poniedziałek, lipca 23, 2007

Spengler o pacyfiźmie (i ogłoszenia parafialne)

Właśnie umieściłem na tym blogu pierwszy plik do ściągnięcia. Link da się (mam nadzieję) odnaleźć w prawym menu. Ten plik to wybór fragmentów z wielkiej książki mojego absolutnego faworyta Oswalda Spenglera "Zmierzch Zachodu". Po angielsku, wraz z dość sporą ilością informacji na temat jego życia i dzieła. Całkiem niegłupio napisane, choć ja bym tam z pewnością włożył więcej entuzjazmu. Format .pdf, wielkość nieco poniżej 0,5MB.

Najlepiej kliknąć na ten link i wybrać opcję zapisania na dysku, bo inaczej takie .pdf'y otwierają się w oknie przeglądarki, co na ogół nie jest tym, o co chodzi, choć bywa, że właśnie o to.

No to jeszcze, by nie łamać mej własnej tradycji przeraźliwei dlugich wpisów, cytat ze Spenglera, który znalazłem właśnie przed chwilą w tej książce co to jest teraz do ściągnięcia:
Pacyfizm pozostanie ideałem, wojna zaś faktem, i jeśli biali ludzie są zdecydowani nie prowadzić już wojen, ludzie kolorowi będą to robić i staną się władcami ziemi.
Umieściłem też w prawym menu link do stronki, gdzie jest dość sporo pomniejszych tekstów Spenglera, choć także po angielsku. (Można by kiedyś postarać się to zrobić po naszemu, dopóki jeszcze za to nie odwożą do Tworek.)

Co jeszcze, skoro już jesteśmy przy takich ogłoszeniach parafialnych? Acha - poumieszczam wkrótce linki do moich wirtualnych przyjaciół i sojuszników, ale dość sporo się ich nazbierało w czasie mego miesiąca na Salon24, więc trzeba się do tego będzie specjalnie zabrać. Wszystkich zainteresowanych zachęcam od umieszczenia linku do mnie, a potem pochwaleniem się tym faktem przede mną z ew. prośbą o link w zamian. Albo i bez prośby powinno to skutkować.

A poza tym zastanawiam się, czy nie wrzucić tego bloga na własną domenę, na przykład tygrys.pl. Co o tym myślisz, o Przechodniu?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, lipca 22, 2007

Spengler o katolicyźmie i protestantyźmie

Oto drobny fragment nieocenzurowanej książki Oswalda Spenglera "Zmierzch Zachodu" w moim własnym tłumaczeniu z angielskiego (autoryzowanego przekładu). Muszę powiedzieć, że ta nieskastrowana wersja, którą od paru dni dość ostro czytam, po prostu mnie zachwyca i wprawia w osłupienie, że w ogóle można aż tyle rozumieć i tak precyzyjnie to w dodatku wyrażać. Fakt, że ta książka w sumie nie odgrywa znaczniejszej roli w intelektualnej debacie - a najczęściej mówi się o niej po prostu znając tytuł i interpretując go po najmniejszej linii oporu (co robią nawet ludzie na poziomie) - zasługiwałby co najmniej na głęboki historiozoficzny esej.

Jest on przetłumaczony nieco luźno z czysto filologicznego punktu widzenia, ale z dbałością o oddanie sensu i niuansów, a poza tym z jednego akapitu uczyniłem kilka, ze wzgłędu na specyfikę publikacji w sieci i wygodę ew. czytelników. Starałem się też zachować duże litery w tekście (w końcu angielskim, a nie niemieckim, więc tutaj ma to znaczenie). Fragment ten pochodzi ze stron 194f amerykańskiego wydania z 1932.

A teraz obiecany niewielki fragment.

Kiedy w swych najtrudniejszych decyzjach dusza jest pozostawiona swym własnym możliwościom, coś nierozwiązanego [zawsze] pozostaje, co wisi [nad nią] niczym nieustająca chmura. Można zatem powiedzieć, że żadna chyba instytucja żadnej religii nie dała światu tyle szczęścia [co sakrament pokuty]. Cała wewnętrzność i niebiańska miłość Gotyku spoczywa na pewności całkowitego odpuszczenia grzechów dzięki władzy nadanej [przez Boga] księdzu. W niepewności, która wynikła ze schyłku tego sakramentu, zarówno gotycka radość życia, jak i świetlisty świat Marii, zblakły. Tylko świat Diabła, z jego ponurą wszechobecnością, pozostał.

A wtedy, w miejsce nieodwracalnie utraconej błogości, wkroczył Protestancki, a przede wszystkim Purytański, heroizm, potrafiący walczyć nadal, nawet bez nadziei, na straconej pozycji. "Ustnej spowiedzi", stwierdził kiedyś Goethe, "nigdy nie należało ludzkości odbierać". Nad krajami, w których ona zginęła, rozsnuła się ciężka powaga. Etyka i kostiumy, sztuka i myśl, przybrały kolor nocy - kolor jedynego mitu, który jeszcze pozostał. Nic nie jest mniej słoneczne, niż doktryny Kanta. "Każdy swym własnym kapłanem", to przekonanie, dla którego można ludzi zdobywać, ale może tu chodzić jedynie o tę część kapłaństwa, z której wynikają obowiązki, nie o tę, która posiada władzę.

Nikt sam siebie nie spowiada z wewnętrzną pewnością otrzymania rozgrzeszenia. Ponieważ zaś potrzeba duszy, by uwolnić się od swej przeszłości i otrzymać nowy kierunek, pozostała równie dotkliwa co zawsze, wszystkie wyższe formy komunikacji zostały przetransmutowane, i w krajach Protestanckich muzyka, malarstwo, epistolografia i pamiętniki, ze sposobów opisywania stały się sposobami samooskarżania, pokuty i niepohamowanych wyznań. Nawet w regionach Katolickich - przede wszsytkim w Paryżu - sztuka i psychologia nabrały znaczenia w miarę, jak rosło zwątpienie w sakrament Pokuty i Odpuszczenie grzechów.

Widzenie świata zatraciło się w bezustannej podjazdowej walce we własnym wnętrzu. W miejsce Nieskończoności, przywoływano współczesnych i potomnych, by byli kapłanami i sędziami. Osobista sztuka, w sensie takim, który odróżnia Goethego od Dantego i Rembrandta od Michała Anioła, była substytutem sakramentu spowiedzi. Był to także znak, iż ta Kultura znajdowała się już w warunkach Późnego okresu.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, lipca 21, 2007

Teoria spiskowa - czyli o partnerstwie strategicznym Rosja-Niemcy

Przeżywam znowu okres potężnego zwątpienia w sens tego typu działalności, czyli znowu "ściana wychodka" i te rzeczy, jeśli ktoś wie o co chodzi. Wirtual po prostu wydaje mi się być mało kompatybilny z prawicowością, a gadanie, z którego nic nie wynika... Lepiej już nic nie powiem. Przedwczoraj zakończyłem życie swego bloga na Salon24, i to nawet nie bezpośrednio dlatego, że Salon24 to lewacka instytucja, tylko dlatego, że moje uczucie, iż jestem tylko kolejną małpą w werbalnym cyrku, robiącą zabawne wściekłe miny, stało się już zbyt dojmujące. Jasne, że gdyby Salon24 był firmą prawicową, to te 10 tys. wizyt, które miałem przez niecały miesiąc, oznaczałyby coś nieco innego i ich wartość byłaby inna... Ale właśnie nie jest i dlatego te wizyty oznaczają to, co powiedziałem.

Nie chce mi się w tej chwili nic pisać nawet tutaj, ale ponieważ poczuwam się do czegoś wobec tych wszystkich, którzy mają do mnie linki i/lub ten blog odwiedzają, a sprawa eurokonstytucji zawsze będzie mi leżeć na sercu, więc wklejam znakomity tekst na ten temat, który przed chwilą znalazłem na prawica.net.


Mirosław Kokoszkiewicz

Teoria spiskowa - czyli o partnerstwie strategicznym Rosja-Niemcy

Pogoń za postępem, dobrami doczesnymi, tolerancją, równouprawnieniem, prawami mniejszości, prawem do eutanazji i aborcji doprowadziła światły lud do niemal całkowitej szczęśliwości.

Ogłupiani przez media i różne autorytety tubylcy różnych krajów odłożyli do lamusa rozum, dekalog i inne tam niepotrzebne do niczego dyrdymały.

Elity przecież postanowiły, że podstawą podejmowania decyzji nowego człowieka powinna być pokusa i emocje. Posługiwanie się rozumem przez plebs może okazać się niebezpieczne, więc najlepiej jeżeli ten skomplikowany instrument będzie jak najmniej eksploatowany. W trosce o nasze dobro nowoczesna Europa podobnie jak reklamy najrozmaitszych produktów żeruje na prostych ludzkich odruchach i instynktach.

Pierwsza nieudana próba przeforsowania eurokonstytucji wywołała szok. Fiasko, koniec marzeń o jednym państwie europejskim, lamentowano. Cóż, pewność siebie i jakaś buta kazała myśleć orędownikom eurosojuza, że społeczeństwa są już wystarczająco odmóżdżone i wystarczy do przyklepania utopii uaktywnić w każdym kraju odpowiedników naszej Róży Thun i Geremka.

