niedziela, maja 07, 2017

Ośmiorniczko wróć! (czyli "Z Olgą Tokarczuk na podbój świata")

- Mamo, tak strasznie lubię ośmiorniczki - czemu ten pan nam ich nie dozwala?
- No właśnie. Ja też ośmiorniczki uwielbiam. Mogłabym je jeść trzy razy dziennie. Chodźmy mu to powiedzieć!

Serce mam wielkie jak dzwon, nie przymierząjąc, Zygmunta, więc za darmo oddaję ten, praktycznie gotowy, scenariusz Totalnej Opozycji na nowy polityczny spot. Nie mogę zagwarantować, że na pewno będzie skuteczniejszy od tego co sami wymyślili, ale gorzej chyba być nie może, a o ile sensowniej! No i zabawniej oczywiście.

Teraz sobie na warsztat weźmiemy inny wyczyn naszej (?) totalnej opozycji. W zasadzie przebiegająca bez żadnych burzliwych wydarzeń - choćby i czegoś smętnego, w rodzaju podpalenia, czy raczej samozapłonu, Budki Borysa - piętnastotysięczna demonstracja dwóch partii liczących, jak słyszę, po 30 i 140 tysięcy, plus całej reszty niezadowolonych z obecnej władzy, to nie jest coś, o czym by można poważnie rozmawiać...

Ale też ja wcale poważnie o tym rozmawiać nie chcę! Nie jest przecie AŻ tak dobrze, jak by się na podstawie tej żałosnej demonstracji mogło wydawać, no bo jeszcze "Europa" jakoś tam trwa, rzęzi i plwa, ale też na miejscu liderów tej "opozycji" zacząłbym się naprawdę rozpaczliwie martwić. Na szczęście nie muszę.

Wydano też na to, podobno, dwa melony, a na ile wiem coś o Nalewkach z przyległościami, to ta suma musi być mocno zaniżona. Ale i tak wystarczy na taką demonstrację. To niemal coś takiego jak owe tysiące za porcję robactwa z Biedronki w wytwornym otoczeniu nagrywających mikrofonów. Arystokracja, psia mać! Mają gest!

Co mi się, skoro już się tym zabawiamy, najbardziej na owej prześmiesznej demonstracji podobało? Trudno wybrać, bo praktycznie wszystko. Ale że od czegoś trzeba zacząć, więc zacznę od tego kogoś, kto na pierwszym planie większości telewizyjnych obrazów (a najfajniej mi się to oglądało na Polsacie, którego nie oglądałem od lat, dzięki mordeczki!) wymachiwał wielkim sztandarem z napisem "Młodzi Demokraci".

Jest to, gdyby ktoś nie wiedział, młodzieżówka Platformy, a wielki sztandar i pierwszy plan to naprawdę, muszę to z bólem przyznać, nie było złe posunięcie ze strony... Wiadomo kogo. Dlaczego? - spyta ktoś. No to odpowiem, że dzięki temu udało się zwrócić uwagę publiczności na kogoś, kto, w odróżnieniu od większości młodych, wykształconych, z dużych miast, mógł jeszcze nie mieć pięćdziesiątki, a pampersy nosi (tylko zgaduję, ale nie wykluczam), wyłącznie do oglądania "Szkła kontaktowego".

Drugim prześmiesznym w tym przezabawnym dniu były występy choreograficzne lekko już wprawdzie osłabionych głodem ubeków pod melodię "Katiuszy". A co innego mieli wybrać, że spytam? Nawet oni zorientowali się, widać, że nie mamy akurat żadnego fajnego święta, kiedy to możnaby się radośnie łamać jajeczkiem pod "Podmoskowskije wiecziera". No to krasnoarmieskaja, stalinowskaja "Katiusza" - logiczne!

Teoretycznie mogłoby być coś bardziej unijnego, zachodniego, coś od naszych najszczerszych przyjaciół... Coś jak "Horst Wessel Lied" naprimier,.. Co, że nie wypada? Gorzej? Propagowanie? Wizyta o szóstej rano? Sorry, ale czym się w istocie różni od tego "Katiusza"? Putin miałby niby być lepszy od Mamy Merkeli?!

Zresztą może po prostu bez krasnoarmiejstwa nie udałoby się ściągnąć na demonstrację Olbrychskiego? Bo on, powiedzmy, tamtego nie zna. A przecież lubimy melodie, które znamy, jak uczy reklama banku Millenium. W filmie nie grał, w szkole nie uczyli. "Horst Wessel" znaczy. (Mnie też zresztą nie. I też zresztą nie znam, poza tytułem.)

W sumie było to naprawdę prześmieszne wydarzenie, ta demonstracja wszystkich niezadowolonych z obecnej władzy, ale wszystkiego i tak wam nie pokażę, więc musicie trochę sami, a ja mam jeszcze jeden istotny temat do omówienia. Z przyległościami. Otóż dotychczas przeważnie płakać mi się chciało, gdy myślałem o "naszych", mimo że pilnie ich jak mogę unikam.

