niedziela, lipca 01, 2007

Oswald Spengler w pigułce

Ci, którzy znają to co piszę, np. tutaj, albo moje wypowiedzi na znakomitym Forum Frondy, wiedzą, że moim ulubionym myślicielem jest Oswald Spengler, autor słynnego dzieła pod tytułem "Schyłek Zachodu".

O tej książce, od momentu jej powstania około 90 lat temu, nigdy nie jest całkiem cicho, widać jest na to zbyt wybitna i zbyt przełomowa. Jednak jest stale przemilczana, czyni też się bardziej wyrafinowane próby usunięcia jej z publicznej świadomości, do których zaliczam fakt, że obecnie jest ona w Europie, także i w Polsce, dostępna, tyle, że w wersji brutalnie i perfidnie skastrowanej. Pozostało około 20% i to całkiem nie te najbardziej fascynujące procenty. (Choć nadal jest to świetna książka, którą można nabyć np. na merlin.pl.)

Zabawne, w pewnym przynajmniej sensie, jest to, że stosunkowo wielu na temat tej książki się wypowiada, nigdy nie zadawszy sobie trudu jej przeczytania. Czy choćby przerzucenia. Cóż, z takim tytułem?! Przecież od razu wiadomo, że są to ponure i dawno już przez historię unieważnione proroctwa katastrofy i zagłady! Inni, którym widocznie nieco brakuje wyobraźni, pewni sią, że książka ta pełna jest utyskiwań na upadek obyczajów i w ogóle dekadencję zachodniej kultury.

Czego się w końcu dziwić? Z TAKIM tutułem?! Przecie nie można wymagać, by prawdziwi intelektualiści czytali jakieś starocie, które w dodatku nigdy nie zostały uhonorowane nagrodą Nike, czy choćby Nobla!

Tyle, że to wcale nie jest to, to wcale nie jest o tym. A zresztą, gdyby to było jakieś nowe "Mein Kampf" to by się po prostu zakazało, albo raczej Land Bawarii by sobie zastrzegł wyłączność praw autorskich... Że bez żadnych legalnych podstaw? A co to szkodzi, przecież żyjemy w Europie! Liczą się Wartości Europejskie, nie jakieś prawne podstawy czy słuszność!

Ja sobie jednak ostatnio kupiłem pełny angielski, autoryzowany przekład tego wspaniałego dzieła, o czym jest nieco na moim rodzimym blogu, nawet ze zdjęciem. Dla tych wszystkich jednak, którzy chcieliby dowiedzieć się szybko i w miarę bezboleśnie - doceniam ich, że w ogóle mają ochotę to wiedzieć - oto... Oswald Spengler w pigułce. W jednym krótkim zdaniu (ze strony 90 drugiego tomu tego przekładu):
"Ubi bene, ibi patria" is valid before as well as after Culture.
Co się na nasze przekłada mniej więcej tak:
Zasada, że "tam ojczyzna, gdzie dobrze" obowiązuje zarówno przed, jak i po Kulturze.
Dodam, że w języku używanym przez niemiecką filozofię, Kultura oznacza wcześniejszą, żywotną fazę rozwoju, która w końcu przechodzi w Cywilizację - racjonalną, prozaiczną i coraz bardziej wyzutą z kreatywności i sił żywotnych. Co jest dokładnie tym, co ja sam dostrzegam w naszej obecnej rzeczywistości.

A więc, wyjaśniło się mniej więcej, o co chodzi z tym "Schyłkiem Zachodu"?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Jerry Springer i Ronald Reagan

Czy oglądasz czasem, O Mój Ukochany Czytelniku, szoł Jerry Springera? Ja czasem oglądam. Jako odtrutkę na moją wieczną wewnętrzną emigrację z własnych czasów głównie. Oraz jako studium ludzkich charakterów, bom kiedyś bardzo się interesował psychologią i sporo mi z tego zostało.

