poniedziałek, grudnia 31, 2007

Ktoś pytał o różnicę między socjaldemokracją a liberalizmem?

W dzisiejszej zachodniej polityce nie ma już praktycznie znaczących różnic programu, są tylko różne stopnie rewolucyjnego radykalizmu, różne obiektywne powiązania i interesy, oraz, co może najważniejsze, różne, choć wcale nie aż tak bardzo różne, opakowania, w których sprzedaje się to wszystko ludowi.

Jaka jest jedyna znacząca różnica pomiędzy dwoma "poglądami", które dziś praktycznie zmonopolizowały całe polityczne i ideowe spektrum, czyli między socjaldemokracją i liberalizmem tout court? Obie wywodzącą się przecież z tego samego ideologicznego pnia i, choć oczywiście wzajemnie się krytykują, wyraźnie trudno to nazwać walką, społeczne skutki zaś tych działań to zawsze w sumie postępy postępu, o jakim marzyli Fourier (ten od ogonów z okiem na końcu i "antywielorybów", nie ten od przekształcenia), Trocki czy Pol Pot.

Jedyna istotna różnica jest taka oto: Socjaldemokracja otwarcie chwali się tym, co się od dziesięcioleci w zachodnim świecie dzieje, jako swoją zasługą, obiecując wkrótce jeszcze o wiele więcej tego samego; liberalizm zaś kładzie akcent na umywanie rąk, głosząc, że wszystko to, co w obecnym życiu społecznym obrzydliwe, nie jest jego winą, bo on w istocie nigdy jeszcze tak naprawdę nie rządził.

Bardzo jaskrawym przykładem tego zjawiska jest sprawa ogromnej imigracji do Europy przeróżnych egzotycznych ludzi i wywołanych przez to - z jednej strony - problemów. Wiele z których zwykły człowiek ma tendencję ignorować, w ogóle o nich nie wie, albo też nie kojarzy tego z imigracją - na przykład te niemal sto tysięcy kamer, i z każdym dniem więcej, podglądających bez przerwy mieszkańców Londynu, a mającym zapobiegać, przynajmniej oficjalnie, przede wszystkim terroryzmowi. A przecież Londyn nie jest tu jakiś wyjątkiem.

Zarówno "człowiekolubna" socjademokracja, jak i "rynkowy" liberalizm mają co najmniej równe "zasługi" w stworzeniu tego niesamowicie poważnego problemu (ze wskazaniem na liberalizm), a jednak jedni wskazują na "pozytywy" w postaci "wielokulturowości" i "wzrostu tolerancji", drudzy zaś wolą się po prostu swej roli wypierać, czasem tylko oferując jakieś własne ideologiczne mumbo-jumbo, które by miało cały problem szybko, radykalnie i bezboleśnie zlikwidować.

(Na naszym zaś rodzimym politycznym targowisku, czyż tak trudno jest znaleźć liberałów, "którzy jeszcze nie rządzili", mimo że... Każdy chyba wie, poza oczywiście oglądaczami "Szkła Kontaktowego" i innymi głosującymi na plastik, skrzyżowanie dupy z batem i wymiotne hasła durniami.)

Czyli, wracają do mej głównej tezy w tym tekście, w sumie po prostu sprawa rozłożenia propagandowych akcentów. A także wyjątkowo pokrętna wersja znanej "zabawy" w dobrego i złego policjanta... Czy raczej dobrego i złego ubeka, bo policjant to w końcu przyzwoite zajęcie.

I tym optymistycznym noworocznym akcentem... Obym dał paru osobom do myślenia, choć niestety słabo w to wierzę.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, grudnia 26, 2007

Ostra jazda po Bachu i Szekspirze (o burżujskich gustach muzycznych już nie mówiąc)

Od kiedy opadło ze mnie kwiecie najwcześniejszej młodości, we wszystkim co próbuje mi się sprzedać jako "awangardowe", pod cienką powłoką nic nie znaczących akcydensów i ozdobników, dostrzegam jedynie subtelną mieszaninę tandety i pretensjonalności. Od dawna nie mam już cienia wątpliwości, że na tym właśnie polega sama istota "awangardowości".

(Ta "subtelność" mieszaniny to oczywiście ironia, gdybym jakimś dziwnym trafem musiał komuś takie sprawy wyjaśniać.)

* * * * *

Jan Sebastian Bach to oczywiście bardzo wielki kompozytor, jednak dla mnie nie AŻ tak wielki, jak dla przeciętnego bywalca filharmonii. A przynajmniej nie TAK wielki we wszystkim co skomponował.

Nigdy na przykład nie lubiłem tych wszystkich jego oratoriów i innych takich - chodzi mi o te utwory na wielki chór i potężną orkiestrę, pompatyczne i dla mnie w sumie, mimo swojej wysilonej ekspresji, monotonne. Słuchając (bez wielkiego przekonania jednak) przed chwilą właśnie takiego utworu Bacha, stwierdziłem ze zdziwieniem, że wydaje się on pastiszem któregoś z licznych utworów zmarłego 46 lat przed Bachem Marc-Antoine Charpentiera (1643-1704) - naprawdę wielkiego francuskiego kompozytora, twórcy muzyki sakralnej, ale także współpracującego np. z Molierem. (Charpentier naprawdę nie jest nic winien, że początek jego wspaniałego Te Deum z ok. 1690 wybrała sobie na swój dżingel Eurowizja!)

