wtorek, grudnia 31, 2013

Upiorna tajemnica dziadka Tuska

To jest bardzo stary tekst, kiedyś opublikowany tutaj i na szalomie. W odcinkach. Który na specjalną prośbę wielbicielki przywracam do życia. Może będę tego kiedyś gorzko żałował - np. wstydząc się ludziom na oczy pokazać - ale, jak mawiał Karol X Gustaf (ten od Potopu), "man må hasardera allt". (No i faktycznie maszerował na przykład z całą armią do Danii po lodzie, pod gęstym ogniem dział... Fajny był gość, mimo wszystko. A w każdym razie miał fantazję i wyraźnie określony dźender.) 

No to, w imię Boże, jedziemy.

* * * * *

III RP oczywiście kocham, ale ze wstydem przyznam, iż czegoś mi w niej wciąż brakuje... Czegoż może brakować w III RP, zapyta słusznie wzburzony i zniesmaczony Czytelnik. Biegnę uspokoić, że już niedługo, już za chwilę, III RP może już być całkiem idealną sprawą, w której niczego brakować nie będzie. Bo właśnie mam zamiar ten drobny, mikroskopijny, ale przez to tym bardziej niejako dysonans do harmonijnej całości wprowadzający, mankament zniwelować.

Krótko i węzłowato - w III RP brakuje mi jakiegoś bohatera, symbolu, kogoś, kto by całą tę wspaniałą i jakże skomplikowaną konstrukcję ucieleśnił, spersonalizował, pozwolił objąć jednym rzutem oka, jednym męskim uściskiem.

Wiem, jest Jacek Kuroń. I jest Adrzej Szczypiorski. I są inni. Ale kto zadał sobie dotychczas trud, by opisać ich codzienne, i to mniej codzienne, życie tak, by przeciętny obywatel III RP został przez te opisy chwycony za gardło, rzucony na ziemię, zdeptany, zdruzgotany, a potem znowu podniesiony, by w chórze milionów głosów śpiewać na chwałę III PR? Nikt, z tego co wiem.


III RP nie ma swego Colasa Bregnon, nie ma swego Gavroche'a, nie ma swego... Nie powiem Zagłoby, bo by to zapachniało Giertychem... Ale powiem za to Münchausena. Że też nie ma. Powiem... Panny z Mokrą Głową. Nie ma też własnego Harry Pottera. Nikodemów Dyzmów ma wprawdzie sporą ilość, ale tu także - czy ktoś kiedykolwiek opisał ich domorosłe filozofowanie? Ich pijackie wyczyny? Ich, zwykłe z pozoru, a przecież pełne głębokich treści, dialogi z sąsiadami?

Nie, nie i jeszcze raz nie. Stety. Postawnowiłem zatem stworzyć takiego syntetycznego bohatera, takie ucieleśnienie III RP, i opisać jego przygody. Będzie tu śmiech, będzie dreszczyk emocji, będzie... Wszystko, za co tak kochamy III RP! I będzie nasze w niej, w tej III RP, oby... (Nieważne!) Życie. Całe! Bez osłonek, ale z łezką wzruszenia. I nie tylko. Obiecuję wam! W zamierzeniu będzie to wielki cykl powieściowy. Tytuł całego cyklu "Upiorna tajemnica dziadka Tuska", tytuł pierwszego tomu "Nie ma nic za darmo". (Tytuł pierwszego rozdziału? "Ghochu, grhchu.")

A więc zaczynam...


Było dość ciepłe i przyjemne jesienne przedpołudnie. Dziadek Tusk szedł osiedlową alejką wesoło pogwizdująć "Keine Grenzen". Mijając stadko gołębi, uśmiechnął się filuternie i przemówił do nich w ich ojczystym narzeczu: "ghochu, ghochu". Wszystkie ptaki jak na komendę odwróciły głowy w bok, tak by swym lepszym okiem móc się dokładnie przyjrzeć temu zadziwiającemu człowiekowi, który gołębim językiem włada, jakby całe życie żadnym innym nie mówił. Potem zaś wzbiły się z łopotem w powietrze, krążąc jeszcze przez chwilę nad głową naszego bohatera.

Zza węgła wyłoniła się pucołowata twarzyczka Bolka, lokalnego urwisa. Bolek był nieco dziwnym dzieckiem, które po całych dniach wystawało pod latarnią, dłubiąc w nosie, zaczepiając przechodniów i coś samemu sobie stale opowiadając. Były to przeważnie jakieś niesamowite kombatanckie historie. Dziadek Tusk puścił do Bolka oko i obaj roześmiali się, bowiem od lat łączyło ich swego rodzaju sekretne porozumienie. Potem Bolek znowu oparł się o latarnię i zaczął dłubać w nosie.

Dziadek Tusk skręcił zaś i skierował się w szczelinę między śmietnikiem a niepokojąco jakoś gęstymi jak na tę szerokość geograficzną zaroślami. Nikogo nie było w zasięgu wzroku, ale gdyby ktokolwiek mógł go teraz ujrzeć, stanąłby z pewnością jak wryty, a potem tygodniami dręczyłyby go koszmary. Dobroduszna bowiem zazwyczaj twarz naszego ulubieńca wyrażała teraz taką zaciętość, taką determinację, że nikt nie mógłby mieć wątpliwości, iż rozgrywają się w tej chwili sprawy życia i śmierci. I to zapewne nie pojedynczych ludzi, ale całych kontynentów, globów, może nawet galaktyk.

Wzrok dziadka Tuska prześlizgnął się uważnie po otoczeniu i nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, z jego czoła znikła pionowa bruzda, szczęki się rozluźniły, a twarz odzyskała niemal dobroduszny wygląd. Tak przynajmniej sądziłby ktoś, kto się nie bardzo znał na ludziach, a już na pewno nie znał się na dziadku Tusku. Bowiem w tej twarzy nadal była niezłomna determinacja. I było w niej coś jeszcze...

To na razie wszystko, com stworzył w tym podejściu. Co było w twarzy dziadka Tuska? Czego tak szukały jego bystre, choć ciepłe zazwyczaj oczy? Na czym polegało to tajemnicze porozumienie między dziadkiem Tuskiem, a podwórkowym łobuziakiem Bolkiem? O co tu w ogóle, do jasnej i niespodziewanej, chodzi??!

