czwartek, października 25, 2007

Dajmy teraz Tuskowi posmakować tego, co tak lubi!

Proponuję żeby tej nowej, jakże uroczo przecież luzackiej, władzy dać posmakować jej własnego przysmaku. Z takim zapałem nam wszystkim serwowanego przez nią samą, a przede wszystkim przez jej spontanicznych hunwejbinów. Czyli chodzi o to, by zacząć robić sobie jaja z Tuska i jego paczki na wszelkie sposoby i propagować to wszystkimi dostępnymi środkami. Okaże się wtedy, czy nadal będą tak wyrozumiali dla SMS'owych i innych takich żartownisiów.

No to do konkretów! Na początek informacja, którą znalazłem właśnie na Forum Frondy (to jednak moje ulubione internetowe forum). Pochodzi ona z takiego o to słownika: http://www.sex-lexis.com/Sex-Dictionary/tusk, brzmi zaś tak:
Tusk: Prison slang for the active-partner in anal-intercourse. See sodomite for synonyms.

Co na nasze tłumaczy się następująco:

Tusk: Więzienne określenie aktywnego partnera stosunku analnego. Zobacz też "sodomita" jako synonim.
Fajnie w każdym razie będzie, kiedy Tusk, nasz Premier, pojedzie do USA, nie? Prasa będzie się po prostu roiła od subtylnych aluzji, nie mówiąc już o pierdlach, gdzie tak dobrze przecież wypadają za każdym razem Cieniasy. Może nawet Jamaika i Irlandia... Nie, to już zbyt straszne, by można było o tym myśleć!

Co jeszcze? Jeszcze proponuję powymyślać różne fajne obrazki, na przykład taki fotomontaż przyszedł mi wczoraj do głowy - może ktoś zdolny zechce go zrealizować i rozpropagować? Chodzi o to znane zdjęcie z Saddamem wyciąganym z dołu na podwórzu, takim zarośniętym, brudnym i przestraszonym. Czemu by nie dać temu Saddamowi pyska Tuska (jak się ładnie rymuje!)? Ewentualnie tych żołnierzy też można by zmienić z amerykańskich na bardziej naszych, w rogatywkach czy jakoś tak.

Co jeszcze? Ano byłem dzisiaj w EMPiku i kupiłem nieco prawicowej prasy, plus dwie książki o sprawie Litwinienki i tych kwestiach. Oświadczyłem przy tym naprawdę głośno, że "to odtrutka na Tuska". Sprzedająca dziewczyna i jej równie młody kolega byli zaszokowani. Ci ludzie naprawdę sobie wyobrażają, że Tuska nie lubić mogą tylko babcie po czterech klasach żyjące w lepiankach na odludziu i słuchające Radia Maryja w detektorowym odbiorniku! Warto by ich było uświadomić, że jest inaczej. (Choć akurat Radio Maryja jest wielkie i sam dość często oglądam Telewizję Trwam.)

Jak uświadomić, zapyta ktoś? Otóż, jeśli wyglądasz Czytelniku w miarę porządnie i inteligetnie (sam to oceń maksymalnie obiektywnie, a najlepiej wypytaj otoczenie), to, szczególnie kupując coś w rodzaju mądrej książki czy inteligentniejszej gazety, poinformuj otoczenie, że to "odtrutka na Tuska", albo coś w tym rodzaju. Niech się ludzie dowiedzą ilu sensownych ludzi Tuskiem się brzydzi, zaś tych potwornych Kaczorów jakoś tam przynajmniej ceni, jeśli nawet nie zawsze wielbi.

Jasne, że to podważa autorytet władz, ale wobec zamierzeń Platfuserii w sprawach zagranicznych - które w dodatku z pewnością zdąży w ogromnej części zrealizować, bo od tego nie omieszka rozpocząć, by psim sposobem uszczęśliwić swych mocodawców - ta władza nie jest dla mnie polską władzą, sorry! Niech się kończy jak najszybciej, nie próbujmy nawet jej cywilizować, bo to nie ma sensu. Oczywiście nie jest tak, że im gorzej dla Polski tym lepiej, ale gorzej dla Platfusów to lepiej dla nas wydaje mi się - niestety! - całkiem słusznym stwierdzeniem.

