niedziela, czerwca 22, 2008

Koneczny, Spengler i ten tam na T. (odc. 1)

Wraz z początkiem lata Letni Uniwersytet Trzeciego Wieku otwiera swoje podwoje. (Młodych to i tak nie obchodzi.)

Porozmawiajmy sobie o historii, w takim nieco bardziej syntetycznym ujęciu...

Otóż niektórzy znajomi moją fascynację Spenglerem zbywają stwierdzeniem, że oni mają Konecznego, któren jest wielki, i żadnego Spenglera nie potrzebują. W dodatku Koneczny gdzieś się tam podśmiewa ze Spenglera ambicji, by w Kulturach/Cywilizacjach (bez wchodzenia w tej chwili w konkretną terminologię obu tych panów) dostrzec coś w rodzaju żywych organizmów.

Nie powiem, by mnie te argumenty przekonywały. W bronieniu się tych ludzi przed Spenglera magnum opus - a mówimy tu o wersji kompletnej, nieskastrowanej, która liczy niemal 1000 stron i po polsku nie jest dostępna - dostrzegam parę motywów, które nie są może wstydliwe dla tych osób, ale tym bardziej nie świadczą przeciw Spenglerowi. Konkretnie widzę w tym przede wszystkim zdrowy i patriotyczny stosunek do własnego języka. Który ma u tych osób dominującą i niemal monopolistyczną pozycję w stosunku do innych narzeczy... Zgodnie z zasadą głoszoną przez kabaret Elita, w zamierzchłych czasach, kiedy naprawdę byli elitą, nie zaś radnymi z ramienia Platformy (Po latach: NIGDY PLATFORMIANYMI RADNYMI NIE BYLI, TO ZBIEŻNOŚĆ NAZWISK, MÓJ BŁĄD, SORRY!) . Ta zasada to, cytuję:
Uczcie się dziewczyny - UND CHLOPCY!
Języków cudzych - UND OBCYCH!
Gutten Morgen kolego!
Grunt to about lingwistyka.
Przede wszystkim zaś polskiego
Uczcie się - JĘZYKA!
(Z ogromnym, może nawet nieco przesadnym, akcentem na dwie ostatnie linijki.) Całkiem rozumiem, że jeden, własny, język, to jak jeden do perfekcji opanowany instrument. W końcu najwięksi instrumentaliści są z reguły wierni jednemu, wybranemu instrumentowi. Jednak kiedy to nie pozwala zapoznać się z najważniejszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek napisano, zaczynam tu dostrzegać pewien problem.

No dobra, tyle w tej językowej kwestii. Teraz ustalmy sobie co mówi Koneczny, i co z tego wynika... Oraz jak ma się to do tego co mówi Spengler. (Ale to tylko w największym zarysie, bo tego się nie da streścić na blogowy tekst, nawet o mojej długości.) No i kto to jest ten trzeci na T, co mówi, i dlaczego nie wymieniamy go dotąd z nazwiska.

Koneczny (którego wielkim znawcą nie jestem, ale coś tam kojarzę) mówi, że istnieją różne cywilizacje, różniące się przede wszystkim swymi systemami prawa, te zaś systemy prawa rzutują na praktycznie wszelkie aspekty ich życia. No i Koneczny opisuje te cywilizacje (choć nie wszystkie zdążył opisać bardzo dokładnie), a jego obserwacje i analizy wydają mi się celne. W ramach tych założonych przez owego uczonego założeń i zamiarów.

Koneczny wyjaśnia powstanie cech dominujących w różnych cywilizacjach dość precyzyjnie i historycznie, jednak trzeba sobie od razu powiedzieć, że same wnioski są absolutnie ahistoryczne - dana cywilizacja ma takie czy inne cechy, w taki czy inny sposób wpływa na życie ludzi do niej należących, oni mają taką czy inną mentalność... I to się nie zmienia. W każdym razie Koneczny nam nic o zmianach nie mówi, o wyjaśnianiu ich genezy i przebiegu nawet nie wspominając.

Może tak jest z powodu jego głębokiego przekonania, iż to się nie zmienia i każda cywilizacja, kiedy już nabierze swego charakteru, trwa do końca, chyba że ją coś zniszczy... Może jednak wynikać raczej tylko ograniczeń samej metody. Nie potrafię tego rozstrzygnąć. Choćby dlatego, że choć Koneczny wydaje mi się zarówno interesujący jak i istotny, o wiele bardziej przekonuje mnie opis proponowany przez Spenglera.

Nie żeby one były aż tak niekompatybilne, jak się ludziom wydaje! Szczególnie ludziom, którzy Spenglera właściwie nie znają, bo przecież tak się zabawnie składa, że ci, którzy znają Spenglera, nie znają Konecznego, i odwrotnie. (No bo Polakom dużo łatwiej poznać Konecznego, ze Spenglerem są zaś, jak już mówiłem, problemy, zaś z ludźmi spoza Polski jest mniej więcej odwrotnie.)

Argument, iż słowa "cywilizacja" i "kultura" mają całkiem inne znaczenie u obu tych myślicieli, z czego miałoby wynikać, iż same te rzeczy ("byty", ale to brzmi zbyt uczenie na wykład LUTW) są u obu tych panów całkiem inne, a więc niekompatybilne... Argument ten jest po prostu bez sensu i najgorzej świadczy o edukacji w naszym nieszczęsnym kraju. Możemy sobie przecież "cywilizację" i "kulturę" u Konecznego zastąpić symbolami np. J23 i J24, zaś "cywilizację" i "kulturę" u Spenglera przez XX6 i XX9. Potem zaś możemy sobie o tych sprawach rozmawiać, nareszcie sensownie. Nic się przecież nie zmieni poza znakami i wibracjami powietrza.

To że ktoś używa tego samego słowa do nazwania różnych rzeczy - a tutaj są to jednak rzeczy różne, choć mają oczywiście pewien ze sobą związek, tyle że nie ma sensu od tego związku wychodzić, trzeba co najwyżej do niego dojść - o niczym nie świadczy. Wątpiących zachęcam do poszukania sobie w słowniku francuskim i angielskim słowa "pet", albo w angielskim i szwedzkim słowa "fart". ("Kiss" zresztą też mogą sobie poszukać.)

