wtorek, września 20, 2011

Przeklęci ministrowie i królowie przeklęci

"Takie będą rzeczpospolite, jak ich młodzieży chowanie", rzekł był któryś z dawnych polskich mędrców i miał rację. Prawdę tę, choć chyba raczej z innego źródła, znają też, jak widać, świetnie nasi wrogowie, skutkiem czego mamy taką edukację, jaką mamy. Z koszmarną pod każdym względem min. Hall włącznie.

Jest z pewnością gorzej pod tym względem, niż za PRL'u. Wtedy były oczywiście kłamstwa i interpretacje "po linii", byli także obowiązkowo dyrektorzy z partyjnego rozdzielnika, plus belfry od "wychowania obywatelskiego" i "przysposobienia obronnego" związani z SB.

Byli także, oczywiście, partyjni nauczyciele, nawet "mocno partyjni", ale sporo z nich wspominam jako kompetentnych i przyzwoitych, którzy mi nigdy żadnego partyjnego trucia nie wduszali i dość pobłażliwie patrzyli na "mój młodzieńczy bunt do potęgi", niepozbawiony politycznego podtekstu, gdyby komuś chciało się dokładniej przyjrzeć.

(Na przykład matka mojego kolegi, b. zresztą przystojna, pani Niedbalska, żona jednego z dyrektorów ZAMECH'u. Dzięki której miałem przed końcem podstawówki dodatkowe lekcje polskiego w elbląskim "Domu Partii" i pierwszy raz w życiu nauczyłem się wreszcie rodzimej gramatyki. Naprawdę nieźle. Co mi się potem b. w życiu, poprzez inne języki, przydało. Nie mówiąc już o tym, że przy mojej ówczesnej ortografii i stosunku do szkolnych lektur nie byłbym bez tego gwiazdą języka polskiego w liceum, a w pewnym sensie byłem. Zresztą pewnie bym do liceum po prostu nie zdał.)

Ja w zasadzie nie o tym, ale, skorośmy już przy moich osobistych "wspomnieniach niebieskiego mundurka" (nawiasem jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa i polecam!), to może jeszcze parę drobiazgów - ku rozrywce i zbudowaniu młodego pokolenia. (A także ludzi, którzy sami mają jakieś osobiste wspomnienia z PRL - dla porównania.)

W końcu mamy tu (każdy wysoce zorganizowany system w coraz większym stopniu zajmuje się samym sobą i zjadaniem własnego ogona) gawędę szlachecką virtualis - a nie jakieś tam skończone i przemyślane publicystyczne teksty. (Chcecie takich tekstów? To mi PŁAĆCIE! Albo przynajmniej pokażcie, że one zmieniają wasze życie! Nie, w sumie żartuję, ale pisać mi jakoś coraz trudniej.)

Piszemy sobie tutaj po prostu tak, jak nam najłatwiej to przychodzi. Jeśli nam do głowy nagle przychodzi (ach ten cudny pluralis maiestatis!) jakieś fajne wspomnienie, albo jakiś koncept, to go najczęściej do tekstu pakujemy - bo następnej okazji może już, w tym ziemskim życiu, nie być.

Ale OK - skoro mamy coś konkretnego do powiedzenia, to może jednak oznaczymy to jakąś inną czcionką niż wszystkie te figlasy, wspominki i fioritury. Tak będzie uczciwie i, da Bóg, skuteczniej.  Oto mi się akurat wspominków na temat prlowskiej szkoły i jej nauczycieli odechciało, więc może kiedyś. Wracamy do zasadniczego wątku!

Chodzi mi o to, że - jakby się to mogło nieprawdopodobne wydawać - za PRL'u jednak ze szkołą było jednak, pod wieloma względami, o wiele lepiej. Kłamali, ale poza tym uczyli całkiem nieźle. Ja tam większość szkół podstawowych i średnich przeszedł w prowincjonalnym i robotniczym Elblągu, a jednak - mimo młodzieńczych buntów i wstrętu do szkoły (także qua komunistycznej) - szkołom naprawdę sporo zawdzięczam.

Dzisiaj natomiast oni już są cwańsi i zamiast kłamstwa tu i ówdzie, zamiast jakiegoś wykręcenia prawdy, jakiejś topornej "dialektyki"... Oni naprawdę wzięli się za stworzenie, wyhodowanie, nowego człowieka. Może nie całkiem człowieka - raczej jakiejś dwunogiej i wyrośniętej mrówki - ale na pewno nowego i na pewno wyhodowanie. (Powinno się o tym napisać jakąś naprawdę głęboką analizę, albo i więcej analiz, ale w ogromny skrócie powiem, że to jest naprawdę cholernie "naukowe", bo tu chodzi, ni mniej, ni więcej, tylko o WYHODOWANIE CZŁOWIEKA UDOMOWIONEGO! Zachęcam, w wolnych chwilach, do przemyślenia tej tezy.)

W każdym razie z humanistyką - a szczególnie z historią, szczególnie ojczystą - jest w tej chwili tak w rodzimej edukacji fatalnie, że ludzie zaczynają coś tam przebąkiwać o tajnych kompletach. Jak za szkopskiej okupacji. Piękna to idea, ale, niestety, nieco, jak mi się zdaje, mało praktyczna.

Na ile kojarzę, to dzieci, te nieco starsze, pod szkopską, nazistowską okupacją do szkoły właśnie nie chodziły, a teraz chodzą. Mają wiec teraz mało czasu na ew. komplety, podczas gdy wtedy miały go akurat sporo. Dzisiaj mają więc na jakieś komplety o wiele mniej czasu, o wiele mniej energii, a do tego, obawiam się, o wiele mniej entuzjazmu. (Że to tak eufemistycznie określimy.)

Wtedy, jak rozumiem, rozglądały się, co by tu ze sobą, i z wolnym czasem, zrobić. I oferowano im coś na pograniczu konspiracji. Pomijam już wszelkie inne istotne kwestie, jak ówczesny status inteligenta i patriotyczne tradycje, których dzisiaj jakby mniej się w naszym powietrzu unosi.

Poza tym wtedy nie było telewizji. Której nawet, jak jakiś dzieciak nie chce sam z siebie oglądać, to i tak w szkole belferka go spyta i każe opowiadać własnymi słowami. Więc na wsiakij słuczaj musi obejrzeć wszystko, przynajmniej wszystko to, co oglądają lemingi. Tak to działa! A jest to tylko jeden z całej masy aspektów tego współczesnego - miękkiego na razie, niech będzie - totalitaryzmu w dziedzinie akurat edukacji.

Do tego oczywiście dochodzi brak czasu rodziców, którzy - zgodnie z planem tych, od których coś zależy, a którzy za nic nie odpowiadają - ryją po całych dniach z nosem przy ziemi. (I nie oszukujcie się, że tak nie jest, że nie w waszym przypadku! Prawie nikt dzisiaj tego rycia nie uniknie, chyba że kompletny lump!)

