piątek, lipca 25, 2014

O Sztuce - tekst dla ludzi niedotkniętych wirusem szpęgleryzmu (część 1)

Dedykuję to pewnej czarującej osobie, która, w przerwach pomiędzy bardzo udatnym naśladowaniem Króla Dawida przed Panem, zachęca mnie do dopracowania i spisania moich  dyletanckich poglądów na Sztukę.

* * *

Jeździłem sobie przed chwilą gnuśnie po kanałach i na BBC wpadła mi w oko zajawka jakiegoś niezwykle kulturalnego programu. "Dlaczego czarownice zdają się tak fascynować artystów?", pytał nabrzmiały suspensem głos faceta - oczywiście kulturalnego i w ogóle - a na wizji pokazano nam całkiem ładniutki obrazek atrakcyjnej kobiety z jakimś chyba mieczem w dłoni.

I ten głos zaraz sobie na to pytanie odpowiedział, a nam przy okazji. Otóż, powiedział głos (a w tym czasie kamera doszła już do głowy tamtej pani, bo zaczeła od nóg i rąbka spódnicy, po czym wędrowała sobie powolutku w górę), "czarownice mieszają swoje wywary tak, jak artysta miesza swoje barwniki - aby osiągnąć jak największą władzę nad naszą wyobraźnią".

Na tym się skończyła zajawka, a mnie nagle olśniło, że to być może jest koniec nici, po której można by dojść do kłębka i wyjaśnić problem od zarania wieków nurtujący tygrysiczną naukę - ten mianowicie: dlaczego współczesna sztuka jest taka denna... No bo że jest denna to nikt przytomny i niepozbawiony odrobiny smaku wątpliwości mieć nie może. No, chyba że z tego żyje!

Wraz z pobocznymi tematami, jak to: Co to w ogóle jest sztuka? Po co to komu właściwie? Jakie są tego rodzaje? Czy być artystą w tej czy innej epoce to rzecz wzniosła - czy może bardziej już etyczne byłoby zostanie hyclem albo katowskim pachołkiem? I znacznie lepsze dla duszy? I tak dla każdej kolejnej epoki po kolei.

W dodatku - i to własnie było w tym moim olśnieniu najważniejsze - zdało mi się, że można by to wreszcie próbować zrobić nie zaczynając od samego początku, czyli od szpęglerycznej koncepcji Kultur/Cywilizacji, bez której dotychczas kompletnie nam się na te wzniosłe tematy rozmawiać nie udawało, a z drugiej strony, zanim śmy sobie cokolwiek istotnego powiedzieli, zarówno Autor jak i ew. Czytelnik mieli kompletnie dość. I tak to się kręciło od lat.

Teraz jednak to proste stwierdzenie, że "artysta miesza swoje barwniki - aby osiągnąć jak największą władzę nad naszą wyobraźnią" (mniejsza już o fajne porównanie tego z robotą czarownic), zapaliło w moim mózgu lampkę, a lampka ta okazała się halogenową z turbodoładowaniem. (Alleluja!)

No więc tak sobie to teraz zwerbalizowałem, że teraz rzeczywiście temu tam artyście... Żeby już go tak dla uproszczenia nazwać, nie zajmując się na razie kwestią, czy on na to miano w ogóle zasługuje... Chodzi o WŁADZĘ NAD NASZĄ WYOBRAŹNIĄ. Tak? Niby nic, takie sobie dość oczywiste stwierdzenie, z którym większość koneserów dzisiejszej sztuki (żeby już..., jak wyżej) się łatwo zgodzi... A jednak to poniekąd bomba!

Co za bomba, jaka bomba?! Wykrzyknie ten i ów. No a jeśli, ludkowie rostomili, pociągniemy sprawę dalej i postawimy pytania w rodzaju: KTO właściwie i w CZYIM IMIENIU tę władzę nad nami... (No bo w końcu chodzi o istotną część naszej jaźni, prawda?) Pragnie uzyskać? PO CO właściwie? CO zamierza potem z tą naszą wyobraźnią, czyli w sumie nami, uczynić?

Fajne pytania? A ja mam ich więcej, mind you! DLACZEGO my mu nie tylko pozwalamy, ale nawet - a przynajmniej niektórzy - wyraźnie tego PRAGNIEMY? DLACZEGO niektórzy - i to akurat tacy, którzy z tego właśnie powodu uważają się za lepszych od reszty - bez tej władzy nad ich wyobraźnią oddawanej komuś INNEMU I OBCEMU, well... NIE POTRAFIĄ W OGÓLE ŻYĆ?!

Koneser sztuki współczesnej tych moich pytań i związanych z nimi dręczących wątpliwości raczej nie zrozumie (bez urazy!), ale one chyba nie są całkiem wydumane i człek prosty, jak chwilę pomyśli, jak się malutką ociupinkę wczuje - chyba także uzna, że w ten sposób postawiona kwestia WSPÓŁCZESNEJ SZTUKI zaczyna wyglądać zaiste intrygująco. A nawet i niepokojąco.

Ktoś tak to właśnie czuje? No właśnie! Żeby sobie powyższe pokrótce zrekapitulować, powiedzmy sobie tak... JEŻELI faktycznie rolą współczesnego artysty - jeśli nawet nie jedyną, to bardzo istotną - jest znalezienie środków uzyskana WŁADZY nad naszą wyobraźnią... Czyli nad naszą jaźnią, a przynajmniej bardzo istotną jej częścią...

(Zgoda? JEST to rola artysty? Wyobraźnia JEST ważną częścią naszej jaźni? No to jedziemy dalej!) W takim razie przedstawione tu przeze mnie pytania automatycznie stają się istotne i zasadne (zgoda?)... Zaś widziane z niektórych przynajmniej punktów widzenia (na przykład z mojego), także mocno NIEPOKOJĄCE. (Z tym zgoda?)

No, tośmy sobie w sumie bardzo poważnie nadgryźli problem, który można by lapidarnie sformułować słowami: "dlaczego w sztuce współczesnej jest coś cholernie szemranego?" Teraz jeszcze pozostaje nam ustalić, czy KAŻDA sztuka - zawsze i wszędzie - miała w sobie to nieprzyjemne coś, czy też to coś pojawiło się dopiero w pewnej opoce.

Z dodatkowymi kwestiami, jak to: jeśli się pojawiło, to kiedy i dlaczego właściwie? Oraz: co właściwie było CELEM sztuki, zanim zaczęło to być UZYSKANIE WŁADZY NAD LUDZKĄ WYOBRAŹNIĄ (w nieustalonych przez nas dotychczas celach, ale wszystko przed nami!). A także to, czy KAŻDA władza nad naszą wyobraźnią musi być równie złowieszcza, i kiedy ewentualnie aż tak źle być nie musi.

I to by chwilowo było na tyle. Jeśli Deus zechce, co pokaże mi m.in. zainteresowaniem tym tekstem i komętami (oczywiście, jak znam życie, większość będzie prywatnie i tajnie, jak to ostatnio bywa), to będzie i dalszy ciąg (co najmniej na moim prywatnym blogasku http://triarius.pl (od lat nieaktualne), bo gdzie indziej to już niekoniecznie).

triarius

czwartek, lipca 24, 2014

Zdechlactwo w świetle Tygrysizmu Stosowanego

Tygrysiczna nauka niemal od początku swego istnienia zmaga się problemem, który możnaby lapidarnie ująć jako: "Schizoidy się nie przeziębiają". Nieuświadomionym wyjaśniam, że "schizoid" to nie całkiem to, co "schizofrenik", choć w tę stronę.

