niedziela, lipca 01, 2007

Oswald Spengler w pigułce

Ci, którzy znają to co piszę, np. tutaj, albo moje wypowiedzi na znakomitym Forum Frondy, wiedzą, że moim ulubionym myślicielem jest Oswald Spengler, autor słynnego dzieła pod tytułem "Schyłek Zachodu".

O tej książce, od momentu jej powstania około 90 lat temu, nigdy nie jest całkiem cicho, widać jest na to zbyt wybitna i zbyt przełomowa. Jednak jest stale przemilczana, czyni też się bardziej wyrafinowane próby usunięcia jej z publicznej świadomości, do których zaliczam fakt, że obecnie jest ona w Europie, także i w Polsce, dostępna, tyle, że w wersji brutalnie i perfidnie skastrowanej. Pozostało około 20% i to całkiem nie te najbardziej fascynujące procenty. (Choć nadal jest to świetna książka, którą można nabyć np. na merlin.pl.)

Zabawne, w pewnym przynajmniej sensie, jest to, że stosunkowo wielu na temat tej książki się wypowiada, nigdy nie zadawszy sobie trudu jej przeczytania. Czy choćby przerzucenia. Cóż, z takim tytułem?! Przecież od razu wiadomo, że są to ponure i dawno już przez historię unieważnione proroctwa katastrofy i zagłady! Inni, którym widocznie nieco brakuje wyobraźni, pewni sią, że książka ta pełna jest utyskiwań na upadek obyczajów i w ogóle dekadencję zachodniej kultury.

Czego się w końcu dziwić? Z TAKIM tutułem?! Przecie nie można wymagać, by prawdziwi intelektualiści czytali jakieś starocie, które w dodatku nigdy nie zostały uhonorowane nagrodą Nike, czy choćby Nobla!

Tyle, że to wcale nie jest to, to wcale nie jest o tym. A zresztą, gdyby to było jakieś nowe "Mein Kampf" to by się po prostu zakazało, albo raczej Land Bawarii by sobie zastrzegł wyłączność praw autorskich... Że bez żadnych legalnych podstaw? A co to szkodzi, przecież żyjemy w Europie! Liczą się Wartości Europejskie, nie jakieś prawne podstawy czy słuszność!

Ja sobie jednak ostatnio kupiłem pełny angielski, autoryzowany przekład tego wspaniałego dzieła, o czym jest nieco na moim rodzimym blogu, nawet ze zdjęciem. Dla tych wszystkich jednak, którzy chcieliby dowiedzieć się szybko i w miarę bezboleśnie - doceniam ich, że w ogóle mają ochotę to wiedzieć - oto... Oswald Spengler w pigułce. W jednym krótkim zdaniu (ze strony 90 drugiego tomu tego przekładu):
"Ubi bene, ibi patria" is valid before as well as after Culture.
Co się na nasze przekłada mniej więcej tak:
Zasada, że "tam ojczyzna, gdzie dobrze" obowiązuje zarówno przed, jak i po Kulturze.
Dodam, że w języku używanym przez niemiecką filozofię, Kultura oznacza wcześniejszą, żywotną fazę rozwoju, która w końcu przechodzi w Cywilizację - racjonalną, prozaiczną i coraz bardziej wyzutą z kreatywności i sił żywotnych. Co jest dokładnie tym, co ja sam dostrzegam w naszej obecnej rzeczywistości.

A więc, wyjaśniło się mniej więcej, o co chodzi z tym "Schyłkiem Zachodu"?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Jerry Springer i Ronald Reagan

Czy oglądasz czasem, O Mój Ukochany Czytelniku, szoł Jerry Springera? Ja czasem oglądam. Jako odtrutkę na moją wieczną wewnętrzną emigrację z własnych czasów głównie. Oraz jako studium ludzkich charakterów, bom kiedyś bardzo się interesował psychologią i sporo mi z tego zostało.

Jeśliś oglądał, to na pewno byłeś świadkiem takiej dość typowej dla tego szołu sceny... Facet jest domorosłym alfonsem i prostytuuje własną siostrę. A jak dobrze pójdzie, to jeszcze żonę, córkę i matkę. Zebrana w studio tłuszcza wrzeszczy na jego temat obelgi, a facet wstaje, ukazuje złote łańcuszki, czy inne materialne dobra, i krzyczy: "Zarabiam w dzień więcej, niż wy wszyscy w rok! Jesteście FRAJERZY!"

Albo wczoraj. Facet mieszkał w przyczepie na kempingu, wywalił z domu (czyli z tej przyczepy) swoją dziewczynę, ponieważ "nie robiła tego, co on chciał". No i związał się z inną, nieprawdopodobnie chudą anorektyczką, która wyglądała, jakby była cały czas ciężko naćpana, ale chyba nie była, bo ta parka nie miała na to z pewnością dość forsy. Więc to było - albo walenie głową w ścianę, albo wąchanie benzyny, albo po prostu była od urodzenia pozbawiona kory mózgowej.

No i ta druga dziewczyna, ta anorektyczka, robiła to co ten facet chciał. Mianowicie chodziła po kempingu i się prostytuowała. Bractwo tam specjalnie bogate nie było, więc dostawała za swoją pracę - to cztery papierosy, to puszkę napoju gazowanego... I tak się to kręciło. Poza tym, w wolnych od pracy chwilach, klęczała przed swoim facetem, albo wachlowała go przeogromnym wachlarzem, aż dziw, że go potrafiła podnieść.

Facet oczywiście sam nic nie robił i był z siebie niesamowicie, wyraźnie szczerze, zadowolony. W końcu było to też jakieś skromne wydanie amerykańskiego snu, był niezależnym przedsiębiorcą, a do tego jeszcze pokazywali go w telewizji. Cóż w końcu może być piękniejszego, niż osobisty i ekonomiczny sukces?

