piątek, sierpnia 26, 2016

Wokół różnicy między liczbą 4 i niektórymi innymi liczbami

szczęśliwa kobieta, bo może się zrealizować w życiu zawodowym
Sporo ciągle słyszymy o ekonomii, zgoda? Pada też czasem określenie "minimum biologiczne", w różnych kontekstach, ale czy ktoś kiedyś usłyszał DEFINICJĘ tego pojęcia? No bo w końcu rozmawiać możemy sobie o niemal wszystkim, i nierzadko z pożytkiem, ale musimy jednak wiedzieć o czym właściwie rozmawiamy - i tu wchodzą na scenę właśnie definicje.

Właśnie znalazłem dla was ostatnio, i dla siebie zresztą też, definicję pojęcia "minimum biologiczne", która wydała mi się interesująca, a nawet płodna. Mam nadzieję, że wam też się spodoba i da do myślenia, ale jeszcze najpierw kilka wstępnych informacji.

Znalazłem ci ja to w głośnej (swego czasu) książce Michaela Voslenskyego (żeby zastosować transkrypcję rosyjskiego nazwiska, jaką ja tutaj mam w tym francuskim tłumaczeniu) pod tytułem, który na polski przekłada się jako "Nomenklatura - uprzywilejowani w ZSRR". Autor, mimo że wykształcony i przez większość życia działający w Ojczyźnie Proletariatu, a do walenia w tę ojczyznę używający Marksizmu, nie jest żadnym idiotą - wprost przeciwnie!

To bardzo bystry człowiek, orientujący się faktycznie w talmudycznych subtelnościach Marksizmu z Leninizmem na dodatek, ale wcale nie bezkrytyczny wobec Marksa - który, co by nie myśleć o jego czysto ideologicznych wymysłach i propagandzie dla idiotów, jako ekonomista wcale durniem nie był i coś tam z tego rozumiał - nie mówiąc już o Leninie... (Właściwie to aż dziw że tacy się tam potrafili uchować, i to na całkiem wysokich stanowiskach, choć przecie nie w Nomenklaturze!)

No a rozwalanie komuny akurat za pomocą Marksa z Leninem to po prostu znakomity pomysł i mało co, jeśli cokolwiek, może być tak skuteczne w zachwianiu wiary aparatczyków i lemingów, a może nawet w otwarciu tych czy innych oczek. Mówię to wszystko, żeby pokazać, iż co pisze Autor owej książki, to nie są żadne bzdury nieuka, ani też jakaś komusza propaganda. Naprawdę tak to widzę, a zazwyczaj bywam czujny i trudno mi, jak sobie pochlebiam, takie rzeczy wcisnąć.

Nie jest to też przedpotopowa książka, bo wydano ją w początkach lat '80, więc poniższa definicja, jeśli została cichcem zmieniona czy unieważniona, to nikt nas nie raczył o tym zawiadomić.

No więc, tak oto pisze pan Voslenseky... (Tlumaczę z francuskiego, maksymalnie wiernie.)
Nauka ekonomii zaznajomiła nas z pojęciem "przeciętnej statystycznej rodziny": mężczyzna, kobieta i dwoje dzieci. Oblicza się statystyczne minimum biologiczne [minimum vital statistique] biorąc tę wybraną rodzinę - próg zostaje osiągnięty, kiedy głowa rodziny może utrzymać jej cztery osoby. 
Sowiecka statystyka ignoruje pojęcie minimum biologicznego [i poza elitą jeżdżącą limuzynami i nie widzącą prostych ludzi] nie ma w Związku Sowieckim obywatela zdolnego do wyżywienia ze swej pensji czteroosobowej rodziny.
Mógłbym to skomentować, nawet dość obficie i być może z pożytkiem dla Ludzkości, ale zostawię to tak jak jest - w końcu macie swój własny rozum, Kochane Ludki, więc możecie się ew. same zastanowić np. nad kwestią...

A jak to właściwie jest z tą sprawą w REALNYM LIBERALIŹMIE? No i może jeszcze nad kwestią dodatkową, taką oto: Jak to się ma do cudnych i absolutnie, bez cienia wątpliwości słusznych spraw, jak "RÓWNOUPRAWNIENIE", "RÓWNOŚĆ SZANS"...? (Że już o "AKTYWIZACJI ZAWODOWEJ KOBIET" nawet nie wspomnę, bo to trywialna łatwizna.)

No to może jeszcze drugi śliczny obrazek, bo ten u góry jest co prawda przesłodki, ale właśnie aż za, i za kobiecy, więc teraz coś bardziej á propos ponurych spraw, o których piszemy, a mniej łaskotania osobistej erotomanii Pana Tygrysa. Coś bardziej zalatującego realnym liberalizmem. Oto i...

Żeńszczyny do roboty - czy to komunizm, czy też coś innego, nieważne!

triarius

czwartek, sierpnia 25, 2016

O poprzednich wcieleniach i planach pięcioletnich

Korwin w jednym z wcześniejszych wcieleń?
Niestety, w tych warunkach nie da się prowadzić poważnej działalności na niwie, więc husarstwo na razie zostawimy sobie na czas jakiś odłogiem, ale proszę łaskawie nie myśleć, że będzie jakiś produkt drugiej jakości! (Swoją drogą, młodzież może się dziwić, że nie napisałem "odrzut z eksportu", ale to wskazuje, iż młodzież nie ma bladego pojęcia o PRLu, bowiem "odrzut z eksportu" to było właśnie to co najlepsze. Wpadłby ktoś na to?)

Każdy - nawet analfabeta ślabizujący GWyba na wydmach bez skarpetek, nawet nie znający podstaw polszczyzny owego GWyba dziennikarz! - gołym okiem może stwierdzić, że to nie żaden drugi sort, tylko najwyższa jakość ze znakiem Q, Jak? A choćby na podstawie tego tu obrazka, który wprawdzie znalazłem niepodpisanym, ale musi on przecie przedstawiać Korwina w jednym ze wcześniejszych wcieleń, ew. jakiegoś jego brata bliźniaka. A więc jak mówi młodzież - taka pod pięćdziesiątkę - będzie się działo!

No więc zaczynam... Od niemal pół wieku zastanawiam się co czas jakiś, czy wciąż popularny w niektórych kręgach Stefan Kisielewski, z tym jego uwielbieniem "wolnego rynku", to był agent, czy też zwykły użyteczny głupek. Sam go w mrocznych czasach lubiłem - zgoda, przyznaję się - szczególnie gdy w "Tygodniku Powszechnym" (Jezu, wybacz, że takie coś człek kiedyś czytał!), co trzecie słowo zastępowali kwadratowym nawiasem i tym tam tekstem o... No wiecie - jaruzelska cenzura.)

Na spotkaniu z młodzieżą, co ono było na PG, wypadł dość marnie - całkiem nie to co Kuroń wcześniej na UG! - ale fakt, to nie przesądza, może był zmęczony, może nie całkiem ta uroda amanta, może młodzież go nie zachwyciła... Mówię to dla przyszłych historyków, nic poza tym. Lubiłem go w każdym razie w tamtych czasach. Potem przyszła "wolność" (ach!)), wolny (i to jak!) rynek... I moja wcześniejsza sympatia (no bo przecie nie aż miłość) przerodziła się w brzydkie, przyznaję, podejrzenia.

Ale może jednak nie, może się w tych podejrzeniach myliłem... Otóż kupiłem ci ja swego czasu, wśród dość wielu interesujących książek, także i znaną (ze słyszenia, niektórym) pozycję pt. "Nomenklatura", pana Wosleńskiego. (Po francusku zresztą.) Grube to potężnie, więc podczytuję raz na jakiś czas i jeszcze mam masę do zakończenia. Całkiem interesująca książka i absolutnie niegłupia, ale dotychczas do orgazmu nieco mi jednak brakowało, aż tu nagle...

Otworzyłem to znowu wczoraj i zacząłem czytać - słuchajcie, słuchajcie! - akurat o centralnym planowaniu, ze wszystkich tematów, czyli o gospodarce. Zapewne nie wiecie, ale Ojciec Tygrysizmu Stosowanego parę razy już w swym długim życiu zetknął się był z historią ekonomiczną, i z tych spotkań, o dziwo, wynikały często całkiem interesujące rzeczy. Nawet się przez krótki czas on zastanawiał, czy się historii ekonomicznej całkiem nie oddać i nie poświęcić. (Mocne, co?)