Koneczny z pewnością jest interesujący i wart czytania. Wynikają też z niego ważne wnioski natury ogólnej i praktycznej. Jakie? Najważniejszy jest ten - mówię oczywiście całkowicie subiektywnie, bo cały ten wykład jest zbiorem moich subiektywnych przemyśleń i nawet nie próbuję się podpierać autorytetami czy didaskaliami - że cywilizacje nie dają się mieszać. Cywilizacja zmieszana z paru innych jest niezdolną do życia hybrydą, wpływy jednej cywilizacji na drugą, jeśli dotyczą samej istoty rzeczy, są po prostu szkodliwe i na dłuższą metę zgubne. Niezwykle niepoprawna politycznie to teza, ale właśnie to, że za taką jest uznawana, potwierdza, paradoksalnie, jej prawdziwość. Sapienti sat.

Ten wniosek jest najważniejszy. Bez porównania moim zdaniem najważniejszy, w każdym razie dla politycznej praktyki i wyborów na przyszłość. Inny ważny wniosek z dzieła Konecznego - o ile oczywiście ma on w swych analizach rację - to ogromne znaczenie prawa, które przecież determinuje cała cywilizację. Koneczny, o ile wiem, nie wyjaśnia i nawet nie próbuje wyjaśniać, dlaczego dany lud "wybiera" taki a nie inny system prawa. Prawdopodobnie zależy to głównie od rządzących i przypadku.

W takim razie jest w tym cień sugestii, że zmiana prawa mogłaby zmienić całą cywilizację, czy też stworzyć nową. Nie robię z tego oczywiście Konecznemu żadnego zarzutu, bo byłoby to durne - tym bardziej, że te wniosek, w odróżnieniu od poprzedniego, wyraźnie wyrażonego przez samego Konecznego, jest jedynie moim prywatnym - jednak trzeba sobie powiedzieć, że ta z kolei myśl niesie z sobą dość niemiłe i mało prawicowe sugestie. Lub raczej zaproszenia do pewnych działań. Implicite. ale jednak.

Stanowi ona swego pewną zachętę dla wszelkich wielbicieli społecznej inżynierii i stwarzania nowego człowieka. Nie sądzę, by nasi nowi totalitaryści z Brukseli i podobnych miejsc czytywali akurat Konecznego, lepiej jednak dla nas, by tego nadal nie robili. To, że kultury mieszane są z definicji chore i skazane na upadek, wcale by ich prawdopodobnie nie pohamowało, raczej przeciwnie. Zresztą obawiam się, że wiele z tego co oni robią, robią właśnie w tym celu. I całkiem możliwe, że podpierają się przy tym dwoma pozostałymi z naszych tytułowych myślicieli. Ale o tym już następnym razem.

c.d.n (Deo volente)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, czerwca 18, 2008

Ciemność w południe - odsłona druga

Połowa irlandzkich rustykałów, plus jeszcze paru, nie zrozumiało dziejowej konieczności, i już mamy powtórkę z historii ostatniego półwiecza. Historii intelektualnej w każdym razie - i na razie: z przesubtelną dialektyką, wiatrem historii, dziejową koniecznością... Aż ciekawość bierze, czy tym razem też będziemy mieli szczęście oglądać pokajania niektórych z tych ludzi, którzy w młodości dali się uwieść "pięknej idei", czy może ukąsić, jeśli nie akurat Heglowi, to jakiemuś Schumanowi czy Adenauerowi. Nic nowego pod słońcem.

Owe ukąszenia, owe wiatry historii mają różne warianty i różne, chciałoby się powiedzieć, stopnie wtajemniczenia. Przedwczoraj słyszałem na WSI24 prof. Staniszkis. Ta kobieta już dawno odpłynęła w dal i z normalnymi ludźmi, oraz z realnym światem, łączy ją ew. tylko to, że czasem chadza do totalety. Choć i to nie jest dla mnie już tak pewne, bo pani profesor wygląda na doszczętnie i bez nadziei na ratunek przeanieloną i ukąszoną naprawdę nieludzko wiatropędną dialektyką.

Opowiadała ona w tym programie rzeczy nad wyraz przedziwne, co u niej normalne, ale najbardziej mnie zachwyciło, gdy tłumaczyła, że (cytuję z pamięci): "Traktat Lizboński jest wspaniały, bo wzmacnia państwa narodowe (wbrew zarzutom oszołomów), ustanawiając jednocześnie dla nich wspólne kierownictwo, wyznaczające im cele". W zrozumiałym i mniej pokrętnym języku musi to oznaczać, że: "Traktat Lizboński jest wspaniały, bo ustanawia władzę Brukseli (czy innego Berlina lub Jerozolimy, która tę Brukselę ew. opanuje), pozbawiając jej jednocześnie wszelkiej odpowiedzialności, która spada na państwa narodowe". Czyli wymarzone rozwiązanie dla wszelkich totalitarystów, zgodnie z zasadą "Car super, tylko urzędnicy świnie".

Powiem szczerze, że kiedyś, we wczesnych latach tzw. stanu wojennego, ceniłem panią profesor (wówczas docent). Mówiła z niezłym sensem i ostro krytykowała komuszą władzę. Teraz nawet nie muszę się zastanawiać, dlaczego krytykowała. Po prostu jej pozwalano. Dlaczego jej pozwalano? Też nie za bardzo muszę się zastanawiać. W każdym razie widzę, jak naiwny był człowiek, bo kiedy gdzieś w połowie lat '80 czytałem w Szwecji Aleksandra Zinowiewa, jego teza, iż każdy opozycjonista był jednocześnie ubekiem, a każdy ubek opozycjonistą, wydawała mi się ukłonem autora w stronę groteski i odejściem od obiektywnego opisu sowieckiej (oraz prlowskiej) rzeczywistości.

Jakiż głupi był do niedawna człowiek! A przecież ja miałem akurat wyjątkowo mało złudzeń co do istoty komunizmu i naszej z nim walki. Zawsze mówiłem kumplom z podziemia, że to "rewolucja much w butelce", i że tylko od czyjejś niemal losowej decyzji zależy, żeby nas wszystkich wymordowali. Na szczęście, jak to celnie ostatnio zauważył Andrzej Gwiazda, Bolek był agentem, więc nie musieli. Słaba pociecha, ale jednak.