Europejskie „elyty” jak pospolici oszuści próbowali wcisnąć gawiedzi agrest mówiąc, że to winogrona. Przykład Francji i Holandii pokazał, że narody Europy to jeszcze nie bezmyślne stado baranów idące na każde skinienie europasterzy.

Głowni rozgrywający, Niemcy postanowili bardzo szybko wcisnąć nam wszystkim ten sam znany już agrest goląc jedynie nieprzyjemne włoski. Usunięto z projektu hymn i flagę, inaczej wabić się będzie prezydent i minister spraw zagranicznych nowego tworu.
Jest jednak coś nowego.

Wiadomo, że partnerstwo niemiecko-rosyjskie ma się świetnie, więc od czego ma się wypróbowanych przyjaciół. Skoro niewdzięczni europejczycy już raz zawiedli to trzeba w celu zagonienia stada do wspólnej zagrody zaangażować owczarka i postraszyć wilkami. I tu bratnią niemiecko-rosyjską przyjaźń potwierdza Wołodia Putim, człowiek kochający wolność słowa i demokrację jak twierdzi zatrudniony przez niego były kanclerz RFN.

Oficer i były szpieg KGB w to postać wielka. Tak przynajmniej mówią media w Polsce. Dżudoka i wielki umysł, który jak prawdziwy polityczny szachista przewiduje kilka ruchów naprzód. Te same media prezydentów USA i Polski przedstawiają jako maluczkich i prymitywnych ludzików nie dorastających Putinowi do pięt. No cóż, różnie można pojmować rację stanu.

Wszystko zależy od tego kto zapewnia dostęp do konfitur. Czołowym żurnalistom wcale nie przeszkadza, że w kraju tego kochającego demokrację przywódcy trup wśród dziennikarzy ścieli się gęsto. Strzela się do nich jak do kaczek, wylatują seryjnie przez okna wieżowców, a niektórzy giną bez śladu. Stary sprawdzony przyjaciel wszystkich Niemców w tym i tych z dawnej STASI zaczął robić za wilka u Angeli Merkel.

Do 2009 roku przecież trzeba zagonić stado baranów do wspólnej zagrody. A jak to zrobić? Wiadomo. Skoro większość europejskich obywateli nie posługuje się rozumem lecz emocjami to trzeba umiejętnie ich postraszyć.

I zaczęło się.

Groźba rozmieszczenia rakiet, bombowce strategiczne w pobliżu strefy powietrznej GB, ostra retoryka. Przy pomocy braterskich europejskich mediów pompowany jest na naszych oczach olbrzymi balon rosyjskiej mocarstwowości.
Tam gdzie problematyczne zdaję się być sprzedanie nawet ogolonego agrestu jako winogron rolę swoja spełni rosyjski wilk. Ludzie skutecznie zaniepokojeni odradzającym się imperializmem rosyjskim wybiorą bezpieczną przyszłość i pomaszerują gdzie karzą. Teraz tylko trzeba zatrudnić sprawdzonych prawdziwych europejczyków w charakterze owczarków.

U nas już czekają w blokach startowych. Już trwa odliczanie do momentu w którym o jedynej szansie na ocalenie czyli o wcieleniu do nowego federacyjnego państwa zaczną tokować Żakowscy, Węglarczyki, Olejniki, Smolary, Mazowieccy, Wałęsowie, Kwaśniewscy, Bartoszewscy i reszta gorących patriotów.

A będą to mowy patetyczne. Coś w stylu Kto nie z nimi ten zdrajca narodu nie rozumiejący dziejowej chwili. Jedyne ocalenie to wspólne europejskie państwo, Zaufajmy niemieckim przyjaciołom Jednym słowem wyzbycie się suwerenności ma zapewnić rozwój i bezpieczeństwo dla przyszłych pokoleń Polaków.

Dzisiaj jeszcze dla wielu wydaje się to absurdem, ale jutro coraz więcej obywateli straszonych wilkiem i obszczekiwanych przez owczarki obudzi się we wspólnej zagrodzie. Kiedy to już się stanie czaka nas drugi etap działalności tak owocnego partnerstwa strategicznego Niemiec i Rosji.

Wtedy to nastąpi płacz i zgrzytanie zębów. Obym się mylił.

Oryginał tutaj: http://prawica.net/node/7721/

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, lipca 17, 2007

Rap zza ściany i generał markiz de Gallifet

Kiedy znowu zostałem, jak praktycznie co dzień, obudzony rapem i technem zza ściany, postanowiłem zmienić swą reakcję. Zamiast więc jak zwykle zgrzytać zębami i zasłaniać uszy poduszką, podszedłem do sprawy filozoficznie i zacząłem się zastanawiać nad znaczeniem podobnych sytuacji w historii świata i w ogóle - z czymkolwiek istotnym to może mieć związek.

Od razu przypomniałem sobie, jak to pierwszy znany w historii przodek słynnego potem kanclerza Zamojskiego, rycerz o przydomku Saryusz (niewątpliwie od łacińskiego słowa oznaczającego bronę, a więc swojski Broniarz), leżąc już po zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem na ziemi z brzuchem rozprutym trzema krzyżackimi kopiami, z którego obficie wypływały jelita (które miały odtąd stać się herbem rodu), Władysławowi Jagielle, który (przez tłumacza chyba?) stwierdził, że: "straszne muszą być cierpienia tego rycerza", odparł : "nic to przy cierpieniach, jakie powoduje zły sąsiad".

Miał bowiem rycerz Saryusz od dawna konflikt ze swym najbliższym sąsiadem, na którego, korzystając z wyjątkowej okazji, postanowił teraz poszczuć władcę. Historia, z tego co wiem, nie mówi o dalszych losach sąsiada i jego rodu, choć dla mnie na przykład to byłaby sprawa wysoce interesująca. (Bardziej w każdym razie, niż poglądy niedoszłego "premiera z Krakowa" na rolę i ew. osiągnięcia potomka Jagiełły, Aleksandra Jagiellończyka, którymi ten pierwszy ostatnio się z ludem podzielił, za co otrzymał sążniste brawa m.in. na Salonie24.)

Rycerz Saryusz z całą pewnościa swej bolesnej, a jednocześnie jakże zaszczytnej (dulce et decorum... itd.), przygody nie przeżył. Wtedy nie było na to cienia szansy - krzyżackie kopie raczej nie były sterylne i śmierć, po wdaniu się gangreny, musiała być naprawdę koszmarna. Zresztą także i wieki później, pod Waterloo także tego typu rany niemal zawsze były śmiertelne.

Jest jednak jest (czy może raczej "był") postęp i taki markiz de Gallifet, późniejszy generał, walcząc w Meksyku w sprawie niefortunnego cesarza Maksymiliana, został pewnego razu ciężko ranny, ale włożył do czapki wypływające mu z brzucha jelita, po czym dowlókł się do jakiejś tubylczej chaty, gdzie go przechowano. Przeżył, choć nie podejrzewam, by rana była aseptyczna. W każdym razie miał później okazję, by wykorzystać swe meksykańskie doświadczenia z partyzanckiej wojny do dania nauczki komunardom.

Jak relacjonował korespondent Daily News, generał przechadzał się wzdłuż szeregów pokonanych teraz, a do niedawna nierzadko równie mało litościwych, wrogów, i dokonywał ich inspekcji. Przystawał, przyglądał się i co chwilę klepnięciem po ramieniu nakazywał kolejnemu nieszczęśnikowi wyjście z szeregu. Skutkiem czego szybko zbierała się pokaźna grupa ludzi, którzy nie mogli mieć cienia złudzeń, co do swego losu w najbliższej przyszłości.

Jednej nieszczęsnej kobiecie, która go błagała na kolanach o życie, Gallifet powiedział: "Madame, odwiedzałem każdy teatr w Paryżu, pani aktorstwo nie robi na mnie wrażenia". Zasada wyboru była w zasadzie dość prosta i niepozbawiona logiki. Skazany był każdy posiwiały człowiek, który wpadł generałowi w oko, ponieważ "najprawdopodobniej walczył także na barykadach w '48". Ludzie z zegarkami także nie mieli wielkiej przyszłości, bo generał markiz widział w nich "prawdopodobnych urzędników Komuny".

Resztę dobierał nasz bohater z ludzi o "wyjątkowo szpetnych lub prymitywnych obliczach", czego chyba nie trzeba tłumaczyć. (Choć może już jednak trzeba? Czasy się zmieniają, wystarczy popatrzeć na transmisję z obrad Parlamentu Europejskiego.) No i skazany był też każdy komunard, który dawniej należał do regularnej armii.

Podumałem nieco nad wyborami dzielnego generała markiza, potem przeszedłem do innych burzliwych wydarzeń z europejskiej historii. Na przykład do parodniowego powstania Masaniella w osiemnastowiecznym Neapolu, co b. interesująco opisuje choćby Chłędowski. Tam też działy się dość niezwykłe dla nas dziś rzeczy, choćby ten uliczny sprzedawca placuszków, któremu, na propozycję kogoś z tłumu powstańców, włożono głowę do jego własnego wrzącego oleju. Widać puszczał komuś przez ścianę ówczesny rap czy techno, choć to z pewnością była tylko jakaś specjalna wersja belcanta. Albo miał nie takie poglądy. Lub po prostu był czyimś sąsiadem i to wystarczyło.