No i te rzeczy, które nam pan Wosleński mówi o tych tam planach pięcioletnich, są tak nieprawdopodobnie obłędne, w wielu przypadkach tak cholernie śmieszne nawet, że aż... Nie będę wam tu całości streszczał, jak to działało, bo to długi rozdział, powinno to być i po polsku, ale przecie nie za darmo - tym bardziej, że mówimy o EKONOMII. (N'est-ce pas? No to właśnie! Skarpetki noszę, wprawdzie sandałów nie, ale duszą jestem z Januszami w tej kwestii, jednak potrafię, i to mimo dysleksji, napisać to co tu widzicie... Więc redaktorzy GWybu - sprężcie się i znajdźcie na mnie jakieś wreszcie celne argumenta, albo do łopaty!)

W każdym razie są tam takie historyjki, a pan W. wie co mówi, że np. oficjalnie ogłasza się śliczny wzrost produkcji rolnej na przestrzeni ostatnich pięciu lat, a to przez skorygowanie danych sprzed lat pięciu, zakładając z pewnością, i akurat w tym przypadku jakże słusznie, że te dane musiały być oszukane. Albo dwukrotny wzrost płacy w ciągu roku, wynikający z wymiany waluty, kiedy w realu płaca się akurat nieco (tylko?) zmniejszyła.

Albo kiedy KC, czy co tam to było (musiałbym wstać i sprawdzić, ale na co wam te szczegóły?) oficjalnie się przyznało do niemal klęski w rolnictwie w bieżącym planie pięcioletnim, a to dlatego, iż właśnie obalono Chruszczowa, więc było na kogo to zwalić. I masę podobnych kwiatków.

Tak że zgoda - jeśli ktoś ma tak prosty umysł, tak bipo-że tak to określę-larny, iż widzi albo tego typu centralne planowanie, gdzie szerokość gumki do majtek w Karagandzie (jest takie coś? fajnie brzmi) zostaje zadekretowana z Kremla, albo rozdokazywany "wolny rynek" bez żadnych ograniczeń - no to faktycznie nawet ja wybrałbym ten nieszczęsny "wolny rynek". Tyle że po co się obnosić z tak prymitywnym, bipolarnym myśleniem? Tacy ludzie powinni pracować w jakimś dającym satysfakcję przemyśle, jak to wiązanie wikliny w miotły, albo zarządzanie powierzchniami płaskimi, z całym szacunkiem!

Jednak zgoda - takie kacapskie centralne planowanie to było dno! Może to sobie wydrukować i powiesić nad łóżkiem każdy fanatyk, każde korwiniątko: "Nawet Pan Tygrys mówi, że centralne planowanie jest denne i wolny rynek jest lepszy!" Chyba nie muszę wam sporządzać gotowej tabliczki - czcionki i te rzeczy? Sami sobie poradzicie, prawda?

Jednak, żeby tak nie było że Polak z Polakiem (?) i wszystko cacy cacy, rzekę wam, iż taka myśl mi się pałęta po głowie, w związku z powyższym... Otóż być może te kacapy, te tam komunistyczne służby i inni hiper macherzy, którzy przecież niejedno potrafią, skoro nie tylko dali nam Tuska, ale także dręczą nas wciąż Merkelą i Obamą, a przecie Clintonowa wisi i grozi, niczym żarówka "Osram"...

Więc że oni specjalnie obrzydzali takiego Kisielewskiego centralnym planowaniem - niczym Tanie Dranie swą ofiarę cynaderką - żeby był gotów (bud' gatow, wsiegda gatow!) na przyjęcie "wolnego rynku", kiedy nadejdzie, z otwartymi ramionami, a nawet nie tylko ramionami, i żebyśmy mieli, na naszą zgubę, takich właśnie elokwentnych piewców owego "wolnego rynku" w stanie maksymalnego wzmożenia i złotoustości...

Rozumie ktoś coś z tego? Jeśli nie, to proszę mi uwierzyć na słowo, i to może wystarczy: straszne myśli mi się pod czaszką legną w kwestii tego tam pięcioletniego planowania, wolnego (a jakże!) rynku, propagandy, Kisielewskiego Stefana... Brrr! W każdym razie, jako drobny optymistyczny akcencik, w ramach wyciągania ręki i "Polak z Polakiem" (?) i czego tam jeszcze, powiem otwarcie, bez żadnych zwodów czy uników - centralne planowanie i różne tam plany pięcioletnie to rzeczywiście była czysta paranoja! (Niech nam zatem żyje...? No nie, bez przesady! To by była Scylla i Charybda.)

triarius

wtorek, sierpnia 23, 2016

O husarii, husarskości i husaryźmie (2)

husarz w stroju na odmianę cywilnym
Tak miałby wyglądać husarz po cywilnemu, przynajmniej wedle
niektórych. (Pan Tygrys, nawiasem, do tych niektórych NIE należy.)
No, tośmy w każdym razie rozpoczęli ten drugi odcinek, brawo my, tym bardziej, że warunki mamy zgrzebne, lub raczej leberalne. (To było obowiązkowe zjadanie własnego ogona. Odhaczone!)

* * *

Żeby nie było... (Ach, jak Tygrysizm Stosowany kocha to "żeby nie było" i parę innych, równie błyskotliwych! Można by niemal rzec, że jeśli podłapałeś parę tego typu grepsów, przebyłeś już połowę drogi do Tygrysicznego Nieba, ach! Wypatrujcie więc tych grepsów pilnie, moje kochane ludzie!)

Żeby zatem nie było, że nam jakoś brakuje patriotyzmu i tego typu pięknych uczuć, powiemy na samym wstępie, że oczywiście nie mamy cienia wątpliwości, iż husaria to byli znakomici żołnierze, absolutna światowa czołówka, znakomite konie, broń (zaczepna i obronna) dobrana rozsądnie i ze smakiem (z tym smakiem to trochę żartuję, człek czasem musi, bo się rozpęknie, ale też przecie...), absolutnie najlepsza z dostępnych i zapewne najlepsza gdziekolwiek w owej epoce, cena nie grała roli.

Lenin, przy wszystkich swoich wadach (gość lubił koty, więc u mnie jakiegoś tam plusa jednak ma), miał niewątpliwą rację, że "kadry decydują o wszystkim", więc - o radości! - my tu, rozedrgani i rozpaleni do białości patriotyzmem, mamy z czego być dumni, bo kadry w naszej kochanej husarii musiały być faktycznie wyborne. Ludzie żyli za pan brat z koniem od małego, użerali się z Tatarami niemal na codzień (czasem przyplątali się też jacyś inni, nawet i sam Sułtan), więc szabla leżała im w dłoni może nawet lepiej (a to ciężkie cholerstwo, wiem coś o tym!), niż wachlarz w wątłej rączce jakiegoś Lagerfelda, albo innej gejszy.

Do tego oczywiście patriotyzm, krwiożerczość, odwaga, wyszkolenie, twardość, wytrzymałość na trudy i niewygodę. Co do tego nie możemy mieć wątpliwości. Konie też z pewnością mieli znakomite, polska tradycja kawaleryjska nie bez przyczyny jest sławna w świecie. Sprzęt, zbroja, broń - nie były to milionowe inwestycje, ale ci ludzie doceniali jakość, mogli sobie pozwolić na najlepsze. To nie były rzeczy wykute przez lokalnego kowala - to pewne!

No dobra, czy zatem inni nie mogli sobie pozwolić na podobne cudo? Rzecz w tym, że całkiem wielu z pewnością mogło, ale albo nie widziało potrzeby, stawiając na wystarczająco wysoki poziom ogółu swojej armii, bez jakichś, z konieczności nielicznych, wyborowych formacji. Szwedzi na przykład, z tego co kojarzę (a kojarzę o nich sporo, jak się składa) od powiedzmy Gustawa II Adolfa do Karola XII. Straszne to było wojsko, co byśmy nie śpiewali o husarii i jej przewagach, dało nam okrutnie w kość i to nie raz, a służyli tam prości ludzie, jakichś super oddziałów nie pamiętam, zresztą o wiele częściej umierało się tam od chorób, niż na polu walki. ("Połtawa" Englunda, tak przy okazji, dostępna po polsku, polecam. Jak i biografię Karola X Gustawa tego samego autora.)