Jeśliś oglądał, to na pewno byłeś świadkiem takiej dość typowej dla tego szołu sceny... Facet jest domorosłym alfonsem i prostytuuje własną siostrę. A jak dobrze pójdzie, to jeszcze żonę, córkę i matkę. Zebrana w studio tłuszcza wrzeszczy na jego temat obelgi, a facet wstaje, ukazuje złote łańcuszki, czy inne materialne dobra, i krzyczy: "Zarabiam w dzień więcej, niż wy wszyscy w rok! Jesteście FRAJERZY!"

Albo wczoraj. Facet mieszkał w przyczepie na kempingu, wywalił z domu (czyli z tej przyczepy) swoją dziewczynę, ponieważ "nie robiła tego, co on chciał". No i związał się z inną, nieprawdopodobnie chudą anorektyczką, która wyglądała, jakby była cały czas ciężko naćpana, ale chyba nie była, bo ta parka nie miała na to z pewnością dość forsy. Więc to było - albo walenie głową w ścianę, albo wąchanie benzyny, albo po prostu była od urodzenia pozbawiona kory mózgowej.

No i ta druga dziewczyna, ta anorektyczka, robiła to co ten facet chciał. Mianowicie chodziła po kempingu i się prostytuowała. Bractwo tam specjalnie bogate nie było, więc dostawała za swoją pracę - to cztery papierosy, to puszkę napoju gazowanego... I tak się to kręciło. Poza tym, w wolnych od pracy chwilach, klęczała przed swoim facetem, albo wachlowała go przeogromnym wachlarzem, aż dziw, że go potrafiła podnieść.

Facet oczywiście sam nic nie robił i był z siebie niesamowicie, wyraźnie szczerze, zadowolony. W końcu było to też jakieś skromne wydanie amerykańskiego snu, był niezależnym przedsiębiorcą, a do tego jeszcze pokazywali go w telewizji. Cóż w końcu może być piękniejszego, niż osobisty i ekonomiczny sukces?

Jasne, że elita w programach Jerry Springera nie występuje, więc autentyczny przekrój amerykańskiego społeczeństwa to nie jest. Jednak z pewnością bardzo wiele mówią one o Ameryce. O tym najbardziej liberalnym ze wszystkich krajów, powstałym zresztą przecież z Oświecenia i jego dziecięcia - liberalizmu.

O Ameryce można by mówić i mówić, pisać i pisać. Kraj w sumie, w mojej opinii, na plus. No bo co nam w końcu zostało? Przy tej uszminkowanej na pedalską kokotę Europie, jest to jeszcze coś żywego i na swój sposób autentycznego. Jednak dla patrzącego z boku, dla Europejczyka, Ameryka jest w wielu aspektach czymś tak dziwnym, że po prostu chorym.

Ten przerażający brak smaku! (Są oczywiście wyjątki i wcale nie mówię o Boston Philharmonics.) Ten przeraźliwy konformizm! Ta niewiarygodna żądza pieniądza! (Albo chociaż papierosów i napojów gazowanych.)

Skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? Z Ameryką znaczy. Dlaczego uważam, jak zresztą cała masa innych przyznających się do prawicowości ludzi, że Ronald Reagan był WIELKI? Przecież był niewątpliwie liberałem, w tym znaczeniu przynajmniej, że ogromną rolę przywiązywał do wolnego rynku, indywidualnej wolności ekonomicznej, kapitalizmu wreszcie. "Kapitalizmu", czyli przecież dosłownie "władzy kapitału". Czy to naprawdę takie piękne? Odpowiem tak...

Takim znowu wielkim "liberałem", poza sprawą wolnego rynku i "kapitalizmu", Reagan nie był, skoro tak bardzo zależało mu na pokonaniu Imperium Zła, podczas, gdy mógł z nim przecież robić interesy, jak wszyscy dotąd. Walczył z nim wprawdzie w imię "kapitalizmu", czyli liberalizmu, więc może to akurat nie jest aż tak wspaniały argument...

Wprawdzie stojąc naprzeciw Ojczyzny Proletariatu, która "kapitalizmami" rzucała, jak najgorszą obelgą, dumne przyznanie się do niego było dość naturalną, dość często w historii spotykaną przekorą. Wy na nas "kwakrzy" ("trzęsący się", że przed Boskim gniewem niby), więc w porządku, będziemy "kwakrami". Wy na nas "sankiuloci" (tak to się po polsku pisze?)? Dobra, jesteśmy "bezspodenkowcowcami".

