czwartek, października 30, 2014

Jak Korwin z Misesem Marksa i Lenina ulepszali

Karol Marks jako intelektualista miał różne wady, plus nieco zalet, ale jego stricte filozoficzna robota, jak każdy wie, polegała na tym, że "przestawił Hegla z głowy spowrotem na nogi". W sensie, że filozofia Hegla "stała na głowie", czyli nie tak jak należy, a Marks wziął i przywrócił jej właściwą pozycję. Konkretnie o co chodzi? Przypomnijmy to sobie pokrótce, choć każdy przecież pamięta.

U Hegla "Duch Świata realizuje się w Historii" - to jego najistotniejsza idea. Czyli Historia, ta ziemska, ludzka, jest dziełem tego Ducha, rozwija się i mamy stały (nie bójmy się tego słowa!) postęp. Bardzo w tym ważne jest pojęcie Państwa, bo to właśnie one pchają Historię naprzód. Duch Świata się w nie po prostu wciela - ale zawsze tylko w jakieś jedno Państwo i te "wybrane" państwa się na przestrzeni dziejów zmieniają.

Dla samego Hegla szczytem dotychczasowego rozwoju było oczywiście państwo Pruskie, więc Hegla daje się interpretować zarówno jako ideologa pruskiego konserwatyzmu, jak i niemal rewolucjonistę - no bo niby dlaczego akurat Prusy miałyby być końcem tego rozwoju, wiec kiedyś muszą stracić swą pozycję i znaczenie i zaczną dominować jakieś inne, a z nimi bez wątpienia rzeczy, o których się filozofom nie śniło.


* * *

Dygresja

Hegel to nie był żaden dureń, jak nam próbują wmawiać różni jarmarczni propagandziści. W istocie znawcy mają go za bardzo wybitnego filozofa, choć większość dziś przyznaje, że nie we wszystkim miał rację. Ale nawet to słynne, ulubione przez jarmarcznych, "tym gorzej dla faktów" ma w istocie całkiem inne znaczenie, od tego, co nam się stręczy.

Ogólnie to jest ciekawe zjawisko, że pismacy tak chętnie wykorzystują różne sformułowania, z głupoty czy świadomie wypaczając ich prawdziwy sens. Na przykład "Żydzi i cykliści", albo te właśnie "fakty" Hegla. Żeby już nie wspominać o czymś, co mnie szczerze wkurwia za każdym razem, gdy to słyszę - o "orkiestrze na Titanicu". 

Cóż - trywialność i głupota zawsze będzie potrzebowała bonmotów, więc, aby przeżyć, musi je kraść gdzie się tylko uda. Oczywiście przeważnie wypaczając ich sens, ale to przecież w tym kontekście sprawa bez znaczenia.

* * *


Ten "Duch Świata" daje się oczywiście bez trudu rozumieć jako Bóg. Sam Hegel tak to rozumiał, a ten jego Bóg na tle modnego wówczas Boga deistów rzeczywiście wydaje się niemal przyzwoicie chrześcijański. (Byli też hegliści idący w tym dalej, uczyłem się kiedyś o jednym takim urzędującym na Uniwersytecie w Uppsali, który heglowskiego Boga uczynił wprost osobowym.)

No i ten Bóg nie podobał się Marksowi, który był, jak wiadomo, "materialistą" i ateistą. Cała kwestia materializmu, kiedy jej się bliżej przyjrzeć, jest raczej bezsensowna - w końcu te tam prawa rozwoju historycznego u Marksa to żadna materia nie jest! - choć już przyjmowanie istnienia jakiegoś świata pozazmysłowego, mającego wpływ na ten nasz widzialny, nie mówiąc już o osobowym Bogu, to na pewno co innego niż nieprzyjmowanie.

Duch Świata stał się więc w marksowskiej interpretacji filozofii Hegla "po prostu" EKONOMIĄ. To siły ekonomiczne powodowały stały rozwój ludzkiego społeczeństwa na Ziemi i stały, nieunikniony, Postęp. Marks był też, w odróżnieniu od Hegla, nastawiony negatywnie do otaczającej go społecznej, politycznej i ekonomicznej rzeczywistości i pragnął radykalnych zmian.

