Publiczność, która by bez mrugnięcia okiem skazała jakiegoś autora na śmierć głodową, zasługuje na znacznie lepszych autorów.
triarius
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
poniedziałek, września 12, 2016
sobota, września 10, 2016
Takie sobie myśli (lato 2016)
Gdybym miał od jakiejś złotej rybki trzy życzenia, to nie, ale gdybym miał ich tak z sześćdziesiąt, to jednym z nich musiałoby być takie, by ludzie kompletnie pozbawieni muzykalności przestali wreszcie sobie wmawiać, że bez muzyki, czy raczej bez tego, co za muzykę uważają, nie potrafią żyć.
(Żeby mi nie było jakichś podejrzeń, że to się odnosi do jakichś moich znajomków! Powyższe zostało zainspirowane przez jakieś #$^@# dysko koło mojej siedziby, które mi tu hałasuje po nocy.)
* * *
Zaczyna mi się wydawać, że Trump może jednak wygrać te wybory. Obejrzałem sobie dziś na CNN rodzaj jego biografii - oczywiście nie sądzę, by to było obiektywne, ale trochę interesujących rzeczy się jednak dowiedziałem, które wyglądają na w miarę prawdziwe, no i mogę rzec co następuje... Trump, jak każdy wie, sporo budował, ale jego prawdziwy wielki talent, czy nawet geniusz, to talent czy geniusz SPRZEDAWCY.
On dużo lepiej sprzedaje to co zbuduje, niż cokolwiek innego co z tym robi. Najbardziej zachwycił mnie taki jego pomysł na biznes, że oto inni deweloperzy i właściciele budynków płacą mu jedynie za to, by na swoich budowlach móc umieścić słowo "Trump". Od powierzchni mu płacą, w stopach kwadratowych, na której to jest prolom pokazane.
Przeciętnie wartość takiego budynku od razu skacze o 30%, oczywiście w górę, więc jest to biznes wprost wymarzony - niesamowite ROI i absolutnie żadnego ryzyka dla żadnej ze stron! Określono to w tym programie jako franchising (na nasze chyba "franczyza"), raczej chyba słusznie, i porównano z MacDonaldem.
Poza tym, jak wiadomo i jak nam pokazano, słowo "Trump" znajduje się na dosłownie wszystkim co ten gość posiada: domach, samolotach, helikopterach, wódce, winie, befsztykach... (Może też to na żonach, kolejnych, tatuuje, ale nie wiem i w końcu nie moja sprawa.) Tak że branding to jego największa specjalność, ale to przecież po prostu wyrafinowana forma późno-liberalnej sprzedaży.
No i tak mi przyszło do głowy, że co najmniej za mojej pamięci, tylko jeden amerykański prezydentów było spoza, ściśle biorąc, oligarchicznego establiszmętu (a w każdym razie spoza nawet jego przedpokoju, w odróżnieniu np. od Cartera) - mianowicie Reagan - teraz zaś jest możliwość drugiego. No i jeden był aktorem, a ten drugi, potencjalny, sprzedawcą... Co sporo mówi o tym naszym-nienaszym amerykańsko-liberalnym świecie. N'est-ce pas?
triarius
(Żeby mi nie było jakichś podejrzeń, że to się odnosi do jakichś moich znajomków! Powyższe zostało zainspirowane przez jakieś #$^@# dysko koło mojej siedziby, które mi tu hałasuje po nocy.)
* * *
Zaczyna mi się wydawać, że Trump może jednak wygrać te wybory. Obejrzałem sobie dziś na CNN rodzaj jego biografii - oczywiście nie sądzę, by to było obiektywne, ale trochę interesujących rzeczy się jednak dowiedziałem, które wyglądają na w miarę prawdziwe, no i mogę rzec co następuje... Trump, jak każdy wie, sporo budował, ale jego prawdziwy wielki talent, czy nawet geniusz, to talent czy geniusz SPRZEDAWCY.
On dużo lepiej sprzedaje to co zbuduje, niż cokolwiek innego co z tym robi. Najbardziej zachwycił mnie taki jego pomysł na biznes, że oto inni deweloperzy i właściciele budynków płacą mu jedynie za to, by na swoich budowlach móc umieścić słowo "Trump". Od powierzchni mu płacą, w stopach kwadratowych, na której to jest prolom pokazane.
Przeciętnie wartość takiego budynku od razu skacze o 30%, oczywiście w górę, więc jest to biznes wprost wymarzony - niesamowite ROI i absolutnie żadnego ryzyka dla żadnej ze stron! Określono to w tym programie jako franchising (na nasze chyba "franczyza"), raczej chyba słusznie, i porównano z MacDonaldem.
Poza tym, jak wiadomo i jak nam pokazano, słowo "Trump" znajduje się na dosłownie wszystkim co ten gość posiada: domach, samolotach, helikopterach, wódce, winie, befsztykach... (Może też to na żonach, kolejnych, tatuuje, ale nie wiem i w końcu nie moja sprawa.) Tak że branding to jego największa specjalność, ale to przecież po prostu wyrafinowana forma późno-liberalnej sprzedaży.
No i tak mi przyszło do głowy, że co najmniej za mojej pamięci, tylko jeden amerykański prezydentów było spoza, ściśle biorąc, oligarchicznego establiszmętu (a w każdym razie spoza nawet jego przedpokoju, w odróżnieniu np. od Cartera) - mianowicie Reagan - teraz zaś jest możliwość drugiego. No i jeden był aktorem, a ten drugi, potencjalny, sprzedawcą... Co sporo mówi o tym naszym-nienaszym amerykańsko-liberalnym świecie. N'est-ce pas?
triarius
słowa kluczowe:
disco,
Donald Trump. prezydent USA,
establishment,
liberalizm,
muzyka pop,
niemuzykalność,
oligarchia,
Ronald Reagan,
złota rybka
niedziela, września 04, 2016
Ugauga Jitsu 0001 - Wprowadzenie, plus Garda Szalonej Małpy
![]() |
| Marzenie każdego prawdziwego mężczyzny wedle niektórych - też tak potrafić! |
Ten proces organizacji można, jeśli ktoś lubi szumnie brzmiące nazwy, nazwać "tworzeniem sztuki walki". Tę moją umyśliłem sobie nazwać "Ugauga Jitsu". "Jitsu" dlatego, że, choć nie jest to jakoś specjalnie japońskie, mimo dość sporego wkładu tej fascynującej nacji, to jednak cele i samo podejście wydaje mi się bardzo zbliżone do dawnych metod ju-jitsu (japońskiego), które łączyły bardzo różne metody i techniki, w celu możliwie skutecznego przygotowania na najróżniejsze nieprzyjemne sytuacje w realnym życiu Szczególnie mam tu na myśli łączenie rzutów, obaleń i dźwigni, z tym rodzajem uderzeń, który po japońsku określa się mianem "atemi", i z pokrewnymi technikami.
"Ugauga" zaś to żartobliwa aluzja do tej pani, która w swej znanej książce o różnicach między chłopem i babą gorliwie broniła mężczyzn przed zarzutami feministek, że oni to tylko "uga uga", czyli, jak rozumiem, maczugą przez łeb, za włosy i do jaskini, zaspokajać żądze. Przekonując, mówię nadal o tej niewieście, wszystkich wokoło, że nieprawda, bo nie "uga uga", tylko szczere pragnienie zdobycia w końcu owej subtelnej umiejętności karmienia piersią, co by dało ukochanej małżonce więcej czasu i możliwości skoncentrowaniu się na karierze generała czy prezydenta...
Na co ja, w mym niepoprawnym Tygrysiźmie i Męskim Świniźmie, napisałem na tym tutaj blogasie, że "jeszcze będziecie marzyć o uga uga, głupie... cośtam". Co zdaje się na naszych oczach właśnie sprawdzać, jak to bywa z moimi proroctwami.
A teraz przejdźmy do konkretów, czyli do sztuki przy... Znaczy jak ew., w razie konieczności, dać komuś w kość, samemu maksymalnie się przed wzięciem w kość chroniąc. (Czyli sama esencja prawicowości, która, jak wiadomo, polega na "Raczej dać w dupę, niż wziąć. Reszta to w sumie fioritury".)
* * *
Życie jest brutalne i pełne zasadzek, a że od czegoś zacząć trzeba, więc dzisiaj zajmiemy się taką oto
![]() |
| Małpa twój przyjaciel (choć nie całkiem przodek) |
Głowa jednak, czy powiedzmy szczęka, to sytuacja raczej najczęstsza. Sam z mojego wzgl. podeszłego wieku pamiętam dwie takie sytuacje - jedną z końca liceum, drugą z pierwszego roku studiów, kiedy to całkiem nieoczekiwanie walnięto mnie ciosem okrężnym... W tym drugim przypadku był to niezły drugoligowy bokser niewiele ode mnie lżejszy, w pierwszym jakieś chłopię z poprawczaka... I wtedy naprawdę nie ma wiele szansy na całkowite uniknięcie tego ciosu.
(Z tym bokserem zdołałem się nieco uchylić i dostałem cios tuż ponad skronią, może nawet sobie rękę uszkodził, nie wiem, ale ja i tak byłem parę sekund ostro przymulony. W tym wcześniejszym przypadku byłem OK, bo to nie była ta sama technika i siła, choć się zachwiałem, to udało mi się ładnie zablokować następny cios z drugiej ręki. Szczegóły może kiedyś w mojej autobiografii, do nabycia w najlepszych księgarniach i w wersji filmowej w najlepszych kinach.)
Tak że, choć normalnie wszelkie kursy i metody "walki ulicznej" raczej unikają omawiania tej sytuacji, zalecając atakować jako pierwszy, to jednak to się potrafi zdarzyć i wtedy jest mało przyjemnie. Ktoś naprawdę b. dobry, jeśli nas ogłuszy, najpewniej to będzie potrafił wykorzystać, ale nie wpadajmy w paranoję - nie każdy kto nas w knajpie znienacka wali w łeb, jest od razu mistrzem UFC, a z tymi poniżej, z pomocą Ugauga Jitsu, mamy szansę.
Więc na razie przyjmujemy, że po tym otrzymanym ciosie nasza orientacja w świecie jest, przez czas pewien, mocno schematyczna, jakoś tam stoimy na nogach, ale nie za pewnie, no i nie mamy dobrego rozeznania co też nam teraz zaserwuje nasz nowy przyjaciel. Co robić, co robić? Czy może zacznijmy od tego, co może nas za parę sekund spotkać, czego byśmy serdecznie chcieli uniknąć.
Na pewno chcielibyśmy uniknąć porządnego kopa w krocze - mógłbym powiedzieć "w jaja", ale to dotyczy także kobiet, o czym mało ludzi zdaje się wiedzieć... Po prostu dlatego, że taki wstrząs kręgosłupa, uderzonego wzdłuż, całkiem nie jest dobry dla zdrowia. Lekkie uderzenie w te regiony, czy ściśnięcie to faktycznie metoda na faceta (bo nie mówimy o pieszczotach, punktach G i Barbie Lookach), ale potężny "saddle kick" załatwi każdego. (Sorry, to nie jest jakaś seksualna obsesja - to są autentyczne i mające w tych sytuacjach spore znaczenie sprawy!)
Tak że nasze nogi z pewnością nie powinny być bardzo szeroko i nie mogą być frontalnie, tyle że to pozostawiamy raczej Mamie Naturze, ponieważ i tak raczej nie będziemy mieli do tego głowy, a to się przeważnie samo ustawia jak trzeba.
Ciosy w tułów potrafią być naprawdę paskudne, choć najbardziej powinniśmy się jednak wtedy obawiać kolejnych ciosów w głowę, no i ciosy na tułów niwelujemy napięciem mięśni z lekkim pochyleniem tułowia. (LEKKIM powiedziałem, dziś, w epoce MMA we wszystkich telewizjach, wielu ludzi wpadnie na pomysł walnięcia was kolanem, jeśli się pochylicie!) To też jest niemal odruchowe, choć warto sobie to przećwiczyć i powtórzyć owe 10 tys. razy, opisywane przez Gladwella, żeby stać się w tym mistrzem!
