sobota, lipca 28, 2007

Myśli i bonmoty lewaków

Proszę - przyjmijcie do Partii. Chcę komunistą umierać. Wisława Szymborska

Naszym celem jest taka hegemonia, która pozwoliłaby na zawsze wykluczyć z dyskursu pewne treści. Kinga Dunin

Oto zaś pendant to tej śmiałej deklaracji, świadczący o tym, iż to nie był po prostu indywidualny jednorazowy wyskok:


Naszym celem jest stworzenie przestrzeni, w której pewne praktyki, uważane przez lewicę za szkodliwe, staną się niedopuszczalne. Sławomir Sierakowski

Oczywiście, że nastapi oddanie suwerenności. Ale przecież nie byłbym taki niemądry, żeby zwracać na to uwagę opinii publicznej. Premier Luksemburga dla "Le Soir"

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, lipca 27, 2007

Dwa hipopotamizmy czy jednak jeden? (część 2)

Początek tego tekstu tutaj.

Wyjaśnijmy sobie teraz może sprawę samej nazwy interesującej nas w tej chwili ideologii. Jest to tym bardziej istotne, że zwolennicy tego drugiego hipopotamizmu - tego, którego nikt nigdy w przyrodzie dotychczas nie spotkał - wyrażają na ten temat całkiem inny pogląd od zwolenników tego pierwszego rodzaju. Podczas gdy ci ostatni utrzymują, iż hipopotamizm powstał w epoce Wielkiego Mędrkowania i opiera się w znacznej mierze na intuicjach niepiśmiennego pańszczyźnianego chłopa z tobolskiej obłasti, niejakiego Wasilija Hipoppotamowa, o którym nic bliższego nie wiadomo, ale którego dorobek intelektualny przedostał się jakoś do krwioobiegu zachodnioeuropejskiej myśli.

Niewykluczone, że w stanie nietrzeźwym podzielił się on swymi przemyśleniami z żoną (możliwe że na imię było jej Elizawieta, albo może Prochownia), ona zaś rozplotkowała wszystko sąsiadkom. Jak dokładnie się to zdarzyło, z pewnością już nie ustalimy, był to jednak bez wątpienia szczęśliwy splot wydarzeń, istna ręka boska Świeckiego Postępu. Tak przynajmniej twierdzą zwolennicy pierwszego rodzaju hipopotamizmu.

Nowoczesna nauka potwierdza tę hipotezę, z tym, że Wasilij nie nazywał się w istocie Hippopotamow, a najprawdopodobniej nie nazywał się także Wasilij. Niektóre teorie sugerują, że mógł się nazywać Lockow, albo jakoś bardzo podobnie. Na imię zaś mógł mieć np. Trofim, ale to nic pewnego, bo każde imię używane wśród rosyjskiego chłopstwa w tamtym okresie jest tu równie prawdopodobne. Niektórzy sugerują nawet, że mogło to być imię Dżon, co by sugerowało chińsko-kałmuckie pochodzenie Proroka. Niedawno pewien zdolny doktorant Uniwersytetu Postępu w Jakżemutam wysunął, i częściowo nawet udokumentował, hipotezę, iż Prorok miał po prostu na imię po Potamow, zaś Hippo było pieszczotiwym imieniem, które nadała mu jego poprzednia, przedwcześnie zmarła żona (która mogła się nazywać np. Marfa, choć niemal każde inne imię jest tu równie prawdopodobne).

Sama nazwa "hipopotamizm" miałaby wedle tej wersji wydarzeń pochodzić od wielkiego różowego hipopotama, który w pijackim śnie ukazał się naszemu bohaterowi, by ujawnić mu nową świecką Ewangielię, opartą przede wszystkim na idei Świętego Prawa do Sadła na Grzbiecie, Bokach, Brzuchu, Tyłku, Udach, Policzkach, oraz Świętego Prawa do Siedmiu Podbródków. (Drugi fundamentalny dogmat hipopotamizmu pierwszego rodzaju, czyli Świętość Worów Pod Oczami, stanowi dorobek późniejszych dwustu lat teologicznego rozwoju tej ambitnej dziedziny.)