Albo też się sobie na taką elitarność pozwoliło i także się miało jakieś znakomite, w swojej dość wąskiej niszy niemal niepokonane, oddziały, tylko że my o tym nie czytamy i mało kto w ogóle o tym dziś wie, a i wtedy ich sukcesy stanowiły tylko biężączkową wiadomostkę. (Wie ktoś, nawiasem, od czego pochodzi słowo "krawat"? Jak i zresztą "chwat"? To TEŻ militarna historia, a jakoś mało kto... Albo niech się ktoś łaskawie zastanowi nad militarną historią naszych ukochanych bratanków Węgrów.)

Nie chodzi mi o żadne tam deprecjonowanie naszych kochanych husarzy - mogę spokojnie powiedzieć, że np. Niemce to zawsze był znakomity żołnierz (i mam nadzieję, że dopiero czas temu jakiś się to definitywnie skończyło, Alleluja!), tylko że Polak to także w niemal całej historii był znakomity żołnierz, a co nam ew. w stosunku do takich różnych Niemców i Szwedów brakowało, to te sprawy POWYŻEJ prostego żołnierze, czy sierżanta, czyli gry wojenne, doktryny, wyżsi dowódcy, finansowanie, logistyka (nie w sensie wybudowywania mi tu na osiedlu cholernie podejrzanych apartamentowców!), wszystkie te von Moltki, Clausewitze, że już nie powiem Guderiany... Że już o POLITYKACH nie wspomnę, z królami włącznie.

I co więcej powiem tylko, że "prawdopodobnie", bo może przyczyny tego, że, mimo licznych i - ach, jakże cudnych! - pojedynczych sukcesów, militarnych jak najbardziej i chwalebnych niemal jak Termopile, bo też walka w stosunku 1 do 100 MUSI być chwalebna, gdy myślimy o zaangażowanych w to bezpośrednio ludziach... Tylko że wojowanie polega raczej na tym, by NIE znaleźć się w tego typu sytuacjach, a jeden czy drugi wulgarny i prozaiczny do obrzydliwości Napoleon Bonaparte stręczy nam nawet (na szczęście bezskutecznie, skurwiel jeden!) pogląd, że w wojowaniu chodzi WŁAŚNIE O TO, by zawsze znaleźć się naprzeciw wroga ze zdecydowaną przewagą - także, o hańbo, ilościową.

Tygrysizm Stosowany, choć o militarnej historii to on nieco tam wie, a sprawy kawaleryjskie są mu jeszcze bliższe i nieco lepiej znane, od spraw piechotnych, nie mówiąc już o kuchniach polowych i budowie mostów, nie odbył dotąd studiów na wydziale Husarologii Stosowanej na żadnym przyzwoitym uniwersytecie (nawiasem mówiąc Uppsala Universitet jest na świecie numero 60, a te lepsze wydziały muszą być sporo lepsze), więc nie wie nawet ILU tych husarzy w sumie rzeczywiście było, ale też podejrzewa, że nie aż tak wielu. I tu jest, trzeba sobie otwarcie rzec, pierwsza drobna zagwozdka.

(Choć raczej chyba druga, bo pierwsza to będzie ten pejsaty pan, co go mamy u góry, a który, jak jego krewniacy głoszą, stanowił w istocie, on, a nie jakaś słowiańska zgraja Januszów w skarpetkach do sandałów, fuj!... Jądro husarskiej gęstwiny. Było tak czy nie było? Corylliści do boju! Czy też dla was nie jest to sprawa warta świeczki?)

c. Deo volente d. n, bo też temat jest bujny, obfity, płodny i warty miętoszenia jak mało który, ale niestety na czas jakiś mam już dość tego nie-mojego laptpopa (prawo własności, święte of course, vincisti!), więc ¡hasta la proxima! I możemy sobie przy okazji nawet pogratulować, żeśmy ZNOWU ugryźli własny ogon, co, jak wiadomo, jest oznaką genialności, a w każdym razie systemowej dojrzałości, i po prostu OBOWIĄZKIEM, jeśli ktoś do czegoś takiego w ogóle chce inspirować.

Poważnie, nie żartuję, mam jeszcze MORZE ciekawych rzeczy do napisania w związku z husarią, husarstwem i husarskością, ale na razie macie to tutaj, wgryźcie się, wessijcie, potraktujcie sokami co je tam macie w żołądku i gdzie indziej, oczekując, w wariancie OPTYMISTYCZNYM, na więcej... CITIUS, ALTIUS, FORTIUS... i MĄDRIUS toże! Tak nam dopomóż!

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo i uważać na ogony!

wtorek, sierpnia 16, 2016

O husarii, husarskości i husaryźmie (1)

Husaria
Oglądałem ci ja wiadomą defiladę, w każdym razie sporą jej część. Nieźle. Jechało trochę ponuro wyglądającego żelastwa, czyli to, o co w sumie chodzi. Trochę mi brakowało jakichś takich malowanych dzieci w wersji z trzeciego tysiąclecia A.D. - takich bardziej pieszych, co to wdrapią się na każde drzewo, wcisną w każdą szczelinę, pożywią byle czym (a nie jak czołg Leopard 500-800 litrów paliwa na sto kilometrów), a potem przegryzą wrogowi gardło (albo uduszą go jego własnym jelitem grubym), zatańczą na jego grobie i uczynią brzemienną jego babcię. (Może zresztą byli, a ja za późno się włączyłem? W takim razie ten akurat rant jest bez sensu i unieważniamy.)

W sumie jednak, mimo braku orgazmu, było nieźle. Nawet tym razem nieuniknione przebierańce z końca pochodu uczyniły na mnie raczej pozytywne wrażenie, co u mnie dość niezwykłe. Była husaria, podrabiane oczywiście, ale jej wygląd miał styl, pewną jednorodność, a z drugiej strony było to różne, wcale nie wszyscy np. mieli słynne skrzydła... Całkiem inaczej, niż np. w filmie "Krzyżacy" (wiem że tam nie husaria!), gdzie każdy rycerz, czy to nasz, czy to wraży, miał ten sam pancerz z tego samego osiedlowego magazynu, wyglądający na plastikowy, i ten sam przyodziewek. Tutaj było całkiem inaczej, Deo gratias!

Oczywiście nie obyło się bez zachwytów nad wspaniałością husarii, z którą nikt nie mógł rzekomo... I tak dalej. Co mogę zaakceptować, z zastrzeżeniami, o których (Deo volente) za chwilę, tyle że zawsze w takich razach narzuca mi się dokuczliwe pytanie - dlaczego, jeśli w 1688 byliśmy tacy wspaniali, to już w sto lat później niemal nas nie było, a to co zostało, rżnęli różni tacy jak chcieli?

No dobra, ale dziś o husarii... Jest to interesująca sprawa, oczywiście - zarówno z czysto militarnego punktu widzenia, jak i w szerszym kontekście... Z tego szerszego kontekstu najbardziej w ostatnich latach męczy mnie kwestia tych 400 żydowskich husarzy, którzy to ponoć załatwili nam niemal wszystkie owe zwycięstwa, a o których opowiadał na oficjalnym spotkaniu z okazji otwarcia tego tam Muzeum Żydów, co je kilka lat temu nam otwarli, któryś z naszych ukochanych gości.

Niestety z prasą i mediami jestem mocno na bakier, więc nigdy się nie dowiedziałem szczegółów - nie wiem nawet czy one tam w ogóle były i ile - więc zachodzę w głowę (mam takie napady), czy tych 400 to na raz, a w innych momentach byli jacyś inni, i może więcej, czy też ogólnie tylu ich zliczono... I kto konkretnie ich zliczał? I czy np. wliczamy okres, kiedy to husaria stała się już sprawą czysto dekoracyjną (czyli jak dzisiaj), znaną z tego, że bez niej nie mógł się odbyć żaden luksusowy pogrzeb. (W osiemnastym wieku to musiało być, skoro jeszcze pod koniec siedemnastego husaria realnie potrafiła bić Turków.)

Sprawa jest, tak to muszę określić... Mówię o tej sprawie żydowskich husarzy (a byli, wobec tego, w ogóle jacyś inni?)... Powiem to: corylliczna. Naprawdę nie chciałbym sprawiać wrażenie, że czuję się jakoś niższy, mniejszy, gorszy, ale ten tam facet (choć ostatnio potwornie nudzi, przynajmniej mnie) ma pewne hipotezy, przemyślenia, koncepcję historii, swoje oczywiście teorie spiskowe, a nawet meta-teorie... Nie jakoś specjalnie różnorodne, ale za to konsekwentne i co więcej takie trochę samograje - da się je zastosować do niemal każdej sytuacji i wynik w sumie zawsze cholernie podobny.