Rzecz w tym, że sam nie mam najmniejszego pojęcia. Mam natomiast tupet, i wiarę w ludzi, więc proszę wszystkich ew. czytelników powyższego (i poniższego też) o pomoc! Proszę zgłaszać sugestie, propozycje, pomysły na rozwiązanie poszczególnych zaplątanych wątków, oraz na zaplątanie tych, które jeszcze dałoby się dodatkowo zaplątać. Tudzież całkiem nowych wątków.

Proszę też o celne zwroty, sformułowania, kalambury, całe zdania, całe akapity, albo tylko kawałki zdań albo ich równoważniki. Mówię całkowicie poważnie - razem możemy zbudować nie tylko Drugą Irlandię (tak jak kiedyś już przecież zbudowaliśmy Drugą Japonię), ale także stworzyć jej Epopeję! No a bez was sobie nie poradzę.

Co zostanie wykorzystane zależy wyłącznie od mojej arbitralnej decyzji - nigdy nie twierdziłem, iż idea demokracji wzbudza we mnie jakiś szczególny entuzjazm - ale postaram się być sprawiedliwym Despotą i na pewno rozumiem, że najlepsze pomysły i sugestie najbardziej zasługują na realizację. (Na tym się w końcu opiera sama idea III RP, czyż nie?)

A więc, błagam - skopiujcie sobie link do tego wątku, bo inaczej za dwa dni najdalej zapomnicie gdzie to jest i nie znajdziecie, i bierzmy się DO ROBOTY! Dalsze losy dziadka Tuska zależą wyłącznie od was!

* * *

odcinek 2

Rozejrzał się nasz bohater, potem zaś poślinił wskazujący palec prawej ręki i podniósł go, by sprawdzić skąd wieje wiatr. Ten kierunek nie był wcale najgorszym z możliwych. "Dobra nasza!", pomyślał dziadek Tusk, "co by tu jeszcze sprawdzić? Można by cenę warzyw na rynku, ale to potem, bo na razie nie do końca podobają mi się te krzaki."

Potem nasunęła mu się jednak przelotna myśl, że w mniej skanalizowanych czasach, takie gęste krzaki w środku osiedla mogłyby pełnić pewne istotne funkcje społeczne. Które zresztą z pewnością pełnią w ograniczonym zakresie i teraz. Tyle, że są one niestety zbyt gęste, by nie groziło to poszarpaniem ubrania, względnie - gdyby delikwent był nagi, choćby częściowo - zadrapaniami.

"A w ogóle to dawno nie miałem kobiety", ta myśl przeleciała mu przez głowę, ale zaraz wróciła, by zagnieździć się w niej na dobre kilka minut. I nie musiał dziadek Tusk sięgać do kalendarza, by wiedzieć, że dawno kobiety nie miał - prostata grała mu bowiem niczym janczarska orkiestra, i to z minuty na minutę coraz głośniej. Choć w istocie przypominało to bardziej rzężenie w płucach konia półkrwi angielskiej, z obu stron po zwycięzcach Derby, ale z astmą, zaraz po wygranym biegu handicapowym w dobrej stawce. Znał swoją prostatę, jak niemal nikt na świecie. Znał ją jak własną dłoń. I dlatego wiedział, że musi się spieszyć.

(Dlaczego tu jest akurat ta prostata? Kazali mi o niej pisać na szalomie - serio! Zgodnie z obietnicą wpakowałem ją do naszej Historii. Naszej Epopei III RP.)

Kobieta, a najlepiej kilka kobiet, i to nie byle jakich kobiet, a koniecznie bab całą gębą (i nie tylko gębą) stawała się z minuty na minutę coraz bardziej naglącą, coraz bezwzględniejszą i bezlitośniejszą koniecznością. Jeśli miał żyć. Choć tu nie o życie jako takie chodziło, a o realizację pewnych celów, bez których realizacji po prostu się nie da. Na szczęście w domu miał na gazie imbryczek, w którym bulgotał wodny roztwór cukru, z rurki zaś kapał płyn o cudownych właściwościach.

Płyn, pod wpływem którego mężczyźni zaczynają recytować miłosne wiersze i płakać, że nie potrafią szydełkować, kobiety zaś zaczynają opowiadać niewypowiedzianie świńskie dowcipy i bić jedna drugą po pyskach. Te złociste krople będzie teraz można zabrać do słoiczka, słoiczek zaś zanieść do wdowy Paciorkowiec, gdzie na pewno uda się dojść do porozumienia w sprawie wymiany cudownego nektaru na pieszczoty. Tym bardziej, że wdowa Paciorkowiec miała bardzo liczną, jak na te czasy i to budownictwo mieszkaniowe, rodzinę, złożoną jednak wyłącznie z kobiet. Z których większość miała na czym siedzieć i czym oddychać, a zapach nektaru przyprawiał dosłownie każdą z nich o ekstazę.

Tak się oto rozmarzył nasz bohater i omal nie było to ostatnie się rozmarzenie w jego życiu. Coś mu bowiem śmignęło koło ucha, potem zaś...

Ale to już opowiemy w następnym podrozdziale.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, grudnia 29, 2013

Jak to w końcu będzie z tą pedofilią? Jest cacy, czy jest be?

Kurak wczoraj napisał tekst, który, choć, jak to u niego zgrabny i w zasadzie słuszny, jakoś mnie do końca nie przekonał, Głosi w nim, że "należy stworzyć świecki grzech śmiertelny" i walić nim lewiznę po tych ich durnych łebkach. Podaje też parę przykładów o co mu chodzi, i to ma sens... Tylko że ja mam chyba lepszy pomysł!

Oto linek do tego tekstu Kuraka:

http://kontrowersje.net/bat_na_esbeck_moralno_trzeba_stworzy_laicki_grzech_miertelny

Jak się dzisiaj nad tymi kwestiami zacząłem zastanawiać, to do mnie doszło, że to co wymyślil sam Kurak - czyli np. oskarżenie tego czy innego komucha o pobicie kubańskiego towarzysza na tle "homofobii" czy "rasizmu", może nie być wykonalne - bo albo on tego w realu nigdy nie zrobił, albo też my się i tak nie będziemy mieli okazji o tym dowiedzieć, a co dopiero udowodnić.

Jednak mamy przecież coś o wiele lepszego, tylko trzeba się w to wczuć, a potem zebrać siły i z przekonaniem działać. W sumie na początek wystarczyłoby krzyczeć magna voce. Na razie, jak stado durnych ciapków, dajemy się wciągać w dyskurs najgorszej lewizny, i, jak oni, mówimy bez przerwy o "gejach", "równouprawnieniu", "tolancji"... Tylko tu i ówdzie odwracamy znaczki. Lubimy też ich oskarżać o "faszyzm". Paranoja - oskażanie o "faszyzm" komucha albo wściekłego lewackiego hunwejbina!