To jednak nie jest faktycznie wielki argument. Na szczęście mam lepsze. A w ogóle to chodzi mi o coś jeszcze innego. Dlaczego Ronald Reagan mógł być jakimś tam "konserwatywnym liberałem", fanatycznym zwolennikiem wolnego rynku i sporej części tego, co nam nam tutaj wdusza pewna realna do bólu partia, i to było OK, podczas gdy, poza Ameryką i w innym wykonaniu, wcale tak OK to już moim zdaniem nie jest? A w każdym razie nie musi.

No bo widzisz, Najsłodszy Czytelniku, taka właśnie jest Ameryka. Tak ją zbudowano. Niemal wszyscy jej mieszkańcy to imigranci albo potomkowie imigrantów. (Sorry za powtarzanie tych truizmów!) Czyli ludzie, albo potomkowie ludzi, którzy zostawili niemal wszystko, także swoje dawne wartości i przekonania, i przyjechali do Ameryki, bo tego właśnie chcieli, co tam można było znaleźć.

Dobre państwo (jak i w mniejszym stopniu każda społeczność) to przede wszystkim takie, w którym istnieją powszechnie zrozumiałe i powszechnie akceptowane reguły społecznego awansu. Jakaś walka, ale tak "zrytualizowana", by nie czyniła za wiele szkody w nią zaangażowanym, a całkiem jak najmniej osobom postronnym.

Mogą to być konkursy poezji i kaligrafii, jak w dawnych Chinach. Mogą to być majtki pięknej księżniczki na hełmie w wielkim turnieju i zostanie w nagrodę za wysadzenie z siodła 99 dziarskich rycerzy Oficjalnym Nadzorcą Królewskich Latryn. I może to być, jak właśnie w Ameryce, status prywatnego przedsiębiorcy. Najlepiej oczywiście zarabiającego masę forsy, ale jeśli to niemożliwe, to wystarczy i puszka pepsi. W każdym razie raczej za pomocą własnego pomyślunku i pracy innych ludzi.

No i oczywiście do pełnego szczęścia potrzebne jest jeszcze występowanie w ogólnokrajowej telewizji. Nieważne że na człowieka bluzgają, a potem będą go na ulicy pokazywać palcami! Nieważne co o nas mówią, byle mówili, to przecież podstawowa zasada reklamy.

W Ameryce sporo ludzi realizuje te marzenia, choćby w formie nieco specyficznej i ułatwionej. Spora część spośród pozostałych wierzy, że im kiedyś też się to uda. A więc znają reguły i je akceptują. Czyli w sumie jest to zdrowy układ. Dość charakterystyczne jest też to, że chyba jedyne dwie duże grupy ludzkie, które od dobrowolnych imigrantów nie pochodzą, mają z akceptacją Amerykańskiego modelu szczęścia całkiem sporo kłopotu. Chodzi oczywiście o Murzynów i Indian.

Nawet siatka ochronna dla przegranych w tej rywalizacji - dodatkowa wprawdzie sprawa, ale też dość istotna - jest w Stanach pewnym sensie rozciągnięta, bo ta nieszczęsna anorektyczka, co to za papierosy... Właściwie wcale się nie wydawała specjalnie niezadowolona z życia. A więc można i bez wielkiego kapitału! Zresztą, w końcu wystąpiła w telewizji, i to w jakiej! Więc co się dziwić.

No i tym się właśnie różni, Mój Lojalny (skoroś aż tu doczytał) Czytelniku, liberalizm od konserwatyzmu! Liberał mówi: "mam genialne rozwiązanie wszystkich problemów ludzkości, pasuje zawsze i wszędzie, a do tego JAKIE PROSTE!"

Tak nawiasem, to Oswald Spengler definiuje "etyczny socjalizm", jako przekonanie, że (moimi własnymi słowami): "dobrze będzie, jeśli wszyscy ludzie będą mieli te przekonania co ja". Bardzo celna definicja, moim zdaniem, bo wszystkie inne definicje "socjalizmu", albo przynajmniej ich większość, są albo jałowe, albo po prostu durne. Drugim zaś nawiasem powiem, że kusi mnie od dawna napisanie tekstu pt. "Korwin-Mikke - socjalista", jako że wedle tej wspaniałej definicji, jest nim jak najbardziej. Jak i każdy liberał zresztą.