Konkretnie jest to swego rodzaju ocięcie ciała od "ducha" (w sensie  całkowicie świeckim, w każdym razie przede wszystkim), owocujący "wolnym duchem przywiązanym do trupa", przy czym ten duch nie tyle jest "wolny", co właśnie z niczym konkretnym i biologicznym niezwiązany. Poza trupem.

To wyjaśnienie, kwestii w końcu pobocznej, jest o tyle cenne, że schizoidia jest dziś powszechna, coraz częstsza, ma to różne bardzo ciekawe aspekty i skutki - jak to, na przykład, że w obozach koncentracyjnych dobrze się pono psychicznie czuli jedynie schizofrenicy, a schizoidy nienajgorzej...

Jak to że schizoidy są potrzebne na różnych tam astronautów... I do wypełniana druczków też... Że tego jest coraz więcej w "cywilizowanym świecie"... I że ma to, wedle tego co nam mówi tygrysiczna nauka, ogromny związek z lewicowością. Jak by ktoś był tym głębiej zainteresowany, polecam książkę Alexandra Lowena "Betrayal of the Body" (chyba nawet jest po polsku).

Książka ta jest poniekąd czystym zaprzeczeniem wszelkiej "prawicowości", przesiąknięta psychoanalizą i New Agem, ale uczyć się nawet od diabła, a tam jest w sumie bardzo dużo z sensem o tej schizoidii.

Spora czczypta soli oczywiście niezbędna, ale ile jest w końcu dziś książek, które by można czytać bez tego? (Choćby samo takie "on lub ona", pakowane bez żadnej potrzeby, tygrysiście stawia włosy na plecach na sztorc.)

Wracając po tej długiej dygresji do naszego głównego tematu, przeformułujemy sobie ten na poczatku wymieniony problem. Niech będzie: "Dlaczego różne ewidentne zdechlaki tak rzadko chorują, a tan czy ów atletyczny, męski i w ógole tryskający zdrowiem człek jednak co pewien czas się przeziębi?"

Ew. Czytelnik proszony jest, by sam przejrzał szybko w myślach listę swych znajomych, posegregował ich wedle poziomu zdechlactwa, a potem sprawdził, czy na tej populacji ta teza też jest słuszna. W tej chwili, dla uproszczenia, interesują nas wyłącznie mężczyźni, a w każdym razie nie-kobiety. OK?

Ostatnio tygrysiczna nauka chyba w końcu wpadła na trop rozwiązania tej intrygującej sprawy. Wspominałem tu jakiś czas temu, tę książkę o płci i hormonach, która nas tak swym nowoczesnym i liberalnym nastawieniem zafascynowała. "Mózg i płeć" to się nazywało. (Nie mylić z książką "Płeć mózgu".)

Jej Autorka, w przezabawny sposób, podając całą masę całkiem interesujących faktów, unikała jednak jakichkolwiek bardziej stanowczych konkluzji... No i słusznie, bo przecież nie ma żadnej gwarancji, że taka konkluzja nie stanie się nagle - z tygodnia na tydzień - czymś hiper-niepoprawnym politycznie i nie przekreśli Autorki kariery.

Zabawne jest przy czytaniu tej książki, zamiast jedynie przyglądać się drzewom - poobserwować las, czyli owe fascynujące akrobacje, które dziś są niezbędne, by jednocześnie stworzyć sobie szansę na kolejną nagrodę Pulitzera - pisząc coś w miarę interesujacego; i nie ryzykować kariery, albo i gorzej - poprzez postawienie jakiejś konkretnej i zdecydowanej tezy w tak naładowanych emocjami i ideologiczną poprawnością kwestiach!

Było tam jeszcze więcej zabawnego, o czym sobie już pisaliśmy, ale dzisiaj interesuje nas ten tutaj aspekt. No i w tej książce Autorka pisze, że testosteron, wpbrew pozorom, to nie jest samo wyłącznie dobro, ponieważ on, przy wszystkich swoich licznych zaletach, jednak obniża odporność immunologiczną organizmu.

Z początku byłem niemal pewien, że to kolejny, i tym razem naprawdę bardzo brzydki, przykład ustawiania się Autorki tej książki rufą do wiatru. Jednak to nie tak! W końcu się sprawa wyjaśniła, czy raczej wyjaśniła ją sama Autorka...

Okazuje się że (excusez le mot) sperma jest przez organizm mężczyzny traktowana poniekąd jako ciało obce, w związku z czym zapora immunologiczna nieszczęśnika nie może być zbyt wysoka, bo by ją to zniszczył.

Nie zaporę oczywiście, tylko spermę. I to ma sens, choć smutne. (Kobietom w ciąży też się odporność obniża, z analogicznego powodu. Co akurat brzmi bardzo logicznie i samemu możnaby na to niemal wpaść.)

Zdechlaki i schizoidy (gdyby już ktoś zdążył zapomnieć o czym my tutaj) mają tego testosteronu niewiele w swych wątlutkich ciałkach - a więc ich bariera immunologiczna jest potężna i nie musi się dla przyszłych pokoleń (cholerny samolubny gen, ale nie mówcie tego Dawkinsowi!) poświecać.

Wydaje się więc, że kolejne z wielkich pytań padło pod naporem Tygrysizmu Stosowanego. Że przy pomocy  jakiejś książki, a nie własnych badań? Nic nam to nie przeszkadza! Słyszeliście o łańcuchu pokarmowym?

Jak to na dole są rośliny, wyżej różne tam roślinożerne stworzenia, a na samej górze drapieżniki, żywiące się gotowym, przez roslinożerców z tej tam trawy, liści i innych glonów wytworzonym źwierzęcym białkiem. I my mamy tak samo z intelektem, choć - niczym szczere niedźwiedzie z naszych lasów - potrafimy się też żywić jagódkami i korzonkami.

No dobra - a jakie z tego mągą wynikać wnioski i skutki dla spraw OGROMNYCH i ważkich? Na razie tego jeszcze nie ustaliliśmy, zresztą byłoby to coś na osobne wpisy, lub nawet książkę, ale tak ad hoc przychodzi mi do głowy, że opisane zjawisko mogłoby być częściowo wytłumaczeniem tego dziwnego (dla niektórych) zjawiska, że poziom testosteronu (z wiążącymi się z tym sprawami, jak, excusez le mot, ilość plemników itp.) u dzisiejszych mężczyzn (?) w niesamowitym tempie wprost spada.

Byłoby to reakcją na obecne zagęszczenie, wymieszanie różnych grup etnicznych, a także przemieszczanie się ludzi na ogromnych przestrzeniach. Skutkiem czego nowe, nieznane organizmom choroby, mikroby, wirusy - te zaś bardziej by dawały w kość prawdziwym facetom, oszczędzając kobiety, stwory płci nieokreślonej, zdechlaków i schizoidy.

Mogłoby to też w jakimś stopniu tłumaczyć schyłek wielkich cywilizacji ogólnie, choć oczywiście tygrysiczna nauka na ten temat nie ma jeszcze nic konkretnego do powiedzenia. W kategoriach zaś czysto biologiczno-zdrowotnych, ta sprawa mogłaby mieć jakiś związek z kwestią alergii.