Pogrzebawszy w pamięci, stwierdziłem, że dotyczy to wszystkich tego typu utworów Bacha, które są niemal takie same, a nawet miejscami poniekąd "zręczniejsze" i "bardziej efektowne", ale to jednak nie jest oryginał.

Utworów organowych Bacha nigdy nie lubiłem, po prostu dlatego, że całkiem do mnie nie przemawia ta splątana i w sumie niezrozumiała lawina dźwięków produkowanych przez piszczałkowe, tak zwane "kościelne" organy. (Ten instrument, nawiasem mówiąc, Oswald Spengler określa jako "par excellence protestancki", o czym przypomniałem sobie całkiem niedawno, ale duch protestantyzmu jest mi jakoś od zawsze do szpiku kości wstrętny. I to mimo np. najwyższej "duchownej" szychy szwedzkiego kościoła luterańskiego wśród urzędowo potwierdzonych przodków.)

Bach - żeby nie zakończyć na szarpaniu tego, wielkiego w końcu, twórcy za nogawki - ma znakomite motywy muzyczne i potrafi je w fantastyczny sposób łączyć z innymi, albo z jakimś basowym pochodem, skutkiem czego te jego utwory, w których udaje się słuchaczowi bez ogromnego trudu uchwycić wszystkie linie melodyczne, czyli te na mniejsze zespoły o pojedynczej obsadzie głosów lub solowe, są naprawdę znakomite.

Nie, żeby ktoś musiał się z tymi moimi prywatnymi opiniami koniecznie zgadzać, ale ktoś w końcu powinien powiedzieć czemu artysta zachwyca, skoro przecież nie (zawsze aż tak) zachwyca. Prawda?

* * * * *

Opera, a szczególnie historia jej rozwoju, to całkiem wyjątkowe i fascynujące zjawisko. Cóż bowiem można powiedzieć o czymś, co żyje i rozwija się przez 400 lat, a jednak absolutnym szczytem jego doskonałości był pierwszy jego przejaw?

Mówię oczywiście o dziele Claudia Monteverdiego "Orfeo", które zarówno dla mnie osobiście (co nie jest, dla mnie przynajmniej, mało ważne), jak i dla całkiem wielu koneserów muzyki, jest bez porównania największa operą w historii. (No a co Pan powie, Panie T. sprzed 14 lat o "Koronacji Poppei", że spytam?) Naprawdę zadziwiające zjawisko taki specyficzny "rozwój do tyłu"!

* * * * *

Znacznie bardziej niż Jan Sebastian Bach przereklamowanym twórcą jest dla mnie Szekspir. Wynika to oczywiście w ogromnej mierze z roli, jaką język angielski odgrywa w świecie, bo ktoś dokładnie taki sam, ale żyjący w mniej ważnym kraju i piszący w mniej znanym języku byłby zapewne praktycznie w szerokim świecie nieznany.

Nie da się jednak ukryć, że w Szekspirze, bardziej niż w wielu innych znaczących twórcach, a na pewno wcześniej, dostrzec można najbardziej charakterystyczne cechy naszej epoki. Są to dokładnie te cechy, dzięki którym Szekspir jest tak "bogaty i różnorodny", a które dla mnie są po prostu brakiem dyscypliny, mentalnym chaosem, skłonnością do słowotoku i poszukiwania za wszelką cenę szokujących efektów. W kategoriach mniej moralizatorskich - bo moralizator naprawdę ze mnie żaden i nie mam takich akurat ambicji - trzeba by to wszystko określić po prostu jako "kompletny brak STYLU".

Szekspir jest tak immanentnie pozbawiony stylu, jak właśnie nasza epoka. (I nie mówię tu o tak nieprawdopodobnie kulfoniastych, żeby nie powiedzieć "chorych" jego dziełach, jak "Tytus Andronicus", którego już się praktycznie nie wystawia, i to nie tylko z powodu jego politycznej niepoprawności, tylko po prostu gdyby ktoś dzisiaj coś takiego chciał opublikować, to albo by został zaplątany w kaftan z bardzo długimi rękawami... albo dostał nagrodę Nike. A dlaczego nie obie te rzeczy na raz?)

* * * * *

Intryguje mnie taka sprawa... Dlaczego "Makbet" uchodzi za tak wielką sztukę, skoro jest to tylko banalna bajeczka o złym królu, który został za swoje brzydkie uczynki ukarany? Sam znam wiele klasycznych i mniej klasycznych baśni, w których ten motyw jest przedstawiony znacznie składniej; krócej; bardziej jednorodnie - czyli z pewnym stylem, którego tu praktycznie nie ma... A mimo to właśnie "Makbet" ma być wielki, a nie te różne baśnie i popularne powieści grozy.