Co na ten temat mają do powiedzenia zwolennicy drugiego rodzaju? Przeważnie zdają się dość niechętnie podchodzić do kwestii genezy swej (nie bójmy się tego słowa!) świeckiej religii, zamiast tego wysuwając argumenty, które tu w skrócie przytoczę. Zasadzają się one na, trudnej w istocie do zbicia, tezie, że przecież każdy z nas w pewnych okresach życia pragnie być jak hipopotam, marzy o hipopotamach, śni o hipopotamach, czuje niedosyt i cierpi, nie dostrzegając w sobie samym i w swym otoczeniu (słusznie czy nie, to już inna kwestia) wystarczająco wielu hipopotamich cech. (Ach!)

Co do tego nie może być większych wątpliwości, zgoda! Czy jest to jedak wystarczający powód, by cała ideologia, by cały ten świecki kościół, nazywał się właśnie hipopotamizmem? By odmawiał tego miana innym świeckim kościołom? By monopolizował tę wzniosłą nazwę? Cui bono? - że zapytam w imieniu nas wszystkich!

Nie da się zaprzeczyć, iż w tej kwestii można co najmniej podnieść poważne wątpliwości. Przecież nie ma dziś, poza paroma całkiem odciętymi od świata totalitarnymi rezerwatami, krajów czy politycznych ruchów, dla których hipopotam nie były emblematem, sztandarem, totemem... Nie ma dziś niemal nikogo, kto by otwarcie odważył się powiedzieć: "Na drzewo z hipopotamizmem! Hipopotam nie jest dla mnie niczym innym, niż spasioną bestią o wrednym charakterze i paskudnych nawykach, o których na szczęście dla nawiedzonych naprawiaczy świata mało kto wie!"

Nie, takich oczywiście już nie ma i gdyby byli, spotkaliby się z odporem każdego z nas indywidualnie, a także z ostracyzmem, żeby na nim poprzestać, zorganizowanych instytucji całego zdrowego i jakże wolnego świata! Hipopotamizm wszedł już bowiem do krwioobiegu naszego życia i bez niego po prostu nasz świat nie daje się nawet pomyśleć!

To jednak podważa tezę hipoptamistów drugiego rodzaju, iż ta nazwa jakoś do nich sama z siebie przylgnęła, ponieważ to oni właśnie, jak nikt inny, repezentują szczytne ideały hipopotamstwa. Nie!  To nie tak! Wszyscy dzisiaj - lewica, centrum i centroprawica - jesteśmy w tym sensie hipopotamistami! I nikt nie ma na to miano monopolu tylko dlatego, iż wydaje mu się, że właśnie jego idee najlepiej oddają te wzniosłe ideały i one najszybciej doprowadzą do ich realizacji! Nie, nie i jeszcze nie raz NIE!

Hipopotamizm drugiego rodzaju TAKŻE został wynaleziony w epoce Wielkiego Mędrkowania, i także opiera się na intuicjach Wasilija Hippopotamowa vel Dżona Lockowa z tobolskiej obłasti. Głośno artykuowane różnice pomiędzy oboma, zaciekle się z pozoru zwalczającymi, odłamami tej świeckiej religii, nie powinny przesłaniać ich zasadniczej tożsamości i tych samych, jeśli nawet nie "celów", to z pewnością skutków. Co właśnie mam zamiar wykazać w następych częściach tego tekstu.

koniec odcinka 2

c.d.n. (Deo volente)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Dwa hipopotamizmy czy jednak jeden? (część 1)