Albo weźmy sceny z rewolucji francuskiej, tak znakomicie opisywane choćby przez G. Lenotre'a. Zresztą nie tylko przez niego, bo te sprawy są przecież dość powszechnie znane. A więc te głowy na pikach... Ktoś by pomyślał, że nie tylko powinny dać do myślenia zwolennikom rapu i techno (gdyby to oczywiście nie był oksymoron), ale także różnym liberałom, którzy niczym niczym ideologiczne kamikaze...

Ale co tam, niech się sami domyślają! Jeśli potrafią, w co wątpię. Zresztą wszyscy, którzy wierzą, iż ludzki gatunek nagle zacznie sąsiada uwielbiać po prostu dlatego, że jest sąsiadem, także mogli by się nieco zastanowić. (Gdyby oczywiście potrafili, co wydaje się wkluczone, bowiem nie byliby wtedy tym, czym są.) Przekonanie, że sporo propagandy plus nieco, wątpliwych skądinąd i coraz mniej obfitych, mało autentycznych materialnych korzyści, zmieni coś istotnie w ludzkiej naturze - na przykład stosunek do sąsiada, jeśli ten jeszcze na dodatek puszcza nam zza ściany rap, o ile nie gorzej - jest moim skromnym... Dokładnie na poziomie tych, którzy je żywią.

Przyjdzie jeszcze generał markiz de Gallifet w nowym wcieleniu, oj przyjdzie! I chodzi tylko o to, by był to NASZ generał markiz.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, lipca 16, 2007

W oparach języka - odcinek 3

Tuszę (jak mawiano w czasach, gdy anoreksja nie była jeszcze obowiązkowa), iż nie znudziłem jeszcze Mego Łaskawego Czytelnika tą szwedzką gramatyką. Gdyby trzeba było przypomnieć, po co to robię - wyjaśniam, że w języku tego niewielkiego, acz postępowego kraju dostrzegam nie mniej postępowych cech, niż w jego polityce społecznej. Co staram się tu wykazać, a ponieważ ten język nie jest w Polsce szeroko znany, więc muszę się nieco pobabrać w gramatycznych szczegółach. No dobra, jedziemy dalej.

Zastanawiałeś się kiedyś, O Czytelniku, dlaczego amerykański Anderson czy Carlson ma jedno "s", a szwedzki dwa? Zapewne nie, bo przecież każdy z nas ma tysiące większych życiowych problemów. Jednak tak rzeczywiście jest i niektórzy w wolniejszej chwili próbowali ten dziwny fenomen zrozumieć. A czy potrafisz sobie wyobrazić kraj, gdzie tak z 30 procent córek jest synami? Takim krajem jest właśnie Szwecja, jak zresztą i inne kraje skandynawskie, z wyjątkiem Islandii.

Po angielsku Anderson, czy powiedzmy Parsons, to po prostu jakiś dźwięk i nic to specjalnie nie nie zastanawia, nad tym, że kiedyś oznaczało to "syn faceta o imieniu Anders", a np. Parsons to "syn proboszcza" (parson's son). (No bo co to w ogóle miałoby być ten "anders"? Nasz generał tam się raczej wielu ludziom nie kojarzy.)

Całkiem inaczej jest w Szwecji, gdzie tego typu nazwiska stanowią naprawdę ogromną część wszystkich nazwisk. Wystarczy rzucić okiem na książkę telefoniczną Sztokholmu, gdzie ciągną się dziesiątkami strony samych Larsów Carlssonów i Carlów Larssonów. Zaś Larsson to całkiem dosłownie "syn Larsa" (czyli Łazarza) napisany i wymawiany dokładnie tak samo, tylko zbity w jedno słów. Normalnie byłoby to Lars son.

Tak jak Carlsson to zbitka z Carls son, gdzie Carl to imię Karol (pisane zresztą różnie, często przez "K", więc i nazwiska piszą się różnie), son to "syn", zaś pomiędzy nimi jest jeszcze "s", które doczepione do rzeczownika oznacza... Po łacinie nazywa się ten przypadek genetivus, po polsku zaś jakoś inaczej, ale w tej chwili nie kojarzę. W każdym razie oznacza posiadanie - że "syn jest Karola". Całkiem jak angielski Saxon genetive, tyle że normalnie nawet żadnego apostrofu tam nie ma.

A więc cała masa Szwedek jest "synami" swoich przodków i trudno przypuścić, by nie miało to żadnego wpływu na ich, oraz ich otoczenia, postrzeganie spraw płci. Że nie jest to sprawa całkiem bez znaczenia, sugerują np. działania feministek, które buntują się przeciw tej "męskiej dominacji", przybierając zamiast powiedzmy Larsson nazwisko Larsdotter, czyli "córka Larsa". (Co i tak wydaje się półśrodkiem, bo powinny zostać córką jakiejś autentycznej lub wyimaginowanej pra-pra-babki, a nie pra-pra-dziadka. A swoją drogą, całkiem ściśle to powinno być Larssdotter.) Taką właśnie formę mają żeńskie nazwiska tego typu (a innych tam chyba nie ma) na Islandii: kończą się na -dottir.

Zmiana nazwiska w Szwecji jest tak tanią i prostą sprawą, że te feministki naprawdę nie muszą się specjalnie rujnować. Z drugiej strony zabawny i dość symptomatyczny jest fakt, że spotkałem kiedyś w Szwecji chłopaka, który nosił nazwisko Kowalska (czy jakoś tak, w każdym razie żeńska forma polskiego nazwiska na -a). Mamusia, z całą pewnością Polka, nie wysiliła się, by dać mu za parę groszy męskie nazwisko.

Całkiem prawdopodobnie nawet dumna była, że tak skutecznie zaciera ślady wielotysięcznego uciśnienia kobiet przez patriarchat. (Rodzima emigracja do Szwecji, jej poglądy i tak dalej, to już inny temat, ale także włosy stają na plecach i wszędzie.) Albo po prostu uważała, że "jak to - matka i syn mieli by mieć inne nazwiska? Przecież tutaj tego nikt nie zrozumie!" Co w sumie na jedno wychodzi, zgoda?

Żeby zakończyć sprawę cech szwedzkiego języka sprzyjających "równouprawnieniu" mam jeszcze jedną gramatyczną kwestię. Otóż niektóre słowa mają po szwedzku końcówki sugerujące płeć żeńską, choć są to słowa dość nieliczne. Np. kvinna czyli "kobieta", kończy się na -a, czyli i tak dużo lepiej niż angielski krewniak tego słowa, czyli queen ("królowa"). Także np. flicka, czyli "dziewczynka" (rzadziej "dziewczyna", wym. z grubsza "flika"), plus sporo słów oznaczających najstarszy zawód świata w różnych odcieniach i wersjach.

Tyle, że obecnie flicka już prawie nikt nie mówi - zastępuje to słowo tjej (wym. siej), pochodzące z żargonu więziennego, i wszystkie "równe babki" są taraz tjejer, niezależnie od wieku. Zaś te określenia z dziedziny najstarszego zawodu świata czasem występują jako dumne emblematy feminizmu i synonimy "kobiety wyzwolonej".

Niektóre formy przymiotników mają też końcówki zależne od płci desygnatu, i tak np. "ten męski mężczyzna" to den manlige mannen, zaś "ta kobieca kobieta" to den kvinnliga kvinnan. (Jakkolwiek surrealistycznie i męsko-szowinistycznie by te określenia w tamtym języku nie brzmiały.)

Tak jest, zgoda, oficjalnie. Bo w realu to już od kilkudziesięciu lat te formy w normalnym języku zanikają i dzisiaj "ten męski mężczyzna" to już niemal zawsze den manliga mannen, a więc zasadniczo facet zniewieściały. Cóś jak "ta męska mencizna". Zaś używanie tradycyjnych, gramatycznie poprawnych form praktycznie klasyfikuje już dzisiaj człowieka jako dinozaura i męską szowinistyczną świnię.

Z przymiotnikami wiążą się nazwy pewnych zajęć i zawodów, które także w szwedzkim są dość specyficznie traktowane. Taki na przykład "opiekun niedźwiedzi" to björnskötare (wym. z grubsza: bjernszötare), zaś "pielęgniarka" to sjuksköterska (wym. z grubsza: szjukszöteszka).

Nic w tym by nie było dziwnego, gdyby nie to, że obecnie naprawdę spora część tych "pielęgniarek" to faceci (w pewny sensie) i władze wyraźnie mają ogromną satysfakcję z tego, że wreszcie faceci muszą nosić babskie nazwy. Nie potrafiłbym Ci Czytelniku opisać, jak tarzaliśmy się ze śmiechu spotykając się z tym po raz pierwszy, krótko po przyjeździe do skandynawskiego raju. (Drugi raz się aż tak śmialiśmy słysząc o tym, także wkrótce po przyjeździe do Szwecji, że można zgwałcić własną żonę i że to jest nielegalne. Dzisiaj to już chyba nikogo by nie rozśmieszyło.)

Ostatnie akapity zatrąciły nieco o kwestię poniekąd przeciwną do tej, którą w tej chwili staram się przedstawić - czyli o wpływ różnych inżynierów społecznych, uszczęśliwiaczy świata i postępowców na język. W Szwecji jest tego naprawdę sporo i byłoby o czym pisać, ale tę kwestię muszę jednak zostawić teraz na boku, ponieważ rozsadziłoby mi to cały tekst. Może innym razem.