A tak przy okazji, mówiliśmy o psach i psich zwyczajach, a właśnie się dowiedziałem, że podobno "tusk" to po kaszubsku właśnie "pies". Może się komuś do czegoś ta informacja przyda.

W każdym razie, choć wiem, że dzisiaj nie osiągnąłem wyżyn intelektualnych (wczoraj zresztą też nie), to jest to jakiś w miarę pozytywny program. Fakt, nieco przesadzam, program to to na pewno nie jest. Ale w każdym razie możemy się w ten sposób uchronić na najbliższy czas przed tusk-depresją i platfus-apatią, a ludziom pokazać, że dla wielu to właśnie PiS i Kaczyńscy, a z nimi polski patriotyzm i mało postępowy ciemnogród, są cool, podczas gdy Tusk i "europa" - wręcz przeciwnie. Do części tych zagubionych ludzi, którym takie coś w ogóle by do głowy nie przyszło, to może dotrzeć i coś w ich nastawieniu zmienić. Deo volente, of course!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, października 23, 2007

Czuję się jakby mnie oblazły wszy - dzięki ci, zmanipulowana, durna, nieoskrobana gównarzerio!

Tytuł mówi zasadniczo wszystko, co mam do powiedzenia, a w dodatku zostanie on z pewnością uchwycony przez wyszukiwarki i paru (pod)ludzi go zobaczy. Dobre i to, choć oczywiście satysfakcja w sumie dość marna.

Większą satysfakcją jest fakt, że, w czysto antyliberalnym duchu, zafundowałem sobie bloga, którego absolutnie nikt nie czyta. I naprawdę dobrze mi z tym. Kto nie chce, niech nie wierzy. Normalnie służy mi ten blog do napisania co jakiś czas czegoś w zamierzeniu głębokiego i inteligentnego, drążącego jakieś trudne problemy. Gdyby nagle mnie nagle taka chęć naszła. Teraz jednak skorzystam z innej możliwości i wyleję nieco żółci. Czyli powiem co myślę o niektórych ludziach, nie krępując się cenzurą czy rzekomym "dobrem Polski", mającym polegać na zgodzie dupy z batem i podobnych wzniosłych sprawach.

Pisałem jakiś czas na blogowym portalu Salon24 i miałem dziesiątki tysięcy wejść przez te kilka tygodni, kiedy tam byłem. Ale nie dawało mi to radości i dałem sobie spokój. Samo "wyrażanie opinii" to dla mnie zbyt jałowe, zbyt wulgarne, zbyt LIBERALNE wreszcie. Szczególnie, gdy to "wyrażanie" stanowi tylko drobną część zbiorowego jazgotu. Przyznam, że, choć bez wielkiej nadziei, liczyłem na stworzenie czegoś - choćby mini-kanonu lektur dla ludzi o antylewackich (żeby nie wdawać się już w skomplikowane rozróżnienia) poglądach. W bardziej optymistycznym wariancie, mogłaby to być jakaś akcja "w realu", jakiś związek, także w realu, choćby bardzo nieformalny.

Ale tak to nie działa. Gówniane metody dają gówniane rezultaty, czyli np., konkretyzując, liberalne metody dają liberalne rezultaty. Wiara w realne znaczenie "wolnej wymiany idei", z której ma rzekomo automatycznie wyłaniać się jakaś prawda, a dodatkowo ten, jakże cenny, konsensus, jest w naszych czasach już tak żałośnie naiwna, albo tak kłamliwa, że najbardziej nawet trudny do intelektualnego pojęcia dogmat katolicyzmu wygląda przy nim jak najoczywistsza, waląca między ślepia oczywistość. Ale tego oczywiście nie wie i wiedzieć nie chce, całe to wychowane na rapie i "Szkle Kontaktowym", "wykształcone" w różnych Prywatnych Szkołach Marketingu i Zarządzania, obecnie zaś zmywające naczynia i/lub prostytuujące się w Irlandii, czekając na spadek po dziadku ubeku i tatusiu sekretarzu POP, bydło. Czyli ta nasza cudowna młodzież, kwiat narodu i jego przyszłość. Tfu! (Oczywiście nie cała młodzież, ale jej znacząca część. Zresztą to nie jest właściwie jej wina, a przynajmniej nie w całości. Czyja? Jeśli mówimy o pokoleniach, to oczywiście pokolenia ich cholernych rodziców.)