Teraz głowa, czyli najważniejsze. Ideałem jest coś, co stanowi niemal odruch, i Deo gratias, my takie coś właśnie mamy. Chodzi o coś, co po angielsku nazywa się "crazy monkey guard", czyli na nasze "garda szalonej małpy". (Oczywiście w tej epoce słowo "garda" ma dwa całkiem różne znaczenia, jedno z Boksu itp., drugie z Brazylijskiego Jiu-Jitsu, tutaj mówimy o tym pierwszym.)
![]() |
| Tak może wyglądać "garda szalonej małpy", ale my to zrobimy jeszcze trochę fajniej. |
Ta wersja, którą ja wam proponuję, wygląda tak, że lewą ręką łapiemy się głęboko za prawy bark, tuż koło szyi; opuszczamy brodę i wtulamy ją w lewy bark; prawą zaś dłonią łapiemy się za kark; trzymając prawy łokieć dokładnie w przód, oba przedramiona mocno ściśnięte.
Faktycznie to nie musi być akurat w tę stronę, jeśli komuś bardzo zależy, to może to odwrócić, tylko że tutaj nie ma sensu uczyć się tego na dwie strony. Ja akurat jestem wyjątkowo dwustronny-dwuręczny i większość technik bez trudu opanowuję na obie strony, ale tutaj to naprawdę nie ma znaczenia. To jest pomyślane jako odruch, nawet w sytuacji, gdy niewiele nam pozostało z przytomności umysłu, więc każde komplikowanie tylko szkodzi, a dwustronność nie jest nam tutaj do niczego potrzebna. Nie komplikować - szczególnie w tym akurat przypadku!
Naprawdę dobry przeciwnik ma pewne opcje - nie oszukujmy się - ale po pierwsze, jeśli nas wali znienacka, to może nie być mistrzem UFC, a po drugie, my też odzyskujemy z sekundy na sekundę przytomność i mamy pewne opcje. Np. rzucenie się do wyjścia, co bywa niezłym pomysłem. Szczególnie, jeśli brzydal nieco się od nas oddali, np. żeby nam przydzwonić z kopa, a my już nieco oprzytomnieliśmy. Wtedy w nogi, albo łaps za krzesło, czy co tam fajnego przyjdzie nam do głowy.
Tak przy okazji, to owa "małpia garda" ma znacznie szersze zastosowanie, niż by wynikało z
![]() |
| Małpy znają też inne skuteczne metody walki, o czym, Deo volente, kiedyś. |
Tyle dało się zrozumieć? No to fajnie, bo na deser będzie to, co najlepsze. Ktoś może spytać: "Czy mamy tutaj jakiekolwiek sposoby, żeby naszemu przyjacielowi zrobić wbrew, unieszkodliwić go i, mówiąc brutalnie, zrobić mu krzywdę"?
Są różne opcje. Nieco już, powiedzmy, oprzytomnieliśmy, a za naszym przyjacielem... (Żartuję, to jest i pozostaje nasz WRÓG!) Więc za tym osobnikiem jest ściana. Więc my się na niego rzucamy z tą naszą małpią gardą, będąc już na nim, raczej łapiemy go z twarz, z akcentem na oczy, i walimy jego głową o tę ścianę. Nokaut! Oczywiście to nie musi być tylko jeden raz, a do tego mamy kolana, stopy, najprawdopodobniej w jakimś obuwiu, więc skrobnięcie go kantem podeszwy przez goleń z góry na dół sporo zrobi... Masa radości!
Byłbym zapomniał... Staramy się do faceta przykleić, w każdym razie być b. blisko, jeśli w ogóle mamy takie możliwości, bo to zdecydowanie ogranicza jego opcje, w sensie przede wszystkim mocnych uderzeń i kopnięć. Jeśli uda nam się go zmusić do cofania się, to zdobyliśmy pierwsze punkty, bo wtedy on naprawdę raczej już nam porządnie nie przywali, a o ile zdążymy odzyskać wzgl. jasność myśli, mamy niezłe możliwości.
Fajnym sposobem kontrataku, kiedy nadejdzie jego czas, jest wyczajenie, kiedy nasz nowy przyjaciel znajdzie się przed nami i nagłe, gwałtowne podniesienie się z tego niewielkiego, ale jednak skłonu, żeby go trafić wierzchem naszej głowy od dołu i nieco od przodu w szczękę. Gwałtowne uniesienie głowy, rzut ciała w przód, wyprostowanie nóg. Rozumiecie? Nokaut, złamanie szczęki, wstrząs mózgu, odgryziony język, połamane zęby... I to wcale nie nasze! To nie są rzeczy, o których się miło rozmyśla, siedząc sobie przy trzaskającym ogniu, słuchając piosenki o reniferach, ale bywają sytuacje, gdy to się staje bardzo rozkoszną perspektywą - uwierzcie!
Zresztą nawet bez ściany, możemy, jeśli nasze siły i rozmiary są po temu, tudzież odwaga, rzucić się na gościa, złapać go za twarz - oczy, gardło, włosy... Uszy też bywają b. fajnymi uchwytami, choć się urywają, co też ma swój wdzięk... Tajski klincz to nieco bardziej złożona technika, więc nie na teraz... Ale w każdym razie można przejść do nagłego kontrataku i zacząć gościa obrabiać. Dobrze jest przy tym wydać dziki krzyk, najlepiej z głębi trzewi, bo to, gdy usłyszane znienacka i w połączeniu z widokiem bestii nagle się na nas rzucającej, potrafi totalnie sparaliżować ruchy i odebrać zdolność analizowania sytuacji. Chodzi oczywiście o to, co po japońsku nazywa się "kiai". Serdecznie polecam!
No dobra, na razie, zakładam, nikt was po głowie znienacka nie wali, więc co z tym wszystkim tutaj wyczytanym mielibyście zrobić? Proponuję przećwiczenie "gardy szalonej małpy" co najmniej kilkadziesiąt razy pod rząd, wczuwając się w odczucia mięśniowe, patrząc, czy wszystko co się da jest kryte, a my możemy jednak coś przed sobą zobaczyć, na ile potrzebujemy, nieco ten łokieć opuszczając i nieco podnosząc wzrok.
Najlepiej to ćwiczyć w całości, a więc stojąc, z napięciem brzucha i lekkim pochyleniem, stopy mogą być lekko do środka, chroniąc co kto tam ma, niezła równowaga... No i czujność z gotowością do przejścia do wściekłego, skutecznego ataku w wybranym przez nas momencie. Myślimy OFENSYWNIE, bo jeśli wybierzemy tę drugą opcję, to jesteśmy z góry ofiarą i niewiele zwojujemy. Nawet w przypadku, gdybyśmy wybrali w końcu ucieczkę - bywają sytuacje, że to jest najlepsza opcja, choć jest ich znacznie mniej, niż się to ludziom przeważnie wmawia. Myślimy o walce, o zniszczeniu wroga, myślimy krwiożerczo. Potem, kiedyś, możemy się za niego modlić, jak to czynił Musashi, modląc się za dusze tych, których wysłał w zaświaty, ale to będzie kiedyś.
![]() |
| To tylko kapucynka, a nie np. pawian Ardreyista, ale i tak wyglądem wzbudza szacunek. Też tak powinniście! |
Jeszcze bardziej zaawansowaną metodą treningu powyższych umiejętności jest np. zrobienie paru szybkich obrotów, żebyśmy byli mocno zamuleni, a potem przyjęcie naszej małpiej gardy, lub, w przypadku, gdy ktoś np. ma fajną, muskularną siostrę, zaatakowanie trzymanej przez tę siostrę tarczy, czy może po prostu jakiejś poduchy, w opisany powyżej sposób... Oczywiście nie czyniąc siostrze żadnej realnej krzywdy. (Jeśli ktoś ma fajnego brata, to też oczywiście, no i przyznam, że zazdroszczę.)
To by było na ten pierwszy raz na tyle. Czuj duch, pręż się i nie zapominajcie o Ugauga! Codziennie kilka powtórzeń tej małpiej gardy i będzie super! Na razie tylko tyle macie zadane, więc nie wmawiajcie sobie i światu, że przeciążam was robotą. Jednak to niewiele może kiedyś sporo zmienić. Jeden mały krok dla człowieka, wielki skok dla Ludzkości, ach! I te rzeczy.
triarius
słowa kluczowe:
atemi,
BJJ,
Combatives,
crazy monkey guard,
feminizm,
garda szalonej małpy,
karmienie piersią,
kiai,
Miyamoto Musashi,
MMA,
równouprawnienie,
UFC,
Ugauga Jitsu,
walka wręcz
czwartek, września 01, 2016
Gówno w przerębli a sprawa polska
(Kontynuujemy sobie nasz "polski" cykl, skoro tak to się wszystkim podoba. To było w kwestii formalnej.)
* * *
Powszechnie znana jest głupawa historyjka o tym, jak to w piekle przy kotle z Polakami nie stoi żaden diabeł, bo rodacy i tak wciągną spowrotem każdego, kto by próbował się wygramolić. To akurat uważam za dość głupie plucie na Polaków, choćby dlatego, że zawiść nie wydaje mi się być akurat tą wadą, w której jesteśmy mistrzami. O "świętej szwedzkiej zawiści" pisał już Gustaw Waza w połowie XVI w. i tam nikt przeciw takiej ocenie do dziś nie protestuje. Czytałem też o zawiści, jako o narodowej przywarze Anglików, i to chyba Anglik napisał.
Nie znaczy to jednak, by z Polską i rodakami wszystko było OK, ale chyba nie akurat to. Wad mamy oczywiście skolko ugodno, jak wszyscy zresztą, ale co mnie najbardziej boli, to rzeczy bardziej skomplikowane, trudniejsze do jednoznacznego wskazania... Takie, które dałoby się określić mianem "wieczna polska niemożność", i które nawet znanemu stwierdzeniu Tuska (który chyba w ogóle się za Polaka nie uważa i którego ja za Polaka nie uważam) o tym, czym jest polskość, nadają nieco sensu.
Ja się uważam za Polaka i nie muszę chyba nikogo zapewniać, że mnie ta sytuacja naprawdę dręczy. Już bym faktycznie wolał tę zawiść, choć to naprawdę brzydka cecha. Ale o czym ja w ogóle mówię? A o tym, że parę dni temu zaledwie, młoda dziewczyna, która po prostu nie umiała się zachować inaczej, więc zachowała się tak, jak było to dla niej możliwe, dała nam, po latach, szansę zrobienia czegoś naprawdę... Jak to określić... W porządku, czegoś prawidłowego (żeby tak to trywialnie określić, ale to chyba lepsze, niż nieudane poetyzowanie) i, jak na tę naszą dzisiejszą skalę, nawet wzniosłego.
Napisałem o tym teksta, co oczywiście nic nie oznacza, ale byłem w nim bardzo poważny i nieco przy tym dręczył mnie niepokój. Niepokój o to, że, jak to u nas, jak to wszędzie dzisiaj w tym liberalnym raju, owa wzniosłość, dana nam przez porucznik Inkę, a skrystalizowana najściślej w tym jednym zdaniu z jej grypsu adresowanego do babci, zostanie wcześniej czy później utytłana w geszefciarstwie, bezguściu, wulgarności, "patriotycznym rapie", wszelakich kouczingach i szkaradnych naturalistycznych pomnikach z brązu.
Wiedziałem że to przyjdzie, miałem tylko nadzieję, że nie od razu i że, da Bóg, nie w takim nasileniu, żeby ten wzniosły, patriotyczny bodziec całkiem zniweczyć. Jego oddziaływanie znaczy.
Oddziaływanie bodźca, który, jak mi się zdawało, nawet w tych wyjątkowo paskudnych czasach, ma szansę w istotnej części naszej młodzieży dokonać duchowej przemiany, albo tych już przemienionych wznieść na o wiele wyższy poziom patriotyzmu i ogólnie etyki, zapoczątkować jakieś głębokie etyczne fermentacje, skutkiem których Polska stanie się dla wielu czymś więcej, niż tylko pretekstem do wywieszenia chorągiewki na antenie samochodu przed "ważnym" meczem i/lub wysłuchania "patriotycznego rapu",
Wiedziałem że będzie reakcja i po prostu entropia, naturalne (?) liberalne procesy działające przeciw wszelkiej wzniosłości, szlachetności i patriotyzmowi, procesy ekonomiczne i do nich zbliżone, ale nie tylko... I miałem, jako się rzekło, nadzieję, że nie od razu i nie aż tak silnie, żeby to zwyciężyło.