A teraz powiedz Czytelniku szczerze i z głębi serca - czy żyjąc w takim świecie i mówiąc takim językiem, trudno jest nabrać przekonania, iż "płcie różnią się jedynie jedną malutką rzeczą, o której nie warto w ogóle wspominać"? (Taki jest bowiem np. sztandarowy argument zwolenników tzw. "kapłaństwa kobiet", licznie i skutecznie grasujących po Szwecji.)

Przedstawiłem już pokrótce związki szwedzkiego języka z tzw. równouprawnieniem. Należałoby dodać, że b. podobnie musi się przedstawiać sytuacja innych skandynawskich języków i tamtejszego równouprawnienia, choć, mimo braku wystarczającego materiału badawczego, podejrzewam, iż Szwecja jednak tu przoduje.

Druga sprawa jest taka, że fakty, które tu przedstawiłem - te gramatyczno-słownikowe - mogą się wydać szokujące, albo też nie. Jeśli ktoś naprawdę dobrze zna angielski i obecne realia społeczne w mówiących po angielsku krajach zachodnich, to stwierdzi, iż angielski mniej więcej w podobnym stopniu "sprzyja równouprawnieniu" (jeżeli przyjąć naszą roboczą hipotezę o związku tych dwóch zjawisk), zaś równouprawnienie w USA daje się już może porównać ze szwedzkim, jeśli czasem go nie przewyższa. O angielskim jeszcze będzie (Deo volente.)

Jeśli ktoś miałby zacząć odczuwać rozczarowanie, że nie było dość powodu, by męczyć się z taką ilością szwedzkiej gramatyki i słownictwa, nie mówiąc już o anegdotkach i lokalnym kolorycie, to mam jednak coś na swoje usprawiedliwienie. Może w sprawach damsko-męskich szwedzki, choć absolutny leader, nie zasługuje aż na taką uwagę. Jednak ten język ma inne "zalety", całkiem wyjątkowe, dzięki którym jak żaden inny sprzyja kolektywizmowi, a także wierze w postęp. I w tej dziedzinie, o ile wiem, nie ma już żadnej absolutnie konkurencji!

A więc nie tylko - O Mój Czytelniku Nad Czytelnikami! - nie zmarnowałeś czasu na te językowe studia, ale będziesz z nich jeszcze miał korzyść przy poznawaniu nowych, całkiem niesamowitych i przez nikogo chyba dotąd nie odkrytych tajemnic. A więc, Deo volente, do następnego razu!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, lipca 15, 2007

W oparach języka - odcinek 2

Poprzedni odcinek tutaj.

Zaatakujmy teraz frontalnie i chwyćmy za rogi (czy też za co tam takie bydlę należałoby chwycić) problem tzw. "równouprawnienia płci". Problem nabrzmiały, czy raczej - nie bójmy się tego słowa! - wzdęty, niczym Gruba Małgośka z ballady Villona, choć z pewnością nie tak przymilny i nie tak sexy. A przy okazji spróbujemy odkryć związek poszczególnych języków z innymi istotnymi sprawami, takimi jak kolektywizm czy postępowość. Tutaj też dają się zaobserwować ciekawe i całkiem chyba P.T. Ogółowi nieznane sprawy.

Nie jest oczywiście łatwo ustalić jakąś klasyfikację "zwycięzców" w rozgrywającym się na naszych oczach wyścigu do tytułu "najbardziej równouprawnionego kraju świata", jednak w najogólniejszych zarysach można się raczej zgodzić, że na czele, łeb w łeb, idą kraje skandynawskie i angielskojęzyczne kraje należące do zachodniej cywilizacji. No i Francja bien sûr. Za nimi jedzie peleton złożony z krajów mówiących językami romańskimi i innymi germańskimi - tymi spoza grupy skandynawskiej. Kraje słowiańskie, w przeważającej większości mówiące językami słowiańskimi, wloką się na szarym końcu. (I chwała im za to!)

Jeśli, o Najsłodszy z Czytelników, gotów jesteś zgodzić się z tą prowizoryczną kolejnością, to słuchaj dalej! Ta kolejność pokrywa się bowiem całkiem nieźle ze stopniem, w jakim płeć jest uwzględniana w języku danego ludu - przede wszystkim w gramatyce, ale także w słownictwie i innych aspektach.

Oczywiście istnieją też, i być może mają większe znaczenie, czynniki innego rodzaju: kraje słowiańskie są niewątpliwie bardziej "cywilizacyjnie zapóźnione" od skandynawskich czy anglojęzycznych krajów naszej cywilizacji, z czym nawet nie zamierzam polemizować, bo ich historia naprawdę nie pozwalała im się w ostatnich stuleciach, nie mówiąc już o ostatnich dziesięcioleciach, równie szybko, co niektórym innym rozwijać. (Z czego jednak nie wynika, by ten "rozwój" musiał być czymś jednoznacznie dobrym, więc w sumie to zapóźnienie może się wkrótce okazać błogosławieństwem losu.)

Kraje mówiące językami romańskimi, to w dużej części kraje latynoskie, o specyficznej tradycji machismo, znacznie też biedniejsze i "mniej rozwinięte" od np. USA czy Szwecji. Równouprawnienie w USA, kraju wciąż zasadniczo anglojęzycznym i o dużej wadze wśród anglojęzycznych krajów, które nas tu interesują, jest oczywiście w dużym stopniu wynikiem rozbestwienia tamtejszych prawników, którzy terroryzują całe społeczeństwo i zarabiają krocie na egzekwowaniu politycznej poprawności. (Paradoksalnie, ten terror prawników wydaje się być z niebios daną karą za nieco mniejszą, niż w innych cywilizowanych partiach globu, biurokrację. Zabawne, kochani liberałowie, prawda?)

Dobra, zgoda. To wszystko prawda. Ale przyjrzyjmy się nieco językom tych krajów, a dojrzymy w nich coś naprawdę zadziwiającego: otóż im bardziej "równouprawniony" dany kraj, tym bardziej "równouprawniony" jest jego język! Czy może ta dziwna koincydencja być całkowicie bez znaczenia? Niby może, ktoś to powinien przeliczyć na jakimś komputerze. Ale najpierw, jak już powiedziałem, należałoby utworzyć jakieś w miarę obiektywne kryteria do pomiaru równouprawnienia. (Tylko błagam, nie ujawniajcie ich niepowołanym, bo przy ich pomocy Unia i inne obrzydliwe gremia błyskawicznie zniszczą potem do reszty ten nieszczęsny kraj zwany Polską!)

No dobra, ten odcinek nie jest jeszcze, jak na mnie, przesadnie długi, a więc rozpoczniemy wprowadzenie w niuanse języka naszych sąsiadów zza wody - Szwedów. O angielskim też będzie trzeba nieco porozmawiać, ale ten język jest dość powszechnie znany, a przez to może być trudniej wykazać, do jakiego stopnia sprzyja "równouprawnieniu". Po prostu coś dobrze znanego przestaje silnie działać na zmysły i wzbudzać zdziwienie.

A więc szwedzki, jak co bystrzejszy z Moich Uwielbianych Czytelników zdążył się zapewne domyślić, żadnych gramatycznych rodzajów - żeńskich, męskich i nijakich - oczywiście nie ma. Gdyby miał, to może inaczej wyglądała by współczesna Szwecja, a cała reszta tego Najlepszego Ze Światów, ustraciłaby dyndającą mu przed postępowym nosem marchewkę i niedościgły wzór.

Szwedzki, który znam wyjątkowo dobrze, co się fajnie składa, bo Szwecja to jednak absolutny leader wszelkiego - excusez le mot - Postępu. Ichni język ma dwa rodzaje, ale nie męski i żeński, tylko taki co niby kiedyś oznaczał rzeczy żywe i osobowe, oraz taki, który kiedyś oznaczał rzeczy martwe i nieosobowe. Czyli dla nas sprawa nieinteresująca.

Co jeszcze? Acha, "osoba" to po szwedzku människa (czytaj "menicha"), która jest rodzaju żeńskiego. W tym sensie, że mówi się o tym czymś hon (czyt. hun), czyli "ona". Nawet jeśli tą "meniską", jak to prywatnie sobie w rodzinie nazywaliśmy, jest facet. (Choć faktem jest, że person, czyt. peszon, czyli też osoba, ale z łaciny, żadnego rodzaju gramatycznego nie ma.) Do tego, po szwedzku "się robi" (i inne bardzo powszechnie występujące konstrukcje tego rodzaju) to man gör (czyt. man jör), gdzie ten "man" to oczywiście, jak po angielsku, niby "człowiek, mężczyzna", tyle, że tutaj absolutnie tak samo dobrze oznacza to kobietę. A stosuje się w zasadzie dokładnie tak, jak we francuskim "on", które dla odmiany jest nijakie, jako jedyne chyba słowo w dzisiejszej francuszczyźnie.

Widziałem wprawdzie kiedyś jakąś parodię feministycznej powieści, gdzie ten man był zastąpiony przez hon, czyli "ona" (co już być może pamiętasz, o Mój Najukochańszy Czytelniku, a poza tym doceń, jak skutecznie potrafię bawiąc uczyć!), ale w sumie trzeba stwierdzić, że najpowszechniej w Szwecji spotykany "mężczyzna" jest ewidentnym obojnakiem lub może eunuchem.