Głupota naszej dzisiejszej "prawicy" jest rzeczywiście niezmierzona, ale my teraz nie o tym. Rzeczą, która nam od niedawna o wiele bardziej od wymienionych powyżej spraw zaczyna dawać w kość, jest oczywiście cała ta obłędna "ideologia gender". Pozująca w dodatku na "naukę" i wykładana na tych dzisiejszych tzw. uniwersytetach. (Duch Miczurina i Łysenki wiecznie żywy.)

Najgorsze co ci jego wyznawcy na razie robią, to oczywiście łażenie po przedszkolach i PSYCHICZNE GWAŁCENIE DZIECI. Tak? No to właśnie! I jeśli TO NIE JEST PEDOFILIA, to ja naprawde nie wiem co by nią miało być. Tak więc, przestańmy jak durnie pieprzyć o "gender" i zacznijmy mówić - a potem zaraz wołać WIELKIM GŁOSEM - że BANDA PEDOFILNYCH ZBOCZEŃCÓW GWAŁCI (na razie główie psychicznie, ale CO BĘDZIE DALEJ?) małe i bezbronne dzieci. No bo czy tak nie jest?

Jeśli akurat twoje dziecko nie zostało jeszcze temu procesowi poddane... Albo jeśli nie masz dziecka w tym wieku... To pomyśl - lewizna dopiero się rozkręca! To jest cały czas jeszcze NEP. Pomyśl jak to będzie wyglądało za lat dziesięć... Za lat dwadzieścia - skoro już dziś są oni aż tak bezczelni. I, niestety, z tak wątłym (oraz żałosnym po prostu i kompletnie nieskutecznym) spotykają się to odzewem. A tu chodzi przecież po prostu GWAŁT na psychice tych dzieci. Gwałt PEDOFILSKI! Mało wam ludzie?

Zacznijmy to mówić głośno, zacznijmy się domagać zastosowania wobec tego wszelkich przepisów dotyczących pedofilii... Które na razie służą, zdaje się, głównie do ułatwienia powszechnej inwigilacji, zbierania drug na druga haków i dintojry... Choć PIERWSZĄ I NAJWAŻNIEJSZĄ SPRAWĄ, za jakie się ci rzekomi łowcy pedofilów powinni zabrać, to właśnie ukrócenie tych obrzydliwych procederów którym zboczeńcy przymusowo poddają nasze dzieci. Zgoda?

(W dodatku zboczeńcy finansowani, w ostatecznej instancji, z NASZYCH pieniędzy, choć po prawdzie mówienie w tym miejscu o forsie zalatuje mi nieco korwinizmem i osłabia wymowę.)

Niech się @#@$ wszyscy ci stróże moralności, wszyscy ci co obiecywali kastrowanie itd., zabiorą za tych EWIDENTNYCH, a do tego ZORGANIZOWANYCH i POPODCZEPIANYCH POD RÓŻNE PAŃSTWOWE I PONADPAŃSTWOWE STRUKTURY PEDOFILÓW!

I TO byłoby wykorzystanie przeciw lewiźnie owego nowego pojęcia, nowego środka, owej broni - "świeckiego grzechu". Śmiertelnego jak najbardziej. To jest bowiem, każdy normalny człowiek łatwo się zgodzi, GWAŁT NA DZIECIACH - WCALE NIE MNIEJSZY, NIŻ GDYBY IM COŚ GDZIEŚ WSADZALI, albo gdyby je na golasa fotografowali!

Więc jak tam z tą pedofilią w końcu będzie - do was mowię: panie Tusk, panie Sienkiewicz, panie Cohn-Bendit...?

triarius

środa, grudnia 25, 2013

Dodatkowe linki do cywilizacji łacińskiej i Arminiusza...

Niby nic, a nawet na pewno prawie nic, ale gdyby ktoś chciał zobaczyć głosy czytelników tego mojego poprzedniego tekstu i/lub moje odpowiedzi, to ten tekst - o Arminiuszu i genezie koncepcji Konecznego, oraz, o jeszcze ważniejszej moim zdaniem kwestii NARODOWEJ IDEOLOGII - może znaleźć tutaj:

http://niepoprawni.pl/blog/18/z-czego-sie-wziela-cywilizacja-lacinska

http://blogmedia24.pl/node/65897

(Nie będę chyba normalnie wklejał tam moich kawałków - zbyt wiele potem roboty przy poprawkach, a zresztą niewielu taką problematykę i moje bawole podejście docenia - ale tym razem może było i warto.)

triarius

wtorek, grudnia 24, 2013

Z czego się wzięła cywilizacja łacińska?

Wielu potencjalnych czytelników z pewnością od razu zniechęcę, ale z wrodzonej szczerości na przywitanie mówię, że właściwie to w tym tytule "cywilizacja łacińska" powinna być w cudzysłowie. Nie chodzi mi tu bowiem o wyjaśnianie skąd się ona wzięła - z założeniem że ona rzeczywiście istnieje lub istniała... (U nas znaczy, bo tu o tę polską "cywilizację łacińską", odkrytą przez Konecznego, chodzi.) Tylko o to skąd w ogóle wzięła się taka dziwna koncepcja.

Dodatkowo muszę z góry powiedzieć, że poniższe wywody stanowią jedynie moją własną prywatną hipotezę, na którą formalnie nie ma żadnych hiper-naukowych dowodów. I w ogóle nie zamierzam tutaj jakiejś szczególnie "naukowej" formy udawać. (Do nauki mam zresztą stosunek w sumie pozytywny, ale nie fanatyczny. A historia idei to w ogóle nie całkiem nauka.) Co nie znaczy jednak, by ta hipoteza, moim zdaniem, nie była jak najbardziej słuszna i by tu się wszystko ładnie nie zazębiało. No i oczywiście wszystkie fakty i informacje staram się podać ściśle i bona fide.

A więc wyjaśnijmy sobie jak to z tą "cywilizacją łacińską" naprawdę zapewne było. Będziemy się w tym celu musieli cofnąć o dwa tysiąclecia. (Do czasów zatem, w których naprawdę jakaś "łacińska cywilizacja" bez cienia wątpliwości istniała.)

Mamy rok dziewiąty po narodzeniu Chrystusa. Trzy rzymskie legiony maszerują przez puszcze i bagna Germanii, wspierane przez dużą ilość pomocniczych germańskich oddziałów, dowodzonych przez mocno zromanizowanego Arminiusza. (W oryginale "Arminius" i ja, mimo ks. Wujka, o wiele taką oryginalną formę wolę. Ale cóż.) W sumie jakieś 30 tysięcy ludzi, z czego około 20 tysięcy Rzymian.