Natomiast konserwatysta - który wcale zresztą nie musi być jakimś spokojnym, przywiązanym do własności, ubranym w krawat facetem - powie tak: "Coś może nam się dość średnio podobać, ale całkiem fajnie pasować powiedzmy Amerykanom. Jeśli się to rozwijało spokojnie, ewolucyjnie, a tamtejszemu ludowi się to podoba, to naprawdę nie nasza, tylko ich własna sprawa.

Życzę im więc dalszych sukcesów, chętnie się przyjrzę, może czegoś się nauczę, ale oni to oni, my to my, każda sytuacja jest inna, a ja przecież jestem uczniem Edmunda Burke'a. Polska jest w końcu całkiem innym krajem, z inną ludnością, inną tradycją, inną sytuacją. Sam pomysł, że mielibyśmy tutaj nagle coś stamtąd przemocą przenosić... Nie, to po prostu paranoja!"

I coś w tym konserwatywnym podejściu chyba jest - prawda Mój Niewątpliwie Już Tym Wszystkim Zmęczony, Ale Szczęśliwy, Boś Przeczytał Interesujący Felieton, Czytelniku?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, czerwca 30, 2007

Kto odpowiada za to, że z każdym dniem mamy mniej wolności?

Kolejny zamach terrorystyczny, tym razem na lotnisku w Glasgow. Na razie na szczęście bez ofiar, choć to jeszcze nie koniec, nawet tego wydarzenia, ponieważ zamachowcy wciąż są na wolności. No i przede wszystkim nie koniec zamachów i zapewniam, że bez ofiar, całkiem w dodatku znacznych, się nie obejdzie.

Czego teraz możemy oczekiwać? Wielu oczywiście różncyh rzeczy, wszystkiego nie da się przecież wymienić, ale jedną mogę od razu przewidzieć. Rozlegną się głosy, że "nie dajmy się oszukać, bo to przecież władza w ten chytry sposób stara się zdobyć kontrolę nad życiem obywateli, dusząc wszelką wolność jednostki". Ludzie, którzy będą takie argumenty podnosić, z całą pewnością należeć będą do dwóch kategorii: wszelkiej maści liberałów, oraz wszelkiej maści lewaków. Połączenie, które może wywołać uśmiech, ale w końcu "skoro dwóch mówi to samo, to nie jest to samo", by przypomnieć starą rzymską sentencję.

Może mi Łaskawy Czytelnik łaskawie uwierzy, iż wolność jednostki - szczególnie zaś mojej własnej jednostki - jest mi ogromnie bliska. Zapewne nie mniej bliska, niż większości liberałów i większości lewaków. Tyle, że ja jednak, w odróżnieniu od przedstawicieli tych dwóch szacownych grup, zagrożenia terroryzmem, i w ogóle islamskim fundamentalizmem nie lekceważę.

Zresztą przewidywałem je, i niepokoiłem się nim, na długo przed atakiem na WTC. Pewnie było mi łatwiej, niż niektórym rodakom, ponieważ napatrzyłem się na kwestię imigracji podczas mego długiego pobytu w Szwecji. No, a poza tym byłem zawsze żywo zainteresowany polityką, historią, plus dziwnie odporny na wszelkie modne trendy, z polityczną poprawnością na czele.

Zagrożenie dla wolności jednostki jest moim zdaniem jak najbardziej prawdziwe i jej ograniczanie ma miejsce w Europie, ale także w Ameryce i gdzie indziej, praktycznie każdego dnia. Polska niestety nie jest tu wyjątkiem, mimo naszego wreszcie i całkiem w sumie dobrego rządu. To są procesy globalne, choć oczywiście jest to związane właśnie z naszą zachodnią cywilizacją i jej dominacją w świecie. Zagrożenie terroryzmem jest jak na razie w sumie niewielkie, to znaczy masowo nie giniemy.