Jasne, że elita w programach Jerry Springera nie występuje, więc autentyczny przekrój amerykańskiego społeczeństwa to nie jest. Jednak z pewnością bardzo wiele mówią one o Ameryce. O tym najbardziej liberalnym ze wszystkich krajów, powstałym zresztą przecież z Oświecenia i jego dziecięcia - liberalizmu.

O Ameryce można by mówić i mówić, pisać i pisać. Kraj w sumie, w mojej opinii, na plus. No bo co nam w końcu zostało? Przy tej uszminkowanej na pedalską kokotę Europie, jest to jeszcze coś żywego i na swój sposób autentycznego. Jednak dla patrzącego z boku, dla Europejczyka, Ameryka jest w wielu aspektach czymś tak dziwnym, że po prostu chorym.

Ten przerażający brak smaku! (Są oczywiście wyjątki i wcale nie mówię o Boston Philharmonics.) Ten przeraźliwy konformizm! Ta niewiarygodna żądza pieniądza! (Albo chociaż papierosów i napojów gazowanych.)

Skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? Z Ameryką znaczy. Dlaczego uważam, jak zresztą cała masa innych przyznających się do prawicowości ludzi, że Ronald Reagan był WIELKI? Przecież był niewątpliwie liberałem, w tym znaczeniu przynajmniej, że ogromną rolę przywiązywał do wolnego rynku, indywidualnej wolności ekonomicznej, kapitalizmu wreszcie. "Kapitalizmu", czyli przecież dosłownie "władzy kapitału". Czy to naprawdę takie piękne? Odpowiem tak...

Takim znowu wielkim "liberałem", poza sprawą wolnego rynku i "kapitalizmu", Reagan nie był, skoro tak bardzo zależało mu na pokonaniu Imperium Zła, podczas, gdy mógł z nim przecież robić interesy, jak wszyscy dotąd. Walczył z nim wprawdzie w imię "kapitalizmu", czyli liberalizmu, więc może to akurat nie jest aż tak wspaniały argument...

Wprawdzie stojąc naprzeciw Ojczyzny Proletariatu, która "kapitalizmami" rzucała, jak najgorszą obelgą, dumne przyznanie się do niego było dość naturalną, dość często w historii spotykaną przekorą. Wy na nas "kwakrzy" ("trzęsący się", że przed Boskim gniewem niby), więc w porządku, będziemy "kwakrami". Wy na nas "sankiuloci" (tak to się po polsku pisze?)? Dobra, jesteśmy "bezspodenkowcowcami".

To jednak nie jest faktycznie wielki argument. Na szczęście mam lepsze. A w ogóle to chodzi mi o coś jeszcze innego. Dlaczego Ronald Reagan mógł być jakimś tam "konserwatywnym liberałem", fanatycznym zwolennikiem wolnego rynku i sporej części tego, co nam nam tutaj wdusza pewna realna do bólu partia, i to było OK, podczas gdy, poza Ameryką i w innym wykonaniu, wcale tak OK to już moim zdaniem nie jest? A w każdym razie nie musi.

No bo widzisz, Najsłodszy Czytelniku, taka właśnie jest Ameryka. Tak ją zbudowano. Niemal wszyscy jej mieszkańcy to imigranci albo potomkowie imigrantów. (Sorry za powtarzanie tych truizmów!) Czyli ludzie, albo potomkowie ludzi, którzy zostawili niemal wszystko, także swoje dawne wartości i przekonania, i przyjechali do Ameryki, bo tego właśnie chcieli, co tam można było znaleźć.

Dobre państwo (jak i w mniejszym stopniu każda społeczność) to przede wszystkim takie, w którym istnieją powszechnie zrozumiałe i powszechnie akceptowane reguły społecznego awansu. Jakaś walka, ale tak "zrytualizowana", by nie czyniła za wiele szkody w nią zaangażowanym, a całkiem jak najmniej osobom postronnym.

Mogą to być konkursy poezji i kaligrafii, jak w dawnych Chinach. Mogą to być majtki pięknej księżniczki na hełmie w wielkim turnieju i zostanie w nagrodę za wysadzenie z siodła 99 dziarskich rycerzy Oficjalnym Nadzorcą Królewskich Latryn. I może to być, jak właśnie w Ameryce, status prywatnego przedsiębiorcy. Najlepiej oczywiście zarabiającego masę forsy, ale jeśli to niemożliwe, to wystarczy i puszka pepsi. W każdym razie raczej za pomocą własnego pomyślunku i pracy innych ludzi.

No i oczywiście do pełnego szczęścia potrzebne jest jeszcze występowanie w ogólnokrajowej telewizji. Nieważne że na człowieka bluzgają, a potem będą go na ulicy pokazywać palcami! Nieważne co o nas mówią, byle mówili, to przecież podstawowa zasada reklamy.

W Ameryce sporo ludzi realizuje te marzenia, choćby w formie nieco specyficznej i ułatwionej. Spora część spośród pozostałych wierzy, że im kiedyś też się to uda. A więc znają reguły i je akceptują. Czyli w sumie jest to zdrowy układ. Dość charakterystyczne jest też to, że chyba jedyne dwie duże grupy ludzkie, które od dobrowolnych imigrantów nie pochodzą, mają z akceptacją Amerykańskiego modelu szczęścia całkiem sporo kłopotu. Chodzi oczywiście o Murzynów i Indian.

Nawet siatka ochronna dla przegranych w tej rywalizacji - dodatkowa wprawdzie sprawa, ale też dość istotna - jest w Stanach pewnym sensie rozciągnięta, bo ta nieszczęsna anorektyczka, co to za papierosy... Właściwie wcale się nie wydawała specjalnie niezadowolona z życia. A więc można i bez wielkiego kapitału! Zresztą, w końcu wystąpiła w telewizji, i to w jakiej! Więc co się dziwić.

