środa, października 14, 2009

Tusk zniknięty redivivus

motto:

Szukam, patrzę - nie ma Tusia!
Może uciekł? Może siusia?


I znowu nam znikł nasz premier... I znowu się zastanawiamy - "gdzie jest nasz premier, ach gdzie?"
  • Może pojechał gdzieś na kraj świata po nową twarzową czapeczkę?
  • Może potrzebował adrenaliny i huśta się teraz nad ziejącym ogniem kraterem jakiegoś czynnego wulkanu, przyczepiony za duży palec liną do helikoptera? (Drugi koniec liny trzyma oczywiście w zębach Schetyna.)
  • Może bierze udział w jakimś mało nagłaśnianym, ale prestiżowym wyścigu psich zaprzęgów? (Pierwsza nagroda prawo do polizania dłoni Angeli Merkel, druga podrapanie za uchem przez tow. Barroso.)
  • Może sobie kupił tę nową grę FIFA 2009 (widziałem za 99 zł), a teraz sobie siedzi w kącie i wirtualnie udaje Rooneya, o całym świecie zapomniawszy?
  • Może... itd. itd.
Mi się jednak wydaje, że tym razem wiem, gdzie mamy naszego premiera. Pewnie już wszyscy zapomnieli, ale jakiś czas temu wybuchły (niczym zamoknięty kapiszon, takie mamy bowiem w kraju media) dwie dość smrodliwe i dla władzy nie-całkiem-wygodne afery. Naprawdę, kto nie wierzy, niech se na blogach poszuka! Potem te afery wiatr rozwiał, śnieg przysypał, konary się na nie zwaliły... Do tego narracja i niezawodna rodzima brać dziennikarska....

Jednak moja teoria jest taka, że właśnie w tej chwili premier Tusk jest w (dawnej bibliotece a obecnie pijarowni) szkolony w efektownym i skutecznym płaczu. Coś a la posłanka Sawicka. No bo to działa! Lud się rozczula i znowu jest słodko, a płaczący staje się miłością nas wszystkich. No więc tak szkolą tego premiera, szkolą... Szkolą go od paru dni co najmniej. I szkolić będą, aż do momentu, kiedy przyjdzie wyjść na scenę... I zapłakać...

Tak na wypadek, jakby jednak tego zlodowacenia w tym roku nie było, gdyby jednak to globalne ocieplenie zadziałało, a lud sobie jakoś przypomniał o tych kapiszonach... Albo gdyby coś nowego. (Apage Satanas! Tfu, na psa urok!)

Tyle że z premierem jest jednak pewien problem i z tym płaczem wiąże się niejakie ryzyko. Taki mianowicie problem, że on od dawna nerwy i tak ma zszargane i nastrój nienajlepszy. No i jest tak, że mimo pompowania go od dawna jakimś Prozakiem naprawdę nie wiadomo, czy premier po prostu ładnie i przekonująco zapłacze... Czy też zacznie spazmować... I spazmować... I spazmować...

A potem się naprawdę rozpędzi... rozklei... rozsmarka... zacznie piszczeć... dostanie drgawek... I trzeba go będzie w końcu w kaftan bezpieczeństwa. Co może wśród ludu wywołać reakcje różne, ale niewykluczone, że jednak negatywne. Gorzej - może się jeszcze do czegoś w tym stanie sam z siebie przyznać... To by dopiero było! Dobrze chociaż, że nawet na spokojnie (czyli na odpowiedniej dawce Prozacu i nie przymuszany do płaczu) mówi niewyraźnie!

No bo kto mu jest w stanie tę dawkę Prozacu odpowiednią dobrać? Zbyt dużo, a zacznie przed tą kamerą robić "orgazm na słodko" (ukłony dla branży filmowej, która ostatnio błysnęła taką klasą, że skorzystam z okazji), zamiast płakać... Zbyt mało - i naszkicowana wyżej katastrofa się spełni!

No więc jest problem i dlatego na razie premiera pokazać spragnionemu ludowi nie można. Choć tak przecież wszyscy - z głównym zainteresowanym na czele - byśmy pragnęli, by Król Słupków znowu mógł odegrać Króla Dyplomacji, stając słupka przed Putinem... Merdając ogonkiem przed Merkelą... Ach! Jednak chcieć, to nie zawsze, ludu mój, znaczy móc. Niestety!