Argumentacja pani profesor była z kategorii ukąszeń dialektycznych i o wiele ponad poziomem typowego niedokształciucha, robiącego w Unii i III RP za inteligencję. Tutaj pani profesor nawet niespecjalnie się kompromitowała, bo i przed kim? Jednak i ona musiała powtórzyć brawurowy argument wszystkich proojro-niedokształciuchów, ten mianowicie, że "sto tysięcy Irlandczyków zablokowało". Nie sto, kochane niedokształciuszki, bo mnie żeście przecież o zdanie nie pytali, prawda? A więc co najmniej sto tysięcy i jeden!

To, że wszystkie te dyżurne niedokształciuchy tak się chętnie kompromitują, nieco mnie niepokoi. Oznacza to bowiem - używając słów red. Michalkiewicza - iż "siekiera do pnia już przyłożona". Niedokształciuchy po prostu muszą i nie mają wyjścia, albo też wiedzą, że opinia motłochu, choćby myślącego, nie ma już żadnego znaczenia. Wobec historycznej konieczności i wiatru od zadu wielkiej idei... I tak dalej.

Niedokształciuchy pomniejszego płazu, jak to premier Tusk (jak by nie było absolwent gdańskiego U., marnego, ale jednak U.), całkiem już nie owijają w bawełnę. Przyjechała doń wczoraj (i do nas też, do Gdańska znaczy) kanclerz Merkel... Nie wiadomo nawet czy po to, by premiera Tuska hamować - bo krwiożerczy on przecież strasznie i sędziów piłkarskich by mordował jak muchy... Czy też żeby go właśnie zagrzać do boju. Czyli do pyskowania. W każdym razie Tusk, nasz premier kochany, powiedział Irlandczykom, że się na nich nie obraził. Czyli dał tej irlandzkiej hołocie do zrozumienia, nie będzie sankcji - po prostu władze Unii będą miały wynik ich demokratycznego referendum głęboko w dupie. I niech się Ajrisze cieszą, bo mogłoby być gorzej!

Do tego zgodnego chóru przyłączył się nawet Prezydent. Nie jestem całkiem pewien, czy mu tego nie wyrwano z kontekstu, ale nie oszukujmy się - Prezydent to nie prawica, tylko centrum, i wielkiej niechęci do Unii nie odczuwa. Zresztą i tak by to go od razu przekreśliło w tym wszawym kraju jako siłę polityczną, więc choćby był, nie mógłby tego po sobie dać poznać. W każdym razie powiedział, że "musimy Irlandczyków spytać, co im się w traktacie nie podobało". Powiedziałbym, że mnie się to kojarzy z sytuacją z cyklu: "lampką w oczki i co wam się obywatelu we władzy ludowej nie podoba?" Chodzi jednak o Prezydenta, więc tego nie powiem.

W podsumowaniu powiem za to, iż cała ta sytuacja zaczyna mi bardzo zalatywać tą opisaną w sławnej powieści Koestlera "Ciemność w południe". Ludzie, których nie zachwyca cokolwiek z tego co robi Unia, są w tej samej dokładnie sytuacji, co bohater tamtego utworu. W końcu nikt prawie nie jest przeciw Unii jako takiej, prawda? Poza nielicznymi oszołomami, całkowitym marginesem. Jeśli zaś akceptuje się Unię, to akceptuje się ją w całości. Inaczej to nie jest żadna akceptacja Unii. Unia zaś ma swoje cele, choć zdradza je maluczkim po kropelce, kiedy przychodzi na to pora... Unia ma też swoją dynamikę. "Nie podoba wam się obywatelu DYNAMIKA Unii? Odrzucacie historyczną konieczność pogłębiania europejskiej integracji?!"

Jak więc można mieć wobec Unii jakiekolwiek zastrzeżenia, że spytam? Jeśli się ją z zasady akceptuje, a ona ma taką właśnie dynamikę... Czyż dynamika właśnie nie jest tym, co najważniejsze? Bo cóż może być ważniejsze od dynamiki? Stan obecny, chwilowy? To jedynie pozór, Maja, fatamorgana! Przeszłość? Żarty robicie sobie obywatelu? Wybraliśmy przecież PRZYSZŁOŚĆ, prawda? Wszyscy, wsie w mieście, demokratycznie! Nie znacie towarzyszu zasad realizmu socjalistycznego? Hę?

Przewiduję więc w najbliższym czasie "cięcie po skrzydłach" polegające na tym, że zostaną zaatakowani ci - nieliczni, zgoda - oszołomowie, którzy Unię po prostu w całości odrzucają. W sensie, że dla nich nie ma w niej wiele dobrego i cała Unia może sobie swobodnie na drzewo. Nie sądzę, by ich od razu rozstrzeliwano, chyba żeby stawiali ostry opór. W każdym razie nie od razu. Ale propaganda, łagodniejsze środki przymusu, naciski ekonomiczne, odbieranie dzieci... Jak najbardziej. Z całą resztą Unia sobie bez trudu poradzi - oni są już złapani w dialektyczną pułapkę bez wyjścia. Gdyby ktoś jeszcze nie wierzył, albo nie wiedział o jakiej pułapce mówię, niech sobie (znowu) przeczyta "Ciemność w południe"!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
P.S. Zapomniałem obrazka, który zamierzałem tu wkleić. Jest cholernie pouczający, choć błyskotliwie prosty, kiedy już się wpadnie na pomysł. Oto on:

niedziela, czerwca 15, 2008

Wojna konserwatyzmów

Roboty nadal będzie w bród, forsy też - zarówno w formie legalnych pensji, jak i najprzeróżniejszych lodów... Cała machina będzie się nadal kręciła, mniejsza o tempo, byle kierunek był odpowiedni i nie stało w miejscu. Lud pokazał wprawdzie, że w swych mniej uświadomionych warstwach konieczności dziejowej nie rozumie, ale to przecież tylko wtedy, gdy mu ktoś jakieś referendum zorganizuje - w innym przypadku lud NIE, ani tym bardziej WON, z pewnością nie powie.

Jest więc w tym NIE, w tej lekko przyżółconej karteczce, którą ludność Irlandii dała ojrobiurokracji i jej wielkim planom jakikolwiek w ogóle problem dla tych ostatnich? Jakieś tam drobne problemy faktycznie mogą być. Bo to i co poniektóry świeży i wciąż naiwny ojroneofita może przepłakać kilka nocy z żalu, że go nie kochają tak, jak tego oczekiwał. Jest też minimalne zagrożenie życia ojrobiurokratów: kiedy taki wpadnie do rzeki, a nie umie pływać, okazuje się, jakkolwiek to szokujące i przykre, że być może nie byłoby dlań najlepszą strategią wykrzykiwać "Jestem Wysokim Eurokomisarzem do Spraw Walki z Homofobią i Połowami Dorsza, pomocy!"