Kiedyś taki człek ginął na wojnie, albo bardzo ciężko pracował, by w ogóle przeżyć. Ludzie starsi, którzy już przeżyli, w naturalny sposób byli dlań autorytetami. Oczywiście nie chodzi mi o jakieś idealizowanie, ale sytuacji, gdy zmanipulowane przez kretyńską i cynicznie preparowaną przez cwanych macherów "rozrywką", takąż "informacją", takimż "wykształceniem", masy młodych ludzi uważają się za wyrocznię w sprawach, o których nie mają zielonego pojęcia... Nie powiem "nie było", bo były, a zaczęły się, z tego co wiem, w latach '60. Ale nie będę ukrywał, choć ktoś mógłby rzec, że ja sam byłem wtedy taką młodzieżą, próbującą zwalczać PLR, a nie potrafiącą sobie poradzić z najbardziej podstawowymi własnymi problemami. Jednak by do mnie ten argument nie bardzo trafił, sorry!

Na Salon24 panuje, z tego com wczoraj widział, rzucając tam po dłuższej przerwie ciekawym okiem, duch zgody narodowej i życzenia Tuskowi wszystkiego najlepszego - w interesie Polski oczywiście - nawet ze strony ludzi uważanych dotychczas za nieprzejednanych prawicowych "oszołomów". Ja taki słodki i taki rozsądny nie jestem - może nie potrafię, zgoda, ale poza tym nie widzę powodu, skoro ew. zgoda narodowa i tak nie od tego pisania zależy.

Tuskiem i jego zgrają brzydzę się wprost fizycznie. Mówię to absolutnie bez przenośni. Tytułowe wszy to moje, całkiem konkretne, odczucie na myśl o obecnej sytuacji mego kraju i mojej w nim. Modlę się oczywiście, by te obskurne cieniasy nie zdołały Polsce zbyt wiele zaszkodzić, zanim odejdą w niesławie. Bo odejdą, co do tego nie mam wątpliwości. Ale i zaszkodzą - co do tego także większych wątpliwości mieć nie potrafię. Szczególnie, co każdy chyba wie, na froncie międzynarodowym, gdzie już słychać deklaracje, od których zbiera się na wymioty, a nóż otwiera się w kieszeni.

W programowaniu istnieje reguła, że jeśli w programie jest błąd, to należy się starać, by wystąpił on jak najwcześniej po uruchomieniu programu. Nie wdając się tutaj w techniczne wyjaśnienia, jest to naprawdę słuszna i mądra reguła. I ja, zgodnie z analogiczną regułą, modlę się o to, by te wszystkie obskurne tuski spaprały to, co do spaprania i tak mają, jak najszybciej.

Po pierwsze oczywiście dlatego, by jak najkrócej rządzili. Po drugie, i to nie jest wcale w mych oczach mniej istotne, dlatego, że fatalna władza - a już całkiem coś takiego, jak władza absolutnych zer, ludzi bez osobowości, poglądów czy choćby właściwości, wykreowanych przez cwanych marketingowców na zlecenie cwanych, stojących w cieniu, macherów, a przy tym jeszcze władza pozująca właśnie na hiper-demokratyczną, jedynie-słusznie-demokratyczną... Takie coś jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą spotkać każdy kraj i każdy naród. Samo w sobie, nie mówiąc już o bardziej konkretnych szkodach, które ich rządy MUSZĄ po prostu spowodować.