Które wydają sie być swego rodzaju "doraźną", "punktową", "selektywną", czy jak to określić, immunologiczną obroną organizmu - w tym przypadku akurat często raczej oszałałą, choć być może czasem jednak w sumie pożyteczną. Oczywiście to tylko zupełnie luźno rzucone przypuszczenie, a nie jakaś "naukowa" hipoteza.

 No i na koniec, w kwestii już całkiem hiper-ogólnej... Spyta ktoś: "A po co w ogóle tygrysiczna nauka?" Pan Tygrys sam nauką, jako taką, się już od dawna nie podnieca, choć na przykład różne, mniej lub bardziej naukowe, eseje, w rodzaju książek Ardreya, bardzo sobie ceni. Jednak skoro sam Dávila każe nam stworzyć sobie nasze własne Oświecenie - no to sorry, ale nauka też musi być! Ja tego nie zrobię, ale ktoś będzie musiał.

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. I uważać na ogony!

wtorek, lipca 22, 2014

O armiach, cywilach i słowiczych trylach prowokatorów

Korwin na fali, trzódka jego pryszczatych wielbicieli szaleje na blogach i forach, a ja, korzystając z okazji, staram się im sprzedać nieco tego towaru, który mi się przez te wszystkie lata w związku z "wolnym rynkiem", liberalizmem i samym Korwinem naprodukowały.

Tak więc ja im na przykład staram się wytłumaczyć, że wizja jednej zbratanej w uścisku Ludzkości, zajmującej się - bez żadnych tam konfliktów, wojen czy państwowej przemocy - produkcją i wymianą dóbr, plus wynalazkami, mającymi szczęście owej Ludzkości jeszcze dodaktowo zwiększyć, to wizja do szpiku kości lewicowa.

Całkiem niezależnie od tego, jak ktoś takie wizje maluczkim stręczący, sam to nazywa, czy od tego, jakie tam "hiper-prawicowe" dodatki, niczym spleśniałe rodzynki do zakalcowatego ciasta, powpycha. Nie dostrzegam zresztą nic aż tak immanentnie prawicowego w publicznej chłoście i innych tego typu pomysłach.

Jeśli taka rozmowa z pryszczatym nieco potrwa, przeważnie słyszę jak to Korwin wzmocnił polską armię - "więc jak on może być globalny, antynarodowy i w ogóle nie-patriota?!" Albo też to ja mówię, że z umiarkowanego, ale jednak zwolennika Korwina, głównie jako publicysty na ostatnią stronę - z założenia dziko kontrowersyjnego i bez większej odpowiedzialności za słowo - to właśnie ta jego "w pełni zawodowa armia" przestawiła mnie na jego zdecydownego wroga. Potem już poszło naprawdę gładko!

Dlaczego? Dlatego, przede wszystkim, że dla mnie, w odróżnieniu od różnych tam liberałów i innych naprawiaczy świata, armia (w tym flota, lotnictwo itd. oczywiście) służy nie zmniejszaniu bezrobocia, nie promowaniu równouprawnienia, nie zarabianiu nawet na eksporcie broni - tylko niemal wyłącznie, a w każdym razie przede wszystkim - to celów militarnych.

Co, w przypadku Polski, płaskiej jak stół i leżącej tam, gdzie leży - oznacza przede wszystkim OBRONĘ własnego terytorium i państwa. Po prostu! Zresztą, jak się zostawi na chwilę na boku ideologiczne mrzonki i pacyfizmy liberałów - widać, że nawet takie kraje, które natura sama stworzyła dla "w pełni zawodowej armii"...

Jak to: Wielka Brytania (będąca, jakby ktoś nie wiedział, wyspą, którą ostatni raz z sukcesem najechano w roku 1066), czy US of A (będący połową kontynentu, graniczącą z dwoma o wiele mniej ludnymi i słabszymi, co tu dużo gadać, sąsiadami) - kiedy sprawa była napawdę poważna, stosowały pobór na ogromną skalę, na swą "w pełni zawodową armię" jakoś za bardzo nie licząc.

(Szwajcaria, tak przy okazji, też ma nieco inną topografię i geopolityczną sytuację od Polski.) Konkrety? Pierwsza i druga wojna światowa, wojna koreańska, wojna w Wietnamie... Starczy? I, powtarzam - to nie są kraje leżące w takim miejscu, przez które nawet bizony i mamuty z epoki zlodowceń obowiązkowo przechodziły dwa razy do roku, w ramach swej naturalnej, instynktownej transhumancji!

Powie ktoś, że przecież obywatele mają być uzbrojeni, więc każdy potencjalny wróg napotka... I te rzeczy, każdy chyba te dyrdymały wielokrotnie już słyszał. Tym razem nie chcę się nawet znęcać nad poglądem, że na te wszystkie drony, czołgi, odrzutowce, rakiety takie i inne, Spetznazy, Gestapo, piąte kolumny, quislingów i targowice, miałaby wystarczyć zgraja niewyszkolonych cywilów z prywatnymi pistolecikami. ("Zaraz, zaraz, a z której strony to właściwie strzela? Dlaczego to nie pasuje? Przecież mówiłem 9 mm i tu na pudełku stoi 9 mm...?")

Wyobraźmy sobie jednak te tłumy na drogach, które tej mitycznej "w pełni zawodowej armii" plączą się pod nogami, wyjadają dostępne żarcie, blokują drogi... I tak dalej. Gość zmobilizowany, nawet gdyby mu kazali siedzieć w domu, będzie w tym domu (dopóki całe państwo całkiem się już nie zawali) siedzieć. Nie będzie się platał i przeszkadzał. To już coś.

Długi, suchy wykład... Czy jak to nazwać... Pamflet? Teraz będzie human touch. Miałem dziadka, niestety zmarł na pół roku przed moim urodzeniem, więc go osobiście nie znałem, ale był b. interesującym człowiekem. (O którym np. teraz pono książkę gość pisze, itd. I nie tylko to, serio!)

I ten dziadek był przed wojną b. dobrze prosperującym przedsiębiorcą budowlanym w Gdyni. (Coś dla liberałów rynkowych, jak sądzę.) W pamiętnym roku 1939 powołano go i wysłano na Hel. Jako inżyniera od umocnień. Kiedy Hel się poddawał, mój dziadek był jedynym tam cywilem i szkopy by go natychmiast - w świetle nawet poniekąd międzynarodowego prawa - rozwaliły.

Tak samo, jak to uczyniły np. z obrońcami Poczty Gdańskiej przecież, tak? Dziadek, na jego szczęście, w ostatniej chwili dostał od kogoś mundur, po czym całą wojnę przetrwał w oficerskim obozie jenieckim. Musiało to być dość mocne przeżycie, zapewne każdy dzień był emocjonujący, bo cały czas groziło mu wykrycie i cała reszta.

Co chciałem przez ten osobisty wtręt uzyskać, spyta ktoś? A to chciałem uzyskać, że jeśli ktoś nam stręczy propagandę taką, że my tu - banda, jakby nie była, cywili, w razie napaści na nasz kraj, będziemy sobie, cywilnie, do tych najeźdźców i okupantów strzelać - jako partyzantka - no to ten ktoś ewidentnie Polakom dobrze nie życzy.