No i się pomyliłem - co do szybkości i siły, bo co do samego zagrożenia to, jak zwykle, okazałem się szczerą Kassandrą. Wczoraj przyszedł pierwszy szok. Nie nadużywam mocnych określeń, to naprawdę było bardzo przykre. Otóż czołowy bloger salonu24 trafił na jedynkę z tekstem, błahym zresztą, z tytułem stanowiącym w zamierzeniu dowcipną parafrazę owych granitowych, że tak to niezgrabnie określę, słów Inki. Znalazł się chłopina na czasie, ręka na pulsie i co tam jeszcze!
Jest to bloger wyróżniający się swym profesjonalizmem, choć nieczęsto pisze rzeczy, które uznałbym za odkrywcze i wstrząsająco ważne. No i na pewno "nasz" - w tym swoim tekście też ganił KOD i tak dalej. Tylko, @#$%^, co z tego? Co z tego, jeśli leberalizm i tak wkrada się tylnymi drzwiami, a ktoś taki, zawodowiec lub niemal, całkiem "nasz", nie dostrzega, że dla doraźnego sukcesu (?), chwilowej popularności, profanuje sprawy, którymi nikt nie ma prawa w ogóle wycierać sobie twarzy, a co dopiero ktoś z "naszych"?
Dzisiaj zaś znajoma opisała mi rocznicowe obchody w Stoczni i okazuje się, że Prezydent podszedł i witał się z Bolkiem. Co z tego, powie ktoś? W kategoriach "liberalnej demokracji", dzisiejszej postpolitycznej polityki, wobec znaczenia mediów i sytuacji w nich, itd. itd., jest to, trzeba sobie otwarcie rzec, zachowanie zrozumiałe. Jak to się jednak ma do Inki, tak przez tego samego Prezydenta honorowanej trzy dni temu?
Jaki sygnał otrzymuje młodzież, która najpierw jest implicite namawiana do postawy niezłomnej i bezkompromisowej, a potem widzi, że z przyczyn, których nie da się inaczej nazwać, niż przyziemnymi i koniunkturalnymi, ci sami ludzie bratają się z takim kimś, jak Bolek?
Z kimś, co do kogo dziś nie ma już cienia wątpliwości - to był agent, od samego początku, szkodził, i w ogóle szuja, obecnie zresztą pilnie opluwająca nas, moherów, i tych samych ludzi, którzy się z nim, na oczach tłumów, próbują bratać. Przecież Bolek parę tygodni temu obiecywał obalić ten rząd - stanąć na czele czegoś, jakichś sił, które miały tego dokonać!
Wiem, taka jest dzisiejsza, taka jest liberalno-demokratyczna polityka. W końcu z jakiegoś powodu do polityki nigdy się nie pchałem. Choć w sierpniu '80 w Stoczni byłem, jak i w grudniu '81. (Mnie też tam zatem honorowali, na tych obchodach. Alleluja!) Jest to jednak wyjątkowa ohyda, no i właśnie dokładnie dowodzi tego, o czym mówiłem w tamtym tekście i co mówię przy różnych okazjach: jeśli się człowiek czuje zmuszony do grania zgodnie z dzisiejszymi geszefciarskimi regułami...
Jeśli polska polityka musi (bo oczywiście nie wierzę, że Prezydent miał z tego jakąś przyjemność) tak wyglądać, jeśli bez tego się nie da i nigdy inaczej nie będzie - to po kiego grzyba, i nawet brutalniej, to jakim @#$% prawem podbechtujecie młodzież Inką i Żołnierzami Niezłomnymi?
Jeśli tak to ma wyglądać, to przyzwoiciej będzie nawoływać do sprzątania po psie i płacenia za telewizję! Z białym niejadalnym możełem i chorągiewkami z okazji meczów bym się powstrzymał, ale tamto jak najbardziej. Skoro sami nie mamy ochoty wykrzesać z siebie odrobiny nawet heroizmu - tyle, żeby ubecką szuję potraktować, może nie tak, jak na to zasługuje, życie to nie piękna bajka, ale inaczej niż porządnego człowieka, nie mówiąc już bohatera...
Najpierw Inka i Niezłomni, a w trzy dni później Bolek. Niesamowite! Gdyby zrobiono im tylko oficjalny pogrzeb, bez ogromnego medialnego nagłośnienia, choć oczywiste z honorami, to rozumem. To by było dla nich, a nie także, jeśli nie przede wszystkim, dla młodzieży.
Myzianie się z Bolkiem to był piękny sygnał dla patriotów, z akcentem na tę młodzież, dla której być może Inka i Niezłomni stali się właśnie wzorem... Sami wiecie. Sprzątanie po psie to jednak naprawdę coś bardziej odpowiedniego, lepiej zharmonizowanego, mniej kolorystycznie rażącego na tle uścisków z Bolkami tego świata i mniejszy stanowiące dysonans! Mogę zrozumieć, że Bolka nie da się wsadzić do pierdla, ale publiczne dopieszczanie go zaraz po tamtych uroczystościach?!
Jeśli sytuacja jest taka, jeśli świat jest dziś po prostu taki, że się nie da z Bolkiem nie obściskiwać, to miejmy chociaż tyle konsekwencji i rozsądku, by tej młodzieży stręczyć sprzątanie po psie i tym podobne akty patriotyzmu, a nie jakichś Niezłomnych! Zamiast zaś następnych realistycznych figur z brązu proponuję stawiać coś nieco bardziej abstrakcyjnego, opartego na przykład na motywie przerębli. Każda praktycznie dziura może stanowić do niej celną aluzję, a przerębel jako symbol tego, co tak wszyscy kochamy w Polsce, jest bezkonkurencyjna.
Można się w niej rozkosznie kręcić i nikomu to nie ma prawa przeszkadzać. Ani za granicą, ani nigdzie. O to przecież chodzi. Żeby było bezpiecznie i międzynarodowo, w sensie klepania po plecach i zagranicznych uśmiechów. Każdy się w tej abstrakcji dopatrzy tego, co mu pasuje, co kocha, i będzie git! Naiwniacy mogą się tam nawet dopatrzeć wyrazu czci dla Żołnierzy Niezłomnych. Nie wiem, jak oni to potrafią, ale od tego właśnie są naiwniacy, żeby ludzie u żło... Chciałem rzec VIPy... nie musieli się za bardzo wysilać, nie mówiąc już o narażaniu się.
triarius
P.S. Całkiem na marginesie powiem, że wczoraj w TW Trwam, w ich wiadomościach, ujrzałem także - a jakże! - pomnik Anny Walentynowicz, który nam w związku z "Polak z Polakiem" pokazano, i było to oczywiście kolejne naturalistyczne paskudztwo z brązu, jakich musimy już mieć dziesiątki. Tak paskudne to było, że nie mogło być wątpliwości co do patriotycznej intencji wszystkich zaangażowanych.
Zresztą to chyba był ten sam pomnik, który stoi we Wrzeszczu przy Grunwaldzkiej. (Tutaj koło mnie też stoi takie coś, mianowicie Reagan z JP2, ale to chociaż wygląda względnie zabawnie, z tą ich gestykulacją, i można się przy tych postaciach w skali 1,2:1 sfotografować, czego przy innych dętych pomnikach nie ma.) Tu musi albo działać "zasada szwagra" i ktoś się na tym potężnie obławia, albo też, jeśli naprawdę nie da się z jakichś, szpęglerycznych może względów, mniej paskudnych rzeczy w Polsce trzeciego millenium eksponować, to dajmy sobie spokój z patriotycznymi pomnikami już na zawsze, błagam!
* * *
Powszechnie znana jest głupawa historyjka o tym, jak to w piekle przy kotle z Polakami nie stoi żaden diabeł, bo rodacy i tak wciągną spowrotem każdego, kto by próbował się wygramolić. To akurat uważam za dość głupie plucie na Polaków, choćby dlatego, że zawiść nie wydaje mi się być akurat tą wadą, w której jesteśmy mistrzami. O "świętej szwedzkiej zawiści" pisał już Gustaw Waza w połowie XVI w. i tam nikt przeciw takiej ocenie do dziś nie protestuje. Czytałem też o zawiści, jako o narodowej przywarze Anglików, i to chyba Anglik napisał.
Nie znaczy to jednak, by z Polską i rodakami wszystko było OK, ale chyba nie akurat to. Wad mamy oczywiście skolko ugodno, jak wszyscy zresztą, ale co mnie najbardziej boli, to rzeczy bardziej skomplikowane, trudniejsze do jednoznacznego wskazania... Takie, które dałoby się określić mianem "wieczna polska niemożność", i które nawet znanemu stwierdzeniu Tuska (który chyba w ogóle się za Polaka nie uważa i którego ja za Polaka nie uważam) o tym, czym jest polskość, nadają nieco sensu.
Ja się uważam za Polaka i nie muszę chyba nikogo zapewniać, że mnie ta sytuacja naprawdę dręczy. Już bym faktycznie wolał tę zawiść, choć to naprawdę brzydka cecha. Ale o czym ja w ogóle mówię? A o tym, że parę dni temu zaledwie, młoda dziewczyna, która po prostu nie umiała się zachować inaczej, więc zachowała się tak, jak było to dla niej możliwe, dała nam, po latach, szansę zrobienia czegoś naprawdę... Jak to określić... W porządku, czegoś prawidłowego (żeby tak to trywialnie określić, ale to chyba lepsze, niż nieudane poetyzowanie) i, jak na tę naszą dzisiejszą skalę, nawet wzniosłego.
Napisałem o tym teksta, co oczywiście nic nie oznacza, ale byłem w nim bardzo poważny i nieco przy tym dręczył mnie niepokój. Niepokój o to, że, jak to u nas, jak to wszędzie dzisiaj w tym liberalnym raju, owa wzniosłość, dana nam przez porucznik Inkę, a skrystalizowana najściślej w tym jednym zdaniu z jej grypsu adresowanego do babci, zostanie wcześniej czy później utytłana w geszefciarstwie, bezguściu, wulgarności, "patriotycznym rapie", wszelakich kouczingach i szkaradnych naturalistycznych pomnikach z brązu.
Wiedziałem że to przyjdzie, miałem tylko nadzieję, że nie od razu i że, da Bóg, nie w takim nasileniu, żeby ten wzniosły, patriotyczny bodziec całkiem zniweczyć. Jego oddziaływanie znaczy.
Oddziaływanie bodźca, który, jak mi się zdawało, nawet w tych wyjątkowo paskudnych czasach, ma szansę w istotnej części naszej młodzieży dokonać duchowej przemiany, albo tych już przemienionych wznieść na o wiele wyższy poziom patriotyzmu i ogólnie etyki, zapoczątkować jakieś głębokie etyczne fermentacje, skutkiem których Polska stanie się dla wielu czymś więcej, niż tylko pretekstem do wywieszenia chorągiewki na antenie samochodu przed "ważnym" meczem i/lub wysłuchania "patriotycznego rapu",
Wiedziałem że będzie reakcja i po prostu entropia, naturalne (?) liberalne procesy działające przeciw wszelkiej wzniosłości, szlachetności i patriotyzmowi, procesy ekonomiczne i do nich zbliżone, ale nie tylko... I miałem, jako się rzekło, nadzieję, że nie od razu i nie aż tak silnie, żeby to zwyciężyło.
No i się pomyliłem - co do szybkości i siły, bo co do samego zagrożenia to, jak zwykle, okazałem się szczerą Kassandrą. Wczoraj przyszedł pierwszy szok. Nie nadużywam mocnych określeń, to naprawdę było bardzo przykre. Otóż czołowy bloger salonu24 trafił na jedynkę z tekstem, błahym zresztą, z tytułem stanowiącym w zamierzeniu dowcipną parafrazę owych granitowych, że tak to niezgrabnie określę, słów Inki. Znalazł się chłopina na czasie, ręka na pulsie i co tam jeszcze!