Wedle tego co wiem, każde społeczeństwo, a naród (nie wdając się w jakieś metafizyczne rozróżnienia, starczy potoczne rozumienie tego pojęcia) szczególnie, działa należycie i spełnia swe funkcje wtedy, gdy istnieje w nim powszechnie zrozumiała i powszechnie akceptowana hierarchia władzy, posłuszeństwa i odpowiedzialności. Wraz z wbudowaną w to dynamiką, bo te rzeczy nie powinny być sztywne i skostniałe. Wiążą się z tym takie sprawy, jak poczucie bezpieczeństwa, szczególnie u tych, którzy władzy mają mało lub wcale, ale to nie jest w tej chwili najważniejsze. Wiąże się z tym też kwestia autorytetu. Polska jest moim zdaniem krajem chorym od stuleci, czemu zresztą naprawdę trudno się dziwić, ponieważ tutaj żadna powszechnie akceptowana hierarchia autorytetów nie powstaje i powstać chyba by po prostu nie mogła. Zbyt wielkie zera są nam bez przerwy narzucane jako "autorytety", podczas gdy gros ludzi potencjalnie wybitnych, albo emigruje (i nie mówię o tych kurwach i innych cwaniakach głosujących na Tuska w Londynie!), albo nie niezbyt się w społeczeństwie liczy.

No i Cieniasy, czyli tzw. "Platforma Obywatelska", to dla mnie po prostu najgorsze, co Polskę może spotkać - właśnie ze względu na kwestię autorytetu, władzy, a jednocześnie odpowiedzialności władzy. Tak było już przecież, gdy Cieniasy były opozycją - ta uległość wobec obcych, te wezwania do "obywatelskiego nieposłuszeństwa", to narzucanie społeczeństwu wizji prawa, jako czysto formalnej, talmudycznej po prostu, łamigłówki. Dla mnie Platforma Obywatelska jest złem samym w sobie, tak samo, jak złem jest dla mnie - nigdy się w końcu nie deklarowałem jako fanatyk demokracji, po prostu nie lubię zwalania na nią win realnego liberalizmu - to, że swą wolę mogą nam narzucić ci wszyscy kolczykowani, ogłupieni rapem, Radiem Zet, teledyskami i czym tam jeszcze.

Ale tego pisanie na blogach nie załatwi, a na nic innego polskiej "prawicy" ewidentnie nie stać. Taka to z niej prawica, dzięki ci za to panie Korwin! A zresztą, czy ludzie traktujący Korwina i jego hiper-liberalne pomysły jako objawienie, kiedykolwiek mogli by być prawdziwą prawicą? Naprawdę wątpię!

Przyznam, że mam psychicznego kaca po wygranej tusków. Przede wszystkim dlatego, że jestem poniekąd na jednym wózku, a konkretnie w jednym narodzie, z tym całym bydłem, który ten plastikowy, amorficzny, oślizgły produkt najpierw połknęło, a potem na nas wszystkich wyrzygało. Nawet to, że jestem z tym bydłem w jednym gatunku, jest dla mnie w tej chwili bolesne, serio!

Ale to są wszystko duszne bole jakiegoś wykorzenionego faceta piszącego sam dla siebie na całkiem prywatnym blogu. W sumie sprawa bez żadnego realnego znaczenia. Realne znaczenia mają jednak np. te czystki, które teraz się rozpoczną. I, jak słusznie to ktoś zauważył na pewnym blogu w Salonie24, mniejsza już o Ziobrę czy Wassermana - oni wiedzieli do czego się biorą i co ryzykują. Ale pomyślmy chwilę o tych wszystkich nauczycielach, urzędnikach, studentach, dziennikarzach, którzy uwierzyli, że teraz już będzie inaczej, działali zgodnie z tym przekonaniem, a teraz za to zapłacą...

W pewnym sensie to jest naprawdę coś jak 13 grudnia '81. Wiem o tym i z pewnością mogę coś na ten temat powiedzieć, a żaden szemrany kombatant, z tych co to znokautował 10 ubeków i wszedł na samych rękach po rynnie na 10 piętro, żeby potem ukrywać się w podziemiu przez lata, aż do Okrągłego Stołu, nie może mi tutaj specjalnie podskoczyć. Po prostu sam byłem w tamtych dniach w Stoczni Gdańskiej, tak samo zresztą, jak byłem w niej w sierpniu '80, jako delegat zakładu, jednego z pierwszych strajkujących zresztą, gdzie we dwójkę z kolegą ten strajk rozpoczęliśmy.