No i tym się właśnie różni, Mój Lojalny (skoroś aż tu doczytał) Czytelniku, liberalizm od konserwatyzmu! Liberał mówi: "mam genialne rozwiązanie wszystkich problemów ludzkości, pasuje zawsze i wszędzie, a do tego JAKIE PROSTE!"

Tak nawiasem, to Oswald Spengler definiuje "etyczny socjalizm", jako przekonanie, że (moimi własnymi słowami): "dobrze będzie, jeśli wszyscy ludzie będą mieli te przekonania co ja". Bardzo celna definicja, moim zdaniem, bo wszystkie inne definicje "socjalizmu", albo przynajmniej ich większość, są albo jałowe, albo po prostu durne. Drugim zaś nawiasem powiem, że kusi mnie od dawna napisanie tekstu pt. "Korwin-Mikke - socjalista", jako że wedle tej wspaniałej definicji, jest nim jak najbardziej. Jak i każdy liberał zresztą.

Natomiast konserwatysta - który wcale zresztą nie musi być jakimś spokojnym, przywiązanym do własności, ubranym w krawat facetem - powie tak: "Coś może nam się dość średnio podobać, ale całkiem fajnie pasować powiedzmy Amerykanom. Jeśli się to rozwijało spokojnie, ewolucyjnie, a tamtejszemu ludowi się to podoba, to naprawdę nie nasza, tylko ich własna sprawa.

Życzę im więc dalszych sukcesów, chętnie się przyjrzę, może czegoś się nauczę, ale oni to oni, my to my, każda sytuacja jest inna, a ja przecież jestem uczniem Edmunda Burke'a. Polska jest w końcu całkiem innym krajem, z inną ludnością, inną tradycją, inną sytuacją. Sam pomysł, że mielibyśmy tutaj nagle coś stamtąd przemocą przenosić... Nie, to po prostu paranoja!"

I coś w tym konserwatywnym podejściu chyba jest - prawda Mój Niewątpliwie Już Tym Wszystkim Zmęczony, Ale Szczęśliwy, Boś Przeczytał Interesujący Felieton, Czytelniku?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, czerwca 30, 2007

Kto odpowiada za to, że z każdym dniem mamy mniej wolności?

Kolejny zamach terrorystyczny, tym razem na lotnisku w Glasgow. Na razie na szczęście bez ofiar, choć to jeszcze nie koniec, nawet tego wydarzenia, ponieważ zamachowcy wciąż są na wolności. No i przede wszystkim nie koniec zamachów i zapewniam, że bez ofiar, całkiem w dodatku znacznych, się nie obejdzie.

Czego teraz możemy oczekiwać? Wielu oczywiście różncyh rzeczy, wszystkiego nie da się przecież wymienić, ale jedną mogę od razu przewidzieć. Rozlegną się głosy, że "nie dajmy się oszukać, bo to przecież władza w ten chytry sposób stara się zdobyć kontrolę nad życiem obywateli, dusząc wszelką wolność jednostki". Ludzie, którzy będą takie argumenty podnosić, z całą pewnością należeć będą do dwóch kategorii: wszelkiej maści liberałów, oraz wszelkiej maści lewaków. Połączenie, które może wywołać uśmiech, ale w końcu "skoro dwóch mówi to samo, to nie jest to samo", by przypomnieć starą rzymską sentencję.

Może mi Łaskawy Czytelnik łaskawie uwierzy, iż wolność jednostki - szczególnie zaś mojej własnej jednostki - jest mi ogromnie bliska. Zapewne nie mniej bliska, niż większości liberałów i większości lewaków. Tyle, że ja jednak, w odróżnieniu od przedstawicieli tych dwóch szacownych grup, zagrożenia terroryzmem, i w ogóle islamskim fundamentalizmem nie lekceważę.

Zresztą przewidywałem je, i niepokoiłem się nim, na długo przed atakiem na WTC. Pewnie było mi łatwiej, niż niektórym rodakom, ponieważ napatrzyłem się na kwestię imigracji podczas mego długiego pobytu w Szwecji. No, a poza tym byłem zawsze żywo zainteresowany polityką, historią, plus dziwnie odporny na wszelkie modne trendy, z polityczną poprawnością na czele.

Zagrożenie dla wolności jednostki jest moim zdaniem jak najbardziej prawdziwe i jej ograniczanie ma miejsce w Europie, ale także w Ameryce i gdzie indziej, praktycznie każdego dnia. Polska niestety nie jest tu wyjątkiem, mimo naszego wreszcie i całkiem w sumie dobrego rządu. To są procesy globalne, choć oczywiście jest to związane właśnie z naszą zachodnią cywilizacją i jej dominacją w świecie. Zagrożenie terroryzmem jest jak na razie w sumie niewielkie, to znaczy masowo nie giniemy.

Fakt. Jednak nic złośliwego o Mahomecie nikt już się nie odważy wydrukować, a sam Papież musi się teraz cenzurować nawet w swych uniwersyteckich wykładach, bo nie da się już cytować średniowiecznych scholastyków nie myśląc o konsekwencjach. Więc jednak coś się wyraźnie zmieniło, prawda? A zmeni się jeszcze znacznie więcej, zapewniam, choć z autentycznym smutkiem.

No dobra, Panowie i Panie Liberałowie... Mamy więc problem imigracji, proszę nie mówić, że go nie ma. I nie chodzi wcale wyłącznie o zasiłki, jak by chcieli sprawę przedstawić światu liberałowie. Nie, nasze życie jest już całkiem inne, nasze myśli są już całkiem inne... A co będzie wkrótce? A jak będzie wyglądało życie naszych dzieci? Że o wnukach nie wspomnę?