Wszystkie te stare - bardziej "wyjedzone" i "przejedzone", niż "wyjadacze"... Często po prostu żałosne to do potęgi i trudno mi zaakceptować, że w tej "nowej Polsce" nadal brylują oślizgłe, średnio zdolne, od lat siedzące na płocie... Jak ich by tu nazwać... Geniusze - niech będzie. Krótko i celnie!

Aż tu ostatnio... Filmik z uczynionych przez same lemingi nagranek z ciamajdanu... Cztery pytania do platfusów... Spocik na ten sam temat... To już sporo, jeśli się porówna z tym co było, ale chyba teraz nagle jest jeszcze lepiej. Otóż znajoma mówi mi dziś, ubolewając, że Gadowski (ten superman, wiecie) płakał, publicznie, jak to supermeni, że na jakieś tam targi książki do Londynu (czy gdzieś) wysłano niejaką Tokarczuk. Jak dobrze pamiętam, to (nomen omen) Olgę.

Owa Tokarczuk pluje bowiem na Polskę... (Tak mnie poinformowano, bo babusa nie znam, tylko mam słuchową pamięć, stąd jest faktycznie pewna szansa, że to Olga.) Pluje, żeśmy, Polacy znaczy, kolonizowali Białoruś i inne takie okropne rzeczy. Na co ja wpadłem w radosną ekstazę i pobiegłem do świnki, żeby sprawdzić czy starczy mi na metrową świecę, grubą jak ramię dorosłego blogera, prawicowego ma się rozumieć, do najbliższego kościoła. W podzięce Bogu, za Jego hojne dary.

Do ociekających testosteronem prawdziwych mężczyzn, choćbym i chciał, z obiektywnych przyczyn odruchowej wrogości odczuwać po prostu nie mogę... No, chyba że do jakichś innych, nie do siebie. Ale przyznam, że zawsze staram się takiego sobie obejrzeć najpierw pod światło, nadgryźć zębem... I tak od razu w orgazm na ich temat nie wpadam.

Do Gadowskiego nic właściwie nie mam - więcej powiem, przypomina mi takiego jednego adoratora mojej matki z czasów bardzo już zamierzchłych. Który to adorator był supersamiec, miał b. ciekawą biografię, rysował jak anioł, wspinał się na pionowe skały, tudzież posiadał Lambrettę. (Wtedy jeszcze nikt nie używał kasku, więc nie był to żałosny obciach.)

Tak że do Gadowskiego (choć mnie kiedyś zablokował na Fejzbuku, długo by było opowiadać, gołe zdjęcia tej tam tenisistki, co to niby taka nasza, się z tym wiążą), jeśli jestem uprzedzony, to raczej na plus, choćby właśnie z powodu Pana Władka.

I rozumiem, że jego zdaniem, Polska, zamiast lansować w Londynie tę Tokarczuk, powinna postawić na wylansowanie naszego własnego Bonda - o ileż od pierwowzoru lepszego, a w dodatku prawdziwego! - którym to Bondem (lepszym i prawdziwszym) zgodzi się ewentualnie, z braku alternatyw, zostać sam Gadowski.

Tyle, że te, jak ich nazwać... Super samce (poza waszym, ma się rozumieć, oddanym) często nie błyszczą wyrafinowaną przebiegłością. Wszystko by chcieli bicepami i te rzeczy.

W każdym razie on białą łapkę z nadzieją w oku wystawia do podkucia, a tu mu jakaś Tokarczuk z naszym niegdysiejszym dręczeniem Białorusinów wchodzi w paradę. Fopa! Jednak ja to widzę inaczej - sorry Bond! Anglicy przez setki lat kolonizowali i podbijali innych, aniołkami też nie zawsze byli, tak? Oni to wiedzą - spokojna głowa! Więcej - są z tego dziko dumni. Choć to przecie przeszłość, a teraz za to "przez nos" (żeby użyć kalki z ich narzecza) płacą. Tyle, że w większości zbyt głupi, by to pojąć, więc dumni i bladzi. (Zresztą nie tyle ZA TO płacą, co raczej za swoje obecne, a trwające już od dziesięcioleci, spedalenie. Uleganie syrenim śpiewom liberałów i innej lewiźny. Te sprawy.)

 A my? Etatowi i wieczni chłopcy do bicia. Czyż nie? Ludziom się wydaje, że my się tego uczymy od Żydów i że to nieludzko cwane. Od Żydów, którzy cudnie na każdym kroku wygrywają i zarabiają prezentując sińce, odleżyny i kikuty To jednak, niestety, moje drogie naiwniaczki, nie tak! Oni przetrwali cztery tysiące lat, mimo że absolutnie nikt ich nigdy nie lubił, a niektórzy naprawdę starali się dać im w kość. No i (choć się Adam Michnik z pewnością nie zgodzi) mimo tego, dziś jednak pewne znaczenie w świecie mają.