Można to powyższe uznać za w sumie komplement, można za coś wręcz przeciwnego... W czym by była, mówię o tym drugim, przesada, bo niewielu ludzi u nas, i dzisiaj gdziekolwiek na świecie, tworzy własne "szkoły historiozoficzne", które, co by o nich nie powiedzieć, mają ręce i nogi, choć także, w mojej opinii, spore słabości... No i jeszcze potrafi zrozumiale, a nawet dużo więcej, pisać.

(Sporo w dodatku, w czym także jest pewna istotna siła, choć i ma to swoje wady.) No i w tej akurat sprawie, jak mi się widzi, metody i aparat pojęciowy Coryllizmu może się naprawdę świetnie sprawdzić. Tak to widzę.

Po tym rytualnym odżegnaniu się od jakichś ew. podejrzeń, powiem o co mi chodzi, a chodzi mi o to, że z tymi żydowskimi husarzami to sprawa do szpiku kości corylliczna, no bo albo w tym coś jest z prawdy, a wtedy nasuwa się pytanie, dlaczego my o tym nic nie wiedzieli; albo jest to propagandowa ściema i sprawa bardzo paskudna... Tak czy tak, widzę tu jakichś szemranych bukinistów, antykwariuszy, chętnie niepiśmiennych i znających wyłącznie jiddisz, plus jakąś centralę, która zmienia lekko fakty, wymyśla i lekko popycha w odpowiednim kierunku pewne narracje...

Siatkę zależności też widzę - jakiś angielski dwór, jakieś elitarne kluby homoseksualistów, wywiady oczywiście, loże, getta, sztetle (co by to nie było), hucpę jak stąd do Tel Avivu i spowrotem... No bo po prostu ta dziwna opowieść - wciąż mówimy o tych, nikomu przedtem nieznanych, czterystu Żydach, bez których Polska nie mogła się ponoć w epoce swojej wciąż jednak względnej potęgi obyć, bo nie było widać do tego odpowiednich ludzi...

Szlachta, choć z koniem żyła za pan brat i jakoś tam tych Tatarów odganiała, nie nadawała się do elitarnej szturmowej jazdy - więc ratunkiem okazały się Mośki i (excusez le mot) Srule z tych tam sztetli (bo to tak się chyba nazywało).

Którzy bez trudu, bo to zdolny naród, przesiadali się z... Na czym tam oni w tych sztetlach (tak?) siedzieli, na pełnokrwiste ogiery i korzystając z doświadczenia uzyskanego przy rytualnym uboju i obrzezywaniu niemowląt (mistrzowie potrafią to ponoć robić paznokciem, nawet i dzisiaj!), za pomocą kopii, koncerza, szabli (że o łuku czy pistoletach nie wspomnę, bo to był zaledwie dodatek), lali Turka, Szweda, i kto się tam nawinął.

I to była jedna sprawa, którąśmy sobie tutaj zasygnalizowali, nie bez kozery, jak mawiają niektórzy, ale husarska tematyka nie została przez nas wcale wyczerpana i, jeśli Bóg zechce, mamy jeszcze sporo przeróżnych aspektów do przedyskutowania, co oznacza jeszcze kilka odcinków do napisania. Jeśli Stwórca pozwoli, to chciałbym w przyszłości podywagować małowiela na temat stricte militarnych aspektów tej naszej przesławnej kawalerii.

Potem zaś zamierzam np. zdradzić, co jeszcze bardziej imponuje mi w naszej militarnej historii, a ściślej w historii naszej jazdy. (Choćby po to, żeby nie było, że żaden ze mnie patriota bo tylko krytykuję, a nawet PRLu nie lubiłem wyłącznie z powodu Osieckiej i Trubadurów, że o paru innych szmirusach i zagubionych duszach litościwie nie wspomnę). W każdym razie to, co chcę zdradzić, może być dla wielu zaskakujące.

triarius

P.S. Swoją drogą, to widziałem wczoraj, po raz pierwszy w życiu, "Ben Hura", do którego scenariusz, jak wszyscy wiedzą, napisał nasz umiłowany Robert Ardrey (czy może jednak do tego nie nie? dopisane po latach). Nie całego widziałem, bo podzielili to na dwa odcinki, a ja widziałem drugi, i to nie od początku.

W każdym razie mówię wam ludzie, że to jest głęboko chrześcijańskie dzieło, a kiedy po końcowej scenie, która nawet w starym bezbożnym cyniku (sceptyku raczej. bo wartości to ja cenię, jak mało kto, tylko baby nie rozróżniają), jak ja, wywołała spore emocje, pojawił się napis Metro-Goldwyn-Mayer, pomyślałem sobie (bo i nie mogłem nie pomyśleć), że jednak w tym roku Pańskim 1956 nastroje i ogólnie świat były zupełnie inne od obecnych. Aż się wierzyć nie chce, że takie coś wyszło wtedy z Hollywód, z tej żydowskiej, jakby nie było, wytwórni, i jeszcze, jak kojarzę, właśnie za to Ardrey dostał Oscara.

Dalekąśmy przeszli drogę, moje kochane ludzie!

piątek, sierpnia 12, 2016

O dalekosiężnych skutkach

kolorowa pop-kultura
Gdyby ktoś się skusił powabnym tytułem, to uczciwie mówię na samym wstępie - to nie jest o dalekosiężnych skutkach czegoś tam, np. niestosowania się do zasad Tygrysizmu Stosowanego, tylko o dalekosiężnych skutkach sięgnięcia pod stos różnych, od lat się gromadzących, rzeczy. Ostrzegałem!

* * *

Sięgnąłem więc ci ja wczoraj pod wielką górę różnych rzeczy, z przewagą dziwnych, żeby coś odszukać, i ku memu ogromnemu zaskoczeniu, odkryłem ci ja tam stosik książek, o których nie miałem pojęcia. Co więcej, te książki były bardzo interesujące. Jakiś rok temu, albo nieco więcej, faktycznie kupiłem ci ja na allegro dość sporo książek, znalazłem dla nich miejsce, jak się okazuje nie za bardzo na widoku, a potem o nich gruntownie zapomniałem.

Jedną z nich jest znana (zabawnie powiedziane, ale naprawdę natykałem się o wzmianki o niej wiele razy) pozycja pod tytułem The Man Who Mistook His Wife for a Hat ("Człowiek, który pomylił swą żonę z kapeluszem"). Jest to nawet chyba wydane po polsku, ale ta moja jest po angielsku. (Polski tytuł może się minimalnie w takim razie oczywiście różnić od mojego tłumaczenia.)

Autor nazywa się Oliver Sacks i jest neurologiem, a tytułowy "man" to facet z potężną awarią prawej półkuli mózgu, skutkiem czego ma naprawdę przedziwne objawy. Niegdyś wybitny śpiewak (choć nie nasz typ, bo Schumann i inne takie), obecnie ceniony nauczyciel w szkole muzycznej - a nie jest w stanie rozpoznać niemal żadnej twarzy, ani w oryginale, ani na zdjęciu, choć rozpoznaje je na karykaturach...

Świetnie radzi sobie z racjonalnym myśleniem, z geometrycznymi figurami, ale rękawiczkę dokładnie opisuje, nie mając pojęcia co to jest i do czego służy. No i rzeczywiście łapie swoją nieszczęsną małżonkę za głowę i próbuje ją podnieść, kiedy już się pożegnał i chce założyć kapelusz. Żona zamiast kapelusza, serio! Plus masa innych przedziwnych zachowań.