Zadajmy sobie więc pytanie, kto właściwie nasprowadzał do Europy (skoncentrujmy się w tej chwili na niej) tych wszystkich obcych? I w jakim zrobił to celu? Czy byli to socjaliści? "Ależ oczywiście!", powiem nam każdy autentyczny liberał. Jaki mieliby w tym interes? Przecież biedni, a do takich należą w ogromnej większości imigranci i ich potomstwo, zawsze głosują na lewicę. To wystarczający powód!

Czy jednak ci ludzie nie zostali w dużym procencie początkowo sprowadzeni do bogatych krajów Zachodu właście do pracy? Ponieważ gospodarka potrzebowała siły roboczej, a miejscowa była za droga (każdy bowiem musiał zostać socjologiem)? Zgoda, nie wszyscy imigranci byli tego typu. "Pieds noirs" z Algierii można uznać za inny rodzaj imigrantów. Można mieć także w tej kwestii wątpliwości co do tych wszystkich Pakistańczyków i murzynów z Jamaiki w Wielkiej Brytanii.

Jednak nie da się ukryć, że ogromna część imigrantów to byli gastarbaiterzy, którzy potem mieli prawo zostać i jeszcze sprowadzić rodzinę (do dwudziestego pokolenia). Nawet kiedy pracy już nie było, nie tylko dla nich, ale nawet dla miejscowych. Z pewnością było tak w Szwecji, sam to oglądałem, ale to chyba nie jest jedyny kraj, gdzie tak się właśnie działo.

A więc, ta, w sumie to niezwykle zgodna współpraca rzekomych "liberałów", dla których "najważniejsza jest gospodarka", z "socjalistami", dla których "najważniejszy jest prosty człowiek", potwierdza moim skromnym zdaniem fakt, że różnice miedzy tymi kategoriami, to tylko przyjęte - żeby nie powiedzieć "rozpisane" - role, a różnice w sumie są żadne. Pogadać, pokrzyczeć - za "liberalizmem", za "socjalizmem". Jasne - czemu nie? To przecież i tak nie ma żadnego realnego znaczenia, a przydaje się w wyborach, zaś wybory to posady i immunitety, jeśli nawet też już niewiele z nich dziś w realu wynika.

Jak by zresztą miało wynikać, skoro wysokie opluwające się strony przeważnie niczym się w rzeczywistości nie różnią, poza oczywiście odgrywanymi rolami? Nie przekonałem Cię jeszcze czytelniku? No to proszę zastanów się może nad taką kwestią: dlaczego nikt nigdy dotąd nie zorganizował publicznej debaty, nie mówię już o trybunałach stanu czy komisjach parlamentarnych, która miałaby za zadanie ustalić KTO WłAŚCIWIE ZAFUNDOWAł NAM TEN CAŁY SYF Z OGRANICZANIEM WOLNOśCI I TO TERRORYSTYCZNE ZAGROŻENIE, SPROWADZAJąC NAM TYCH WSZYSTKICH MUZUŁMANóW?

Kto za to właściwie odpowiada? Kto powinien za to ponieść konsekwencje? Kogo więcej nie powinno się wybierać do władzy, jeśli nic więcej zrobić się nie da?

Moja własna odpowiedż jest prosta, ale sforumuuję ją raz jeszcze, jeszcze wyraźniej, bowiem zbliżamy się do puenty. Podział na "socjalistów", "liberałów", "chadeków" i całą tą resztę - to tylko pozór. (Poza lewactwem, które potrafi się czymś różnić, i jeśli tylko nie nawołuje do strzelania, wszystko mu wolno.) Nie ma żadnych "socjalistów" czy "liberałów", są jedynie realni liberałowie przybierający różne maski. I wszyscy oni za to odpowiadają, ponieważ wszyscy byli wtedy "liberałami", troszczącymi się o gospodarkę, o nowe bajery i nowe odżywki przeciw rozdwajaniu się włosa, mając w nosie opory normalnych ludzi i ponure przepowiednie różnych nawiedzonych "reakcjonistów" i "rasistów".

Każda hipoteza nabiera wartości i prawdopodobieństwa w miarę, jak potrafi wyjaśniać pojawiające się już po jej powstaniu zjawiska. To każdy wie z ogolnej metodologii nauk, prawda?

No to, tytułem ćwiczenia do domu, proszę sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak "liberalna" partia, jak Platforma Obywatelska, z taką cudowną łatwością uszczęśliwia nagle biedne pielęgniarki kosztem budżetu? Albo - o horrendum! - na przykład przegłosowuje becikowe?

Choć podstawowy problem do zastanawiana się jest oczywiście ten, który tu podniosłem wcześniej, ten o odpowiedzialności za imigrację i jej tej imigracji najważniejszych celach z punktu widzenia władz, które do niej dopuściły.

triarius

P.S. A "prawdziwymi liberałami" proszę sobie głowy nie zaprzątać - to tylko tacy liberalni trockiści.

piątek, czerwca 29, 2007

Błona problem nabrzmiały - część 1

Spyta ktoś, dlaczego, choć w motcie mam przecież o tępieniu lewactwa, ciągle przykopuję przede wszystkim liberałom? Zmusiłem wprawdzie chytrym podstępem Katona Starszego, by zostawił w spokoju nieszczęsną Kartaginę i zajął się lewactwem, ale to niemal wszystko, com uczynił, bo wszystkie niemal gromy, kopniaki, cała niemal jadowita ślina i cuchnąca siarką żółć, dostają się przemiłym, uwielbiającym wolność, indywidualną przedsiębiorczość i świętą własność poczciwinom. Dlaczego tak?