Wszystko na ziemi ma swą przyczynę i jeśli dwie całkiem różne rzeczy mają tę samą nazwę, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że łączy je coś więcej, niż tylko nazwa. Weźmy na przykład taki hipopotamizm. Istnieją dwa jego rodzaje, których zwolennicy nienawidzą się nawzajem z całego serca, odmawiając sobie poza tym (co nie jest aż trudne do zrozumienia) prawa do posługiwania się tą nazwą. Jeden rodzaj hipopotamizmu - nie powiem "jeden odłam", bo to by od razu zakładało, iż są to dwa aspekty tego samego zjawiska, a to przecież mam dopiero wykazać - występuje w Sporym Kraju Mbumbwa Hen Za Wodą i jest zasadniczo tym samym, co w innych rejonach globu nazywane jest hienozoofilizmem.

Ten drugi rodzaj jest czymś całkiem innym. Czymś diametralnie innym nawet. Po prostu zaprzeczeniem tego pierwszego we wszystkich praktycznie aspektach. I to jest, nawiasem mówiąc, wszystko, co o tym drugim rodzaju hipopotamizmu wiadomo. Ponieważ, wypowiedzmy w końcu tę bolesną prawdę... O ile ten pierwszy hipopotamizm rzeczywiście w przyrodzie istnieje, i to masowo, o tyle ten drugi nie do końca. To znaczy w zasadzie istnieje i co do tego nie może być cienia wątpliwości. W końcu nie ma tygodnia, by niszowa prasa nie doniosła czegoś nowego na jego temat.

A to w mule wyschniętej rzeki widziano odcisk niezidentyfikowanej tylnej łapy... A to niemówiący żadnym znanym językiem tubylec pokazywał coś na migi... A to hipopotam sfotografowany z turystycznego stateczku na Nilu miał coś takiego w oczach, coś takiego moi państwo! Tak więc dowody występowania drugiego rodzaju hipopotanizmu są liczne i dobrze udokumentowane, ale należą jednak do nieco innego porządku ontologicznego, niż dowody na istnienie pierwszego rodzaju, z którymi chcąc czy nie chcąć, wszyscy się spotykamy na codzień, nawet bez pomocy niszowych pisemek.

Skoro ustaliliśmy, że hipopotamizm pierwszego rodzaju jest jakby łatwiej dostępny naszym zmysłom, ustalmy sobie może czym też on właściwie jest. Otóż jego zasadniczą tezą jest tak, że wszystkie zwierzęta powinny mieć dobrze, sprawiedliwie, równo, do syta. Chodzi o to, nie bójmy się tego powiedzieć, by wszystkie zwierzęta żyły nie gdzieś w jakichś szemranych lasach, w jakichś nudnych stepach, na jakichś niegościnnych, pełnych za to zdradliwych przepaści, skałach, albo by taplały się w obrzydliwych przecież błotach czy niezbyt (excusez le mot) czystej wodzie... Będąc narażone na liczne nieprzyjemności i - co jeszcze potworniejsze! - same nabierając w ich wyniku różnych niemiłych cech. O nie! Tego przecież nikt z nas nie chce, zgoda?

Zwierzęta powinny żyć w zoo, bo to jest ich właściwe, naturalne rzec by się chciało, miejsce. W dobrze zorganizowanym zoo, of course! Z wysoko kwalifikowaną i sumienną obsługą, która do żadnej przemocy się nie ucieka, wszystko załatwiając za pomocą tego, co młodzież swego czasu nazywała "truciem dupy", zaś niektórzy mniej wyrobieni "propagandą i zakłamywaniem rzeczywistości". Oraz większą lub mniejszą miską codziennej strawy. Załatwiają znaczy. Plus, w razie ewidentnej potrzeby, strzelbą z usypiającymi strzałkami. Plus polityką zoofiliczną, w wyniku której zwierzęta lepiej do warunków zoo przystosowane będą żyły dłużej, dłużej będą pozostawać w znośnym stanie, zaś ich potomstwo w ogóle się urodzi i będzie miało warunki do dorastania.