W sumie jednak lud z biurokracją nie wygra, jeśli ta będzie działać odpowiednio powoli, odpowiednio niewielkimi kroczkami. A czasu to ona ma, bez obawy! Żaden zatomizowany lud nie wygra z ogromną biurokratyczną machiną o ogromnych, choć odpowiednio mętnie sformułowanych kompetencjach, całkowicie przed tym ludem nieodpowiedzialną - zarówno w całości, jak i pojedynczo... Tym bardziej, że ten lud staje się w stworzonym mu świecie konsumpcji, łatwej rozrywki i odpowiednio spreparowanej informacji, z dnia na dzień zatomizowany coraz bardziej.

Jak lud ma wyrazić swój protest, skoro nie tylko przepaść w ew. uzbrojeniu między nim a władzą - która jeszcze, mówię o przepaści, w dziewiętnastym wieku drobna, obecnie jest ogromna... Ale także skoro by ten lud mógł się dzisiaj do czegokolwiek skrzyknąć, konieczne jest używanie do tego internetu, a coś takiego w każdej większej skali władza od razu wykryje. I nikt w dodatku nikogo prawie naprawdę i osobiście nie zna, więc nie może nikomu ufać, a jeśli zaufa, można się założyć, że to właśnie będzie agent. (O takich trudnouchwytnych sprawach, jak sama natura dzisiejszego masowego człowieka - wielkomiejskiego "kształcunego" leminga schyłkowej epoki - nie będę już nawet szerzej wspominał, choć w mojej opinii to właśnie ma zapewne największe znaczenie.)

Tak więc, jeśli mnie moje zwykłe wyczucie historycznych trendów nie myli, Ojrounia nie będzie miała większych problemów ze zrobieniem tego, co zrobić zamierzała, a brzydcy Irlandczycy jej nabruździli niewiele. Zrobi to, po prostu nieco bardziej biurokratyczną i zakamuflowaną metodą, nieco wolniej. Gdzie może zacząć napotykać pierwsze poważne problemy? Może nigdzie, i pojedziemy gładkim szusem do Świetlanej Przyszłości, do Nowego Wspaniałego Świata.

Tak faktycznie może być, ale w tym celu lud musiałby się jeszcze nieco bardziej... Jak to powiedzieć? O! - "zeuropeizować". Chyba każdy rozumie co mam na myśli. Bo jeśli lud pozostanie na obecnym poziomie europeizacji, to, choć wysoki jest to poziom bez wątpienia, mogą się zacząć pewne problemy, kiedy Unia zostanie już państwem i np. trzeba będzie egzekwować kary dla różnych oszołomów. Taki oszołom potrafi bowiem (aj waj!) - a w każdym razie niewykluczone że spróbuje, jeśli się na Unię w dziecinny sposób obrazi (aj waj!) - robić rzeczy tak straszne, jak spalenie ojroflagi (aj waj!), wsadzenie jej w gówno (j.w.), pisanie na blogu antyojro treści, krzywe spojrzenie na przedstawiciela ojroelity (który w dotatku mógłby być rabinem, aj waj!)...

I to trzeba będzie oczywiście tępić. W majestacie prawa. Całym. Wtedy zaś istnieje śladowe ryzyko, że inne oszołomy zaczną w tej sprawie - w sprawie tego "prześladowania" wolności słowa i takich tam - wariować. I dalej demonstrować antyeuropejskie postawy. Posuwając się (aj waj!) do wkładania w gówno jeszcze większej ilości ojropejskich flag! (Czyż muszę pisać, co tutaj powinno być? Czytelnik sobie z pewnością sam "aj waj!" dośpiewa.)

To jest ta pierwsza możliwa przeszkoda. Żadna nilowa katarakta, z pewnością, ale jednak Unia woli nie ryzykować, a Unia ma czas, więc ryzykować nie musi. Nie, żeby zaniedbywać miała sprawę wychowania Nowego Ojroczłowieka. W tym celu... Słuchajcie, słuchajcie, bo to wielu z was zaskoczy! W tym celu posługiwać się będzie... KONSERWATYZMEM! Nie żeby już dzisiaj tego nie robiła. Unia ma już przecież swoich Ujazdowskich, a nie dalej niż wczoraj Saryusz-Wolski odgrażał się mi na WSI24, że mi (słuchajcie, słuchajcie!) "będzie tłumaczył Europę". W dodatku to miał być "dialog", ale spytać mnie niestety zapomniał, czy i jakie to sprawy to ja z kolei bym mu miał ochotę wytłumaczyć.

Oczywiście, lewaccy hunwejbini są ważni! W pewnym sensie to nawet podstawa. Jednak sama natura hunwejbina polega na tym, że się władza do niego za bardzo nie przyznaje. Starczy podszczuwanie, zapładnianie i tolerowanie. (Takich prostych rzeczy muszę tych moich czytelników uczyć?) Prawdziwą siłą uderzeniową Unii - jej "kowadłem", jak to stosowane przez armię Aleksandra, są konserwatyści właśnie. (Podczas gdy lewactwo jest oczywiście, skorośmy przy starożytnej sztuce wojennej, "młotem", czyli konnicą, naganiającą wroga na kowadło.)

Konserwatyzm to dla mnie piękna idea i jedyna uniwersalna polityczna ideologia, którą potrafię brać poważnie. (Nauka Kościoła Katolickiego to jednak nieco inna sprawa.) Oczywiście właśnie dlatego, że konserwatyzm to właściwie "antyideologia". Czyli odrzucenie wszelkich "prawdziwych" ideologii. Które są z definicji w najlepszym przypadku b. strywializowaną filozofią, a w gorszych utopijnym wariactwem, w każdym zaś razie jakąś abstrakcyjną "Prawdą", w odróżnieniu od Faktów, na których powinna być budowana polityka. (Ja po prostu nie wierzę w ideologie, które odnoszą się rzekomo tak samo wspaniale do Polski, Ekwadoru i powiedzmy Botstwany, sorry Korwin!)