Można nawet sądzić, że, z głupoty albo wrednego charakteru i mętnych powiązań, pragnie, by ewentualny najeźdźca czy okupant wymordował sporo Polaków, nie gwałcąc przy okazji jakichś tam Porozumień Genewskich. Jasne - niby są potem trybunały za ludobójstwo, ale po pierwsze - trochę później, a po drugie - nikt przytomny sobie tam chyba nie wyobraża np. Rosji, np. Niemiec, czy np...

Sami wiecie o kim myślę... W roli oskarżonych. Prawda? W drugiej wojnie światowej Niemcy jednak nie zdecydowały się na użycie broni chemicznej, na parę innych radykalnych posunięć tego typu też nie, a z rozwalaniem "polskich bandytów" czy obrońców Poczty skrupułów nie mieli.

Więc jednak jest pewna różnica nawet dla tak bezwzględnych okupantów, a status "zielonego ludzika" też nie w każdych okolicznościach działa tak pięknie i gładko, jak to widzimy w tej chwili w telewizjach. W wykonaniu Polaków, zapewniam, działać to zbyt skutecznie nie będzie!

Tak więc, jeśli się nie jest Rosją, Izraelem, czy powiedzmy Ameryką, to albo należy być oficjalnie żołnierzem i po ew. wzięciu do niewoli być traktowanym jako kombatant, zgodnie z konwencjami, albo nie należy na najeźdźcę/okupanta, jako cywil, ręki podnosić - o ile człek nie ma ogromnego zaiste upodobania do ryzyka. W skali całego narodu raczej takiego upodobania mieć nie należy.

Nie każdy będzie miał tyle szczęścia, żeby w ostatniej chwili dostać mundur, i żeby - to są nowe czasy, wedle wielu lepsze - ów okupant w bazie danych, takiej czy innej, nie wykrył, że to jednak zwykły cywil, więc można go na łono Abrahama bez problemów.

Nie chcę tu się bez wielkiej potrzeby podpierać cytatami z narodowych bohaterów, ale w czasach zamętu - a obecny z całą pewnością taki jest, choćby na razie był to zamęt głównie umysłowy - naprawdę przede wszystkim należy się wystrzegać prowokatorów i ich slowiczych tryli.

(Słowo "prowokator" podoba mi się jakoś bardziej niż "agent wpływu", może dlatego, że jestem stary, a może dlatego, że z francuskiego, a to drugie chyba z terminologii jakiegoś NKWD. Dlatego mówię chętniej o "prowokatorach" - można sobie jednak tam wstawić "agenci wpływu" i też będzie z sensem.)

Tak więc - jak będzie z tymi prowokatorami (agentami wpływu)? Jak będzie z ich słowiczym śpiewem? Jak będzie z tą "w pełni zawodową armią" i, przy okazji, resztą podobnie obłędnych teorii? Jak będzie z wizją Jednej Ludzkości Złączonej w Bratnim Uścisku Bez Granic Bez Władzy Państwowej - Konsumującej, Produkującej i Wymieniającej Się Dobrami Pod Dobrotliwym Okiem Łowcy Socjalizmów Wszelakich...? Hę?

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. I uważać na ogony!

Propedeutyka Tygrysizmu Stosowanego, odcinek 2

Poprzedni odcinek był nudny, choć przynajmniej krótki. Był też cenny dla kogoś, kto, po przeczytaniu następnych (Deo volente) pięćdziesięciu tysięcy odcinków, ma nadzieję zgłębić zawiłości Tygrysizmu Stosowanego. Było trochę feedbacku, głównie zresztą oko w oko, prywatnie...

(Swoją drogą, co za cudowna metoda utrzymywania przy życiu jednego z tych nielicznych blogasków, które jeszcze utrzymują życie duchowe w tym nieszczęsnym kraju nieco powyżej poziomu darni - zamiast normalnych komętów, prywatne. O których pies z kulawą nogą nie usłyszy. Ale nie ma tak dobrze - właśnie usłyszał!)

Śmy sobie zrobili co właściwie w tym poprzednim odcinku? Całym zdaniem? Tak proszę! No to śmy sobie, panie psorze, wzięli farbkę i śmy sobie namalowali tło. Bardzo dobrze! Coś jeszcze? Więc, panie psorze, śmy pomalowali dół kartki na zielono, że to niby trawa, a górę na niebiesko.

Znakomicie, trzy z minusem! (Ten dialog miał za zadanie wprowadzić ew. P.T. Czytelnika w nastrój sprzyjający wchłanianiu wiedzy. Wyobraźcie sobie, że za parę tygodni matura z Tygrysizmu.) Teraz sobie luźniutko jeszcze trochę o tych Fellachach i ich epoce uzupełnimy...

* * *

Tych Fellachów będziemy sobie widzieć tam, gdzie jest rolnictwo. Różnych tam łowców i (mitycznych) zbieraczy zostawimy sobie na boku. Dlaczego, spyta ktoś? Nie dlatego byśmy ich lekceważyli jako osoby ludzkie, tylko dlatego, że my tu w sumie zmierzamy do kwestii (jak to mówią ludzie prości, dlatego w cudzysłowie) "cywilizacji" a łowcy (i mityczni zbieracze) raczej jej nie stworzą.

Nie stworzą dlatego, że to są małe społeczności, żyjące w dużym, z konieczności, rozproszeniu, ale także - i może przede wszystkim, dlatego, że ich życie zdaje się zaspakajać wszystkie istotne ludzkie potrzeby (pomijając oczywiście palącą potrzebę różowych golarek do damskich części intymnych, ale to zlozona kwestia).

W związku z czym oni, jak się zdaje, żadnej wielkiej potrzeby tworzenia czegoś wyższego, jakiegoś bardziej złożonego systemu społecznego, który by był, lub mógłby jakoś w miarę bezpośredniio zaowocować "cywilizacją" (znowu w sensie popularnym tego słowa!).

Łowców zlodowaciałych mamutów też sobie zostawiamy poza sferą naszych rozważań, choć to nasi bezpośredni przodkowie i mają na naszą naturę o wiele wiekszy wpływ, niż to się zazwyczaj uważa. Jednak porządny Fellach to jest gość zajmujący się rolnictwem, więc mówimy o czasach od Neolitu, czyli od wynalezienia rolnictwa, hodowli, garncarstwa, co w "żyznym półksiężycu" sięga parunastu tysiecy lat wstecz, a w innych regionach odpowiednio mniej.

Dopiero rolnictwo (a o wiele później oczywiście długodystansowa wymiana dóbr na wielką skalę) może zapewnić odpowiednio dużą gęstość zaludnienia, oraz pewne mechanizmy społeczne, które mogą w przyszłości zaowocować (tym, co lud nazywa) "cywilizacją", a my - jakby nie było szpęgleryści - nazywamy sobie dwojgiem imion: Kultura i Cywilizacja.

Wzorem "niemieckiej idealistycznej historiozofii" (cóż, uczyć się choćby od diabła!), jak to się zabawnie nieco określa, ze Speglerem na czele. Ale to sobie wyjaśnimy dopiero kiedyś, jeśli oczywiście dobry Bóg pozwoli.

Duże litery w naszym wykładzie oznaczają (przynajmniej w większości przypadków), że to jest określenie mające konkretne znaczenie w naszym (ach, jakże ezoterycznym!) języku, i to znaczenie może być inne niż to, co się pod takim słowem zazwyczaj rozumie.

Większość takich nazw będzie pochodzić z wielkiego dzieła wielkiego Spenglera, ale wcale nie wszystkie, bo np. Barbarzyńcy A (nAiwni) i Barbarzyńcy B (zBlazowani) to już nasze własne, o sto lat późniejsze wynalazki i uzupełnienia "kopernikańskiej rewolucji w historiozofii".