Jest to bloger wyróżniający się swym profesjonalizmem, choć nieczęsto pisze rzeczy, które uznałbym za odkrywcze i wstrząsająco ważne. No i na pewno "nasz" - w tym swoim tekście też ganił KOD i tak dalej. Tylko, @#$%^, co z tego? Co z tego, jeśli leberalizm i tak wkrada się tylnymi drzwiami, a ktoś taki, zawodowiec lub niemal, całkiem "nasz", nie dostrzega, że dla doraźnego sukcesu (?), chwilowej popularności, profanuje sprawy, którymi nikt nie ma prawa w ogóle wycierać sobie twarzy, a co dopiero ktoś z "naszych"?
Dzisiaj zaś znajoma opisała mi rocznicowe obchody w Stoczni i okazuje się, że Prezydent podszedł i witał się z Bolkiem. Co z tego, powie ktoś? W kategoriach "liberalnej demokracji", dzisiejszej postpolitycznej polityki, wobec znaczenia mediów i sytuacji w nich, itd. itd., jest to, trzeba sobie otwarcie rzec, zachowanie zrozumiałe. Jak to się jednak ma do Inki, tak przez tego samego Prezydenta honorowanej trzy dni temu?
Jaki sygnał otrzymuje młodzież, która najpierw jest implicite namawiana do postawy niezłomnej i bezkompromisowej, a potem widzi, że z przyczyn, których nie da się inaczej nazwać, niż przyziemnymi i koniunkturalnymi, ci sami ludzie bratają się z takim kimś, jak Bolek?
Z kimś, co do kogo dziś nie ma już cienia wątpliwości - to był agent, od samego początku, szkodził, i w ogóle szuja, obecnie zresztą pilnie opluwająca nas, moherów, i tych samych ludzi, którzy się z nim, na oczach tłumów, próbują bratać. Przecież Bolek parę tygodni temu obiecywał obalić ten rząd - stanąć na czele czegoś, jakichś sił, które miały tego dokonać!
Wiem, taka jest dzisiejsza, taka jest liberalno-demokratyczna polityka. W końcu z jakiegoś powodu do polityki nigdy się nie pchałem. Choć w sierpniu '80 w Stoczni byłem, jak i w grudniu '81. (Mnie też tam zatem honorowali, na tych obchodach. Alleluja!) Jest to jednak wyjątkowa ohyda, no i właśnie dokładnie dowodzi tego, o czym mówiłem w tamtym tekście i co mówię przy różnych okazjach: jeśli się człowiek czuje zmuszony do grania zgodnie z dzisiejszymi geszefciarskimi regułami...
Jeśli polska polityka musi (bo oczywiście nie wierzę, że Prezydent miał z tego jakąś przyjemność) tak wyglądać, jeśli bez tego się nie da i nigdy inaczej nie będzie - to po kiego grzyba, i nawet brutalniej, to jakim @#$% prawem podbechtujecie młodzież Inką i Żołnierzami Niezłomnymi?
Jeśli tak to ma wyglądać, to przyzwoiciej będzie nawoływać do sprzątania po psie i płacenia za telewizję! Z białym niejadalnym możełem i chorągiewkami z okazji meczów bym się powstrzymał, ale tamto jak najbardziej. Skoro sami nie mamy ochoty wykrzesać z siebie odrobiny nawet heroizmu - tyle, żeby ubecką szuję potraktować, może nie tak, jak na to zasługuje, życie to nie piękna bajka, ale inaczej niż porządnego człowieka, nie mówiąc już bohatera...
Najpierw Inka i Niezłomni, a w trzy dni później Bolek. Niesamowite! Gdyby zrobiono im tylko oficjalny pogrzeb, bez ogromnego medialnego nagłośnienia, choć oczywiste z honorami, to rozumem. To by było dla nich, a nie także, jeśli nie przede wszystkim, dla młodzieży.
Myzianie się z Bolkiem to był piękny sygnał dla patriotów, z akcentem na tę młodzież, dla której być może Inka i Niezłomni stali się właśnie wzorem... Sami wiecie. Sprzątanie po psie to jednak naprawdę coś bardziej odpowiedniego, lepiej zharmonizowanego, mniej kolorystycznie rażącego na tle uścisków z Bolkami tego świata i mniejszy stanowiące dysonans! Mogę zrozumieć, że Bolka nie da się wsadzić do pierdla, ale publiczne dopieszczanie go zaraz po tamtych uroczystościach?!
Jeśli sytuacja jest taka, jeśli świat jest dziś po prostu taki, że się nie da z Bolkiem nie obściskiwać, to miejmy chociaż tyle konsekwencji i rozsądku, by tej młodzieży stręczyć sprzątanie po psie i tym podobne akty patriotyzmu, a nie jakichś Niezłomnych! Zamiast zaś następnych realistycznych figur z brązu proponuję stawiać coś nieco bardziej abstrakcyjnego, opartego na przykład na motywie przerębli. Każda praktycznie dziura może stanowić do niej celną aluzję, a przerębel jako symbol tego, co tak wszyscy kochamy w Polsce, jest bezkonkurencyjna.
Można się w niej rozkosznie kręcić i nikomu to nie ma prawa przeszkadzać. Ani za granicą, ani nigdzie. O to przecież chodzi. Żeby było bezpiecznie i międzynarodowo, w sensie klepania po plecach i zagranicznych uśmiechów. Każdy się w tej abstrakcji dopatrzy tego, co mu pasuje, co kocha, i będzie git! Naiwniacy mogą się tam nawet dopatrzeć wyrazu czci dla Żołnierzy Niezłomnych. Nie wiem, jak oni to potrafią, ale od tego właśnie są naiwniacy, żeby ludzie u żło... Chciałem rzec VIPy... nie musieli się za bardzo wysilać, nie mówiąc już o narażaniu się.
triarius
P.S. Całkiem na marginesie powiem, że wczoraj w TW Trwam, w ich wiadomościach, ujrzałem także - a jakże! - pomnik Anny Walentynowicz, który nam w związku z "Polak z Polakiem" pokazano, i było to oczywiście kolejne naturalistyczne paskudztwo z brązu, jakich musimy już mieć dziesiątki. Tak paskudne to było, że nie mogło być wątpliwości co do patriotycznej intencji wszystkich zaangażowanych.
Zresztą to chyba był ten sam pomnik, który stoi we Wrzeszczu przy Grunwaldzkiej. (Tutaj koło mnie też stoi takie coś, mianowicie Reagan z JP2, ale to chociaż wygląda względnie zabawnie, z tą ich gestykulacją, i można się przy tych postaciach w skali 1,2:1 sfotografować, czego przy innych dętych pomnikach nie ma.) Tu musi albo działać "zasada szwagra" i ktoś się na tym potężnie obławia, albo też, jeśli naprawdę nie da się z jakichś, szpęglerycznych może względów, mniej paskudnych rzeczy w Polsce trzeciego millenium eksponować, to dajmy sobie spokój z patriotycznymi pomnikami już na zawsze, błagam!
słowa kluczowe:
blogi,
Bolek,
Gustaw Waza,
Inka,
leberalizm,
polskie wady narodowe,
pomniki,
Prezydent Duda,
Sierpień '80,
zawiść,
Żołnierze Niezłomni
poniedziałek, sierpnia 29, 2016
Bóg a sprawa polska
Dzisiaj śmiertelnie poważnie i gdybym mimo wszystko zaczął swoje zwyczajowe stylistyczne, słowotwórcze, i jakie tam jeszcze figle, to proszę mnie walnąć zwiniętą gazetą po nosie, albo polać wodą ze szlaucha! Dlaczego poważnie, spyta ktoś. To nie wynika z wahań mojego nastroju, tylko z tematu, który chcę dziś poruszyć.
Jednak z powodu tej powagi nie potrafiłem wymyślić dobrego tytułu (tu by trzeba autentycznego poety, albo i to by nie dało rady), więc tytuł jest nieco w stronę błyskotliwości, a nawiązuje do bonmotu, który mi właśnie przyszedł do głowy, będącego prostą parafrazą scholium Dávili. Bonmot nasz idzie tak: "Nie jest trudno wierzyć w Boga, trudno jest tylko uwierzyć, że się interesuje Polską". (W oryginale Dávila nie wspomina o Polsce, co można zrozumieć, a mówi po prostu "o nas", w sensie że o ludziach.)
Ja tam z tą wiarą w Boga wciąż mam nieprzezwyciężone problemy, ale to co się obecnie dzieje z Polską zaczyna mnie powoli zadziwiać. Tak mi to mianowicie wygląda już trochę tak, jakbyśmy znowu trafili w wyrwę w czasoprzestrzeni, jakiej dosłownie NIKT nigdy nie ma prawa się w tym naszym ziemskim bytowaniu spodziewać - choćby nie wiem jak była dlań konieczna - skutkiem czego my tu sobie zaczynamy robić naprawdę fajne rzeczy, a nasi liczni wrogowie i jeszcze niestety liczniejsi przyjaciele zdają się być sparaliżowani.
W sensie, że na razie nam niespecjalnie przeszkadzają, nie mówiąc już o rozbiorach, wdeptaniu nas w ziemię (mówimy o realu, nie o ujadaniu), czy uczynieniu z naszej prześlicznej równiny bezludnej, spalonej i napromieniowanej pustyni.
Nie mówmy oczywiście "hop" i w ogóle uważam, że gdzie się da, należy zachować low profile, ale zaczyna mi to wyglądać przedziwnie pozytywnie - coś niemal jak wojna na raz przegrana przez wszystkich naszych trzech zaborców i kilka innych czynników, których źródła i stojące za nimi motywy można sobie różnie, w ogólnych rozważaniach o świecie, oceniać, ale które wtedy były dla nas ogromnie korzystne.
Kto mnie trochę zna, wie, że narodowe obchody to nie jest to, co by mnie często doprowadzało do zachwytu, nie mówiąc już o martyrologii. Oczywiście mam nadzieję, że nikt nie bierze tego za lekceważenie naszych niezliczonych ofiar, nie mówiąc już o braku szacunku dla bohaterów, którzy coś istotnego dla Polski poświęcili. To nie o to chodzi, tylko o to, że często dostrzegam w tym masochistyczną rozkosz lizania własnych ran, połączoną z działalnością pozorną, którą można określić jednym zbiorczym hasłem "cała para w gwizdek".
Gdybyśmy się odgrażali, też byłaby cała para w gwizdek i wcale nie byłoby dużo lepiej, jeśli w ogóle, co więcej nasi liczni przyjaciele by nam wtedy dali popalić, ale takie od przyjaciół bezpieczne, za to masochistyczne popłakiwanie, na cały głos zresztą i z przytupem, też wcale mnie nie cieszy.
Co powiedziawszy, przejdę do sedna i rzekę, iż wczorajszy pogrzeb Inki i Zagończyka bardzo mi się podobał - zarówno sama idea, jak i niemal całość wykonania. Właściwie cała całość, bo ohydę tych wszystkich nowszego typu pomników, które nam Ojczyznę przyozdabiają - tych postaci z brązu, ach jakżesz realistycznie oddanych - można potraktować jako coś poza zasadniczą sprawą.
(Co nie zmienia faktu, że ja bym takiego pomnika nie chciał i bardzo bym pragnął, żeby poznikały. Czym je zastąpić? Nie mam pojęcia. Może prasłowiańskimi dębami? Naprawdę nie wiem, ale ohyda jest ohydą i nic na to nie poradzę. A ohyda NIGDY nie jest dobra.)
Historia Inki to wspaniały przykład bohaterstwa, te jej słowa z ostatniego grypsu - te o babci i zachowaniu się jak należy - są po prostu... Nie wiem jak to określić, mówienie o arcydziełach w tym akurat kontekście wydaje mi się nieco zbyt frywolne... W każdym razie lepiej nikt by nie potrafił. To jest po prostu wielkie. Traugutt też był w podobny sposób bohaterski, ale on był żołnierzem, co do czego nie mógł mieć wątpliwości, a Inka mogła, tak jak większość z nas.