Tak że sto pociech z tym gościem, a ja przecież dopiero zacząłem o tym czytać. Wydaje się, że to będzie kolejna wybitnie tygrysiczna pozycja w kanonie naszych tygrysicznych lektur, w uzupełnieniu do "Błędu Kartezjusza" pana Damasio, o którym śmy już sobie kiedyś... Na razie jednak chciałem Szan. Państwu przedstawić drobny fragment tej książki w moim własnym przekładzie. Powinien dać nieco strawy do rozważań. Oto więc...
Kiedy rozmawialiśmy, moją uwagę zwróciły obrazy na ścianie. 
'Tak', powiedziała Pani P. [żona], 'był równie utalentowanym malarzem, jak śpiewakiem. Szkoła corocznie wystawiała jego obrazy.' 
Podszedłem do nich ostrożnie - były w chronologicznej kolejności. Wszystkie jego wcześniejsze prace okazały się naturalistyczne i realistyczne, o żywym nastroju i atmosferze, ale szczegółowe i konkretne. Potem, lata później, stały się mniej żywe, mniej konkretne, mniej realistyczne i naturalistyczne, ale o wiele bardziej abstrakcyjne, nawet geometryczne i kubistyczne. Na koniec, w ostatnich obrazach, płótno stało się nonsensowne, albo nonsensowne dla mnie - jedynie chaotyczne linie i plamy farby. 
Skomentowałem to, mówiąc Pani P. 
'Ach, wy lekarze jesteście takimi filistrami!, wykrzyknęła. 'Nie potrafi pan dostrzec artystycznego rozwoju? Jak zrezygnował z realizmu swych wcześniejszych lat i doszedł do abstrakcyjnej, nieprzedstawiającej sztuki? 
'Nie, to nie to.' Powiedziałem do siebie (ale powstrzymałem się przed powiedzeniem temu nieszczęśliwej Pani P.) Naprawdę przeszedł od realizmu do braku wszelkiego przedstawienia, a potem do abstrakcji, ale to nie artysta się rozwijał, tylko patologia, postępowała - postępowała w kierunku głębokiej wizualnej agnozji, w której wszelka zdolność przedstawiania i obrazowania, wszelkie poczucie konkretu, wszelkie poczucie rzeczywistości, zostały zniszczone. Ta ściana pełna obrazów była tragicznym eksponatem z dziedziny patologii, należącym nie do sztuki, tylko do neurologii.
Tyle cytatu, teraz jeszcze kilka komentarzy.

* Kawałek dalej Autor książki częściowo mimo wszystko zgadza się z Panią P., w tym sensie, że jej mąż mógł jednak z czasem stawać się coraz bardziej wrażliwy na sztukę abstrakcyjną czy, wcześniej, kubistyczną. Co jednak wcale nie zmienia radykalnie tygrysicznych wniosków, które mi się tutaj nasuwają, i które, mam niepłonną, zaczną się nasuwać moim P.T. Ew. Czytelnikom.

* Wcale nie twierdzę, że sztuka (?) realistyczna jest zawsze i z definicji super! Uważam nawet, że pacykowanie realistycznych obrazków w dzisiejszych czasach, na siłę, raczej gwarantuje szmirę, a co najmniej pospolitość, nie artyzm. Cóż, spenglerysta, ze swoim pesymizmem (wrodzonym i jeszcze dodatkowo pracowicie rozwijanym), potrafi uznać, że stworzenie jakiejkolwiek wartościowej sztuki (mówimy o tych "ambitnych", nie o reklamach czy muzyce do tańca), staje się już niemal niemożliwe, a jednocześnie jakoś z tym żyć (pocieszając się ew. Machaultem i Billem Monroe).

* Obrazek, który tu u góry umieściłem - po to, żeby nie było całkiem goło z samym tekstem, NIE ma być przykładem upadku współczesnej sztuki! On mi się raczej nawet dość podoba, choć nic specjalnego. Ale też nie chciałbym tu pakować jakiejś jednoznacznej obrzydliwości, jak powiedzmy twarz tego czy tej. Tylko że ten nasz kolorowy człowieczek to pop-kultura, a nie żadna "wielka sztuka", o której sobie teraz próbujemy rozmawiać.

Nawet z samego założenia nie jest to "wielka sztuka" - i to właśnie jest tu cenne. Przebija z tej konstatacji pesymistyczna gorycz, ale c'est la vie. (Wspomniany tu wcześniej Schumann, gdyby ktoś pytał, założenia JEST jak najbardziej "wielką sztuką". Niestety taki np. Picasso też.)

* Gdyby komuś brakowało tematyki do zainspirowanych przez Pana Sacksa rozważań, to polecam także kwestię popularności wszechwładnej dziś EKONOMII i przyczyn, dla której jest to tak niesamowicie chętnie przyswajane przez chłopięta spod trzepaka, które poza tym niewiele zauważają, choćby nawet waliło ich po nosach w mroźny grudniowy poranek.

Mówię tu o ekonomii rozumianej jako kilka "oczywistych", prostych i niezmiennych "prawd", mówiących jak należy manipulować kilkoma abstrakcyjnymi zmiennym, "aby było dobrze". Czyli o ekonomii LIBERALNEJ, którą się nam stręczy i która nawet dla zdrowych ludzi stała się już dziś w sumie rzeczywistością samą i prawdą absolutną.

Dla mnie to wprost uderzająco podobne do zachowań Pana P. Zresztą można z tym wyjść i poza obszar wąsko pojętej ekonomii, bo cały ten współczesny LIBERALNY świat zachodni opiera się przecie na takim samym GEOMETRYCZNYM modelu myślowym, zainspirowanym kiedyś przez Newtona, a dziś na chama do tego modelu upodabnianym - przynajmniej w tej swojej części, która ma być strawą intelektualną (?) dla PROLI.

triarius

poniedziałek, sierpnia 08, 2016

O Januszach (2)

Druga Japonia
Rodzina Januszów na wywczsach. (Przyznam, że nie takie akurat,
jak ten tutaj, niewinne żarty, najbardziej mnie do tej klasy ludzi
zrażają. Jeśli w ogóle. Z drugiej strony, jeśli to nie jest Druga Japonia,
to już jej się z pewnością nigdy nie doczekamy.)
Ad 1. Jeszcze taką sprawę chciałbym wyjaśnić. Otóż jeśli kogoś zaskakuje, nawet niezbyt przyjemnie, dziwny ów paradoks, że oto Pan T. wybrzydzając się na określenie "Janusze" sam go używa, to muszę przyznać, że zarzut jest dość zasadny.

Na swoje usprawiedliwienie powiem, że używam go z przekąsem, w zamierzeniu mniej więcej jednorazowo... No a poza tym, jak to nazwać, skoro właśnie mamy to dopiero z tygrysicznego punktu widzenia rozpoznać? No i jak przywabić wszystkie te Google, że spytam?

Ad 5. (ale także niemal wszystkie inne punkty, łał!) Teraz więc... (Fanfary, werble, chóry starców i świeżo rozkwitłych dziewic jako wsparcie)... Zaatakujemy sobie samo sedno problemu. Czyli, mówiąc konkretnie, złapiemy za kark, damy na odlew w pysk, potem w drugą stronę, w końcu zaś wyrwiemy owemu paskudnemu (cholernie dużo tu się głupio rymuje i to nie jest dobre dla mojej prozy, ale cóż, taki mamy język) skorpionowi jego wstrętne komusze żądło.

No bo przecież zarzut tych @#$#% "elit", całe jego żądło, w każdym razie, opiera się na założeniu, czy na sugestii raczej, że oto w innych krajach prosty lud zachowuje się kulturalniej, słucha naprawdę fajnej muzyki, ubiera się cudnie, i w ogóle. Czyli niby gdzie? W Ameryce? Żarty sobie robisz, głupi komuchu? U naszego słodkiego sąsiada z Zachodu? No przecież, że nie, bo tam jest jeszcze gorzej.

Może wąsy im tak bujnie jak tu nie rosną, ale ogrodowe krasnale i różne ich, znane światu, obyczaje? Na pewno nie lepiej niż tutaj. No więc gdzie? Zgadzam się, że w Afryce chodzą mniej paskudnie ubrani, zgadzam się, że na sawannie Masaje nie mają brzuchów, zgadzam się, że wiele ludów słucha znacznie lepszej muzyki od Disco Polo, czy jak to tam się obecnie wabi...

Tylko że to NIE SĄ te ludy, do których owe @#$%$ "elity" mają zwyczaj Polaków tak dzielnie każdego dnia podciągać, do których nas na codzień porównują, wobec których same przejawiają tyle kompleksów? Prawda? A więc całe szemrane żądło tego ich plucia na Januszów psu na buty!

Do tego dochodzi to, cośmy sobie wcześniej wyjaśnili - że te elity nie są ani prawdziwymi elitami, ani też nie są naprawdę polskie. (Kiedyś by sobie trzeba tę całą sprawę w szerokich aspektach dokładnie wyjaśnić, choć to by było okrutnie "anty" i w ogóle. Jednak to ważna sprawa.)

