Przerywam na chwilę mój cykl o dłoniach i przerabianiu butnej lewizny na malutkie, skruszone i budzące niemal litość istotki, żeby napisać coś w rodzaju biężączki (choć bardzo, jak sądzę, spenglerycznej). Tamto dokończyć po prostu muszę, bo jest na czasie i to pilnie, istotne, a ja opisałem sporo interesujących (jak sadzę) spraw, ale nie doszedłem nawet do najważniejszego. Czyli do tego, co sam uważam za optymalne rozwiązanie naszego problemu. A takie, jak sądzę, istnieje. Więc po prostu muszę, tym bardziej, że... Wiadomo!
Ta spengleryczna biężączka, co ją mam do powiedzenia, to takie oto coś... Niewyobrażalny jeszcze do niedawna dla nikogo chyba fakt, że oto nam żydokomuna sprowadza tutaj wnuków gestapowców i SS-manów, mordujących Polaków m.in. w Warszawie, do tej samej Warszawy i w bardzo w sumie podobnym celu... To nawet nie bardzo jest jak komentować!
Powie ktoś, że tłumienie rocznicowej, patriotycznej demonstracji, której żadna władza, która choć trochę chce uchodzić za polską, nie ma najmniejszego sposobu zakazać, to jednak nie to, co mordowanie cywilów w czasie Powstania?
Różnica faktycznie pewna jest, ale jednak niewielka, tym bardziej, że to przecież tylko pierwszy etap, a jeśli się uda i prowokacja wypali, to poleje się krew, że ho ho! A na razie, w przeciwieństwie do Powstania, nikt z naszej strony broni palnej i materiałów wybuchowych przeciw temu kurestwu nie używa. Tak że różnica jest całkiem drobna, a tym bardziej w nieco bardziej długofalowych zamiarach planujących to wszystko macherów.
To, jak i wiele innych aktualnych faktów - w rodzaju paskudnej napaści miłujących pokój elit na Libię, zamordowanie Kadafiego i reakcja owych elit na to wydarzenie - świadczy, moim skromnym zdaniem, że te elity (Bóg mi świadkiem, że ciężko mi to słowo w tym kontekście przechodzi przez gardło!) nie są ani trochę bardziej humanitarne, mniej brutalne, mniej cyniczne, mniej psychopatyczne i nihilistyczne, niż znane nam, mniej lub bardziej z teorii, Leniny, Trockie, Pol Poty, Bermany, Hitlery... I co tam jeszcze z tej obrzydliwej fauny.
Że starszy brat Michnik w istocie niczym się nie różni od młodszego brata Michnika, a cała różnica to mądrość etapu. I że te wszystkie Barrosy, Merkele, i co tam jeszcze, nie są - mentalnie i pod względem możliwości (że tak to określę) - czymś bardzo odległym od swych ideowych ojców: Dzierżyńskich, Heindrichów, Beriów, Himmlerów, Jeżowów czy Hansów Franków.
Albo prawie cała różnica polega na mądrości etapu, bowiem jeśli ktoś mi powie, że "historia powtarza się, ale jako farsa", to się zgodzę, że to fajne przysłowie, że coś w tym jest... I zaraz dodam, że ja bym stanowczo nie budował na tym żadnego gmachu optymizmu. Historia powtarza się jako farsa i w tym przypadku, zgoda, ale raczej tylko w tym sensie, że jednak prawdziwy bolszewik, przy całym swym obrzydliwym nihiliźmie, psychopatii, brutalności i cyniźmie, był bez porównania odważniejszy, a także i znacznie bardziej ideowy, od tej zgrai degeneratów, których mamy dzisiaj za elitę.
Nawet Dávila to mówi (co można sobie zresztą na moim blogasku poszukać), i w mojej opinii nawet sporo przesadza (zapewne w dużej mierze z powodu lapidarności wymaganej przez swą formę). Mówi on mianowicie coś w stylu, że: "Bolszewik robiący rewolucję jest godzien najwyższego szacunku, natomiast bolszewik u władzy jest tylko burżujem". Coś w tym jest i nawet współbrzmi to z tym, co sam niedawno pisałem o lewicy o władzy i całej tego nieuniknionej brzydocie. (Zaraz! A może nie aż "bolszewik", ino po prostu "rewolucjonista"? To by się dało znieść. Mogłem niedokładnie pamiętać. Dopisane po latach.)
Dávila z pewnością nie mówi tego z powodu konkretnych przekonań bolszewika, ani jego zachowań, czy celów, tylko z powodu jego, jakby nie było, idealizmu. Który dla mnie raczej jest mózgową schizoidią, jeśli nie gorzej, ale widać Dávila burżujstwa nienawidził jeszcze bardziej niż ja, i takie odeń odchylenia bardziej niż ja doceniał. Poza tym oczywiście, żyjąc sobie jako zamożny i wolny człek w Kolumbii, nie zaznał bolszewików i ich sługusów na własnej skórze. Ale to poniekąd była dygresja, choć Dávila to ważny gość i warto go przypominać.
Chodzi mi jednak w sumie o to, że - tak, historia i teraz zdaje się powtarzać jako farsa - ale ta jej farsowość polega WŁAŚNIE na tej ewidentnej różnicy jakości i powagi pomiędzy Michnikiem i Goebelsem, Blumsztajnem i Ernstem Röhmem, którymś z licznych figurantów w sowieckim KC i figurantem Barroso... Że ci dzisiejsi, nawet na tamtym nieciekawym tle, są żenująco błazeńscy, to fakt dość oczywisty i bijący w oczy. Ale żeby z tego miało wyniknąć, że koniecznie mniej nam, i światu, zaszkodzą, to, jak sądzę, jedynie CHCIEJSTWO I NAIWNE ZŁUDZENIE! Może nie każdy, może nawet nie każdy w polityce - ale TEN OPTYMIZM na pewno JEST TCHÓRZOSTWEM!
triarius
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
piątek, października 28, 2011
Historia powtarza się Michnikiem i Blumsztajnem
słowa kluczowe:
bolszewizm,
Gestapo,
historia,
N.G. Dávila,
Powstanie Warszawskie,
SS,
żydokomuna
środa, października 26, 2011
O dłoniach i uczłowieczaniu małpy (część 3)
Czytelnik może o tym jeszcze nie wiedzieć, ale właśnie wdrapaliśmy się razem na pulchniutki wzgórek, z którego roztacza się nam przecudny widok na żyzną równinę. Na której soczysta trawa, szemrzące strumyki i bujne wymiona, kobiety zaś tak słodkie i uległe, że bez chwili zastanowienia spełniają każde męskie życzenie. (Jedynie gdyby im ktoś zaproponował równouprawnienie, o feminiźmie nawet nie wspominając, zamienią się momentalnie w tygrysice, erynie i menady z tych, które rozszarpały żywcem Orfeusza. I ten drobny grzeszek, o ile to jest grzeszek, chętnie im chyba wybaczymy.)
Zanim powolutku, z godnością, jak ów byk z anegdotki, spuścimy się na ową rozkoszną równinę, by się skąpać w jej bujności, soczystości i wymionach, jeszcze drobnych remanent, żebyśmy mieli wszystkie sprawy, nawet te niezbyt ważne, omówione raz na zawsze i do końca, zanim oddamy się temu, czemu się mamy zamiar oddać.
Te cwane rękawice ze sproszkowanym ołowiem, to one oczywiście nadają się nie tylko - jedne do bicia pięścią, bo boksersku, drugie zaś do walenia kantem. Te pierwsze dają bowiem niezłe możliwości stosowania urakena, czyli backfist'u, czyli uderzenia kostkami pięści z wierzchem dłoni odwróconym w stronę celu. Co wprawdzie z taką rękawicą jest o wiele dla nas bezpieczniejsze i na pewno skuteczniejsze, ale jednak uraken to nie jest coś, czym by sobie należało zbytnio głowę na wstępnym etapie szkolenia zaprzątać.
Zbyt mało skutecznych zastosowań, zbyt mały efekt, plus spore jednak niebezpieczeństwo zrobienia sobie więcej krzywdy, niż wrogowi. Z taką rękawicą jest lepiej, ale i to i tak nie jest coś, na czym by się należało koncentrować. (W każdym razie, gdyby ktoś jednak chciał, to zwracam uwagę, że to jest takie luźne szybkie smagnięcie. Inaczej lepiej walić "kamiennym młotem", czyli tetsui, o czym zaraz.)