Na ten zarzut odpowiem, iż jest to przede wszystkim problem błony. Jakiej błony, spyta co badziej ciekawski czytelnik? Błony, którą pamiętam z moich młodych lat. (Ach!) Z lat licealnych chyba, o ile mnie starcza niesiołowatość już nie dopadła i całkiem mi się nie pokręciło. Te prlowskie licea, jak to, do którego sam chodziłem, miały całkiem niezły poziom. Przynajmniej w porównaniu z tymi obecnymi, które każdy po prostu musi ukończyć, by potem pójść na "studia", i w których panuje, nomen omen, liberalne podejście do uczniów. Fakt, była indoktrynacja, ale czy dzisiaj jej nie ma? Chyba tylko azymut się radykalnie zmienił, poza tym, z tego co mi mówią, niewiele.

No dobra, i co z tym liceum i tą błoną? Już widzę te wypieki, pąsy, oczęta spuszczone, w dekolt, w jakąś powabną szczelinę między... Nieważne! Już słyszę trzepot rzęs, przyspieszony oddech... No więc spieszę wyjaśniać. Chodzi mi o błonę półprzepuszczalną, o której uczono mnie na fizyce. Taka błona przepuszcza cząsteczki otaczającej ją substancji, ale tylko w jedną stronę, te które pragną się przez nią przedostać w drugą stronę, po prostu brutalnie zatrzymuje. Jaki tego skutek?

Taki mianowicie, że na zdrowy rozum można stwierdzić, iż, jeśli błona będzie szczelnie, na dwie części, przegradzać szczelne naczynie, a po obu jej stronach będzie początkowo jakaiś gaz pod tym samym ciśnieniem, to po jednej stronie ilość tego gazu, oraz jego ciśnienie, będzie się stale zwiększać, aż do momentu, gdy cały gaz znajdzie się w tej części. Po drugiej zaś ilość gazu i jego ciśnienie będzie się stale zminieszać, aż do zera. Choć można by to naprawdę osiągnąć tylko w teoretycznym przypadku idealnej błony półprzepuszczalnej, a do tego mogłoby to zająć sporo czasu. Nas jednak interesuje tutaj sama teoretyczna zasada zjawiska, a nie jego ew. technologiczne zastosowania.

No więc, wracając do naszej głównej kwestii - lewactwo to hunwejbini, to huliganeria używana przez rządzących do terroryzowania spokojnych obywateli. To także cenne źródło inspiracji dla tych, którym nie podoba się to wszystko, na czym dotychczas uformowane było ludzkie społeczeństwa, ba - sama natura człowieka. Lewactwo to ogłupiała z braku obowiązków, z totalnego bezpieczeństwa, z braku autorytetów młodzież. To także, przeważnie na szczytach hierarchii, sfrustrowane schizoidy, zdające sobie jednak sprawę z tego, że dopóki świat jest taki, jaki jest, dla nich nie ma w nim wiele miejsca i wielkiego uznania wśród normalnych ludzi nie zdobędą. Trzeba więc ten świat rozwalić. I zbudować w jego miejsce coś nowego, lepszego.

Albo i nie, są różne szkoły, także wśród lewaków. Jedni głoszą, że samo się zbuduje i na pewno będzie lepsze. Inni, że samo rozwalanie daje wystarczająco dużo radości. To, że normalni ludzie w takim świecie nie chcieliby żyć, nikomu z lewaków nie przeszkadza, a często nawet bardzo ich cieszy.

No i, po co ja miałbym z takimi ludźmi polemizować? Po co miałbym ich zwalczać słowem, skoro całkiem inne narzędzia są tu potrzebne? Lewactwo jest jak pluskwy, które mnie gryzą. Nie polemizuję z pluskawmi, nie czytam im "Listu do Koryntian" ani Tocqueville'a. Jeśli mogę, to je tępię. Jeśli mogę, to ostrzegam innych przed przyniesieniem do domu kanapy, w której urządziły sobie "Le Madame".

Problemem, którym warto i należy się zajmować, jest błona! Półprzepuszczalna, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział. Czyli pytanie, które trzeba sobie postawić, jest takie: dlaczego wszystkie, nawet najbardziej schizofreniczne, durne i zbrodnicze pragnienia lewaków są, prędzej czy później, w obecnej zachodniej cywilizacji realizowane, podczas gdy poglądy z drugiej strony spectrum, są coraz bardziej wyraźnie, gorliwie, i niestety także skutecznie, tępione?

Dlaczego pluskwi "Le Madame" (które za samą gramatykę powinno się rozwalić!) ma wszelkie prawa, ograniczane jedynie chyba cierpliwością ludzi, na których się te eksperymenty, te wiwisekcje, dokonuje, którzy nie są jeszcze całkowicie bezsilni, więc nie można ich przypadkiem zbudzić, dać im zrozumieć, co się z ich życiem, nie mówiąc już o życiu ich dzieci, dzieje...

Więc dlaczego ten pluskwi "Le Madame" i wszsytkie jego klony tudzież avatary, mają tyle praw, i coraz więcej z każdym niemal dniem, zaś normalni, zdrowi na umyśle i moralnie ludzie, którzy rzekomo mają być podmiotem - "demokracja" (władza "ludu", gdyby ktoś nie wiedział), "prawa człowieka", "wolność jednostki", cały ten bełkot - są poddawani, wraz z całym swym życiem, brutalnej i cynicznej obróbce po to, by sprawić przyjemność tym lewackim pluskwom?

No dobra, wyszło to już dość długie. A więc do następnego razu, kiedy dalej będziemy ten problem drążyć. (Deo volente, of course. Jak zawsze, w końcu człowiek nigdy nic o przyszłości pewnego nie wie.)

c.d.n.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, czerwca 28, 2007

Będą nas nawracać, moi państwo!