To by było chyba na tyle podstawowych spraw na temat płci w szwedzkim języku. O tym narzeczu jeszcze jednak będzie, bo są tam inne naprawdę niezwyczajne i interesujące sprawy, związane nie tylko z płcią i równouprawnieniem, ale także z kolektywizmem. (Co dodatkowo wzmacnia naszą lingwistyczną teorię, prawda?)

To na razie tyle, do następnego, Deo volente, razu!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

W oparach języka - odcinek 1

Kiedy wiele lat temu, po wielu latach za granicą, wróciłem do kraju, tym co mnie najbardziej zaszokowało - mimo naprawdę ogromnej ilości przeróżnych zmian - było to, że na ulicach ludzie mówią po polsku. Oczywiście wiedziałem, że tak będzie, tak durny to ja w końcu nie jestem. A jednak wydawało się to niezwykłe. Serio! Mimo, że cały czas za granicą słyszałem polską mowę, choćby we własnym domu.

I przyszedł mi nawet wtedy do głowy pewien idiotyczny wierszyk, który w swym idiotyźmie nadal wydaje mi się dość zabawny, no a poza tym zawiera wyłącznie prawdę. Więc go tu przytoczę, choć nie jest całkiem cenzuralny:
Polska to jest dziwny kraj: nikt nie mówi "skit kul, va'?",
Ale za to często dość można usłyszeć "k...wa".
(Z akcentem na penultima, co nikt nie wie, co oznacza.)
Ostatnia linijka jest opcjonalna. Wyjaśniam, że "skit kul, va'?" wymawia się "szit kül, wa?" i po szwedzku oznacza to mniej więcej "fajnie, co?". Choć faktycznie dwa pierwsze z użytych tam słów przypominają swe angielskie odpowiedniki, a wobec tego, że pierwsze nie jest przesadnie eleganckie, choć spotykane bez przerwy, jest to bliższy, niż by się mogło wydawać, krewniak zacytowanego w wierszyku polskiego słowa.

Penultima zaś (gdyby ktoś z młodzieży nie wiedział), to po łacinie "przedostatnia", domyślnie "sylaba". Chodzi o to, że "skit kul, va'?", jako pytanie, jest akcentowane na ostatnią sylabę, podczas gdy jego polski "krewniak" na przedostatnią, która w uczonym języku lubi być określana swym łacińskim mianem.

Po co ja Ci, Czytelniku, zawracam tą głupotką głowę? Dlatego, że mam zamiar porozmawiać o języku. Całkiem poważnie, sądzę, iż mam na jego temat dość głębokie przemyślenia,warte przekazania. Zaś ten wierszyk, choć faktycznie durny, jednak wyrósł z mego całkiem autentycznego psychicznego szoku - przy tych wszystkich firmach ulokowanych w szkołach podstawowych i prywatnych mieszkaniach, Chińczykach sprzedających trampki na rynku, pisemku "Cats" (wraz z setką innych podobnych) w kioskach, niemieckich napisach dosłownie wszędzie...

Przy tym wszystkim i masie innych rzeczy, które całkiem mi się z Polską wtedy nie kojarzyły - to właśnie zupełny brak tego pierwszego zwrotu i obfite występowanie tego drugiego najbardziej mnie szokowało, kiedym chodził ulicami odzyskanej po latach Ojczyzny.

Język to naprawdę nie jest "taka sobie pojedyncza rzecz". Jak mawiał jeden mój krewniak, zapewne zapożyczywszy to zresztą o jakiegoś Lejzorka Rojstszwańca. (A propos, co z Lejzorkiem? Wydawałoby się, że teraz powinny być dla niego złote czasy. Ale wyraźnie nie są. Lejzorek, ten pogromca stalinizmu - też zakazany? W ramach wolności słowa, tolerancji i braterstwa między narodami, a szczególnie jednym, ma się rozumieć?)

Na tym kończę ten pierwszy odcinek. W sumie nie poruszyłem tu całkiem nic z tych dość głębokich spraw, które mam zamiar poruszyć. Co pewnie jest niedoróbką. Z drugiej strony, było lekko, łatwo i przyjemnie. Przynajmniej tak sobie próbuję wmawiać.

Choć dotychczas moje wieloodcinkowe cykle często po prostu nie mają żadnego dalszego ciągu, a do jakiegoś naturalnego zakończenia dociągają tylko wyjątkowo, to w tym przypadku mam zamiar naprawdę napisać cały cykl poświęcony wpływowi języka na życie z punktu widzenia rewolucyjnego paleo-konserwatysty. W końcu nie można tych spraw całkiem pozostawiać w gestii lewactwa - różnych tam postmodernistów i komisarzy politycznej poprawności. Zgoda?

A więc, jeśli jeszcze Cię moje pisanie, o Mój Najsłodszy Czytelniku, całkiem nie zdegustowało - do następnego razu! (Deo volente of course, bo przecież człowiek strzela... Itd. Choć niedługo zapewne będzie się mówić insz' Allach, czy jakoś tak.)

Ten następny odcinek jednak powstał, nawet tego samego dnia, oto link.



triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, lipca 14, 2007

Jak przyspieszyć włosy na klatce piersiowej

Jakieś dwa tygodnie temu, czyli w parę dni po tym, jak Jacek Jarecki skłonił mnie do zrobienia sobie na Salon24 mirrora tego oto bloga - wabi się trygrys.salon24.pl - a potem mnie rozreklamował (zapewne ponad miarę, choć b. miło) własnym wpisem, zainstalowałem sobie na tamtym moim blogu licznik, żeby zobaczyć, jak to właściwie jest z oglądalnością i czy rzeczywiście się poprawi.

Przed chwilą odwiedziłem tamten licznik i co widzę... Z konkretów to, że coś tam się, wbrew moim obawom, jednak kręci, jakichś 80 odwiedzających dziennie mam. Choć część to zagraniczniacy, którzy zabłądzili tam przypadkiem, nic nie zrozumieli i od razu posurfowali dalej, to jednak jest dość sporo rodaków, z których spora część odwiedza tamten blog już któryś raz i często nie tylko tę pierwszą stronę.

Takich potencjalnie użytecznych informacji zdobyłem tam znacznie więcej, bo to b. zaawansowany licznik, jak na darmowy, więc w razie potrzeby mogę go polecić. (Wystarczy kliknąć na niego na tamtym moim blogu.) Teraz jednak będzie część artystyczna, jak to się działo w prlowskich akademiach ku czci. A w dodatku coś, co wydaje mi się naprawdę zabawne.

Otóż sprawdziłem sobie, jakie też słowa kluczowe doprowadziły ludzi do mojego blogu. Czyli, co wklepali w Googla, czy co to tam było (w 75% był to rzeczywiście Google), żeby, niekoniecznie z własnej woli, znaleźć się na moim blogu. I oto co dziwniejsze i zabawniejsze słowa kluczowe, które odkryłem (obok każdego słowa kluczowego jest częstotliwość, z jaką właśnie ono doprowadzało do mojego blogu):

gry zoologiczne 1.07%

szrotówek kasztanowcowiaczek 0.71% (jednak ktoś się tym stworzonkiem naprawdę interesuje!)

gry zologiczne 0.71% (uwzględniając błędy, to mój najlepszy keyword, nie ma jak zoologiczna ksywa!)

wychowanie seksualne 0.71%

Skleroza 0.71% (CO? chyba jednak przesadzam z samokrytyką)

jak przyspieszyć włosy na klatce piersiowej 0.36% (skąd oni mnie tak dobrze znają?)

norka śpiewak 0.36%

przekujmy miecze na lemiesze 0.36% (wzniosłe hasło, ale że ktoś to w całości wklepuje w Google!? chyba że wkleił)

pizzeria husajn 0.36%

gdzie 0.36% (to rozumiem! sukces, bo sporo ludzi by za taki uniwersalny, krótki keyword zapłaciło masę forsy)

symbolika obrazu Żyda liczace pieniądze 0.36%

jak postępować wobec kradzieży w sklepie odzieżowym 0.36%

zdjęcia z kastrowania 0.36%

głodny sąsiad 0.36%

najstarszy tygrys 0.36%

explicite aktfotografie 0.36%

Elvis Presley napewno żyje 0.36%

CZY W POLSCE MOZNA MIEC TYGRYSA 0.36% (można moja śliczna, można! ;-P

wąchanie benzyny 0.36%

definicja oscypka 0.36%

ilość osób na jedno miejsce na zoologi 0.36%

testy sprawdzające czy jest sie gejem 0.36%

do czego sluza podpaski ii tampony u kobiet wyjasnijcie 0.36%

mówienie do samego siebie 0.36% (więc już wszyscy wiedzą...)

weksel może nas uchronić przed prawem dożywocia 0.36%

tlumaczenie ancetres 0.36%

deski na sciane zewnetrzna 0.36%

piękne czternastolatki nago 0.36%

minusy piersi sylikonowych w jakim wieku nie powinno sie robic 0.36%

jak to robią ogiery 0.36%

tzw. drewniane ucho 0.36%

tekst ksiażki dlaczego warto kochać 0.36%

robert oswald 0.36% (Robert?)