Arminiusz, niczym szczery Konrad Wallenrod, niby pomaga Rzymianom sforsować bardzo dla nich przecie trudny teren, ale naprawdę dąży do wciągnięcia ich w zasadzkę. Co mu się udaje. W pewnym momencie germańskie oddziały zwracają ostrza przeciw legionistom, z zarośli wyłaniają się dalsze watachy Germanów... Skutkiem jest rzeź, z której uratowało się kilku zaledwie Rzymian.

Bitwa ta (na ile bitwą tę rzeź można w ogóle nazwać, kwestia definicji) była z pewnością jedną z najważniejszych w historii. Cesarz August nigdy już się podobno z szoku wywołanego tą wiadomością nie podniósł. Miał po nocach chodzić i wołać "Warusie, oddaj mi moje legiony". (Warus, w oryginale Varus, to był ich dowódca.) Rzymianie zrozumieli, że ich siła zbrojna ma jednak poważne ograniczenia, a odludzia Germanii i ich bitni mieszkańcy, to nie to samo co zmęczone cywilizacją krainy Bliskiego Wschodu, czy wiecznie ze sobą skłócone plemiona Celtów.

Z czasem doprowadziło to - ta świadomość i te obiektywne ograniczenia - do próby otoczenia jądra imperium fortyfikacjami, a potem do stopniowego porzucania tych fortyfikacji, poczynając od tych najbardziej zewnętrznych. Sukces zaś - jeśli spojrzymy na to od tej przeciwnej strony - Germanów, dał im świadomość, że nie są wobec Rzymu bezbronni, ukazał im ich własną siłę i luki w gardzie przeciwnika. Co z czasem okazało się dwiema z tych rzeczy, które doprowadzily do upadku Imperium.

Po co cofnęliśmy się aż tak daleko? Po co ja o tym tutaj opowiadam? Ano dlatego, że w czasach, gdy, po Napoleonie (który tam wyczyniał różne rzeczy i sporo się przyczynił do tego, co się potem tam działo), rodziły się w Niemczech narodowe uczucia - wszystkie te "wędrowne ptaki", czyli młodzież wędrująca pieszo po kraju, zbierająca legendy i ludowe śpiewki...

Masa takich rzeczy była tam w wieku XIX, lewizna tego strasznie nie lubi i wciąż pisze książki o tym, jak to prostą drogą prowadziło do Hitlera... (Spengler też się tam oczywiście załapuje - jakżeby nie! Ale też właściwie nic poza Szkołą Frankfurcką z przyległościami nie ma szansy się tej brawurowej lewackiej burzy i naporowi oprzeć, więc czym tu się przejmować.)

No i w tym całym ruchu - narodowego odrodzenia, który stanowił zresztą część o wiele szerszego, ponadnarodowego historycznego trendu panującego w owym okresie - nie mogło przecież zabraknąć kultu Arminiusza! Prawda? My też byśmy go wykorzystywali, gdybyśmy go mieli. Zdrada, fakt, ale jakież to ma znaczenie wobec wolności i jej alternatywy - niewolnictwa?

No bo w końcu my możemy sobie tę, prawdziwą, pierwotną, łacińską kulturę chwalić i wyobrażać sobie na jej temat bógwico, ale dla wielu to była wtedy swego rodzaju Ojropejska Unia, i to taka, jaką ta "nasza" (?) będzie dopiero za lat parę, o ile dożyje, o ile jej się uda, kiedy zacznie tępić niepokornych "eurosceptyków" i udzielać bratniej pomocy krajom, którym się członkostwo nie dość podoba. (Że o powtarzaniu referendów aż do pożądanego przez ojrobiurokratów skutku nie wspomnę.)

No i faktycznie kult Arminiusza był ogromny, kult "miłujących wolność, męskich i w ogóle cudnych, Germanów" takoż. Trudno się dziwić. No a dość naturalną koleją rzeczy Imperium Romanum nie miało za to w tamtych kręgach dobrej prasy. Były to zaś kręgi naprawdę szerokie, elokwentne i wpływowe. Była w nich także młodzież, miało to zatem przyszłość... (Bo to nie była III RP, ani nawet Unia Ojro.)

Wybudowano na przykład Arminiuszowi niesamowicie wysoki pomnik, który w dodatku stał na jakiejś tam wysokiej górze, i było go widać z... Nie pamiętam ilu, ale paru dni drogi od tego punktu. Albo co najmniej z jednego dnia drogi, a i to nie jest byle czym. (Mam to opisane w jednej książce, ale chyba jej tak łatwo nie znajdę, więc mówię w przybliżeniu.) I tak dalej. A pism - mniej i bardziej uczonych, mniej lub bardziej duszeszczipatielnych - nie zliczysz!

Tak więc mieli Niemcy swoją narodową ideologię - "wolna Germania, skutecznie broniąca się przed łacińskim pedalstwem i niewolnictwem"... Te rzeczy. A ideologia narodowa, czy może ładniej "narodowa IDEA", to, jak celnie cały czas podkreśla choćby "Coryllus" Maciejewski, to PODSTAWA. Absolutna!

Bez tego obywatele... (Jacy obywatele? To będzie stado lemingów albo innych fellachów, jeśli bez narodowej idei!) Nie wiedzą, dlaczego by w ogóle się mieli dla tej "ojczyzny" poświęcać.... Obcy zaś nie widzą powodu, by jej przyznawać prawo do istnienia. Co czasem jednak ma swoje znaczenie - ludu III RP!

W najbardziej skrajnym przypadku taka narodowa idea potrafi być tak skuteczna, że po prostu paraliżuje całe otoczenie, które, wulgarny najczęściej i egoistyczny, interes danego państwa zaczyna z przekonaniem uważać za samą wcieloną PRAWDĘ. To jest dopiero osiągnięcie! Nie znacie takich przypadków?

No to spróbujcie spojrzeć, tak jak to robi Coryllus, na miłościwie nam panujący LIBERALIZM ("liberalną demokrację", jeśli ktoś woli, bo to o to tutaj chodzi), wraz z PRAWAMI CZŁOWIEKA, jako na angielską (czy może brytyjską) IDEĘ NARODOWĄ właśnie! Powtarzam: taka naprawdę super dopieszczona narodowa (i państwowa jednocześnie) ideologia po prostu PARALIŻUJE OFIARY! Zastanówcie się chwilę podczas oglądania najbliższego Dziennika TV, a może zrozumiecie o co mi chodzi.