Nie chcielibyśmy tu robić Marksowi psychoterapii, ale bez większego ryzyka możemy chyba stwierdzić, że nie podobało mu się, że ci co mają dobra i kapitał to są właśnie ci, co je mają, a on sam, jemu podobni, jego kumple i zwolennicy, znajdują się na tej drabinie posiadania niziutko. I nic, poza bardzo radykalną zmianą stosunków własności nie ma szansy tego zmienić. Z Heglem było inaczej.

Tak więc STOSUNKI WŁASNOŚCI były dla Marksa esencją ekonomii, ale kiedy się, z konieczności, uczestniczyło w tylu kursach Marksizmu Leninizmu, Ekonomii Marskistowskiej, czy jak to się wabiło, jak ja, to człek wie, iż to nie tylko stosunki własności rzekomo określają całą "Bazę" i determinują wszystko w "Nadbudowie"...

Sposób produkcji, wykorzystania dóbr (żeby nie mówić o "dystrybucji", które to słowo zostało częścio zmonopolizowane przez pewną sektę i ma specjalne znaczenie), wynalazczość, organizacja pracy - wszystko to (i zapewne sporo rzeczy, które mi teraz do głowy nie przyszły) stanowi te "Siły Ekonomiczne", które w "postawionej spowrotem na nogach" heglistycznej filozofii (czy może tylko "ideologii") Marksa decydują o wszystkim i wszystko determinują. (W każdym razie w "Nadbudowie".)

Marksowi "stosunki własności" (które, jak wiemy, w postaci z jaką się osobiście spotykał, nie były mu w smak) na tyle nie pasowały, że jako ostateczne osiągnięcie ludzkości wymarzył sobie ich całkowitą likwidację. Jak? A przez zniesienie własności prywatnej przecie! Inaczej Komunizm. Idealny ustrój, gdzie żadnej Ekonomii już nie będzie. Nie będzie już potrzebna do niczego i wszyscy będą nieopisanie szczęśliwi.

Marks nieco tam Heglowi zmienił, ale w sumie to jest przecie ta sama wizja świata - prawda? Która stara się być na odmianę świecka, która realnie jest rewolucyjna, a nie raczej konserwatywna, choć nieco niepewnym konserwatyzmem, ale jednak mamy jakieś X, które się w Historii Ludzkości realizuje, zmienia ją w kierunku coraz to większej doskonałości... I tak dalej.

Kołakowski, jak wszyscy wiedzą, nazywa marksizm "ostatnią wielką chrześcijańską herezją", co mnie o tyle bawi, że jak raz gdzieś słowo "judeochrześcijański" akurat pasuje, to się go nie używa, ofiarowując nam, chrześcijanom (choć ja się nie za "chrześcijanina" uważam, tylko za katolika, ale to inna sprawa) Marksa z przysłowiowym dobrodziejstwem inwentarza.

Bawi mnie to, albo nawet lekko wnerwia, jednak Kołakowski ma chyba rację, że marksowska wizja, i marksistowska "filozofia", wcale nie są czymś od religii odległym, a raczej właśnie po prostu jest to także swego rodzaju religia, czy może raczej para-religia.

Zaklęcia o "materialiźmie",  "ateiźmie" i cała reszta wiele tu nie znaczą - to jest przecież o wiele bardziej religijna wizja, i bardziej nawet "judeochrześcijańska", od powiedzmy deizmu, z jego dalekim, obojętnym i w sumie bezilnym Bogiem, który w sumie nie miał już powodu kogokolwiek interesować. (Poza oczywiście "mędrcami", którzy po prostu muszą się czuć lepsi, "znając prawdę". Jak Wolter, Robespierre, czy współcześniejszy nam Korwin, który się też jako deista deklaruje.)