Do tego sobie ostatnio dołożyli to skamlenie i siniaki, zgoda, tyle że - nie oszukujmy się! - ze stalowym błyskiem w oku. Ktoś tego błysku nie dostrzega? No a my co? Że zacznę od innej strony... Czy świat może się obyć bez etatowych chłopców do bicia? Może ze mnie stary cynik, ale twierdzę, że nie. I nigdy nie będzie mógł.

Czy jest zatem na to zaszczytne stanowisko wielu stałych, wiecznych i chętnych jak cholera kandydatów? Nie ma! Raz jakiś afrykański szczep dostanie w kość od innego, drugim razem gdzieś wojna, trzęsienie albo powódź - ale to się szybko zmienia, pada to na kogoś innego...

A na stałe, to tylko, sorry, Polacy. I nikt inny. Nie żadni "Irokezi", jak chciał Fryc (i chce Michalkiewicz) bo Irokezi to był bitny lud, który, gdyby nawet usłyszał o JP2, to by się, mówiąc b. już łagodnie, co najwyżej lekceważąco skrzywił. Inaczej Polacy! Prawda? No więc, teraz nagle, wbrew ubolewaniom różnych tam in spe Bondów w krakusce i z husarskimi skrzydłami, okazuje się, że potrafimy jednak kogoś skolonizować...

Że tylko (z całym szacunkiem, to nie jest wyraz lekceważenia) Białorusinów, lud chłopski i niezbyt dotąd znany z państwotwórczych instynktów? Cóż, ale jednak, w końcu od kogoś trzeba zacząć. Raczej blisko, bo nie trzeba wydawać na bilet itd. Niemcy od stuleci przekonują świat - w końcu nas samych przekonali - że jesteśmy całkiem niezdolni do kolonizowania, do budowania państwa, lub choćby utrzymania go, gdyby psim swędem lub w prezencie... Zgoda? Oni to konsekwentnie, jak to potrafią, robią od stuleci, świat uwierzył, my sami też...

Aż tu nagle polski rząd wypuszcza na szerokie wody Olgę Tokarczuk, która cały ten propagandowy antypolski syf jednym machnięciem pióra zmiata z powierzchni ziemi. Mam nieodparte wrażenie, ze jeszcze rok temu posłalibyśmy do tego Londynu Gretkowską, żeby przekonywała Świat, że w Polsce nie dzieje się żadna krzywda kobietom (?) z dwiema łechtaczkami.

(Co za obrzydliwa wizja! Zresztą samo to słowo jest paskudne, choć sam organ i jego łacińską nazwę da się zaakceptować. W końcuśmy nie muślimy.) Żeby nas źle nie sądzili, żeby pamiętali o drzewkach gdzieś tam w tropikach... Jak zawsze. Przy czym oczywiście skutek byłby wprost przeciwny, bo i babus bo pracowicie dowodził czegoś dokładnie przeciwnego, a my byśmy się zaklinali, bili w piersi...

Ale coś się nagle zmieniło, coś pękło, coś... Ach! I choć ani Pan T., ani żaden z paru jego faworytów (czysto profesjonalnie i merytorycznie rzecz biorąc, nie zawsze obecnych osobistych przyjaciół) nadal się do żadnego Trustu Mózgów nie załapał, choć Burze Mózgów robią nam nadal Warzechy z Ziemkiewiczami, to jednak nie mam już prawa się zapluwać krytyką nieudolności i głupoty "naszych" - samo to genialne posunięcie z tą tam Olgą Tokarczuk wyrównuje większość idiotyzmów i samobójów w naszej historii. Tak z grubsza licząc od testamentu Krzywoustego.

A zatem wykrzyknijmy jednym wielkim głosem i niech nas świat usłyszy:

Niech żyje Olga Tokarczuk - Ambasador Dobrej Zmiany!

triarius

P.S. A jeśli ktoś jeszcze czuje niedosyt? Jeśli ktoś JESZCZE czuje niedosyt, brakuje mu w powyższym wizji, optymizmu i takich tam - to tutaj ma wizję, optymizm, proroctwo, plus zawoalowane wyjaśnienie, po co ja w ogóle te perły... Skoro przecie niedźwiednikiem nie jestem, prawda? (Bez urazy!) Oto i:

https://bez-owijania.blogspot.com/2011/11/dzien-jaguara-wstepny-szkic-ew.html

2 komentarze:

  1. " białą łapkę z nadzieją w oku wystawia do podkucia"
    ładne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś wrócimy na swe prastare terytoria, Olga naszym lodołamaczem ;-)

    OdpowiedzUsuń