To naprawdę był pewien specjalny, ale jednak rodzaj greckiej tragedii - katastrofa czy klęska... I niech mi nikt nie mówi, że nie klęska i katastrofa, skoro młoda osoba zginęła po torturach, a Polska jeszcze po 70 latach nie jest wolna od Rzeplińskich i Tulejów, jak też od Merkeli i czego tam jeszcze. Jasne że w tym była niesamowita wzniosłość, a jeśli ktoś szczerze wierzy w wieczną szczęśliwość w Raju - no to oczywiście w tych kategoriach nic aż tak strasznego się Ince nie stało. (Ktoś by reflektował na podobny koniec dla siebie?)
Polska jednak powinna była być wolna - także od przodków Tulei i Michnika - już wtedy, panna Siedzikówna powinna była żyć jeszcze dość długo, choć oczywiście tu nie ma pełnej gwarancji nawet w najlepszym kraju, więc to było jak najbardziej zwycięstwo MORALNE, zgoda, ale raczej żadne poza tym. Czyli dokładnie tak, jak w przypadku Antygony! I o to mi tu właśnie chodzi.
Oddanie hołdu tym dwojgu bohaterom było oczywiście rzeczą piękną, słuszną i pewną pośmiertną rekompensatą, chciałoby się wierzyć, że ktoś, gdzieś odczuł to jako rekompensatę, ale tu już wchodzimy na teren czystej metafizyki.
Było to także bardzo oficjalne przyznanie, że PRL to nie było naprawdę polskie państwo, co uważam za ogromnie ważne i w miły sposób w dodatku wzbudzające bezsilną (na razie i oby na zawsze) wściekłość tych wszystkich pieszczoszków przywiezionej nam ze wschodu obcej i agenturalnej władzy, których wciąż mamy od cholery, i to nie w takich miejscach, w jakich ew. można by ich chcieć.
Tak całkiem nawiasem, to chciałem swego czasu, "w podziemiu", wspomnieć w jakimś "podziemnym" tekście o tym właśnie, że ta komusza władza nie jest po prostu legalnym polskim rządem, bo ten siedzi w Londynie, ale kolega dostarczający te moje twory w głąb "podziemia" osadził mnie słowami "pomyśl o drukarzach".
Nie chodzi tu oczywiście o mnie, bo napisanie tego w jednym egz. to nie było żadne bohaterstwo, zaś o tym Rządzie Londyńskim to ja tak myślałem od małego, ale chodzi mi o to, że jak za kimś się za każdym razem wstawiali różni zachodni eurokomuniści, żeby już na nich skończyć, to się dawało robić w PRLu opozycję - co innego jeśli się nikt taki nie wstawiał, więc trudno się dziwić, że dziś tak wielu dawnych znanych opozycjonistów to ciężka lewizna, a porządny człowiek i patriota albo skończył jak Inka i Zagończyk, albo wegetował zgrzytając zębami, bo cóż innego mu pozostało?
Cały czas brakowało mi tego oficjalnego odcięcia się naszego państwa od PRLu, co niestety nie w każdej dziedzinie da się zrobić, ale naprawdę nie ma powodu, by się do różnych komuszych działań przyznawać, albo honorować te zobowiązania, które komuna w naszym imieniu podejmowała, o ile da się z tego wyplątać. A żeby chcieć się wyplątać, trzeba głośno i oficjalnie odciąć się od PRLu uczuciowo i ideowo. Tu właśnie sprawa Niezłomnych ma swoje realne i polityczne znaczenie.
To w ogóle jest sprawa, która jest w stanie trafić do młodzieży, a te słowa Inki to już w ogóle brzmią jak najlepsza dewiza i motto dla różnych patriotycznych działań, tylko że to też trzeba zrobić uczciwie, bez nadmiaru głupoty i nie dopuszczając do tego różnych cwaniaczków. Te koszmarne zaiste pomniki pokazują w miniaturce (?), jak łatwo jest zrobić z patriotyzmu, czy powiedzmy z miłości do JP2 (czego nie chcę oceniać, bo to ma różne aspekty itd.), paskudne pomniki, które odstręczą od tych idei każdego, kto ma nieco poczucia smaku.
Tak więc patriotyczne wzmożenie (użyłem tego słowa, ale w jak najbardziej pozytywnym sensie), szczególnie młodzieży - jak najbardziej! Historia Inki - jak najbardziej! Jej ostatnie słowa... "Arcydzieło" brzmi zbyt wulgarnie, ale nie ma lepszych! Jednak za tym musi coś iść, i to nie kolejne nakręcanie emocji, choć tym razem wyszło to tak dobrze, tylko konkretne działania. Jakie? Na pewno coś innego od sprzątania po psie i płacenia za telewizor - tyle wiem na pewno.
Jest to ogromny potencjał patriotyzmu, ma to szansę trafić do młodzieży jak mało co innego, ale też jest tu ogromna odpowiedzialność, bo można to zmarnować bardzo łatwo, najpierw czyniąc z tego dętą i do niczego nieużyteczną szmirę, a potem jednak każdy się prędzej czy później połapie, że coś tu nie tak, i się odwróci.
Poziom - jeśli to porównamy z muzyką - różnych tam Kukizów, Skibów, Trubadurów i innych spraw na tym poziomie, do których idealnie pasują (choć o gustach non est disputandum) słowa: "Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle głośno, byle głupio!", to nie jest ten, na którym patriotyczne emocje naszej młodzieży powinny być nakręcane! (Nawiasem mówiąc, trudno o bardziej liberalną zasadę niż ta, bo to w sumie sama przecie esencja liberalizmu. Tylko potem niech się nikt nie dziwi, że liberalizm zabija patriotyzm i samo państwo narodowe, nawet niespecjalnie się w tym kierunku wysilając.)
Szmira zawsze będzie szmirą, czyli trucizną dla ducha, a gdybyście ludzie mieli rozum i słuchali Monteverdów tego świata zamiast tego, co słuchacie, nie mielibyście dziś większości tych mentalnych problemów, kiedy to jakiś kolejny "geniusz" i nasz ulubieniec okazuje się być komuszą świnią... Nie budujmy patriotyzmu na szmirze - powtarzam! Co z kulturą popularną zatem? To sprawa dość skomplikowana, więc na jakiś inny raz, ale przywołam Dávilę, który rzecze iż: "Sztuka ludowa to to, czego lud w ogóle za sztukę nie uważa - to co uważa to po prostu szmira".
Szmira zaś... Już wiecie, tak? No, tośmy sobie tę sprawę wyjaśnili. Na koniec jeszcze taki drobiazg... Ktoś może uważać, że taka okrutna męska świnia jak Pan Tygrys może mieć coś przeciw temu, że Inka jest porucznikiem. Bzdura! Pan Tygrys jest przeciw wysyłaniu kobiet do bezpośredniej walki, najlepiej byłoby w ogóle trzymać je z dala od zabijania kogokolwiek, choćby dlatego, że wykorzystujemy wtedy opory porządnych ludzi przez zabijaniem (naszych) kobiet, podczas gdy nieporządni takich oporów nie mają, te opory jednak w końcu muszą paść i wtedy my płaczemy, że nam nasze słodkie niewinne kobietki ktoś brutalnie... Da się to zrozumieć?
Inka była jednak sanitariuszką, więc to jest jak najbardziej OK, a że ma szarżę i miałaby mundur? Chciałbym, żeby w Polsce, kiedyś wreszcie naprawdę wolnej, formacje kobiece, nie walczące z nikim bezpośrednio, były oddzielone od męskich, bo żęderu wciąż nie lubię, i miały w związku z tym INNE mundury, jednak po cywilnemu przecie chodzić nie będą, więc mundury (dobrze leżące i twarzowe, ach!) jak najbardziej.
A szarże mogą być te same, nie ma problemu. Inaczej byłoby to cholernie skomplikowane. Tak czy tak generał piechoty łanowej to nie to samo co generał Armii Zbawienia (który akurat może być kobietą, tylko że to nie ma z nami tutaj nic wspólnego).
W sumie, powtórzę: to było naprawdę potrzebne i piękne, jest w tym, jak sądzę, ogromny potencjał, ale też trzeba to należycie wykorzystać, młodzież nie może dojść do wniosku, że ją się emocjonalnie nakręca do jakichś przyszłych poświęceń, kiedy ta nakręcająca elita ustawia się sama rufą do wiatru, z nadzieją na jakieś wulgarne osobiste korzyści... I te rzeczy. A nawet jeśli ta elita jest uczciwa i napędzana szczerym patriotyzmem, to i tak należyte wykorzystanie tego rodzącego się właśnie (jak przewiduję i mam nadzieję) patriotyzmu, zdolności do poświęceń itd. - wymaga nie tylko uczciwości i własnego patriotyzmu, ale też (i to mnie właśnie mocno niepokoi) masy rozumu i choć trochę przyzwoitego smaku.
Miejmy jednak nadzieję, kiedy już najlepiej jak się da zrobimy wszystko, co do nas należy i co od nas zależy, że naprawdę Bóg istnieje, i to taki, któremu, o dziwo, z jakichś nie-do-końca-jasnych powodów zależy na Polsce. Albo może to jakieś Prawa Natury, całkiem świeckie, choć to by było już nie-do-uwierzenia dziwne.
(W każdym razie jest dziwnie OK, choć nie łudźcie się, że to kiedykolwiek dotrze do rasowych lemingów - mam doświadczenia z jednym takim, z których wynika, że do nich nigdy nic z tej sfery dotrzeć nie może. No ale o żydokomunie porozmawiamy sobie kiedy indziej, Deo, oczywiście, volente.)
A swoją drogą ta babcia Danuty Siedzikówny powinna też dostać pośmiertnie order, i to nie byle jaki!
triarius
P.S. No dobra, wyjaśnię jeszcze dlaczego tak się głupio upieram, że NIE SZMIRA. Otóż szmira, moi rostomili ludkowie, to jest ORDYNARNE KŁAMSTWO. Kłamstwo na poziomie plucia oszukanej ofierze w gębę, i nieważne, że ona tego często nie potrafi zauważyć. Prędzej czy później autentycznie patriotyzmem rozedrgana młodzież ten fałsz wyczuje. Poza tym szmira to po prostu szmira i dlatego jej nie znosimy. Prawdziwa sztuka jest bardziej prawdziwa od wulgarnych faktów, szmira jest kłamstwem, a rozrywka może być niezła, nie będąc autentyczną sztuką, fakt, ale nie o tym mówimy.
No to macie jeszcze bonmota: "Ryba psuje się od głowy, państwa i narody psują się od szmiry". Dixi!
Jednak z powodu tej powagi nie potrafiłem wymyślić dobrego tytułu (tu by trzeba autentycznego poety, albo i to by nie dało rady), więc tytuł jest nieco w stronę błyskotliwości, a nawiązuje do bonmotu, który mi właśnie przyszedł do głowy, będącego prostą parafrazą scholium Dávili. Bonmot nasz idzie tak: "Nie jest trudno wierzyć w Boga, trudno jest tylko uwierzyć, że się interesuje Polską". (W oryginale Dávila nie wspomina o Polsce, co można zrozumieć, a mówi po prostu "o nas", w sensie że o ludziach.)
Ja tam z tą wiarą w Boga wciąż mam nieprzezwyciężone problemy, ale to co się obecnie dzieje z Polską zaczyna mnie powoli zadziwiać. Tak mi to mianowicie wygląda już trochę tak, jakbyśmy znowu trafili w wyrwę w czasoprzestrzeni, jakiej dosłownie NIKT nigdy nie ma prawa się w tym naszym ziemskim bytowaniu spodziewać - choćby nie wiem jak była dlań konieczna - skutkiem czego my tu sobie zaczynamy robić naprawdę fajne rzeczy, a nasi liczni wrogowie i jeszcze niestety liczniejsi przyjaciele zdają się być sparaliżowani.
W sensie, że na razie nam niespecjalnie przeszkadzają, nie mówiąc już o rozbiorach, wdeptaniu nas w ziemię (mówimy o realu, nie o ujadaniu), czy uczynieniu z naszej prześlicznej równiny bezludnej, spalonej i napromieniowanej pustyni.
Nie mówmy oczywiście "hop" i w ogóle uważam, że gdzie się da, należy zachować low profile, ale zaczyna mi to wyglądać przedziwnie pozytywnie - coś niemal jak wojna na raz przegrana przez wszystkich naszych trzech zaborców i kilka innych czynników, których źródła i stojące za nimi motywy można sobie różnie, w ogólnych rozważaniach o świecie, oceniać, ale które wtedy były dla nas ogromnie korzystne.