Ta właśnie ideologia jest nam wpajana od niemal trzystu lat, z drobnymi przerwami. I jak najmiłościwiej nam przecież panującą - do tego stopnia, że mało kto odważa się ją widzieć jako coś innego niż PRAWDĘ, DOBRO LUDZKOŚCI i SPRAWIEDLIWOŚĆ. Możecie także dodać tu "wolny rynek", bo to jest w tym samym pakiecie, tylko nie chciałem na to tutaj kłaść akcentu.

Albo weźcie sobie na warsztacik kwestię taką, dlaczego najwiekszą zbrodnią jest dzisiaj "antysemityzm", choć po prawdzie nikt nie wie co to oznacza i nikomu zdaje się to nawet nie przeszkadzać. To także narodowa idea, choć może nie tylko to. (No i ten naród też byłby nieco innego typu. Spengler, Rtęciowcy, te rzeczy. Kto wie to wie, inni wiedzieć nie muszą, skoro nie chcą.)

Wróćmy jednak po tym długim marszu przez lasy i bagna do naszego Konecznego. Do naszego Konecznego i jego koncepcji. Koncepcji tej mianowicie, że Polska to "cywilizacja łacińska", a Niemcy (sorry, muszę zmienić pampersa, bo się posikałem ze śmiechu) to Bizancjum.

Czasy były wtedy takie, jakie były. (Teraz też są, choć w szczegółach nieco inne.) Każdy naród musiał mieć narodową ideologię. No i każdy szanujący się naród ją miał. Niemcy co mieli? No właśnie - śmy sobie o tym przed chwilą rozmawiali. Germanów, ach jakich męskich, bitnych, kochających wolność... Wrogich łacińskim miazmatom i całemu temu pedalstwu. (Rosja też oczywiście zawsze swoje ideologie miała. I to jakie!)

No to jak na to miała odpowiedzieć Polska? Wolni Słowianie, broniący się przed wolnymi Germanami? I nie lubiący jak cholera Rzymian? Czyli może tych z Watykanu? Niespecjalnie to mi się wydaje przydatne w przepychankach między państwami i narodami, a wam? Konecznemu też się nie wydawało, więc poszedł po rozum do głowy i rzekł: "Wy wolni Germanie? No to my Rzym! Kto w końcu obficiej figuruje w uczonych pismach? Kto ma więcej popiersi w muzeach? Kto zaliczył więcej sławnych zwycięstw i chwalebnych klęsk? Jasne że MY! Rzym znaczy."

Nieźle im przygadał, ale to był człowiek bystry, miał twórczą inwencję, więc jeszcze poprawił i szkopom dodatkowo przywalił. Mówiąc im tak: "Zresztą jacy z was wolni Germanie? Bizantiany jesteście, a to znacznie gorsze od Rzymu Augusta i Werusa!" No i ci Niemcy faktycznie by się po tym nie podnieśli, gdyby nie takie drobiazgi, że np. oni o tym w ogóle nic nie wiedzieli. Ale i tak kompleksy doprowadziły ich do tego, że dali nam w kość w '39, potem wyprawiali u nas różne dość paskudne rzeczy, a na koniec stworzyli Unię.

Można to oceniać różnie, trzeba jednak oddać Konecznemu sprawiedliwość - gość postawił sobie zadanie, które było istotne i na czasie, rozwiązując je w sposób znakomity i błyskotliwy. Że jest to narodowa propaganda, a nie żadna tam "naukowa" czy "paranaukowa" historiozofia (jak np. ta Spenglera), to chyba powinno być już w tej chwili jasne. Czy to jest jakaś wada? Ja tego tak nie widzę.

Młotek służy do młotkowania, dłuto do dłutkowania, szydło do szydełkowania... Czy jakoś tak. Wiecie o co chodzi, nie? No a narodowa idea, czy, inaczej mówiąc, nacjonalistyczna propaganda, to całkiem co innego niż próba autentycznego odczytania historii na nowo. (Niezależnie od tego, czy z danym konkretnym odczytaniem na nowo historii ktoś się zgadza, czy też nie.) Bez narodowej idei, a nawet idei państwowej, się nie obejdziemy!

To co zrobił Koneczny było sensowne i zapewne jakoś skuteczne - tylko że to było wtedy, a to nie były nasze czasy. Teraz, obawiam się, lepiej by było zostawić Arminiusza, pseudo-Bizancja, podrabiane Rzymy swojemu losowi. I spróbować znaleźć coś aktualnie skutecznego. Nośnego - ach!

Dixi! (Bo tak się składa, że ja łacinę jednak liznąłem, a nawet mam z niej eksternistyczną maturę na maksymalną uppsalską ocenę. Mimo to, za "cywilizację łacińską" się nie uważam.)

triarius

P.S. O Adasiu nic nie było. No i dobrze, przeżyje! 

niedziela, grudnia 22, 2013

Wyskrobana Chanuka

Jakaś kopnięta (jak to one) feministka ogłosiła, że w Boże Narodzenie da sobie w prezencie skrobankę, i na naszej "prawicy" rozpętała się burza. Nie przesadzacie ludzie? Oczywiście - samo dziecko jest niewinne, ale czy to aż taka dla nas tragedia, że będzie nieco mniej dzieci z lewackimi genami (jeśli takie istnieją) i przez lewaków wychowanych? Sami sobie to w końcu robią. Naprawdę wolelibyście żeby ich było WIĘCEJ?

W dodatku, jak słyszę, owa lewaczka okazałą się być potomką rebe Bratkowskiego. No to już całkiem was ludzie nie rozumiem - przecież tu nie chodzi o żadne Boże Narodzenie, bo u nich to się jakoś inaczej nazywa, chyba Chanuka. Więc co to ma z nami wspólnego? W dodatku to musi być taka postępowa Chanuka, z Diedem Marozem i "Podmoskowskimi wieczierami". O - wiem jak oni to sobie umyślili: wyskrobie tę idiotkę gość przebrany za Dieda Maroza! Sierpem i młotem.

Naprawdę nie rozumiem. Jeśli aż tak łatwo będziecie się dawać podpuszczać byle jednoosobową prowokacją, to marnie naszą przyszłość widzę! Są już w milionach egzemplarzy lemingi - a teraz wy także do nich dołączycie? Jasne, lekko odwracając niektóre wektorki, ale w sumie to taka sama lemingoza, jak tamtych, a macherzy będą wami manipulować jeszcze łatwiej niż tamtymi. Czego owa chanukowa prowokacja dobitnie, moim zdaniem, dowodzi.