Historia Makbeta, choć to tutaj do tematu zasadniczo nie należy, ma swoją drogą dość interesującą podstawę w historycznych faktach... Którymi Szekspir ani się specjalnie interesował, ani też nie były mu potrzebne w tak jednoznacznie propagandowym i czołobitnym wobec jego współczesnej władzy utworze. Chodzi w największym skrócie o to, że w ówczesnej Szkocji walczyły ze sobą dwa pojęcia na temat legalnego dziedziczenia, w tym także władzy króla.

Jedno pochodziło od miejscowych Piktów, drugie zaś od napływowych Irlandczyków, czyli właśnie "Szkotów", od których królestwo wzięło swą nazwę. Jedne z tych ludów uznawał dziedziczenie władzy po rodzinie matki, drugi zaś po rodzinie ojca. I wedle jednej z nich, nie chciałbym w tej chwili pokręcić, a nie chce mi się sięgać na półkę, więc się wstrzymam z podawaniem konkretnej informacji, Makbet był jak najbardziej legalnym królem Szkocji.

Nie o to nam jednak tutaj chodzi, a o słynny dramat Szekspira. No więc powiem, iż długo się zastanawiałem nad sensem tej banalnej w końcu bajeczki (choć opartej w jakiś sposób na wydarzeniach historycznych), aż w końcu doszedłem! Otóż gdybym ja jakimś cudem stanął przed zadaniem wystawienia Makbeta na deskach, albo - jeszcze lepiej - sfilmowania go, to cała ta historia po zamordowaniu legalnego króla toczyła by się w myślach i wyobraźni Makbeta kiedy stoi nad łożem swej ofiary.

Skoro w momencie śmierci możemy przeżyć całe swe, długie nieraz, życie - a taka przynajmniej jest panująca dziś wszechwładnie literacka konwencja, jeśli nawet nie naukowa opinia - to tym bardziej Makbet może widzieć te wszystkie wydarzenia, które w końcu Szekspirowi i współczesnym reżyserom zajmują powiedzmy dwie godziny, w kilka, czy kilkadziesiąt sekund.

Gdyby tak zrobić, to banalna (w mojej prywatnej opinii, ale przy niej się twardo upieram) w sumie historyjka staje się nagle dramatem wynikającym z walki pomiędzy ludzką ambicją a lękiem wynikającym z analizy możliwych konsekwencji własnych czynów.

Jest tu także motyw "niewinności", który tak interesująco analizował Rollo May w swej książce mającej "Innocence" i jakąś inną cechę w tytule. To bardzo interesująca sprawa, choć nieco zbyt skomplikowana by ją tu szerzej teraz analizować. W największym skrócie chodzi o to, że skoro już i tak mamy dostać w dupę, do słodziej jest, jeśli odbywa się to "bez naszej winy", czyli lepiej być słodkim dzieciątkiem, niż srogim wojownikiem, który przegrał. Tak się przynajmniej ludziom - tym "niewinnym" - wydaje. Bardzo ciekawy aspekt sprawy, mający sporo związku z charakterem Polaków.

Jeśli Makbet stał by się dramatem wahającej się i niezdolnej do czynu z powodu zbyt wielkiej samowiedzy duszy... To stałby się czymś takim, jak Hamlet, gdzie taka właśnie interpretacja jest od dawna powszechna i z pewnością niepozbawiona słuszności. Z banalnej i pozbawionej realizmu historyjki - dramat dziejący się w duszy człowieka silnego, a jednak zbyt "mądrego" by być zdolnym do czynu...

A przynajmniej by być zdolnym do czynu bez stoczenia najpierw najokrutniejszej walki z samym sobą. (Nawiasem mówiąc, choć nigdy nie przepadałem za Słowackim, był on chyba dość genialny, by w zbliżony do tutaj opisanego sposób przetworzyć motyw Makbeta nad łożem króla w swym "Kordianie".) A niektóre inne dramaty Szekspira, przede wszystkim zaś chyba "Król Lear", także nabierają sensu, jeśli spojrzeć na nie wedle zaproponowanej tu przeze mnie metody.

A więc, mimo woli, znaleźliśmy w Szekspirze coś, co powoduje, iż jego ogromną popularność możemy przypisać nie tylko jego ewidentnemu przegadaniu, efekciarstwu, oraz braku jedności formy i treści - co tak cudownie trafia w gusta dzisiejszej "kulturalnej publiczności" - ale także czemuś znacznie wznioślejszemu, istotniejszemu i bez porównania bardziej stanowiącemu część wielkiej sztuki i życia duchowego cywilizacji. Widziany w ten sposób Szekspir w naprawdę cudownie przenikliwy sposób opisuje duszę każdego z nas, a w jeszcze większym stopniu, duszę nas wszystkich razem - duszę (jeśli to jeszcze można nazwać "duszą" oczywiście) nowożytnej fazy zachodniej cywilizacji.

Dobrze to świadczy o Szekspirze, choć czy tak samo dobrze świadczy o naszych czasach, to kwestia do dyskusji.

* * * * *

"Historia powtarza się, jednak jako farsa." To bardzo znane stwierdzenie dałoby się z niewielkimi zmianami zastosować i do sztuki. Weźmy chorał gregoriański - grupa mężczyzn modli się zbiorowo, chwaląc Pana o tyle kunsztowniej, że ich modlitwa staje się śpiewaną unisono prostą pieśnią.