Nie ma jednak róży bez kolców, więc konserwatyzm, właśnie w wyniku tego, że to antyideologia, b. jest ogólny. Z czego wynika, że daje się interpretować na najróżniejsze sposoby. No bo i Ujazdowski głosi się konserwatystą, ja zaś nie mogę mu prawa do tego tytułu odmówić, i ja też się głoszę. I dotychczas (wow!) nawet jeszcze żadnego certyfikatu do tego Ujazdowskiego czy, jego któregoś z jego kompanów, nie potrzebuję, co mnie różni od np. oscypka.

I teraz... Ten "europejski" konserwatyzm zwalcza i zwalczać będzie wszystko co "rewolucyjne" (w mniejszym lubi większym cudzysłowie), czyli wszystko co zakłada gwałtowne zmiany. Nie daj Boże, gdyby jeszcze miały być przeprowadzone w sposób "niekonstytucyjny", czy w ogóle gwałtowny! I oczywiście "europejska konstytucja" - jak by się oficjalnie nie nazywała i jak pokrętnymi metodami nie udałoby się jej ojrototalitarystom przepchać - także się liczy. Wara od niej, bo będziemy odcinać ręce i nie tylko (a tow. Środa wreszcie dozna zaspokojenia)!

Bardzo ładnie się to wszystko komponuje z nowym modelem demokracji, który co pilniejsi oglądacze przeświatłych i przemundrych programów w TV już poznali. Inni nie poznali i sami sobie są winni, prawda? Jak to mowi prawo rzymskie? "Nieznajomość obowiązującego prawa nie jest okolicznością łagodzącą." Że to tutaj nie całkiem się stosuje, o to mniejsza. Kto w końcu prawo, także rzymskie, interpretuje? Ciemny lud, kompromitujący się co pewien czas niezrozumieniem Europy? Czy też elity?

Właśnie, dobra odpowiedź - elity! No i teraz te elity się reprodukują przez kooptację. To właśnie jest nowy model demokracji. O którym większość plebejów - uważających się nadal za "suwerenny lud" - oczywiście wiedzieć nie musi i raczej nie powinna... Przynajmniej do czasu, gdy się wprowadzi odpowiednie środki... Kto rozumie, ten rozumie, a reszta niech sobie włączy jakiś serial. Albo mecz w piłkę.

Ten nowy model demokracji jest na razie nieźle przez masy proletów i elity mniejsze łykany. Jednak w momencie zaostrzenia się walki klasowej mógłby zacząć być kontestowany. Na szczęście są elity większe, czyli kto? Konserwatyści! Właśnie, brawo! Taki konserwatysta będzie własną piersią bronił elit - bo przecież konserwatyzm szanuje elity i uważa je za coś niezwykle istotnego... Oraz będzie też taki konserwatysta fukał i zapluwał się na wszystko, co trąci rewolucją.

Zaś bez rewolucji nie da się oczywiście zmienić tego, co w Europie, w wyniku II Wojny
Światowej, Zimnej Wojny i tych ostatnich przedziwnych, a jakże brzemiennych w skutki, 20 lat powstało. A więc konserwatysta, w "europejskiej" wersji, całkiem ze swego punktu widzenia uczciwie i z pełnym przekonaniem będzie wszystkie te dążenia zwalczał, a tym samym bronił Unii. Oraz tego, do czego ona dąży... Choć przecież jakiś inny konserwatysta, o nieco innych konserwatywnych priorytetach, rzekłby, i słusznie, że to całkowicie z konserwatywnym ideałem sprzeczne.

Wot zagwozdka, prawda? Deo volente, a także jeśli P.T. Czytelnicy wykażą zainteresowanie tym tematem, spróbuję wkrótce wyjaśnić jak JA osobiście rozumiem konserwatyzm - taki, przed którym zadrży zlana zimnym potem Ojrounia i ci wszyscy jej nadworni konserwatyści (niech im nawet będzie, że bez cudzysłowu).

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

P.S. Que será será, jednak nie odmówię sobie wklejenia tu przecudnego obrazka komentującego kopniak wymierzony Unii przez Irlandczyków. W istocie powstał on jeszcze przed, jako wyraz życzeń całkiem niemałej części Polaków. Oto...

sobota, czerwca 14, 2008

Koniec planów IV Rzeszy - czy raczej koniec demokracji w Europie?

Lesbijski traktat dostał od ludu Zielonej Wyspy kopa. I bardzo miło, jednak nie przywiązywałbym do tego dużo większej wagi, niż do innych przyjemnych a zaskakujących wydarzeń, w rodzaju zwycięstwa Chorwacji nad Niemcami w kopanych mistrzostwach Ojropy. (W końcu nie "Europy" bo, co wtedy by tam robił Izrael, który brał przecież udział w eliminacjach i mógłby się załapać. Znowu.)

Spodziewać się, iż klęska w Irlandii powstrzyma tę ojrobiurokrację przed tym co robić zamierzała, wydaje mi się skrajnie naiwne. Tutaj nawet ekonomiczne argumenty lewactwa spod znaku leberalizmu i korwinizmu wystarczą - nikt nie rozkręca tak ogromnego i tak zyskownego biznesu jakim jest Ojrounia po to, by go zwijać, kiedy jego tytularni beneficjenci wyrażą lekkie niezadowolenie. To się musi dalej kręcić i kręcić się dalej będzie!

Ma więc to wydarzenie i ta data - piątek 13 czerwca 2008 - jakiekolwiek historyczne znaczenie? Moim zdaniem ma, i to niemałe. Albo mniej filozoficznie, bardziej konkretnie i przyziemnie - czy ten wynik referendum cokolwiek w świecie realnych faktów zmienia? Trochę faktycznie może zmienić. Oczywiście nie to i nie tak, jak sobie różne naiwne ludzie wyobrażają. Cóż więc może w realu zrobić ten wynik referendum - tak nieprzyjemny i zaskakujący dla fanatyków "europejskiej integracji" i żerujących na niej cwaniaków?

Zrobić może, i zrobi po prostu, to że ci fanatycy i cwaniacy jeszcze wyraźniej niż dotąd odrzucą maskę demokratów. Ta maska ich od dawna uwiera, jednak nie mają dotychczas nic lepszego, co by ich władzę jakoś uprawomocniło. Nie żeby to uprawomocnienie było aż tak konieczne - w końcu lud tak bierny i tak łatwy do manipulacji, tak obojętny wobec haseł i wartości, które rozpalały jeszcze nawet pokolenie jego dziadów... Że rządzić tym bydłem można i bez szczytnych haseł. Jednak mieć szczytne hasła stanowczo lepiej, i to z kilku istotnych powodów. (O których może innym razem.)