* * *

Na odmianę coś całkiem optymistycznego... Ale ich trzepła ta książka o "resortowych dzieciach"! Nigdy bym się nie domyślił, przyznaję. Dla mnie te sprawy były w sumie od zawsze oczywiste, a szczegóły nie są mi niczego potrzebne. Zresztą większości z tych ubeckich dzieci w telewizjach i tak po prostu nie znam, bo nie oglądam. Ta wiedza by się oczywiście przydała przy ew. sprzątaniu Polski, tylko kiedy to będzie?

Jednak skowyt tego stada dowodzi, że ich to całkiem nieźle ugodziło. Może się boją, że ten i ów leming przeczyta i otworzy ślepka? Nie byłbym AŻ TAKIM optymistą, ale w końcu może oni wiedzą lepiej?

* * *

Bonmot przewrotny, co mi przyszedł ostatnio do głowy. Do tego, jak wielu zauważy, podkradnięty poniekąd wielkiemu Polakowi, choć oczywiście zmieniony. Dla mnie prawdziwy tak na jakieś 70 procent, reszta to ponury żart, ale i tak 70 procent to sporo. (Widział ktoś taki długi wstęp do złożonego z paru słów bonmota?) Oto on...

Kto nie szanuje własnej biurokracji, będzie szanował cudzą.

(Oczywiście BIUROKRACJA III RP NIE JEST "WŁASNA"!)

* * *

Patrzę na zagraniczne telewizje, a tam niesamowite cyrki z tym Chodorkowskim, co go z mamra w Rosji wypuścili. Całkiem nie widzę, dlaczego ta sprawa miałaby aż tak interesować kogokolwiek poza bliską rodziną tego pana, a już szczególnie dlaczego by miała interesować zwykłego konsumenta telewizyjnych wiadomości. No i tak mi się jakoś wydaje, że gdyby ten Chodorkowski był zwykłym gojem, to by pies z kulawą nogą się jego wypuszczeniem z mamra nie podniecał.

A propósito, związany nieco z tym właśnie tematem jest najnowszy tekst Kuraka - ten dlaczego Bolek nie dostał Oscara. Kurak moim zdaniem jest jak najbardziej autentyczny (co mogę uzasadnić na żądanie), a w dodatku dowodzi, że socjologiczne wykształcenie nie zawsze musi być stratą czasu i ogłupianiem pacjenta.

* * *

Aha, uświadomiłem sobie nagle, że nic tu jeszcze nie było o Adasiu. Adaś się zawsze wścieka jak nic o nim nie ma - ostatnio sobie nim nawet nieco spaprałem całkiem poważny und kontrowersyjny tekst. No ale teraz już o nim jest, więc niech siedzi cicho!

* * *

No dobra, wiem że już nie możecie wytrzymać tego napięcia i macie różne dziwne podejrzenia... Adaś to jest baba. "Adasiem" został z powodu cudzego adresu email, którego używał.

Adaś to moja znajoma. Na odmianę także w realu - nie tak jak wy, ludkowie moi rostomili. Kiedyś się z nią założyłem, że będę o niej wspominał w każdym swoim poście i tak to się kręci. (Choć są luki. Cicho sza, żeby nie zauważył!)

triarius

sobota, grudnia 21, 2013

Clito, mały braciszek ubeka

Na Facebooku ostatnio ktoś związany z rodzimymi tzw. katolickimi mediami podniósł straszny krzyk, że "150 tysiącom kobiet w Afryce dzieje się krzywda, bo im różne tam rzeczy obcinają, czego one oczywiście okropnie nie lubią..." Nie dosłownie tymi słowami, oczywiście, bo słowa były odpowiednio namaszczone i tchnące humanizmem, ale treść była właśnie taka. Chodzi, jeśli ktoś z mojego ezopowego języka nie zrozumiał, o sprawę tzw. "kobiecego obrzezania".

No i ja z przekonaniem uważam podnoszenie takiego krzyku przez te tzw. katolickie media za coś skrajnie dennego. Cóż bowiem może być bardziej pokracznego od zachowań w zamiarze cwanych jak cholera, makiawelicznych po prostu, które jednak, o dziwo, szkodzą bardziej samemu cwaniakowi, niż reszcie świata? Historia zna wiele przypadków, kiedy ktoś był "zbyt cwany dla własnego dobra", czy "głupio mądry"... I to jest, moim zdaniem, kolejny na to przykład.

Zanim (Deo volente) zagłębimy się razem w subtelną analizę tej konkretnej sprawy i obszernej problematyki, którą ona jest wyrazem - coś na przystawkę. Dla co mniej filozoficznie nastawionych czytelników, szczególnie tych z dysleksją (jak choćby Adaś, o mnie samym uprzejmie zapominając), to powinno właściwie wystarczyć. Choć to wcale nie byłby mój główny argument przeciw tym, jak ja to widzę, szkodliwym bredniom wygłaszanym przez tzw. "katolickie" media. (Jakby dzisiaj coś mogło jeszcze być tak po prostu "katolickie". Po V2 i w atmosferze lewackiego totalitarnego terroru rosnącego z każdym dniem.)

Dwa pytania zatem:

1. Dlaczego ten czuły na kobiecą krzywdę mówi o Afryce, nie wspominając, że w wielu innych krajach w Afryce nie leżacych, robi się to samo, albo coś w sumie całkiem podobnego? Przeciw czemu, z jakichś dziwnych względów, nikt nie protestuje. O czym konkretnie mówię? A na przykład o Arabii Saudyjskiej. Gdzie wystarczy, że nieobrzezana kobieta znajdzie się w szpitalu, żeby jej (kulturalnie i pod znieczuleniem) przymusowo i znienacka różne te tam szczególiki poobcinali.

Bywały takie przypadki, nawet chyba dość mnogie. Oczywiście trudno mi zrozumieć te zachodnie kobiety, które wychodzą za ichnich obywateli, przechodzą na islam i tam się osiedlają... Ale my nie o tym. My o protestach i podnoszeniu dzikiego rabanu z powodu takich praktyk. Faktycznie dość odległych od praktyk w każdym sensie "katolickich", a także od praktyk które my tu, w zachodnim (w szerokim pojęciu) świecie uznalibyśmy za normalne.