(No a w całkiem ostatecznej ostateczności eutanazją, oczywiście jedynie na wyraźnie i na piśmie zadeklarowane życzenie zainteresowanego.) Czyli humanitaryzm najczystszej wody, czy może raczej najczystszej wody zoofilizmi. To podejście właśnie, mówiąc nawiasem, różni hienozoofilię od zwykłeg hienizmu, gdzie nacisk na unikanie użycia bata i dobrowolność wyrażonej zgody nie są aż tak skrupulatnie przestrzegane, przynajmniej do chwili, gdy hienizm zapanuje już na całym globie na dobre, zaś wszystkie zwierzęta staną się idealnymi lokatorami ogrodów zoologicznych i w swych pragnieniach przynajmniej, jeśli już nie da się tego w pełni zrealizować, hienami.

Co właśnie jest celem nurtu ideowego znanego pod nazwą hienozoofilizmu, a także jego bardziej egzotycznej - jednak tylko czysto geograficznie - odmiany o której na razie mówimy. Czyli hipopotamizmu pierwszego rodzaju. Takie naprawdę dobrze zorganizowane ogrody zoologiczne istnieją już w pewnych niewielkich izolowanych enklawach afrykańskiego kontynentu, każdy chyba wie, o jakie regiony Czarnego Lądu może chodzić. Oczywiście nawet i tam ideału jeszcze nie osiągnięto, można nawet powiedzieć, że do ideału jest jeszcze bardzo daleko.

I tu właśnie dochodzimy... Ale sza! Nie możemy jeszcze frontalnie zaatakować nabrzmiałej do granic cenzuralności kwestii widzenia postępu przez obie wersje hipopotamizmu, ponieważ nic przecież na razie nie wiemy o ideologii tej drugiej wersji. A więc, chwyćmy się teraz za bary z tym ambitnym tematem!

koniec odcinka 1

Dalszy ciąg tutaj.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

"Ojcowie nie poświęcają..." - nie, to naprawdę zbyt obrzydliwe. Czyli dzisiejsza Europa.

"Ojcowie nie poświęcają łechtaczce i waginie córki wystarczająco uwagi. Zbyt rzadko ich pieszczoty obejmują te rejony ciała. A tylko w ten sposób dziewczynki mogą rozwinąć poczucie dumy ze swej płci" - czytamy w broszurze "Miłość, ciało i zabawy w doktora" wydanej przez Federalne Centrum Oświaty Zdrowotnej (BZgA). Jest skierowana do rodziców dzieci w wieku od roku do trzech lat.

Według autorów dla zdrowego rozwoju dziewczynki istotne jest, żeby ojciec okazywał jej, jak bardzo jest dumny z tego, że jest dziewczynką. Najlepiej za pomocą rąk: "Dziecko dotyka wszystkich części ciała ojca. Czasami podniecając go. Ojciec powinien robić tak samo".

Z broszury można się dowiedzieć, że matki często nadają penisowi syna pieszczotliwe nazwy. Organy seksualne dziewczynki pozostają jednak bezimienne. W ten sposób dziewczynka ma się czuć gorsza od chłopca. Ojcowie powinni więc z czułością mówić o waginie córki, nazywając ją na przykład "kubeczkiem miodu."

Autorzy broszury radzą rodzicom, aby pozwalali dzieciom na "nieograniczoną masturbację". "Kiedy dziewczynka wkłada sobie przedmioty do waginy, rodzic powinien tylko wtedy interweniować, kiedy istnieje ryzyko, że zrobi sobie krzywdę. Na przykład kiedy jej wargi sromowe są już spuchnięte od ocierania się o fotel. Wtedy trzeba powiedzieć dziecku, że nie powinno się kaleczyć. Tłumacząc równocześnie, że stymulacja genitaliów jest całkowicie w porządku" - czytamy.