Do tego kwestia autorytetu rodziców. I w ogóle dorosłych. Z tym jest b. marnie i raczej trudno będzie to odkręcić. Wiąże się to oczywiście z nosem przy ziemi, choć to nie tylko to. Do tego kwestia - którą widzę, jako b. poważną - skąd mielibyśmy niby wziąć nauczycieli do tych kompletów? Ludzi zarówno kompetentnych, jak i ideowych, a do tego mających masę wolnego czasu... Czyli sprzeczność wewnętrzna, w praktyce przynajmniej.

Do tego trza by im płacić. A tutaj władza zadbała i dalej dbała będzie, by to się nie dało zrobić. Kasy fiskalne - ktoś myśli, że tego uniknie? Ktoś myśli, że z nimi taka WPROST WYWROTOWA działalność może się na nieco dłuższą metę udać? Ja niestety tak nie myślę, przykro mi.

OK, tośmy sobie pomalowali świat na czarno, pokazali trudności i niemożliwości... Ale kwestia pozostaje - CO ROBIĆ? (Czyli, za klasykiem, szto diełat', jak by zresztą podobną myśl wyraził w rozmowie z samym sobą obecny prezydent III RP. Niech mu ziemia i to szybko!)

Oczywiście to nie jest pełne rozwiązanie, bo takiego niestety nie dostrzegam - może jest, może będzie, może nie ma i nie będzie już nigdy - ale na pewno KSIĄŻKI. A także (tu ukłon w stronę Nicka) dobre filmy, w tym seriale. Co do filmów, to ja akurat jestem wyjątkowo niewielki kinoman (włączając w to telewizję), ale z zamierzchłych czasów pamiętam całkiem niezłe seriale, wyświetlane zresztą w prlowskiej TV, w rodzaju "Ja Klaudiusz", według książki Roberta Gravesa. (Ogólnie b. polecam Gravesa, także, a nawet głównie, w postaci książek.)

Sądzę, że powinniśmy sobie stworzyć swego rodzaju "ogólnokrajowy" KANON książek i filmów (głównie tych dostępnych na video, w sieci itd., żeby mieć pod ręką)  - na różne, z historią związane, bo o tym teraz mówimy, tematy; na różne lata rozwoju takiego dzieciaka... Dotyczące historii rodzimej, a także tej mniej rodzimej, bo to ja osobiście także uważam za ogromnie ważne. Tę mniej rodzimą historię znaczy - europejską głównie, ale też nie tylko.

Asumpt (w prostszym języku "kopa") do napisania niniejszego dała mi lektura znanej książki Maurice Druona "Królowie przeklęci". Którą sobie jakiś czas temu kupiłem na allegro, i którą sobie podczytuję. I w której akurat przeczytałem fajny fragment ukazujący istotne mechanizmy polityczno-ekonomiczne, funkcjonujące bez przerwy od czasów, kiedy powstała gospodarka pieniężna, a w każdym razie międzynarodowe banki i kredyt. (Tam chodziło akurat o pierwszą połowę wieku XIV.)

To są b. cenne, moim skromnym, nauki dla inteligentnego młodego człowieka (nie wykluczając młodej panny), którego chcielibyśmy uczynić... Każdy chyba sam wie. A tego typu spraw jest w tej książce - w istocie tego jest siedem tomów, choć niezbyt ogromnych - naprawdę niemało. Natomiast jakichś politycznych głupot, czy historycznych przekłamań, się nie dopatrzyłem.

Oczywiście - trzeba sobie zdawać sprawę ze specyfiki fikcji historycznej! Na przykład z tego, że wiele wielkich i prawdziwych (w sensie "potwierdzonych przez wiedzę historyczną") wydarzeń musi tam wynikać ze spraw drobnych, przynajmniej stosunkowo, o których wiedza historyczna nic nam nie mówi...

Z działań ludzi nieznanych, postaci fikcyjnych... Inaczej to będzie jakiś marksizm z "Niewzruszonymi Prawami Ekonomii realizującymi się w Historii", albo inny Hegel z "realizującym się w Historii Duchem" (kulminującej się w państwie pruskim).

(Swoją drogą dzisiejsi "konserwatywni liberałowie" z wszelkich tego typu wielkich und "naukowych" ambicji już zrezygnowali i po prostu skamlą. To coś jak przejście od czystego marksizmu do socjaldemokracji!)

Dobry autor książki historycznej - jak ja to widzę - to gość (w tym niewiasta, bo parę takich też jest, lub raczej było), który potrafi takie rzeczy pokazać w sposób przekonujący i, zarazem, historii nie wypaczający. Oczywiście każdy historyk, nawet ten najbardziej naukowy, opowiada po swojemu, widzi tam to co widzi, i obiektywizmu w tym aż tak wiele nie ma, ale jednak co innego uczciwa osobista interpretacja, a co innego chamska propaganda czy ideologia.

I tak to ja właśnie widzę - kanon lektur, w tym sporo fikcji literackiej, czyli powieści historycznych, i kanon filmów/seriali. Gdyby ode mnie to zależało, to bez przesadnego nacisku na historię (nie mówiąc już o martyrologii czy innej duszoszczipatielnosti!) w ścisłym sensie krajową. Oczywiście - tę młodość trzeba natchnąć patriotyzmem, dumą z (niektórych) przodków! Oczywiście trzeba im dać jakąś "masę krytyczną" wspólnych, z innymi Polakami dzielonych wartości, pojęć, "narracji", archetypów, cytatów itd. Ale osobiście uważam, że to można osiągnąć stosunkowo niewielkim nakładem Sienkiewiczów i innych rodzimych autorów.

I że co najmniej różnie ważne jest zakorzenienie w cywilizacji Zachodu. A także pewne nasiąknięcie antykiem - nie dlatego, żebym za Konecznym uważał Polaków za późnych Rzymian, tylko dlatego, że cywilizacja Zachodu (a polska pod niektórymi względami właśnie szczególnie!) tym się od zawsze żywiła. Czyniły to ELITY - co, moim zdaniem, nie pozwala nam mówić, że istnieje jakaś ciągłość, bo do tego CAŁA cywilizacja musiałaby wykazywać masę analogii, a nie wykazuje (chyba, że w nieprecyzyjnym chciejstwie Konecznego) - ale elity są bardzo ważne i starożytność JEST ogromnie ważna dla całego Zachodu. No a dla Polski, stojącej cały czas oko w oko z najgorszego sorta azjatyckim barbarzyństwem - szczególnie!

No i to by było na tyle na ten temat, co mi do głowy przychodzi. Może jakaś dyskusja się wywiąże, może kogoś to zapłodni, wtedy sobie doprecyzujemy. I - da Bóg! - może coś z tego uda się wprowadzić w życie, bo jak nie, to nas ta koszmarna Hall i cała zgraja degeneratów w krótkich abcugach zeżrą. (Po czym wydalą i znowu zeżrą. Jak to oni.)