Tetsui, czyli bottom fist, czyli uderzenie młotkiem (a nawet "kamiennym młotem", jak chcą Japończycy od karate)... Wielki temat i b. interesująca sprawa! Jeśli nie walniemy wadliwie, a konkretnie kością nadgarstka i w coś naprawdę twardego und masywnego, jak w czachę czy kolano, to krzywdy sobie raczej nie zrobimy, bo uderzamy masą mięcha, które nam się ładnie tam pod tym spodem pięści wybrzusza. Przypominam, że chodzi o uderzenie zaciśniętą pięścią, od strony małego palca, tym tam mięchem. Raczej nie małym palcem, czy jego nasadą, i raczej nie kością przedramienia, chyba że w coś stosunkowo miękkiego i/lub lekkiego - szyja, przedramię, żebra, wtedy to jest nawet super uderzenie!
Taka rękawica, cośmy ją sobie pobieżnie opisali - taka z ołowiem na kancie dłoni, nadaje się przecież także znakomicie do walenia w ten właśnie sposób. A tetsui ma masę słodkich zastosowań, na przykład w brudnym boksie. Dlaczego? Nie mówimy tu o boksie, ale jednak powiem, że np. przyzwoity sierp powinien być zadawany z ramieniem zgiętym w łokciu POD KĄTEM PROSTYM. Ani mniej, ani więcej! Oczywiście pewne drobne tolerancje są dopuszczalne, ale jeśli ten kąt będzie sporo większy, to na gołe pięści (a zapewne nawet w rękawiczkach lub z zmiętym kawałkiem Gazownika) mamy sporą szansę zrobić sobie większą krzywdę, niż wrogowi. Jeśli go palniemy np. w czachę, za uchem, co nie jest wcale w realu trudne.
Można by o tym godzinami, ale tyle musi starczyć, że dłuższy sierp od takiego z kątem prostym w łokciu, to raczej nie sierp, albo też uderzamy palcami lub kciukiem, co jest mało skuteczne, mało przyjemne i raczej ryzykowne. Może to też być swing (zamachowy), albo wyrafinowany "korkociąg" (corkscrew punch), który jest swego rodzaju krzyżówką prostego z sierpem, trudnym i mającym, obok zalet, swoje wady. Swing zaś to nie jest coś, co powinno się stosować na przytomnym przeciwniku. Nawet Dempsey, któren był slugger pierwszej wody, wam to powie! No i rzecz w tym, że wiele sierpów daje się ładnie zastąpić właśnie "młotkami", czyli tetsui. Albo z bliska z boku, albo długi sierp, który w ostatniej chwili przechodzi w tetsui. Wydaje się to trudne, ale w sumie nie jest i b. ładnie wychodzi po paru próbach.
Teraz taka rzecz, że, skoro rękawiczka pomaga i coś ściskane w dłoni też pomaga, to oba z pewnością pomagają jeszcze lepiej. No i to jest oczywiście prawda. Tylko trza się zastanowić, czy to jeszcze ma jakiś większy sens. W końcu, aby aż tak się koncentrować na ciosach pięścią, w stylu bokserskim, choćby i brudnym, to trza naprawdę wierzyć w swoje pięści, a więc mieć o tym pojęcie, potężny cios itd. A to z pewnością dotyczy tylko mniejszości. Po drugie to i tak nie będzie żadna tam bazooka, ani nawet porządny kastet. Istnieje tutaj niejako pewna linia, wyznaczająca skuteczność, oraz druga, wyznaczająca te dodatkowe aspekty, jak łatwość przenoszenia, nierzucanie się w oczy, odporność na rozgrzane sędziny III RP itd.
No i wiadomo, że np. porządny lotniskowiec, albo bomba wodorowa, byłyby skuteczniejsze od większości rzeczy, ale jednak nam problemu nie rozwiązują. Tak? Nas cieszy coś, co można z sobą spokojnie nosić, a najlepiej żeby to było coś, co się daje w każdej niemal chwili znaleźć i zastosować. Nawet z kordelasem czy nabijaną krzemieniami buławą raczej nie będziemy po ulicy chodzić, a w każdym razie to nie jest to, czym my się tu w tej chwili zajmujemy.
Więc, o ile rękawiczka może być miłym dodatkowym usprawnieniem dla naszego ambitnego zamiaru, i tak samo złapanie czegoś w dłoń, to nad jednym i drugim na raz można by się już zastanawiać. Może być OK, a może być zbyt wiele, jak na to, że efekt i tak nie będzie aż tak wielki. Dla wielu ludzi możliwość otwarcia dłoni i np. chwycenia czegoś będzie cenna, a ich bokserskie umiejętności nieprzesadnie wielkie. Więc tyle o tej kombinacji. I tak cholernie wiele, jak na wagę tego konkretnego tematu, choć jako przykład ogólniejszego zjawiska, to może jest i warte omówienia.)
Swoją drogą, skoro już mówiliśmy o pechowych uderzeniach nadgarstkiem, zastanawiam się często, dlaczego tak mało popularne jest opancerzenie sobie zewnętrznej strony przedramienia - tej od strony małego palca. Tak od kości nadgarstka, gdzieś do połowy przedramienia, albo i dalej, ale nie sięgając łokcia. Miałoby to masę zalet: niewidoczne pod ubraniem, nieprzeszkadzające dosłownie w niczym, dałoby się zrobić tanio i prosto, byłoby cholernie skuteczne przy blokach... Akurat na tej dolnej powierzchni przedramienia nie ma żadnych wrażliwych punktów, o ile sobie nie uszkodzimy kości nadgarstka, a na innych są, więc jest to idealna powierzchnia do uderzania i blokowania!
Psy by tego tak łatwo nie wykryły, a jeśli nawet, to niezawisłemu sądowi wstawiło by się gadkę w stylu: "Wysoki sądzie, przecież to tylko do obrony! Do blokowania uderzeń i kopnięć tych niemieckich neohitlerowców, co ich tutaj nasprowadzali na nasze polskie święto odzyskania... Przepraszam, to byli antyfaszyści? Trudno było rozpoznać, daruje wysoki sąd."
Takie coś na przedramię powinno być z jakiejś grubej blachy, albo sztywnego tworzywa - samo nasze przedramię daje sztywność i chodzi głównie o to, żeby się siła rozkładała na całej powierzchni. W środku mogłoby być jakieś miękkie wyłożenie, ale w sumie rzecz cienka, lekka, tania w produkcji. Zapewne trzymana na miejscu jakimiś dwoma czy trzema paskami na rzepy, ale musiałaby być na tyle wyprofilowana, żeby się na przedramieniu nie przekręcać. Oczywiście mogły by być dwa takie, na obu przedramionach.
Jeśli ktoś nie kojarzy radości, jaką by to mogło dać, poza blokowaniem uderzeń i kopnięć w taki sposób, że atakujący na tym cierpi, to niech sobie taki człek wyobrazi mocne uderzenie tak uzbrojonym przedramieniem w szyję (z dowolnej zresztą strony), w mięsień trapezoidalny (między barkiem a szyją, tam są cudne sploty nerwowe!), w obojczyk (nie trzeba nawet specjalnie celować, bo gdzie by się nie trafiło, skutek potężny), w dolne żebra, przez pysk... Itd. itd. Do tego ustawienie tego przedramienia poziomo przed sobą, wsparcie go drugą ręką, i wejście lewakowi w mordę lub szyję, całym szwungiem, całą masą ciała i z fajną kontynuacją. O uderzeniach w jaja i tym podobnież nawet nie wspominam, bo to nawet bez naszego chitynowego pancerzyka nieźle wychodzi, ale tak jest jeszcze fajniej.
Swoją drogą, tonfa, taka jakiej ostatnio używają różne obywatelskie policje, też ma tego typu zastosowanie, że trzyma się ją za tę rączkę i leży wzdłuż przedramienia. Tyle, że jestem niemal pewien, iż tego rodzaju wyrafinowanie nie dociera do tych przemiłych chłopców, którzy w związku z tym mieliby o wiele więcej radości i pożytku ze zwykłej pałki, albo nogi od stołka, niż z tonfy. No, ale na dostarczaniu tonf można oczywiście zrobić większe przekręty!
I tak to spędziliśmy cały odcinek na pobocznych drobiazgach, remanentach, genialnych pomysłach i dygresjach. Sprawy naprawdę najistotniejsze - te które ja uważam za naprawdę dobre rozwiązanie problemu agresywnej lewizny, szkopskich neohitlerowców spod znaku rebe Blumsztajna itp., wciąż jeszcze przed nami. O ile, oczywiście, już nie straciliście cierpliwości. Albo też nie znaleźliście już w tym co było super rozwiązania dla siebie.
triarius
Zanim powolutku, z godnością, jak ów byk z anegdotki, spuścimy się na ową rozkoszną równinę, by się skąpać w jej bujności, soczystości i wymionach, jeszcze drobnych remanent, żebyśmy mieli wszystkie sprawy, nawet te niezbyt ważne, omówione raz na zawsze i do końca, zanim oddamy się temu, czemu się mamy zamiar oddać.