Potem nastąpił rozwój polifonii, w której każdy głos śpiewaka czy instrumentu, pełnij osobną rolę. Monodia Monteverdiego i jego następców też nic pod tym względem tu nie zmieniła - nie było już gotyckich konstrukcji złożonych z niezależnych głosów, ale nadal każdy kto grał czy śpiewał miał swą własną rolę i występował pojedynczo, nieważne czy był solistą czy zapewniał basso continuo na teorbanie czy violi.

(Dochodzi tu jeszcze aspekt improwizacji, bowiem w tamtych czasach, a obejmowały one setki lat rozwoju europejskiej muzyki, każdy szanujący się wykonawca sam decydował o niuansach, ozdobnikach i sporo miejsc w "partyturze" wypełniał wedle własnego gustu i wyczucia.

Potem przyszła epoka zamożnego, zadowolonego z siebie wielkomiejskiego plebsu (często bogatego, ale bogactwo samo w sobie nie likwiduje przecież wrodzonej wulgarności), brutalnie określanego mianem "burżujów". Ci także zapragnęli muzyki i miała ona być skrojona na ich własny gust. A więc sentymentalna, efekciarska, nowinkarska... Żeby burżuj wiedział za co płaci, skoro już wybulił na bilet do filharmonii. Żeby mógł dyskutować w zrozumiałych przez siebie kategoriach: "uczucie", "oryginalność", "armaty ukryte w kwiatach", "kwiaty ukryte w karabinach maszynowych"... Te rzeczy.

Jednocześnie - poza wyjątkowym przypadkiem solistów-wirtuozów, których burżuj uwielbia pasjami, bo to coś jak klaun, ale jednocześnie jakież subtelne i artystyczne! - wszystko w tej burżujskiej sztuce musi być wielkie... głośne... działające na zmysły przez sam swój ogrom, głośność, wulgarność (tego burżuj tak oczywiście nie określa, mając na to całą masę hiper-adekwatnych i przesubtelnych określeń).

A że wzmacniaczy i głośników wtedy nie było - zresztą czy coś tak wulgarnego nie zakłóciłoby burżujowi "klasycznej harmonii" filharmonii, tego Przybytku Muz, ach!? - więc należało zwielokrotnić poszczególne głosy. Proste! Mamy więc czterech czy iluś pierwszych skrzypków pracowicie piłujących dokładnie to samo na podstawie dokładnie tych samych czarnych znaczków na papierze... W myślach przeżywających ostatnią kłótnię z żoną albo ostatni odcinek "Plebanii"... To samo z altówkami, wiolonczelami, puzonami, fagotami, klarnetami... Ze wszystkim!

Jeśli TO nie jest zarówno dobitny symbol i wyraźny dowód upadku samej idei sztuki pod władzą rozbestwionego i nie znającego miary burżuja... To już nie wiem co nim jest! A do tego jeśli to nie jest dobitny symbol i wyraźny dowód upadku naszych czasów, czasów, gdy nikogo już nie razi używanie indywidualnych, niepowtarzalnych ludzi do niewolniczego reprodukowania znaczków, i to jeszcze nie samodzielnie, tylko w kupie - w istocie gdyby tym wszystkim "pierwszym skrzypcom i drugim altówkom" skuć jednemu z drugim nogi, przez co by byli dokładnie jak więźniowie skazani na ciężkie roboty, jakich ogląda się czasem w amerykańskich filmach czy drapieżnych reportażach, to z pewnością i grali by jeszcze lepiej, i bardziej by to odpowiadało duchowi naszych cudownych czasów.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, grudnia 25, 2007

Róże, pokrzywy, apetyczne babcie... i oczywiście EUROPA

Czytam właśnie różne ętelektualne pisemka, którem sobie parę dni temu kupił w EMPiK'u... Przeważnie lewackie, bo kto inny ma forsę na wydawanie luksusowych kwartalników... Ale cóż, dowiem się chociaż, jak niski jest poziom moich wrogów, bo co knują to już wiem wystarczająco dobrze.

W kwartalniku "Kronos" esej dość znanej (i bardzo atrakcyjnej, jeśli ktoś lubi starsze panie, a ja lubię) Hanny Arendt na temat (równie znanej, choć bez porównania mniej atrakcyjnej, po za tym że od 90 lat nieżyjącej) panny Luksemburg. A właściwie na temat jej biografii napisanej przez niejakiego J.P. Nettla. (Nettle to po angielsku pokrzywa - a więc pokrzywa pisze biografię róży, mała rzecz, a mnie cieszy.) No i czytam te, faktycznie dość subtelne, ale jednak intelektualne wygibasy, aż dochodzę do takiego oto fragmentu... Ale jeszcze chwila, będzie mały w(s)tręt...