Swoją drogą książka Druona jest i po polsku, i jest nawet, jak stwierdziłem po krótkim guglowaniu, dostępna. A do tego istnieje na jej podstawie zrobiony francuski serial (z Depardieu i takimi sławami) - tutaj możecie sobie o nim znaleźć: http://www.filmweb.pl/serial/Kr%C3%B3lowie+przekl%C4%99ci-2005-258938. Może to się jakoś da dorwać, na DVD, czy jakoś. Ja nie potrzebuję, bo mam książkę w oryginale, ale, jeśli się da, to polecam.

Tak nawiasem - jeśli komuś tam, w tym serialu, albo w tej książce - nieco zabraknie mroczności, grozy i nastroju, no to zgoda. Moim zdaniem to jest naprawdę dobra powieść, ale czasem mam wrażenie, że to trochę powieść dla młodzieży. Nie, że nie dla dorosłych, ale dla młodzieży może szczególnie. Jednak czy my WŁAŚNIE nie o młodzieży rozmawialiśmy? Czy nie książki dla młodzieży są nam najbardziej potrzebne? W końcu ludzie dojrzali mają możliwość czytania "autentycznej", "naukowej" historii i mniej potrzebują literackiej fikcji (Choć bywa taka fikcja, że naprawdę warto ją poznać. I Druona bym do niej też jednak zaliczył.)

Tak więc, im bardziej jest taka książka odpowiednia dla naprawdę młodego wieku - a przy tym w jakiś sposób mądra i prawdziwa - tym dla nas cenniejsza!

Jeśli kogoś powyższe zainteresowało, to prosiłbym oczywiście o danie głosu, w tym także ew. propozycje pozycji (!) do kanonu.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

sobota, września 17, 2011

Sanhedryn, czy nie Sanhedryn - oto jest pytanie!

Dźgnięty ostrogą dyskusji odbywającej się akurat na niepopach, zdecydowałem się na moment wyjść z szafy, wrócić z moich wirtualnych Dolomitów, i coś napisać.

W dyskusji owej, gdyby ktoś nie chciał tego sprawdzać u źródła, padła teza, że, cytuję: "Świat nie jest taki prosty, że siedzi sobie gdzieś Sanhedryn i rozstawia pionki." Konkretnie rzekł to Gadający Grzyb, tutaj. Powiedział oczywiście prawdę, bo to całkiem nie tak działa. Co jest zresztą dość jasne dla wszystkich, których w sieci czytam. Także i dla Nicka (mającego pewną skłonność do uproszczeń, która mnie razi, kiedy np. jedzie dość prymitywnymi rasowymi stereotypami), któren nie tak dawno explicite stwierdził coś b. do  podobnego do tego, co mówi Grzyb..

Ile jednak w istocie wynika z owego faktu, że sobie żaden Sanhedryn nie siedzi - a w każdym razie raczej nie jeden, globalny - i sobie punkt po punkcie nie planuje... Niczym jakaś Rada Najwyższa ZSRR, co to debatowała i decydowała o szerokości gumy do majtek. (W czym zresztą dzielnie ją naśladuje niezawodna Unia Euro.)  Potem to wszytko, co ten Sanhedryn postanowi, nie jest ściśle, w podskokach, przez tysiące jakichś tego Sanhedrynu agentów realizowane.

To nie tak działa, jakośmy rzekli! Jednak kiedy zwrócimy oblicze w stronę najnowszych osiągnięć nauki, zdziwieni widzimy, że to wcale nie musi tak działać - skutek jednak może być, w sumie, b. podobny.

W poprzednim moim kawałku powoływałem się na pana Ormeroda i jego, przewracającą ekonomię do góry nogami, a to za pomocą m.in. biologii, książkę. Wiele ciekawych rzeczy z zawartych tam treści wynika, kiedy człowiek sobie pomyśli i skojarzy. I tutaj także - w kwestii owego Sanhedrynu znaczy.

Niemal na samym początku pan Ormerod opisuje mechanizm, w wyniku którego powstają we współczesnych miastach tzw. "getta". Nie chodzi o getta w ścisłym znaczeniu, jak te żydowskie ze średniowiecza, tylko o całe obszary, całe dzielnice, zamieszkałe przez ludzi pewnego etnicznego, kulturowego, czy rasowego pochodzenia. Albo po prostu przez biedotę i margines.

Tego typu dzielnice, jak się okazuje, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, lubią się utrzymywać przez setki lat. (Choć akurat w Paryżu, z tego co wiem, parę dzielnic na przestrzeni wieków radykalnie zmieniło swój status. No i oczywiście, w Londynie mamy dzielnicę doków, która ostatnio stała się modna z powodu osiedlających się tam yuppies.)

W każdym razie ów Paul Ormerod opisuje nam w swej książce symulację komputerową, która wyjaśnia naturę tego zjawiska. Zjawiska, jak by się zdawało, prostego do wyjaśnienia, ale tylko przy założeniu, że ludzie mają naprawdę ogromny wstręt do mieszkania koło ludzi różnych od siebie, a szczególnie "kolorowych", czy znacznie biedniejszych.

To jednak, jak się okazuje (i o ile można wierzyć tego typu badaniom), nie jest już dzisiaj takie powszechne. Sporo danych wskazuje, że większość ludzi nie wykazuje już wiele tego typu odruchów. (W Polsce, gdyby to rzetelnie sprawdzić, byłoby pewnie inaczej. Ale cóż, ludek kraju dostającego od setek lat bez przerwy w dupę musi mieć, niestety, masę kompleksów. A poza tym, nie wykluczam, że Polakom, a przynajmniej polskim prawicowym blogerom, bo o nich w sumie mówimy, jeszcze na czymś tam zależy i polityczna poprawność mniej ich dotknęła. To dwie strony tego zjawiska.)

Jakby tam w istocie nie było, okazuje się jednak - na podstawie owej komputerowej symulacji - że jakieś silne rasowe czy społeczne uprzedzenia nie są tu wcale niezbędne. Symulacja była dość znanego typu, coś jak "gra w życie". Każdy, kto się zabawiał komputerami i programowaniem, wie o co chodzi. Są tam więc krateczki, oraz dwa (mogłoby być więcej, ale i dwa wystarczają) rodzaje "istotek", których "życie" podlega pewnym prostym prawom.

W przypadku tej "naszej" symulacji, te "istotki" przemieszają się o jedną kratkę w losowym kierunku - tylko wtedy i zawsze wtedy, kiedy w ich bezpośrednim sąsiedztwie znajdzie się (co najmniej) określona liczba "istotek" innego rodzaju. Na przykład ponad połowa. No i tak to sobie działa - krok po kroku, bo żaden czas rzeczywisty nie jest tutaj do niczego potrzebny.