Fakt. Jednak nic złośliwego o Mahomecie nikt już się nie odważy wydrukować, a sam Papież musi się teraz cenzurować nawet w swych uniwersyteckich wykładach, bo nie da się już cytować średniowiecznych scholastyków nie myśląc o konsekwencjach. Więc jednak coś się wyraźnie zmieniło, prawda? A zmeni się jeszcze znacznie więcej, zapewniam, choć z autentycznym smutkiem.

No dobra, Panowie i Panie Liberałowie... Mamy więc problem imigracji, proszę nie mówić, że go nie ma. I nie chodzi wcale wyłącznie o zasiłki, jak by chcieli sprawę przedstawić światu liberałowie. Nie, nasze życie jest już całkiem inne, nasze myśli są już całkiem inne... A co będzie wkrótce? A jak będzie wyglądało życie naszych dzieci? Że o wnukach nie wspomnę?

Zadajmy sobie więc pytanie, kto właściwie nasprowadzał do Europy (skoncentrujmy się w tej chwili na niej) tych wszystkich obcych? I w jakim zrobił to celu? Czy byli to socjaliści? "Ależ oczywiście!", powiem nam każdy autentyczny liberał. Jaki mieliby w tym interes? Przecież biedni, a do takich należą w ogromnej większości imigranci i ich potomstwo, zawsze głosują na lewicę. To wystarczający powód!

Czy jednak ci ludzie nie zostali w dużym procencie początkowo sprowadzeni do bogatych krajów Zachodu właście do pracy? Ponieważ gospodarka potrzebowała siły roboczej, a miejscowa była za droga (każdy bowiem musiał zostać socjologiem)? Zgoda, nie wszyscy imigranci byli tego typu. "Pieds noirs" z Algierii można uznać za inny rodzaj imigrantów. Można mieć także w tej kwestii wątpliwości co do tych wszystkich Pakistańczyków i murzynów z Jamaiki w Wielkiej Brytanii.

Jednak nie da się ukryć, że ogromna część imigrantów to byli gastarbaiterzy, którzy potem mieli prawo zostać i jeszcze sprowadzić rodzinę (do dwudziestego pokolenia). Nawet kiedy pracy już nie było, nie tylko dla nich, ale nawet dla miejscowych. Z pewnością było tak w Szwecji, sam to oglądałem, ale to chyba nie jest jedyny kraj, gdzie tak się właśnie działo.

A więc, ta, w sumie to niezwykle zgodna współpraca rzekomych "liberałów", dla których "najważniejsza jest gospodarka", z "socjalistami", dla których "najważniejszy jest prosty człowiek", potwierdza moim skromnym zdaniem fakt, że różnice miedzy tymi kategoriami, to tylko przyjęte - żeby nie powiedzieć "rozpisane" - role, a różnice w sumie są żadne. Pogadać, pokrzyczeć - za "liberalizmem", za "socjalizmem". Jasne - czemu nie? To przecież i tak nie ma żadnego realnego znaczenia, a przydaje się w wyborach, zaś wybory to posady i immunitety, jeśli nawet też już niewiele z nich dziś w realu wynika.

Jak by zresztą miało wynikać, skoro wysokie opluwające się strony przeważnie niczym się w rzeczywistości nie różnią, poza oczywiście odgrywanymi rolami? Nie przekonałem Cię jeszcze czytelniku? No to proszę zastanów się może nad taką kwestią: dlaczego nikt nigdy dotąd nie zorganizował publicznej debaty, nie mówię już o trybunałach stanu czy komisjach parlamentarnych, która miałaby za zadanie ustalić KTO WłAŚCIWIE ZAFUNDOWAł NAM TEN CAŁY SYF Z OGRANICZANIEM WOLNOśCI I TO TERRORYSTYCZNE ZAGROŻENIE, SPROWADZAJąC NAM TYCH WSZYSTKICH MUZUŁMANóW?

Kto za to właściwie odpowiada? Kto powinien za to ponieść konsekwencje? Kogo więcej nie powinno się wybierać do władzy, jeśli nic więcej zrobić się nie da?