Jest to część opisu środowiska, z którego wywodziła się Rosa.... Bo przecież nie żadna "Róża", skoro ta pani w domu mówiła po niemiecku, działała przede wszystkim w Niemczech, nie była żadną Polką, ani się za nic takiego nie uważała, a tylko wychowała się na terenie czegoś co kiedyś, dawno Polską było, zaś jej ideowe inspiracje, jak wynika z tekstu boskiej Hanny, pochodziły przede wszystkim z Rosji, drugiego zaborcy Polski... no i była pryncypialnie przeciwna samej idei polskiej niepodległości. (Rozbicie na akapity i wytłuszczenia moje własne). No to proszę czytać, byle z uwagą:
[Nietsche jako jedyny zwrócił uwagę na to], że pozycje i role społeczne, jakie zajmowali albo odgrywali Żydzi w Europie, predestynowały ich do bycia "dobrymi Europejczykami" par excellence. Żydowska klasa średnia Paryża, Londynu, Berlina, Wiednia, Warszawy czy Moskwy nie była w rzeczywistości ani kosmopolityczna, ani internacjonalistyczna, choć wywodzący się z niej intelektualiści myśleli o sobie w tych kategoriach. Byli oni jednak Europejczykami, coś, czego nie da się powiedzieć o żadnej innej grupie społecznej.

I nie była to kwestia wewnętrznego przekonania, tylko obiektywny fakt. Innymi słowy, zasymilowani Żydzi sami się oszukiwali, uważając się za równie niemieckich jak Niemcy, czy równie francuskich jak Francuzi, z kolei intelektualiści żydowscy oszukiwali samych siebie, rozmyślając nad swym brakiem ojczyzny, ponieważ ich ojczyzną była tak naprawdę Europa.
Potem zaś apetyczna pani Arendt - sama, jak wynika choćby z całości cytowanego tu tekstu, lewaczka pierwszej wody (przynajmniej from where I stand) i oczywiście najbardziej wśród lewactwa cenionego pochodzenia... powiem "etnicznego", żeby się trudniej było doczepić... Że jest ono najbardziej cenione, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości, to niech zwróci łaskawie uwagę, że potwierdza choćby rodzima prokuratura kontrując nieocenionemu Arturowi M. Nicponiowi jego postulat zalegalizowania strzelania do lewaków (czy obywatel nie ma już prawa do zgłaszania postulatów legislacyjnych, że spytam?) zarzutem, iż to "szerzenie rasizmu"... To był kolejny w(s)trętek, sorry i wracam do ad remu! Potem więc nasza egeria pisze tak, poniekąd łagodnie krytykując swą bohaterkę:
(...) żydowscy intelektualiści nigdy nie mogli w pełni pojąć znaczenia barier językowych, jak również powodów, dla których hasło "ojczyzną klasy robotniczej jest ruch socjalistyczny" właśnie w odniesieniu do klasy robotniczej było fatalnie chybione. Jest rzeczą niepokojącą, że sama Róża Luksemburg, pomimo swej przenikliwości, dyscypliny intelektualnej i zdolności unikania stereotypów, nie usłyszała w tym sloganie żadnej fałszywej nuty.
No i tutaj kończy się nasza wspólna kąpiel w lewackiej myśli. Jakie z tego refleksje? Te najważniejsze nasuwają się chyba każdemu w miarę inteligentnemu czytelnikowi same. Sapienti sat i mądrej głowie dość dwie słowie, te rzeczy. Od siebie dodam może jeszcze parę drobiażdżków...

Po pierwsze taki.... Jeśli ci "zasymilowani Żydzi sami się oszukiwali, uważając się za równie niemieckich jak Niemcy, czy równie francuskich jak Francuzi", to czy nie jest w pewnym stopniu uprawnione podejrzenie, iż z upływem lat zaczęli, ci "zasymilowani Żydzi" - a chodzi tu przecież o "zasymilowanych Żydów" bardzo konkretnego typu i w bardzo specyficzny sposób "zasymilowanych", nie zaś powiedzmy o ludzi typu Janusza Korczaka - oszukiwać już nie tyle siebie, co przede wszystkim swe tubylcze otoczenie? A już szczególnie w kraju tak mało europejskim, w tym specyficznym znaczeniu, jak Polska?

Drugą sprawą, którą chciałbym tu wspomnieć, i nią zakończyć, jest pewna wyjątkowo moim zdaniem głęboka, nawet jak na tego wielkiego myśliciela, sentencja N. G. Dávili. Otóż w jednym ze swych scholiów stwierdza on, iż (cytuję z pamięci, choć sam to kiedyś z oryginału tłumaczyłem i jest gdzieś i na tym blogu): "Kultury nie upadają przez zapożyczenia od kultur obcych, ale przez to, że zaczynają być interpretowane przez ludzi, którzy nie rozumieją ich ducha". I tym, mało dla mnie, a dla niektórych z pewnością niezwykle optymistycznym, akcentem kończę.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, grudnia 24, 2007

Triarius the Tiger o X-Mas

Gwiazdka - czy dzisiaj już raczej X-Mas, bo z autentycznej religijno-rodzinnej Gwiazdki zostało już przecież w naszym świecie niewiele - to mimo wszystko cudowny czas! To czas, gdy człowiek w nagłym bolesnym przebłysku świadomości pojmuje, że cały poprzedni rok jakoś przeżył jakoś nie dławiąc się ze skutkiem śmiertelnym z obrzydzenia, jedynie dzięki temu, że udawało mu się unikać zbyt bliskiego uczuciowego kontaktu z innymi, szczególnie zaś z ludźmi, których autentycznie rozczula załgana komercyjna szmira i którzy dają się nabierać na kłamstwo powszechnej miłości i tolerancji.