Gdyby ktoś mi postawił zadanie spojrzenia na współczesność z intelektualnego dystansu, historiozoficznie, żeby tak to mądrze określić, a potem powiedzieć, co ujrzałem, to bym z pewnością od razu na początku mej relacji stwierdził, że na terenie tego, co nazywamy zachodnią cywilizacją, odbywa się właśnie śmiertelna walka pomiędzy tradycyjną religią - przede wszystkim chrześcijaństwem - wraz z wynikającymi z niej, kształtującymi od wieków i b. gruntownie życie i przekonania nawet ludzi niewierzących, a nową... Jak by to określić? Niech będzie: religią, choć nie całkiem.

W tej walce, jak dotychczas, ta pierwsza dostaje baty na wszystkich frontach i nic nie zdaje się zapowiadać jakiejś zmiany w wojennym powodzeniu obu stron.

Jaka jest ta druga religia-niereligia? Dość trudno dokładnie określić dokładną hierarchię jej dogmatów, ponieważ wszystko to dopiero się kształtuje (choć już zwycięża i kształtuje NASZE życie), dociera się w zaciszach jakichś niedostępnych niemal nikomu klubów, prywatnych mieszkań, czy może nor... I tylko co pewien czas serwuje się nam, zwykłym ludziom, obecnym i przyszłym neofitom kolejną inscenizację "Czarodziejskiego Fletu". Niewątpliwe arcydzieło, zgoda, ale przecież było też parę innych arcydzieł w historii europejskiej sztuki operowej, czemu zawsze ten "Flet", a nie na przykład... Cokolwiek innego?

Mitologia tej nowej religii jest już dość dobrze znana, jest to Oświecenie, do którego wiodą pomniejsze, ale tym przez to cenniejsze przecież, strumyczki we wcześniejszej historii, oraz to, co z Oświecenia wynikło i wynika. Z "Czarodziejskim Fletem" włącznie - oczywiście dla wybrednych, bo dla mniej wybrednych są Festiwale Eurowizji i Otwarcia Olimipiad, tudzież innych podobnych Międzynarodowych, czy już raczej Globalnych, Imprez. (Marna imitacja turniejów gladiatorów, triumfów, lupercaliów i innych takich starożytnych chec z cyklu "panem et circenses", jeśli ktoś by mnie pytał.)

Swojej Świętej Świeckiej Księgi - świeckiej, bo ta nowa religia jest absolutnie świecka, przez co stanowi autentyczny przełom i postęp w historii Ludzkości, a tym bardziej stanowić będzie, jeśli się naprawdę przyjmie i przetrwa Aż Do Kresu Wieczności, jak jest z całą pewnością planowane - ta nowa religia chyba nie ma. Jest dość sporo różnych świętych tekstów, ale nie ustalono jeszcze chyba Kanonu. Na to przyjdzie czas nieco później.

Ile później? Zapewne w jakiś czas po wprowadzeniu w życie (fanfary, werble, chóry starców zawodzą) Konstytucji Europejskiej. Jednak już teraz rozchodzą się z kręgów "europejskich" (nie powiedzialem, że wszystko wskazuje, iż gdzieś tam musi się znajdować najwyższa władza nowej religii? a więc mówię, na 98% tam się właśnie ona znajduje, a te 2% to na to, że tam się bezpośrednio odbiera objawienia). A więc rozchodzą się wieści, że głoszenie anty-ewolucjonistycznych poglądów ma być w Unii Europejskiej karane.

Nieprawdopodobna sprawa, jeśli to prawda, a wygląda mi na prawdę, lub raczej na sondowanie nastrojów i podgrzewanie się wzajemne do boju. Przez wojowników nowej religii oczywiście, przez kogo innego? Jako zaprzysięgły ewolucjonista, mówię, że sam taki pomysł (jeśli naprawdę istnieje) kwalifikuje od razu Unię Europejską do kategorii instytucji zbrodniczych, tout court!

Czemu wierzę w takie przedziwne z pozoru i szokujące pogłoski? Bo docierają do mnie informacje, całkiem nietrudno dostępne, jeśli się ma dostęp do prasy czy sieci w kilku językach, na temat b. podobnych działań. Poza tym np. dowiedzialem się niedawno, że w niemieckim prawie (jeśli "prawem" można to w ogóle nazwać) jest przepis pozwalający praktycznie każdego skazać za wszystko, jako "podżegacza". Przepis ponoć jeszcze z czasów III Rzeszy, ale nie usunięty, jak i kilka innych dość istotnych, choćby dla Polaków, przepisów z tamtej epoki.

No a poza tym parę dni temu polski (?) tzw. "niezawisły sąd" nałożył na Romana Giertycha "karę" w praktyce za podważanie świeckiej świętości Św. Jacka Kuronia. A więc można, po prostu na razie na niewielką skalę, detalicznie, i w stosunku do ludzi z jakichś (dla mnie niezrozumiałych) względów niepopularnych. To dopiero pierwsze jaskółki jednak, zapewniam!

W sumie wyszedł z tego już całkiem długi tekst. Z pewnością w jednym, nawet chorobliwie długim, blogowym tekście tematu nie wyczerpię. Nawet nie wyczerpię tego, co już wydaje mi się, iż na temat nowej religii i jej prozelitów wiem. A więc na razie przerwę, zapraszając Mego Lojalnego Czytelnika (skoro do tego miejsca doczytał to zasługuje na miano lojalnego!), jeśli taki w ogóle istnieje, na przyszłe analizy, intuicje i zoologiczne idiosynkrazje z tą pasjonującą sprawą związane.