To odchodzenie od haseł demokracji odbywa się już od dawna i sam o tym pisałem. Jednak dotychczas były to "mądre i światłe" wypowiedzi wieczorową porą w nudnych publicystycznych programach. Wypowiedzi ludzi w rodzaju towarzyszy Wołka czy Śpiewaka. Wypowiedzi o "demokracji elitarnej" i takich tam rzeczach. Nazwy były różne, ale w sumie chodziło o to, że wola ludu to bzdura i rządzić mają elity - to dopiero PRAWDZIWA DEMOKRACJA! ("Demokracja ludowa", chciałoby się powiedzieć. Ale tym razem prawdziwa.)

Co w praktyce wynika z tego, że Unia Ojro i ogólnie panująca nam miłościwie masońsko-lewacko-kapitałowa międzynarodówka odrzuca w coraz szybszym tempie pozory demokracji? "Na dwoje babka wróżyła", chciałoby się powiedzieć. Byłaby w tym bowiem pewna szansa dla ludzi, którym te wszystkie międzynarodówkowe ruszania z posad nie odpowiadają. Mogliby ci ludzie budzić w masach opór, uświadamiając im, iż są traktowane jak bydło, nie zaś jak... Mniejsza już o "suwerenny lud", ale po prostu jak ludzie.

Jednak moja opinia o dzisiejszym europejskim (i w ogóle zachodnim) ludzie jest tak mało pochlebna, iż taka szansa i taka perspektywa wydaje mi się bardzo, ale to bardzo, mało realna. Znacznie bardziej realne wydaje mi się to, iż tego ludu ciemiężcy - cały ten ojrointeres z przyległościami - bardzo szybko przekonają się, iż bez krępujących ich dotąd "demokratycznych" pozorów mają o wiele większą swobodę działania, a więc także skuteczność i siłę.

Lud zaś, który w swych zdrowszych częściach, jak np. w sielskich dystryktach prowincjonalnej Irlandii, potrafi jeszcze powiedzieć "NIE" w referendum, nie jest już zdolny do powiedzenia NIE jeśli nikt mu tego referendum nie zorganizuje. Ani "NIE", ani oczywiście tym bardziej "WON!" To już nie ten lud, to już nie te czasy.

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Europy? Dla Polski? Dla nas osobiście, czyli dla ludzi w rodzaju tych, którzy to piszą i czytają? Jedyną nadzieją jest brak nadziei. W końcu na rolę pędzonego do rzeźni bydła, człowiek mający do siebie szacunek zgodzić się po prostu nie może. Fakt, że przy tym radośnie nie pokwikuje, jak wielu innych, nie stanowi tutaj aż tak ogromnej różnicy.

Czy ojropejsom i ich poputczikom - zarówno tym cwanym, jak i tym durnym - może się udać? Zależy o jakie zamiary ich podejrzewamy. Jeśli chodzi im o kontynuację "rewolucji '68", to oczywiście im się udaje i dalej będzie udawać. Jeśli chodzi o wprowadzenie w Europie - na razie - totalitarnego społeczeństwa mrówek, to pewnie im się w końcu nie uda, jednak zniszczą po drodze wszystko, co dla nas, normalnych ludzi, stanowi o wartości ludzkiego życia.

Czy sama idea Unii Europejskiej jest zła i należy ją odrzucić? Jako spenglerysta powiem, że dla mnie Europa od dawna jest tylko wymakijażowaną mumią i nic dobrego już jej w mojej opinii nie czeka. Tak czy tak będzie zamordyzm - kwestia jedynie w tym, czy będzie on próbował bronić i podtrzymywać wartości tej naszej, niegdyś wielkiej cywilizacji, czy też je właśnie jak najszybciej zniszczyć.

Gdybym się jednak, jakimś cudem, w tej mojej opinii, iż Europa nie ma już przed sobą żadnej przyszłości, okazał zbyt pesymistyczny? Wtedy jakaś forma europejskiej integracji byłaby naturalna i potrzebna, jednak z pewnością nie mogło to by mieć wiele wspólnego z obecną tzw, "Unią Europejską". Ta jest doszczętnie zakażona lewackim wirusem, masońską pogardą dla normalnego człowieka i jego wartości, cynizmem i chciwością bizantyjskiej, przez nikogo niekontrolowanej biurokracji...

I jak zarażoną rakiem tkankę, Unia Europejska musiałaby być całkowicie wyeliminowana. Ze sporym marginesem, jak w przypadku wycinania każdej tkanki rakowej.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, czerwca 10, 2008

Triarius the Tiger o wolnym rynku, bezzębności i burżujach

Kilka nowych bonmotów etatowego bonmociarza tego bloga:  Mogę się ew. zgodzić, że państwo nie ma się mieszać do wolnego rynku. Pod warunkiem jednak, że wolny rynek nie będzie się mieszał do państwa.

("Wolny rynek" powinno właściwie być w cudzysłowie, bo to abstrakcja, której nikt w realu nie widział i nie ujrzy. Ale to bonmot, a nie dysertacja.)

* * * * *

Jak tu się dziwić, że polska prawica jest bezzębna i bezsilna, skoro właśnie bezzębność i bezsilność to dla większości Polaków sama esencja prawicowości?

* * * * *

Powinniśmy się chyba modlić, by Stalin w jednej przynajmniej rzeczy miał rację - w tym, że kontrrewolucja nasila się w miarę postępów budowy komunizmu. Inaczej marnie z nami będzie w tej lewacko-totalitarnej ojropie i w tej koszmarnej bananowej III RP!

* * * * *

I na deser... Gigamot hiper-przewrotny, jednak nie żebym całkiem nie tak to widział:

Pomysł, że państwo ma się zajmować głównie, albo nawet wyłącznie, obroną materialnych interesów burżuja przed tymi, którym się nie bardzo chce pracować, jest tyleż zabawny, co absurdalny.