Masturbacja i dotykanie genitaliów przez rodziców ma zapobiec zahamowaniom seksualnym dziecka w wieku dorosłym: "Dzieci powinny się nauczyć, że nie ma czegoś takiego jak wstydliwe części ciała. Ciało to dom, z którego trzeba być dumnym".

BZgA ma także dobre rady dla rodziców nieco starszych dzieci. Niedawno urząd wydał poradnik na temat rozwoju seksualnego przedszkolaków. Rodzice dowiadują się, że naśladowanie ruchów kopulacyjnych jest wskazane dla rozwoju czterolatka.

Wraz z poradnikiem urząd rozsyła książeczkę z piosenkami pod tytułem "Nos, brzuch i pupa". Jedna z nich, brzmi następująco: "Kiedy dotykam mego ciała, odkrywam, co mam. Mam waginę, bo jestem dziewczynką. Ona nie tylko służy do siusiania. Kiedy ją dotykam, czuje przyjemne mrowienie".

Broszura BZgA należy do lektur obowiązkowych w dziewięciu landach niemieckich. Stosuje się ją podczas szkolenia wychowawców w żłobkach, przedszkolach oraz szkołach podstawowych. Poleca ją nawet wiele organizacji oficjalnie walczących z pedofilią. Tak jak Niemiecki Związek ds. Ochrony Dzieci (Kinderschutzbund). BZgA, która jest podporządkowana Ministerstwu ds. Rodziny, co roku rozsyła miliony egzemplarzy 40-stronicowej książeczki.

Odmienne opinie można jednak znaleźć na licznych niemieckich forach internetowych. "Przerażające", "perwersyjne" lub "szokujące" - te słowa pojawiają się najczęściej w wypowiedziach internautów.

Podobnego zdania są psycholodzy. - To patologiczne spojrzenie na rzeczywistość. Dzieci nie powinno się uświadamiać w taki sposób. Trzeba mieć perwersyjny umysł, żeby coś takiego napisać - powiedział Rz jeden z wykładowców psychologii klinicznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

BZgA odpiera zarzuty. - Dzieci są stworzeniami seksualnymi i szukają ciągle zaspokojenia swych potrzeb - powiedział Rz urzędnik BZgA Eckhardt Scheffer. - Źli nie są rodzice, którzy na to pozwalają, lecz ci, którym się to źle kojarzy.

Oryginał tutaj.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, lipca 26, 2007

Jak to wśród naczelnych bywa

Oto moje własne tłumaczenie pewnych fragmentów z książki Roberta Ardreya "African Genesis" z roku 1961. Tłumaczenie jest dość luźne, ale b. starałem się oddać sens, a poza tym nieco poprzestawiałem niektóre fragmenty, by uczynić z tego swego rodzaju zamkniętą całość.

Oczywiście z tak małych fragmentów trudno sobie wyrobić właściwą opinię o całym dziele Ardreya, można sobie nawet wyrobić opinię całkiem opaczną, nie ma chyba jednak innego wyjścia, bo na razie nie zanosi się, by ktoś miał Ardreya w Polsce wydać.

Dedykuję ten wpis liberałom i różnej maści "prawicowym" anarchistom - oczywiście tylko tym wyjątkowo bystrym i otwartym na argumenty, bo z większością rozmawiać się po prostu nie da.


Naczelne wypróbowały już w istocie wszystkie drogi. Istnieje nawet wśród nich ten nieagresywny szympans, który, jak się wydaje, zbudował swe społeczeństwo na niczym innym, niż własny dobry charakter. Istnieje w nim hierarchia dominacji, ale nie jest wcale surowa. Kiedy jedna grupa szympansów spotyka inną grupę w lesie lub na sawannie, wykazują ogromne podniecenie, ale żadnego antagonizmu, i wszystkie być może skończą pożywiając się na tych samych drzewach.