Jeśli zaś marksizm jest rzeczywiście w sumie religią, albo czymś bardzo podobnym, no to pojawia się w tej całej wizji jeden, dla człowieka religijnego dojmujący, problem. Otóż to X, które w sumie jest Duchem Świata i Bogiem (choć oczywiście ach, jakże świeckim!) miałoby na końcu zaniknąć, jako coś wrogiego osiągnięciu przez ludzkość idealnego i (nie bójmy się tego słowa!) RAJSKIEGO stanu szczęśliwości?!

Ten Bóg (świecki jak cholera, ale przecież Bóg!) miałby SAM Z SIEBIE tworzyć Postęp, rozwijać świat, udoskonalać go... Po to tylko, żeby na końcu zniknąć? Zawstydzony, że nie pasuje do Ideału? Do ZIEMSKIEGO RAJU? To przecież absurd dla każdego poważnie tego typu sprawy - czy nazwiemy je "religią", czy też "materializmem historycznym", nieważne - traktującego człowieka. Absurd, horrendum, herezja i bluźnierstwo w jednym!

Trzeba by coś z tym zrobić, prawda, skoro ta ideologia ma być doskonała i skończona. Ekonomia musi więc POZOSTAĆ z Ludzkością DO KOŃCA! To jedno jest pewne od samego początku. Jak to zrobić, jak to zrobić...? Wcale nie musi to być aż tak trudne - po co nam jakiś punkt końcowy Postępu i Rozwoju Ludzkości? On tylko przeszkadza, mąci i wprowadza zamieszanie. Damy Postęp aż do NIESKOŃCZONOŚCI.

Po co niby Postęp miałby się w ogóle kończyć? Myślenie o końcach, jakie by one nie były, nigdy nie nastraja optymistycznie, Nie poprawia trawienia, nie polepsza snu ani wydajności w pracy. Won z nim! (W innej pisowni "von".) Jeszcze by się komuś w głowie uległa myśl, że Ludzkość (ach!) wcale nie ma szansy istnieć WIECZNIE... Zgroza!

Mamy więc teraz sobie nasz poprawiony marksizm... (Że też ten Marks sam nie potrafił na takie proste genialne rozwiązanie wpaść!) A nawet i leninizm, który przecież, poza sporą ilością praktycznych uzupełnień i poprawek opiera się na dokładnie tej samej wizji świata... I wszystko zaczyna idealnie pasować. Prawda?

Lemingom wmówi się parę prostych rzeczy i będzie git. Po pierwsze, że totalne zdanie się na odnowioną "judeochrześcijańską" OPATRZNOŚĆ w postaci ślepej siły "wolnego rynku" to jest dokładnie to samo, co wolność założenia sobie sklepiku bez łaski lokalnego kacyka... Łykną to, bo to w wiekszości durnie, a nawet jak nie, to pryszczate wyrostki nie mające o świecie pojęcia, albo zapracowani "prywatni przedsiębiorcy", nie mający czasu i głowy do analizowania ideologicznych "prawd".

Co ze STOSUNKAMI WŁANOŚCI? A po co o nich w ogóle gadać? Locke (klasyk i ojciec liberalizmu, gdyby ktoś nie wiedział, piszący pod koniec wieku XVII) miał akurat "świętej własności" dziką obsesję, czy może raczej widział powód, by ją usilnie propagować, ale teraz jest inna sytuacja przecież!

Ludzie (czy co to tam jest, nikt tego do końca nie wie) płacący propagandzistom "wolnego rynku" i innych tam "libertarianizmów" nie widzą potrzeby, by zwracać uwagę proli na drażliwe kwestie, do jakich należy właśnie własność. Kiedy ktoś  na nią podniesie rękę - oczywiście, rękę tę partia... Czy kto tam, odetnie, wznosząc oburzone okrzyki o jej świętości. I tak jest słusznie. Nieważne z czego się ta własność wzięła - ona jest święta, przez samo to, że jest własnością.