Jak się taką symulację uruchomi i jakiś czas ona sobie pochodzi, to okazuje się, że z początkowo całkiem losowego ułożenia, przemieszania, tych dwóch rodzajów wirtualnych "istotek", stosunkowo szybko otrzymujemy "społeczeństwo" ściśle segregowane! I, powtarzam - te "istotki" wcale nie mają jakichś tam wielkich społecznych, czy rasowych, uprzedzeń. One po prostu sobie wolą, by w ich bezpośrednim sąsiedztwie było jednak nieco choćby więcej istotek podobnych do nich samych.

A jednak podział, segregacja, nieubłaganie występuje, chcemy tego, czy nie! To tak, jak ruchy Browna z lekkim popchnięciem w jedną stronę, albo jak myślowy eksperyment Maxwella (bo on to był chyba) z cząsteczkami gazu w zbiorniku przedzielonym półprzepuszczalną błoną.

Oczywiście od rasowej czy społecznej segregacji (którą sobie tutaj, tuszę, do samego końca wyjaśniliśmy - a jeśli komuś mało, to niech sobie zrobi taką symulację w realu, to nie jest wcale aż tak trudne!) do sprawy Sanhedrynu jeszcze trochę drogi pozostało, ale warto chyba sobie wyraźnie uświadomić, że w wielu przypadkach nawet stosunkowo niewielka tendencja, konsekwentnie zmieniająca (pseudo) losowe zachowania w jakiś konkretnym kierunku, potrafi działać tak, jakby rzeczywiście sprawami manipulował sobie jakiś tam Sanhedryn.

Warto się chyba czasem nad tym zjawiskiem zastanowić! Po pierwsze - żeby wiedzieć, że różne, często wprost obłędne, "teorie spiskowe", mogą nie być prawdziwe, a mimo to skutek potrafi być taki, jakby były. Czyli czujność, zdrowa paranoja i niedawanie się różnym wyśmiewaczom "spiskowych teorii", często po prostu zadaniowanym, i to nie przez naszych przyjaciół. Sama teoria może być nieprawdziwa, ale skutek dokładnie ten sam, więc, uwzględniając skłonność ludzkiego umysłu do uproszczeń, to nie jest wcale taka najgorsza metoda. I te rzeczy.

Po drugie zaś - żebyśmy sami raz za razem nie interpretowali różnych skomplikowanych zjawisk w najprymitywniejszy sposób, czy to będą jakieś hiper-rasowe (żeby nie powiedzieć "rasistowskie", bo to słowo zawłaszczone, jeśli nie stworzone, przez lewiznę) teorie, czy też naiwny w końcu, pogląd, że wszystko dzieje się tak, jak się dzieje, bo gdzieś tam siedzi sobie Sanhedryn i knuje.

Siedzi, zgoda. Knuje, zgoda. Ale z pewnością nie jeden. I z pewnością nie jest to wszystko dokładnie skoordynowane. I nie tylko on, bo są i inne siły, które też siedzą i knują. Albo nie tylko to. Zresztą z samym przekazywaniem i egzekwowaniem tych postanowień też musi być problem. Nawet Rada Najwyższa go miała, a co dopiero struktury, jakby nie było, mniej jawne! Czy to coś istotnie zmienia? Nie - cała rzecz w tym, że właśnie NIE MUSI!

I jeszcze może być Trzy - możliwe, że najważniejsze... Otóż, może MY byśmy też mogli zacząć próbować działać w podobny sposób? Po troszeczku, jeśli nie można inaczej, ale konsekwentnie, z grubsza w w tym samym kierunku? (Oczywiście inteligentnie wybranym.) Wiele bo ty mogło zmienić. No i na odmianę - na naszą korzyść.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

sobota, sierpnia 06, 2011

Nieobliczalny mem tygrysi

We wrześniu 1987 Dow Jones spadł w ciągu niecałego tygodnia o niemal jedną trzecią, z czego o ponad 20 procent jednego dnia. Stało się to między innymi wstępem do największej w dotychczasowej historii finansów akcji ratunkowej. Ratowano mało komu znany, choćby z nazwy, fundusz hedgingowy Long Term Capital Management (LTCM). Bez tego rynki finansowe byłyby na krawędzi załamania.

Krachów finansowych było już nieco w historii i nie to jest tutaj na tyle interesujące, bym o tym teraz pisał. Interesujących aspektów ma jednak ta sprawa co niemiara. Nie mówiąc już o ogólniejszych wnioskach i luźnych (co nie musi znaczyć jałowych czy bezsensownych) spekulacjach.

Najciekawsze w opisywanych tu wydarzeniach było, moim zdaniem, to, że do dziś nie udało się znaleźć jakiejś jednoznacznej i niewątpliwej ich przyczyny. Cytując z książki, gdzie znalazłem te informacje (Paul Ormerod "Why Most Things Fail: Evolution, Extinction and Economics", przekład mój własny). Odnosi się to do samego krachu na giełdzie.
Nawet teraz, niemal dwadzieścia lat po tym wydarzeniu, istnieje wiele rywalizujących wyjaśnień ex post, i nikt nie jest pewien przyczyny. Jedyną pewną rzeczą jest, iż żadne zewnętrzne wydarzenie  nie miało miejsca, które by choćby w największym przybliżeniu miało podobną skalę. Żadne odciski palców, żaden dymiący rewolwer nie wskazuje sprawcy tej katastrofy. Nie wypowiedziano wojny światowej, szyby naftowe na Bliskim Wschodzie nie zostały wysadzone w powietrze. A jednak, w ciągu pojedynczego dnia, zostało ogłoszone, że największe firmy na świecie są warte 20 procent mniej, niż były warte dnia poprzedniego.
No to mamy zagwozdkę, prawda? Na szczęście (przynajmniej niektórych) autor robi w tej książce całkiem wiele, aby rzucić jakieś światło na tego rodzaju wydarzenia. Wydarzenia zasadniczo nie do pojęcia w ramach paradygmatu tzw. klasycznej ekonomii. Pomaga tu dopiero podejście zalecane przez Ormeroda, czyli nacisk na obserwacje i statystyki dotyczące RZECZYWISTEGO zachowania różnych ekonomicznych spraw w realnym świecie; plus zdrowy zastrzyk ewolucyjnej biologii (której osiągnięcia, jak to pokazuje Ormerod, dają się z ogromnym powodzeniem do ekonomii zastosować). Dodać szczyptę nowego sposobu wykorzystania teorii gier.

Powiedzmy sobie jeszcze jednak najpierw co to był ten fundusz LTCM. Było to dziecię trzech noblistów w dziedzinie ekonomii z roku 1997, którzy tworząc go, wykorzystali właśnie te swoje naukowe osiągnięcia, które im tego Nobla przyniosły. Fundusz obracał nieprawdopodobną forsą... Jak się łatwo domyślić z faktu, że, by go ratować, wielkiej forsy użyto, poza tym, że w ogóle widziano taką konieczność... Zarabiał też masę forsy. Do czasu!