W agresywnych pawianach dostrzegamy za to najsurowszą władzę spośród wszystkich naczelnych. Duże stado pawianów, mogące liczyć nawet i sto sztuk, zajmuje wielki, stale ten sam teren na wyłączność, ponieważ nikt inny tam nigdy nie wchodzi. Wobec braku zagrożeń, ten teren nie jest broniony i stado na nim rezydujące nie uzyskuje żadnej organizacji w wyniku zbiorowej obrony i zewnętrznego antagonizmu. Cała współpraca opiera się na strachu przed oligarchią trzech, czterech lub pięciu potężnych samców, między którymi panuje zgoda, i których wspólnej dominacji nikt inny nie ośmiela się podważać.

Jest to autorytarne społeczeństwo przymusu i uległości, groźby i kary. Małpy japońskie mają podobne niekontestowane oligarchie, tak samo jak afrykańskie kapucynki w niektórych warunkach. Wszystkie, niezależnie od przemocy, którą dominujące zwierzęta muszą wywierać wobec podwładnych, są zasadniczo tyraniami i wszystkie nie są terytorialne*, w tym sensie, że nie zużywają energii, ani nie tworzą wzajemnej współpracy, w wyniku zbiorowej obrony.

Szympansy wykazały, jak sądzę, że musimy się liczyć z pewną dozą wrodzonej łagodności w potencjale naczelnych, jednak jest to tylko malutki płomyk świeczki wśród bardzo ciemnej nocy. Szympans jest jedynym naczelnym, który osiągnął ten arkadyjski sposób życia w stanie pierwotnej niewinności, a który kiedyś uważaliśmy za raj, który człowiek w jakiś sposób utracił. I to osiągnięcie rokuje niewielkie nadzieje na przetrwanie szympansów. Możemy ubolewać nad tyranią pawianów, z tym ich gangiem zbirów na szczycie, ale pawian jest mimo wszystko ogromnym ewolucyjnym sukcesem od Sudanu do Przylądka Dobrej Nadziei, zaś efektywność jego życia społecznego uczyniła go równym lampartowi i niemal równym człowiekowi.

Szympans przeciwnie - mimo swej inteligencji i siły, jest ograniczony do kilku zapomnianych, stale się zmniejszających regionów Afryki. Stado szympansów jest niezdolne do zespołowego działania. Jeśli któryś z nich dostrzeże niebezpieczeństwo, to szympans leśny ukryje się zanim jeszcze wyda ostrzegawczy okrzyk, zaś szympans żyjący na sawannie nie wyda żadnego okrzyku, opuszczając współbraci i dbając wyłącznie o siebie. To nieagresywne, pod wieloma względami godne podziwu zwierzę jest ewolucyjną porażką. To drugie pod względem inteligencji stworzenie na ziemi, albo utraciło zdolność społecznej skuteczności, albo też nigdy jej nie zdobyło i w głębi czarnej nocy, przemykając się przez leśne galerie, żyje przy wątłym ogniku zamierającej świeczki.

Był wciąż jeszcze zmrok. Stado pawianów dopiero co wróciło z żerowiska i ledwo miało dość czasu, by się rozproszyć po skałach wysoko spiętrzonych za figowcami. I oto nagle stado wydaje z siebie pisk przerażenia, a Marais** widzi lamparta. Wyszedł z buszu pewny swego, powolutku. Tak bezbronne są te pawiany, że lampart zdaje się dostrzegać, iż nie ma powodu do pośpiechu. Przysiada tuż pod niewielkim skalnym nawisem, obserwując swą zdobycz i rozważając problemy związane z terenem, a Marais zauważa dwa samce pawiana wychylające się znad skały wprost ponad drapieżnikiem.