* * * * *

Ad 6. Teraz jeszcze chciałbym się pokrótce zabawić w diabolicznego advocatusa, czyli rzec, że mnie jednak te głośne, brzuchate indywidua, słuchające beznadziejnej "muzyki" itd., też wcale nie zachwycają. Czasami faktycznie machają polską flagą, więc powinniśmy się niby cieszyć, ale na tej zasadzie, to wiadomy Możeł z białej niejadalnej czekolady też był przejawem (JAKIEGOŚ TAM) "patriotyzmu"... A przecie nie cieszył, bo to był patriotyzm z założenia pokraczny i fałszywy.

Czy lepiej, że Janusze mają na koszulkach białe orły, niż gdyby miały np. czerwone gwiazdy, albo żółte na niebieskim? Albo Che Guevarę? Albo, powiedzmy, napis: "Mój dziadek był w UB i wcale się nie wstydzę!"? Lepiej, zgoda. Nie da się ukryć. Jednak nie AŻ TYLE lepiej, żeby było od czego dostawać orgazmu. Tak to widzę. Tani, tandetny "patriotyzm", to nie jest coś, czego Polsce szczególnie potrzeba, albo co by na etycznej skali jakoś wyjątkowo pięknie się prezentowało.

Problemem Polski, od stuleci, z drobnymi przerwami, ale też nigdy jakoś cudownie w tym nie było, jest BRAK PRAWDZIWYCH ELIT. Te co są, to po pierwsze przeważnie zera, albo co najmniej ludzie stręczące nam (i obcym, co bywa jeszcze gorsze) głupie i wredne treści, za forsę, za jakieś inne słodkie pierniczki, albo po prostu nie mając o niczym pojęcia, poza jakimś ew. robieniem głupich min, wydawaniem z siebie odgłosów, czy wachlarzem innych tego typu hiper-artystycznych wyczynów.

I tu nie tyle chodzi o BRAK ludzi, którzy by rolę elity mogli pełnić, bo mimo strat w wojnach, powstaniach, mimo makabrycznie wysokiej emigracji, to, jak uczy doświadczenie, nie jest przeważnie aż tak wielkim problemem.

Niemce, co by o nich nie mówić, w ostatniej światowej wojnie (tej oficjalnie światowej i ostatniej) stracili masę ludzi, w dodatku raczej tych "biologicznie wartościowych" (choć faktycznie głównie mężczyzn, a to biologicznie znacznie mniejsza strata), a w jakichś tam sportach nieźle sobie radzą, i tak było niemal zaraz po wojnie. (Oczywiście Spenglera to oni już nie wydadzą i rządzić się pozwolą byle Merkelom, ale to ma inne przyczyny.)

Tu chodzi raczej o HIERARCHIĘ i takie sprawy. Nie mamy hierarchii autorytetu (i odpowiedzialności), nie mamy mechanizmów selekcji, nie mamy kanałów, przez które mądrość mogłaby się sączyć i kapać niżej... A obok mądrości szlachetność, bezinteresowność, patriotyzm z którego coś wynika, gust, i takie tam różne.

Ale wmawianie sobie, albo komuś, że ten... Nazwijmy go raz jeszcze tym durnym mianem... "Janusz" - to cudownie kulturalny, przesympatyczny, mądry, muzykalny i w ogóle półbóg, a nie człowiek, i to przeważnie bardzo przeciętny, to głupota.

Jeśli to Polak, a nie jakaś np. judeokomuna, to super, jeśli kocha Polskę, to fajnie - choćby nawet na razie nie potrafił tego wyrazić lepiej, niż tylko kretyńską czapeczką na jakimś nic-nie-znaczącym (jak one wszystkie) meczu... Ale elita to jednak nie jest, natomiast elity on, ten "Janusz" potrzebuje, i Polska, co jeszcze ważniejsze, jeszcze bardziej... I tego się łaskawie trzymajmy.

To by było chyba w sumie na tyle - dałoby się więcej, ale to ew. się przedyskutuje w komętach pod spodem (już to widzę!). Może jeszcze, w ramach recyklingu, wkleję tu komęt z szalomu, który tam dziś wpisałem, a który się z naszym dzisiejszym tematem częściowo wiąże, zaś poza tym po prostu mnie od dawna męczy. Oto i on:
W sumie fajne i słuszne, to o sukmanach i pasiastych porciętach naprawdę urocze... Ale, mówiąc ogólnie und globalnie, strasznie mnie śmieszą i nieco rażą te rodzime kompleksy na temat "słomy w butach", "onuc", "chodzenia za stodołę" i czego tam jeszcze. Informacja o tym, w którym to pokoleniu leży na kimś frak, jest po prostu przykładem tak żałosnego snobizmu, że aż strach. I w dodatku tym bardziej, że jest to po raz tysięczny po jakimś mędrku powtórzone.
Znałem takich (i wielu by się zdziwiło JAK dobrze), którzy w domu, mimo prlowskiej nędzy, naprawdę dotkliwej, jadali wyłącznie srebrną zastawą z hrabiowskimi dziewięciopałkowymi koronami - dopóki wszystkie takie niegdysiejsze przeżytki nie trafiły w końcu do jakiegoś nowego arystokraty z jakiejś budy czy innego Chobielina - a do głowy by im nie przyszło tępić komucha akurat za pomocą konceptów o "słomie z butów", "onuc", czy "chodzenia za stodołę". Jeśli nawet - co z tego by miało wynikać?
W życiu nie miałem fraka i mieć z pewnością nie będę - czy z tego powodu mam się czuć gorszy od kogokolwiek, kto go miał? Onuce były kiedyś standardowym wyposażeniem w wojsku - więc o co, do @#$$% @#%^, chodzi z ich komuś wyrzucaniem? O pacyfizm? TO dopiero chora sprawa! 
Polska jest faktycznie dość zabawna, bo to przecie szlachecka par excellence idea, a ogromna większość Polaków - także tych porządnych, patriotycznych i z żadnymi KODami czy inną Platfąserią nie mających nic wspólnego - to nie tylko potomkowie, w najlepszym przypadku, kmieci, ale przeważnie i dziś też nic specjalnie innego. Określenie "Janusz" jest denne i głupie, ale samo zjawisko to fakt, choć oczywiście ani ta "elita" nie jest prawdziwą polską elitą, przeważnie to zera uwieszone resortowego cyca, a poza tym, i to najważniejsze, nie jest to żadna specyficznie polska sprawa, bo gdzie niby lud jest dziś tak cholernie kulturalny?
Podsumowując - kawałki o "chodzeniu za stodołę" wydają mi się partackim odwalaniem roboty, w postaci powtarzania po kimś grepsów, które uchodzą za udane... Natomiast zgrywanie się tak wielu rodaków na jakąś arystokrację (nie żeby to było jakieś cudo, oczywiście, ale widać przynależność imponuje i kusi) świadczy o tym, że jesteśmy mimo wszystko, ludkiem niesamowicie wciąż zakompleksionym.
Co powiedziawszy, wykrzyknę: niezły tekst, dzięki i sorry za te globalne uwagi! ;-)
A tu nawet linek do tego komęta (a pośrednio do samego tekstu):

http://pays.salon24.pl/723638,grzechy-dudy-czyli-daj-spokoj-cudzoziemcze#comment_11768242

I to by było na razie na tyle.

triarius

niedziela, sierpnia 07, 2016

O Januszach (1)

Janusze w stanie patriotycznego wzmożenia
Jak każdy wie, toczy się przeogromna debata na temat tzw. Januszów, czyli takich, co przyjeżdżają latem to różnych Sopotów (dla mnie to zawsze była "stonka" i komu to przeszkadzało?), żrą frytki na zjełczałym oleju, słuchają na całą okolicę obrzydliwego... przecież nie powiem "muzyki"... czegoś... a do tego chętnie ubierają się w biało-czerwone koszulki na różnych tam meczach.

Celebryci na nich zażarcie napadywują, czemu "nasi" dają jadowity odpór, i tak to się kręci. Chciałbym rzucić nieco światła i odrobinę rozumu do tej, niesamowicie wprost żenującej, w mojej skromnej opinii, "debaty". Co więcej, zrobimy to sobie hiper-wprost-metodycznie.

