństwa. Toż przecież byle cieć na parkingu pilnujący syren i maluchów by się kapnął, a tu taka nieudolność...

    OdpowiedzUsuń
  27. @ Anonimowy

    No i co z tego miałoby wynikać, że spytam? Szczególnie dla nas tutaj?

    Że nas wszystkich nie zamkli? Zgoda, ja przesiedziałem tylko raz 7 godzin na komendzie, i to jedynie dlatego, że zacząłem się na ruchliwej ulicy homerycko śmiać z patrolu milicyjno-wojskowego, złożonego ze zgrai malutkich żołnierzyków w opadających im do samej szczęki hełmach, wiedzionych przez długiego, chudego milicjanta.

    A przecież wywalali mnie niemal z podstawówki za niepójście na pochód, szalałem w '70 na ulicach Elbląga i mieli mnie nie dopuścić do matury, na demonstracje chodziłem na długo przed '80, byłem b. aktywny w "S", opozycji i podziemiu.

    W dodatku, w czasie tego pobytu na komendzie, ubek, skądinąd "kolega" z wydziału, który skończył dwa lata wcześniej (choć ja go nie znałem), rzekł mi, kiedy wspomniałem, że państwo totalitarne mi nie pasuje, cytuję: "Jaki tam totalitaryzm, w NRD to ktoś taki jak pan dawno by znikł bez śladu".

    Co uważam za spory komplement i poniekąd dowód, że jednak coś tam robiłem, mimo że mnie nie zamkli ani nie nasłali nieznanych sprawców.

    Połowa naszego Instytutu knuła na potęgę, a jednak nikogo, z tego co wiem, nie zamkli ani nie internowali. Widać fakt, żeśmy nie mieli styczności z robotnikami, ani jakiegoś przełożenia na real, sprawiał, że nie byliśmy dla nich aż tak niebezpieczni. Tak jak i Lech Kaczyński.

    c.d.n.

    OdpowiedzUsuń
  28. @ Anonimowy

    Co do możliwości wyniesienia kamery... A kto mówi, że szeregowy wroniarz, żołnierz czy nawet ubek, był wtedy taki cholernie gorliwy i czujny? Toż mój własny ojciec - od którego mam większą część mego świadomego antykomunizmu, choć na starość został eseldowcem, chyba głównie z obrzydzenia do Michników tego świata - był w tamtych latach komisarzem wojskowym w dużym zakładzie. (Podobno zachowywał się b. przyzwoicie, w co łatwo wierzę.)

    Więc bez żartów! Jeśli to coś raczył tu napisać miałoby być jakiś argumentem przeciw LK, mnie, czy za Platformą (tfu!), to raczej kulą w płot. Próbuj dalej!

    Napisałem jak było i nie chodziło mi tu o kreowanie siebie czy LK na bohaterów - i tak byliśmy w ścisłej czołówce ludzi przyzwoitych i nie do końca opanowanych strachem. Zgoda?

    A że komuna sobie w inny sposób zamierzała to rozegrać...? No i rozegrała, a nawet b. jej się to udało. Dlatego też mamy III RP.

    Mogli nas wystrzelać w czasie niemal każdej większej demonstracji? Mogli. Mogli zabić z 50 tysięcy i mieć spokój na pokolenie? Mogli, gdyby uznali, że im się to zdecydowanie opłaca.

    Zdecydowali jednak inaczej, do pierdla brali głównie tych, dość nielicznych, których chcieli złamać, ORAZ tych, w których już mieli kolaborantów, albo chcieli z nich zrobić. Tak samo z internowaniem.

    No i udało im się to wprost cudownie. Mało widzę dzisiaj na szczytach kraju ludzi, których nie podejrzewam o b. brudne powiązania i sprawki. A o wielu po prostu to wiadomo.

    Zamykać takich jak ja czy LK widać nie mieli wielkiego interesu. W końcu był Reagan, Papież, a oni mieli swoje cwane plany.

    c.d.n.

    OdpowiedzUsuń
  29. @ Anonimowy c.d.

    Co ja tam mogłem w sumie wielkiego zrobić? Nie miałem cienia złudzeń, więc nie chciałem być żadnym przywódcą, bo komuchom za grosz nie wierzyłem i nie miałem ochoty prowadzić ufających mi ludzi na śmierć czy tortury, po nic, bez cienia szansy na jakieś zwycięstwo.

    To była rewolucja much w butelce, a ja zawsze to wiedziałem. Jeśli psułem im krew, wiedzieli, że marzę, by wyjechać i zaznać wolności, więc czego mieli się bać?