Na razie zaś: take care and drive slowly - nowa religia potrzebuje was!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, czerwca 27, 2007

Demokracja L...

Warto czasem słuchać tego, co mówią ludzie potężni i wpływowi. Wiem, wiem! Ludzie potężni i wpływowi, szczególnie w naszych słodkich czasach, dziwnie często generują nieprawdopodobne ilości bezsensownego i/lub kłamliwego (w różnych proporcjach, choć z reguły to się dopełnia do 100%) bełkotu. Że tego się po prostu czytać ani słuchać nie da. Fakt. A więc nie będę aż tak pozbawiony serca, by wzbudzać w moich nielicznych czytelnikach wyrzuty sumienia, jeśli pilnie codziennie nie śledzą elukubracji tow. Żakowskiego, tow. Wołka, czy tow. Sierakowskiego z Żiżkiem i Leninem do pomocy.

Jednak naprawdę twierdzę, że warto czasem nadstawić ucha co też taki ktoś mówi czy pisze i wyłapać przynajmniej słowa kluczowe.

Weźmy taki Związek Sowiecki. Przez całą swoją historię jego przywódcy mówili otwartym tekstem, że dążą do zawładnięcia całym globem, że mierzi ich zgniła zachodnia demokracja i takie tam... I mało kto im wierzył! Istniała cała liczna i opływająca w splendory, tudzież we względne dostatki, klasa tzw. sowietologów - na usługach wszystkich ważniejszych instytucji, od rządów po wpływowe tygodniki... Ci ludzie żyli z czytania i rozumienia tych kremlowskich przemówień, artykułów w "Prawdzie" czy "Izwiestiach"... Masa była miejsc, gdzie oni to wszystko, co chcą z Zachodem i całym światem zrobić, mówili i pisali, sporo ludzi żyło z egzegezy tych tekstów, i jakoś nikt wniosków nie wyciągał.

Zabawne było, że ci "sowietolodzy" raczej właśnie przyczyniali się do tego, by wszystko, co tam było prawdziwe i powiedziane w miarę po ludzku (mimo oczywiście quasi-religijego języka, różnych "walk o pokój" i bazy z nadbudową), było ignorowane, a rozumienie sowietów polegało na głębokim wczuciu się w ich wrażliwe i jakżesz skomplikowane dusze, przejęcie się aż do paroksyzmu współczucia ich poczuciem zagrożenia. All that crap, jak mówia nasi sojusznicy zza oceanu.

Działało to oczywiście w ten sposób, że taki "sowietolog" z samego założenia musiał być albo idiotą, albo agentem. Cżęsto bywał obiema tym rzeczami na raz. No i działał mechanizm selekcji, całkiem jak na uniwersytetach III RP, dzięki któremu jeden agent mentorował i umożliwiał karierę następnemu, a jeśli akurat pod ręką nie było agenta, to torował największemu idiocie. Skutkiem czego Zachód tonął w subtelnych analizach kremlowskiej duszy, całkowicie lekceważąc to, czego tamci nawet nie poczuwali się przed Zachodem ukrywać.

Sprawa niby oczywista dla każdego, kto wtedy żył i trochę się stykał z zachodnią prasą, ale w końcu młodzież może o tym nie wiedzieć, więc może warto przypomnieć.

Przypadki jednak takie, że ludzie, który mają wobec nas b. niemiłe (z naszego punktu widzenia) zamiary mówią nam o tym wprost, są - niestety - stosunkowo rzadkie. Potrzebna jest do tego jakaś Święta Świecka Księga, której proroctwa muszą się koniecznie sprawdzać, oraz jakaś żądna sukcesów i przywilejów kadra oficerska, paląca się do realizacji proroctw w onej Księdze zawartych... Naprawdę nieczęsta systuacja.

Istnieje jednak niezły ekwiwalent powyższej, wymarzonej poniekąd, sytuacji. Oczywiście z równym zapałem ignorowany przez ludzi do analizowania rzeczywistości powołanych z urzędu, z tego żyjących, czy zainteresowanych tym, co się wokół dzieje amatorów. Ten ekwiwalent to zwracanie bacznej uwagi na to, co ludzie potężni i/lub wpływowi mówią tylko czasem, sporadycznie, najchętniej we własnym, zaufanym gronie... A potem obserwowanie społecznej reakcji na te wypowiedzi. Ten drugi człon jest niezwykle istotny, to on sprawia, iż ta druga, zastępcza poniekąd, metoda nie jest wcale aż o tyle mniej skuteczna.

To znaczy "skuteczna", ale tylko teoretycznie. Nikt bowiem, albo prawie nikt, by być całkiem ścisłym, nie raczy tej metody stosować. No bo po co niby, skoro można z przyjemnością i pożytkiem czytać teksty tow. tow. Żakowskiego, Wołka czy Sierakowskiego z Żiżkiem i Leninem?

Ma być przykład? Proszę bardzo! Otóż ze dwa tygodnie temu rzuciłem okiem na program TV Puls, który się nazywa chyba "Puls Wieczoru" i zazwyczaj jest całkiem sensowny. Tym razem jednak sensowny nie był, a występowały w nim, o ile pamiętam, takie gwiazdy Jasnogrodu, jak Wołek, Lityński, i jakaś jeszcze, eufemistycznie mówiąc, komusza menda, prowadził zaś Igor Janke. No i Lityński (bo to chyba był on, choć nie mam wielkiej pamięci do ludzi, a co jeszcze do takich) na pytanie o to, jak to jest, że mamy demokrację, ludzie chcą lustracji (bo o nią to chyba chodziło, choć gdyby było np. o karze śmierci, to nic by to w sprawie, o której mówimy nie zmieniło), ale lustracja jest be i niezgodna z demokracją?