Tośmy sobie trochę porozmawiali o sprawach niemal czysto formalnych, więc nie od rzeczy będzie powiedzieć coś w kwestii merytorycznej. Jak to, że ów Fellach, czy raczej całe społeczeństwo z tego typu ludzi złożone...

Choć oczywiście nie każdy tam w sensie dosłownym grzebie patykiem w ziemi, sieje i orze - bo ktoś te ofiary (czasem ludzkie, a jakże) musi składać, i ktoś musi być tym Chilperykiem, który Chlotarowi... I wzajem. Sami rozumiecie.

W każdym razie to jest ta baza, to tło, na którym, nad którym, czasem potrafi wyrosnąć coś o wiele bardziej złożonego, mającego, w odróżnieniu od społeczeństwa tamtych Fellachów pewien kierunek rozwoju, pewną zdolność ewolucji...

A co my sobie nazwiemy Kulturą (jedną formę), Cywilizacją (drugą formę), plus sobie wyróżnimy parę form pośrednich i hybrydowych. Na razie tyle. Nauczyć sie tego na pamięć, w przód i w tył. Na jakiś czas wam roboty starczy, a ja idę zarabiać na chleb, bo niestety ten cholerny realny liberalizm wciąż tu jest, i wygląda, że w ciągu najbliższych paru dni nie zniknie.

triarius

P.S. Już wreszcie chyba wiecie, tak? Więc najwyżej parami, nie zwracać na siebie uwagi, nie rozmawiać za głośno o tajemnicach Tygrysizmu, i pamiętać o możliwych ogonach.

poniedziałek, lipca 21, 2014

Propedeutyka Tygrysizmu Stosowanego, odcinek 1

Chciałem dzisiaj się zabrać, kolejny raz, za problem sztuki - współczesnej i tej wartościowej - od innej strony, blitzkrigowym atakiem na samo centrum i jądro problemu... 

Ale w pisaniu okazało się (głupi byłem, żem tego od razu nie przewidział!), iż to jest o wiele zbyt ambitny temat na krótki blogaskowy tekścik, więc zamiast tego zrobimy sobie wprowadzenie do Tygrysizmu. W sensie zaczniemy go pisać, dając światu odcinek 1.

* * *

Bierzemy sobie spory kawał ziemskiego globu i jakąś zamieszkującą go ludność. (Jednak NIE całą ludzkość i całą powierzchnię Błękitnej Planety!) Z naszego tutaj punktu widzenia możemy mieć trzy zasadnicze stany - w sensie rodzajów życia społecznego, duchowego, intelektualnego, religijnego, artystycznego itd..

A. Życie ludzi zamieszkujących jakiś określony obszar, to w sumie życie zwierzęcia z gatunku "człowiek". Oczywiście żadne żyrafy czy niedźwiadki koala, ale w sumie głównie, jeśli nie wyłącznie, biologia. Rodzenie się, ciężka przeważnie egzystencja dla prostego przeżycia, rozmnażanie się, umieranie.

Czasem jakieś wojny, jakieś zmiany władzy, jakieś podboje... W końcu u lwów czy lemurów na wolności także te rzeczy występują cały czas. Religia - oczywiście, choć raczej bardziej jakaś magia. Jakieś sięgające pradawnych czasów kulty, których nikt nie stara się intelektem analizować, czy ulepszać.

Brak wielkich różnic klasowych, brak większego podziału pracy, ludzie żyją głównie z roli i na roli, brak, lub niemal brak, miast wartych tego miana. Duchowieństwo w postaci bardzo mało rozwiniętej. Pismo, jeśli znane, bez istotnego znaczenia dla większości.

Jeśli jacyś historycy będą o tym kiedyś później pisać - będą, z konieczności, swych potencjalnych czytelników męczyć recytowaniem długich, nużących list Chilperyków i Chlotarów. Niewiele bowiem poza tym tam się działo, o czym by sobie można popisać.

Oczywiście, całkiem często jakiś Chilperyk mordował jakiegoś Chlotara i brał sobie jego żonę, całkiem często jakiś inny Chlotar wyłupiał oczy innemu Chilperykowi i zabierał jego królestwo... Czasem nawet któryś taki potrafił zrobić coś sympatycznego i wzniosłego - na przykład podarować boginii cenną przepaskę na biodra. (Ach!)

W sumie to jednak było tyle, życie ludzi nie zmieniało się przez stulecia, choć jakiś Chilperyk czy Chlotar potrafił stracić żonę lub królestwo, a inny zyskać. Żeby nie wspomnieć o dziesięcioleciach - które przecież w takiej Europie na przykład, od tysiąca lat, dają się na ogół dość łatwo rozróżnić, i każde niemal ma swoje wyjątkowe cechy, niemal swoją własną "duszę".

Religia się zasadniczo nie rozwija, choć możliwe są, rzadkie ale jednak, jakieś religijne rewolucje, oraz, zapewne znacznie bardziej prawdopodobne, podboje połączone z narzucaniem jednej religii i/lub niszczeniem innej. Sztuka prosta, odwieczna, niemal niezmienna, właściwie nieuczona w jakimś dzisiejszym szkolnym sensie (no bo i szkół raczej nie ma), choć możliwy wysoki poziom rzemiosła i dopracowana przez wieki forma.

W każdym razie ta sztuka zmienia się niesamowicie wolno, nie jest uczona w żadnych akademiach, nie jest analizowana przez znawców, nie jest towarem, nie ma krytyków, nie ma marchandów, nie ma filharmonii ani kultu samotnego geniusza.

Ma wartość sakralną, prestiżową, poza tym, że po prostu ci, którzy wykonują te wszystkie miecze, zapinki, kielichy i całą resztę, nie wyobrażają sobie, jak i ich "klienci", że mogloby tam nie być wszystkich tych tradycyjnych ornamentów, a forma mogłaby być jakaś całkiem nietradycyjna.

Co jeszcze? Co jeszcze?

Może ten odcinek sobie teraz zakończymy, bo i tak do jakiegoś nowego sedna dojść już, w zwykłym blogaskowym tekście nieprzesadnej długości, nie zdołamy - powiemy tylko, że ludzi żyjących w tego typu epoce, w takich warunkach, nazywamy sobie Fellachami, co jest określeniem szpęglerycznym.

Prawdziwi, pierwotni egipscy fellachowie tymi "naszymi" Fellachami oczywiście byli jak najbardziej, ale absolutnie nie tylko oni, bowiem uprzejmie pozwolili nam stosować to miano do wielu innych, w podobnych w sumie sytuacjach.

("Fellah" pisze się wprawdzie chyba przez samo "h", ale to się fatalnie odmienia, wiec stosujemy tu sobie taką uroczą ambiwalencję und niepewność.) 

A więc - Fellah i ten specyficzny, bliski biologii, rodzaj ludzkiego życia. Pierwszy, który sobie, w ogromnym skrócie, przedstawiliśmy. Przyjdą jeszcze (Deo volente) dwie inne podstawowe formy ludzkiego życia, plus kilka pośrednich, zmutowanych, hybrydalnych, czy jak to tam nazwać.