I żaden Tusk, który według Andrzeja Gwiazdy nie był zresztą w grudniu '81 w Stoczni, nie może mi tu nic powiedzieć. Tyle, że to sprzedajne bydlę bez charakteru będzie premierem, a ja mogę tylko zgrzytać zębami. Cóż, Polskę da się kochać, ale Polakami trudno nie gardzić! Może nie wszystkimi, w końcu stanowimy dość istotną mniejszość, która Tuska i jego zgrai nie chciała. Tyle, że co to za mniejszość, skoro ani nikt o nasze prawda walczyć nie zamierza, ani my sami nie potrafimy już nic innego, niż życzyć Tuskowi sukcesów "dla Polski"? Tfu!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, października 18, 2007

Drobny przykład moralnej nędzy pewnych ludzi

Drobnym, ale symptomatycznym przykładem tego, w jaki sposób nasze (?) postępowe, europejskie "elity" traktują prawdę i ludzi, którzy w ogóle zwracają uwagę na to, co ci mówią, jest argument, który słyszałem w ostatnich dniach wielokrotnie, i na który, o dziwo, nigdy nie usłyszałem odpowiedzi, nawet od PiS'u. Ten mianowicie argument, że "PiS mówi, że chciał komisji, na kilka dni przed wyborami, a przecież kilka tygodni wcześniej komisji nie chciał, argumentując, że jest zbyt blisko do wyborów".

Qrwa mać! Czy nie chodzi tu przypadkiem o całkiem inny rodzaj komisji? W jednym przypadku jest to zamknięte posiedzenie garstki uprawnionych do udziału w niej posłów - w końcu przedstawicieli najwyższej władzy suwernennego narodu, tak? W tym drugim zaś przypadku, opozycja chciała (a raczej udawała, że chce, bo było do nie do zrobienia) czegoś w rodzaju komisji do spraw Rywina - czyli trwającego tygodnie medialnego przede wszystkim spektaklu, z którego w optymalnej systuacji, ogół obywateli dowie się, jak się rzeczy mają, kto jest kim i gdzie przekroczono, a gdzie nagięto prawo.

Zgadza się? Z pewnością się zgadza. Więc dlaczego tolerujemy, że te skurwiele mamią ludzi tego typu pokrętnymi kłamstwami? I dlaczego, z tego co wiem, żaden polityk i żaden dziennikarz dotychczas nie raczył sprostować tej manipulacji i wykazać przy okazji nędzne intencje tych, którzy ją stosują?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, września 25, 2007

Zamiast głupich wojen

Pewnie jestem dziecinny, ale kiedy przedwczoraj ujrzałem plakat wyborczy SLD umieszczony w pewnym niezmiernie strategicznym punkcie, nie poczułem przemożną chęć uwiecznienia go. Ten strategiczny punkt to ruchliwe skrzyżowanie dwóch wielkich arterii w centrum Gdańska, konkretnie na murze więzienia, a jeszcze bardziej konkretnie pod samą wieżyczką strażnka.

Kiedy to pierwszy raz ujrzałem, strażnik był na zewnątrz, oczywiście z karabinem i marsową miną, ale wtedy nie miałem jak tego uwiecznić. (Po co ja za grosze sprzedawał tę komórkę z aparatem?!) Niestety, kiedy już obleciałem pół miasta, aby kupić jednorazowy aparat, strażnika nie udało mi się z budki wywabić, na czym - przyznaję - ekspresyjność tych zdjęć bardzo straciła. Pewnie dlatego, że słońce stało w zenicie i na zewnątrz było cholernie gorąco.

No a poza tym, w końcu musiałem także zadbać o to, by nie zaczął do mnie ze złości strzelać, a więc pole możliwości miałem dość poważnie ograniczone. (To była nieco taka sytuacja jak, z tego co wiem, przy próbach uzyskania halucynacji za pomocą sporyszu albo muchomora - gdzie niestety dawka dająca pożądany efekt jest niebezpiecznie bliska dawki śmiertelnej.)