Kto mnie trochę zna, wie, że narodowe obchody to nie jest to, co by mnie często doprowadzało do zachwytu, nie mówiąc już o martyrologii. Oczywiście mam nadzieję, że nikt nie bierze tego za lekceważenie naszych niezliczonych ofiar, nie mówiąc już o braku szacunku dla bohaterów, którzy coś istotnego dla Polski poświęcili. To nie o to chodzi, tylko o to, że często dostrzegam w tym masochistyczną rozkosz lizania własnych ran, połączoną z działalnością pozorną, którą można określić jednym zbiorczym hasłem "cała para w gwizdek".
Gdybyśmy się odgrażali, też byłaby cała para w gwizdek i wcale nie byłoby dużo lepiej, jeśli w ogóle, co więcej nasi liczni przyjaciele by nam wtedy dali popalić, ale takie od przyjaciół bezpieczne, za to masochistyczne popłakiwanie, na cały głos zresztą i z przytupem, też wcale mnie nie cieszy.
Co powiedziawszy, przejdę do sedna i rzekę, iż wczorajszy pogrzeb Inki i Zagończyka bardzo mi się podobał - zarówno sama idea, jak i niemal całość wykonania. Właściwie cała całość, bo ohydę tych wszystkich nowszego typu pomników, które nam Ojczyznę przyozdabiają - tych postaci z brązu, ach jakżesz realistycznie oddanych - można potraktować jako coś poza zasadniczą sprawą.
(Co nie zmienia faktu, że ja bym takiego pomnika nie chciał i bardzo bym pragnął, żeby poznikały. Czym je zastąpić? Nie mam pojęcia. Może prasłowiańskimi dębami? Naprawdę nie wiem, ale ohyda jest ohydą i nic na to nie poradzę. A ohyda NIGDY nie jest dobra.)
Historia Inki to wspaniały przykład bohaterstwa, te jej słowa z ostatniego grypsu - te o babci i zachowaniu się jak należy - są po prostu... Nie wiem jak to określić, mówienie o arcydziełach w tym akurat kontekście wydaje mi się nieco zbyt frywolne... W każdym razie lepiej nikt by nie potrafił. To jest po prostu wielkie. Traugutt też był w podobny sposób bohaterski, ale on był żołnierzem, co do czego nie mógł mieć wątpliwości, a Inka mogła, tak jak większość z nas.
To naprawdę był pewien specjalny, ale jednak rodzaj greckiej tragedii - katastrofa czy klęska... I niech mi nikt nie mówi, że nie klęska i katastrofa, skoro młoda osoba zginęła po torturach, a Polska jeszcze po 70 latach nie jest wolna od Rzeplińskich i Tulejów, jak też od Merkeli i czego tam jeszcze. Jasne że w tym była niesamowita wzniosłość, a jeśli ktoś szczerze wierzy w wieczną szczęśliwość w Raju - no to oczywiście w tych kategoriach nic aż tak strasznego się Ince nie stało. (Ktoś by reflektował na podobny koniec dla siebie?)
Polska jednak powinna była być wolna - także od przodków Tulei i Michnika - już wtedy, panna Siedzikówna powinna była żyć jeszcze dość długo, choć oczywiście tu nie ma pełnej gwarancji nawet w najlepszym kraju, więc to było jak najbardziej zwycięstwo MORALNE, zgoda, ale raczej żadne poza tym. Czyli dokładnie tak, jak w przypadku Antygony! I o to mi tu właśnie chodzi.
Oddanie hołdu tym dwojgu bohaterom było oczywiście rzeczą piękną, słuszną i pewną pośmiertną rekompensatą, chciałoby się wierzyć, że ktoś, gdzieś odczuł to jako rekompensatę, ale tu już wchodzimy na teren czystej metafizyki.
Było to także bardzo oficjalne przyznanie, że PRL to nie było naprawdę polskie państwo, co uważam za ogromnie ważne i w miły sposób w dodatku wzbudzające bezsilną (na razie i oby na zawsze) wściekłość tych wszystkich pieszczoszków przywiezionej nam ze wschodu obcej i agenturalnej władzy, których wciąż mamy od cholery, i to nie w takich miejscach, w jakich ew. można by ich chcieć.
Tak całkiem nawiasem, to chciałem swego czasu, "w podziemiu", wspomnieć w jakimś "podziemnym" tekście o tym właśnie, że ta komusza władza nie jest po prostu legalnym polskim rządem, bo ten siedzi w Londynie, ale kolega dostarczający te moje twory w głąb "podziemia" osadził mnie słowami "pomyśl o drukarzach".
Nie chodzi tu oczywiście o mnie, bo napisanie tego w jednym egz. to nie było żadne bohaterstwo, zaś o tym Rządzie Londyńskim to ja tak myślałem od małego, ale chodzi mi o to, że jak za kimś się za każdym razem wstawiali różni zachodni eurokomuniści, żeby już na nich skończyć, to się dawało robić w PRLu opozycję - co innego jeśli się nikt taki nie wstawiał, więc trudno się dziwić, że dziś tak wielu dawnych znanych opozycjonistów to ciężka lewizna, a porządny człowiek i patriota albo skończył jak Inka i Zagończyk, albo wegetował zgrzytając zębami, bo cóż innego mu pozostało?
Cały czas brakowało mi tego oficjalnego odcięcia się naszego państwa od PRLu, co niestety nie w każdej dziedzinie da się zrobić, ale naprawdę nie ma powodu, by się do różnych komuszych działań przyznawać, albo honorować te zobowiązania, które komuna w naszym imieniu podejmowała, o ile da się z tego wyplątać. A żeby chcieć się wyplątać, trzeba głośno i oficjalnie odciąć się od PRLu uczuciowo i ideowo. Tu właśnie sprawa Niezłomnych ma swoje realne i polityczne znaczenie.
To w ogóle jest sprawa, która jest w stanie trafić do młodzieży, a te słowa Inki to już w ogóle brzmią jak najlepsza dewiza i motto dla różnych patriotycznych działań, tylko że to też trzeba zrobić uczciwie, bez nadmiaru głupoty i nie dopuszczając do tego różnych cwaniaczków. Te koszmarne zaiste pomniki pokazują w miniaturce (?), jak łatwo jest zrobić z patriotyzmu, czy powiedzmy z miłości do JP2 (czego nie chcę oceniać, bo to ma różne aspekty itd.), paskudne pomniki, które odstręczą od tych idei każdego, kto ma nieco poczucia smaku.
Tak więc patriotyczne wzmożenie (użyłem tego słowa, ale w jak najbardziej pozytywnym sensie), szczególnie młodzieży - jak najbardziej! Historia Inki - jak najbardziej! Jej ostatnie słowa... "Arcydzieło" brzmi zbyt wulgarnie, ale nie ma lepszych! Jednak za tym musi coś iść, i to nie kolejne nakręcanie emocji, choć tym razem wyszło to tak dobrze, tylko konkretne działania. Jakie? Na pewno coś innego od sprzątania po psie i płacenia za telewizor - tyle wiem na pewno.
Jest to ogromny potencjał patriotyzmu, ma to szansę trafić do młodzieży jak mało co innego, ale też jest tu ogromna odpowiedzialność, bo można to zmarnować bardzo łatwo, najpierw czyniąc z tego dętą i do niczego nieużyteczną szmirę, a potem jednak każdy się prędzej czy później połapie, że coś tu nie tak, i się odwróci.
Poziom - jeśli to porównamy z muzyką - różnych tam Kukizów, Skibów, Trubadurów i innych spraw na tym poziomie, do których idealnie pasują (choć o gustach non est disputandum) słowa: "Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle głośno, byle głupio!", to nie jest ten, na którym patriotyczne emocje naszej młodzieży powinny być nakręcane! (Nawiasem mówiąc, trudno o bardziej liberalną zasadę niż ta, bo to w sumie sama przecie esencja liberalizmu. Tylko potem niech się nikt nie dziwi, że liberalizm zabija patriotyzm i samo państwo narodowe, nawet niespecjalnie się w tym kierunku wysilając.)
Szmira zawsze będzie szmirą, czyli trucizną dla ducha, a gdybyście ludzie mieli rozum i słuchali Monteverdów tego świata zamiast tego, co słuchacie, nie mielibyście dziś większości tych mentalnych problemów, kiedy to jakiś kolejny "geniusz" i nasz ulubieniec okazuje się być komuszą świnią... Nie budujmy patriotyzmu na szmirze - powtarzam! Co z kulturą popularną zatem? To sprawa dość skomplikowana, więc na jakiś inny raz, ale przywołam Dávilę, który rzecze iż: "Sztuka ludowa to to, czego lud w ogóle za sztukę nie uważa - to co uważa to po prostu szmira".
Szmira zaś... Już wiecie, tak? No, tośmy sobie tę sprawę wyjaśnili. Na koniec jeszcze taki drobiazg... Ktoś może uważać, że taka okrutna męska świnia jak Pan Tygrys może mieć coś przeciw temu, że Inka jest porucznikiem. Bzdura! Pan Tygrys jest przeciw wysyłaniu kobiet do bezpośredniej walki, najlepiej byłoby w ogóle trzymać je z dala od zabijania kogokolwiek, choćby dlatego, że wykorzystujemy wtedy opory porządnych ludzi przez zabijaniem (naszych) kobiet, podczas gdy nieporządni takich oporów nie mają, te opory jednak w końcu muszą paść i wtedy my płaczemy, że nam nasze słodkie niewinne kobietki ktoś brutalnie... Da się to zrozumieć?
Inka była jednak sanitariuszką, więc to jest jak najbardziej OK, a że ma szarżę i miałaby mundur? Chciałbym, żeby w Polsce, kiedyś wreszcie naprawdę wolnej, formacje kobiece, nie walczące z nikim bezpośrednio, były oddzielone od męskich, bo żęderu wciąż nie lubię, i miały w związku z tym INNE mundury, jednak po cywilnemu przecie chodzić nie będą, więc mundury (dobrze leżące i twarzowe, ach!) jak najbardziej.
A szarże mogą być te same, nie ma problemu. Inaczej byłoby to cholernie skomplikowane. Tak czy tak generał piechoty łanowej to nie to samo co generał Armii Zbawienia (który akurat może być kobietą, tylko że to nie ma z nami tutaj nic wspólnego).
W sumie, powtórzę: to było naprawdę potrzebne i piękne, jest w tym, jak sądzę, ogromny potencjał, ale też trzeba to należycie wykorzystać, młodzież nie może dojść do wniosku, że ją się emocjonalnie nakręca do jakichś przyszłych poświęceń, kiedy ta nakręcająca elita ustawia się sama rufą do wiatru, z nadzieją na jakieś wulgarne osobiste korzyści... I te rzeczy. A nawet jeśli ta elita jest uczciwa i napędzana szczerym patriotyzmem, to i tak należyte wykorzystanie tego rodzącego się właśnie (jak przewiduję i mam nadzieję) patriotyzmu, zdolności do poświęceń itd. - wymaga nie tylko uczciwości i własnego patriotyzmu, ale też (i to mnie właśnie mocno niepokoi) masy rozumu i choć trochę przyzwoitego smaku.
Miejmy jednak nadzieję, kiedy już najlepiej jak się da zrobimy wszystko, co do nas należy i co od nas zależy, że naprawdę Bóg istnieje, i to taki, któremu, o dziwo, z jakichś nie-do-końca-jasnych powodów zależy na Polsce. Albo może to jakieś Prawa Natury, całkiem świeckie, choć to by było już nie-do-uwierzenia dziwne.
(W każdym razie jest dziwnie OK, choć nie łudźcie się, że to kiedykolwiek dotrze do rasowych lemingów - mam doświadczenia z jednym takim, z których wynika, że do nich nigdy nic z tej sfery dotrzeć nie może. No ale o żydokomunie porozmawiamy sobie kiedy indziej, Deo, oczywiście, volente.)