* * *

(A w ogóle, jak chcecie więcej tej propedeutyki, to wykażcie zainteresowanie, piszcie komęta i w ogóle. Inaczej łaskawie darujcie, mogę nie widzieć sensu. Nie że coś, oczywiście, obowiązku nie ma.)

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. Parami też może być, zgoda. I uważać na ogony.

sobota, lipca 19, 2014

Zachód zmiażdży, zniszczy i ośmieszy Putina!

Nie może być ławiejszego przeciwnika dla kogoś naprawdę zdeterminowanego, niż cyniczny tchórz, a więc porzućcie wszelkie nadzieje, że to niby "Putin właśnie przegrał", "teraz Zachód da Putinowi popalić", albo "będzie zimna wojna, którą Rosja musi przegrać (bo ilość różowch golarek do damskich części intymnych na głowię jest tam stanowczo zbyt niska)". To nie ta metoda!

Uwzględniając to, że psychopata, kiedy już ruszy do ataku, jest wprost niesamowicie zdeterminowany; Putina można uznać z psychopatę, ale to nie jest żaden głupek, ani niewiedzący co czyni szaleniec; a nawet Rosję jako całość można uznać, od wieków, za państwo w pewnym sensie psychopatyczne... Z drugiej zaś strony wystarczy rzucić okiem na tych, którzy dzisiaj rządzą Zachodem - wynik tego starcia jest z góry oczywisty. (Nie żeby mnie to cieszyło, absolutnie nie!)

Putin mógł się być może lekko naciąć atakując w jednym konkretnym kierunku - wykonując jeden konkretny ruch. Mianowicie tak, że jego najemnicy, wysłani na wschodnią Ukrainę i udający jakichś mitycznych "separatystów" - zaczęli, jak się wydaje, brać w dupę od przegrupowanych i jakoś tam doprowadzonych do porządku sił ukraińskich.

A co do "separatystów", to całkiem niedawno jakieś dziwne zielone ludziki w bardzo profesjonalnie wyglądających mundurach, rosłe chłop w chłopa i ewidentnie w formie, w dodatku z super sprzętem zakupionym pono w sklepach survivalowych, ale chyba jakichś nieco elitarnych, robiły w naszych zachodnich przekaziorach za "krymskich nacjonalistów".

Świat zaś, z tymi cynicznymi tchórzami, o których myśmy tu sobie na początku, na czele, pilnie udawał, że nie potrafi do tego zjawiska przypasować żadnej adekwatnej etykietki. No bo co jak co, ale przecież żadni tam "terroryści" toto być nie mogą! Choć po prawdzie wszystkie terrorystów cechy posiadali z nawiązką, i niczym innym po prostu być nie mogli.

Teraz jest jeszcze fajniej, bo już przed chwilą na francuskim kanale (tym pro-"europejskim") usłyszałem, jak to "naukowcy Republiki Donieckiej" zajęli się dochodzeniem przyczyn rozbicia się samolotu". Mogą fundamentalistyczni sunnici w Iraku (niedługo "byłym Iraku") - mogą i chłopcy Putina, czemu nie? "Polityka faktów dokonanych" to się nazywa. Zachód, owładnięty cynicznym tchórzostwem i kierowany przez absolutnych mistrzów w tym fachu, z całą pewnością łyknie to bez popitki.

No dobra - ktoś się może domyślił, jak miała się kończyć ta myśl, że Putinowi być może jego jeden ruch się nie całkiem udał... Inni się pewnie nie domyślili, więc dokończę explicite. No więc Putin zagrał teraz tym samolotem, atakując na kolejnym froncie, waląc przeciwnika (czyli w sumie nas, "Zachód") w bardziej czułe miejsce...

I nieźle mu to oczywiście wyszło. Już teraz. I już teraz różne Merkele łączą się z nim w przecudnie harmonijnym chórze, wołając o zawieszenie broni - żeby tam bez krwi rozlewu, oczywiście, jak zawsze, no i żeby dojść kto ten samolot tak brzydko - no bo przecie tyle różnych hipotez i człowiek nie ma pojęcia, nie tylko co właściwie się stało, ale także KTO winien. I tak to się kręci już teraz, a poczekajcie ludzie jeszcze trochę i zobaczycie, że będzie o wiele jeszcze weselej!

Putin nie ma już problemu z tymi tam najemnikami, którzy giną, a on im w sumie niezbyt pomaga, na co lud, rosyjski znaczy, może nieprzychylnie patrzeć, skoro nieco wcześniej mu pracowicie rozkręcono histerię, jak to nasi dzielni chłopcy z tym koszmarnym faszyzmem i ludobójstwem biednych Rosjan na tej Ukrainie walczą, a cała Rosja stoi uzbrojona po zęby na granicy, żeby tym zbrodniom w odpowiedniej chwili przywalić. A potem ci "nasi" dostają w dupę, a Putin z Rosją nic.

Jednak na głupotę, a przede wszystkim to wyrafinowane połączenie tchórzliwości z cynizmem, dzisiejszego Zachodu, z jego przywódcami na czele... Wspartymi oczywiście na grzbietach niemal równie tchóżliwie-cynicznych lemingów - tacy jak Putin zawsze będą mogli liczyć. To znaczy tak długo, aż ktoś tego Zachodu kopniakami w końcu nie rozwali, co nie będzie aż tak trudne - nawet przy tej zaiste ogromnej, wciąż, mimo kryzysu, ilości różowych golarek na głowę (i nie tylko głowę), w czym żadna Rosja nie może się nawet z Zachodem równać.

No ale gdyby zrobiono Mistrzostwa Świata w Cynicznym Tchórzostwie (najlepiej oczywiście podlanym jeszcze Głupotą), to na pewno Zachód wziąłby wszystkie medale, a Rosja dostałaby okrutne baty. (W gołym cyniźmie byłoby inaczej, oczywiście, ale kto by chciał robić TAKIE mistrzostwa?!) W dodatku nie byloby trudności z wyłonieniem zwycięskiej ekipy - nikt inny, niż dzisiejsi przywódcy Zachodu nie dałby tak znakomitych gwarancji sukcesu.

Niniejszym domagam się, żeby takie Mistrzostwa zostały zorganizowane! A co najmnej, na razie, żeby Cyniczne Tchórzostwo zostało uznane za dyscyplinę olimpijską. Nie żartuję! W kategoriach "pań" i "panów" oczywiście - żeby było równouprawnienie, no i żeby Angela Merkel też swój złoty medal zasłużenie dostała. Z łezką w oku wprawdzie, bo jej ukochany Putek sromotnie przegra, ale Radek ją zaraz pocieszy, oddając jej Polskę, albo coś takiego.

No, tośmy sobie chyba wyjaśnili sprawy bieżące, a nawet poniekąd sporo spraw przyszłych. Dzięki za uwagę. Pieprzcie realny liberalizm i korzystajcie z życia, dopóki jeszcze jakieś wam zostało.

triarius

P.S. Wychodzimy pojedynczo, albo po dwóch. Uważać na ogony.

piątek, lipca 18, 2014

Putin i pantoflarze

W którejś historii Sherlock Holmes mówi Watsonowi coś w tym stylu, że kiedy zbrodniarzem jest człowiek inteligentny, nie jest trudno go rozgryźć, bo wszyscy inteligentni ludzie myślą podobnie. (No i złapał mordercę, którym był akurat lokaj. Faktycznie niegłupi.)