Te cwane rękawice ze sproszkowanym ołowiem, to one oczywiście nadają się nie tylko - jedne do bicia pięścią, bo boksersku, drugie zaś do walenia kantem. Te pierwsze dają bowiem niezłe możliwości stosowania urakena, czyli backfist'u, czyli uderzenia kostkami pięści z wierzchem dłoni odwróconym w stronę celu. Co wprawdzie z taką rękawicą jest o wiele dla nas bezpieczniejsze i na pewno skuteczniejsze, ale jednak uraken to nie jest coś, czym by sobie należało zbytnio głowę na wstępnym etapie szkolenia zaprzątać.
Zbyt mało skutecznych zastosowań, zbyt mały efekt, plus spore jednak niebezpieczeństwo zrobienia sobie więcej krzywdy, niż wrogowi. Z taką rękawicą jest lepiej, ale i to i tak nie jest coś, na czym by się należało koncentrować. (W każdym razie, gdyby ktoś jednak chciał, to zwracam uwagę, że to jest takie luźne szybkie smagnięcie. Inaczej lepiej walić "kamiennym młotem", czyli tetsui, o czym zaraz.)
Tetsui, czyli bottom fist, czyli uderzenie młotkiem (a nawet "kamiennym młotem", jak chcą Japończycy od karate)... Wielki temat i b. interesująca sprawa! Jeśli nie walniemy wadliwie, a konkretnie kością nadgarstka i w coś naprawdę twardego und masywnego, jak w czachę czy kolano, to krzywdy sobie raczej nie zrobimy, bo uderzamy masą mięcha, które nam się ładnie tam pod tym spodem pięści wybrzusza. Przypominam, że chodzi o uderzenie zaciśniętą pięścią, od strony małego palca, tym tam mięchem. Raczej nie małym palcem, czy jego nasadą, i raczej nie kością przedramienia, chyba że w coś stosunkowo miękkiego i/lub lekkiego - szyja, przedramię, żebra, wtedy to jest nawet super uderzenie!
Taka rękawica, cośmy ją sobie pobieżnie opisali - taka z ołowiem na kancie dłoni, nadaje się przecież także znakomicie do walenia w ten właśnie sposób. A tetsui ma masę słodkich zastosowań, na przykład w brudnym boksie. Dlaczego? Nie mówimy tu o boksie, ale jednak powiem, że np. przyzwoity sierp powinien być zadawany z ramieniem zgiętym w łokciu POD KĄTEM PROSTYM. Ani mniej, ani więcej! Oczywiście pewne drobne tolerancje są dopuszczalne, ale jeśli ten kąt będzie sporo większy, to na gołe pięści (a zapewne nawet w rękawiczkach lub z zmiętym kawałkiem Gazownika) mamy sporą szansę zrobić sobie większą krzywdę, niż wrogowi. Jeśli go palniemy np. w czachę, za uchem, co nie jest wcale w realu trudne.
Można by o tym godzinami, ale tyle musi starczyć, że dłuższy sierp od takiego z kątem prostym w łokciu, to raczej nie sierp, albo też uderzamy palcami lub kciukiem, co jest mało skuteczne, mało przyjemne i raczej ryzykowne. Może to też być swing (zamachowy), albo wyrafinowany "korkociąg" (corkscrew punch), który jest swego rodzaju krzyżówką prostego z sierpem, trudnym i mającym, obok zalet, swoje wady. Swing zaś to nie jest coś, co powinno się stosować na przytomnym przeciwniku. Nawet Dempsey, któren był slugger pierwszej wody, wam to powie! No i rzecz w tym, że wiele sierpów daje się ładnie zastąpić właśnie "młotkami", czyli tetsui. Albo z bliska z boku, albo długi sierp, który w ostatniej chwili przechodzi w tetsui. Wydaje się to trudne, ale w sumie nie jest i b. ładnie wychodzi po paru próbach.
Teraz taka rzecz, że, skoro rękawiczka pomaga i coś ściskane w dłoni też pomaga, to oba z pewnością pomagają jeszcze lepiej. No i to jest oczywiście prawda. Tylko trza się zastanowić, czy to jeszcze ma jakiś większy sens. W końcu, aby aż tak się koncentrować na ciosach pięścią, w stylu bokserskim, choćby i brudnym, to trza naprawdę wierzyć w swoje pięści, a więc mieć o tym pojęcie, potężny cios itd. A to z pewnością dotyczy tylko mniejszości. Po drugie to i tak nie będzie żadna tam bazooka, ani nawet porządny kastet. Istnieje tutaj niejako pewna linia, wyznaczająca skuteczność, oraz druga, wyznaczająca te dodatkowe aspekty, jak łatwość przenoszenia, nierzucanie się w oczy, odporność na rozgrzane sędziny III RP itd.
No i wiadomo, że np. porządny lotniskowiec, albo bomba wodorowa, byłyby skuteczniejsze od większości rzeczy, ale jednak nam problemu nie rozwiązują. Tak? Nas cieszy coś, co można z sobą spokojnie nosić, a najlepiej żeby to było coś, co się daje w każdej niemal chwili znaleźć i zastosować. Nawet z kordelasem czy nabijaną krzemieniami buławą raczej nie będziemy po ulicy chodzić, a w każdym razie to nie jest to, czym my się tu w tej chwili zajmujemy.
Więc, o ile rękawiczka może być miłym dodatkowym usprawnieniem dla naszego ambitnego zamiaru, i tak samo złapanie czegoś w dłoń, to nad jednym i drugim na raz można by się już zastanawiać. Może być OK, a może być zbyt wiele, jak na to, że efekt i tak nie będzie aż tak wielki. Dla wielu ludzi możliwość otwarcia dłoni i np. chwycenia czegoś będzie cenna, a ich bokserskie umiejętności nieprzesadnie wielkie. Więc tyle o tej kombinacji. I tak cholernie wiele, jak na wagę tego konkretnego tematu, choć jako przykład ogólniejszego zjawiska, to może jest i warte omówienia.)
Swoją drogą, skoro już mówiliśmy o pechowych uderzeniach nadgarstkiem, zastanawiam się często, dlaczego tak mało popularne jest opancerzenie sobie zewnętrznej strony przedramienia - tej od strony małego palca. Tak od kości nadgarstka, gdzieś do połowy przedramienia, albo i dalej, ale nie sięgając łokcia. Miałoby to masę zalet: niewidoczne pod ubraniem, nieprzeszkadzające dosłownie w niczym, dałoby się zrobić tanio i prosto, byłoby cholernie skuteczne przy blokach... Akurat na tej dolnej powierzchni przedramienia nie ma żadnych wrażliwych punktów, o ile sobie nie uszkodzimy kości nadgarstka, a na innych są, więc jest to idealna powierzchnia do uderzania i blokowania!
Psy by tego tak łatwo nie wykryły, a jeśli nawet, to niezawisłemu sądowi wstawiło by się gadkę w stylu: "Wysoki sądzie, przecież to tylko do obrony! Do blokowania uderzeń i kopnięć tych niemieckich neohitlerowców, co ich tutaj nasprowadzali na nasze polskie święto odzyskania... Przepraszam, to byli antyfaszyści? Trudno było rozpoznać, daruje wysoki sąd."
Takie coś na przedramię powinno być z jakiejś grubej blachy, albo sztywnego tworzywa - samo nasze przedramię daje sztywność i chodzi głównie o to, żeby się siła rozkładała na całej powierzchni. W środku mogłoby być jakieś miękkie wyłożenie, ale w sumie rzecz cienka, lekka, tania w produkcji. Zapewne trzymana na miejscu jakimiś dwoma czy trzema paskami na rzepy, ale musiałaby być na tyle wyprofilowana, żeby się na przedramieniu nie przekręcać. Oczywiście mogły by być dwa takie, na obu przedramionach.
Jeśli ktoś nie kojarzy radości, jaką by to mogło dać, poza blokowaniem uderzeń i kopnięć w taki sposób, że atakujący na tym cierpi, to niech sobie taki człek wyobrazi mocne uderzenie tak uzbrojonym przedramieniem w szyję (z dowolnej zresztą strony), w mięsień trapezoidalny (między barkiem a szyją, tam są cudne sploty nerwowe!), w obojczyk (nie trzeba nawet specjalnie celować, bo gdzie by się nie trafiło, skutek potężny), w dolne żebra, przez pysk... Itd. itd. Do tego ustawienie tego przedramienia poziomo przed sobą, wsparcie go drugą ręką, i wejście lewakowi w mordę lub szyję, całym szwungiem, całą masą ciała i z fajną kontynuacją. O uderzeniach w jaja i tym podobnież nawet nie wspominam, bo to nawet bez naszego chitynowego pancerzyka nieźle wychodzi, ale tak jest jeszcze fajniej.