pana 0.36% (nie myślałem, że na taki piękny krótki keyword się załapię!)

kobiecosc 0.36% (no, to lubię!)

bajka o skorpionie 0.36%

Kataryna 0.36% (jednak się opłaciło - cała jedna wizyta!)

duze piersi 0.36%

naukowe wytłumaczenie faceci myślą o seksie 0.36%

TYGRYS Z O LIWE 0.36% (kto mnie tak dobrze zna?)

sąd grocki skazuje za spożycie alkoholu na 0.36%

w natarciu na wroga - peja 0.36% (no proszę - warto było wspomnieć o rapie!)

owijanie włosów 0.36%

facet w halce 0.36%

pierwsza wojna światowa geje polska 0.36%

lasek buloński prostytucja 0.36%

aleks spengler 0.36% (pewnie jest i jakiś Aleks, ale nie u mnie)

łysina plackowata 0.36% (COOO?!!)

błona 0.36% (nie ma jak dać czasem chwytliwy tytuł, a i tak darowałem Ci Czytelniku większość tych xxx)

To by były te najciekawsze słowa kluczowe, ale zebrały się przez zaledwie dwa tygodnie, więc będę miał jeszcze chyba dzięki Googlowi i memu blogowi sporo radości. Dla mnie jest to jeszcze o tyle zabawniejsze, że w większości przypadków kojarzę, jaki to konkretnie tytuł czy fragment tekstu spowodował, żem znalazł się wśród wyników danego wyszukiwania, jak absurdalne by się to nie wydało.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć, w jakim doborowym towarzystwie znajduje się w sieci taki bezkompromisowy, osobisty polityczny blog, to proszę sobie wrzucić w googla któreś z powyższych słów kluczowych. Niektóre wyniki mogą naprawdę zaszokować. No i zapraszam innych właścicieli stronek i blogów do pochwalenia się własnymi słowami kluczowymi. Naprawdę możecie być zaskoczeni, jak i ja byłem, kiedym to powyżej pierwszy raz ujrzał.

A swoją drogą imponujący jest wachlarz tematów, które człowiek zdążył już zgłębić i ludziom przybliżyć! ;-)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Program Platformy nareszcie ujawniony!

Sporo się wciąż dyskutuje o programie Platformy Obywatelskiej, który nie został jeszcze ponoć ustalony, a w każdym razie z pewnością nie został oficjalnie ujawniony. Nawet teraz, po 6 latach istnienia tej niezrównanej partii. I w ogóle, z drobnych ułamków i przecieków sądząc, jest ten program czymś znacznie bardziej tajemniczym od BigFoota czy Tropikalnego Yeti.

Warto by jednak w końcu było sprawę tego Tropikalnego Yeti ujawnić, tym bardziej, iż znowu rośnie ryzyko, że będzie nam się stręczyć jakiś nowy, z pewnością jeszcze paskudniejszy POPiS - z jeszcze większą przewagą, jeszcze bardziej sfrustrowanych platformersów. Nie, dzięki! Wolę ujawnić poniższą nieprzyjemną prawdę.A więc proszę - oto cała prawda o Programie Politycznym Platformy Obywatelskiej...

Program PO istnieje! Skąd w ogóle wątpliwości? Przecież to widać! Jeśli się oczywiście patrzy własnym okiem i słucha własnym uchem, a nie uchem TVN24 i okiem tygodnika "Przekrój". Programem Platformy Obywatelskiej jest nim PRAWDZIWIE EUROPEJSKIE CIENIACTWO, przy pomocy którego zrealizuje się "w elegancki, europejski sposób" wszelkie istotne interesy postkomuny, rodzimych "liberalnych" (po co właściwie ten cudzysłów?!) aferzystów, Berlina i Brukseli. (Nie wspomnę już o żydowskich roszczeniach, bo dla kogoś skutecznie niczym pies Pawłowa wytresowanego, może to być już za za mocne.) Nie prowokując przy tym zbytnio moherowych mas naszego nie-całkiem-przecież-jeszcze-dorosłego-do-prawdziwej-demokracji-i-liberalnych-wartości ludu. Nie, żeby uczucia tego ludu były same w sobie aż tak ważne, ale gdyby lud zbytnio się zaczął burzyć, to mogłoby to zaszkodzić na gładkość i bezszmerowość koniecznych procesów.

PO to partia nastawiona przed wszystkim na to, by być reprezentantem sił zagranicznych i ponadnarodowych. A co najzabawniejsze, jestem pewien, iż większość spośród cieniasów i ich wielbicieli całkowicie nie potrafi zrozumieć, dlaczego niektórzy uważają taką postawę za obrzydliwość - przeciwnie, dla nich samych jest to postawa światła, wyzbyta z ciasnego nacjonalizmu, oraz pragmatyczna. Czyli po prostu jedyna, godna tych, których my nazywamy od pewnego czasu "wykształciuchami", oni zaś mają na to inne, znacznie bardziej w ich opinii pochlebne, miana. "Inteligent" na przykład, albo "Europejczyk". O "liberale" też nie zapominając.

Nie ma innego programu PO, niż: "interes europejski i brak radykalnych wstrząsów w Polsce, które by mógły zburzyć to, cośmy mimo ogromnych trudności w III RP osiągnęli".

Tyle! Tylko tyle i aż tyle. Czegóż jeszcze potrzeba, kiedy ma się tak kompletny i tak ambitny program? Naprawdę nie rozumiem!

No i na koniec, skoro już to wyjaśniłem wszystkim tym, którzy sam do tego jeszcze nie doszli, ani nikt z rodziny i nie wytłumaczył (krewnych się faktycznie nie wybiera), to oświadczam, że wypraszam sobie jakiekolwiek gadki o POPiS'ie, nie mówiąc już o rajfurzeniu mi czegoś takiego!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, lipca 12, 2007

Biężączka na dzień 12 lipca 2007

Dzisiaj będzie komentarz do aktualnych wydarzeń, co niektórzy z lekweważeniem nazywają "biężączką". Ale w końcu wystarczy porównać ile komentarzy ma pod swymi wpisami ten i ów, a ile ja, z mymi straceńczymi próbami syntetycznego zrozumienia współczesności i znalezienia sposobów, by polska prawica zaczęła wreszcie coś naprawdę robić, a nie tylko międlić wiecznie te same mantry, puszyć swymi biznesowymi osiągnięciami i oddawać pole europejsom i lewactwu, a w przypływach bojowego ducha żreć się właściwie wyłącznie pomiędzy sobą.

Z przykrością zawiadamiam, że żaden ze mnie dziennikarski detektyw - nikt mi na biurko smakowitych dokumentów nie podrzuca, nie pracuje na moją sławę żaden doborowy team gazowniczych praktykantów, itd. itd. Poza tym nie ta cierpliwość i w ogóle umysł zdecydowanie bardziej syntetyczny, niż analityczny. Co ma zarówno swoje dobre strony, bo jakoś większość mych politycznych proroctw się od dziesięcioleci sprawdza, jak i złe, bo Kassandra, jak to wiadomo z Homera, ani wielkiej popularności, ani wielkiej forsy, na swych talentach nie zdobyła. To będą najzwyklejsze prywatne refleksje, tyle że gościa, który zna się nieco na ludziach i na polityce, przynajmniej od strony jej obserwatora.

Otóż, wrogowie IV RP (żeby ich jakimś krótkimi i w miarę ogólnie zrozumiałym mianem określić) złapali nas, za pośrednictwem obecnego rządu, za... To znaczy, złapali obecny rząd, który nie zawsze był ponad krytykę, ale był jednak nas, w śmiertelną klamrę. Z jednej strony, jeśli A. Leppera nie oczyści się szybko z zarzutów, a wiadomo ile to u nas czasu musi zająć, to koalicja się rozpadnie. W dodatku wtedy, dla dania A. Lepperowi należnej satysfakcji, trzeba będzie zrobić czystki w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym, a głowa jego szefa poleci. Co z pewnością nie jest PiSowi na rękę.

Z drugiej, jeśli Premier nie okazałby się absolutnie nieugięty w tej sprawie, korupcyjnej w końcu, więc wyjątkowo ważnej i dla PiS'u właśne i, choć z innych powodów, dla zwolenników PRL-bis, to nagonka medialna i "obywatelskie nieposłuszeństwo" doprowadzonych do szału moralnego oburzenia wykształciuchowskich mas i tak nie pozwoli mu trwać.

Czy Andrzej Lepper jest winny? Nie wiem, jak mówiłem, żadna ze mnie kataryna, bym chciał siedzieć w tych wszystkich dokumentach i zapisach wystąpień, lub choćby potrafił. Powiem jednak, że wykształciuchowskiej pogardy dla A. Leppera nigdy nie podzielałem, to że był 3 lata w PZPR to nie jest powód do chwały, ale nie przekreśla, że wyrzucał zboże to sprawa polityczna, którą całkiem akceptuję, a że kogoś tam dawno temu pobił - nie takie rzeczy działy się wokół mnie przez dużą część mojego życia, proszę uwierzyć. "Szambo to nie perfumeria", by zacytować klasyka, a III RP z pewnością przypominała to pierwsze, a nie drugie.