Oba samce poruszają się ostrożnie. Lampart, jeśli je w ogóle dostrzegł, zignorował je. Całą jego uwagę przykuwała wielka kłębiąca się, piszcząca, bezbronna horda pomiędzy skałami. Potem oba samce spadły. Spadły na lamparta z wysokości dwunastu stóp. Jeden wgryzł się w kręgosłup drapieżnika, drugi rzucił się mu do gardła, uczepiając się od spodu łapami jego szyi. Momentalnie lampart rozpruł pazurami swych tylnych łap brzuch pawianowi wiszącemu mu na szyi i chwycił szczękami tego, którego miał na plecach. Było jednak już za późno. Pawian z rozprutym brzuchem dość długo przed śmiercią wpijał się zębami w jego gardło, by dosięgnąć kłami żyły szyjnej. 
 
Marais patrzyl, podczas gdy pod niewielkim skalnym nawisem wszystko zastygało w bezruchu. Zapadała noc. Śmierć, ukryta przed wszystkimi, poza niewzruszonymi gwiazdami, otuliła zarówno zdobycz, jak i drapieżnika. We wgłębieniach zaś, majaczących w ciemnościach skał, zwierzęca społeczność zapadała w sen.

-------------------------------------------------------------------------------------
* Co jest o tyle interesujące, iż im wyższa agresja grupy skierowana na zewnątrz, tym mniej agresji wewnątrz niej. Tutaj jest to tylko napomknięte, ale w innych miejscach Ardrey wykazuje to dobitnie. Interesująca myśl do podsunięcia co mniej tępym pacyfistom, zwolennikom globalizacji, i innym tego typu świrom.

** Eugène Marais - pierwszy europejski obserwator małp na wolności i ich wielki znawca. Prywatnie człowiek schorowany, nieszczęśliwy, morfinista i alkoholik, jak wielu geniuszy zresztą.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, lipca 23, 2007

Spengler o pacyfiźmie (i ogłoszenia parafialne)

Właśnie umieściłem na tym blogu pierwszy plik do ściągnięcia. Link da się (mam nadzieję) odnaleźć w prawym menu. Ten plik to wybór fragmentów z wielkiej książki mojego absolutnego faworyta Oswalda Spenglera "Zmierzch Zachodu". Po angielsku, wraz z dość sporą ilością informacji na temat jego życia i dzieła. Całkiem niegłupio napisane, choć ja bym tam z pewnością włożył więcej entuzjazmu. Format .pdf, wielkość nieco poniżej 0,5MB.

Najlepiej kliknąć na ten link i wybrać opcję zapisania na dysku, bo inaczej takie .pdf'y otwierają się w oknie przeglądarki, co na ogół nie jest tym, o co chodzi, choć bywa, że właśnie o to.

No to jeszcze, by nie łamać mej własnej tradycji przeraźliwei dlugich wpisów, cytat ze Spenglera, który znalazłem właśnie przed chwilą w tej książce co to jest teraz do ściągnięcia:
Pacyfizm pozostanie ideałem, wojna zaś faktem, i jeśli biali ludzie są zdecydowani nie prowadzić już wojen, ludzie kolorowi będą to robić i staną się władcami ziemi.
Umieściłem też w prawym menu link do stronki, gdzie jest dość sporo pomniejszych tekstów Spenglera, choć także po angielsku. (Można by kiedyś postarać się to zrobić po naszemu, dopóki jeszcze za to nie odwożą do Tworek.)

Co jeszcze, skoro już jesteśmy przy takich ogłoszeniach parafialnych? Acha - poumieszczam wkrótce linki do moich wirtualnych przyjaciół i sojuszników, ale dość sporo się ich nazbierało w czasie mego miesiąca na Salon24, więc trzeba się do tego będzie specjalnie zabrać. Wszystkich zainteresowanych zachęcam od umieszczenia linku do mnie, a potem pochwaleniem się tym faktem przede mną z ew. prośbą o link w zamian. Albo i bez prośby powinno to skutkować.

A poza tym zastanawiam się, czy nie wrzucić tego bloga na własną domenę, na przykład tygrys.pl. Co o tym myślisz, o Przechodniu?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.