Ktoś kto ma własność, nie jest, z definicji, prolem, i to się liczy! Locke, w tych dawnych czasach, bronił "świętej własności" przed zachłannością monarchii, przed postulatami religii, przed ludzkim poczuciem sprawiedliwości, przed interesem państwa - dzisiaj my, posiadacze ŚWIĘTEJ WŁASNOŚCI (ach!) mamy już monarchę, religię, sprawiedliwość, a bronimy się, czy może oganiamy jak od much, przed prolami.

Mądrość etapu! O własności przypominamy jedynie, gdy to jest absolutnie niezbędne, gdy ktoś na nią świętokradczą łapę podnosi. Inaczej sza, prole do roboty i nie mędrkować! I za to się płaci - na różne, bardzo nieraz wyrafinowane sposoby - dzisiejszym prorokom "wolnego rynku". Locke dostawał za coś nieco innego, bo i mądrość etapu była inna, i jednak nieco bardziej wprost.

Tak że sobie chyba wykazaliśmy, iż owa ideologiczna strawa, którą nas karmią Misesy i Korwiny tego świata, to w istocie ta sama strawa, którą lud karmili Marks (choć intelektualnie to był jednak nieco inny poziom) i Lenin. Q.E.D.

Acha - tytułowego Misesa chyba w ogóle nie wspomniałem? No to wspominam, mówiąc że to dokładnie ta sama parafia i ten sam poziom. I tam się jeden na drugiego powołuje, myśli jego twórczo, po linii i na bazie, rozwijając - więc gość też jak najbardziej tutaj nam pasuje.

* * *

Może jeszcze wam powiem, co mi przed chwilą przyszło na myśl. Zupełna błahostka, a nawet tylko zwykły "mem", ale może warto. Otóż... Czy nie widać istotnego podobieństwa, nawet z wyglądu, między Korwinem i Obamą? Może ktoś by sporządził taki "memowy" obrazek, na którym Korwin, najlepiej w tym białym mundurze Regenta, z ordreami, wykrzykuje: "YES WE CAN!"

No bo to przecież zupełnie ta sama sytuacja! Z rzekomą "nową siłą" i dokładnie taką samą zgrają ogłupionych lemingów, które już całkie straciły orientację i po prostu chcą uciec od tego, co mają dookoła. (To się chyba nazywa "histeria", o czym sobie kiedyś już tu zresztą mówilśmy.) Że to, co dookoła jest paskudne, to fakt - ale Korwin?!

(Z tym, że w przypadku Obamy był jeden sensowny i moralny powód, by na niego głosować. Równość ludzi różnych "ras" i oddanie sprawiedliwości Czarnym, których, nie oszukujmy się, traktowano tam przez długi czas paskudnie, a w ogóle to sprowadzono jako niewolników. Nawet to, moim zdaniem, nie powinno uczynić akurat z Obamy prezydenta, choć rozumiem chcących głosować na "kolorowego". U nas nie ma jednak nawet cienia takich powodów, żeby z Korwina uczynić choćby sołtysa.)

Zresztą nawet z wyglądu ci dwaj są dość do siebie podobni, oczywiście z ogromną przewagą tej plastikowej Barbie zza oceanu. Jeden wprawdzie nieokreślonego koloru i pochodzenia, a drugi... Wiadomo... Nie powiem "jak zawsze", ale dziwnie często, jak na to, że rzekomo takich tu prawie nie ma...

No i z głębokiego PRLu, a konkretnie z odnogi PZPR (Polska Zjednoczona Partia Probotnicza - 4 słowa, 4 kłamstwa, co już b. dawno zauważono) pod nazwą Stronnictwo Demokratyczne. Słodkie u zoologicznego wroga D***kracji! Reszta drogi równie mętna i podejrzana. W każdym razie ja podobieństwo dostrzegam. "YES WE CAN, TOWARZYSZE KORWINIĘTA!"

triarius

P.S. Uważać na ogony, jak będziecie wychodzić. I nie gromadą, tylko pojedynczo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz