czwartek, grudnia 21, 2006

Liberalne karpie i demokratyczne kebaby

Żyjąc z konieczności w tym naszym komercyjnym, opętanym wizją coraz to nowych gadgetów i technologicznego postępu, świecie, zastanawia się człowiek czasem, czemu właściwie miałoby służyć porządne humanistyczne wykształcenie. Nie chodzi mi o elementarną znajomość twórczości Mickiewicza z Gombrowiczem, umiejętność napisania względnie składnego zdania i przyporządkowania Odsieczy Wiedeńskiej do odpowiedniego stulecia, tylko o łacinę i porządną wiedzę o historii, w tym także starożytnej.

Oczywiście, dla przetrwania wartość takiego wykształcenia jest nie tyle żadna, co raczej ujemna. No bo nie tylko takie bezsensowne rzeczy zajmują człowiekowi czas, który mógłby przeznaczyć na zostanie Specjalistą d/s Integracji Europejskiej, psychologiem, czy zdobycie innej popłatnej a nie wymagającej większych zdolności profesji. Czy choćby na naukę jakiegoś przyzwoitego rzemiosła.

Jeszcze gorsze jest jednak to, że taka całkiem zbędna świadomość tego, jak się niektóre sprawy naprawdę mają, kiedy zostanie jeszcze w dodatku połączona - o zgrozo! - z brakiem (tak słusznie wychwalanej przez prezydenta Francji) umiejętności trzymania gęby na kłódkę, tego rodzaju wiedzia praktycznie odcina człowiekowi wszelką szansę na obracanie się w kręgu Cywilizowanej Prawicy. Skazując go na samotne wołanie na puszczy. Ze wszystkimi z tego wynikającymi tragicznymi skutkami dla danej jednostki i jej genów.

Cywilizowanej Prawicy, czyli "konserwatywnych liberałów" wychowanych przez Janusza Korwina-Mikke, jego własną idiosynkratyczną ideologię i jego partię o absurdalnie-humorystycznej nazwie "Unia Polityki Realnej". (Co słowo, to wysokiej klasy dowcip, a niektórzy zachwycali się banałami, w rodzaju kłamstwa w każdym słowie nazwy PZPR!)

Żeby nie rzucać gołymi insynuacjami, przejdę do rzeczy. Oto czytam nowy felieton bardzo młodego autora (dosłownie licealisty), o tytule "Kebab zamiast karpia", zaczynającym się tak:
Polityczna poprawność osiąga wręcz horrendalne rozmiary. W dzisiejszych czasach każdy w demokratycznym państwie, w obawie przed gniewem i dezaprobatą mniejszości, ustanawia jej kolejne przywileje. W ostatniej satyrze filmowej pt. „Borat” obnażającej tzw. political correctness w USA, pada zdanie wypowiedziane przez przeciętnego amerykańskiego zjadacza hamburgera: „Im mniejsza jest mniejszość, tym więcej ma racji”.

(Wytłuszczenie moje własne. Całość tutaj: http://prawica.net/node/5621.)

Jest to, jak łatwo można odgadnąć, klasyczny tekst wymierzony w absurdy politycznej poprawności. Tekst w tym sensie jeden z wielu, ale wiele też ich potrzeba, bo sprawa jest naprawdę ogromnej wagi. Z treścią się oczywiście zasadniczo bez oporów zgadzam. Tym, co mniej mnie cieszy i specjalnie zwróciło moja uwagę, jest to "demokratyczne państwo". W opini autora polityczna poprawność i zastraszające postępy lewactwa zdają się być winą demokracji. To zaś jest klasyczną tezą rodzinym "konserwatywnych liberałów". Tutaj zresztą pogląd ten wyrażony został bardzo oględnie i właściwie na marginesie. Gdyby autor cytowanego tekstu był już bardziej "politycznie wyrobiony", to demokracja nie przeszłaby mu nawet przez pióro i uraczyłby nas "d*kracją" czy czymś podobnym.

Tym bardziej jest to interesujące, ponieważ ten młody autor nie mógł być przez dziesięciolecia kształtowany i obrabiany do tej nowej "prawicowej" politycznej poprawności, i ten swój niechętny do demokracji stosunek albo ma w genach, albo złapał go z otaczającego powietrza. Dlatego właśnie jego zacytowałem, a poza tym dlatego, że po prostu w tej chwili mi ten jego tekst wpadł w oko i skłonił do próby wyjaśnienia wreszcie pewnej istotnej moim zdaniem sprawy, o którą mi tu chodzi.

Mógłbym oczywiście poszukać nieco w sieci czy drukowanych czasopismach i znaleźć masę smakowitych akapitów ukazujących nędze "d*kracji", z przepisową dawką przekąsów, gryzącej ironii, plucia, a czasem takżę mniej lub bardziej rzetelnej krytyki. Krytyki i opluwania "demokracji", a czasem nawet "rzeczypospolitej" jako ogólnej idei. "Rzeczpospolita" to po łacinie, czyli nieco bardziej uczenie, "res publica", z czego oczywiście bierze się nasza "republika". Republika to także zatem fatalna sprawa, zdaniem tych wszystkich bekompromisowych prawicowców.

Czyli złe są z założenia wszelkie koncepcje ludowładztwa, powszechnego dobra, wspólnoty (przeważnie pod bardziej złowieszczo brzmiącym mianem "kolektyw"). Wszyscy ci prawicowcy - powstrzymam się przed wzięciem tego słowa w cudzysłów, ale głównie dlatego, że nie chcę za wielu cudzysłowów - wyraźnie uważają demokrację i wszelkie pokrewne idee nie tyle za wymysł szatana, co za wymysł szatana wyjątkowo wrednego i lewackiego.

W zasadzie nie mam po co tego tak dokładnie tutaj tłumaczyć, bo przecież pisząc należy zdawać sobie sprawę z tego, po co się pisze i kto ma to czytać. Jeśli ktoś w ogóle czyta te moje teksty, to z pewnością nie zwolennik Nowej Lewicy, tylko ktoś uważający się za prawicowca. A taki ktoś musi przecież znać publicystykę "Najwyższego Czasu!", a szczególnie jego Najwyższego Guru!, choćby dlatego, że jest potem w bladej i czesto niezamierzenie humorystycznej wersji powielana na wszelkich "prawicowych" (tu już się nie dało uniknąć cudzysłowu) forach w rodzaju prawica.net (czule nazywanego przez niektorych "prawica-niet"), gdzie właśnie znalazłem przecież cytowany tekst (któremu zresztą nie mam wiele do zarzucenia, a autorowi wróżę piękną publicystyczną karierę).

Tacy ludzie wiedzą, albo niemal wiedzą, że dla Wielkiego Guru! ideałem i jedynym akceptowalnym ustojem jest coś bardzo zbliżonego do pruskiej monarchii Fryderyka zwanego "wielkim", być może jeszcze nieco przesuniętej w stronę absolutyzmu. To, że takie coś nie daje się nijak pogodzić ani z ekonomicznym liberalizmem, ani z autentycznym katolicyzmem, ani z jakąkolwiek polską tradycją (czyli z konserwatyzmem w polskim wydaniu), nie jest tematem niniejszego tekstu. Choć są to sprawy oczywiste dla każdego, kto choć trochę myśli samodzielnie, zamiast tylko czołobitnie powtarzać słowa Wielkiego Guru!

No dobra, zbliżamy się do puenty, a właściwie do głownej części mojego wywodu. Wszystko powyższe to był tylko wstęp, po prostu ten tekst ma taką zwichrowaną strukturę. (Cóż, amatorska robota.)

No to nadszedł czas na rzucenie tej przerażającej bomby, przy której wszelkie koreańskie i irańskie atomy to dziecinne kapiszony... Otóż, zwracam uwagę Szanownych wrogów demokracj i rzeczypospolitej jako idei, że "res publica" to określenie starożytne - rzymskie. Dawnych Rzymian, tych sprzed okresu cesarstwa, naprawdę trudno oskarżać o lewicowe skłonności. Powie ktoś, że to tylko słowa. Otóż nie!

Mało chyba kto z dzisiejszej Intelektualnej Elity, niezależnie od tego, jak się sama określa, o tym wie - ale TAM SIĘ PRZECIEŻ GŁOSOWAŁO! Tam się wybierało najwyższych urzędników państwowych! Wątpiących w moje słowa, a do tego intelektualnie uczciwych wobec samych siebie, zachęcam do sprawdzienia w jakiejś lepszej encyklopedii znaczenia pojęcia comitia (liczba mnoga comitiae) Niecierpliwym donoszę, że ma to ścisły związek z procesem głosowania w republikańskim Rzymie.

Na pociechę dodam, że były to głosowania w praktyce "ważone", to znaczy bogaci mieli w praktyce więcej do powiedzenia, choć sama zasada tego teoretycznie nie zawiera. Jednak wybory jak najbardziej, a do tego plebiscyty nad ważnymi dla ogółu sprawami. Plus trybuni ludowi z prawem wetowania wszelkich ustaw, nietykalnością i masą innych uprawnień - mający ludu bronić przed bezprawiem ze strony elit. No i bezwarunkowe prawo odwołania się do wyroku LUDU (!) dla wszystkich skazanych na śmierć.

To oczywiście tylko moja prywatna opinia, ale sądzę, że dla prawicowca naprawdę powinno być trudno lekceważyć republikański Rzym - nie było to może specjalnie subtelne, nie działo się tam wiele rzeczy błyskotliwych i zabawnych, ale to właśnie był ten naprawdę wielki Rzym. Nie pozbawiony wielu poważnych wad oczywiście, bowiem i oni żyli na tym padole łez co i my, ale wielki i źródło niemal wszystkiego wielkiego, co było wielkie w rzymskiej historii potem, przede wszystkim zaś oczywiście imperium - ogromnego i w pewnych aspektach nadal żywotnego.

No dobra, to była "rzeczpospolita" i "republika". A co z "demokracją"? W zasadzie też już ją w Rzymie znaleźliśmy, znajdując wybory i plebiscyty, ale rozwińmy to jeszcze nieco. Choćby po to, by wetrzeć trochę więcej soli w rany naszych kochanych antyd*kratów...

Ta istniała już w starożytności, przede wszystkim w Atenach, którym naprawdę trudno odmówić wielkości i jednostronnie oskarżyć o jakieś proto-lewactwo. O demokracji pisali już Platon i Arystoteles. Obaj nienajlepiej wprawdzie - Platon dlatego, że miał swój własny wymarzony i jedynie słuszny ustrój (coś jak OberGuru!), Arystoteles rozróżniał pomiędzy złą "demokracją" i dobrą, choć w istocie b. podobną "politeią". "Politeia", żeby zacytować "Political Philosophy" James'a L. Wisera, to "rule by the many for the common good". A więc i dla arystokratycznego Arystotelesa demokracja, w naszym rozumieniu, mogła być rzeczą dobrą!

Co tam jednak demokracja, skoro sam "lud" jest już dla prawdziwej prawicy (z przekąsem to piszę, choć bez cudzysłowu) fatalną sprawą. A gdyby jeszcze chciał cokolwiek mieć do powiedzenia...! Jerum, jerum! - tylko tak można to skomentować. I nieważne, że bojowe insygnia rzymskich legionów nosiły litery S.P.Q.R 0 od "Senatus Populusque Romanus" (Senat i Lud Rzymski). Dziwne to nieco, bo lud, to przecież wynalazek socjalistów i lewaków wszelkich maści, dokonany dosłownie przez parę ostatnich generacji.

Zdaniem tych panów (i nielicznych pań) oczywiście. Ci mogą tak mówić, bo ich nie wiażą obiektywne fakty, a za znajomość historii starczają im rewelacje facetów w rodzaju von Misesa, w rodzaju tych, że to "liberalni królowie są królami ludów, a nieliberalni krajów". Co oczywiście jest ewidentną brednią, na co mogę z głowy podać dziesiątki przykładów. (No, chyba, że liberalizm istniał już na stepach Mongolii osiemset lat temu, a niemieccy "królowie Rzymian" także byli liberałami.)

Nie jest moim zadaniem pisanie pracy naukowej z historii politycznej, dlatego też zadowolę się tym elementarnym wykazaniem, iż ani dobro wspólne, ani republika, ani rzeczpospolita, ani demokracja nie są z natury lewicowe, nie są niczym złym. Daj nam Boże tyle prawicowej żywotności, ile było w Rzymie, choćby nawet w Rzymie takich rewolucjonistów jak bracia Gracchowie!

Czy zatem wszystkie te postępy lewactwa, cała ta koszmarna polityczna poprawność, która nieszczy wszelki dyskurs i rozsadza same fundamenty europejskiej, zachodniej cywilizacji nie dają się powiązać z czymś, w czym żyjemy na codzień? Może z jakąś ogólnie znaną i zazwyczaj przyjmowaną, jako coś absolutnie naturalnego, ideologią? Jeśli jednak nie z demokracją i jej ideologią, no to z czym?

Z liberalizmem Moi Państwo, oto z czym! Liberalizm jest oświeceniową ideologią, powstałą jako swego rodzaju propaganda jednej partii i jednej klasy (angielskich whigów oraz kapitalistów), a nawet gorzej, bo rozwinęła się jako propaganda na usługach wykorzenionych, dość prymitywnych w gruncie rzeczy i dość jałowych francuskich przedrewolucyjnych tzw. "filozofów".

Jest ideologią - mimo, że nauczyliśmy się w niej widzieć wyłącznie zdrowy rozsądek i naturalne zasady - opartą na licznych, arbitralnych, i często po prostu fałszywych, założeniach. Z których potem, przy użyciu czasem bardzo pokrętnych intelektualnych metod, wyciągano doraźnie potrzebne wnioski i ogłaszano je, jako objawienia Prawdy Absolutnej. Ideologią, która dziś jest nam bez przerwy sączona w szkołach, mediach, rozrywce.

Nie ma znaczenia, że istnieje w jej ramach cała masa różnych herezji, ochyleń, sekt - komunizm także miał swój NEP i swojego Trockiego... A wielu spośród tych mniej lewicowych, ze mną włącznie, powie także "swojego Michnika, swojego Kuronia, swoją Hillary Clinton itd.".

Przez te 300 lat, kiedy się, na swój sposób, rozwijała, i czasem była realizowana w praktyce (w realnej postaci, całkiem jak socjalizm!), wytworzyła własną optykę, własne sposoby postępowania, własny język (nie całkiem "nowomowę", bo ma on już ponad 300 lat, ale w sumie właśnie takie coś)...

To nie demokracja stanowi idealną pożywkę dla lewactwa i politycznej poprawności - a liberalizm! Taka po prostu jest jego wewnętrzna dynamika. Na jego gruncie nie można się ani obronić przed agresją Hitlera czy Stalina, kiedy jest jeszcze na to dobry czas, ani przed lewactwem. To ostanie widzimy na własne oczy każdego dnia. (To pierwsze zaś jeszcze niestety zobaczymy.)

Demokracja, choć z pewnością nie zasługuje na ubóstwienie czy uznanie za lekarstwa na całe zło świata, jest z kolei tym, co doprowadziło do obecnych zmian w Polsce. Zmian, które ja akurat uważam za niezbędne i dające nam nieco nadziei, choć oczywiście zbyt w mojej opinii powolnych i zbyt mało radykalnych.

To demokracja jest obroną Polskiego państwa i narodu przed molochem brukselskiej, zdominowanej przez Niemcy, biurokracji. Biurokracji niekontrolowaniej przez nas w praktycznie żadnym stopniu. Biurokracji, która może się z dnia na dzień, bez słowa wyjaśnienia (nie mówiąc już o pytaniu nas o zgodę) przepoczwarzyć w cokolwiek innego, co sobie wymyślą nawiedzone brukselskie naprawiacze świata. Biurokracji mającej do swej wyłącznej dyspozycji przeogromne potencjalnie środki nacisku i przymusu, przy kompletnym braku jakiejkolwiek odpowiedzialności - no bo niby przed kim? Przed trybunałem w Strassburgu? Pęknę ze śmiechu!

Nie mam tu zamiaru dyskutować zalet i wad monarchii takiej czy innej w stosunku do demokracji. Chcę jednak postawić tezę, że demokracja - rozumiana ściśle jako władza większości normalnych obywateli danego kraju, przy odrzuceniu wszelkiej pseudo-mistyki i sceptycznym potraktowaniu wszystkich tych - liberalnych z samej istoty przecież! - dodatków i zastrzeżeń, wszystkich tych "ogólnie przyjętych zasad", "europejskich norm", "tolerancji wobec każdej mniejszości"... I takich tam... Więc, że demokracja jest OK, jest rzeczą dobrą. Nie idealną oczywiście, ale w porządku.

Kiedy demokracja nie jest pokrętnie rozumiana, np. jako zobowiązanie wspólnoty i jej władzy do zaspokajania fanaberii każdej krzykliwej mniejszości i merdania ogonem przed każdą ponadnarodową uzurpacją - staje się ona jednym z ostatnim bastionów zdrowego sensu i oporu przed lewactwem. Czyli z definicji, przynajmniej w moim rozumieniu, PRAWICOWOŚCI!

To liberalizm jest problemem! To liberalizm należy dokładnie studiować - w teorii i praktyce - od nowa zrozumieć, zacząć o nim z sensem wreszcie dyskutować... A potem zacząć działać! Liberalizm nie jest bowiem tym, co się nam cały czas wmawia! Nie jest także tym, co wmawia swoim wyznawcom OberGuru! To nie jest ani "po prostu zdrowy rozsądek", ani też "po prostu poszanowanie wolności jednostek" (gdybyż życie było aż takie proste!). I nie jest to "jedyny system pozwalający na istnienie wolnego rynku" - chyba, że ten rynek miałby się rozrastać, jak zakalcowate ciasto, czego zresztą jesteśmy bez przerwy świadkami. No bo, jeśli miałby to być system, gdzie, jak to niedawno wyraził naiwnie jeden z dyskutantów na forum prawica-cośtam, "dosłownie wszystko jest traktowane w kategoriach sił rynkowych"... Ja za takie coś dziękuję, ale nie!

Mnie to nie pasuje, sorry! A jeśli komuś tak, to niech się potem nie dziwi wszystkim aberracjom politycznej poprawności. Do których - przypominam, bo to jest właśnie najistotniejsze - krok po kroku i my sami, czyli prawicowcy, jesteśmy przymuszani. Inaczej to by nie było aż takim koszmarem. Kto nie wierzy, niech się zastanowi, czy mógłby dziś w oficjalnym tekście napisać wszystko tak samo, jak mógłby powiedzmy 10 lat temu? Czy mógłby tak samo wszystko powiedzieć w telewizji czy radio?

Mówię zatem: przestańcie gadać bez sensu o "d*kracjach" i upajać się własnym głosem powtarzającym cudze, dobrze już zapleśniałe, koncepty! Zacznijcie nieco uczciwiej analizować własne liberalne hasła! Bo albo nie są one naprawdę "liberalne", albo nie są prawicowe. Tertium non datur. (Chyba że jeszcze zaczniemy sie zastanawiać nad działalnością po prostu agenturalną, którą można by poniekąd uznać za "trzecią drogę".)

Liberalizm, co może niektórych zaskoczyć, był przez większą część swej historii określany mianem "radykalizm". (Fajna nazwa? Miło brzmi w uszach "konserwatysty"?) Był też liberalizm, przez znaczną większość swej historii i w zgodzie z tamtą swą nazwą, uważany za doktrynę jednoznacznie lewicową. Szyte z przypadkowych kawałków potwory Frankensteina w rodzaju "konserwatywnego liberalizmu" nie trzymają się po prostu kupy. Jeśli jesteście biznesmenami i tylko tym, to przestańcie się wymądrzać na tematy politycznych ideologii, bo nic o tym nie wiecie! Jeśli chcecie się wypowiadać, to dowiedzcie się wreszcie nieco obiektywnych faktów, nie powtarzajcie nieudolnie za Waszym OberGuru! (który z wmawiania Wam głupot żyje wygodnie, ale Wam wygodne życie z ich powtarzania nie grozi).

A więc podyskutujmy wreszcie senownie, bez powtarzania wyuczonych mantr i uprawiania voodoo. Dobrze? Inaczej nie będą tylko kebaby zamiast karpi, tylko wiele znacznie gorszych rzeczy. (Nawiasem mówiąc, sam ryb nie ruszam, a te nieszczęsne karpie w wannie wspominam z dzieciństwa jako rzecz całkiem obrzydliwą. Milion razy wolę kebaba. Czy to czyni mnie zwolennikiem politycznej poprawności?)

sobota, grudnia 16, 2006

O ideologiach... lepszych i gorszych

Błędem jest moim zdaniem, a czasem nawet nadużyciem, osądzanie ideologii politycznych przede wszystkim na podstawie ich priorytetów. Naburmuszanie się na socjalizm (czy "socjalizm"), dlatego, że chciałby dać prostym ludziom godne życie i zlikwidować rażące nierówności... No bo przecież trzeba być całkiem zaślepionym, by przeczyć, że nierówności są ogromne, w wielkiej części całkiem nieuzasadnione i z żadną ludzką sprawiedliwością nie mające nic wspólnego. Oczywiście przywiązywanie najwyższej akurat wartości do wolności osobistej także jest uprawnione. Jeden jest bardziej wrażliwy na nieuzasadnioną niczym nierówność, a inny chciałby więcej osobistej wolności. Co w tym aż tak dziwnego? Ideologie powinniśmy oceniać przede wszystkim na podstawie sposobu, w jaki rozumieją świat - jego logicznej spójności, przystawania do danych zmysłowych, rozumowych, naukowych. Powinniśmy być podejrzliwi wobec wszelkich brzmiących religijnie a przecież świeckich słów i terminów, w rodzaju "świętego prawa własności", czy samego "Prawa", kiedy pisane jest z dużej litery. Najgorsze jest to, iż te wizje są często zawarte w tych ideologiach jedynie implicite, a w dodatku możemy być już nauczeni traktować je, jako coś oczywistego - "taki właśnie jest świat". Jak to się dzieje z realnym liberalizmem, w którym żyjemy od dziesięcioleci, przedtem zaś do niego wzdychaliśmy i go idealizowaliśmy. Stosowanie takich quasi-religijnych określeń to nie jest całkiem to samo, co mówienie o rzeczach realnie istniejących, choć trudno uchwytnych: o "wspólnocie" w ogóle, czy jakiejś konkretnej wspólnocie: rodzinie, narodzie, państwie... Te rzeczy realnie istnieją, realnie odgrywają znaczącą rolę, wielu w historii dla nich pracowało i ginęło. Rozmowa o nich, choć niełatwa, jest z pewnością bardziej sensowna, niż rozmowa o fikcyjnych społeczeństwach wszystkich tych wspólnot pozbawionych, a złożonych w całości z indywidualnych, kierujących się wyłącznie ekonomicznymi (w szerokim rozumieniu) względami jednostek.

Mimo, że taki model jest z kolei tak stosunkowo prosty. Zgoda, sam nie lubię duszoszczipatielnych tonów, których tak wszędzie pełno, a już szczególnie, gdy w tle puszcza mi się Chopina (którego organicznie nie znoszę). Jasne, że takie hasła są nagminnie nadużywane przez przeróżnych macherów, demagogów i oszustów. Ale to jednak nie są całkiem wyimaginowane byty, jak "święte prawo własności", które całkiem nie wiadomo skąd się wzięły i jak stały się "święte". Jeśli ma się takie rzeczowe i przekonujące argumenty, jakie podobno ma liberalizm, to wypadałoby wyrzucić pochodzące sprzed trzystu lat propagandowe hasła i rozmawiać z ludźmi na gruncie racjonalnym.

Zapraszam do takiej rozmowy, jestem dziwnie spokojny, że poradzę sobie z argumentacją każdego liberała. Może jeszcze wyjaśnię, że przez "liberał" rozumiem kogoś:

- kto sam się tak określa, albo/i... - kto stosuje do siebie warianty tej nazwy ("libertarianin", "konserwatywny liberał" itd.), albo/i...

- kogo nie razi określenie "święte prawo własności", albo/i...

- kogo nie razi zwyczaj nazywania wszystkich nie kierujących się wyłącznie chęcią zysku i dążeniem do maksymalnej atomizacji społeczeństwa "socjalistą" (co ma oczywiście być w zamierzeniu okrutnie obraźliwe), albo/i...

- kto mówi do ideowego oponenta rzeczy w rodzaju: "ja mam dobrze prosperujący biznes, więc wszyscy inni powinni mi czapkować, jako genialnemu politycznemu filozofowi, a ile ty frajerze zarabiasz, że się mądrzysz?".

No to to by było na razie na tyle. Czekam na odzew, komentarze (także te wypominające mi błędy ortograficzne) i protesty. No to może jeszcze parę słów o tych błędach. Macie Państwo we mnie do czynienia z facetem, który na maturze z polskiego zrobił sześć błędów, z czego jeden w samym tytule wypracowania. (Potem zaś zdał ustny najlepiej w całym niezłym liceum.) Ale za uwagi naprawdę dziękuję! Może tym razem nawet w końcu zapamiętam, jak się pisze "rzadko". (Dobrze było tym razem?)

triarius 

Dzisiaj będą okruchy

Dzisiaj kilka krótkich kawałków, które mi się telepią po głowie.

Sprawa byłego (w więcej, niż jednym znaczeniu) rosyjskiego szpiega, otrutego przez nieznanych sprawców, zatacza coraz szersze kręgi i rozwija się coraz to nowe wątki. Przewiduję jeden gwarantowany skutek - za rok będzie w Wielkiej Brytanii o wiele więcej dzieci o imionach Ivan, Igor, Vladimir, Volodia, oraz żeńskich w rodzaju Tamara, Sasha (!), Vania (!), Nikita (!) itp. W innych zachodnich krajach z pewnością także się ta ilość nieco przynajmniej zwiększy.

Innych znaczących skutków nie przewiduję.

* * * * *

Czytelnik (a więc ktoś to jednak czyta, hurra!) - w dodatku chwilowo ZAGRANICZNY - pyta, czy specjalnie zasugerowałem Platformie Obywatelskiej zmianę nazwy na Platforma Polityki Realnej, czego skrótem (ściślej zaś anagramem) jest PPR. Która to nazwa wielu się kojarzy.

Odpowiam, że najpierw wpadłem na pomysł samej nazwy (która kojarzy mi się logicznie i zabawnie z dwóch całkiem różnych powodów, wiadomo chyba jakich), potem zaś bystrze zauważyłem ten anagram i on mi się bardzo spodobał. Uznałem więc iż zdarzyło mi się to, co po angielsku zwie się serendipity, czyli nieoczekiwany szczęśliwy traf. Ale żeby była jasność - to PPR jak najbardziej mi do Platformy pasuje. Bez porównania bardziej, niż skrót "PO", który mi do nich nie pasuje, nawet z całkiem prywatnych względów.

Więcej powiem! Gdyby Platforma połączyła się kiedyś z "Partią Zdrowego Rozsądku" panów Bolka i Wachowskiego, to ten nowy twór mogłby się wabić PZPR (Platforma Zdrowej Polityki Realnej). To by dopiero było! I wcale takiego obrotu sprawy nie wykluczam.

* * * * *

Czy ja bym nie mógł wziąć udziału w konkursie na najbrzydszy blog? Coś mi się widzi, że on jest naprawdę obrzydliwy z wyglądu. Mam rację?

środa, grudnia 13, 2006

Wołanie o pomnik wolności słowa

Platforma Obywatelska postuluje wybudowanie pomnika wolności słowa, czy może "wolnemu słowu"... Rzadko zgadzam się ze zbiorową mądrością tej prześwietnej ogranizacji, rzadko uważam, by wykazywała timing, wyczucie historycznych trendów i zeitgeistu... Ale tym razem muszę przyznać, że mi zaimponowali!

Pomników stawia się przecież niemal wyłącznie po śmierci tego, kogo chce się uhonorować, a więc inicjatywa Platformy okazała się raz wybornie trafiona. Przecież wolność słowa - jeden z filarów wciąż oficjalnie obowiązującej liberalnej doktryny - ma coraz krótszy oddech i coraz częściej po prostu przedśmiertnie rzęzi. A w jakim tempie to się dzieje! Kiedy jakieś 15 lat temu w Szwecji wydano oficjalny zakaz dyskutowania, przeprowadzania jakichkolwiek studiów i badań nad problemem elektrowni atomowych, wydało mi się to niedorzeczne, ale złożyłem to na karb typowych szwedzkich fobii (było to w końcu stosunkowo niedługo po Czarnobylu), konformizmu i infantylizmu.

Teraz widzę, że to po prostu realny liberalizm. Do więzienia idzie się przecież za wątpliwości na temat tzw. holocaustu, więzienie grozi za "homofobię", na "jednodniowe badania w Tworkach" można zostać zawiezionym przez tajne służby - ale jawnie, z podaniem w ogólnokrajowej telewizji i innych mediach nazwiska - na wniosek paru osób, którym nie podobają się twoje poglądy, niektóre nacje wprawdzie "praktycznie nie istnieją", ale nie daj Boże je skrytykować... Każdy, kto zadaje sobie trud czytania blogów, takich jak mój, sam z pewnością wie, jak się sprawy mają.

Sprawa z tym pomnikiem jest jednak nieco bardziej skomplikowana. "Wolność słowa" nie jest przecież osobą, nie jest nawet żadną uznaną personifikacją. Kiedy usłyszałem o tym blyskotliwym pomyśle dzielnych Cieniasów, przyznam, że pierwszą rzeczą, jaka mi przyszła na myśl, był obelisk na cześć Istoty Najwyższej, postawiony niegdyś z wielką pompą z inicjatywy Robespierre'a. Tu też jednak widzimy to samo zjawisko: Istota Najwyższa to poniekąd Bóg, tylko Bóg pozbawiony specyficznych cech chrześcijańskich. Bogu zaś pomników w nowożytnej Europie nie stawiano, postawiono je zaś jakiejś jego wydumanej wersji dopiero wtedy, kiedy właśnie przestawał odgrywać tę samą co wcześniej ogromną rolę w życiu ludzi i społeczeństwa. Do czego zresztą walnie przyczyniała się rewolucja, której jednym z najważniejszych przywódców był sam inicjator budowy pomnika.

Jeśli zaś przyjąć, że Istota Najwyższa Robespierre'a i Francuskiej Rewolucji to nie jest avatar chrześcijańskiego Boga, wtedy nie da się uniknąć refleksji, iż pomnik postawiono czemuś, co nigdy większej roli nie odegrało, czym niewielu ludzi poważnie kiedykolwiek zawracało sobie głowę.

Jest więc coś symptomatycznego w inicjatywie Platformy, by zbudować pomnik wolności słowa. Nie świadczy ona dobrze o żywotności tej wzniosłej idei, nawet w oczach jej najgłośniejszych propagatorów. Jeśli jest aż tak źle, że zauważają to nawet przywódcy Platformy - pogrążeni przecież we własnych wewnętrznych światach i ślepi na niemal wszystko, co się dzieje w świecie realnym - to możemy się spodziewać szybkich postępów poprawności politycznej i "europejskich wartości".

Którym, jak warto zauważyć, nikt jeszcze żadnych pomników stawiać nie zamierza. Ach, jak chciałbym dożyć chwili, gdy Platforma zgłosi wniosek o postawienie takich właśnie pomników! A do tego dla mnie jeszcze może śmiało dodać polityczną poprawność, tolerancję i sporo innych równie lubianych przez postępowe kręgi cech!

Na koniec pragnę "z pewną taką satysfakcją" zauważyć, że Platforma Obywatelska, partia przecież par excellence LIBERALNA, wykazuje w swej najnowszej inicjatywie ideowe pokrewieństwo z Robespierrem i rewolucją francuską, czyli z dziedzictwem Oświecenia. Co dla mnie osobiście jest dość oczywiste, choć może nie dla wszystkich, szczególnie nie dla tych, którzy lubią się określać jako "konserwatywni liberałowie".

Przypomnę więc, że liberalizm to ideologia Oświeceniowa - powstała w Oświeceniu i przepojona jego duchem. Liberalizm tym duchem nieprzepojony, to albo smętna i bezpłodna hybryda wykoncypowana w dusznej bibliotece uniwersyteckiej, albo też LIBERALIZM REALNY, w którym od 17 lat żyjemy, zaś zachodnia Europa znacznie dłużej.

Ten też jest przesiąknięty duchem Oświecenia (niektórzy mówią masonerii), ale nie jest tak dogmatyczny - życie nauczyło go bowiem, że jego ideologia się nie sprawdza - za to zdolny do wszelkich, nawet najbardziej pokrętnych i najmniej uczciwych kompromisów. Jak te kompromisy z wolnością słowa, o których tu wspomnieliśmy.

Dobrze, że Europejczycy z Platformy uważają chociaż, że wolność słowa zasługuje na monumentalny nagrobek. Bo cóż by ich kosztowało zamiast tego zażądać postawienia obelisku Istocie Najwyższej? Jeszcze się Hannie Gronkiewicz-Waltz nigdy nie objawiła? Czy aby na pewno? Jeśli tak, to przecież każdego dnia może się ujawnić i powiedzieć "Haniu, idź i...!" Nie wiem co, ale coś tak zrób.

Gdyby tak Istocie Najwyższej pomnik postawić, to ach, jakaż piękna byłaby to uroczystość! Odwołać się do historii i spróbować powtórzyć tamte dawne obchodyi! Chóry młodzieńców i starców w białych tunikach by się jakoś zorganizowało. (Nieco trudniej by może było z dziewicami, ale czy musimy do tego koniecznie mieszać ginekologa?)

Jednak pozostaje fakt, że dla niektórych mało światłych Polaków Istota Najwyższa jest be, bo oni wierzą w swojego Boga. A zatem, na razie zacznijmy od pomnika wolności słowa, potem się zobaczy! Jeszcze przedtem będzie trzeba się propagandowo sprężyć, bo to i konstytucja europejska i euro... Istota Najwyższa musi więc nieco poczekać, sama to zresztą świetnie z pewnością rozumie. Woność słowa ma za to tę niewiątpliwą zaletę, iż mało kto otwarcie powie, że jest przeciw.

A więc, skoro wszyscy się zgadzamy, to warto się szybko zabrać do roboty, żeby ten nagro... pomnik, był gotowy na najbliższe Zaduszki!

Zaraz, zaraz! coś mi przyszło do głowy... A może Platforma nie ma AŻ takiej intuicji, tylko dla niej wolność słowa umiera wraz ze spadkiem nakładów Gazety Wyborczej i ośmieszeniem się mediów biorących udział w ostatniej antyrządowej prowokacji?

wtorek, grudnia 12, 2006

13 grudnia 1981 - całkiem prywatne wspomnienia

Świetnie pamiętam, jak się zaczął stan wojenny. Ale poważnych i duszoszczipatielnych opowieści nie brakuje, też bym potrafił napisać długą historię tego rodzaju na bazie własnych wspomnień, w końcu coś tak się robiło, zarówno przed, jak i po 13 grudnia. (Oczywiście za bohatera się nie uważam, a żadna prawdziwa martyrologia też mnie nie spotkała.)

Zamiast martyrologii i wzniosłych słów - to moje całkiem impresyjne, króciutkie wspomnienie na temat początku stanu wojennego:


Żona dawno poszła spać, a ja gnuśnie oglądałem w TV (państwowej, innej nie było) włoski film o takim dziewiętnastowiecznym anarchiście, którego skazują na ciężkie roboty, i który potem płynąc łódką z innymi więźniami po wielu, wielu latach, widzi nowych więźniów, ale już nie terrorystów, tylko jakby prawdziwych leninowców. I facetowi robi się żal, widać to po jego minie, że zmarnował życie dla błędnej idei, a przecież... I nagle, w tym momencie, program przerwał się, od tak. Ekran ciemny, żadnego głosu.

Poszedłem spać, a rano żona mówi mi, że "stan wojenny". Nie pamiętam, czy mnie zbudziła, czy dospałem sam z siebie. Atmosfera faktycznie była napięta od dłuższego czasu przedtem, nad drzwiami naprawdę miałem jakieś znaki kredą, jak wielu kolegów zresztą - albo straszyli, albo byliśmy przeznaczeni do którejś z kolejnych fal aresztowań.

Co się potem działo nie będę opowiadał, choć były to rzeczy zabawne. W każdym razie najlepiej pamiętam, że moją 73-letnią wtedy babcię obładowaliśmy gdańskimi podziemnymi pisemkami i wysłaliśmy pociągiem do Wrocławia, bo nikt w normalnym wieku nie miał szansy się przedostać. Pojechała i wróciła z wrocławskimi podziemnymi pisemkami.

Najbardziej ubawiło mnie, że kumpel mi opowiadał, że kiedy poszedłem sprawdzić co u niego i spotkałem tylko jego rodzinę, której nigdy przedtem nie widziałem, to potem mu powiedziano: "był tu jakiś ubek i pytał o ciebie".

Oczywiście były także i znacznie poważniejsze sprawy. Był strajk w zakładzie, gdzie pracowałem. Były demonstracje, obawy przed masakrą, sowiecką interwencją, był cień nadziei na zbuntowanie się wojska przy braku interwencji. Byłem delegatem komitetu strajkowego do Stoczni Gdańskiej ("imienia Lenina"). Miałem o tyle szczęście, że w noc zomowskiej interwencji w Stoczni był tam z mojego zakładu mój zmiennik. A jeszcze przedtem pod Stocznią stały czołgi i skoty, a myśmy zdobili je kwiatami, plakietkami "Solidarności", częstowali tych żołnierzy i nawiązywali z nimi przyjazne stosunki. (Potem, z tego co wiem, wszyscy skończyli w karnej kompanii w Orzyszu.)

Był też ten ponury, ale ponury w jakiś całkiem wyjątkowy sposób, nastrój. Jeszcze bardziej subiektywnie, to były, stale niemal dźwięczące mi w uszach, słowa piosenki Kelusa o tym, że "historia zrobi szwoleżerów z nas, albo zrobi z nas naleśnik". Ale to był jeszcze poniekąd wyraz nadziei, że "tak przecież to się nie może skończyć". (A jednak się skończyło i 25 lat po tym wszystkim nadal żyjemy w kraju, gdzie zza kurtyny Urban i dawni towarzysze Jaruzelskiego pociągają za sznurki, śmiejąc się z naszej głupoty i niedołęstwa.)

Tak to osobiście pamiętam i takie myśli mi się nasuwają, kiedy słyszę "13 grudnia".

triarius

sobota, grudnia 09, 2006

Comprachicos 2006

Na onecie, w sekcji "Nauka", umieszczono artykuł Marka Karolkiewicza na temat wyników badań neuropsychiatrki z San Francisco, niejakiej Louann Brizendine, dotyczących różnic pomiędzy kobiecym a męskim mózgiem i psychiką. Dowiadujemy się z niego kilka sensownych rzeczy, przede wszystkim tę, że kobiety od mężczyzn dzieli znacznie więcej, niż tylko "jedna malutka rzecz, na którą Bóg przecież nie zwraca uwagi" (jak brzmi czołowy argument szwedzkich bojowników o kapłaństwo kobiet, z pewnością nie tylko tam, ale tam to stale słyszałem).

Oczywiście wyniki takiego "naukowego studium", w dodatku wykonanego przez kogoś, kto określa się sam, jako "nowoczesna feministka", nie mogą być całkowicie poważne, zatem czytamy na przykład, że: "(...) faceci myślą o seksie co 52 sekundy. Mają też znacznie mniejszy ośrodek w mózgu, odpowiadający za słuch." Osobiście sporo myślę o seksie, ale na pewno nie jest to co 52 sekundy, ani nawet co półtorej minuty. I bardzo wątpię, by jakikolwiek normalny facet mógł tak szybko przestać o seksie myśleć, skoro już zaczął, by mogło to być co 52 sekundy. Badaczka nie wyjaśnia także, jakim to cudem wszyscy wybitniejsi kompozytorzy są mężczyznami, a wśród wykonawców też przewagi pań nie widać. Ja na pewno nie zgodzę się z tezą, że miałbym mieć słuch rozwinięty gorzej od jednego procenta najlepszych w tym kobiet.

To jednak tylko drobiazgi, znacznie już bardziej interesujący wydaje mi się fakt, że doktryna feminizmu tak wyraźnie napotyka na ogromne problemy w zetknięciu z realnym życiem, że same feministki próbują jakoś ją skorygować. Są tu jednak także rzeczy jeszcze w mojej opinii znacznie ważniejsze. Otóż okazuje się, że:
Pewna pacjentka dr Brizendine dawała swej trzyletniej córeczce zabawki odpowiednie także dla chłopców, m.in. czerwony wóz strażacki. Dziewczynka włożyła jednak samochód do wózka, przykryła go kocykiem, kołysała i śpiewała słodkim głosem: "Nie martw się, mały samochodziku, wszystko będzie dobrze".
Co zostało w ten sposób, całkiem słusznie zresztą, podsumowane w omawianym artykule:
Z pewnością gdyby podobną książkę napisał mężczyzna, rozpętałaby się burza. Przez lata feministki zaprzeczały, że między męskim a kobiecym mózgiem istniała naturalna różnica.
To jednak nie wszystko, oto okazuje się, że:
W ubiegłym roku wybuchł skandal, w wyniku którego musiał ustąpić ze stanowiska Lawrence Summers, rektor renomowanego Uniwersytetu Harvarda. Summers podczas wykładu wyraził pogląd, iż "uniseksualne" wychowanie skazane jest na porażkę. Opowiadał, jak podarował swej córeczce dwie ciężarówki-zabawki. Dziewczynka natychmiast uznała je za "ciężarówkę-mamusię" i "ciężarówkę-tatusia".
Pan rektor wyciągnął z tego logiczne wnioski. "Oburzenie było tak wielkie, iż uznany za 'kryptoseksistę' rektor w niesławie złożył dymisję." To by mogło teoretycznie kogoś zaszokować, nawet by powinno, ale nikogo, kto nieco choćby zna stosunki na amerykańskich uniwersytetach i obowiązującą tam polityczną poprawność, to nie zdziwi.

Mnie jednakże uderzyło nie to, tylko coś całkiem innego. Czy ktoś inny może zwrócił też na to uwagę? Otóż czytamy, że Summers "wyraził pogląd, iż 'uniseksualne' wychowanie skazane jest na porażkę". "Skazane na porażkę", a zatem się nie uda. Nic jednak nie zostało powiedziane na temat losu dzieci poddawanych temu wychowaniu, prawda? Wolno zatem dokonywać radykalnych eksperymentów na osobowościach dzieci, i jedynym problemem jest to, że "może się nie udać".

Ayn Rand (za którą osobiście wcale  tak nie szaleję, jak wielu innych, mniej lub bardziej autentycznych prawicowców) napisała mimo wszystko kilka tekstów ważnych i znakomitych. Jeden z nich nosi tytuł Comprachicos i jest równie przerażający, co słuszny. Co to znaczy comprachicos? Zacytujmy samą Ayn Rand, w końcu warto pokazać, że kobiety potrafią nie tylko ruszać z posad bryłę świata i w pseudonaukowy sposób bredzić, ale i czasem pisać z sensem.
Comprachicos (...) stanowili dziwne i skryte zrzeszenie nomadów, sławne w siedemnastym wieku, zapomniane w osiemnastym... nieznane dzisiaj...
Comprachicos (...) jest złożonym hiszpańskim słowem, które znaczy "kupcy dzieci".
Comprachicos handlowali dziećmi.
Kupowali je i sprzedawali.
Nie kradli ich. Porywanie dzieci to całkiem inne zajęcie.
A co robili z tymi dziećmi?
Robili z nich potwory.
Po co?
Dla śmiechu.
Ludzie potrzebują śmiechu, tak samo królowie. Miasta żądają widowisk z klaunami i dziwolągami, pałace żądają błaznów...
Aby wyhodować dziwoląga, trzeba się wcześnie do tego zabrać. Karła należy zacząć tworzyć, gdy jest jeszcze mały...
A zatem jest to sztuka. Byli oni wychowawcami. Zabierali człowieka i zmieniali go w pokrakę, zmieniali jego twarz w mordę. Hamowali wzrost, kaleczyli rysy. Sztuczna produkcja przypadków teratologicznych rządziła się własnymi zasadami. To była cała nauka. Wyobraźmy sobie ortopedię na odwrót. Gdzie Bóg dał proste spojrzenie, ta sztuka stwarzała zeza. Gdzie Bóg stworzył harmonię, tam wprowadzali zniekształcenie.
Więcej? Proszę bardzo:
Comprachicos deformowali nie tylko twarz dziecka, wymazywali też jego pamięć. Przynajmniej o tyle, ile mogli. Dziecko było nieświadome okaleczenia, jakiego doznało. [...] Mogło co najwyżej pamiętać, że pewnego dnia zostało zabrane przez jakichś ludzi, potem zasnęło, a jeszcze później ci ludzie je leczyli. Co leczyli? Nie wiedziało. Nie pamiętało oparzeń siarką i nacięć żelazem. Podczas operacji comprachicos używali uchodzącego za magiczny oszałamiającego proszku, który uśmierzał ból, powodując, że mały pacjen tracił przytomność...
No to może jeszcze mały fragmencik:
W Chinach od niepamiętnych czasów istniała szczególnie wyrafinowana odmiana tej sztuki i przemysłu: formowanie żywego człowieka. Dziecko w wieku od dwóch do trzech lat wkładano do porcelanowego wazonu o mniej lub bardziej groteskowym kształcie, pozbawionego pokrywy i dna, tak że głowa i nogi swogodnie z niego wystawały. W dzień ustawiano wazon pionowo, na noc kładziono, by dziecko mogło spać. Tak więc dizekco, powiększając się, ale nie rosnąc, powoli wypelniało wnętrze wazonu swymi zgniecionymi członkami i pokręconymi koścmi. Taki "zabutelkowany" rozwój trwał kilka lat.
Nie, już naprawdę więcej nie mogę! Ale czy z czymś się to nie powinno nam kojarzyć? Sama Ayn Rand do comprachicos porównuje "postępowych" wychowawców, mnie też z nimi przede wszystkim się to kojarzy. Szokujące jest, przynajmniej w moich oczach, że dziś ci hodowcy dzieci w dzbanach potrafią się bez cienia żenady swymi "sukcesami" chwalić, nad porażkami zaś płakać, domagając się współczucia. Oraz że najgorszą rzeczą, jaką na temat tego procederu kastrowania dzieci ma do powiedzenia pani neuropsychiatra i oglądana przez miliony ludzi witryna jest, że "jest skazany na porażkę".

A może jednak nie jest? Może należy się po prostu mocniej zmobilizować, mocniej uwierzyć w świetlaną przyszłość? I jeszcze silniej zapałać świętym oburzeniem, uświadomić sobie jeszcze dobitniej, że tak się wykuwa NOWY CZŁOWIEK... Potem zaś jeszcze wyżej wznieść sztandar i jeszcze mocniej wpieriod! Cóż wobec takich spraw znaczy płacz i krzywda jednostek?

To, że okalecza się przy tym dzieci, nikogo nie zdaje się dziś przesadnie szokować. Ale cóż się dziwić, skoro przecież i dorośli są na codzień poddawani podobnej obróbce, i nadal uważają się za ludzi wolnych, mądrych, przyzwoitych - ba, konserwatystów nawet. Może jest tak, że z dziećmi to się jeszcze nie całkiem udaje, słychać nawet tu i ówdzie defetystyczne głosy, że to "skazane na porażkę", ale my, dorośli, zostaliśmy już ukształtowani i ślicznie dopasowani do naszych dzbanów o groteskowych kształtach?

Tylko, że nawet nie ma się z tego komu pośmiać, a przynajmniej tych wesołków nie spotykamy osobiście na ulicy. Jeśli gdzieś są, to oglądają nas z daleka, na jakichś ekranach albo przez przydymione szyby limuzyn. Rycząc ze śmiechu na widok naszych coraz ucieszniejszych kształtów i pokracznych, kalekich ruchów. Z dziećmi może się nie do końca wszystko udaje, ale pozostają przecież dorośli. Czyli my. Co za szczęście! Z nami nie ma większych problemów - dajemy się kształtować do woli i jeszcze jesteśmy z siebie z tego powodu niesamowicie dumni. Z roku na rok nawet jakby coraz bardziej dumni.

(Komentowany w tym tekście artykuł jest tutaj:

http://wiadomosci.onet.pl/1376910,242,kioskart.html.)

czwartek, grudnia 07, 2006

Szokujące informacje, ale Polacy jak zwykle wolą seriale i ględzenie o niczym

Na blogu Wojciecha Wierzejskiego można znaleźć informację, która rzuca masę światła na obecne "afery". Dziwne tylko, że tak mało interesują się tym polskie służby, nie mówiąc już o zwykłych rodakach. Ale cóż, długoletnie wychowywanie na serialach, "Tańcu z gwiazdami", "Szkle Kontaktowym" i "Europa da się lubić" robi swoje.

Otóż Wierzejski podaje, że "organizatorem neonazistowskiego pikniku na Śląsku była osoba starająca się o obywatelstwo niemieckie i mająca niemieckie pochodzenie", co bardzo uprawdopodobnia tezę, iż jest to agenturalna robota ze strony "naszych przyjaciół zza zachodniej granicy". Samo nazwisko tego pana, Schmidt, też raczej tego podejrzenia nie rozwiewa, choć oczywiście samo w sobie nic by nie znaczyło.

Wierzejski podaje także kilka innych bardzo zastanawiających faktów związanych z wydawnictwem Axel Springer, którego polskojęzyczny "Dziennik" rzekomo wykrył, a potem roztrąbił "nazistowskie" party z rzekomym udziałem Młodzieży Wszechpolskiej.

Oto link do całości: http://wierzejski.blog.onet.pl/2,ID154686609,index.html

Cała sprawa - to znaczy nie tylko ten "nazizm", ale także dzisiejsze "jednorazowe badanie" Leszka Bubla, no i oczywiście "afera seksualna" - wygląda w moich oczach niezwykle wprost niepokojąco. Jestem pewien, że Bolek już gryzmoli prośbę o bratnią pomoc, na wypadek, gdyby wszystko nie dało się załatwić gładko i po cichu. Platforma ożyła, zachód sparaliżowany rosyjską bezczelnością i ich Polonem 210...

Nastrój moich obecnych myśli, przynajmniej tych na tematy polityczne, nieźle oddaje ten oto tekst Przemysława Kudlińskiego (choć sam nie jestem tak antyamerykański i nie mam takich podejrzeń co do wojny z terroryzmem): http://iskry.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=525

Powiedzmy sobie uczciwie, nigdy nam nie będzie łatwo, narodowe tragedie i groźba całkowitej utraty niepodległości zawsze będą na nas czychały - ale żeby chociaż Polacy nie byli takimi cholernymi tchórzliwymi i głupio-mądrymi idiotami! Każdy nas kupi i sprzeda za nasze własne pieniądze, będziemy lizać każdą dłoń, nie widząc bata, który na nas trzyma druga. Naprawdę, czasem odechciewa sie wszystkiego. Jakim durniem, jaką skurwysyńską sprzedajną kurwą można tu być, żeby jeszcze śmieć się podawać za Polaka i mieć prawo decydować o polskich sprawach?

triarius