A więc zdjęcia są jakie są, do artystycznej doskonałości nie aspirują (ten "panoramiczny" format w pionie!), ale mnie wydają się dość zabawne i, dałby Bóg, w jakiś sposób prorocze. Ponieważ musiałem nabyć cały jednorazowy aparat, więc kleję tu jeszcze parę zdjęć tego samego motywu.

Niestety ten cholerny blogger sprawia kłopoty i nie mogę tych zdjęć ładnie tu wkomponować, bo znikają. Masę czasu już na to zmarnowałem. Będzie więc na chama.

Na tym trzecim z kolei są prześliczne "bułhaczki" (czyli takie promyczki światła - ach jakżesz cudne! - spopularyzowane przez przedwojennego fotografa o nazwisku Bułhak) czyniące z tego zdjęcia prawdziwie arystyczne dzieło. A nie chcę już nawet myśleć, czego dopatrzą się w nim zwolennicy SLD, gdyby tutaj jakimś cudem trafili. Pewnie byłoby to jakoś związane ze świętymi relikwiami Jacka Kuronia, którego, jak wszyscy wiemy, tow. Kwaśniewski już od pieluszek skrycie wielbił.


Na czwartym zaś i ostatnim jest prześliczny tow. Olejniczak, budka strażnika i malutki kawałek budynku więzienia. Bo dotychczas był tylko dach sądu. A więzienie jednak bardziej a propósito, no i... Milcz serce! Niestety nie jestem aż tak wysoki, by udało mi się więcej tego więzienia przez ten mur uchwycić. Na przyszłą kampanię wyborczą, Deo volente, zaopatrzę się w peryskop, a marketingowcy SLD z pewnością znowu mnie nie zawiodą.

W sumie niby nic, a zająło mi półtorej godziny (nie licząc szarpania się z bloggerem), kosztowało z pół stówy, i dało nieco przyjemności. Może komuś też da. A gdyby ktoś zapragnął tych zdjęć w większym formacie, to może je bez problemu otrzymać. Wystarczy ładnie poprosić.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Nicolás Gómez Drapieżca

Nie chce mi się komentować żałosności Donalda T., ani zresztą żadnych innych doraźnych spraw, choć to i owo czasem mi się na malinowe usteczka ciśnie... Będzie znowu Nicolás Gómez Dávila z krótkim komentarzem tu i ówdzie.

Dávilę, żeby to było jasne, daje się znaleźć w niewielkich ilościach w polskiej sieci (linki są zresztą w jednym komentarzu do poprzedniego wpisu na tym blogu), ale po pierwsze - na ogół są tam takie bardziej duszoszczipatielnyje myśli wielkiego Kolumbijczyka, podczas gdy:
  • mnie najbardziej zachwycają te najbardziej drapieżne, tym bardziej, gdy godzą w... wiadomo kogo (a jeśli nie wiadomo, to trzeba pilniej czytać to, co piszę);
  • tamte nie są chyba tłumaczone z hiszpańskiego oryginału, a moje są;
  • tam nie ma moich komentarzy, a w niektórych przypadkach wydają mi się one na miejscu.
Wydano też, z tego co wiem, w końcu jakiś czas temu, z wielkim zresztą bólem, "Scholia" Dávili i po polsku, daje się to także znaleźć w sieci i ew. kupić. Ja nie znam tej książki, bo, nauczywszy się kiedyś "el idioma del Diós", bez porównania wolałem sprowadzić sobie oryginał. Który mnie naprawdę zachwyca coraz bardziej i nie wiem, czy czytając czyjeś tłumaczenie byłbym całkiem pewien, że wszystko jest jak należy, w końcu traditore traitore, jak to mówią. Z czego oczywiście wynika, że moje także powinno być brane ze szczyptą soli, ale cóż ja mogę. Poza oczywiście retoryczną zachętą do zdobycia oryginału i przeczytania go własnoręcznie.

A teraz ponownie - hiper-aktualny, choć jednocześnie ponadczasowy, mega-drapieżny, bezlitosny dla... wiadomo kogo - Nicolás Gómez Dávila!