Ale raban dotyczy Afryki, a nie wielu innych krajów, które się "oszczędza". Z tchórzostwa i/lub z cwanego "politycznego" powodu, że to niby "sojusznik w walce z laicyzacją". Nie twierdzę tu, że na pewno nie sojusznik w tej walce - po prostu zauważam pewien brak konsekwencji.

2. Kiedy sprawa dotyczy kobiet i dziewcząt, oraz czarnej Afryki, jest dla naszych humanizmem przepełnionych uszczęśliwiaczy ludzkości jasna i jednoznaczna. Co jednak mówią oni o obcinaniu różnych podobnego typu szczególików niemowlętom płci męskiej? Proszę teraz o zupełną ciszę, nadsłuchujemy... Słuchamy, słuchamy... I nic nie słyszymy, prawda? Trochę to dziwne.

Pomyśli ktoś, że ja jestem jakimś obrońcą tego typu praktyk i chciałbym, żeby Kościół Katolicki je zaakceptował. I może jeszcze przyjął je jako swoje. Co za bzdura! Kompletnie nie o to chodzi. Chodzi mi o obrzydliwą obłudę, która w dodatku wcale nie sprzyja interesom obłudnika, tylko wali go w tę cwaną mordę niczym nadepnięte odpowiednio grabie.

Zgodzę się, że w wielu przypadkach - szczególnie u ludzi do których te słowicze apele "katolickich" mediów i innych naprawiaczy świata dotarły i roznieciły im w sercach pożar świętego oburzenia i potop wspólczucia dla bliźniego swego - to nie jest głupie cwaniactwo, tylko szczere przekonanie, mające dobro brata... Siostry raczej w tym przypadku, na względzie.

Ale i tak opiera się to na umysłowej płyciźnie i musi wynikać w znacznej mierze z tego, co z ludzi umysłami robią współczesne tzw. edukacja. I oczywiście współczesne media. I w co Kościół, niestety, dość gładko się w tych czasach wpisuje.

Można protestować przeciw obrzezaniu kobiet? Można być gorąco i zdecydowanie przeciw takim obyczajom? Można. Oczywiście że można - chodzi jednak o to, z jakich pozycji. I o to, że jeśli się mówi A, to należy być także przygotowanym na powiedzenie B. Jeśli zaś ma się zamiar powiedzieć B, to raczej powiedzenia A się nie uniknie. W sensie oczywiście metaforycznym, ale każdy powinien chyba zrozumieć o co chodzi.

Jeśli uważamy, że mamy prawo zwalczać takie pradawne zwyczaje, jak obrzezanie kobiet w Afryce, to po pierwsze - powinniśmy je zwalczać także gdzie indziej. Po prostu wszędzie. Albo (zaiste program minimum!) przynajmniej o nich otwarcie mówić. Jeśli obrzezanie kobiet jest be, a obrzezanie męskich niemowląt jest cacy, no to chyba wypadałoby powiedzieć ludziom DLACZEGO? To może mieć jakieś fajne wyjaśnienie, ale ja np. go nie znam i chętnie bym je poznał.

Jeśli już spełnimy te wstępne warunki, to możemy, jak ja to widzę, zwalczać obrzezanie kobiet w takich oto przypadkach:

1. Jeśli uważamy, że wszyscy ludzie na świecie powinni być katolikami. W znacznie (ale to znacznie) skromniejszej wersji - wszyscy ludzie na świecie powinni się stosować do katolickich norm społecznych i katolickiej moralności. Uważano tak kiedyś i postępowano zgodnie z tym przekonaniem - krucjaty, konkwista... Językiem bardziej... well, marksistowskim, będzie to niewątpliwie "katolicki imperializm kulturowy". I albo nam on pasuje, albo nam on nie pasuje. Ze wszystkiego co widzę i słyszę, posoborowy Kościół jest od takiego  imperializmu jak najdalszy. Ja, przyznaję, nie rozumiem tego, ale tak właśnie chyba jest.

2. Jeśli uważamy, że wszyscy ludzie na świecie muszą sie stosować do tego, co obecnie głoszone jest jako "uniwersalna moralność" i (nie bójmy się tego słowa!) "PRAWA CZŁOWIEKA". To absolutnie nie jest to samo co w punkcie 1! "Prawa człowieka" nie dość, że z choćby z tym, co się określa jako "moralność dekalogu", związek mają taki sobie, to jeszcze wciąż "ewoluują" i wyraźnie są dyktowane przez, trudne wprawdzie do precyzyjnego umiejscowienia, ale jednak całkiem konkretne siły.

Siły nie będące bynajmniej Kościołem Katolickim, a nawet w istocie Kościołowi Katolickiemu zdecydowanie wrogie. Wpisywanie się w kampanie podboju świata przez te siły - a czymże innym jest ów przejmujący zew, o którym sobie tutaj rozmawiamy? - jest to coś takiego, jak swego czasu pewna ulubiona rozrywka dziatwy z ubeckich rodzin...

Czyli zaczepianie starszych chłopaków przez ubecką dziatwę, a potem bieganie z krzykiem do braciszka ubeka albo ubeka tatusia. (Dzisiaj robi się to w garniturach marki Armani, choć oczywiście takie obyczaje trwają przez stulecia i przeżyją nas ze szczętem. Jak i obrzezanie kobiet zresztą.) Dla ułatwienia, tego cwanego braciszka nazwiemy sobie... Niech będzie na przykład... "Clito". W końcu musi mieć jakieś imię, więc czemu nie to właśnie? Zostawmy jednak Clita i wróćmy do naszych mutonów.

Tak samo jak w przypadku hipotetycznego "imperializmu katolickiego" - będzie to ewidentny przykład imperializmu. Tym razem "zachodniego", W dodatku całkiem już nie hipotetyczny. Nie mówię, że ten imperializm jest koniecznie złą rzeczą, ale jednak słabo on przystaje do wielu innych haseł, którymi się nas bez przerwy częstuje. Nie mówiąc już o praktykach, stosowanych stale i których skutki my, zwykli normalni nielewaccy ludzie, musimy łykać na codzień.

3. Jeśli jesteśmy autentycznie częścią którejś z tamtych kultur, które te rzeczy praktykują. I nie chodzi tu o takie bycie częścią, jak np. częścią polskiego narodu jest Adam Michnik, tylko naprawdę. Czyli musi być tak, że my jesteśmy tym przesiąknięci, a oni nas jako swoich bez zastrzeżeń akceptują. (Czyli "może być Żyd, byle chodził w krakusce", jak to błyskotliwie wyraziła niedawno Krytyka Polityczna. Brawo!)