Jeśli ta sprawa się jakoś w najbliższym czasie nie wyklaruje, a wrogowie nie przestaną knuć i mącić, to może prościej i łatwiej będzie wprowadzić stan wojenny. Nad tym wariantem też się pracuje. Więc na razie więc spokojnie ludu - wszystko jest pod kontrolą, a o podjętych decyzjach dowiesz się niebawem.

Już możesz przygotowywać w pobliżu telewizora chusteczki - na wypadek, gdyby to jednak miał być wzruszający występ premiera przed kamerami, a nie to drugie.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, października 12, 2009

Czemuście mnie nie ostrzegli, że to wariat?

Nie przeczę, żem nieco zaszalał atakując toyaha za uwielbienie do Picassa i Zanussiego, za rozszczepianie włosów na 17 części w każdej sprawie... A częściowo i za to całe nudnawe i histeryzujące "kino moralnego niepokoju", które lubi się pojawiać na jego blogu.

Uważam go jednak za naprawdę dobrego blogera - z gatunku tych niemal-profesjonalnych, codziennie piszących, o tekstach dopracowanych i wygładzonych. Tym bardziej, że ostatnie teksty ma toyah naprawdę b. dobre, chodzi o te na temat afer i polityki. (Fajnie że zostawił na boku sztukę, bo smaku gość nie ma za grosz. To pewnie zresztą mój wpływ, że zostawił. I nie wiadomo czy na długo.)

Nie uważam go też za wariata czy szuję. Że mój własny blog - mimo faktu, że blogowanie to dla mnie raczej margines zainteresowań i ciągle mam wątpliwości co do jego sensu - uważam za istotnie lepszy od toyahowego, to jest fakt. Gdybym tak nie uważał, po prostu bym zresztą nie pisał. No bo po co pisać, jeśli to nie ma być lepsze od poziomu nieco-powyżej-przyzwoitości?

Jednak okazuje się, że mój blog jest denny, a ja - uważając inaczej - jestem wariat. O, proszę: http://blogmedia24.pl/node/19774#comment-60920. Co mi tam, oto cały finalny komentarz samego toyaha w mojej sprawie:

Wszyscy z wyjątkiem jednego

Dopiero dziś zdarzyło mi się przeczytać oba ostatnie komentarze tego triariusa do mnie. Poprzednio, kiedy kończyłem z nim znajomość, po przeczytaniu jego insynuacji
odnośnie mojego stosunku do Zanussiego, przerwałem właśnie na Zanussim. Dziś dowiedziałem się od niego samego, że, oprócz komentowania u mnie, on sam prowadzi bloga i że ten blog jest podobno świetny. Sprawdziłem. Jestem pod wrażeniem. A do Was - i do Ciebie, Marylko - mam pretensje. Czemuście mnie nie ostrzegli, że to wariat? A ja tyle miesięcy się kompromitowałem. Bardzo nieładnie!

toyah

Przyznaję, powtarzam, żem nieco z toyahem zaszalał. A w ogóle to ponoć nie ja byłem przezeń wytypowany na "Głupca roku nr 2", więc finał wynikał poniekąd z prostego nieporozumienia. Fakt, że dawno bym toyahowi był odpuścił, gdyby nie to, że cholernie mnie wkurzały jego niezdarnie kontrataki. Polemista z niego żaden i sam fakt, że zamiast uszy po sobie i przeczekać, próbuje mi przywalić, doprowadzał mnie do furii. Jestem gość agresywny, nie ukrywam.

Teraz do ad remu... Czy naprawdę z mojego bloga (bo pomijam już nie zawsze przemyślane wypowiedzi w polemice z toyahem, tak bywa, a to co się dzieje w kraju, naprawdę działa człekowi na nerwy) wynika żem wariat? Czy naprawdę ten blog (pomijając całkiem inną konwencję) jest JEDNOZNACZNIE GORSZY od blogu toyaha?

Powiedzcie mi to proszę, bo nie chciałbym nadal żyć w nieświadomości. A jeśli tak właśnie jest, to w końcu wypadałoby przestać pisać. Nie tylko dlatego, by się moje wariactwo aż tak łatwo w oczy ludziom nie rzucało, bo co mi tam, ale po prostu dlatego, że robienie czegoś, czego robić nie muszę, na poziomie niespecjalnie wysokim, wydaje mi się żałosne i niepotrzebne.