Swoją drogą, tonfa, taka jakiej ostatnio używają różne obywatelskie policje, też ma tego typu zastosowanie, że trzyma się ją za tę rączkę i leży wzdłuż przedramienia. Tyle, że jestem niemal pewien, iż tego rodzaju wyrafinowanie nie dociera do tych przemiłych chłopców, którzy w związku z tym mieliby o wiele więcej radości i pożytku ze zwykłej pałki, albo nogi od stołka, niż z tonfy. No, ale na dostarczaniu tonf można oczywiście zrobić większe przekręty!
I tak to spędziliśmy cały odcinek na pobocznych drobiazgach, remanentach, genialnych pomysłach i dygresjach. Sprawy naprawdę najistotniejsze - te które ja uważam za naprawdę dobre rozwiązanie problemu agresywnej lewizny, szkopskich neohitlerowców spod znaku rebe Blumsztajna itp., wciąż jeszcze przed nami. O ile, oczywiście, już nie straciliście cierpliwości. Albo też nie znaleźliście już w tym co było super rozwiązania dla siebie.
triarius
słowa kluczowe:
agresywne lewactwo,
bachantki,
boks,
kobiecość,
lewackie neohitlerowskie bojówki,
niezawisłe sądownictwo,
Orfeusz,
rebe Blumsztajn,
samooobrona,
tetsui,
tonfa,
uraken,
walka wręcz,
wzgórek
wtorek, października 25, 2011
O dłoniach i uczłowieczaniu małpy (część 2)
Rękawiczki mające zwiększyć trwałość naszych dłoni w przypadku stosowania ich do dawania odporu lewiźnie powinny być obcisłe. W końcu chodzi o to, żeby się te drobne kości dłoni nie mogły przemieszczać. Za to mogą nie mieć palców i mogą być całkiem cienkie, byle się nie rozciągały. Rękawiczka (bo może być tylko jedna, jeśli ktoś woli, albo nie zdąży obu naciągnąć) w tym kontekście ma zarówno spore zalety, jak i swoje ograniczenia.
Nawet najwścieklejszy pies nie może się "legalnie" przyczepić do tego, że chodzimy sobie w rękawiczkach, zgoda? Ani najbardziej rozgrzana niezawisła sędzina. Rękawiczki, jako się rzekło, mogą być bez palców, czyli, czemu nie, samochodowe. No i (że trochę puszczę wodzę fantazji) albo mamy samochód - a wtedy bez samochodowych rękawiczek nijak. (Jakoż i bez gogli, czapki pilotki i szala pięciometrowej długości. Żartuję!)
Albo też nie mamy samochodu, a wtedy w razie czego: "Wysoki sądzie, marzę o samochodzie, ale mnie nie stać, więc sobie lubię wyobrażać, że mam Ferrari 400 SuperAmerica. Niebieski metallic. (Tutaj wzdychamy i podnosimy oczy ku niebu.) I już sobie do niego kupiłem rękawiczki, które stale noszę, a teraz oszczędzam na lusterko wsteczne."
Z drugiej strony, rękawiczka zwiększająca trwałość dłoni to jednak nie kawał żelastwa, więc są tu pewne ograniczenia. Żelastwem można w sumie walić byle gdzie i byle jak - jeśli się trafi, gdziekolwiek, to raczej gość zauważy. Rękawiczka to genialne rozwiązanie na co dzień, na wsiakij słuczaj, ale raczej dla ludzi mających pojęcie o boksie (bo w sumie w praktyce to nawet i np. karaciści boksem się posługują, choć nie zawsze wysokiej klasy).
Bo to w sumie o boks chodzi, choć na gołe pięści (co jest sporym utrudnieniem) i do tego "brudny" (czyli z masą dodatkowych technik i bez nadziei, że sędzia wroga zatrzyma, jeśli by np. faulował). Boks, choć to fascynujący temat, także ten uliczny, sobie w tej chwili zostawimy na boku. Mówiąc tylko, że na ulicy warto go uzupełnić m.in. uderzeniami "piętą dłoni", kciukiem w oczy, "młotkiem" (tetsui) gdzie się da, łokciem, przedramieniem, w szyję (z dowolnej strony i w sumie czymkolwiek)...
Nawet jeśli nie próbujemy kopać (butem, kolanem), ani obalać czy zakładać chwytów. No i jednak musimy uważać, żeby nie walić w coś zbyt twardego, jak mózgoczacha czy łokcie, i żeby nasza pięść była silnie i prawidłowo zaciśnięta.
Z drugiej strony - i TO JEST TUTAJ NAJWAŻNIEJSZE - boks, choć słodki i skuteczny, nie jest jednak KOMPLETNĄ metodą walki wręcz, i szczególnie w tych czasach, kiedy MMA i tajski boks w telewizji, a także w osiedlowych klubach i gdzie to tylko możliwe, b. łatwo, kiedy człowiek próbuje boksować, dostać np. obezwładniającego kopa, albo gość nam np. wejdzie w nogi, obali i sprawa przenosi się do parteru, gdzie boks nie ma zastosowania.
Jeśli ktoś np. nigdy nie poczuł okrężnego kopnięcia golenią w udo z tajskiego boksu, to nie wie co traci! Takie coś, szczególnie jeśli niespodziewane, naprawdę może człeka wybić z rytmu. A kilka kolejnych może po prostu okulawić na dłuższy czas, niż będzie trwała ta walka. Z nieprzyjemnym skutkiem. A to w końcu nie są wszystkie tego typu możliwości i np. zdrowy kop (jeszcze z takim fajnym drapnięciem z góry na dół, całym ciężarem ciała) w goleń, ma jeszcze więcej czaru. Co ma swoje zalety i wady, oczywiście, zależnie od tego, czy to my kopiemy, czy nas kopią.
Skoro mówiliśmy o rękawiczkach, to wspomnijmy może o pewnym ciekawym ich wariancie, o którym swego czasu czytałem w jakimś chyba "Popular Mechanics", a nawet widziałem oferty jego sprzedaży. Nie mam żadnych bliższych informacji, jak to w praktyce działa, ale na chłopski rozum powinno być skuteczne, tak jak kastet, choć taki bez sadystycznych narośli. A z drugiej strony to nie jest, mimo wszystko "formalnie" kastet. O czym mówimy?
Mówimy o skórzanej rękawicy, tym razem jednak takiej solidnej, z grubej skóry (może być i "ekologiczna"), która ma w miejscu, które się styka z lewakiem, kiedy go walimy pięścią, wszytą taką torebkę, a w niej sproszkowany ołów. Z tego co pamiętam, chodziło o trzy uncje tego ołowiu, co by oznaczało 3 x 35,3 g, czyli 106 g. Dodatkowa masa, choć stosunkowo niewielka, dodaje uderzeniu autorytetu, naszą dłoń w miły sposób ta rękawiczka otula, a na lewaku jest to z pewnością twarde jak kamień. O co w końcu by chodziło.
Był też oferowany inny wariant takiej rękawicy, w którym ołowiany proszek był umieszczony na kancie dłoni (shuto). To znaczy na odcinku od przegubu do miejsca, gdzie nam się rozpoczyna mały palec. Jeśli ktoś woli walić kantem, zamiast z piąchy. Co w mojej opinii jest b. fajnym rozwiązaniem, bo i ew. bloki, i wprost agresywne uderzenia nabierają wymowy, tylko o tyle trzeba mieć o tych sprawach pojęcie, żeby nie przywalić w coś twardego samymi palcami, bo wtedy rączkę możemy sobie jednak uszkodzić.
W końcu to nie jest jakaś szabla nałożona na dłoń, tylko w miarę zwykła rękawica, i ta dłoń powinna się móc zginać, choć raczej naprawiać zegarków w tym się nie da. Oczywiście zastosowanie tego genialnego wynalazku wymagałoby sporych przygotowań, a taka rękawica to już nie całkiem to samo, co nasze zamszowe od Ferrari 400, więc nieco w razie czego bardzie trefne. Ale jak w sumie trefne? Trzeba by to oszacować i ew. zebrać przyszłe doświadczenia. Sporo także może tu zależeć od naszej elokwencji i niewinnego wyglądu.
Istnieje też drugi sposób wzmocnienia dłoni przy zadawaniu ciosów, tak, żeby nam się nie połamała, ani nawet żebyśmy sobie nie ponaciągali ścięgien przy pierwszym uderzeniu. Jest nim mianowicie ściskanie czegoś w dłoni.
Chodzi o dłoń zaciśniętą w pięść, podczas tej pięści, zgodnie z jej naturalnym przeznaczeniem, stosowania. Słyszałem o ludziach, którzy specjalnie na taką okoliczność noszą ze sobą rulonik ciasno zapakowanych monet. Ma to swój ciężar, co dodaje nieco wymowy naszej pięści, łatwo się z tego w razie czego wytłumaczyć...