Świadomość tego, że takie właśnie jest najbliższe nasze otoczenie musi być odpowiedzialna za sporą część tak powszechnej przecież "gwiazdkowej depresji". Przynajmniej u niektórych.

* * * * *

Gdyby ktoś zapragnął zajrzeć poza tę cienką powłokę słodyczy realnego liberalizmu, którą nam się na co dzień pokazuje, to teraz jest na to idealny czas! Niech wybierze się do pierwszego z brzegu hipermarketu i tam, po paru minutach słuchania tych wszystkich "Jingle Bells" i "White Christmas", niech wyciągnie z kieszeni specjalnie przygotowaną na ten cel sporą torebkę z odpornego na wilgoć papieru, po czym, poddając się naturalnemu a zawsze dotychczas tłumionemu impulsowi, niech zacznie do niej wymiotować. Bez żadnej ostentacji, kulturalnie i cywilizowanie. (Alternatywnie może poprosić obsługę o torebkę, ze stosownie zbolałą miną, informując ją, że tak na niego zawsze działa "Jingle Bells" i w ogóle geszefciarska słodycz.)

Kiedy błyskawicznie zjawią się przy tobie napakowani anabolami ochroniarze z paralizatorami w dłoniach - będziesz człowieku wiedział... Alleluja!

* * * * *

W ramach tolerancji dla mniejszości... W ramach specjalnych względów dla niepełnosprawnych nawet (co mi tam!) - domagam się względów i tolerancji dla ludzi nie trawiących "Jingle Bells", "Rudolph the Red-Nosed Reindeer" i "White Christmas"!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, grudnia 23, 2007

Intelektualna tandeta lewactwa czyli tow. Amin

Płacąc wczoraj rachunek za komórkę wpadłem do EMPiK'u żeby sobie coś sensownego kupić do przeczytania. Niemal wszystko sensowne, co mieli, ja już wcześniej drogą kupna nabyłem, więc wydałem kilkadziesiąt złociszy na intelektualne płody lewaków. Żeby się najpierw zadziwić i nacieszyć ich mądrością, a potem oczywiście i tak ordynarnie im przykopać, bo taką dostałem rolę we wszechświatowym spisku moherów i oszołomów.

Kupiłem sobie między innym niewielką książeczkę niejakiego Amira Amina pod tytułem "Wirus liberalizmu". Wydawnictwo "Książka i Prasa", ta nazwa nie wiem czy ewokuje u mnie jakieś wspomnienia głębi PRL'u, w każdym razie brzmi naprawdę postępowo. Jeszcze większe wrażenie robi informacja dyskretnie, ale w widoczny sposób wydrukowana na samej górze - że jest to "biblioteka Le Monde diplomatique". (Tak to mniej więcej było sformatowane, jak tutaj widać.)

A więc nie tylko po francusku, czyli kultura do potęgi, wersal i prof. Geremek, ale nawet dla wykształciucha na co dzień mówiącego językiem l'Humanité, książeczka wydana w ramach "świata dyplomatycznego", bo tak to się dosłownie tłumaczy, to musi być coś nawet ponad codzienny wstępniak w ulubionej gazetce! Mam już zresztą inną książkę wydaną u nas przez tych "światowych dyplomatów" i też jest obłędna, bo aktualizuje i czyni niesamowite wygibasy ze starym dobrym Karolem Marksem za pomocą psychoanalizy i przedziwnych słownych sztuczek.

Sprawa to niby znana, każdy kto nadstawia ucha na odgłosy dobiegające z lewej strony, wie że tym się oni dzisiaj zajmują... W końcu klasy robotniczej nie ma zbyt wiele, a ta co jest z uporem lewicowych naprawiaczy świata ignoruje, żeby nie powiedzieć brutalniej. Ale wiedzieć to jedno, a zobaczyć takie coś na własne oczy, to jednak robi wrażenie, proszę mi wierzyć!

Ta książczynka, którą nabyłem wczoraj na przeczytanie - jeśli się w ogóle doczeka - będzie musiała chyba dość długo poczekać, ale i tak już mnie żebra bolą ze śmiechu, po przeczytaniu paru stron wstępu do niej, autorstwa towarzysza Wielgusa (?) Przemysława. Czego w tym wstępie nie ma! Na przykład tak chytre propagandowe chwyty, że nawet w telewizyjnych reklamach dezodorantów jeszcze do tego poziomu nie doszli. Duża część tego to odwieczne erystyczne tricki marksistów, które przypominam sobie z tych wszystkich kursów "Propedeutyki marksizmu leninizmu" (czy jak to się tam zwało w różnych okresach), w których, jako człek kształcuny, byłem zmuszony uczestniczyć w poprzedniej epoce (i nie mówię o IV RP.)

Mamy więc ten odwieczny, odkryty podobno przez Marksa, konflikt między pracą a kapitałem... Pan Amin także go dostrzega, to się nie zmieniło. I tak samo jak pamiętam z tamtych kursów, konflikt ten nie nazywa się u niego "konfliktem", ino "sprzecznością". Prawda, że to całkiem inaczej brzmi? Konflikt, mógłby ktoś mniej światły powiedzieć, to rzecz w miarę normalna, ten konflikt - apage Satanas! - teoretycznie kapitalizm mógłby wygrać, w końcu ma na to tak cirka about 50% szansy.