A swoją drogą ta babcia Danuty Siedzikówny powinna też dostać pośmiertnie order, i to nie byle jaki!
triarius
P.S. No dobra, wyjaśnię jeszcze dlaczego tak się głupio upieram, że NIE SZMIRA. Otóż szmira, moi rostomili ludkowie, to jest ORDYNARNE KŁAMSTWO. Kłamstwo na poziomie plucia oszukanej ofierze w gębę, i nieważne, że ona tego często nie potrafi zauważyć. Prędzej czy później autentycznie patriotyzmem rozedrgana młodzież ten fałsz wyczuje. Poza tym szmira to po prostu szmira i dlatego jej nie znosimy. Prawdziwa sztuka jest bardziej prawdziwa od wulgarnych faktów, szmira jest kłamstwem, a rozrywka może być niezła, nie będąc autentyczną sztuką, fakt, ale nie o tym mówimy.
No to macie jeszcze bonmota: "Ryba psuje się od głowy, państwa i narody psują się od szmiry". Dixi!
słowa kluczowe:
Bóg,
Danuta Siedzikówna,
Inka,
JP2,
młodzież,
Nicolás Gómez Dávila,
optymizm,
patriotyzm,
pomniki,
PRL,
Rząd Londyński,
szmira,
Zagończyk,
Żołnierze Niezłomni,
żołnierze wyklęci
sobota, sierpnia 27, 2016
O husarii, husarskości i husaryźmie (3)
Trochę remanentów i zaległych wyjaśnień... Pytają mnie ludzie co z tymi 400 starszymi i mądrzejszymi husarzami. Więc sprawa polega na tym, że jak nam otworzyli to Muzeum Starszych i Mądrzejszych, bez którego nie wiem w ogóle jak dotąd udało nam się przeżyć, to na jego otwarcie przyjechał jakiś taki zagraniczny gość i, jak czytałem w sieci, opowiedział historię o tych 400 swoich rodakach, co to rzekomo stanowili trzon.
Nie wiem ilu w sumie mieliśmy husarzy, nie mówiąc już o tych pierwszego sorta i pierwszego rzutu, czyli towarzyszy husarskich (swoją drogą niemal współczesne upodobanie niektórych do słowa "towarzysz" musiało się od tego właśnie wziąć, bo inaczej jak ci ludzie mieliby się aż tak zakochać w tym pięknym polskim słowie?). ale zdziwię się, jeśli mi powiedzą, że było ich jednorazowo na jakimś polu walki więcej niż 2 tysiące, w każdym razie towarzyszy, więc 400 to jednak spora część część całości i nasuwają się rozliczne pytania.
Jednak moje (brzydkie) podejrzenie raczej jest takie, że ten nasz szanowny gość raczej zaczerpnął swą informację z Radia Erewań. Jakoś tak: "Nie czterystu, tylko całe ćwierć miliona. I nie całkiem prawda, że husarzy, bo chodziło o ubeków". Wtedy to ma sens! Niestety nasz gość nie do końca wysłuchał i nie wszystko zrozumiał.
Druga sprawa... Mówi mi komentator (dzięki!), iż na temat husarii sporo informacji podaje niejaki Radosław Sikora. (Mam nadzieję, że to nie jest tylko błąd drukarski w nazwisku tego pana, bo mamy przecież takiego interesującego... Jak go nazwać... Co się nazywa niepokojąco podobnie i jakoś tak dziwnie mi się zbiera, jak to widzę, choć niby nie ma powodu.)
Tygrysizm Stosowany jednak niestety nie czytał tego pana (mówię o tym porządnym, od husarii), więc Tygrysizm Stosowany musi się to posłużyć swoją sławną w świecie kobiecą intuicją i pewną jednak wiedzą na temat takich tam historyczno-militarnych spraw. Plus pewną znajomością spraw końskich (oczywiście kudy mu do takiego np. Nicka!) i fizycznych konfliktów też.
Cóż więc Tygrysizm Stosowany z głębi tych swoich zasobów ma do powiedzenia na temat husarii, husarskości i husaryzmu? Oczywiście, jeśli ktoś ma z tego doktorat, a przy tym dorabia sobie jako lewoskrzydłowy w tych tam skrzydlatych przebierańcach, które tak istotną pełnią rolę w dzisiejszej polskiej armii - to niech się łaskawie z moich intuicji i byle jakiej wiedzy nie śmiać, tylko grzecznie, łagodnie pouczyć i poprawić. Dobra?
A teraz wreszcie przechodzimy do konkretów... Ustaliliśmy już sobie, że pod względem czystej jakości, husaria to było to, co najlepsze i nie sposób tu się przyczepić. Nas jednak interesuje przede wszystkim taka oto kwestia - na ile to było genialne militarne rozwiązanie, jakieś tam Wunderwaffe tamtej epoki; jaka to była konkretnie ta nisza, w której husaria okazywała się taka bezkonkurencyjna, oraz jak wiele tego, co się w ówczesnych wojnach na tych ziemiach działo wypadało POZA ową dla nas szczęśliwą niszę...
Sprawa zatem kosztów, i to w każdym możliwym sensie; ilości; zastosowań: taktycznych czy właśnie strategicznych? Takie rzeczy. Chwyćmy więc byka za rogi i zadajmy, sobie oraz światu, pytanie o to, czy husaria to była jazda ciężka, czy też lekka, albo może coś pomiędzy.
Z mojej, ach jakże odległej, młodości, i to naprawdę wczesnej, praktycznie przedpubertalnej, kiedy to Mówią Wieki nie było jeszcze własnością Agory i ja ten miesięcznik czytałem, pamiętam, że wyrażano tam pogląd, iż husaria wcale nie była żadną ciężką jazdą, tylko całkiem przeciwnie - lekką niczym piórko, mimo że faktycznie dość opancerzoną.
No to ja się zapytowywuję, kto właściwie był tą naprawdę ciężką jazdą, jeśli nie husaria. Oczywiście, i do tego mam zamiar (Deo volente) w końcu dojść, w mojej opinii jazda ciężka od lekkiej różni się nie tyle, nie przede wszystkim, wagą i opancerzeniem, tylko funkcją, sposobem walki i takie tam. Jednak z tymi rzeczami faktycznie wiąże się także dość ściśle waga i rodzaj uzbrojenia, pancerz lub jego brak...
Jeśli to nawet nie jest to, co powinno decydować przy tej ocenie, to oba te aspekty są praktycznie nierozdzielne i na podstawie wyglądu, wyposażenia, uzbrojenia potrafimy rozpoznać z kim mamy niewątpliwą przyjemność. Ten materialny aspekt jest znacznie prostszy do analizowania, więc zacznijmyż od niego. Husaria nie była ciężką jazdą? No to kto był?
Na pewno późnośredniowieczny zachodni rycerz w pełnej zbroi ważącej jakieś (jak pamiętam) 40 kg, choć ta waga też była tam nieźle rozmieszczona, wszystko było mistrzowsko wykonane, więc te wszystkie historie, że w takiej zbroi nie dało się nawet chodzić, to brednia. Jednak to ciężka jazda z pewnością była, zgoda! Tym bardziej, że także koń był opancerzony i w ogóle musiał to być jakiś niesamowity perszeron, więc o galopowaniu wśród pól i lasów z rozwianym włosem, wśród śpiewu skowronków nie było raczej mowy.
Zresztą jej zasadniczy sposób walki także był specyficzny i jazda lekka nie potrafiłaby tego w ten sposób z sukcesem robić, a z drugiej strony nadawałaby się do wielu innych, i bardzo ważnych, działań, do których ciężka się nadawała marnie.
Także wczesnośredniowieczni perscy katafrakci byli ciężką jazdą, choć ich zasadniczą bronią był łuk, co nieco gwałci naszą klasyfikację, ale ta ich kolczuga kryjąca jeźdźca i konia całkowicie, aż do samych końskich pięt, nie da się całkiem ignorować i jazdą lekką trudno ich nazwać. Z drugiej jednak strony fakt, że po obrzydzeniu wrogowi życia za pomocą strzał szarżowali oni z potężną włócznią w garści, czy może nawet pod pachą, tę ich "ciężkość" potwierdza.
W okresie, na odmianę, znacznie późniejszym, bo w XIX wieku, tacy francuscy kirasjerzy byli uznawani za ciężką jazdę - w odróżnieniu od lansjerów czy huzarów (nie mylić z husarzami, choć źródłosłów z pewnością ten sam!) - bowiem nosili półpancerze i stalowe hełmy, no i służyli do nieco innych celów, o czym sobie za chwilę porozmawiamy. Walczyli zaś pałaszem.
(Tak przy okazji, to wie ktoś, dlaczego kirasjerzy z owej późnej, jak na kawalerię, epoki, choć wcale, jak się okazuje, nie późnej jak na pancerze, nosili tylko pół pancerza, co chroniło jedynie przód? Przyczyną nie było to, że wróg nie miał prawa oglądać ich pleców, bo zawsze dumnie nadstawiali pierś, w każdym razie nie jedyną i nie najważniejszą. Nie to także, żeby plecy oddychały, albo z oszczędności.)
Żeby ten kolejny odcinek zakończyć jakimś, choćby prowizorycznym, podsumowaniem, powiem, że pogląd, iż husaria to nie była ciężka jazda, wydaje mi się błędny. Choć oczywiście przyznaję, że oni sobie nienajgorzej w tych swoich stosunkowo lekkich pancerzach radzili także ganiając po stepie, a nie tylko że krótka szarża na polu bitwy z najeżoną kopią, po której perszeron tak czy tak ledwo zipał, a w każdym razie ledwo się ruszał, jeśli nawet przeżył, więc z konnicy robiła się bardzo ciężka piechota i tak to szło.
Co przecież jednak - poza faktem, że husarskie konie, nie będąc tak strasznie przeciążonymi perszeronami, mogły funkcjonować znacznie dłużej, więc różnych fajnych możliwości nasz dzielny husarz miał o niebo więcej - taki właśnie sposób walki był dla husarii podstawowym. Czyż nie?
Potrafili robić wiele innych fajnych rzeczy, szczególnie gdy zostawili w obozie pięciometrowe kopie i może jeszcze sporo innych fajnych bibelotów, ale ich zasadniczy sposób walki - ten którym zwyciężali pod Kircholmem i pod Wiedniem, to była właśnie szarża z najeżoną kopią. Po której oczywiście działy się różne inne interesujące rzeczy, ale tak było przecież zawsze, także w przypadku Crécy czy Azincourt.
Tak że, unikając fetyszyzowania tego pojęcia, należy, moim skromniutkim zdaniem, stwierdzić, że jednak husaria to była jazda ciężka. Nie musimy w tym celu wcale jej ważyć - szarża z trzymaną pod pachą pięciometrową kopią jako zasadnicza metoda walki, czyli "taktyka szoku", plus oczywiście dość pełne opancerzenie, o tym przesądza. Nic w tym złego, że ktoś jest jazdą ciężką, serio!
Powie ktoś, i powie bez sensu, ale nie każdy musi się znać, że przecież ułani, posługujący się lancą, na pewno nie byli ciężką jazdą, a raczej jednoznacznie lekką. Tyle że lanca, moje kochane ludzie, była patyczkiem długości dobrze poniżej 2,5 metra, jeśli pamiętam, i niezwykle wprost lekkim. Z ostrzem i proporczykiem oczywiście, ale to nam nic tu nie zmienia.
W tej fantastycznej monografii 8. Pułku Ułanów, o której kiedyś tu pisałem - tej którą moja rodzina posiadała nie bez powodu, a która z głodu (rym!) trafiła w końcu, razem ze srebrną zastawą z hrabiowskimi koronami, do jakiegoś chama z "nowej arystokracji", czy innego potomka tamtych nowoodkrytych 400 husarzy, autor opisuje, jak ćwiczył władanie lancą wedle przedwojennych regulaminów, ale lancę sam sobie z drewna wykonał, a potem w końcu otrzymał autentyczną lancę i kiedy nią machnął (chodziło zdaje się o sławną komendę "lancą boki chroń!"), omal nie spadł z konia - to taka była lekka!
Lancą to była autentyczna szermierka, podczas gdy kopia - czy to ta spod Grunwaldu, czy to ta husarska, to było długie, z konieczności ciężkie (choć w większości wydrążone), coś, co w dodatku MIAŁO się wbite w czyjś brzuch złamać... Przy lancy siła uderzenia brała się z ruchu ręki, szwung konia mógł co najwyżej ją zwiększyć (lub właśnie zmniejszyć), podczas gdy przy kopii, trzymanej nieruchomo, tylko szwung źwierzęcia dawał broni zdolność unicestwienia wroga.