Prosiłbym o szczere wypowiedzi. Z góry dziękuję!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, października 11, 2009

Umpa umpa umpa umpa, umpa umpa umpapa! (i nie tylko)

Na podstawie ostatnich występów ludzi filmu nasuwa się wniosek, że być może jedyną w miarę uczciwą gałęzią branży filmowej jest xxx. No bo spójrzmy... W końcu sukces w roli "jurnego dostawcy pizzy wyposażonego niczym ogier" nie czyni automatycznie - nawet w oczach samego zainteresowanego - autorytetem moralnym... W odróżnieniu od sukcesu w roli przysłowiowego trzeciego halabardnika w byle jakim filmie "artystycznym".

Nie słyszałem też dotąd, by jakaś stojąca u progu emerytury oralna diva tłumaczyła ludziom w mediach, że "z opowieści syna wiem, że dzisiaj prawdziwe ostre porno to odbywa się w przedszkolach, a my to przy nich same Święte Tereski". No a w każdym razie oralne divy lepiej sobie przed kamerami radzą ze szczękościskiem u "artystek filmu", spowodowanym najpewniej staraniami o ambitną rolę, czy nominację do prestiżowej nagrody.

* * * * *

Historia uczy, że każde pokolenie ma w sobie jeden (i tylko jeden) potężny wybuch buntu. To się jednak zmienia, bowiem wiele wskazuje, iż obecni młodzi mają zamiast tego internet.

* * * * *

Moje przewidywania dotyczące przyszłych Pokojowych Nagród Nobla...

1. Putin - NIE dostanie! W każdym razie nie tak szybko, nie zanim spacyfikuje (od pax, pacis, czyli pokój, więc à propos) jeszcze sporej ilości krajów, ludów, oraz oczywiście niepokornych we własnym kraju. Na zachętę nie ma sensu mu dawać, bo czy Putin ze swoją Rosją zagraża czymś Europie? Przecież Europa naprawdę może sobie, dla dobrosąsiedzkich stosunków z Rosją, pozwolić na oddanie jej paru peryferyjnych krajów...

A właściwie to już nie krajów, tylko regionów. Takich jak Polska i różna drobnica. Dzięki temu Europa uzyska znowu bezpośrednią granicę z Rosją, na której będzie aż iskrzyć od pokojowych inicjatyw, a młodzież w czerwonych chustach, śpiewająca "Ja drugoj takoj ziemli nie znaju, gdie tak swabodno dyszajet cziełowiek", będzie się swobodnie parzyć z młodzieżą w błękitnych tunikach w żółte gwiazdki, śpiewającą "Umpa umpa umpa umpa, umpa umpa umpapa!" (oczywiście po niemiecku, ale nie znam słów, więc koncentruję się na dziarskim "Umpa umpa umpa umpa, umpa umpa umpapa!" orkiestry).

2. Dzim Dziung Dzil (czy jak się nazwa ten aktualny komuszy zamordysta w Korei Północnej) - DOSTANIE! Pod warunkiem oczywiście, że pozwoli sobie udzielić darmowej pomocy przeznaczonej dla północnokoreańskich osesków, w postaci miliona ton mleka w proszku. To zaś jest z kolei uzależnione od tego, czy postępowa północnokoreańska elita uzna, że to mleko uda się z korzyścią opchnąć na międzynarodowym rynku, dzieląc zyski.

3 Tusk - DOSTANIE! Jeśli mu się oczywiście uda, choć dlaczego niby miałoby mu się nie udać? Ale to już nawet nie jest zabawne. Dodam jednak, że w przyzwoitym kraju Tusk wkrótce zostałby więźniem politycznym - przynajmniej z punktu widzenia różnych humanitarnych organizacji i moralnych autorytetów... Więc pokojowego Nobla dostałby i tak. To nie do uniknięcia, więc nie ma co wierzgać przeciw ościeniowi.

* * * * *

Od dawna chciałem tu polecić znakomity moim zdaniem tekst Kumana ukazujący samą esencję kwestii władzy. Oto on: http://odrzucam-plew.blogspot.com/2009/09/przemoc-polityka-liberalizm-i-jeszcze_14.html.