Po prostu trza sobie przyszykować wersję, zgodną z nominałem owych monet, na co te monety są nam pilnie i stale potrzebne, że aż je ze sobą zawsze nosimy. To nie powinno być specjalnie trudne, skoro wszędzie pełno automatów... "Panie władzo, jestem uzależniony od Coca Coli Light i batoników Jakimtam!"
Jak się małą chwilę pomyśli, to widzi człek, że to jednak wcale nie muszą być monety, bo może to być także mocno zwinięty kawałek naszej ulubionej Szabesgoj Cajtung. Masy wprawdzie to nie ma, ale masa jest tu o wiele mniej ważna od tego, żeby nam się ta zaciśnięta w piąstkę dłoń nie uginała i kości nam się nie przemieszczały. (A poza tym nadrabiamy oczywiście poziomem dziennikarstwa i autorytetem moralnym, jakoś i przynależnością do Ludzi Inteligentnych.)
To oczywiście nie wszystko, co by się dało w taki sposób zastosować (bo także "Newsweek", "Polityka", "Wprost", w bardziej elitarnych przypadkach "Krytyka Polityczna", a do bicia nastojaszcziej elity to i "Komsomolskaja Prawda"). Istotne jest, żeby to było w miarę twarde, miało długość podobną do szerokości naszej dłoni, a grubość taką, żebyśmy mogli zacisnąć pięść w miarę normalnie, ale żeby ona nam się przy nacisku (czy zadaniu ciosu) nie "domykała". Czyli (oceniam to teraz całkiem na oko!) jakiś centymetr średnicy.
No dobra... A co będzie, jeśli to coś, co sobie trzymamy w dłoni, będzie nieco dłuższe i sobie z tej dłoni będzie wystawać? Niewiele, ale jednak. Z jednej strony, albo, lepiej, z dwóch? Co będzie? "To bardzo dobre pytanie!", żeby zacytować Klasyka.
A odpowiedź na nie jest jeszcze lepsza i w sumie rozwiązuje sporą część naszych problemów, którymi się w tym naszym cyklu zajmujemy. Tak więc koncentracja, bo teraz nadchodzą informacje naprawdę użyteczne, i to nie tylko dla bokserów, czy amatorów sztuki rękawiczniczej.
O tym jednak w następnych odcinkach. (I to Deo volente, bo jak nie, to nic z tego.)
triarius
Nawet najwścieklejszy pies nie może się "legalnie" przyczepić do tego, że chodzimy sobie w rękawiczkach, zgoda? Ani najbardziej rozgrzana niezawisła sędzina. Rękawiczki, jako się rzekło, mogą być bez palców, czyli, czemu nie, samochodowe. No i (że trochę puszczę wodzę fantazji) albo mamy samochód - a wtedy bez samochodowych rękawiczek nijak. (Jakoż i bez gogli, czapki pilotki i szala pięciometrowej długości. Żartuję!)
Albo też nie mamy samochodu, a wtedy w razie czego: "Wysoki sądzie, marzę o samochodzie, ale mnie nie stać, więc sobie lubię wyobrażać, że mam Ferrari 400 SuperAmerica. Niebieski metallic. (Tutaj wzdychamy i podnosimy oczy ku niebu.) I już sobie do niego kupiłem rękawiczki, które stale noszę, a teraz oszczędzam na lusterko wsteczne."
Z drugiej strony, rękawiczka zwiększająca trwałość dłoni to jednak nie kawał żelastwa, więc są tu pewne ograniczenia. Żelastwem można w sumie walić byle gdzie i byle jak - jeśli się trafi, gdziekolwiek, to raczej gość zauważy. Rękawiczka to genialne rozwiązanie na co dzień, na wsiakij słuczaj, ale raczej dla ludzi mających pojęcie o boksie (bo w sumie w praktyce to nawet i np. karaciści boksem się posługują, choć nie zawsze wysokiej klasy).
Bo to w sumie o boks chodzi, choć na gołe pięści (co jest sporym utrudnieniem) i do tego "brudny" (czyli z masą dodatkowych technik i bez nadziei, że sędzia wroga zatrzyma, jeśli by np. faulował). Boks, choć to fascynujący temat, także ten uliczny, sobie w tej chwili zostawimy na boku. Mówiąc tylko, że na ulicy warto go uzupełnić m.in. uderzeniami "piętą dłoni", kciukiem w oczy, "młotkiem" (tetsui) gdzie się da, łokciem, przedramieniem, w szyję (z dowolnej strony i w sumie czymkolwiek)...
Nawet jeśli nie próbujemy kopać (butem, kolanem), ani obalać czy zakładać chwytów. No i jednak musimy uważać, żeby nie walić w coś zbyt twardego, jak mózgoczacha czy łokcie, i żeby nasza pięść była silnie i prawidłowo zaciśnięta.
Z drugiej strony - i TO JEST TUTAJ NAJWAŻNIEJSZE - boks, choć słodki i skuteczny, nie jest jednak KOMPLETNĄ metodą walki wręcz, i szczególnie w tych czasach, kiedy MMA i tajski boks w telewizji, a także w osiedlowych klubach i gdzie to tylko możliwe, b. łatwo, kiedy człowiek próbuje boksować, dostać np. obezwładniającego kopa, albo gość nam np. wejdzie w nogi, obali i sprawa przenosi się do parteru, gdzie boks nie ma zastosowania.
Jeśli ktoś np. nigdy nie poczuł okrężnego kopnięcia golenią w udo z tajskiego boksu, to nie wie co traci! Takie coś, szczególnie jeśli niespodziewane, naprawdę może człeka wybić z rytmu. A kilka kolejnych może po prostu okulawić na dłuższy czas, niż będzie trwała ta walka. Z nieprzyjemnym skutkiem. A to w końcu nie są wszystkie tego typu możliwości i np. zdrowy kop (jeszcze z takim fajnym drapnięciem z góry na dół, całym ciężarem ciała) w goleń, ma jeszcze więcej czaru. Co ma swoje zalety i wady, oczywiście, zależnie od tego, czy to my kopiemy, czy nas kopią.
Skoro mówiliśmy o rękawiczkach, to wspomnijmy może o pewnym ciekawym ich wariancie, o którym swego czasu czytałem w jakimś chyba "Popular Mechanics", a nawet widziałem oferty jego sprzedaży. Nie mam żadnych bliższych informacji, jak to w praktyce działa, ale na chłopski rozum powinno być skuteczne, tak jak kastet, choć taki bez sadystycznych narośli. A z drugiej strony to nie jest, mimo wszystko "formalnie" kastet. O czym mówimy?
Mówimy o skórzanej rękawicy, tym razem jednak takiej solidnej, z grubej skóry (może być i "ekologiczna"), która ma w miejscu, które się styka z lewakiem, kiedy go walimy pięścią, wszytą taką torebkę, a w niej sproszkowany ołów. Z tego co pamiętam, chodziło o trzy uncje tego ołowiu, co by oznaczało 3 x 35,3 g, czyli 106 g. Dodatkowa masa, choć stosunkowo niewielka, dodaje uderzeniu autorytetu, naszą dłoń w miły sposób ta rękawiczka otula, a na lewaku jest to z pewnością twarde jak kamień. O co w końcu by chodziło.
Był też oferowany inny wariant takiej rękawicy, w którym ołowiany proszek był umieszczony na kancie dłoni (shuto). To znaczy na odcinku od przegubu do miejsca, gdzie nam się rozpoczyna mały palec. Jeśli ktoś woli walić kantem, zamiast z piąchy. Co w mojej opinii jest b. fajnym rozwiązaniem, bo i ew. bloki, i wprost agresywne uderzenia nabierają wymowy, tylko o tyle trzeba mieć o tych sprawach pojęcie, żeby nie przywalić w coś twardego samymi palcami, bo wtedy rączkę możemy sobie jednak uszkodzić.
W końcu to nie jest jakaś szabla nałożona na dłoń, tylko w miarę zwykła rękawica, i ta dłoń powinna się móc zginać, choć raczej naprawiać zegarków w tym się nie da. Oczywiście zastosowanie tego genialnego wynalazku wymagałoby sporych przygotowań, a taka rękawica to już nie całkiem to samo, co nasze zamszowe od Ferrari 400, więc nieco w razie czego bardzie trefne. Ale jak w sumie trefne? Trzeba by to oszacować i ew. zebrać przyszłe doświadczenia. Sporo także może tu zależeć od naszej elokwencji i niewinnego wyglądu.