Szczegóły oczywiście każdy może sobie dzisiaj znaleźć - to nie jest żadna wielka tajemnica - ale też nie o te gołe fakty nam tu chodzi. Rzecz w tym, że owi nobliści i ojcowie tego nieszczęsnego finansowego przedsięwzięcia, dostali tego Nobla przy gromkich brawach całej praktycznie branży, ponieważ udało im się, jak sądzono, domknąć wreszcie teorię wolnego rynku i znaleźć uniwersalny, stały punkt równowagi w KAŻDEJ absolutnie rynkowej sytuacji.

Nie wdając się w żadne matematyczne rozważania, bo nie jest tam to tutaj potrzebne (a ja w sumie matematyki nie lubię, choć uchodziłem za naprawdę do niej zdolnego), powiemy sobie, że ten punkt równowagi, który wykorzystano praktyczni w funduszu LTCM, zgodnie z najściślejszymi obliczeniami owych laureatów nagrody Nobla, miał się trzymać praktycznie po wieczne czasy. Sytuacja, kiedy jakieś zaburzenie z zewnątrz będzie zbyt duże i cały kunsztowny system się zawali, miała prawo wystąpić raz na kilka milionów lat. (A więc jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo, niż to, że Lech Kaczyński zginie w wypadku samolotowym AKURAT lecąc do Rosji Putina na obchody rocznicy mordu w Katyniu!).

Wynikało to z czegoś tak niepodważalnego, jak rozkład Gaussa. (Czyli krzywa rozkładu normalnego, o której sobie jakiś czas temu mówiliśmy. Gaussa wprawdzie nie wspominając, ale akurat w związku ze smoleńską "katastrofą".) Dowcip w tym, że tutaj nie krzywa Gaussa miała zastosowanie, a całkiem inna krzywa, która - niestety dla wszystkich zaangażowanych w fundusz LTCM i podatników, którzy ufundowali interwencję (choć raczej nie dla jej inicjatorów i wykonawców, którzy przecież nie za swoje) o wiele wolniej dąży do zera dla wartości odległych od swego "centrum" (żeby to tak potocznie tutaj określić), gdzie ma maximum.

Jaka to krzywa? - spyta ten i ów. "To bardzo dobre pytanie!", odpowiem klasykiem. Po czym podrzucę parę mądrości wyczytanych w książce Ormeroda. Krzywa matematycznie bardzo prosta, za to, jak się okazuje, bardzo istotna w zastosowaniach (czego chyba do niedawna nikt nie wiedział). Krzywa potęgowa mianowicie.

Kiedy sobie na przykład liczymy ilość gatunków, które wymarły w ciągu kolejnych milionów lat - albo ilość firm z setki największych światowych, zdychających w ciągu kolejnych lat - okazuje się, że układają się one zgodnie z tą krzywą. W tym sensie, że takie okresy z dużą ilością zdechłych firm czy zdechłych gatunków są rzadsze, a te z mniejszą, częstsze - i okazuje się, że średnie odstępy między takimi okresami są równe (w przybliżeniu oczywiście) kwadratowi stosunku pomiędzy ilością umarlaków. Brzmi to mętnie, ale w sumie daje się chyba na tyle zrozumieć, na ile nam to tutaj potrzebne.

Tak więc, chodzi nie tylko o "krzywą potęgową", ale nawet o krzywą po prostu "kwadratową", bo tutaj wszędzie występuje druga potęga, czyli kwadrat. (Taka prosta zależność, patrzcie państwo!)

Ale to jeszcze wcale nie wszystko, choć to podobieństwo wzoru, wedle którego zachowują się wymierające firmy (ekonomia) i wymierające gatunki (biologia) z całą pewnością jest interesujące. I w dodatku mogłoby, a nawet powinno, zabić niezłego ćwieka klasycznym ekonomistom i apologetom "zawsze słusznej i jedynej rynkowej ekonomii". (Niektórym nawet zabija, ale to chyba wyraźna mniejszość. Reszta nie wie, albo też ma w nosie.)

Te wymierania, jako się rzekło, to jednak wcale nie koniec niespodzianek. Okazuje się, że zgodnie z tym kwadratowym rozkładem zachowują się także np. zjawiska rozprzestrzeniania się infekcji (wirusowych, bakteryjnych itp.), czy informacji. Albo i mody. W niektórych przynajmniej typach środowisk, tyle, że tego akurat typu środowiska zdają się występować w realu bardzo powszechnie - w odróżnieniu od środowisk analizowanych w uczonych modelach różnych nauk społecznych, ekonomii nie wyłączając.

Jakie to środowiska, spyta ktoś? Odpowiem (klasykiem też oczywiście, ale potem pojadę dalej) tak... Te "klasyczne" - które się zawsze z takim zapałem analizuje, to takie, gdzie poszczególni "agenci" (tu nie chodzi o WSI, tylko o te tam działające elementy systemu) są w sumie tacy sami, a pomiędzy nimi istnieją sobie różne przypadkowe związki. Mniej czy bardziej trwałe. A wiec mamy swego rodzaju sieć z tych agentów i związków pomiędzy nimi, a po tej sieci rozchodzą się na przykład nasze wirusy, czy nasze... Wymówmy to słowo w końcu! Nasze, o Jezu! Nasze... Memy.

Z tymi memami to jest tak, żę jakoś nigdy do mnie ta koncepcja nie trafiała, kiedy na przykład pisał o tym Nicek. Wydawało mi się, że to w sumie jałowe i nic nie daje. Może jednak nie miałem racji, a oczy otworzył mi właśnie pan Ormerod tą książką, o której tu sobie rozmawiamy.

No dobra - mamy więc tę sieć, i co z nią? A to z nią, że do niej na przykład stosuje się rozkład Gaussa, o którym my tu już mówiliśmy, i na którym budowali swój naukowo-finansowy sukces nasi nobliści. A także i to, że istnieje tu b. ciekawe - a jednocześnie proszące się aż niejako o inżynierię społeczną, niestety! - zjawisko...

Takie oto, że, aby cała populacja tych agentów, czyli cała ta sieć, cały system - aby to całe zostało zainfekowane, konieczne i wystarczające jest zainfekowanie pewnej "masy krytycznej", a mówiąc ściślej pewnej konkretnej ilości agentów. Oczywiście jaka jest to ilość zależy od konkretnego systemu, ale daje się to ponoć oszacowywać... Nieco wyobraźni powinno dać wyobrażenie, jaka w tym niesamowita radość dla uszczęśliwiaczy ludzkości i wszelkiego typu totalitarnych skurwieli. Zresztą na tej zasadzie działają, w sensie społecznym, także np. masowe szczepienia (nie żebym był jakimś ich akurat zdecydowanym wrogiem).