Ale "sprzeczność" to już całkiem co innego - TEGO się nie da przetrzymać. Cóż z tego, że chodzi o konflikt, jeśli nam słowo "sprzeczność" bardziej pasuje? Szczególnie, że to jest "sprzeczność w łonie kapitalizmu" Wow! Okazuje się jednak, że Amin nie we wszystkim zgadza się z Marksem, a nawet... Ludzie o słabszych sercach proszeni są przerwać czytanie! Już przerwali? No to jedziemy dalej...

Pan (czy raczej "towarzysz") Amin nie we wszystkim zgadza się z Marksem, a nawet... z Leninem! Nie uważa na przykład, by imperializm był naprawdę ostatnią fazą kapitalizmu. Śmiała teza, nieprawdaż? Dowodem na to... Ludzie o sercach średniej klasy, a właściwie wszyscy poza Supermenem i Terminatorem, proszeni są o zaprzestanie czytania! To naprawdę może się dla Was źle skończyć! Już? No to dalszy ciąg wyłącznie dla Supermena i Terminatora...

Dowodem na to, jest - słuchajcie Supermen i Terminator! - fakt, że "słowo [imperializm] przeżywa dziś swój renesans w wypowiedziach prominentnych przedstawicieli intelektualnego zaplecza ekipy prezydenta George'a W. Busha, ale też w Europie". Co "zdaje się potwierdzać", zdaniem autora przedmowy, "tezy Amina". (Bez "towarzysza", widać są na ty.)

Ponieważ mówię jedynie dosłownie paru stronach przedmowy, więc na zakończenie podam jeszcze kilka zabawnych moim zdaniem sformułowań, z których jedne wyglądają mi na umysłowe mętniactwo, inne zaś na rozbrajająco chytre chwyty propagandowe. Nie wykluczam też, iż w każdym z nich oba te zjawiska występują jednocześnie, w różnych proporcjach.

Cholernie mi się na przykład podoba stwierdzenie, że "cośtam cośtam na globalnym Południu". Południe z dużej litery, zwracam uwagę, a więc chodzi tu nie tyle o kierunki świata, tylko o POSTĘPOWOŚĆ. To Południe, z tego co zrozumiałem, jest biedne, a więc słuszne i lewica nie spocznie, aż... Nie wiem dokładnie co, ale jakoś się z nimi zjednoczy, czy coś.

Do tego nie jest to "południe globu", tylko "globalne Południe" - prawda, że to całkiem inaczej brzmi? Ja to rozumiem tak, że Ameryka jest wprawdzie imperialna (i to bardzo brzydko), ale zaściankowa, zaś Południe jest... Nie tyle zaściankowe, bo to by nie było fajne, ale... Jakieś takie sielskie, ale ZA TO GLOBALNE! Ach! (Fanfary, werble, chóry starców zawodzą.)

Inna sprawa, która mnie zachwyciła, jest chyba dowodem na to, że autor przedmowy ma refleks i zdążył już się dogłębnie przejąć ideami premiera Tuska. Mówi bowiem iż, "ble ble ble stanowi rację bytu każdego projektu politycznego, który chciałby uchodzić za lewicowy". Patrzcie Supermen, i Terminator też - nie jest ważne, czy on lewicowy jest, czy on chciałby nim być... Ważne jest ZA CO ON BY CHCIAŁ UCHODZIĆ! To się liczy. Niech mnie kule biją, jeśli to nie jest tuskizm w najczystszej postaci! I wraca do nas, może nie od razu z Jamajki, ale w każdym razie z Paryża, to też nienajgorzej.

Towarzysz Amin, który z Egiptu, jak się dowiadujemy, uciekł ratując skórę do USA, aby je teraz obalać, jest w ogóle, jak wynika z przedmowy, mistrzem wyrażania prawd głębokich w sposób lapidarny. No bo jak inaczej zrozumieć takie zdanko? "Proces narastania polaryzacji w skali globalnej stanowi dla egipskiego autora główny powód oceny kapitalizmu, który zawarł on w tytule jednej ze swych książek". Rozumiecie Wy moje supermeny, dlaczego więc ten towarzysz w ogóle pisze jakieś książki, skoro wszystko, co w nich istotne potrafi zawrzeć w samych tytułach? Ja nie rozumiem. Fakt, nie jestem "egipskim autorem", więc nie mam w dorobku piramid i kalendarza wylewów Nilu, co zdaniem autora przedmowy Wielgusa Przemysława powinno sprawić, że padnę przed nim na twarz czyniąc to, co starożytni nazywali proskynesis.

A w ogóle, gdyby ktoś do tego miejsca doczytał i jeszcze nie umarł na serce, to mam do zakomunikowania radosną wiadomość. Taką mianowicie, że kapitalizm wprawdzie jest w głębokim kryzysie, "o czym świadczy rosnący w zastraszającym tempie deficyt USA w handlu zagranicznym" ("w zastraszającym tempie"? a dla kogo ono jest takie zastraszające? dla tow. tow. Aminów i Wielgusów tego świata? dziwne!), mimo to ma się on, jak wynika z przedmowy, świetnie i nic nie wskazuje na jego upadek. Co oczywiście nie cieszy ani autora, ani przedmówcy - stąd ten "kryzys" - ale "kryzys" w normalnym rozumieniu tego słowa, i dla normalnych ludzi, to jednak chyba nie jest.