    Opowiem anegdotkę, która inteligentnemu człeku powinna wiele wyjaśnić. Kiedyś rzekłem kumplowi (Longinowi z tego opowiadanka zresztą): "Mam dość lania wody i martyrologii, napiszę coś o Rządzie Londyńskim, i że PRL to żadna Polska!"

    A on mi na to: "Pomyśl o drukarzach".

    No i? Czego mieli się bać? Mnie? Partyzantki? Że ją zorganizuję i wytępię setki ubeków i partyjnych?

    Z wszystkimi granicami otoczonymi przez wrogów, bez lasów, gez gór, z lemingami i ubekami na każdym kroku, bez broni, bez sojuszników, bez środków propagandy w kraju czy za granicą, z polską mentalnością, nie pozwalającą naprawdę tępić kogokolwiek?

    Widzisz, jeśli się nieco wie i nieco pomyśli, to naprawdę sprawy wyglądają nieco inaczej, niż to wynika z Gazowniczych mądrości.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  30. @ Anonimowy (i Wsie w Mieście)

    Z tym językiem nieco się powygłupiałem. (Nie jestem dziennikarzem Gazownika i moim pierwszym językiem NIE BYŁ jiddisz! Już prędzej francuski.)

    Czasem mnie nachodzą podobne żarty.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  31. Szacun dla Boćwinków: "Szok - córeczka Kedysa, tzw. mściciela z Litwy, który na własna rękę próbował wymierzyć sprawiedliwość mafii pedofilskiej, a który jakiś czas temu został znaleziony martwy, ma zostać wydana w ręce jego byłej konkubiny (matki dziecka), którą on sam oskarżał o stręczycielstwo (wydawanie na pastwę "wujków", którzy dziewczynke gwałcili). Sprawa jest tym bardziej bulwersująca, iż Litwini przypuszczają, że dziewczynka - jedyny obecnie żyjący świadek w sprawie gangu pedofilskiego, w który zamieszani są wysoko postawieni urzędnicy, także wymiaru sprawiedliwości - może zostać uprowadzona a nawet zamordowana. Obecnie trwa walka o niedopuszczenie do wydania dziewczynki byłej konkubinie - setki ludzi bronią dostępu do domu siostry Kedysa, w którym mała obecnie się znajduje. Decyzję o przekazaniu dziecka matce podjął w piątek Miejski Sąd Okręgowy w Kiejdanach."

    OdpowiedzUsuń
  32. @ triarius

    Co do tego, że budowanie III RP zaczęło się już w początkach lat 80.(a może nawet wcześniej) - pełna zgoda. Jednych zastraszono, innych złamano, jeszcze innych wyhodowano na zawodowych opozycjonistów lub świadomych kolaborantów. I to z nich dobrano sobie kompanów do okrągłego stołu.
    Nie chcę umniejszać roli LK, ani kwestionować jego uczciwych intencji. Zastanowiło mnie tylko, dlaczego go nie zwolnili z uczelni, podczas gdy na przykład na Politechnice Śląskiej w tym czasie pracę straciło 272 nauczycieli - działaczy "S", z czego po odwołaniach ułaskawili 8 osób. Ale może się czepiam, nie wiem. Mój ojciec stracił robotę w dość ważnym urzędzie, bo nie był w PZPR i żadne odwołania nie pomogły.
    Moi rodzice chodzili na pochody, chociaż w partii nie byli, starali się nie narażać władzy. Do tego stopnia, że gdy z kolegą napisaliśmy "Odezwę do Narodu" w 50 egz. przepisując pracowicie przez kalkę na maszynie ( pamiętam było tam coś o znienawidzonym Rakowskim), cały nakład został przez moich starszych zarekwirowany ku mojej wściekłości, bo mieliśmy to rozklejać na słupach...

    OdpowiedzUsuń
  33. @ Anonimowy

    Z tego co wiem, na Śląsku było bez porównania gorzej. Jak też w środowiskach robotniczych.

    Andrzej Gwiazda powiedział kiedyś b. głęboką rzecz: "Gdyby Wałęsa nie był agentem, to by nas wszystkich w WZZ po prostu wymordowali". I tak to działało. Może właśnie bliska obecność Bolka też coś tu zmieniała?

    W każdym razie takich inteligenckich, nie mających cienia złudzeń i nie rokujących nadziei na kolaborację inteligentów oni wyraźnie się mało bali. Poza tym zapewne zamknięcie czy utrupienie kogoś takiego - mającego wykształconą rodzinę, krewnych i znajomych za granicą itd. - byłoby ryzykowniejsze.