Przyznasz mój (nieliczny) Czytalniku, że to zagwozdka intelektualna pierwszej wody i nie byle jakiego rabina potrzeba, by ten talmudyczny paradoks rozstrzygnąć. Zgoda? A jednak tow. Lityński wybrnął z tego bez zmrużenia powieki. Jak? Wyjaśniając, że jest to fałszywie postawione pytanie, bowiem teraz nie mamy demokracji takiej, jak ją rozumieli Grecy, a więc że lud miałby rządzić, tyko demokrację liberalną, polegającą na tym, że istnieją rozmaite instytucje, które mają swoje funkcje...

A więc, mój Najdroższy Czytelniku, powiedziano nam - otwartym tekstem, choć faktycznie nie wszystkim, bo w dość niszowej audycji - że "demokracja jako władza ludu" została już unieważniona, i że teraz mamy demokrację z przymiotnikiem, który w dodatku zaczyna się na "l". Co niektórym może się z czymś skojarzyć, prawda? Proszę, zastawów się nieco Czytelniku Słodki, nad tą wypowiedzią i nad z niej konkluzjami!

To jednak wcale nie wszystko. Co dalej nastąpiło? Jak myślisz, Czytelniku? Zgadłeś, jestem pewien. Brawo! A więc nastąpiło dokładnie to, czego się należało spodziewać. Czyli kompletnie nic. Zgromadzeni w studio panowie pokiwali ze zrozumieniem głowami, wyraźnie tą odpowiedzią usatysfakcjonowani. Nie zauważyłeś też chyba, Czytelniku, by w mediach wybuchła na ten tamat jakaś żywiołowa i angażująca cały naród debata? Bo i nie nastąpiła.

Co jest właśnie niezbędnym dowodem, zgodnie z tą drugą opisywaną tu procedurą, że sprawa jest poważna. Jest coś, co gdyby oświadczono nam oficjalnie i ex cathedra, wywołałoby burzę. Nawet w naszych podłych czasach, gdzie za zasady i dla własnej wolności nikomu już nie chce się kiwnąć palcem. Ktoś to jednak mówi... W dość nielicznym i dla niektórych zapewne "elitarnym" gronie, ale przecież nie całkiem na odludziu i bez światków. I cała elita, media, publicyści, specjaliści od egzegezy demokracji... W ogóle całe to stado, po prostu milczy. Dla mnie to, nie tyle dziwne, bo niczego innego się po nich nie spodziewałem, ale symptomatyczne z całą pewnością.

To coś dokładnie takiego, jak sprawa opisana przeze mnie na tym blogu kilka tygodni temu, sprawa agenturalności premiera Buzka. Agenturalności, do której się oficjanie przyznał, choć także nie przed milionami, tylko w lokalnym programie TV. I psa z kulawą nogą to nie zainteresowało, co mnie wydaje się najbardziej właśnie symptomatyczne. I świadczące nie tylko o stanie naszego państwa w kwestii agentury, ale może przede wszystkim, o nas samych, o współczesnych Polakach. Oto link, gdyby ktoś chciał rzucić okiem: http://bez-owijania.blogspot.com/search/label/Jerzy%20Buzek.

Wracając do demokracji z kwantyfikatorem... A więc mamy, choć tego się ludowi nie mówi, nie po prostu "demokrację", nie jakąś tam "demokrację", tylko "demokrację liberalną". Na użytek młodzieży powiem, że dla mnie podobieństwo do przesławnej i całkiem niedawno zarzuconej "demokracji ludowej" jest wprost uderzające. Twierdzę, i powtarzam to raz po raz od czasu, gdy tę myśl sformuowałem, że Zachód, z Europą i Polską włącznie, żyje dzisiaj w ustroju realnego liberalizmu. Passus tow. Lityńskiego i reakcja nań - czyli jej brak, co potwierdza, że ta prawda jest wszystkim z tego szacownego grona świetnie wiadoma, a ludu nikt przecież nie będzie, wbrew sobie, uświadamiał jak się sprawy mają - jest po prostu kolejnym tego faktu potwierdzeniem.

Liberalizm realny, całkiem jak socjalizm realny, dąży do ideału, ale osiąga jedynie dość marne przybliżenie. Tak samo gorliwe zwalcza biurokrację i bumelantów. Tak samo bombarduje głupi lud propagandą, nie zaniedbując przy tym propagandy sukcesu. Tak samo - i to jest moim zdaniem cenna obserwacja - ma swoich rewizjonistów, który pragną powrotu, czy po prostu wstąpienia wreszcie na drogę, PRAWDZIWEGO, NIESKAŻONEGO LIBERALIZMU. (Fanfary, werble, chóry starców zawodzą!) Kim bowiem są wszyscy ci von Misesowie, Korwiny-Mikke, i inni libertarianie und "prawdziwi liberałowie"?!

Tak właśnie sprawy się mają! A najgorsze w tym wszystkim, że ten realny liberalizm z każdym niemal dniem staje się coraz bardziej totalitarny. Jego szumnie głoszone wartości - także te naprawdę wartościowe, jak wolność wyrażania poglądów, szacunek dla prywatności jednostek - są stale wypłukiwane i obracają się już niemal we własną parodię.

Mnie to przesadnie nie dziwi. Nie byłem nigdy wielbicielem realnego socjalizmu i nie czuję sympatii do realnego liberalizmu. Chyba utopijne idee w zderzeniu z rzeczywistością są dla mnie, całkiem po prostu, z samej zasady, niestrawne. Ciekawe, czy dla wszystkich innych są one naprawdę strawne, czy po prostu dotychczas udało się przed "ludem" prawdziwy charakter całej sprawy ukryć? Jak Ty sądzisz, mój Lojalny (skoroś aż dotąt doczytał) Czytelniku?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.