Burżuj jest od państwa uzależniony bardziej, niż nierób i nieudacznik na socjalu. Dopóki burżuj ma możliwość robienia pieniędzy, nie ma co się skarżyć. Co zresztą wynika z podstawowych zasad rynku: gdyby się nie opłacało, to by przecież tego nie robił, prawda? Zaś skoro się opłaca, to skąd burżuj wie, że mu się dzieje krzywda i można to wszystko zrobić lepiej? Sam przecież nie potrafi nic innego, niż ew. robić pieniądze (i to w wariancie optymistycznym, bo przeważnie to nie aż tak bardzo od zdolności zależy), rezonować i skamleć.

Nie chodzi oczywiście o to, że źle jest pracować, być przedsiębiorcą, bogacić się. Ale ci normalni ludzie robią swoje, czasem robią też coś innego. Burżuj zaś polityką się brzydzi, za to ma wymagania. Burżuj to sprawa mentalności. Ta burżujska mentalność jest szkodliwa dla wszystkiego z czym się zetknie - z samym burżujem włącznie.

Burżuj u władzy? Paranoja! Kiedyś faktycznie istniała władza w interesie burżuazji i szybko wyrodziła się w władzę "w interesie mas". Czyli w sumie ten zmanipulowany syf, który obecnie mamy i który dryfuje w stronę lewackiego totalitaryzmu. Lenin ładnie ujął zady i walety burżuja w znanym powiedzonku o sznurze. (Dávila ujął to jeszcze lepiej, parę razy to tutaj cytowałem, ale to zbyt długie, by tutaj to znowu wpychać.)

Oczywiście nie chodzi o to, by burżuja zsyłać do łagrów, jednak z pewnością nie należy ulegać jego szmatławym "wartościom", które nas doprowadziły do obecnego moralnego i materialnego upadku, oraz bezbronności wobec bezczelnych zakusów totalnego lewactwa, choćby tego spod sztandaru (lub raczej szyldu) "Zjednoczonej Europy".

* * * * *

I jeszcze jeden gigamot przyszedł mi do głowy już po opublikowaniu powyższego. (Nie ma jak rozmowy z Hrabią, prawda Zemke?)

Autentyczny konsekwentny liberalizm: Uznajemy, że całe życie społeczne, jeśli jest zdrowe, to jeden wielki wolny rynek. Całe więc życie społeczne analizujemy w kategoriach wolnego rynku, zaś to, co jeszcze tego ideału nie sięga, zmieniamy tak, by się wolnym rynkiem stało. Czyli puszczamy ten meta-wolny rynek na żywioł, bez ograniczeń, i cieszymy się, że prostą drogą podążamy do złotego wieku.

Liberalizm konserwatywny: Jak wyżej, ale z tym, że pragniemy - i wierzymy, że tak się stanie, bo tego przecież pragniemy, jak małe dzieci - żeby to, co nam się w obecnym świecie i naszym życiu podoba, pozostało bez zmian. W końcu nikt nie lubi zbyt radykalnych zmian we własnym życiu, prawda? A więc lepszą nazwą dla liberalizmu konserwatywnego byłoby moim zdaniem "liberalizm naiwno-egoistyczny".

* * * *

No i jeszcze jeden - tym razem bon-:

Leberał to taki gość, co wciąż ma przeróżne polityczne pretensje i wymagania, ale politykę uważa jednak za coś poniżej swej godności. Dzisiaj zaś jesteśmy już tak przeżarci leberalizmem, iż większość ludzi nie dostrzega nawet w tej postawie paranoi.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, czerwca 08, 2008

Benhakker przekupiony, czy też udzieliła mu się nasza...

... narodowa cecha - głupota?

(Napisałem to już parę minut temu na BMPL, ale wkleję i tutaj, bo to wiekopomne, a piszę to w przerwie, więc na bieżąco, nie znając teoretycznie wyniku. Choć obawiam się, że go w sumie znam. Dobre chociaż, że to nie pomoże Tuskowi i jego wesołej gromadce.)

Skoro ostatnio zmieniono przepis o spalonym i teraz dopuszczalne jest, by na spalonym stało sobie masę zawodników, więc można podać czy wprowadzić piłę w pole karne, a tam już cała zgraja kolegów czeka...

Co potworne utrudnia najpopularniejszy dotychczas sposób obrony - przez łapanie na pułapki ofsajdowe... Jeśli tylko ma się w ataku paru ludzi, którzy starają się ten nowy przepis wykorzystać, czyli pchają się poza przeciwników, "na spalony" (ten poprzedni)... No to jakim pieprzonym durniem trzeba być, by grać JEDNYM NAPASTNIKIEM??!
Szkopy wykorzystują ten nowy przepis, którego zapewne nikt do końca jeszcze sobie nie przyswoił, i mają bramkę, a powinni mieć dwie.

Nasze chłopce chwilami grają zupełnie przyzwoicie, ale jedynie w ofensywie, gdzie z kolei jest ich tam zbyt mało, by naprawdę mieć dużą szansę na zdobycie bramki.

Pośladki mi drżą na myśl, co będzie pod koniec, gdy nasze chłopce będą już zdechnięte, a Niemce jak zawsze wykażą kondycję i dyscyplinę.

W sumie mogło by być gorzej, ale gdyby pieprzony sztab trenerski trochę myślał, to mogliśmy mieć nadal bezbramkowy remis.

Benhakker zdrajca! Albo też już całkiem nasz rodak. Czyli bezmyślny kretyn. Co lepsze? ;-)

Nie, tak na serio, to o nic zdrożnego Benhakkera nie podejrzewam i za idiotę go nie uważam. Ale dziwi mnie, że takiego czegoś jak b. istotna zmiana przepisów nie próbuje się racjonalnie wykorzystać. Niemce wykorzystały, prawda?

A myślenie jednak JEST potrzebne. Zwracam na to uwagę wszystkim, którzy go organicznie nie znoszą.

I żeby chociaż to nie folksdojcze nam strzelały... :-(

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Dobra śmierć - część 1

Wróciłem ci ja wczoraj z pragułki, zrobiłem sobie coś w rodzaju skromnej kolacyjki i od niechcenia włączyłem zyzol. A tam mecz Portugalia - Turcja. Oglądając, bez większego wprawdzie podniecenia, koronkowe zaiste akcje Portugalczyków... (Co kto lubi zresztą, dla mnie taka piłka jest nieco damska.) Więc patrząc sobie na te koronki od niechcenia, pozwoliłem myślom błądzić.