Te drugie sieci - te do których się krzywa Gaussa marnie stosuje, które stały się zgubą naszych genialnych noblistów, i które stanowią zagwozdkę dla (co intelektualnie uczciwszych) mędrców od rynkowej ekonomii - mają tak, że ilość kontaktów każde go agenta z innymi agentami rozkłada się wedle naszej ulubionej (choć noblistów nie) krzywej potęgowej. Czyli, że w sumie mała ich ilość ma ogromną liczbę kontaktów, średnia średnią, a duża malutką.

Tak jest na przykład w internecie, gdzie Google, Yahoo, albo inny Korwin ze swoim blogiem, mają ogromną ilość wejść, Pan Tygrys ma średnią, a rolnik piszący sobie bloga, powiedzmy o tym, jaki to mądry pysk ma jego krowa "Krasula II", całkiem niewielką (i nieważne, że wszystko to jest akurat bez sensu, a powinno być odwrotnie).

Tak samo, podobno (tak mówi Ormerod) jest z ilością partnerów seksualnych - paru ma masę, większość nie ma nic. No i tak samo jest (mówi Ormerod i ja mu wierzę, jeszcze mocniej, niż z tymi partnerami) z realną ekonomią, gdzie istnieje niewielka ilość ogromnych firm, oraz ogromna malutkich. I to tutaj akurat ma dla nas konkretne znaczenie, ponieważ tym samym krąg się zamyka i nawiązujemy do przyczyny upadku funduszu LTCM, o którym'śmy sobie na początku. (W tej sieci, którą jest ekonomia, owa ilość kontaktów to b. abstrakcyjna sprawa jednak - swego rodzaju totalna suma WSZELKICH wpływów, szczególnie pomiędzy firmami i klientami.)

OK, długie to już, choć mam niepłonną, że, w swej niekłamanej naukowości, interesujące, przynajmniej dla niektórych, z moimi Czytelnikami na czele. Gdzie jednak, spyta uważny Czytelnik, ów tytułowy "nieobliczalny mem tygrysi"? ("To bardzo dobre pytanie!") Czytelnik faktycznie jest uważny, ale byłby jeszcze bardziej uważny, gdyby zauważył, że jeszcześmy nic nie rzekli na temat tego, jak się w tej drugiej sieci - tej z potęgowym rozkładem ilości kontaktów - ma sprawa rozprzestrzeniania się infekcji, czy to w sensie dosłownym, czy jakichś tam memów (ufff! wciąż ciężko mi się to słowo pisze).

Ma się ona tak otóż, że nie istnieje w tym przypadku żadna "masa krytyczna", i nie sposób w ogóle przewidzieć, jak dany "wirus" (w sensie np. mema) się rozprzestrzeni! Albo czy zainfekuje całą sieć. Ta rzecz jest po prostu całkiem nie do przewidzenia! Z czego zresztą wynikają tego właśnie typu dziwne zjawiska, jak ów krach giełdowy z września 1987.

Ormerod cytuje wybitnego fizyka zajmującego się statystyką, niejakiego Gene Stanleya, który, badając fluktuacje kursów giełdowych wykazał, iż ich reakcje na ten sam czynnik zewnętrzny, czynnik o tym samym dokładnie natężeniu, może mieć natężenie całkiem różne, a różnice sięgają, ni mniej, ni więcej, tylko... Ośmiu rzędów! Czyli, prostym codziennym językiem - od jednego do stu milionów!

Nic dziwnego, że co pewien czas giełdy "bez powodu" polecą na pysk! Nic dziwnego, że co pewien czas genialne, niezatapialne ekonomiczne przedsięwzięcia - jak fundusz LTCM, na przykład - pójdą z Titanikiem na dno! Im większa katastrofa, tym - zgodnie z prawidłowością zawartą w rozkładzie potęgowym - mniejsze jej prawdopodobieństwo. Mniejsze, a nawet znacznie mniejsze, bo mamy tu do czynienia z kwadratem skali katastrofy. A jednak prawdopodobieństwo takie istnieje i jest o wiele wyższe, mimo wszystko, niż to wynikające z rozkładu normalnego.

Co więcej - jest na tyle znaczące i realne, że występuje w rzeczywistości,  i to całkiem często. Ogromna większość gatunków, które istniały na ziemi, już nie istnieje, a każdego roku pada średnio nieco ponad 10 procent amerykańskich firm (nie żeby gdzie indziej było lepiej, choć są miejsca, gdzie oficjalnie firmy oczywiście NIE padają). I wynika to, w przypadku firm, nie z tego, żeby one były jakoś wyjątkowo źle prowadzone, tylko tak to po prostu działa i - o dziwo! - rozkład jest zadziwiająco podobny zarówno dla firm (świadomie kierowanych przez przedstawicieli Homo sapiens sapiens), jak i dla żywych, ale bezrozumnych, istot (bezsilnych ofiar ślepej ewolucji).

A to, dlaczego "nieobliczalny mem tygrysi"... (Nikt się jeszcze nie domyślił? Widać zbyt fascynująco piszę.) To chodzi o to, że, widzicie ludzie - skoro w tym realnym systemie nie ma jakiejś "masy krytycznej", która by kochanej władzy dała pewność, że wywrotowe idee Tygrysizmu nie zainfekują całej sieci... Nie mówimy o podbiciu serc całego świata, bo większość lemingów jest nie do uratowania, ale też lemingi to tylko mierzwa, a nie podmiot... Mówimy o ewentualnej elicie, która by ewentualnie zastąpiła tych obecnych degeneratów i powiedziała lemingom - grzecznie, ale ze stalowym błyskiem w oku - co mają, a czego nie mają, robić. Zgoda?

No wiec, choć prawdopodobieństwo nie jest specjalnie po naszej stronie, to jednak nie ma żadnej obiektywnej i niepokonanej zapory dla Tygrysizmu! To już coś, prawda? Ktoś może rzec, że zgoda, ale przecież taki powiedzmy Korwin ma o wiele większą szansę, bo tych tam kontaktów ma jednak o wiele więcej, i o wiele więcej po prostu wyznawców.

Ja się z tym całkowicie zgadzam - przynajmniej, jeśli sprowadzamy sprawę wyłącznie do owego modelu z agentami i rozkładu potęgowego. Jednak, odchodząc nieco dalej od owego modelu, daje się zaobserwować ciekawy fakt, taki mianowicie, że z Tygrysizmu nikt się chyba jeszcze nigdy nie "wyleczył", a z Korwinizmu paru ludzi już tak, choć może nie wszyscy do końca.

Tak więc, jakby na tę sprawę nie patrzyć, to, jeśli nie poddamy się czarnemu pesymizmowi, to nawet Nauka i tutaj jest po naszej stronie. A gdzie Nauka, tam i Nadzieja! (Takiego sobie bonmota na poczekaniu wymyśliłem, fajny?) Tak więc, powiadam wam - idźcie i nieście Dobrą Nowinę Tygrysizmu pod każdą strzechę, pod każda dachówkę! O azbeście nie zapominając, ani o zielonej od śniedzi blasze renesansowych pałaców! Zwycięstwo może jeszcze być nasze! Nie mówię, że mem Tygrysizmu MUSI zwyciężyć, że mamy to jak w saku - ale warto walczyć, bo zwycięstwo MOŻE być jednak przy nas!