W związku z czym ja się chyba nie muszę obawiać, że coś tu Putinowi podpowiem, choć wejść z Rosji mam dziwnie dużo. Z drugiej zaś strony jest spora szansa, że jednak naprawdę coś z jego postępowania rozumiem.

Kiedy sobie dzisiaj wlączyłem te tam zagraniczne telewizje, co je mam w pakiecie, jedna francuska poinformowała mnie, że nad Ukrainą został właśnie przez rosyjski samolot zestrzelony ukraiński myśliwiec. Moment potem poinformowano mnie o sankcjach na Rosję, za brak troski o pokój na Ukrainie, czy jak to tam określono.

Sankcje te (to wiem z amerykańskiego kanału ekonomicznego, gdzie omawiano to dość obficie) polegają na tym, że dwie rosyjskie firmy nie będą mogły w USA zaciągać kredytów, choć poza tym, co wymownie podkreślano, nadal będą mogły działać na amerykańskim rynku i sobie z amerykańskimi firmami współpracować. Plus sankcje wobec dwóch konkretnych osób w Rosji.

Tyle! Putin jednak, czy jakiś inny wysoki rosyjski dostojnik, oczywiście, bardzo te sankcje skrytykował, zgrzytając przy tym, jak oni mają zwyczaj, zębami i rzucając wokół wściekłe spojrzenia. A ja tak sobie od razu te dwie rzeczy skojarzyłem. Czy nawet trzy rzeczy, uwzględniając reakcję Rosji, choć ta przecie była od razu do przewidzenia.

Moje myśli poszły takim tropem, że oto Putin (szeroko oczywiście pojęty) wychowuje sobie tych zachodnich... Jak by ich eufemistycznie określić... Poprzestańmy na "degeneratach"... Wychowuje sobie więc tych zachodnich degeneratów, którzy nam łaskawie, na rasowych pantoflarzy. Metodą dokładnie taką, jaką to robią od wieków żony. Ktoś jeszcze nie wie jak one to robią?

Czy ludzie zostają pantoflarzami dlatego, że się boją swoich żon? Może z czasem faktycznie się zaczynają bać, ale w większości przypadków to się wcale tak nie zaczyna. Gdyby żona miała takiego - jeszcze nie wychowanego na pantoflarza - wałkiem, to on by jej w końcu też mógł przylać i byłby co najmniej remis. I co ona by mu mogła w końcu takiego strasznego zrobić? Zupę przesolić? Zgoda, ale przecież on także mógłby zapewne zastosować bolesne dla niej retorsje.

Tylko że to się nie tak robi i kobiety wiedzą to od zarania wieków. Mądra żona (a która w tej dziedzinie nie jest mądra?) stosuje metodę kija i marchewki - początkowo małego kijka i malutkiej marchewki, tyle że super-konsekwentnie i natychmiast. W końcu każdy ekspert od prawa powie wam, że nie dotkliwość kary się liczy, tylko jej natychmiastowość i pewność.

W tym akurat przypadku eksperci, wyjątkowo mają co najmniej połowę racji, a kłamią tylko częściowo. Dodatkowo taka mądra żona nie działa na nieszczęsnego meża strachem - takim czystym, zwierzęcym - tylko atakuje jego wygodę, wykorzystuje lenistwo, wygodnictwo, zmęczenie, pragnienie świętego spokoju...

Gość nie to, że się żony wprost boi - on by wreszcie chciał mieć święty spokój, a uzyskać go może, z trudem się tego w końcu nauczy, jeśli zrobi dokładnie to, co mu małżonka, mniej lub bardziej wprost, zasugeruje. Jak się ten proces zacznie, to już potem idzie i idzie, coraz łatwiej. To jak z przeciąganiem liny na przykład.

Sam miałem co najmniej jeden ogromny sukces tego typu, kiedy metodą malutkich patyczków i malutkich marcheweczek - praktycznie symbolicznych i ograniczających się do mniej lub bardziej entuzjastycznych min - wychowałem sobie w krótkim czasie bardzo uroczą teściową. Osoba ta, dziś już niestety nieżyjąca, przez wielu uważana była za oschłą i obdarzoną dość trudnym charakterem.

Dla mnie jednak była fantastyczną teściową, której wybaczałem nawet czytanie Gazety Wyborczej, choć oczywiście dzieliłem się z nią czasem uwagami na ten temat, Delikatnie jednak. Wszystko to osiągnąłem dzięki przesubtelnemu reagowaniu na każde jej zagranie - głaskanie jej, w przenośni oczywiście, kiedy była akurat miła, i wyniosła oziębłość, kiedy próbowała na mnie swych zwyklych dotychczas sztuczek.

Naprawdę nie chciałbym jakoś głębiej porównywać tego smętnego towarzystwa, które dzisiaj milościwie nam panuje na tzw. Zachodzie, z moją, naprawdę słodką, teściową, ale metoda Putina jest taka sama jak była moja, a skutki też z pewnością nie okażą się byle jakie.

* * *

Potem (żeby od mojej teściowej wrócić do Ukrainy i Putina) miałem różne sprawy w tzw. realu i na śledzenie wydarzeń w telewizji nie było czasu. Kiedy wieczorem wróciłem, okazało się, że ktoś - absolutnie nie wiadomo kto - zestrzelił malezyjski samolot pasażerski z 295 osobami na pokładzie.

I tak sobie myślę, że z tym wychowaniem Merkeli i Obam na rasowych pantoflarzy przez (szeroko pojętego) Putina, to jednak musi być tak, jak mi się w tym genialnym przebłysku intuicji wydało. No to teraz czekajmy na dalszy ciąg.

triarius

czwartek, lipca 17, 2014

Blaski i ciene miniaturowych policjantek

W dyskusji nad tym władowaniem całego magazyka w plecy uciekającego już "psychopaty"... (W istocie zaś, z tego co słyszałem o tej sprawie, to nie był żaden "psychopata", tylko jakiś biedny szaleniec albo człowiek, który miał już dość tego zalewającego nas szczęścia i miłości. Psychopaci to są raczej ci od ośmiorniczek.)

No więc, w każdym razie w tej dyskusji padł argument, że: "widziałem kiedyś jak malutka policjantka z kolegą próbowali obezwładnić wielkiego gościa, no i jak ona miała nie strzelać?" Na co ja mówię, że osobiście nie dostrzegam najmniejszego powodu, żeby miały istnieć miniaturowe policjantki - które w dodatku nie siedzą za biurkiem, nie wycierają nosów zagubionym dzieciom, tylko pałętają się po ulicach, próbując obezwładniać niebezpiecznych, wyrośniętych facetów.

Naprawdę tak trudno to już dzisiaj zrozumieć? Zawsze był "potężny przyjazny bobby" (w Anglii), "ogromnego wzrostu irlandzki policjant (uśmiechał się przyjaźnie)" (w US of A)... I komu to przeszkadzało? W dodatku ten bobby z broni nosił tylko króciótką pałeczkę, nic strzelajacego. Nie jestem żadnym anglofilem, ale widać można było i tak.

Po prostu widać, z takich czy innych przyczyn, mniej lub bardziej słusznie, tamtejsza ludzność nie uważała władzy za okupanta, a jej chodzących po ulicach przedstawicieli za skorumpowanych zbirów, no to nie było i wielkiego powodu, by tych przedstawicieli obwieszać artylerią... I tak dalej.