Istnieje też drugi sposób wzmocnienia dłoni przy zadawaniu ciosów, tak, żeby nam się nie połamała, ani nawet żebyśmy sobie nie ponaciągali ścięgien przy pierwszym uderzeniu. Jest nim mianowicie ściskanie czegoś w dłoni.
Chodzi o dłoń zaciśniętą w pięść, podczas tej pięści, zgodnie z jej naturalnym przeznaczeniem, stosowania. Słyszałem o ludziach, którzy specjalnie na taką okoliczność noszą ze sobą rulonik ciasno zapakowanych monet. Ma to swój ciężar, co dodaje nieco wymowy naszej pięści, łatwo się z tego w razie czego wytłumaczyć...
Po prostu trza sobie przyszykować wersję, zgodną z nominałem owych monet, na co te monety są nam pilnie i stale potrzebne, że aż je ze sobą zawsze nosimy. To nie powinno być specjalnie trudne, skoro wszędzie pełno automatów... "Panie władzo, jestem uzależniony od Coca Coli Light i batoników Jakimtam!"
Jak się małą chwilę pomyśli, to widzi człek, że to jednak wcale nie muszą być monety, bo może to być także mocno zwinięty kawałek naszej ulubionej Szabesgoj Cajtung. Masy wprawdzie to nie ma, ale masa jest tu o wiele mniej ważna od tego, żeby nam się ta zaciśnięta w piąstkę dłoń nie uginała i kości nam się nie przemieszczały. (A poza tym nadrabiamy oczywiście poziomem dziennikarstwa i autorytetem moralnym, jakoś i przynależnością do Ludzi Inteligentnych.)
To oczywiście nie wszystko, co by się dało w taki sposób zastosować (bo także "Newsweek", "Polityka", "Wprost", w bardziej elitarnych przypadkach "Krytyka Polityczna", a do bicia nastojaszcziej elity to i "Komsomolskaja Prawda"). Istotne jest, żeby to było w miarę twarde, miało długość podobną do szerokości naszej dłoni, a grubość taką, żebyśmy mogli zacisnąć pięść w miarę normalnie, ale żeby ona nam się przy nacisku (czy zadaniu ciosu) nie "domykała". Czyli (oceniam to teraz całkiem na oko!) jakiś centymetr średnicy.
No dobra... A co będzie, jeśli to coś, co sobie trzymamy w dłoni, będzie nieco dłuższe i sobie z tej dłoni będzie wystawać? Niewiele, ale jednak. Z jednej strony, albo, lepiej, z dwóch? Co będzie? "To bardzo dobre pytanie!", żeby zacytować Klasyka.
A odpowiedź na nie jest jeszcze lepsza i w sumie rozwiązuje sporą część naszych problemów, którymi się w tym naszym cyklu zajmujemy. Tak więc koncentracja, bo teraz nadchodzą informacje naprawdę użyteczne, i to nie tylko dla bokserów, czy amatorów sztuki rękawiczniczej.
O tym jednak w następnych odcinkach. (I to Deo volente, bo jak nie, to nic z tego.)
triarius
poniedziałek, października 24, 2011
O dłoniach i uczłowieczaniu małpy (część 1)
Z tym, że dłoń odegrała ogromną rolę w uczłowieczeniu małpy, zgodziliby się wyjątkowo zarówno Marks, jak i Ardrey. Marks gada w tym kontekście coś o pracy - jak to leberalny komuch - podczas gdy Ardrey, znacznie sensowniej, mówi, że człek wziął się z "drapieżnej małpy, polującej zbiorowo i z bronią". Z czego sporo mu zresztą zostało do dziś, na dobre i złe. (Nie Ardreyowi, bo już niestety nie żyje, tylko człekowi.)
Jednak, co jest smutne, to lewizna wyciąga z tego faktu praktyczne wnioski i np. masakruje bezbronnych "faszystów" z pomocą śrubokrętów i młotków. (Swoją drogą, choć nie śledzę biężączki, to chyba by do mnie jakoś doszło, gdyby tamta napaść zakończyła się wysokimi wyrokami, czego by się człowiek spodziewał, gdyby oczywiście nie wiedział co to za kraj.)
Znowu zdaje się nadarzy im się wkrótce do tego fajna okazja, na co niektórzy nasi próbują znaleźć jakąś radę. U Nicka na przykład znalazłem dziś w komęcie radę, którą cytuję:
O cóż nam chodzi w tego rodzaju "środkach przymusu bezpośredniego", jak ten wspomniany przez djansa domorosły kastet? Chodzi nam o:
1. skuteczność (choć raczej nie aż tego rodzaju, by było łatwo zabić, albo w makabryczny sposób smasakrować);
2. łatwość noszenia i szybkiego zastosowania;
3. względnie niewinny wygląd, żeby się było trudno przyczepić w razie np. rewizji (nie mówiąc już po daniu jakiemuś lewakowi za jego pomocą bolesnej nauczki);
Jak to kółko od zaworu spełnia owe warunki?
Ad 1. tak, jak niemal każdy kawałek żelastwa trzymany w dłoni, może minimalnie lepiej od byle jakiego żelastwa;
Ad 2. w sumie OK, daje się nosić w kieszeni i w miarę szybko wyjąć;
Ad. 3 marnie!
Na temat punktu 3 powiedzmy sobie jeszcze parę słów. Otóż nie sądzę, by, nawet w całkiem niewinnej sytuacji, wygrzebanie przez np. policję takiego kółka z czyjejś kieszeni, nastawiło ich do nas szczególnie przyjaźnie. Co dopiero w przypadku "faszystowskiej" demonstracji, połączonej z napaścią lewackich bojówek.
Przy czym jak zwykle obiektywna policja będzie wiadomo po czyjej stronie, więc nawet jeśli taki mędrzec nie dojdzie, do czego konkretnie to miało służyć, to i tak się nie zachwyci. Bo zapewne stwierdzi, że to do rzucania w policję. No a to go raczej nie rozczuli, szczególnie jeśli będzie zmęczony, głodny, wkurwiony, obrzucany wyzwiskami i zastrachany.
Kastetu raczej, takiego prawdziwego, dopracowanego, na tę okoliczność z sobą nie zabierzemy. To jeszcze nie te czasy, armageddon niewątpliwie przyjdzie, a wtedy nie takie środki, jak kastet będą na codzień potrzebne, ale to jeszcze chwilę potrwa.
Jakie więc mamy rozwiązanie? Moim zdaniem niezłych rozwiązań jest całkiem sporo i są naprawdę niezłe, po prostu trzeba je poznać, potem chwilę pomyśleć, no i stosownym przypadku zastosować. Na początek porozmawiajmy chwilę o legalnych alternatywach dla kastetu. Nie, żebym uważał, że to koniecznie najlepsze rozwiązanie, ale skoro zaczęliśmy od kastetów, no to niech o nich najpierw będzie.
Jedyną rzeczą, jaka mi tu przychodzi na myśl - a mówimy, przypominam, o "prawdziwym" kastecie, ale całkiem legalnym - to założenie sobie zegarka na dłoń, tak jak kastet. Występuje to ponoć nawet w jakiejś książce o Bondzie (co oczywiście nie stanowi gwarancji skuteczności). Że w przypadku Rolexa warto się chwilę zastanowić nad jego użyciem w tym charakterze, nie muszę chyba nikomu mówić.
Zresztą zastanowić się warto w każdym przypadku użycia kastetu, nawet prowizorycznego! (A posiadania Rolexa gratuluję, mnie to akurat nie kręci, ale rzecz jest kosztowna i ponoć niezła.) Skoro tylko to mi do głowy przychodzi, no to o czym my tu w ogóle gadamy? - powie ktoś.
Jednak to moje gadanie o kastetach ma chyba nieco sensu, jeśli uwzględnimy specyfikę tego narzędzia, a konkretnie to, jakie ono nam problemy rozwiązuje i jakie możliwości daje. Kastety są różne, a niektóre bardziej niż do łamania kości, służą do masakrowania twarzy poprzez jej cięcie... Sprawa dla alfonsów, i to takich mniej przyjemnych, która nas raczej nie interesuje.
Można wprawdzie pozbyć się lewaka i ew. przepłoszyć jego kumpli, jednym szybkim ruchem rozorując mu mordę (oczywiście kiedy sytuacja naprawdę tego wymaga), ale do tego wystarczy nam klucz do mieszkania, karta kredytowa, grzebień (dużo nie wytrzyma, ale jeden raz jak najbardziej)... W razie ewidentnej konieczności raczej do przejechania przez oczy.
Nie po to, żeby napastnika pozbawić na resztę życia wzroku, ale żeby na jakiś czas wyłączyć go z gry. O kartach kredytowych i podobnych doń środkach jeszcze sobie, Deo volente, porozmawiamy. (O grzebieniach już nie, bo one tylko do tego.)