Przypomniałem sobie, że jeszcze niedawno reprezentacja Portugalii miała w składzie takiego czarnego, tlenionego obrońcę o nazwisku Boa Morte. Boa Morte to po portugalsku "Dobra Śmierć". Ciekaw byłem, czy on jeszcze jest w składzie tej drużyny. W końcu obrońca o tym nazwisku musi być wyjątkowo cenny dla każdej ekipy - groźny, a jednak z nutką optymizmu. Taka kadź dziegciu z kropelką miodu, mniam! Ale facet albo bardzo nie w formie, albo też znajomość języka Camoësa wśród uczestników Mistrzostw Europy zbyt niewielka, by było warto się z tą kadzią wysilać.

Portugalczycy tkali te swoje koronki, a nawet strzelali bramki, ja zaś pogrążyłem się w jeszcze głębszych filozoficznych rozważaniach. Najpierw jeszcze prawie nic, bom się oddał refleksjom nad tym, że w naszych infantylnych czasach - gdy to śmierć zajęła, jako tabu, miejsce seksu - nikt już oraz w bardziej od Portugalii protestanckim-liberalnym-zinfantylniałym-zamerykanizowanym kraju, takie nazwisko chyba by nikomu do głowy nie przyszło, zaś jego właściciel zrobiłby wszystko, by się nazywać inaczej. (Powiedzmy "Michnik", "Geremek" albo inny "Kwaśniewski".)

W końcu zaś, plwając na skorupę postoświeceniowo-leberalnego infantylizmu, zstąpiłem do głębi... Samo pojęcie "dobrej śmierci" - tak niedzisiejsze, tak niezwykłe, tak intrygujące. W kościele katolickim, przynajmniej tym... Jak to określić? Przedsoborowym i przed-infantylnym, powiem po prostu, żeby mnie nie kusiło powiedzenie czegoś więcej. Więc tam, z tego co kojarzę, były modlitwy o dobrą śmierć, byli święci którzy ją człowiekowi zsyłali. Bardzo niedzisiejsze, bardzo przedsoborowe, bardzo katolickie... Ale jednak można zrozumieć. W końcu dla katolika dobra śmierć, to śmierć bez grzechu. Czyli swego rodzaju katapulta do wieczystej szczęśliwości.

Jednak dobrą śmiercią intensywnie zajmowali się także i starożytni Grecy. "Intensywnie" to naprawdę b. oględnie powiedziane. Bardziej precyzyjne byłoby stwierdzenie, że mieli jej obsesję. "Żadnego człowieka nie można nazwać szczęśliwym zanim umrze", to jedna ze znanych greckich sentencji. (Przypisywana chyba Solonowi.) A ile jest historii o ludziach przez całe życie szczęśliwych, których śmierć była jednak całkiem inna, co przekreślało - w opinii Greków - wartość całego życia!

Na przykład król Krezus. I wszystkie te historie o ludziach, którzy życie mieli całkiem w porządku, ale za szczęśliwych możemy ich uznać - wedle greckich mędrców i autorytetów (bez obrazy, to słowo samo w sobie NIE jest obraźliwe!) - dopiero dzięki pięknej, wzniosłej i względnie bezbolesnej śmierci.

Jak się tak na spokojnie zastanowić, to jednak nie jest to chyba postawa całkiem racjonalna. W końcu ile się umiera? To znaczy ile się czuje, że się umiera? - o to w końcu tutaj chodzi. Jak długo człek umiera i jest przytomny, bo potem możemy to już, z punktu widzenia psychiki, uznać za stan śmierci. Więc w tym sensie umiera się, nie żebym był jakimś fachowcem, ale chyba te informacje są dostępne i w miarę prawdziwe, od ułamka sekundy (czy po prostu zera sekund), kiedy człowiekowi na pokładzie flagowej fregaty spadnie na głowę bombramreja, po parę lat w przypadku raka.

Jednak w tym drugim przypadku to nie jest, ściśle biorąc, cały czas umieranie, tylko raczej po prostu długa i przykra choroba prowadząca do śmierci. Samo umieranie, w ścisłym sensie, to może być góra kilka dni. Kilka dni, najwyżej, w stosunku do kilkudziesięciu lat. Czemu więc ludzie przywiązują zwykle do tego stosunkowo krótkiego czasu aż tak ogromną wagę? Czemu tak wielu - nie mówię tu teraz o starożytnych - uważa, że to co czujemy w ostatnich sekundach życia, jak widzimy siebie i swoje życie, decyduje o absolutnie WSZYSTKIM w tym życiu? O całej jego wartości? I wcale przy tym nie powołują się ci ludzie na jakieś religijne dogmaty. Problem odpuszczenia grzechów, spowiedzi, komunii czy ostatniego namaszczenia, całkiem na ogół tutaj nie występuje.

Wygląda, że śmierć i pośrednio chwile do niej prowadzące są w jakiś sposób istotne SAME Z SIEBIE. Że śmierć - własna przede wszystkim, choć oczywiście nie tylko - to ogromny problem każdego w miarę normalnie myślącego i czującego człowieka. Jest to jednak także problem, na który nie ma żadnej ściśle naukowej odpowiedzi. Nie ma i nie będzie, choć faktycznie istnieją ludzie, którzy próbują nas przekonywać, iż "nauka" takie odpowiedzi daje. Z reguły są to odpowiedzi w typie: "nie ma się co przejmować - przecież kiedy my jesteśmy, śmierci nie ma, kiedy zaś jest śmierć, to nas nie ma, więc o co chodzi?" Czyli znany od tysiącleci epikurejski sofizmat.

Nic nowego pod słońcem. W starożytności i epikurejczycy, i stoicy i cynicy mieli dokładnie to samo nastawienie i ten sam argument. Tacy ludzie, wracam teraz do naszych dzisiejszych epikurejczyków często zapisują swoje zwłoki nauce. Jakby chcieli komuś udowodnić już nie tylko swą niewiarę w życie pozagrobowe (co akurat nieźle rozumiem), ale także iż naprawdę jesteśmy tylko ożywionym ścierwem. Ożywionym czymś całkiem niereligijnym i niemetafizycznym, co nie ma już cienia wartości, kiedy tylko przestaje tym naszym ścierwem poruszać. Człowiek chciałby wiedzieć, co to takiego, ale ogrom zadania go przerasta... Przecież to nie może być nic takiego, jak Świecka Świętość (np. Jacka Kuronia) czy Święta Świeckość - te SĄ wieczne i niezniszczalne, prawda?

c.d.n. (Deo, publico et triario volente)


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.