Współczucie w tym stuleciu to broń ideologiczna.

(Chodzi o stulecie XX, ale na razie nie widać, by się wiele pod tym względem zmieniło.)

* * *

Liberalizm głosi prawo jednostki do nikczemnienia, o ile to jego nikczemnienie nie przeszkodzi w nikczemnieniu jego sąsiadowi.

* * *

Głupiec umiera z nudów nie mając ekonomicznych problemów.

* * *

Współczesna mentalność ignoruje fakt, że na meta-ekonomicznym poziomie ekonomii, intensywność popytu wzrasta wraz z intensywnością oferty, że tutaj głód nie wzrasta wraz z brakiem, tylko wraz z obfitością, że apetyt zaostrza się wraz z rozwojem społecznym.

(Ten "meta-ekonomiczny poziom" to chyba taki, w którym ekonomia jest niemal wszystkim, czyli jak dzisiaj. Możliwe jest, językowo z pewnością, inne rozumienie tego terminu, ale wtedy nie bardzo rozumiem, co by miał on konkretnie tutaj oznaczać. Co zaś do tego rosnącego apetytu, to liberałowie wszelkiej maści uważają to już za wielką ZALETĘ, co najzabawniejsze jest u tych, którzy się jednocześnie mienią tradycyjnymi katolikami. Tak czy tak jest to recepta nie tylko na powszechne nikczemnienie, o czym było w jednej z poprzednich cytowanych tu myśli, ale także na końcową KATASTROFĘ całego tego opartego niemal już wyłącznie na chciwości i kredycie, w najszerszym możliwym rozumieniu tego słowa, systemu.)

* * *

Ponieważ aparat intelektualny naszych współczesnych wrażliwy jest wyłącznie na powszechne idee dozwolone przez obecne dogmaty, chytre demokracje zrozumiały bezcelowość cenzury.

(Ale ona wraca. Zresztą nie podważa to cytowanej tezy, ponieważ powstaje coś nowego, co z demokracją ma coraz mniej wspólnego, choć wciąż chętnie się jej maską posługuje. I to coś zapowiada się, o ile całkiem nie straciłem jasności spojrzenia, jeszcze znacznie od demokracji mniej sympatycznie.)

* * *

Jeśli dąży się jedynie do dostarczania coraz większej ilości towarów coraz większej ilości ludzi, nie zważając ani na jakość tych ludzi, ani też na jakość tych towarów, kapitalizm jest doskonałym rozwiązaniem.

* * *

Każde społeczeństwo rodzi się wraz z wrogami cicho mu towarzyszącymi aż do jakiegoś ciemnego zaułka, gdzie je zasztyletują.

* * *

Za pomocą pojęcia "ewolucji kulturalnej" demokratyczny antropolog próbuje uniknąć kwestii biologicznych.

(Dokładnie to samo mówi przecież Robert Ardrey! Jeśli to nie jest dowód, że Dávila zna i zgadza się z Ardreyem, to już nie wiem, co nim mogłoby być. Co jest tym bardziej interesujące i poniekąd optymistyczne, że Dávila był przecież żarliwym i b. tradycyjnym katolikiem! A więc jednak można?)

* * *

Tytanizm współczesnej sztuki rozpoczyna się od heroicznego tytanizmu Michała Anioła i kończy na tytaniźmie karykaturalnym Picassa.

(Też zawsze uważałem, że tzw. "sztuka współczesna" - przynajmniej ta "wielka" - powinna być analizowana w zupełnie innych kategoriach, niż ta dawna. A także, być może, niż wszelki folklor czy autentyczna sztuka ludowa. W związku z powyższym stosowanie tej samej nazwy "sztuka" do dwóch tak różnych zjawisk, wydaje mi się pewnego rodzaju intelektualnym nadużyciem. Nie twierdzę, że nigdy nie ma w tych rzeczach żadnych wartości, ale to po prostu jest całkiem inne zjawisko.)

* * *

Lewica nigdy nie przypisuje swej porażki błędom diagnostyki, zawsze natomiast przewrotności faktów.