Kastet służy także - a taki typowy, nie zaś taki dla alfonsa albo jakiego używają w amerykańskich pierdlach, przede wszystkim - do chronienia pięści zadającej cios, oraz do nadania tej pięści twardości metalu. Plus często, dzięki występom (o różnych szpikulach czy ostrzach już mówić nie będziemy), guzom itd., do zwiększenia skuteczności uderzenia poprzez zmniejszenie powierzchni, na którą działa siłą.
Z czego, jeżeli cokolwiek wiem o życiu - a wiem, bo w latach szkolnych musiałem się bić setki razy, potem zaś, choć już się raczej w realu nie biję, to i owo z pokrewnych dziedzin liznąłem - najważniejsza jest ochrona dłoni. Ktoś się może zdziwi, ale tak właśnie jest. Nie jest aż tak ważne, czy ktoś dostanie w nos, szczękę, czy gardło, metalem, czy też kością. Jeśli siła ciosu będzie ta sama, różnica okaże się niewielka.
Dla ofiary znaczy, bo dla zadającego ten cios może być ogromna (nie w przypadku uderzenia w gardło jednak - świetny cel, jeśli dostępny!). Będzie to często różnica między miłą satysfakcją z własnej skuteczności i załatwieniem sobie ręki na amen, nierzadko złamaniem. Dłoń składa się bowiem z niesamowitej ilości drobniutkich kosteczek, do tego drobniutkie ścięgna...
I naprawdę nie jest trudno sobie ją złamać, albo inaczej uczynić niezdolną do użytku. Bez rękawic i profesjonalnego bandażowania bokserzy mieliby dłonie połamane cały czas, wielu sobie je łamie i tak. Oczywiście byli tacy jak Jack Dempsey, którzy z dłońmi nigdy problemów nie mieli, ale też mało kto chciałby naśladować jego metody treningowe i pracowitą młodość. A poza tym nawet taki Tyson złamał sobie dłoń waląc kogoś przed jakimś klubem.
Wiemy więc, że nasze narzędzie (żeby nie powiedzieć nasza broń), aby nam skutecznie zastąpić kastet bez jego wad, powinna przede wszystkim skutecznie chronić naszą dłoń. Przed złamaniem czy zwichnięciem - nie przed oskrobaniem sobie ew. knykci o jakąś lewacką mordę! Kiedy sprawa będzie na tyle poważna, że w ruch pójdą kastety, śrubokręty czy młotki, na pewno zdarcie sobie naskórka z kostek na dłoni nie będzie żadnym problemem.
Nawet zapewne nikt tego nie zauważy. (Poważniejszą sprawą jest stłuczenie tych kostek, które np. było poważnym problemem przy walkach na gołe pięści, ale to raczej przy wielokrotnym uderzaniu w twarde powierzchnie, do czego raczej w realnej rozprawie z lewactwem nie będzie okazji. Dlaczego, jeśli lewaków może być wielu? A czy tylko piąstkami musimy ich walić? Tu reguły markiza Queensbury nie obowiązują!)
Z czego wynika, że nasz prowizoryczny kuzyn kastetu wcale nie musi kryć tych powierzchni naszych piąstek, którymi ew. chcielibyśmy potraktować niegrzecznego lewaka! Oczywiście, to chroni naszą dłoń jeszcze lepiej i byłoby fajne, ale skoro mamy mieć coś, do czego się nie przyczepi ukochana bezstronna władza i niezawisłe sądy, to jednak regularny kastet raczej odpada. Co do tego już chyba się umówiliśmy?
Jednak nawet zwykła rękawiczka - byle była ciasnawa! - znacznie wzmacnia odporność pięści przy uderzeniach! (Działając poniekąd jak bandaże w rękawicach bokserów czy facetów od MMA.) Nie aż tak tę odporność wzmacnia, jak prawidłowy sposób zadawania ciosów, nie aż tak, jak siła dłoni... Ale naprawdę pomaga.
A co do tamtych spraw, czyli prawidłowości zadawania ciosów i siły dłoni, to można, a nawet należy nad tym popracować. Bardzo szybko siły dłoni wprawdzie znacznie nie zwiększymy (ok. 1% na tydzień jest ponoć możliwe, choć trza umieć i jest to męczące, bo te mięśnie rozwijają się wyjątkowo wolno), ale prawidłowe trzymanie dłoni możemy.
Np. tutaj jeszcze na moim blogu powinien być kurs boksu wspomnianego przed chwilą Jacka Dempseya (po angielsku), gdzie niektóre zalecenia wprawdzie mogą nie każdemu pasować (bo nie każdy jest Manassa Mauler), ale to na początku o zaciskaniu pięści jest bezcenne.
(Ja tym tylko radził b. uważać, żeby nie walnąć kostką małego palca, bo to, jak wiem z doświadczenia, nie jest miłe i potem długo może boleć. Tutaj światła rada Dempseya, by walić nasadą palca serdecznego, a nie twoma pierwszymi kostkami, jak w karate, widzi mi się nieco ryzykowna.) A jeśli nie tutaj, to gdzieś indziej sobie to znaleźć. Zresztą nie tylko Dempsey dobrze tę sprawę wyjaśnia.
Śmy sobie popisali całkiem sporo, a widzę, że ogrom zamierzonej problematyki został zaledwie liźnięty i zostało nam jeszcze na parę (Deo volente) odcinków. Dopiszemy wiec do tytułu "(część 1)", a na razie ¡Hasta la vista amigos!
triarius
Jednak, co jest smutne, to lewizna wyciąga z tego faktu praktyczne wnioski i np. masakruje bezbronnych "faszystów" z pomocą śrubokrętów i młotków. (Swoją drogą, choć nie śledzę biężączki, to chyba by do mnie jakoś doszło, gdyby tamta napaść zakończyła się wysokimi wyrokami, czego by się człowiek spodziewał, gdyby oczywiście nie wiedział co to za kraj.)
Znowu zdaje się nadarzy im się wkrótce do tego fajna okazja, na co niektórzy nasi próbują znaleźć jakąś radę. U Nicka na przykład znalazłem dziś w komęcie radę, którą cytuję:
To o mleku b. mi się spodobało, choć nie sprawdzałem i nie mogę ręczyć, że to naprawdę działa. To o zaworach, choć idea słuszna i krok we właściwym kierunku, wzbudziło nieco moich wątpliwości, którymi się tu z wami podzielę.paź 24, 2011 / djans:„Ja to się zastanawiam jaki sprzęt trzeba wziąć ze sobą na ten marsz.”
Karton tłustego mleka – dobrze zmywa składniki aktywne gazów drażniących-łzawiących; w zeszłym roku grupa antyfaszystowskich pacyfistów dokonała napadu i ciężkiego pobicia pasażerów pociągu przy użyciu lekkich, niedużych młotków stolarskich i ślusarskich; hydrowargotargacz, czyli pokrętło zaworu co prawda nie leży w dłoni tak dobrze, jak kastet, ale nosząc je w kieszeni nie łamie się zapisów ustawy o broni i amunicji…
Ale tak serio, to myślę, że zamiast różnych gadżetów każdy powinien zabrać swoją Kobietę i Dzieci, oraz aparat, czy kamerę. Dajmy III RP szansę na wykazanie się jak dobrze potrafi chronić swoich obywateli przed lewackimi terrorystami
O cóż nam chodzi w tego rodzaju "środkach przymusu bezpośredniego", jak ten wspomniany przez djansa domorosły kastet? Chodzi nam o:
1. skuteczność (choć raczej nie aż tego rodzaju, by było łatwo zabić, albo w makabryczny sposób smasakrować);
2. łatwość noszenia i szybkiego zastosowania;
3. względnie niewinny wygląd, żeby się było trudno przyczepić w razie np. rewizji (nie mówiąc już po daniu jakiemuś lewakowi za jego pomocą bolesnej nauczki);
Jak to kółko od zaworu spełnia owe warunki?
Ad 1. tak, jak niemal każdy kawałek żelastwa trzymany w dłoni, może minimalnie lepiej od byle jakiego żelastwa;
Ad 2. w sumie OK, daje się nosić w kieszeni i w miarę szybko wyjąć;
Ad. 3 marnie!
Na temat punktu 3 powiedzmy sobie jeszcze parę słów. Otóż nie sądzę, by, nawet w całkiem niewinnej sytuacji, wygrzebanie przez np. policję takiego kółka z czyjejś kieszeni, nastawiło ich do nas szczególnie przyjaźnie. Co dopiero w przypadku "faszystowskiej" demonstracji, połączonej z napaścią lewackich bojówek.