Szczerze polecam też prześledzenie jak Nicponiowi udało się cudownie wypuścić powietrze z nadętego balona ojroaparatczyka Sadurskiego. Oto - moim zdaniem po prostu genialny w skali historycznej! - tekst Nicka (niestety obecny tylko na szalomie): http://www.crusader.salon24.pl/128604,wojtek-dal-glos, a co tuż przedtem napisał Sadurszczak i co pisze od tego czasu, musicie sobie poszukać sami, co nie powinno być specjalnie trudne, bo facio zawsze obecny na szalomowym frontonie, więc można se kliknąć i, cofając się w czasie, se znaleźć.

Oczywiście nie ma tak, by Sadurszczak przestał być wulgarnym aparatczykiem i wyjątkowo paskudnym brukselsko-leberalnym propagandzistą, budzącym dodatkowy niesmak tym, że pozuje na luźnego ętelektualistę, blogera i w ogóle brata-łatę... Jego pretensje do bycia przy okazji elitą dostały jednak potężnego kopa, z którego gość wyraźnie nie potrafi się podnieść, wypisując teraz różne żałosne brednie, w celu przekonania ciemnego ludu że on jednak JEST elitą itd. itd.

Jeśli dobry Bóg pozwoli, by jeszcze coś podobnie do nickowego tekstu Sadrurszczaka trzepnęło, to zakładam się, że facio zacznie po prostu rapować! Już napisał kretyński i nieudolny wierszyk traktujący o jego własnej elitarności i ciemnej masie, która jej nie dostrzega. Zaprawdę powiadam wam - znowu stajemy się najweselszym baraczkiem... A co nam w końcu innego pozostało?

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, października 09, 2009

Biężączka, bloody biężączka

Z ostatniej chwili: Lalka Barbie (w wersji nieco przydymionej, ale to akurat mało istotne) dostała Pokojową Nagrodę Nobla. Łał!

Poważny człowiek od dziesięcioleci nie mógł chyba poważnie traktować tych nagród, nawet zakładając, że na samym początku miało to jakiś sens i wdzięk. (Dla mnie raczej nigdy nie miało, bo Nagroda Nobla to z założenia projekt leberalnych naprawiaczy świata i nigdy do niczego innego niż promowanie globalnego leberalizmu nie służył.) Co więcej, mieszkając swego czasu, jakby nie było, w Szwecji przez dłuższy czas, dość dokładnie poznałem skład tych komisji. Oczywiście osobiście ich nie znam, nawet nie wiem, czy bym chciał, ale to i owo się przeczytało.

Tym razem jednak norweska filia tego cyrku poszła spory krok dalej, przyznając pokojowego Nobla - i to całkowicie na kredyt, bank Lehman Brothers się kłania! - plastikowej lalce Barbie. Fakt, że w wersji ekskluzywnej (w tym nieco przyciemnionej) "Barack Obama".

Tak się produkuje elity! Tak się tworzy autorytety! Patrzcie ludzie i uczcie się, jak wygląda postpolityka!

Zupełnie na marginesie, to akurat przedwczoraj rozmawiałem sobie z dawno niewidzianą kuzynką, mieszkającą obecnie w US of A. Która była bardzo za tym Obamą (mimo że czasem pono łypie okiem na mój blog i wyrażała się o nim jak najpochlebniej). No i spytałem ją, nieco złośliwie, jak tam jej miłość do Plastykowego Chłopca, a ona, że już nie to, co kiedyś.

A więc trzeba było lewiźnie dodać nieco animuszu, a ludziom sceptycznym (fuj!) wybić z rąk wszelkie argumenty, argumentem: "Śmiesz chamie podnosić wraży pysk na takiego świętego człowieka i autoryteta? Władza ludowa rękę na władzę ludową podniesioną odetnie! Itd. itd."

Choć wydawałoby się, że wystarczyłoby rzec: ""Śmiesz chamie podnosić wraży pysk na Afroamerykanina?! Czyli mówiąc brutalnie i bez ogródek - MURZYNA??!"

Jednak widać nie wystarczyło.


A teraz skok na krajowe na odmianę podwórko...

* * * * *

Platforma "Obywatelska" - partia krótkiej ławki i bardzo długiego koryta.

* * * * *

Nie wykluczam, że w Platformie "Obywatelskiej" są ludzie przyzwoici. Jednak wydaje się bardzo mało prawdopodobne by w sumie mieli oni więcej niż 50 zdrowych komórek mózgowych i jedno jajo, a więc ich wpływ na działania tej partii musi być całkowicie nieistotny.