Moja własna odpowiedż jest prosta, ale sforumuuję ją raz jeszcze, jeszcze wyraźniej, bowiem zbliżamy się do puenty. Podział na "socjalistów", "liberałów", "chadeków" i całą tą resztę - to tylko pozór. (Poza lewactwem, które potrafi się czymś różnić, i jeśli tylko nie nawołuje do strzelania, wszystko mu wolno.) Nie ma żadnych "socjalistów" czy "liberałów", są jedynie realni liberałowie przybierający różne maski. I wszyscy oni za to odpowiadają, ponieważ wszyscy byli wtedy "liberałami", troszczącymi się o gospodarkę, o nowe bajery i nowe odżywki przeciw rozdwajaniu się włosa, mając w nosie opory normalnych ludzi i ponure przepowiednie różnych nawiedzonych "reakcjonistów" i "rasistów".

Każda hipoteza nabiera wartości i prawdopodobieństwa w miarę, jak potrafi wyjaśniać pojawiające się już po jej powstaniu zjawiska. To każdy wie z ogolnej metodologii nauk, prawda?

No to, tytułem ćwiczenia do domu, proszę sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak "liberalna" partia, jak Platforma Obywatelska, z taką cudowną łatwością uszczęśliwia nagle biedne pielęgniarki kosztem budżetu? Albo - o horrendum! - na przykład przegłosowuje becikowe?

Choć podstawowy problem do zastanawiana się jest oczywiście ten, który tu podniosłem wcześniej, ten o odpowiedzialności za imigrację i jej tej imigracji najważniejszych celach z punktu widzenia władz, które do niej dopuściły.

triarius

P.S. A "prawdziwymi liberałami" proszę sobie głowy nie zaprzątać - to tylko tacy liberalni trockiści.

piątek, czerwca 29, 2007

Błona problem nabrzmiały - część 1

Spyta ktoś, dlaczego, choć w motcie mam przecież o tępieniu lewactwa, ciągle przykopuję przede wszystkim liberałom? Zmusiłem wprawdzie chytrym podstępem Katona Starszego, by zostawił w spokoju nieszczęsną Kartaginę i zajął się lewactwem, ale to niemal wszystko, com uczynił, bo wszystkie niemal gromy, kopniaki, cała niemal jadowita ślina i cuchnąca siarką żółć, dostają się przemiłym, uwielbiającym wolność, indywidualną przedsiębiorczość i świętą własność poczciwinom. Dlaczego tak?

Na ten zarzut odpowiem, iż jest to przede wszystkim problem błony. Jakiej błony, spyta co badziej ciekawski czytelnik? Błony, którą pamiętam z moich młodych lat. (Ach!) Z lat licealnych chyba, o ile mnie starcza niesiołowatość już nie dopadła i całkiem mi się nie pokręciło. Te prlowskie licea, jak to, do którego sam chodziłem, miały całkiem niezły poziom. Przynajmniej w porównaniu z tymi obecnymi, które każdy po prostu musi ukończyć, by potem pójść na "studia", i w których panuje, nomen omen, liberalne podejście do uczniów. Fakt, była indoktrynacja, ale czy dzisiaj jej nie ma? Chyba tylko azymut się radykalnie zmienił, poza tym, z tego co mi mówią, niewiele.

No dobra, i co z tym liceum i tą błoną? Już widzę te wypieki, pąsy, oczęta spuszczone, w dekolt, w jakąś powabną szczelinę między... Nieważne! Już słyszę trzepot rzęs, przyspieszony oddech... No więc spieszę wyjaśniać. Chodzi mi o błonę półprzepuszczalną, o której uczono mnie na fizyce. Taka błona przepuszcza cząsteczki otaczającej ją substancji, ale tylko w jedną stronę, te które pragną się przez nią przedostać w drugą stronę, po prostu brutalnie zatrzymuje. Jaki tego skutek?