* * * * *

W nabrzmiałym i (nie bójmy się tego ślicznego słowa!) NABOLAŁYM januszowym problemie na pierwszy rzut oka dostrzegam następujące kwestie składowe:

1. nazwa sama w sobie
2. celebryci sami w sobie, na Januszów plujący
3. stosunek "naszych" do owych celebryckich plujów
4. Janusz jako taki - pomijając już rozkoszność przekomarzanek z obecną elitą: jest ci on powodem do radości, czy wręcz przeciwnie?
5. polskość w tym wszystkim, czyli patriotyzm taki i inny
6. podsumowanie - czyli jak w sumie?
7. ew. ozdobniki, bąmoty i błyskotliwostki

* * * * *

Ad 7. Która matka jest lepsza? Czy ta, co swoje dziecko uważa za najcudowniejsze na świecie (jak większość matek jedynaków zapewne, przy liczniejszym potomstwie staje się to trudniejsze), czy też ta, która znając niewydarzoną pokraczność owocu żywota swego - jednak kocha je, ponieważ jest własne?

* * * * *

Ad 1. Nie chciałbym zbyt długo dręczyć tego akurat tematu, bo może mi nie wystarczyć pary wodnej na rzeczy istotniejsze, a P.T. Czytelnikowi może zabraknąć na nie cierpliwości, ale ta właśnie rzecz bije po oczach na samo przywitanie, a poza tym jest symptomatyczna.

Otóż nazwa "Janusz" w odniesieniu do zjawiska, które sobie dopiero spróbujemy dokładnie określić i ocenić, ale w sumie przecież z grubsza wiemy, o co chodzi, jest dla mnie symptomem upadku mediów, dziennikarstwa i wszelkich związanych z tym spraw.

Nazwa ta nie ma najmniejszego sensownego związku ze zjawiskiem, które rzekomo określa - imię "Janusz" jest normalne i przyzwoite, postponowanie noszących go ludzi, tylko za to, że je noszą (a jest to przecież dokładnie to, co, przynajmniej w swojej opinii, owi celebryci robią!), jest zachowaniem z kategorii mitycznego rasizmu czy innego "hejtu", tylko że tym razem naprawdę.

W odróżnieniu od genialnych mian, których przykładem jest "leming" - to tutaj to po prostu jakiś pismak sobie wymyślił, bo czemu niby nie, krótkie, dźwięczne, w dodatku POLSKIE (choć pochodzenia węgierskiego przecie, od Janos), o co im jak najbardziej chodziło.

Jednak najgłupszy pismak nie odważyłby się przyklejać całkiem bezsensownej łatki do jakiegoś zjawiska, gdyby nie był pewien, że inni, którym oszczędził umysłowego wysiłku na wymóżdżanie jakiegoś własnego określenia, skwapliwie to podchwycą i sprawa zacznie się wiralnie propagować. Mem po prostu, hurra! Że bez sensu? A co to za problem? Byle na chama, byle głośno, byle głupio!

* * * * *

Ad 6 i 2. Przeskoczymy sobie na chwilę do szóstki i dwójki, ponieważ obawiam się, iż w przeciwnym przypadku P.T. Potencjalny Czytelnik - znający może skądsiś moje elitarystyczne, monteverdyczne gusty - mógłby nasze rozważania na samym początku ze wzgardą odrzucić, sądząc, że ja ustawiam się po stronie owych celebrytów, co mogłoby mu dać asumpt to przeróżnych przemądrych rozważań, jak to w końcu z każdego farbowanego wróbla wyjdzie sęp i hiena...

Czyli że prawda się wydała, nikomu nie można ufać, a Pan Tygrys taka sama menda i szuja, jak pierwszy z brzegu... Żebym ja jeszcze pamiętał nazwisko któregoś z tych celebrytów. (Nie żeby mnie ten brak jakoś szczególnie bolał.) No - niech będzie z grubej rury: Komóra z ruskiej budy!

Otóż to nie tak! Ci celebryci (i tu sobie załatwiamy punkt 2, gdyby ktoś to miał naukowo, na doktorat jakiś, analizować) to dla mnie właśnie zupełne NIC i zaskakuje mnie, a także martwi i nieco śmieszy, że "nasi" w ogóle ich jakoś znają, w dodatku powielając ich opinie i przejmują się nimi. To jest NIKT, ignorować tę swołocz - nie tylko ich wypowiedzi o Januszach, czy o czymkolwiek zresztą, tylko wszystko - całą @$%^ "twórczość"! Wyznam bez przesadnej skromności, że Bozia obdarzył mnie niemal całkowitą odpornością na słowicze tryle wszelkich szmirusów, za co pięć razy dziennie wznoszę do nieba dziękczynne modły.

Zgoda, nie jestem typowy, ale faktem jest, że mi to oszczędza masę głupich błędów i idiotycznych "sporów". Trochę szczegółów? OK. W takim PRLu, na przykład, poza Starszymi Panami, bardzo niewiele było rzeczy, związanych ze "sztuką" czy "kulturą", na które bym jakoś pozytywnie patrzył. Wrocławski zespół Romuald i Roman do nich należał.

Zgoda, była to co prawda żałosna amatorszczyzna, ale za to jeśli w ogóle występował w prlowskiej telewizji, to sporadycznie, i mógł sobie w związku z tym pozwolić na włosy zasłaniające uszy. Albo może odwrotnie to było z przyczyną i skutkiem. (Serio, tak to wtedy działało.) W odróżnieniu od takich np. (o Boże!) Skaldów, dzięki którym do PRLu pałałem niegasnącą nienawiścią. (Choć paru innych szmirusów też się przyczyniło.)

Jakaś Młynarska, mgliście pamiętam... Jej ojciec (tak?) nagrał w latach '60 jedną znakomitą płytę, niewątpliwie ubecja co najmniej wydała mu na to zgodę, potem było już tylko gorzej, choć czasem dało się wytrzymać, ale kim jest ta jego córka? Nic, zero, null! Stuhr?

Czy nawet dwa? Ktoś kiedyś DOBROWOLNIE oglądał jakieś coś z tymi ludźmi? No to gratuluję gustu i nadmiaru czasu! Nie, fakt... Sam jakąś "Seksoramę", czy jak to się tam wabiło, oglądałem, w Szwecji chyba zresztą, ale to wyłącznie z powodu rozbieranej sceny z meczem babskiej siatkówki - przysięgam! Stuhra mogło tam dla mnie całkiem nie być. jak i w ogóle nigdzie.

"Patriotyczna prawica", która zna Stuhry i Młynarskie, a do tego przyznaje im tyle statusu znakomitości, że przejmuje się ich opinią i zaszczyca ich (żałosną, ale jednak) polemiką? Nie, sorry, to nie dla mnie! Wyprowadźcie mnie stąd na świeże powietrze, bo się uduszę!

Zaś wracając do spraw ogólnoludzkich i obiektywnych - tę @#$% "elitę" po prostu należy totalnie ignorować (nie zapominając o odstawianiu od cycka i ew. pakowaniu do pierdla, kiedy zasłuży), oraz JAK NAJSZYBCIEJ zastąpić autentyczną. Autentycznie polską. (I najlepiej Tygrysiczną. JK jest super, ale tylko na krótką metę i b. lokalnie.)

* * * * *

Ad 7. Chłoszczę głupotę, chamstwo i podłość TYM MOCNIEJ, szmirę też zresztą, im intensywniej wymachuje biało-czerwoną flagą. Sorry, ale tak mam i tego nie zmienię!

(Zresztą w czasach szemranych KODów nie ma nawet w tym nic paradoksalnego czy błyskotliwego.)

* * * * *

c.d. Deo volente n.

triarius

sobota, sierpnia 06, 2016

Uliczki

Dzisiaj kilka zdjęć z trochą (ach, jak ja kocham tego Villona Boyem!) komentarza...


Madryd w latach '50

Madryd w latach '50. Wszystko szare, żeby nie powiedzieć czarno-białe, wyraźnie wyczuwalna atmosfera zagrożenia, powszechnej nieufności, braku szans, przygnębienia. Dyktatura wojskowa, stąd wyraźnie dostrzegalne militarystyczne ciągotki władzy. Nic dziwnego - faszyzm! A więc wojsko brutalnie mieszające się do polityki, społeczeństwo cywilne w zaniku...


Lizbona w latach '50.