* * * * *

Dotąd uosobieniem desperackiej furii był zawsze "szczur zapędzony do rogu". Teraz powinien go zastąpić "Tusk złapany na przestępstwie", ewentualnie "Platforma której zagląda się w sposoby finansowania".

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, października 07, 2009

Jak okiełznać konia który poniósł - czyli o mediach i platformianej aferze hazardowej

Czy ktoś z was siedział kiedyś na koniu, który poniósł? Sytuacja naprawdę nie jest wtedy przesadnie wesoła, bo taki koń całkiem nie wiadomo na co wbiegnie, przez co przeskoczy, albo przed jaką nagłą przeszkodą stanie jak wryty, a my... A my w dodatku nie mamy bladego pojęcia, którą z tych opcji nasz pełen temperamentu rumak wybierze. Zgroza, każdy kto to przeżył albo ma krzynę wyobraźni, musi to przynać.

Ja, choć na koniu niestety nie siedziałem już od dawna, byłem w takiej sytuacji. Źwierz z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu (nie wykluczam całkowicie mego własnego błędu, bo jeździec nigdy ze mnie niestety wielki nie był, nie to co przodkowie, domyślam się dlaczego, ale sza!) ruszył galopem, całkiem nie reagując na moje próby zatrzymania go, czy zmiany kierunku. To ostatnie było o tyle ważne, że kurs obrał sobie ten rumak akurat na bardzo ambitną, olimpijskich rozmiarów - tak z 140 cm - przeszkodę...

Zaś gdyby do niej, oszołomiony własnym pędem i nie baczący na otoczenie, dogalopował, miałby dwie opcje: próbować przeskoczyć, albo też gwałtownie się zatrzymać. Obie te opcje wydawały mi się z mego własnego punktu widzenia mało atrakcyjne - bo ani koń, ani ja nie byliśmy do tak ambitnych przeszkód, w dodatku branych z pełnego galopu, przyzwyczajeni, a kiedy koń gwałtownie zatrzymuje się przed przeszkodą, to o niebo lepsi jeźdźcy ode mnie zwalają się na łeb, nierzadko robiąc sobie przy tym krzywdę. (Co można sobie zaobserwować wygodnie siedząc na tyłku podczas każdej niemal transmisji ze skoków czy WKKW w ukochanym telewizorku.)

Tego rodzaju myśli przebiegały mi wtedy przez głowę, bardzo gwałtownie, bo sytuacja naprawdę nie wydawała mi się wesoła. Na szczęście przypomniałem sobie co należy w takiej sytuacji robić i, nie mając zresztą większego wyboru, zacząłem to z siłą desperacji realizować.

Co należy robić, spyta czytelnik? Otóż, może zresztą coś się od tamtych czasów w tych zaleceniach zmieniło, ale to co ja wiedziałem, to było, że należy z całej siły ciągnąć za jedną wodzę, starając się zakrzywić tor biegu konia, zniechęcić go do ignorowania woli jeźdźca, i z czasem zahamować. To naprawdę nie jest łatwe, bo ponoszący koń nie zwraca wielkiej uwagi na wodze, a siły na robienie jeźdźcowi wbrew ma aż nadto! Czytelnikom, którzy zagryzają palce podskakując nerwowo na krzesłach przed komputerami powiem... Udało się! Przeżyłem! I serdeczne dzięki za waszą troskę!

Podobno, choć to mogą być tylko teorie wielbicieli westernów, podobnie robi się próbując powstrzymać szaleńczy pęd całego stada dzikich mustangów - wskakuje się na grzbiet najszybszego, a potem kieruje się go tak, by w końcu, daj Boże, zaczął biec po spirali. A za nim cała reszta. Czy to może być prawda? Nie wiem, samo wskoczenie, a potem jeszcze stopniowe opanowywanie tego konia - bez wodzy, za grzywę? Plus może "hetta, wiśta, prrr!"? W każdym razie na poziomie meta-hippicznym (żeby nie powiedzieć meta-fizycznym) jest to bardzo interesująca i użyteczna historyjka.