To by na razie było tyle, c. d. Deo volente niewykluczone, że n, a jakby ktoś nie wiedział dlaczego obrazek mamy na temat sumo, to niech pomyśli i może dojdzie, a jeśli nie, to po prostu niech się tym obrazkiem cieszy, bo życie jest krótkie i post iucunda iuventutem, post molesta senectutem (albo odwrotnie, jak to bywa), nos habebit humus.
triarius
Nie wiem ilu w sumie mieliśmy husarzy, nie mówiąc już o tych pierwszego sorta i pierwszego rzutu, czyli towarzyszy husarskich (swoją drogą niemal współczesne upodobanie niektórych do słowa "towarzysz" musiało się od tego właśnie wziąć, bo inaczej jak ci ludzie mieliby się aż tak zakochać w tym pięknym polskim słowie?). ale zdziwię się, jeśli mi powiedzą, że było ich jednorazowo na jakimś polu walki więcej niż 2 tysiące, w każdym razie towarzyszy, więc 400 to jednak spora część część całości i nasuwają się rozliczne pytania.
Jednak moje (brzydkie) podejrzenie raczej jest takie, że ten nasz szanowny gość raczej zaczerpnął swą informację z Radia Erewań. Jakoś tak: "Nie czterystu, tylko całe ćwierć miliona. I nie całkiem prawda, że husarzy, bo chodziło o ubeków". Wtedy to ma sens! Niestety nasz gość nie do końca wysłuchał i nie wszystko zrozumiał.
Druga sprawa... Mówi mi komentator (dzięki!), iż na temat husarii sporo informacji podaje niejaki Radosław Sikora. (Mam nadzieję, że to nie jest tylko błąd drukarski w nazwisku tego pana, bo mamy przecież takiego interesującego... Jak go nazwać... Co się nazywa niepokojąco podobnie i jakoś tak dziwnie mi się zbiera, jak to widzę, choć niby nie ma powodu.)
Tygrysizm Stosowany jednak niestety nie czytał tego pana (mówię o tym porządnym, od husarii), więc Tygrysizm Stosowany musi się to posłużyć swoją sławną w świecie kobiecą intuicją i pewną jednak wiedzą na temat takich tam historyczno-militarnych spraw. Plus pewną znajomością spraw końskich (oczywiście kudy mu do takiego np. Nicka!) i fizycznych konfliktów też.
Cóż więc Tygrysizm Stosowany z głębi tych swoich zasobów ma do powiedzenia na temat husarii, husarskości i husaryzmu? Oczywiście, jeśli ktoś ma z tego doktorat, a przy tym dorabia sobie jako lewoskrzydłowy w tych tam skrzydlatych przebierańcach, które tak istotną pełnią rolę w dzisiejszej polskiej armii - to niech się łaskawie z moich intuicji i byle jakiej wiedzy nie śmiać, tylko grzecznie, łagodnie pouczyć i poprawić. Dobra?
A teraz wreszcie przechodzimy do konkretów... Ustaliliśmy już sobie, że pod względem czystej jakości, husaria to było to, co najlepsze i nie sposób tu się przyczepić. Nas jednak interesuje przede wszystkim taka oto kwestia - na ile to było genialne militarne rozwiązanie, jakieś tam Wunderwaffe tamtej epoki; jaka to była konkretnie ta nisza, w której husaria okazywała się taka bezkonkurencyjna, oraz jak wiele tego, co się w ówczesnych wojnach na tych ziemiach działo wypadało POZA ową dla nas szczęśliwą niszę...
Sprawa zatem kosztów, i to w każdym możliwym sensie; ilości; zastosowań: taktycznych czy właśnie strategicznych? Takie rzeczy. Chwyćmy więc byka za rogi i zadajmy, sobie oraz światu, pytanie o to, czy husaria to była jazda ciężka, czy też lekka, albo może coś pomiędzy.
Z mojej, ach jakże odległej, młodości, i to naprawdę wczesnej, praktycznie przedpubertalnej, kiedy to Mówią Wieki nie było jeszcze własnością Agory i ja ten miesięcznik czytałem, pamiętam, że wyrażano tam pogląd, iż husaria wcale nie była żadną ciężką jazdą, tylko całkiem przeciwnie - lekką niczym piórko, mimo że faktycznie dość opancerzoną.
No to ja się zapytowywuję, kto właściwie był tą naprawdę ciężką jazdą, jeśli nie husaria. Oczywiście, i do tego mam zamiar (Deo volente) w końcu dojść, w mojej opinii jazda ciężka od lekkiej różni się nie tyle, nie przede wszystkim, wagą i opancerzeniem, tylko funkcją, sposobem walki i takie tam. Jednak z tymi rzeczami faktycznie wiąże się także dość ściśle waga i rodzaj uzbrojenia, pancerz lub jego brak...
Jeśli to nawet nie jest to, co powinno decydować przy tej ocenie, to oba te aspekty są praktycznie nierozdzielne i na podstawie wyglądu, wyposażenia, uzbrojenia potrafimy rozpoznać z kim mamy niewątpliwą przyjemność. Ten materialny aspekt jest znacznie prostszy do analizowania, więc zacznijmyż od niego. Husaria nie była ciężką jazdą? No to kto był?
Na pewno późnośredniowieczny zachodni rycerz w pełnej zbroi ważącej jakieś (jak pamiętam) 40 kg, choć ta waga też była tam nieźle rozmieszczona, wszystko było mistrzowsko wykonane, więc te wszystkie historie, że w takiej zbroi nie dało się nawet chodzić, to brednia. Jednak to ciężka jazda z pewnością była, zgoda! Tym bardziej, że także koń był opancerzony i w ogóle musiał to być jakiś niesamowity perszeron, więc o galopowaniu wśród pól i lasów z rozwianym włosem, wśród śpiewu skowronków nie było raczej mowy.
Zresztą jej zasadniczy sposób walki także był specyficzny i jazda lekka nie potrafiłaby tego w ten sposób z sukcesem robić, a z drugiej strony nadawałaby się do wielu innych, i bardzo ważnych, działań, do których ciężka się nadawała marnie.
Także wczesnośredniowieczni perscy katafrakci byli ciężką jazdą, choć ich zasadniczą bronią był łuk, co nieco gwałci naszą klasyfikację, ale ta ich kolczuga kryjąca jeźdźca i konia całkowicie, aż do samych końskich pięt, nie da się całkiem ignorować i jazdą lekką trudno ich nazwać. Z drugiej jednak strony fakt, że po obrzydzeniu wrogowi życia za pomocą strzał szarżowali oni z potężną włócznią w garści, czy może nawet pod pachą, tę ich "ciężkość" potwierdza.
W okresie, na odmianę, znacznie późniejszym, bo w XIX wieku, tacy francuscy kirasjerzy byli uznawani za ciężką jazdę - w odróżnieniu od lansjerów czy huzarów (nie mylić z husarzami, choć źródłosłów z pewnością ten sam!) - bowiem nosili półpancerze i stalowe hełmy, no i służyli do nieco innych celów, o czym sobie za chwilę porozmawiamy. Walczyli zaś pałaszem.
(Tak przy okazji, to wie ktoś, dlaczego kirasjerzy z owej późnej, jak na kawalerię, epoki, choć wcale, jak się okazuje, nie późnej jak na pancerze, nosili tylko pół pancerza, co chroniło jedynie przód? Przyczyną nie było to, że wróg nie miał prawa oglądać ich pleców, bo zawsze dumnie nadstawiali pierś, w każdym razie nie jedyną i nie najważniejszą. Nie to także, żeby plecy oddychały, albo z oszczędności.)
Żeby ten kolejny odcinek zakończyć jakimś, choćby prowizorycznym, podsumowaniem, powiem, że pogląd, iż husaria to nie była ciężka jazda, wydaje mi się błędny. Choć oczywiście przyznaję, że oni sobie nienajgorzej w tych swoich stosunkowo lekkich pancerzach radzili także ganiając po stepie, a nie tylko że krótka szarża na polu bitwy z najeżoną kopią, po której perszeron tak czy tak ledwo zipał, a w każdym razie ledwo się ruszał, jeśli nawet przeżył, więc z konnicy robiła się bardzo ciężka piechota i tak to szło.
Co przecież jednak - poza faktem, że husarskie konie, nie będąc tak strasznie przeciążonymi perszeronami, mogły funkcjonować znacznie dłużej, więc różnych fajnych możliwości nasz dzielny husarz miał o niebo więcej - taki właśnie sposób walki był dla husarii podstawowym. Czyż nie?
Potrafili robić wiele innych fajnych rzeczy, szczególnie gdy zostawili w obozie pięciometrowe kopie i może jeszcze sporo innych fajnych bibelotów, ale ich zasadniczy sposób walki - ten którym zwyciężali pod Kircholmem i pod Wiedniem, to była właśnie szarża z najeżoną kopią. Po której oczywiście działy się różne inne interesujące rzeczy, ale tak było przecież zawsze, także w przypadku Crécy czy Azincourt.
Tak że, unikając fetyszyzowania tego pojęcia, należy, moim skromniutkim zdaniem, stwierdzić, że jednak husaria to była jazda ciężka. Nie musimy w tym celu wcale jej ważyć - szarża z trzymaną pod pachą pięciometrową kopią jako zasadnicza metoda walki, czyli "taktyka szoku", plus oczywiście dość pełne opancerzenie, o tym przesądza. Nic w tym złego, że ktoś jest jazdą ciężką, serio!
Powie ktoś, i powie bez sensu, ale nie każdy musi się znać, że przecież ułani, posługujący się lancą, na pewno nie byli ciężką jazdą, a raczej jednoznacznie lekką. Tyle że lanca, moje kochane ludzie, była patyczkiem długości dobrze poniżej 2,5 metra, jeśli pamiętam, i niezwykle wprost lekkim. Z ostrzem i proporczykiem oczywiście, ale to nam nic tu nie zmienia.
W tej fantastycznej monografii 8. Pułku Ułanów, o której kiedyś tu pisałem - tej którą moja rodzina posiadała nie bez powodu, a która z głodu (rym!) trafiła w końcu, razem ze srebrną zastawą z hrabiowskimi koronami, do jakiegoś chama z "nowej arystokracji", czy innego potomka tamtych nowoodkrytych 400 husarzy, autor opisuje, jak ćwiczył władanie lancą wedle przedwojennych regulaminów, ale lancę sam sobie z drewna wykonał, a potem w końcu otrzymał autentyczną lancę i kiedy nią machnął (chodziło zdaje się o sławną komendę "lancą boki chroń!"), omal nie spadł z konia - to taka była lekka!
Lancą to była autentyczna szermierka, podczas gdy kopia - czy to ta spod Grunwaldu, czy to ta husarska, to było długie, z konieczności ciężkie (choć w większości wydrążone), coś, co w dodatku MIAŁO się wbite w czyjś brzuch złamać... Przy lancy siła uderzenia brała się z ruchu ręki, szwung konia mógł co najwyżej ją zwiększyć (lub właśnie zmniejszyć), podczas gdy przy kopii, trzymanej nieruchomo, tylko szwung źwierzęcia dawał broni zdolność unicestwienia wroga.
To by na razie było tyle, c. d. Deo volente niewykluczone, że n, a jakby ktoś nie wiedział dlaczego obrazek mamy na temat sumo, to niech pomyśli i może dojdzie, a jeśli nie, to po prostu niech się tym obrazkiem cieszy, bo życie jest krótkie i post iucunda iuventutem, post molesta senectutem (albo odwrotnie, jak to bywa), nos habebit humus.
triarius
słowa kluczowe:
8. Pułk Ułanów,
husaria,
huzarzy,
kawaleria,
kirasjerzy,
konnica,
kopia,
lanca,
Muzeum Żydów Polskich,
nowa arystokracja,
perszerony,
Radio Erewań,
rycerstwo,
sumo,
towarzysz,
ułani,
Wunderwaffe
Subskrybuj:
Posty (Atom)