Przy czym jak zwykle obiektywna policja będzie wiadomo po czyjej stronie, więc nawet jeśli taki mędrzec nie dojdzie, do czego konkretnie to miało służyć, to i tak się nie zachwyci. Bo zapewne stwierdzi, że to do rzucania w policję. No a to go raczej nie rozczuli, szczególnie jeśli będzie zmęczony, głodny, wkurwiony, obrzucany wyzwiskami i zastrachany.
Kastetu raczej, takiego prawdziwego, dopracowanego, na tę okoliczność z sobą nie zabierzemy. To jeszcze nie te czasy, armageddon niewątpliwie przyjdzie, a wtedy nie takie środki, jak kastet będą na codzień potrzebne, ale to jeszcze chwilę potrwa.
Jakie więc mamy rozwiązanie? Moim zdaniem niezłych rozwiązań jest całkiem sporo i są naprawdę niezłe, po prostu trzeba je poznać, potem chwilę pomyśleć, no i stosownym przypadku zastosować. Na początek porozmawiajmy chwilę o legalnych alternatywach dla kastetu. Nie, żebym uważał, że to koniecznie najlepsze rozwiązanie, ale skoro zaczęliśmy od kastetów, no to niech o nich najpierw będzie.
Jedyną rzeczą, jaka mi tu przychodzi na myśl - a mówimy, przypominam, o "prawdziwym" kastecie, ale całkiem legalnym - to założenie sobie zegarka na dłoń, tak jak kastet. Występuje to ponoć nawet w jakiejś książce o Bondzie (co oczywiście nie stanowi gwarancji skuteczności). Że w przypadku Rolexa warto się chwilę zastanowić nad jego użyciem w tym charakterze, nie muszę chyba nikomu mówić.
Zresztą zastanowić się warto w każdym przypadku użycia kastetu, nawet prowizorycznego! (A posiadania Rolexa gratuluję, mnie to akurat nie kręci, ale rzecz jest kosztowna i ponoć niezła.) Skoro tylko to mi do głowy przychodzi, no to o czym my tu w ogóle gadamy? - powie ktoś.
Jednak to moje gadanie o kastetach ma chyba nieco sensu, jeśli uwzględnimy specyfikę tego narzędzia, a konkretnie to, jakie ono nam problemy rozwiązuje i jakie możliwości daje. Kastety są różne, a niektóre bardziej niż do łamania kości, służą do masakrowania twarzy poprzez jej cięcie... Sprawa dla alfonsów, i to takich mniej przyjemnych, która nas raczej nie interesuje.
Można wprawdzie pozbyć się lewaka i ew. przepłoszyć jego kumpli, jednym szybkim ruchem rozorując mu mordę (oczywiście kiedy sytuacja naprawdę tego wymaga), ale do tego wystarczy nam klucz do mieszkania, karta kredytowa, grzebień (dużo nie wytrzyma, ale jeden raz jak najbardziej)... W razie ewidentnej konieczności raczej do przejechania przez oczy.
Nie po to, żeby napastnika pozbawić na resztę życia wzroku, ale żeby na jakiś czas wyłączyć go z gry. O kartach kredytowych i podobnych doń środkach jeszcze sobie, Deo volente, porozmawiamy. (O grzebieniach już nie, bo one tylko do tego.)
Kastet służy także - a taki typowy, nie zaś taki dla alfonsa albo jakiego używają w amerykańskich pierdlach, przede wszystkim - do chronienia pięści zadającej cios, oraz do nadania tej pięści twardości metalu. Plus często, dzięki występom (o różnych szpikulach czy ostrzach już mówić nie będziemy), guzom itd., do zwiększenia skuteczności uderzenia poprzez zmniejszenie powierzchni, na którą działa siłą.
Z czego, jeżeli cokolwiek wiem o życiu - a wiem, bo w latach szkolnych musiałem się bić setki razy, potem zaś, choć już się raczej w realu nie biję, to i owo z pokrewnych dziedzin liznąłem - najważniejsza jest ochrona dłoni. Ktoś się może zdziwi, ale tak właśnie jest. Nie jest aż tak ważne, czy ktoś dostanie w nos, szczękę, czy gardło, metalem, czy też kością. Jeśli siła ciosu będzie ta sama, różnica okaże się niewielka.
Dla ofiary znaczy, bo dla zadającego ten cios może być ogromna (nie w przypadku uderzenia w gardło jednak - świetny cel, jeśli dostępny!). Będzie to często różnica między miłą satysfakcją z własnej skuteczności i załatwieniem sobie ręki na amen, nierzadko złamaniem. Dłoń składa się bowiem z niesamowitej ilości drobniutkich kosteczek, do tego drobniutkie ścięgna...
I naprawdę nie jest trudno sobie ją złamać, albo inaczej uczynić niezdolną do użytku. Bez rękawic i profesjonalnego bandażowania bokserzy mieliby dłonie połamane cały czas, wielu sobie je łamie i tak. Oczywiście byli tacy jak Jack Dempsey, którzy z dłońmi nigdy problemów nie mieli, ale też mało kto chciałby naśladować jego metody treningowe i pracowitą młodość. A poza tym nawet taki Tyson złamał sobie dłoń waląc kogoś przed jakimś klubem.
Wiemy więc, że nasze narzędzie (żeby nie powiedzieć nasza broń), aby nam skutecznie zastąpić kastet bez jego wad, powinna przede wszystkim skutecznie chronić naszą dłoń. Przed złamaniem czy zwichnięciem - nie przed oskrobaniem sobie ew. knykci o jakąś lewacką mordę! Kiedy sprawa będzie na tyle poważna, że w ruch pójdą kastety, śrubokręty czy młotki, na pewno zdarcie sobie naskórka z kostek na dłoni nie będzie żadnym problemem.
Nawet zapewne nikt tego nie zauważy. (Poważniejszą sprawą jest stłuczenie tych kostek, które np. było poważnym problemem przy walkach na gołe pięści, ale to raczej przy wielokrotnym uderzaniu w twarde powierzchnie, do czego raczej w realnej rozprawie z lewactwem nie będzie okazji. Dlaczego, jeśli lewaków może być wielu? A czy tylko piąstkami musimy ich walić? Tu reguły markiza Queensbury nie obowiązują!)
Z czego wynika, że nasz prowizoryczny kuzyn kastetu wcale nie musi kryć tych powierzchni naszych piąstek, którymi ew. chcielibyśmy potraktować niegrzecznego lewaka! Oczywiście, to chroni naszą dłoń jeszcze lepiej i byłoby fajne, ale skoro mamy mieć coś, do czego się nie przyczepi ukochana bezstronna władza i niezawisłe sądy, to jednak regularny kastet raczej odpada. Co do tego już chyba się umówiliśmy?
Jednak nawet zwykła rękawiczka - byle była ciasnawa! - znacznie wzmacnia odporność pięści przy uderzeniach! (Działając poniekąd jak bandaże w rękawicach bokserów czy facetów od MMA.) Nie aż tak tę odporność wzmacnia, jak prawidłowy sposób zadawania ciosów, nie aż tak, jak siła dłoni... Ale naprawdę pomaga.
A co do tamtych spraw, czyli prawidłowości zadawania ciosów i siły dłoni, to można, a nawet należy nad tym popracować. Bardzo szybko siły dłoni wprawdzie znacznie nie zwiększymy (ok. 1% na tydzień jest ponoć możliwe, choć trza umieć i jest to męczące, bo te mięśnie rozwijają się wyjątkowo wolno), ale prawidłowe trzymanie dłoni możemy.
Np. tutaj jeszcze na moim blogu powinien być kurs boksu wspomnianego przed chwilą Jacka Dempseya (po angielsku), gdzie niektóre zalecenia wprawdzie mogą nie każdemu pasować (bo nie każdy jest Manassa Mauler), ale to na początku o zaciskaniu pięści jest bezcenne.
(Ja tym tylko radził b. uważać, żeby nie walnąć kostką małego palca, bo to, jak wiem z doświadczenia, nie jest miłe i potem długo może boleć. Tutaj światła rada Dempseya, by walić nasadą palca serdecznego, a nie twoma pierwszymi kostkami, jak w karate, widzi mi się nieco ryzykowna.) A jeśli nie tutaj, to gdzieś indziej sobie to znaleźć. Zresztą nie tylko Dempsey dobrze tę sprawę wyjaśnia.
Śmy sobie popisali całkiem sporo, a widzę, że ogrom zamierzonej problematyki został zaledwie liźnięty i zostało nam jeszcze na parę (Deo volente) odcinków. Dopiszemy wiec do tytułu "(część 1)", a na razie ¡Hasta la vista amigos!
triarius
słowa kluczowe:
broń,
Jack Dempsey,
Karol Marks,
kastet,
lewackie bojówki,
Robert Ardrey,
samooobrona,
uczłowieczanie małp,
walka wręcz
Subskrybuj:
Posty (Atom)