Ja, powiem to magna voce, nie życzę sobie po prostu drobnych policjantek, które, z dość oczywistych względów przeszły przez swe dotychczasowe życie spłoszone i zahukane - a teraz, wyposażone przez naszą kochaną władzę w P99 QA, będą sobie to rekompensować władowując calutki magazynek w kogoś, kto im się, z takich czy innych przyczyn, nie podoba.

Nie chodzi mi o to, że policja nigdy nie może użyć broni palnej, czy nawet kogoś zastrzelić, ale, po pierwsze, wolałbym żeby to była MOJA policja, a nie panów Sienkiewicza z panią Merkelą... Moja, w sensie polska i przyzwoicie moherowa... A po drugie - uzbrojonym przedstawicielem władzy na ulicach, w każdym przypadku, powinien być ktoś, kto sobie bronią palną nie musi dodawać powagi i pewności siebie. Tyle chyba daje się zrozumieć?

Tutaj moglibyśmy odskoczyć od głównego tematu w różne fajne psychologie i ardreyizmy... Co my sobie też i zrobimy, choć na razie nie na tyle obficie, żeby te fascynujące tematy wyczerpać. Raczej tylko zasygnalizujemy pewne sprawy. Jak to na przykład, że różne tam armie, nie mówiąc już o elitarnych oddziałach, co do jednej, mają w programie swoich szkoleń...

A to taki Z ZAŁOŻENIA prymitywny boks bez żadnej pracy nóg - czyste okładanie się po mordach przez, nie pamiętam już, ale minutę albo dłużej. To zdaje się brytyjski SAS. Amerykańscy Marines mają takie długie drągi, nieco wywatowane na końcach, którymi się okładają faceci ubrani w ochronne ubranka i hełmy... I tak dalej, a do tego wszystkie one mają jakąś formę walki wręcz, oczywiście.

Dlaczego? Przecież nawet ta walka wręcz nieczęsto się w praktyce przydaje nawet komandosom. (Nie mówimy teraz o policjantach, którym by się przydała o wiele lepiej.) Ten czas można by poświęcić na strzelanie, albo, jeszcze lepiej - na jakieś gotowanie zupy z proszku bez produkowania dużego dymu.  A jednak wszyscy to robią i nic nie słychać, by mieli przestać.

To samo zresztą dotyczy w dużej mierze walki na bagnety. I to nawet w czasach, kiedy to miało o wiele większe, niż dzisiaj, praktyczne znaczenie. W istocie b. rzadko dochodziło do sytuacji, gdy bractwo na siebie wpada i tym bagnetami się tam dziabią. Niemal zawsze jedna strona, ta słabsza psychicznie, widząc zdeterminowanego (jak sądzi) wroga, daje dyla. I na tym to w praktyce polegało.

Kiedy widzimy na ekranie telewizora jakąś wojnę - w Libanie czy gdzieś - to niemal zawsze jakiś facet  wychyla się z za jakiegoś węgła, albo wychodzi sobie na ulicę zza murku, i strzela z AK-47 wyraźnie w nic konkretnego nie celując...

A wynika to częściowo z tego, że tak musi wyglądać duża część realnych wojen, a częściowo jednak z tego, że w sytuacjach naprawdę bardzo niebezpiecznych to by nie było po prostu filmowne przez dzielnych (niewątpliwie) dziennikarzy.

Jednak prawdziwą kwestią w takich walkach na terenie miejskim musi być to, czy jak nagle, podczas gdy ja sobie wesolutko strzelam w przestrzeń, z grubsza w kierunku gdzie może być wróg, zza pleców wyskoczy mi gość z bagnetem na karabinie szturmowym, albo jakąś saperką - to ja zemdleję, ucieknę, czy też spróbuję jego moją własną saperką, czy własnym bagnetem, wyprawić do krainy wiecznych łowów. Psychologia - moi drodzy, jak zawsze!

Więcej powiem, a nawet pojadę Ardreyem... Robili takie doświadczenia na małpkach, które od urodzenia były oddzielone od swego gatunku, a chyba nawet od wszelkiego zewnętrznego świata. No i tym biednym stworzeniom puszczali filmy pokazujące różne tam aspekty życia ich małpiego gatunku. Małpięta kompletnie ignorowały wszystko - poza jedną rzeczą.

Otóż widok grożącego samca (którego nigdy w życiu nie widziały) sprawiał, że z piskiem kuliły się w kącie, przerażone. No i tak, moi państwo, to działa. Gdyby nasza (?) miniaturowa policjantka uprawiała tajski boks, judo, albo inne MMA, to, z czasem, widok grożącego samca przestałby na niej robić aż takie wrażenie. Samca takiego na przykład, jak niesforny obywatel imponujących rozmiarów i obdarzony sporą siłą.

W takim przypadku można by przypuścić, że jeśli tego samca ta nasza (?) policjantka zastrzeliła, to było to z jakichś innych powodów, niż jej własny mikry wzrost, trapiące ją przez całe życie poczucie niepewności, kompleksy czy niewyżyta agresja. Nie mówię, że powody te byłyby koniecznie słuszne i uprawnione - to nie to państwo - ale chociaż ten jeden, bardzo marny, powód by był znacznie mniej prawdopodobny. I to już by była jakaś poprawa.

Tak w ogóle, to moim celem, czy może raczej "marzeniem", było napisanie o czymś o wiele ważniejszym i ogólniejszym, mianowicie o tym, DLACZEGO w ogóle kobietki niewielkiego wzrostu zostają dziś w naszym kraju policjantami, i DLACZEGO nikt nie dostrzega w tym problemu, nie mówiąc już o jakichś próbach uzdrowienia tej sytuacji.

Co wiecej, ten mój "wymarzony" tekst traktowałby nawet nie tyle o dość oczywistych w końcu (dla niektórych) ograniczeniach malutkich kobietek... (Nawiasem mówiąc, absolutnie nic do nich z założenia nie mam, a nawet bardzo je lubię. Tutaj pozdrawiam Iwonę Jarecką, niewątpliwie i malutką, i kobietkę. I bardzo fajną osobę.)

Tylko, o ile by mi się to udało, traktowałby on, dużo bardziej ogólnie, o tym, co nam dzisiaj robi miłościwie nam panująca totalitarna lewizna, a czego małe kobietki pętające się po ulicach z Waltherami P99 przy boku, 16% kobiet w amerykańskich siłach zbrojnych... I jeszcze sporo innych dziwnych rzeczy - wcale nie dotyczących wyłącznie kobiet i "równouprawnienia" zresztą - które nam oni fundują, a my to z zapałem łykamy.

Takich rzeczy, jak ta powszechna dziś inwigilacja, którą przecież w sumie my gorąco oklaskujemy, bo ona broni nas przed terroryzmem... I tak dalej. Ale nikt już nie zadaje sobie pytania jak: Z CZEGO SIĘ TO W ISTOCIE WZIĘŁO? W KTÓRYM MOMENCIE MOŻNA BYŁO JESZCZE TO ZATRZYMAĆ? NO I JAK W TAKIM RAZIE?

Z dodatkowymi pytaniami w rodzaju: KTO w istocie jest temu obecnemu koszmarowi winien? KTO miał wtedy rację i na czym ta racja konkretnie polegała? Takie tam. Kto by sobie jednak łamał głowę i zakłócał trawienie rozważaniem takich kwestii, prawda? (Wiąże się to też z kwestią "w pełni zawodowej armii", którąśmy sobie tak radośnie zafundowali. Ale kogo to obchodzi?)

triarius