* * *

Aby spętać lud trzeba w imieniu ludu stłumić wszystko, co się od ludu odróżnia.

* * *

Lud nie nawraca się na religię głoszoną przez bojową mniejszość, tylko na tę, którą narzuca mu mniejszość militarna. Chrześcijaństwo i islam o tym wiedziały, komunizm o tym wie.

(Jeśli to prawda, a ja nie widzę powodu, by w to wątpić, to co z tego wynika dla nas, że spytam?)

* * *

Współczesny myśliciel prowadzi nas przez labirynt konceptów do publicznego miejsca.

(Które to "publiczne miejsce" to zapewne kibel. W końcu nawet poporządny burdel znacznie przekracza możliwości tych ludzi.)

* * *

Gdy ujrzy się, jak praca eksploatuje i niweluje świat, lenistwo wydaje się matką wszelkich cnót.

* * *

Nacjonalistyczna próżność obywatela znaczącego kraju jest najzabawniejsza - ponieważ jeszcze większa jest różnica między tym obywatelem a jego krajem.

(Nie żebym zalecał akurat narodową PRÓŻNOŚĆ, ale zwracam uwagę, że Polska wciąż jeszcze nie jest, o ile kiedykolwiek będzie, krajem ZNACZĄCYM.)

* * *

Dialog nie polega na dyskutująych ze sobą inteligencjach, tylko na zderzających się ze sobą próżnościach.

(Nie da się ukryć, a już szczególnie to widać na blogach. ;-)

* * *

Beztroska, z jaką obecna ludzkość rozrzuca swe dobra, sugeruje, iż nie spodziewa się dziedziców.

* * *

Nie istnieje problem móżliwy do zrozumienia poza swym historycznym kontekstem, ani taki, który by się dał do niego całkowicie zredukować.

(Spengler jak żywy! No ale co w tym dziwnego? Przecież Dávila na tym właśnie się chował.)

* * *

Kiedy komercyjna chytrość jednych wykorzystuje kulturalną naiwność innych, mówi się, że kultura się rozprzestrzenia.

* * *

Każde polityczne rozwiązanie jest kulawe, ale niektóre kuleją z wdziękiem.

(To samo można pewnie powiedzieć o wadach wymowy, ale akurat my Polacy nie mamy chyba szczęścia do wad wymowy mających choćby odrobinę wdzięku - nie u polityków w każdym razie, czy Michników tego świata. Cieniasów zresztą też nie, bo politykami trudno ich raczej nazwać, co ujawni się po raz kolejny w wyborach.)

* * *

Nie każdy profesor to głupiec, ale każdy głupiec to profesor.

(Cóż tu można dodać? Ktoś by pomyślał, że Nicolás Gómez całe życie spędził w III RP.)

* * *

Wulgarność skolonizowała Ziemię.

Jej bronią była telewizja, radio i prasa.

(Trudno mieć pretensję, że Autor nie wspomniał o internecie i blogach. To jeszcze nie były te czasy.)

* * *

Demokratyczny ateizm nie spiera się o istnienie Boga, tylko o to, kim jest.

(Fakt - wszystkie te "Święte Prawa Własności", "Niezbywalne Prawa Człowieka", jak również wszelkiego typu świeckie (?) ceremonie z udziałem Relikwii Jacka Kuronia, świadczą o tym całkiem dobitnie.)

* * *

Demokracja nie jest antytezą totalitaryzmu, tylko jego warunkiem.

Totalitaryzm i hierarchia są z kolei końcowymi pozycjami przeciwnych ruchów.

(Powiedziano mi, w komęcie poniżej (dzięki Strusiu!), że takie samo scholium, jak ten pierwszy wiersz tutaj, istnieje na temat indywidualizmu, a nie demokracji. A więc zapewne drugie podobne, ale nie całkiem takie same. Istnieje też możliwość, że to ja się pomyliłem, choć wątpię. Teraz już tego nie sprawdzę, bo to jest gruba książką i byłoby sporo szukania. Tak jest fajnie, a w razie czego poinformowałem o możliwych wariantach i możliwościach.)

* * *

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.