Na poziomie meta chodzi bowiem o to, że zamiast konia po prostu próbować zatrzymać i opanować, stopniowo go się zawraca - albo w stronę dalekiej a nie-do-przebycia przeszkody, a to pod górę, gdzie koń sobie pomyśli "będę tam biegł jak głupi? a na co mi to?"... Zresztą jak już zauważy, że zaczyna ganiać w kółko, za własnym ogonem, to też mu się zaczyna robić głupio. I samo przypominanie mu o dotychczasowych stosunkach pan-niewolnik, a w tym przypadku jeździec-koń, ze wszystkim to co oznacza (łącznie z ew. przerobieniem na klej i karmę dla psów), też w końcu uświadamia mu moralną naganność jego postawy i uroki w-sumie-dość-przecież-wygodnej uległości...

Po co to mówię? Na pewno nie po to by się puszyć swymi przewagami, bo akurat tutaj nie ma się specjalnie czym puszyć. Miałbym lepsze historie do się puszenia, gdyby mi na tym zależało. Po prostu, jak wielu innych, zastanawiam się nieco nad działaniami mediów w ciągu paru ostatnich dni - dni tzw. afery hazardowej - starając się odgadnąć ich motywy i przewidzieć dalsze zachowania. Od których, niestety (ileż w dzisiejszej Polsce musi być tych "niestety"!) bardzo wiele zależy.

Do napisania tej notatki skłonił mnie komentarz http://joannalichocka.salon24.pl/129537,wypalic-zelastwem-albo-odejsc#comment_1779967 na salonie24, a właściwie jego drobna część, ta mówiąca że:
Po drugie, chwilowe zacietrzewienie dziennikarzy to tylko wynik wczuwania się w nastroje społeczne (sondaże). Właściciele stacji dobrze wiedzą, że zaprzeczanie faktom spowodowałoby większe straty niż chwilowa krytyka wobec aferzystów. Mają dużo czasu, żeby nadrobić stracone punkty Platformy, zresztą już to czynią.
Dokładnie tak i ja to widzę, tyle że mnie nasuwają się dodatkowo analogie z opanowywaniem oszalałego konia, albo i całego stada koni. Kto chce, może się nad tym wszystkim zastanowić nieco głębiej.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, października 01, 2009

Pytania których zapewne nie zadano

Musiałem niestety wychodzić na trening, więc nie udało mi się dotąd usłyszeć, jak bezkompromisowa i genetycznie dociekliwa brać dziennikarska grillowała premiera Tuska... Słyszałem wprawdzie przydługi początek, gdzie Tusk-Premier (po taktycznym spóźnieniu się o 10 minut) ględził o niczym, grając na czas i nieudolnie próbując w jakiś sposób zahaczyć opozycję. Czyli ma on kwalifikacje na post-polityka, tego gościowi odmówić nie sposób! (Ciekaw swoją drogą jestem ile Prozacu wpompowano tym razem w to cherlawe ciałko zakończone ryżą szczoteczką? Choć nie, raczej czapeczką. I jaką drogą oni to, cholera, robią?)

Za chwilę idę szukać co brać powiedziała Tuskowi i co on im, ale że wracając z treningu wymyśliłem sobie parę pytań, których niemal na pewno Tuskowi nie zadano... No to je tutaj opublikuję.

To znaczy Tuskowi wymyśliłem jedno, ale aż trzy wymyśliłem dla Chlebowskiego, którego konferencję widziałem. Żałosna była nad wyraz, jak i sam protagonista, tym bardziej kiedy wdepł był i nawet koledzy od korupcji - ci co jeszcze nie wpadli znaczy - się odeń odwracają. Biedaczyna!

A więc, oto pytania, których w 3/4 na pewno, a w 1/4 niemal na pewno, dociekliwa brać dziennikarska III RP wspomnianym dwóm prominentom nie zadała:

do Chlebowskiego:

1. Czy już na tym etapie sprawy możemy być pewni, że to nie było uwiedzenie przez agenta CBA?

2. Czy może pan obiecać z ręką na sercu, że nie będzie do siebie wielokrotnie strzelał z dwóch metrów z zamiarem samobójczym i skutecznie, w przerwach pisząc list samobójczy, do którego nie sposób się będzie nijak przyczepić?