(Oczywiście w tej końcówce nieco się wygłupiam, ale cały ten tekst jest jak najbardziej NAUKOWY, a nawet HIPERNAUKOWY. A więc - IDŹCIE I GŁOŚCIE!)

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

środa, sierpnia 03, 2011

Kozacy, Duch Święty i karmienie kaczek (czyli Wszystko Co Chciałeś Wiedzieć o Politycznych Demonstracjach)

W swoim długim życiu brałem udział w niemałej ilości politycznych demonstracji. Nie we wszystkich z własnej woli, przynajmniej we wczesnej młodości, choć Bóg mi świadkiem, że bardzo się starałem tego uniknąć. Kiedy zaś z własnej woli, to często jednak miałem różnego rodzaju wątpliwości - natury już to estetycznej, już to jakiejś innej, choć przeważnie obu tych kategorii na raz.

Te wczesne i mimowolne, to oczywiście różne tam pierwsze maje ze szkołą, i co tam jeszcze było. Człek robił, co mógł, żeby nie pójść, albo przynajmniej urwać się tak szybko, jak to było możliwe. Żeby żadnej tam szturmówki, czy jednej z nóg transparentu nie nieść... Kiedy już był zmuszony do przedefilowania przed trybuną honorową, oczywiście starał się człek, żeby patrzeć w całkiem inną stronę, a nie z tym samym wniebowziętym zachwytem, co większość rówieśników, o belfrach nie wspominając.

Człek tak muzykalny jak ja, a jednocześnie tak źle do całego tamtego (i tego) syfa nastawiony, musiał się niemało namęczyć, żeby nie maszerować w takt skocznej muzyczki z niezliczonych głośników, jak to było zaplanowane i co działało nawet na ludzi o całkiem drewnianych uszach. Możecie mi wierzyć, że owo ciągłe staranie, by gubić krok i nie maszerować jak prlowski leming...

Gorzej! Żeby ten zbiorowy, wesolutki rytm, w tej, niemal zawsze ładnej pogodzie, jaką sobie komuchy u swoich świętych świeckich chyba zawsze skutecznie wymodlały, człowiekowi nie zaczął przenikać do krwi, do układu nerwowego, żeby człek nie stawał się też, niezauważenie prlowskim lemingiem.

Pierwsze moje w miarę efektowne osiągnięcia na dyskutowanej tu przez nas niwie miało miejsce w ósmej klasie podstawówki, kiedy to po prostu nie poszedłem na pochód, a nagabywany przez kierownika szkoły odparłem z niewinną minką, że "wydawało mi się, że to jest wolny dzień, a pójście na pochód jest dobrowolne".

Groziła mi ponoć z tego powodu trója ze sprawowania, a była to ostatnia klasa podstawówki, zaś w owych czasach obniżone sprawowanie nie było częste i stanowiło pewien problem. Przynajmniej w takich wzgl. cywilizowanych miejscach, jak owa elbląska szkoła. Założenie było w każdym razie takie, że z tym obniżonym sprawowaniem nie załapię się na żadną fajną dalszą edukację.

Nie wiem, jak to tam naprawdę było i jak realne wisiało nade mną zagrożenie, ale sprawa nabiera właściwego kolorytu dopiero, kiedy się wie coś o owym kierowniku. Którego, nawiasem, omal apopleksja na miejscu nie strzeliła, kiedy usłyszał moją odpowiedź, a cała liczna klasa wraz z nim. To był gość o wyglądzie tow. Kalinina - toczka w toczkę (b. adekwatne określenie) bliźniak jednojajowiec. Jak wyglądał tow. Kalinin? Można sobie poszukać, ale dla niecierpliwych powiem, że coś jak dwujajowy bliźniak tow. Trockiego.

Opowiadać by o nim można godzinami, bo to naprawdę był relikt z czasów nieco już wtedy, mimo wszystko, minionych, choć, jeśli właściwie odgaduję prądy epoki, to nie aż tak długo. (Komuś się nie chce, choć tego naprawdę nie rozumiem, odtwarzać w pamięci wyglądu tow. Trockiego, to powiem, że tow. Kuczyński także jest niezłym przybliżeniem. Pod wzgl. wyglądu, poglądów i zachowania.)

Od tej chwili jednak nie musicie sobie nic wyobrażać, bo macie tu, na samej górze, fizjonomię tow. Kalinina do naocznego oglądu. (Dzięki Iwona za znalezienie tego cudnego zdjęcia! Jednak tow. Bartkiewicz miał chyba głupszy pysk i mniej urodziwy, choć w sumie b. podobny.)

No to tyle było owej wesołej anegdotki (która, mam nadzieję, przy okazji pomoże mi zająć należne mi miejsce w jakimś przyszłym ZBoWiD'zie), a teraz przejdziemy do demonstracji dobrowolnych. Zrobimy to jednak tylko bardzo pobieżnie, zostawiając sobie ew. dokładny opis (und liczne impresje) na czas emerytury i komponowania własnych autobiografii.

Fakty sobie potraktujemy pobieżnie, jednak nie da się pominąć talkiego oto (z kategorii duchowych), że zawsze, od kiedy pamiętam, bardzo mi się nie podobały demonstracje z założenia mające stanowić apel do władzy, co do której człowiek, o ile nie był kompletnym durniem, nie mógł mieć żadnych złudzeń, że ma człowieka, swoich tzw. "obywateli", całą Polskę i wszystkie wartości etyczne w dupie...

A my tutaj apelujemy, nawołujemy do dialogu, jak Polak z Polakiem, prosimy, skamlemy i wyrażamy nadzieję, że teraz to już będzie inaczej, lepiej, bo władza przecież już, przed chwilą, zrozumiała. Tego typu pedalskie pierdoły, żeby było jeszcze obrzydliwiej, okraszone zazwyczaj masochistyczno-infantylnymi okrzykami i skandowanymi częstochowskimi wierszykami gdzieś z podnóża Góry Kalwarii.

Grudzień '70 to nie było takie coś, przynajmniej nie tam, gdzie ja byłem, czyli w Elblągu. Tego nie mam powodu się w żaden sposób wstydzić, choć oczywiście siły były w sumie dość nierówne, co nie jest w moim guście - z jednej strony czołgi, nawet strzelające, choć na szczęście tylko ślepakami (ale huk był niesamowity, a nikt nie mógł przecież wiedzieć, czym one będą strzelać za chwilę), z drugiej kamienie i odrzucane petardy. I tak udało się osmalić budynek Komitetu, co nie jest złym wynikiem. (Ja jednak nie miałem w tym osmaleniu żadnego osobistego udziału - mówię to, choćby mi to miało zaszkodzić w przyjęciu do nowego ZBoWiD'u.)