Ten ostatni przypadek jest oczywiście czysto abstrakcyjny i nie ma powodu nas dzisiaj zaprzątać. Przypadkiem pokrewnym jest korumpowanie i przewerbowywanie elit innych kultur i cywilizacji - np. afrykańskich (ale także przecież w nieszczęsnej Polsce, może nawet w większym stopniu). Nie ma tutaj, i nie będzie nigdy ścisłych, jednoznacznych kryteriów, które by pozwalały na algorytmiczną ocenę etyczności działań. Takie coś to jednynie odwieczne marzenie świrów i fanatyków.

W sumie to by było jądro mojego wywodu. Na zakończenie chciałbym rzucić jeszcze dwoma drobiazgami. (Drobiazgami? Zależy od optyki!) Otóż twierdzenia, że te tam kobiety i dziewczęta, w tej Afryce znaczy, tak potwornie się tego boją i tak tego nienawidzą, są, z tego co kojarzę, prostą naiwną i głupią projekcja ludzi, którzy nic o tym naprawdę nie wiedzą. "Tak przecież po prostu musi być!" myślą sobie. No i rzeczywiście - gdyby ich samych tak nagle złapali i chcieli im coś obciąć... Jerum, jerum!

Ale to nie tak działa. Ten lewak, który domaga się odszkodowania za ostatnie namaszczenie w szpitalu, nie da oczywiście naszym humanistycznie nastawionym katolikom do myślenia, ale powinien. Dla jednych pierwsza komunia to gwałt na ciele i duszy - dla innych przejście w dorosłość i stanie się kobietą to powód do dumy i sprawa radosna.

Dotyczy to nie tylko obrzezania i wąsko pojetego seksu - jest masa innych "pierwotnych" społeczności, gdzie wyczynia się z ciałem najdziwniejsze rzeczy. Przeważnie właśnie, albo przynajmnej często, oznaczające dojście do pełni dorosłości.

Można sobie tego poszukać: spiłowywanie zębów kamykiem (cholernie bolesne!), zniekształcanie głowy, wyciąganie szyi, rozcinanie penisa żeby się sikało w poprzek (Australia, to faktycznie seksualne, ale tak słodkie, że nie można pominąć), robienie blizn, tatuaży, praktyki opisywane choćby w książce Mały Bizon (wcale nie wyssane z palca jednak)...

Jest tego ogromna masa, a w zachodnim świecie też, jeśli spojrzeć na sprawę antropologicznie, dałoby się takie rzeczy do niedawna znaleźć. Może nawet i dziś by się dało, tylko że to już skrajna degeneracja zdrowej antropologii, i np. aby w składaniu CV dostrzec krewniaka spiłowywania zębów, trzeba nieco więcej intelektu, niż pozwolono zachować przeciętnemu człowiekowi.

Z tego co widziałem, to większość tych dziewczyn przed taką operacją, o jakich sobie tu luźno rozmawiamy, a także po niej, była szczęśliwa jak stado skowronków. Dałoby się to chyba porównać z radością i dumą z powodu pierwszej komunii. (Mam nadzieję, że to nikogo nie obrazi, bo nie to było moim zamiarem i nie widzę do obrazy powodu.) Co jest logiczne i sensowne.

Oczywiście - w samym trakcie mogły być mniej tym wszystkim zachwycone. No i mamy tu odwieczną sprawę narzucania przez Zachód swoich kryteriów i przewerbowywanie - zarówno elit, jak i młodzieży. Nie mówię teraz, że to jest koniecznie złe, ale trzeba się w końcu zdecydować jakie to jest. Bo na razie rządząca światem (zgoda że w sposób dość "fraktalny", ale jednak) klika, robi dokładnie to, co jej pasuje, o żadną konsekwencję, o moralności nawet nie wspominajmy, nie dbając.

Albo przyjmujemy, że zachodnie normy są jedyne i najlepsze, a potem narzucamy je światu, albo każda kultura jest fajna, każda religia też, ekumenizm itd., a wtedy nic nam do tego, jak ci Murzyni w Afryce się zabawiają! Oczywiście pozostanie jeszcze istotna jak cholera kwestia - CO to są te "zachodnie normy". Bo to co teraz się nam "z Zachodu" serwuje, ewoluuje i zdaje sie nie mieć nic wspólnego z tym, o co choćby walczyli nasi zachodni przodkowie przez stulecia. Choćby jeszcze 50 lat temu, a nawet, z rzadka, później.

No i jeszcze, skoro wspomnieliśmy iż świat jest obecnie ("fraktalnie" poniekąd) rządzony przez zgraję degeneratów, to przypomnijmy może od czego zaczął się ruch Mau Mau... Od którego z kolei rozpoczęło się wywalanie Zachodu z Afryki, ze wszystkimi tego skutkami, nierzadko, jakby na nie nie patrzyć, niezbyt budującymi. Otóż zaczęło się właśnie od tego, że Anglicy chcieli zabronić owych praktyk, o których my tu sobie luźno rozmawialiśmy. Tak one tam tego nienawidziły, że aż... Jest to drobne ostrzeżenie dla nas na przyszłość. Już parę takich szpasów nam te obecne szemrane "elity" wycięły.

Swoją drogą, czy w społeczeństwach nie mających telewizorów i nie czytających tygodników (a takie przecież były te afrykańskie w czasach przed Mau Mau), w ogóle możliwe jest, by jakieś praktyki dotyczące kobiet trwały przez długi czas, gdyby matki - zarówno dziewcząt, jak i chłopiąt przecie - były mu jednoznacznie przeciwne?

No bo przecież je to też spotkało, prawda? I to nie mężczyźni się tym zajmują, tylko właśnie te kobiety. Więc z tą ich nieszczęśliwością, nie jest raczej tak prosto, jak sie naszym posoborowym wrażliwym duszyczkom wydaje. Reszta zaś też tego całego rozumowania, jak mam nadzieję wykazałem, wali sie w pył.

Naprawdę nie chodzi mi o to, że te praktyki koniecznie są super i muszą być stosowane. No i na pewno nie chcę, żeby były stosowane u nas i na nas. (Chyba że ktoś akurat prywatnie lubi.) Mam nadzieję, że nikt tego tak nie odczytał. Naprawdę nie wiem nawet, czy Zachód powinien narzucać swoją moralność światu. Jednak nie będąc nawet małym braciszkiem ubeka dawać się wciągać w jego zabawy, to moim skromnym skrajna głupota, i wcale nie tak jednoznacznie moralna, jak się niektórym wydaje.

triarius