A. Lepper wydaje mi się być człowiekiem całkiem w porządku, nie mam bowiem wykształciuchowskich fobii wobec chłopa, choć nie jestem oczywiście też żadnym chłopomanem. Z pewnością jest dość inteligentny, by wiedzieć, iż jego polityczny trend jest wzrostowy i sporo potencjalnie przed nim. Byloby więc wielką głupotą, gdyby plątał się, szczególnie przy tym rządzie, w jakieś korupcyjne historie, które zawsze są przecież ryzykowne.

Z drugiej strony fakt, że ludzie wokół niego przeważnie nie są wielkimi idealistami (zresztą gdzie tacy są? może w PiS i LPR jest ich znacząca ilość, ale już na pewno nie w PO) i A. Lepper mógł im ulec. Co jednak nie wydaje mi się aż tak bardzo prawdopodobne, bo gość nie jest mięczakiem.

Teraz będzie dygresja... Oswald Spengler, jak niektórzy wiedzą, facet tak zbliżony do roli mojego "politycznego guru", jak to tylko w moim przypadku jest możliwe (czyli w sumie niewielkim, w porównaniu), choć w swej sławnej książce nie okazuje skłonności do żartów, zbliża się do niemal do ironicznego uśmiechu mówiąc o tym, iż nieco dziwne jest oczekiwanie, iż we współczesnej demokratycznej polityce, w której pieniądz jest praktycznie wszystkim, można na serio oczekiwać od polityków, iż nie będą próbowali z pomocą swej władzy zdobywać fortun - choćby na przyszłą, skuteczniejszą polityczną działalność. A więc, jeśli Spengler ma rację, a z pewnością ma, to PiS wplatał się w sytuację na dłuższą metę bez dobrego rozwiązania.

Widać zresztą, jak bardzo obecna sytuacja w naszym kraju potwierdza tezy Spenglera, że tylko liberalny doktryner cieszy się z "wolności prasy" i "braku cenzury", podczas gdy człowiek rozsądny wie, iż są one, a wraz z nimi "wolne słowo", tak samo w niewoli kapitału, jak kiedyś były, lub byłyby w niewoli innych, bardziej "wstecznych" i konserwatywnych sił. Po rodzimych (?) mediach widać przecież dobitnie, że nie wyrażają one istniejących opinii, tylko je tworzą. Czyli dokładnie tak, jak mówi Spengler.

Tworzą opinię, ale ostatnio nie idzie im z tym tak dobrze, jak wcześniej, ani zapewne tak dobrze, jak w innych, mniej "zacofanych" krajach. Inaczej przecież mielibyśmy teraz "Prezydenta z Gdańska" i "Premiera z Krakowa" i o ileż łatwiejsze byłoby życie wielu prominentów! ("Proszę uważać, bo tutaj po piwnicach kręcą się różni prominenci!", jak ponoć mówił cieć do Wojciecha Młynarskiego w samym początku lat '80 ubiegłego wieku.)

Jednak, jak to od wielu miesięcy przewidywał Stanisław Michalkiewicz, Berlin (być może przy pomocy swych sojuszników: brukselskich, moskiewskich, może jeszcze jakichś dalszych, np. eskimoskich, bowiem interesy są w dużej mierze wspólne) przeszedł w Polsce na ręczne sterowanie, więc właśnie mamy to, czego się można było spodziewać. Najpierw eskalacja żądań różnych związków i szemranych organizacji, teraz ta sprawa.

Zastanawiałem się ostatnio nieco nad tym, do czego właściwie dążą teraz w krótkim terminie ci wszyscy, którym obecna władza nie w smak. I nie mówię tutaj o o. Rydzyku, pod którego słynną wypowiedzią sam bym się obiema rękoma podpisał, choć z drugiej strony - znając perfidię i determinację naszych wrogów - wcale nie wykluczam, że to sfałszowane nagrania.

Mówię o tych wszystkich "obrońcach demokracji", obrońcach III RP, zwolennikach "zasypania dawnych uraz" (tyle, że urazy innych wobec nas oczywiście są całkiem inną sprawą), o "Europejczykach" itd. O całej tej moskiewsko-berlińsko-brukselsko-jerozolimskiej targowicy.

Myślę, że po zdruzgotanych już tyle raz nadziejach, kiedy to Jarosław Kaczyński okazał się być politykiem tyleż błyskotliwym, co bezwzględnym (w końcu to polityka, a nie perfumeria, więc nawet TW Beatę i inne brzydkie sprawy jestem mu w sumie gotów darować), nasi wrogowie nie marzą na krótką metę już o niczym więcej, niż o nowym POPiS'ie. Mając nadzieję, że PO weźmie mocno w garść przede wszystkim sprawy zagraniczne - co w tej chwili jest dla nich sprawą najważniejszą i nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego - a potem, stopniowo, będzie tak jak z UW i AWS'em.

(Czego chyba też nie muszę w szczegółach opowiadać.)
Jeśli to prawda, to zrozumiałe staje się zachowanie wielu agentów wpływu, "tak prawicowych, że aż strach", np. wśród blogerów. Nie chodziło bowiem o to, by przekonywać ludziach o w miarę choćby prawicowych przekonaniach, że SLD to cudo, a pedałowie powinni od jutra móc adoptować dzieci (wystarczy na razie, że nazywamy ich "gejami", to już postęp!). Tego się nie da tak łatwo osiągnąć, ale wszystko jest do zrobienia, czas i cierpliwość swoje robią, kropla drąży skałę...

No i, kiedy patrzę na niektóre, nagle powracające do życia i swych stęsknionych wielbicieli, "prawicowe" blogi, to moje przypuszczenie wydaje się ściśle potwierdzać. Może się mylę, ale w politycznych analizach zdarza mi się to NIESTETY dość nieczęsto.

Na razie chodziło by tylko, i aż, o to, by ludzie zaakceptowali POPiS. Kiedy? Gdy wybije taka godzina, że już nawet największa polityczna zręczność Premiera nie uchroni tej władzy przed upadkiem, lub w każdym razie bezsilnością. Czyli w zasadzie w najbliższych dniach.

Jeśli Jarosław Kaczyński z tego zdoła jakoś z sukcesem wybrnąć, to ślubuję, iż memu następnemu chłopcu, jeśli będzie i jeśli będę miał realny wpływ na jego imię, nadam na pierwsze Jarosław, na drugie zaś Lech. (Mimo, iż to pierwsze imię jakoś mi się z Rusią kojarzy, a drugie z jeszcze o wiele gorzej, bo z takim jednym panem, co mieszka ode mnie całkiem niedaleko i nawet jest ponoć patronem naszego Gdańskiego lotniska.)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, lipca 07, 2007

Smutny poranek który i tak nie nadejdzie

Dzisiaj będzie długi cytat z mojej ulubionej ksiązki jednego z najważniejszych dla mnie osobiście autorów. (Może teraz jeszcze powinienem wezwać do zapięcia pasów...?)
Ponury będzie poranek, gdy ty i ja obudzimy się i [...] różnorodność gatunków nie będzie już rozświetlać wczesnych godzin dnia, a różnorodność ludzi zniknie, niczym spłoszona świtem gwiazda. Jeśli taki ma być poranek naszego przebudzenia, to błagam Cię Panie Boże, bym umarł we śnie!
A jednak taki właśnie jest poranek do którego, świadomie lub nieświadomie, dążymy: ty, ja, kapitaliści, socjaliści, żółci, biali, brązowi. Taki jest poranek, którego profesorowie domagają się razem z policjantami, który od dwóch stuleci wychwalają filozofowie. Poranek identyczności, wspólnie wywoływanych odruchów warunkowych, poranek egalitarnej równości, nowego wspaniałego świata, porządku wykluczającego wszelką dyskusję, szarych nierozpoznawalnych cieni, poranek dźwięczących dzwonków i owiec idących na pastwisko. Niech się nigdy nie zbudzę. 
Taki właśnie jest poranek, który wysławiamy i o który się modlimy w naszych organizacjach zawodowych, na naszych kolektywnych fermach, w radach kościołów, w działaniach naszych rządów, w naszych stosunkach międzynarodowych, w naszych pełnych poczucia własnej moralnej wyższości wezwaniach do stworzenia wszechświatowego rządu, w naszych uroczych modlitwach o to, byśmy kiedyś wszyscy byli tacy sami. To przeciw temu porankowi młodzi ludzie, wiedząc o tym albo i nie, podnoszą się w proteście. I jest to poranek, niech chwała będzie początkom naszego ludzkiego gatunku, który nigdy nie nadejdzie. 
Życie,tak samo jak jest większe od człowieka, jest od nas mądrzejsze. Tak, jak ewolucja umożliwiła nasze istnienie, tak samo wyda na nas ostateczny wyrok. Naturalna selekcja, która powołała nas do życia, ogłosi nas przeszłością, jeśli damy się opanować naszej hybris. Ale ten smętny, szary poranek z pewnością nie nadejdzie, ponieważ na podstawie praw wyższych od ciebie i ode mnie, na jakimś nocnym posiedzeniu poświęconym głupocie człowieka, zostanie na nasz gatunek wydany bezstronny i absolutnie nieodwołalny wyrok. Będzie nim wyrok śmierci dla całego gatunku, choć bardziej prawdopodobne, iż wymusi się na nas przestrzeganie praw biologii.
Są to końcowe słowa tej fascynującej (i chyba całkiem w Polsce nieznanej) książki, w moim własnym ad hoc tłumaczeniu. Książka jest autorstwa Roberta Ardreya i nosi tytuł "The Social Contract: A Personal Enquiry into the Evolutionary Sources of Order and Disorder", 1970. (Czyli po naszemu: "Kontrakt społeczny: osobiste rozważania nad ewolucyjnymi przyczynami porządku i chaosu".)