No dobra... Przeskakujemy czas jakiś - czas mrocznej epoki Gierka i jej pochodów, z którymi człek we własnym zakresie wojował jak potrafił, jako uczeń liceum i potem student. Dochodzimy do schyłkowego okresu mrocznej epoki i działającej już opozycji. Ta opozycja to oczywiście temat rzeka, temat na naukowe rozprawy, które już nigdy nie powstaną, temat dla nowego Spenglera, który już się nam nigdy nie narodzi...

Ale jednak masa porządnych ludzi - przeważnie chyba, jak ja sam, po początkowych wątpliwościach (ach, jakżeż uzasadnionych i jakżesz, jak teraz widać, słusznych!) - zaczęła w tym brać naprawdę aktywny udział, a  z czasem, zgodnie z zasadą contra spem spero, nawet wierzyć w jakiś tego wszystkiego pozytywny skutek.

Mamy więc te ostatnie lata mrocznej epoki Gierka, ja już pracuję sobie w biurze, bo inaczej się nie dało, a koledzy, którzy chodzili byli do tego samego gdańskiego liceum, co przywódcy Ruchu Młodej Polski i ludzie piszący w jego piśmie "Bratniak", dają mi te Bratniaki do czytania i ciągną na demonstracje. Demonstracje z okazji 11 Listopada, to na pewno, i czegoś tam chyba jeszcze. (No przecie, że 3 Maja! Przypomniało mi się po latach.)

Ja zaś, choć idee wyrażane w Bratniaku naprawdę mi się podobają (a jednocześnie trudno mi uwierzyć, że tak po prostu wolno w PRL je sobie w druku wyrażać, no i oczywiście miałem rację, o czym warto by było kiedyś szerzej), ale do demonstracji jako takich, mam stosunek dość mieszany, żeby nie powiedzieć niechętny. Po prostu postulaty składane do stóp zgrai bandziorów i zdrajców (na swoje usprawiedliwienie przypomnę, że wtedy jeszcze nie mogłem wiedzieć, że oni w tym jedynie wtedy raczkowali, a prawdziwi mistrze dopiero przed nami) były mi obrzydliwe.

Aż tu nagle - w tym Bratniaku chyba, no bo gdzie indziej, skoro znikąd poza tym nie sączono we mnie endeckich mądrości i endeckich prawd? - wpada mi w oko tekst, gdzie właśnie jest o endeckim stosunku do demonstracji. Endeckim w sensie nie jakichś tam dzisiejszych neo-komucho-endeków i czcicieli Konecznego, tylko autentycznego Dmowskiego i autentycznej Narodowej Demokracji. Do której dotychczas miałem stosunek niezbyt entuzjastyczny, bo nie pasował mi ten jej idealizm i zbyt, jak to widziałem, pozytywny stosunek do Rosji.

W tym tekście jednak znalazłem niejako odpowiedzi na wszelkie swoje wątpliwości dotyczące politycznych demonstracji. Powiedziano w nim bowiem, że owi dawni endecy nie traktowali demonstracji, jako pożal się Boże "dialogu" z zaborczą, opresyjną i w dupie mającą władzą - tylko na zasadzie "my sobie tu demonstrujemy, bo mamy na to ochotę i nikt nie ma prawa nam tego zabronić". I tak obchodzili różne tam narodowe rocznice, choćby to się nieprzesadnie podobało owym nie-naszym władzom. Bardzo to do mnie trafiło. A przy okazji przekonałem się, że z tą endecją nie jest wcale tak źle, jak myślałem.

No i było tam jeszcze o takiej jednej konkretnej demonstracji tej endecji, na której oni sobie tam tę rocznicę czcili, aż tu nagle wpada na nich galopem sotnia kozaków. I zabiera się do płazowania szablami, czy też walenia ich nahajkami. (Wydaje mi się teraz, po tych cholernie wielu latach, że czytałem tam o płazowaniu, ale jakoś te nahajki widzę jako bardziej prawdopodobne.) Wtedy jeden z owych demonstrantów, jakiś student...

(Ale wyjaśnijmy sobie, że tam były podane wszelkie informacje o tej demonstracji - kiedy, kto, kiedy, i tak dalej. Bo to było jak najbardziej historyczne wydarzenie, tylko że ja zapamiętałem samą istotę sprawy, za to bardzo, mimo upływu lat, wyraziście. Jeśli ktoś mi powie, jak tam dokładnie było, będę mu wdzięczny, bom dość ciekaw.)

Zatem, wracając do naszego głównego wątku, ów student wyciąga z kieszeni rewolwer i z najbliższej odległości kładzie trupem dowódcę tych kozaków. Mówiąc mu w ten sposób: "Sorry, ale pan nie byłeś zaproszony, a w dodatku przyłazisz pan tu z całą zgrają koleżków, którzy w ogóle nie potrafią się zachować. Takie coś nie może w porządnym towarzystwie ujść bezkarnie, przykro mi!" (A wszystko to zawarte w jednym krótkim "BAM!")

Kozaków ogarnął chaos, student znikł z tłumu, dłuższy czas skutecznie się ukrywał i, jeśli kojarzę, to żył potem długo i szczęśliwie. (Jeśli ktoś z was spotka kiedyś dziarskiego stupiętnastoletniego staruszka, karmiącego kaczki w jakimś parku - niewykluczone, że to właśnie będzie on.) I nikomu, z tego co pamiętam, nic się już nie stało, w każdym razie nic strasznego. Poza tym dowódcą kozaków, żadnych ofiar.

A jakiż z tego wszystkiego morał, spyta ktoś? Musi być morał? - spytam z kolei ja. Był kawałek wspomnień z czasów bardzo już zamierzchłych, w dodatku zamierzchłych słusznie... Była wesoła historyczna anegdotka... Było też nieco rozważań nad naturą politycznych demonstracji jako takich. Mało?

Jeśli naprawdę mało, no to proponuję wszystkim zwolennikiem tezy "swobodnym dostępie do broni", jako "najlepszej gwarancji wolności obywatelskich przed samowolą władzy", małe umysłowe ćwiczonko: proszę się zastanowić i napisać parustronicowe wypracowanie na temat: "Jak by się wypadki potoczyły, gdyby dzisiaj ktoś w podobnie elokwentny sposób udzielił lekcji manier dowódcy kozaków?"

To znaczy - wróć! Nie kozaków, przynajmniej na razie, tylko policjantów III RP, czy choćby chłopców od Zubrzyckiego (i tej tam natchnionej przez Ducha Świętego). Ale w sumie chodzi o analogiczną sytuację, tylko DZISIAJ.

Tak, całkiem z głowy. Nie, poważnie mówię! Żadnych opracowań, z tego co wiem, na ten temat zresztą nie ma. No więc jak będzie? Ktoś się odważy? Czy jednak fajniej jest cytować Jeffersona (o bardziej współczesnych mędrcach nie wspominając) i nie zaprzątać sobie zbytnio głowy myśleniem?

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?