Tutaj cały komentarz jest do przysłowiowej dupy - jak mi na to zwrócono po paru miesiącach uwagę, i co zresztą wyraźnie widać z napisu na zdjęciu, jeśli się nad tym nieco pomyśli. Sorry! Zachowuję jednak to, co było, bo pasowałoby, tyle że do jakiegoś innego zdjęcia. Trza by go w wolniejszej chwili poszukać. {Lizbona, także jakieś lata '50. Niby nieco bardziej kolorowo, ale niewiele, a poza tym nawet samochodów tu nie widać, a konie mają tak przygnębione miny, że aż chciałoby się tam zrobić jakaś Rewolucję Goździków, czy może Arabską Wiosnę. W sumie atmosfera dokładnie ta sama, co na poprzednim zdjęciu, a i przyczyna równie prosta.}

Londyn w latach '50.

Londyn, także jakieś lata '50. Faszyzmu formalnie nie ma, ale także wszystko czarno-białe i bez wielokulturowości, dzieci bawią się bez nadzoru na jezdni, na sto tysięcy nadzorujących kamer także przyjdzie długo jeszcze poczekać. W sumie smutek i nędza, a władza, jeśli w ogóle istnieje, wyraźnie ma bezpieczeństwo obywateli w nosie.

A teraz, żeby całkiem nie ulec depresji, zmienimy sobie scenerię. W końcu ile można!

Paryż rok 2016

Paryż, rok 2016. Tutaj mamy zupełny kontrast z powyższym, jakże przygnębiającym, obrazem. Prawda? Kolory, społeczeństwo obywatelskie kwitnie, a władza jak najdalsza od jakichkolwiek militarystycznych ciągotek, skutecznie zadbała o bezpieczeństwo i szczęście swych... Chciałem rzec obywateli. Op-ty-mizm i szczę-ście jednym słowem!

Londyn 2016

Tu znowu Londyn, tyle że teraz rok jest 2016. Zdjęcie, zgodnie z oczekiwaniem (w końcu Postęp i Demokracja robią swoje!) aż ocieka radością i optymizmem, a społeczeństwo cywilne kwitnie tak intensywnie, że niemal wyskakuje ze zdjęcia.


Bruksela 2016

Bruksela 2016. Wszystkie słowa zbędne, skoro już żeśmy co istotne i tak wyrazili, ale trudno nie wspomnieć i nie zachwycić się widocznym tu rozkwitem społeczeństwa cywilnego. (A to przecież tylko jedno zwyczajne zdjęcie!)


Watykan 2016

Rzym, a nawet konkretniej Watykan, i także rok 2016. Słowa są oczywiście zbędne, bo przecie każdy kto jeszcze potrzebuje, pilnie swoje Szkło Kontaktowe przecież ogląda i GWyb czyta. (Słowa kluczowe: SPOŁECZEŃSTWO CYWILNE, WOLNOŚĆ, BEZPIECZEŃSTWO.)

I to by było na tyle.

triarius

sobota, lipca 23, 2016

Szalone harce mojego mentalnego Photoshopa

Messerschmitt ME-109
Zrobiłem sobie krótką przerwę w ćwiczeniach, rozwaliłem się w fotelu i przymknąłem oczy. Natychmiast na ekranie wyobraźni pojawił mi się taki oto obraz... (A może zresztą to był mem?) W każdym razie coś, jak takie klasyczne zdjęcie asa lotniczego z ostatniej oficjalnej światowej wojny: widzimy otwartą kabinę myśliwca i kawałek burty, na tej burcie spora ilość niewielkich swastyk, jakimi alianccy piloci mieli zwyczaj oznaczać własne zestrzelenia.

Dziwne były w tym dwie rzeczy: Po pierwsze, że ten myśliwiec to musiał być Messerschmitt ME-109 - kanciasty kształt z widocznymi nitami, kabinka wyraźnie ciasna... Po drugie, że za sterami siedziała tam, niesamowicie uradowana i wznosząca do góry dwa palce w geście (alianckiego zresztą) zwycięstwa... Nasza, jakże dobra znajoma, Merkela. W rozpiętej pilotce na ślicznej główce, w skórzanej kurtce, z szaliczkiem, i w ogóle jak Bóg przykazał.

Było to z całą pewnością zrobione Photoshopem i od razu wiedziałem, że moja wyobraźnia płata mi dzikiego figla - nie wiem, czy zjadłem coś ze sporyszem, czy do wody w kranie ktoś dodał jakichś halucynogenów (kto to mógł być i po co to zrobił!?), bo przecież wiem, iż kabina ME-109 była niesamowicie ciasna i ktoś tak przysadkowaty, jak Matka Europy Merkela, nigdy by się tam nie wcisnął. Naprawdę dziwna sprawa! (Cóż zresztą dziwnego w tym, że matka stu milionów dzieci może mieć od tego nieco przysadzistą figurę?)

A potem otworzyłem oczy, znowu pozwoliłem telewizorowi gadać, co mu wcześniej zamknąłem gębę... Na tych wszystkich zachodnich kanałach, co je mam, niezliczeni eksperci znowu rozgdakali się na temat dzisiejszego zamachu w Monachium. Ci eksperci bez cienia wątpliwości funkcjonują zgodnie z "zasadą szwagra", którą kiedyś sformułował mój ojciec, a o której tu kiedyś wspomniałem. Zasada jest trywialnie prosta, naprawdę żadne błyskotliwe odkrycie, obaj potrafiliśmy dokonywać większych odkryć, ale ładnie się nazywa i z całą pewnością jest prawdziwa.

Idzie to tak, że "ktoś ma szwagra i ten szwagier potrzebuje być dyrektorem muzeum, no to się zakłada Muzeum Lenina w Poroninie". Pstryk i wszystko jasne! Dokładnie tak samo musi być z tymi wszystkimi ekspertami od terroryzmu. Opowiadają rzeczy niesłychane na zmianę z tak trywialnymi, że baby w maglu by się tego powstydziły. Tym razem na przykład zachodzili w głowę, dlaczego dotąd nie było islamistycznych zamachów w niemczarni, a teraz nagle są.

Coś tam próbowali wymyślać, ale szło im fatalnie. Ja tam żaden ekspert, jednak moja własna hipoteza, która mi się momentalnie zalęgła w głowie, kiedym tylko usłyszał o tym poprzednim zamachu, tym z poniedziałku, jest taka, że Państwo Islamskie ("tak zwane" oczywiście, bo poza posiadaniem szwagra trzeba jeszcze pilnie tego "tak zwane" przestrzegać, w każdym możliwym zresztą języku) po prostu nie chciało robić w niemczarni zamachów, zanim nie wprowadzi tam paru milionów "uchodźców".

A dlaczego teraz już uznali, że mogą? No bo po pierwsze milion już mają, więc mogli uznać, że od biedy wystarczy, a poza tym szeroko pojęte Merkele i ich przeróżne przydupasy już się tak ostro w miłość do tych "uchodźców" zaangażowały... I w niezliczone korzyści, jakie to niemczarni wraz z całą Europą przynosi, że nagle się z tego - zamachy czy nie - wycofać nie mogą, i prędzej będzie tam wojna domowa, co Państwu Islamskiemu ("tak zwanemu" oczywiście) jak najbardziej pasuje, niż coś się pokojowo zmieni.

No bo jak by się miało zmienić? Merkela, szeroko zresztą pojęta, przeprosi, odda władzę... (KOMU NIBY?) I spakuje szczoteczkę do zębów, czekając grzecznie na sprawiedliwy wyrok... Tak? Potraficie sobie to wyobrazić? Fakt, że gdyby jakiś rzymski cesarz wyciął, tak całkiem od niechcenia, z czystej fantazji, Rzymianom takiego figla, jakiego Merkela ostatnio wycięła niemczarni... No bo do Polski na razie się tych "uchodźców" wyeksportować nie udało, więc cała sprytna intryga sprytnym intrygantom wybuchła w samą mordę.

Ale co ja gadam? Gdzie "wybuchła"? Naprawdę dodali coś do tej wody. Merkela sobie wesoło żyje, a lud roboczy miast i wsi prosi o więcej i wielbi. Tym niemniej pozostaje faktem, że jakiegoś starodawnego cesarza to by już dawno psy w postaci ścierwa nad Tybrem... Tylko co to ma wspólnego z dzisiejszym lemingiem, choćby i niemieckim?

Nie wiem, może mi te izometryczne ćwiczenia, com je od niedawna zaczął robić, naprawdę intensywne jak cholera, jakoś tak robią, że krew nie dopływa, albo właśnie dopływa, i zbiera mi się na fantazje, wizje i dziwne, historią napędzane myśli. Jednak machanie hantlami jest bezpieczniejsze!

triarius