3. Czy nie żałuje pan teraz, że nie skorzystał z sugestii blogera triariusa, by się zgłosić do Czechów i zaproponować im swoją osobę do roli Szwejka? Stał by za panem dzisiaj murem Daniel Olbrychski i cała zgraja innych rozbestwionych łatwym szma... Znaczy... tego, no... szmiru... chciałem powiedzieć celebry... znaczy artystów. A tak?


do Tuska:

a. W związku z koniecznością potraktowania tej sprawy w jakiś bardziej ludyczny i dostępny dla mas sposób, mam pytanie: nie ma pan premier nic przeciw nazywaniu pańskiej formacji przez media "Partią Dwurękiej Korupcji"? Niestety w tej sprawie nie chodzi bowiem, ściśle rzecz biorąc, o tzw. "jednorękich bandytów", więc ta zgrabna nazwa wydaje się być nie całkiem adekwatna. A zresztą, jak wszyscy wiemy, do miana Partii Bandytów - Jednorękich, Dwurękich i nawet Trzyrękich (jeśli nie więcej) pretenduje już SLD i ma naprawdę spore szanse.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, września 29, 2009

Bonmot (excusez le mot) gówniany

Normalni, nie mający amputowanego poczucia smaku i stylu ludzie, w gównie (choć z ubolewaniem) widzą jedynie gówno. Toyahy tego świata w każdym gównie widzą jednak przede wszystkim subtelny kształt - który ich zachwyca, który kochają analizować, którym się cieszą, i który czują się w obowiązku głosić światu jako dobrą nowinę.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Bonmot konsumpcyjny

Najmniej prawicowe słowo? KONSUMPCJA.

* * * * *

No to może jeszcze sparafrazuję Karla Kraussa, który genialnie kiedyś powiedział, że: "Co przetrawią nauczyciele, tym żywią się uczniowie"... Mówiąc że: Jeśli będziemy się tak gorliwie i bezkrytycznie żywić tym, co przetrawili i serwują nam różni Romanowie Polańscy, Michele Jacksony, Sinéady O'Connory, i reszta szmirusów, to jesteśmy bandą lemingów, a nie żadną prawicą i wszelkie nasze nadzieje na kontrrewolucję są po prostu żałośnie śmieszne.

* * * * *

A tu coś na odtrutkę...





triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, września 27, 2009

Bonmoty muzyczne (plus bonus)

Verdi wpakował nas w to szambo i tylko Monteverdi może nas z niego wyprowadzić!

* * * * *

Muzyka to Matematyka Czasu, tak jak Matematyka jest Muzyką Przestrzeni (a dla ludzi bardziej oblatanych w technice, niż w spenglerycznych kategoriach - Muzyka to Matematyka Czasu Rzeczywistego), nie zaś, jak sobie wyobrażają Toyahy Tego Świata - coś służącego do łechtania przytępionych zmysłów, drażnienia przywiędłych organów rozkoszy i szczypania zdrewniałych końcówek nerwowych. (W każdym razie nie tylko, w każdym razie nie przede wszystkim!)

Tyle bonmotu, ale jestem światu winien wyjaśnienie: otóż nie mam absolutnie nic przeciw Toyahowi jako człowiekowi czy blogerowi. Przeciwnie, osobiście cenię jego teksty i uważam go za jednego z najrówniejszych i najbardziej profesjonalnych polskich blogerów. I nie to, bym go uważał za nudnego, jak niektórzy z moich dobrych kumpli! - nie, to co toyah pisze uważam w większości za interesujące, słuszne i dobrze zrobione. Poza... No właśnie. Toyah stał się ostatnio dla mnie symbolem tego mieszczańskiego, eklektycznego podejścia do sztuki, które nam miłościwie panuje, i to właśnie na "prawicy". Krótko mówiąc symbolem TOYAHIZMU. A ja zacząłem przeciw Toyahizmowi prowadzić krucjatę, bo to jest moim zdaniem to, co nas w tej całej kloace trzyma. (Vide Dávila.)

* * * * *

To byli bonomty (z komętem), a teraz obiecany bonus:

Szedłem ci ja dzisiaj parkiem, aż tu widzę napis: "Nie śmiecić, usuwać odpadki!" I - przysięgam że to prawda! - jakoś tak samo z siebie wyszło, żem się zaczął zastanawiać, ilu już lewaków zgłosiło ten zdrożny napis do prokuratury, jako godzący w sojusze, nawołujący do różnych rzeczy i antysemicki...

* * * * *

No to jeszcze na deser nieco tego Monteverdiego, com o nim mówił na początku. Jeśli to nas nie uratuje, to już nic!




triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.