    A ja nawet byłem dość silny, trenowałem różne naparzanki, a do tego miałem nieregularny tryb życia i nie było by tak łatwo mnie dopaść.

    Mówię o sobie, nie dlatego, by to było najciekawsze czy najważniejsze, ale akurat swoją sytuację nieźle znam. Też mnie zaskakuje jak bezpiecznie było w mojej, wyjątkowo wywrotowej przecież, robocie, ale jednak tak było i to nie jest żaden wielki wyjątek.

    Ten ubek wyraził spontaniczną opinię i ja mu wierzę, że sporo im krwi napsułem. Jednak to nie było coś, co by miało spowodować nakręcenie terroru na znacznie większą skalę i podwyższenie stopnia ryzyka.

    W tym wpisie opisałem fakty. Różne interpretacje się oczywiście nasuwają, ale nie od nich zacząłem, tylko od faktów. Teraz można to ew. analizować.

    Może tacy jak LK i ew. ja od razu byli przeznaczeni - obok Gwiazdów i Anny Walentynowicz - jako przykład tych nieudaczników, którzy się z rzeczywistością nie pogodzili i nie potrafią znaleźć w rynkowym społeczeństwie? To wcale nie wydaje mi się taka bezsensowna myśl.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  34. Że się wetnę!
    Na to, co się działo wówczas w Polsce, nie da się patrzeć (nie tracąc istoty sprawy) w oderwaniu od rzeczywistego ówczesnego centrum decyzyjnego, czyli Moskwy.

    Jestem przekonany że już w ostatnich latach "panowania" "drogiego Leonida Illicza", w obliczu postępującej głębokiej degeneracji partii, jedyne realnie konkurencyjne ośrodki władzy (wojsko i bezpieka) gwałtownie poszukiwały dróg wyjścia z rysującej się na horyzoncie poważnej zapaści ZSRR.

    A utrzymywanie terrorem władzy w państwie, wbrew pozorom, wcale nie wymaga jakiś niebotycznych sił. W okresach względnego spokoju liczebność bezpieki nie przekraczała kilkunastu tysięcy ludzi.Oczywiście to się gwałtownie zmieniało w wypadku spodziewanych lub planowanych zmian.

    W peerelu, szczególną uwagą otaczano tzw "wielkoprzemysłową klasę robotniczą", słusznie w niej upatrując dość łatwe do "zmanipulowania" źródło potencjalnych buntów i ruchawek. I tu, naturalną koleją rzeczy, zawsze była skierowana większość "sił". Naturalnie były rejony uważane za całkowicie nieistotne , z punktu widzenia zagrożenia władzy, i tam swoboda wypowiedzi, ba nawet działania była nieprawdopodobnie duża, bez ryzyka jakichkolwiek represji (np cały obszar sztuki).

    Gdy zapadła decyzja (oczywiście w Moskwie) o definitywnym rozbracie z socrelem, bezpieczniackie towarzystwo (obu pionów MSW i MON) musiało znacznie zintensyfikować swe działania,aby przypadkiem w wyniku utraty kontroli nad całą imprezą nie przyozdobić swymi doczesnymi powłokami okolicznych lamp i drzew.

    Więc, niejako z konieczności, najskuteczniejszą formą kontroli (mord) musieli "transformatorzy" gospodarować bardzo oszczędnie, koncentrując się głównie na "wiązaniu za jaja" tych, którym przyjdzie mieć coś do gadania w "liberalnej demokracji".(A więc pełna inwigilacja (tolerowanej na własne życzenie)opozycji, tzw "gry operacyjne", pozyskiwanie do współpracy wszelkimi metodami, z pełnym wykorzystaniem całego wyobrażalnego wachlarza szantażu, od obyczajowego do kidnapingu włącznie.)

    Oczywiście nikt nie jest doskonały, a biorąc bod uwagę skalę operacji, jest rzeczą całkiem naturalną, że niektórzy później istotni gracze jakoś umknęli z sieci, ale generalnie jak widać operacja się udała. Z resztą w celu pełnej koordynacji i kontroli nad zawsze ze sobą rywalizującymi służbami bezpieki i wojska, wbrew "uświęconym " tradycją zasadom, skoncentrowano pełnię władzy nad nimi w jednych rękach (syna pewnego chłoporobotnika z Roczyn).

    Wszelakoż, po dwudziestu latach, możemy podziwiać w pełni, potęgę naszego "regionalnego mocarstwa".

    OdpowiedzUsuń