Nie uważajmy jednak tow. przedmówcy za jakiegoś fanatyka, opętanego dziką antyamerykańską fobią. Tak nie jest, a dowodem na to fakt, że częstuje on nas, dość niespodziewanie, i nieco ni w pięć ni w dziewięć, zwrotem last but not least. Jeśli TO nie jest tolerancja wobec the American way of life, to już naprawdę nie mam pojęcia co nią jest!

A więc - moi ewentualni jeszcze nieumarli z przerażenia Czytelnicy - nie ma się co bać tow. Amina, nie ma się co na niego boczyć! Jeśli nie możecie studiować go na Sorbonie, to tow. Wielgus przybliży Wam go w przystępny i miły sposób. Przyswoicie sobie i będziecie wszystko dokładnie wiedzieć - co jest co, jak jest i jak będzie. A przy okazji nauczycie się języka - a nie mówię przecież o francuskim, więc się nie bać! - dzięki któremu Wasza codzienna lektura "Gazety Wyborczej" przy porannej kawusi stanie się jeszcze przyjemniejsza i bardziej owocna.

Nie będą Wam się już wtedy tłukły po głowach jakieś kontrrewolucyjne wątpliwości, na przykład takie, czy jak czegoś bardzo nie lubimy, ale to coś świetnie się trzyma i stale rozrasta, to odpowiednie jest dla tej sytuacji określenie "kryzys". Jeśli w tytule stoi "kryzys" - albo powiedzmy "wirus", też mało sympatyczne słowo - to porządny wykształciuch rozumie "kryzys" i "wirus", nie zadając durnych i wywrotowych pytań. Spocznij, wolno palić!

Marks wprawdzie tego nie wiedział, ale dopiero psychoanaliza, oraz egipski autor Amin i tow. Wielgus, uczynili z niego... Jak to było w "Międzynarodówce"? "Ruszaaaaajmy cośtam cośtam cooooośtam, dziś niczym jutro wszystkim myyyyyyyyyy!" I tak trzymać tawariszczi!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, grudnia 22, 2007

Kotlety, pulpety i ogonówki

W czasach takich jak obecne, gdy rewolucyjni ekstremiści zdobyli już praktycznie całą władzę i wszystkie środki oddziaływania na opinię, rewolucja może być ewolucyjna i prowadzona środkami łagodnymi, natomiast wszelka ewentualna kontrrewolucja z konieczności musiałaby być bezkompromisowa i rewolucyjna.

Tego nie raczą zrozumieć dzisiejsi żałośni "kontrrewolucjoniści", dla których istotą kontrrewolucji jest wzrost ich własnej wygody, prestiżu i bezpieczeństwa (oraz żeby było za co przekupić żonę futrem ze skunksa i różową golarką do części intymnych, skutkiem czego przestanie być taką jędzą i człowieka stale poniżać). Czyli typowi burżuje, z tych co to (parafrazując Dávilę) "najpierw oddali władzę, aby zachować pieniądze, teraz zaś z płaczem oddają pieniądze, by zachować życie".

Sprzedając jednocześnie - ach co to za cudowny geszeft, a nic tak nie cieszy serca dzisiejszego kontrrewolucjonisty, jak właśnie udany geszeft! - swe żałosne kwilenia za tym utraconym grosiwem zgrai naiwniaków... Właśnie jako "kontrrewolucję"! (A jak dobrze pójdzie to jeszcze jako sztukę i działalność intelektualną.) Czy to nie mistrzostwo? Dać im zaraz w nagrodę władzę!

W skrócie, dlaczego dzisiejsza rewolucja może chodzić w przybraniu ewolucji, zaś kontrrewolucja - gdyby w ogóle istniała - musiałaby być rewolucyjna? Ponieważ dzisiejszy rewolucjonista ma czas, jemu się nigdzie nie spieszy. I wie, że musiałyby zajść jakieś naprawdę nieprawdopodobne zdarzenia, by jego ambitne plany nie spełniły się - nieco wcześniej czy nieco później. Potencjalny kontrrewolucjonista natomiast jest z każdym dniem zapędzany tymi "łagodnymi" i "ewolucyjnymi" działaniami do coraz ciaśniejszego kąta zagrody.

Podczas gdy towarzysz Rzeźnik już ostrzy nóż, wprawnym okiem dzieląc stado na kotlety, pulpety i ogonówki. W takiej sytuacji i szczur by zaatakował, i to niebezpiecznie, jako że znawcy twierdzą, że "nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż szczur zagoniony do narożnika". Jednak dzisiejszy kontrrewolucjonista to ewidentnie całkiem co innego niż prozaiczny gryzoń. Dlaczego niby miałby chcieć naśladować szczura, skoro bez wysiłku może zostać czymś tak szlachetnym jak ogonówka?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.