Wiem, że dla niektórych Czytelników może to być potężnie szokujące, ale cóż - amicus Plato... A ja, choć oczywiście żaden ze mnie teologiczny autorytet, naprawdę nie rozumiem dlaczego, by ewolucja miała być dla KK bardziej niestrawna od heliocentryzmu.

Szczerze zachęcam moich ew. Czytelników do zastanowienia się nad tym cytatem, bowiem nawet na podstawie tego króciutkiego, emocjonalnego przesłania da się dostrzec, że prawdziwą bombą H ewolucja jest właśnie dla naszych wrogów. Czego najlepszym zresztą dowodem jest to, iż ta książka, jak i inne ksiązki tego autora jest od dziesięcioleci, tak dokładnie i gruntownie przemilczana.

A była to przecież książka głośna, tłumaczona na wiele języków, traktująca zaś w końcu o niezwykle fascynujących i ważkich sprawach. No autorem jest nie byle kto, bo niegdyś ceniony lewicowy dramaturg, a potem nagradzony Oscarem hollywoodzki scenarzysta. Nawet dla postępowców autor scenariusza do "Ben Hura" i "Trzech muszkieterów" to nie jest chyba zwykły moher? (Potem zresztą ukończył antropologię i przejrzał na oczy, więc proszę się nie bać!)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, lipca 05, 2007

Niesubordynowane ataki i biała flaga

"Żadna praca nie hańbi, ale każda umniejsza", mówi Nicolás Gómez Dávila. Bardzo do mnie trafia ta opinia. Zamiast więc się rzucić na piętrzącą się aż za horyzont robotę, po obiedzie, bez wielkiego zainteresowania patrzę, co też nam - ludowi - pokażą i powiedzą w telewizji. Na jednym programie piłkarskie mistrzostwa świata drużyn do lat 20. Sprawozdawca informuje mnie właśnie, że: "Szkoci boją się niesubordynowanych ataków Nigeryjczyków". Nieco mnie to stwierdzenie rozbawiło, choć czemu tu się właściwie dziwić - nie takie przecież głupoty słyszy się codziennie, i to z ust większych autorytetów.

Przełączam na debatę sejmową. Najpierw na temat prewencji antyterrorystycznej w Polsce. Głosy bez wyjątku nabrzmiałe troską - "nabolałe", jak to się mawiało w niektórych kręgach w epoce burzliwego rozwoju za Gierka. Moja mała wredna duszyczka domyśla się jednak w wielu tych wypowiedziach żalu, że żadni terroryści nie pokazali jeszcze temu oszołomskiemu rządowi, gdzie jego miejsce. Skoro nie potrafią dziennikarze, politycy opozycji, postkomunistyczne związki zawodowe, Bruksela, zadeklarowani przyjaciele różnych ościennych i jednego nieco dalszego kraju... To ktoś w końcu przecież musi, zgoda?

Słyszę, że "tylko Opatrzność Boża obroniła dotychczas Polskę przed terroryzmem". Nie oglądałem tego zbyt pilnie, więc nie bardzo wiem, kto konkretnie to akurat mówił, ale jestem się gotów założyć, że zapewne to być przedstawiciel jakiejś antyklerykalnej partii, a co najmniej partii światłej i od kruchty odległej. Ci bowiem najchętniej w rodzimej debacie odwołują się do Opatrzności, Kazania na Górze i Dziesięciu Przykazań. Nieco to wprawdzie zabawne, ale to przecież fakt i każdy to wie.

Jak rzekłem, nie słuchałem tej "debaty" w całości, ani zbyt pilnie, ale mógłbym się założyć o orzechy przeciw dolarom, że nie padł w niej argument, że Polska nie jest dotychczas bardzo zagrożona terroryzmem, ponieważ nie ma w niej milionów imigrantow, w dodatku islamskich. I że to się zmieni, kiedy ich mieć ew. będzie, do czego wielu przecież z zapałem dąży. Kiedy będziemy już bogaci, kiedy każdy rodak będzie miał w domu zestaw kina domowego, kiedy każde dziecko będzie miało najnowszą "wypasioną" komórkę, kiedy każda kobieta będzie się kąpać w balsamach przeciw popękanym piętom, na zmianę ze środkem pogrubiającym rzęsy...

A do tego będziemy wreszcie mieli te, jakże cudowne, europejskie, ogólnoludzkie wartości... I żaden głupi oszołom nie odważy się przeciw nim podnieść głosu, a jeśli by się odważył, to mu się... Absolutnie humanistycznie oczywiście i po europejsku... Kiedy już każdy Polak, zapominając o historycznych kompleksach i narodowej megalomianii, skoncentruje się na prawidłowym jedzeniu bez... Wtedy będziemy mieli i terroryzm, spokojna głowa!

Tylko szkoda, iż nikt, żaden unijny organ uprawniony do udzielania nagan i pochwał, nas nie pochwalił za to, co już osiągnęliśmy na drodze do Europy - przecież nikt z pewnością w tej dyskusji nie zapytał: "a więc wolimy odżywki do pięt i zestawy kina domowego, plus europejskie wartości, czy wolność od terroryzmu i parę innych imponderabiliów". (Skąd wiem, że nie zapytał? A wiesz Czytelniku, co by się działo, gdyby zapytał? No właśnie, wiesz. Po prostu o tym nie pomyślałeś, prawda?)

Telewizja ogłupia, tak mówią. Więc z niejakim trudem oderwałem się od dumburka (dumburken to po szwedzku "głupie pudełko" albo "pudełko głupka" - pieszczotliwa nazwa na telewizor. Czemu akurat po szwedzku? Spędziłem tam parę lat, całkiem lubię ich narzecze, a niektóre te określenia uważam za b. zabawne i weszły mi w krew.), by przejść do mych codziennych ćwiczeń profilaktycznych przeciw nieuchronnie się zbliżającej, by przypuścić niesubordynowany atak, sklerozie. Niektóre z nich wyglądają tak, że stawiam sobie jakąś filozoficzną kwestię, którą potem staram się rozstrzygnąć.

Tym razem zapytałem sam siebie: "Jak by to mogło wyglądać, gdyby jakaś cywilizacja całkiem straciła chęć do życia i postanowiła się z nim rozstać, a przynajmnije bezwarunkowo się poddać komukolwiek, kto się nawinie?" Gdzie by wywieszono białą flagę? Jaka duża ona by była? Może tych flag byłoby kilka? Albo setki? Może po prostu oflagowano by białymi flagami wszystkie ulice, na każdym słupie wisiałoby ich po trzy? (Z flagą Unii Europejskiej między nimi, ma się rozumieć.) No i surowo egzekwowano by od cieciów i zwykłych obywateli nakaz oflagowania budynków, w tym prywatnych balkonów i okien?

Pewnie tak by właśnie zrobiono! Chyba, że... Chyba, że biała flaga, choć najoczywistsza w tym kontekście, nie jest jednak całkiem optymalnym rozwiązaniem. No i może rzeczywiście nie jest, do takiego wniosku doszedłem po kilkunastu minutach moich rozważań. Tak! Istnieje lepszy i czytelniejszy sposób ogłoszenia wszem i wobec, że pragnie się śmierci i że jest się gotowym poddać się bezwarunkowo pierwszemu, kto się nawinie!

Należy po prostu ogłosić, że "ludzkie życie jest najwyższą wartością". Proste, eleganckie i jakżesz skuteczne! Po prostu genialne! Takie wzniosłe i ociekające humanizmem, że aż... Nawet ew. napastnik chwilę się zatrzyma, żeby zwymiotować, to jednak będzie tylko krótka zwłoka, nie ma się czym zamartwiać. I tylko wyjątkowy naiwniak mógłby sądzić, że eutanazja czy zabiajanie nienarodzonych jakoś się z tą wzonisłą, że aż, deklaracją nie komponuje.

Wręcz przeciwnie, kiedy jakaś społeczność deklaruje, że "ludzkie życie jest dla niej najwyższą wartością", ogłasza, że już właściwie nie żyje i żyć nie pragnie. I że z całą pewnością nie zamierza bronić życia swoich obywateli - ponieważ oni na to po prostu nie zasługują. Jak niby miałaby ich bronić? Jeśli wróg jest naprawdę zdeterminowany i nie wystarczy przekupstwo? Nie będzie sie przecież narażać jakichś np. żołnierzy - własnych czy cudzych zresztą, co to w końcu za różnica? - skoro "najwyższą wartością" jest przecież życie człowieka, każdego człowieka?

A tak przy okazji, nasi dzielni zawodowi żołnierze strajkują w Afganistanie, bo opancerzenie wydaje im się zbyt cienkie. Nie spodziewam się oczywiście, by wszyscy ci, tyleż liczni, co elekwentni, rzecznicy "całkowicie zawodowej" armii mieli w tej sprawie coś do powiedzenia. O biciu się w piersi i zmianie frontu nawet już nie wspominając.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.