Taki mianowicie, że na zdrowy rozum można stwierdzić, iż, jeśli błona będzie szczelnie, na dwie części, przegradzać szczelne naczynie, a po obu jej stronach będzie początkowo jakaiś gaz pod tym samym ciśnieniem, to po jednej stronie ilość tego gazu, oraz jego ciśnienie, będzie się stale zwiększać, aż do momentu, gdy cały gaz znajdzie się w tej części. Po drugiej zaś ilość gazu i jego ciśnienie będzie się stale zminieszać, aż do zera. Choć można by to naprawdę osiągnąć tylko w teoretycznym przypadku idealnej błony półprzepuszczalnej, a do tego mogłoby to zająć sporo czasu. Nas jednak interesuje tutaj sama teoretyczna zasada zjawiska, a nie jego ew. technologiczne zastosowania.

No więc, wracając do naszej głównej kwestii - lewactwo to hunwejbini, to huliganeria używana przez rządzących do terroryzowania spokojnych obywateli. To także cenne źródło inspiracji dla tych, którym nie podoba się to wszystko, na czym dotychczas uformowane było ludzkie społeczeństwa, ba - sama natura człowieka. Lewactwo to ogłupiała z braku obowiązków, z totalnego bezpieczeństwa, z braku autorytetów młodzież. To także, przeważnie na szczytach hierarchii, sfrustrowane schizoidy, zdające sobie jednak sprawę z tego, że dopóki świat jest taki, jaki jest, dla nich nie ma w nim wiele miejsca i wielkiego uznania wśród normalnych ludzi nie zdobędą. Trzeba więc ten świat rozwalić. I zbudować w jego miejsce coś nowego, lepszego.

Albo i nie, są różne szkoły, także wśród lewaków. Jedni głoszą, że samo się zbuduje i na pewno będzie lepsze. Inni, że samo rozwalanie daje wystarczająco dużo radości. To, że normalni ludzie w takim świecie nie chcieliby żyć, nikomu z lewaków nie przeszkadza, a często nawet bardzo ich cieszy.

No i, po co ja miałbym z takimi ludźmi polemizować? Po co miałbym ich zwalczać słowem, skoro całkiem inne narzędzia są tu potrzebne? Lewactwo jest jak pluskwy, które mnie gryzą. Nie polemizuję z pluskawmi, nie czytam im "Listu do Koryntian" ani Tocqueville'a. Jeśli mogę, to je tępię. Jeśli mogę, to ostrzegam innych przed przyniesieniem do domu kanapy, w której urządziły sobie "Le Madame".

Problemem, którym warto i należy się zajmować, jest błona! Półprzepuszczalna, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział. Czyli pytanie, które trzeba sobie postawić, jest takie: dlaczego wszystkie, nawet najbardziej schizofreniczne, durne i zbrodnicze pragnienia lewaków są, prędzej czy później, w obecnej zachodniej cywilizacji realizowane, podczas gdy poglądy z drugiej strony spectrum, są coraz bardziej wyraźnie, gorliwie, i niestety także skutecznie, tępione?

Dlaczego pluskwi "Le Madame" (które za samą gramatykę powinno się rozwalić!) ma wszelkie prawa, ograniczane jedynie chyba cierpliwością ludzi, na których się te eksperymenty, te wiwisekcje, dokonuje, którzy nie są jeszcze całkowicie bezsilni, więc nie można ich przypadkiem zbudzić, dać im zrozumieć, co się z ich życiem, nie mówiąc już o życiu ich dzieci, dzieje...

Więc dlaczego ten pluskwi "Le Madame" i wszsytkie jego klony tudzież avatary, mają tyle praw, i coraz więcej z każdym niemal dniem, zaś normalni, zdrowi na umyśle i moralnie ludzie, którzy rzekomo mają być podmiotem - "demokracja" (władza "ludu", gdyby ktoś nie wiedział), "prawa człowieka", "wolność jednostki", cały ten bełkot - są poddawani, wraz z całym swym życiem, brutalnej i cynicznej obróbce po to, by sprawić przyjemność tym lewackim pluskwom?

No dobra, wyszło to już dość długie. A więc do następnego razu, kiedy dalej będziemy ten problem drążyć. (Deo volente, of course. Jak zawsze, w końcu człowiek nigdy nic o przyszłości pewnego nie wie.)

c.d.n.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, czerwca 28, 2007

Będą nas nawracać, moi państwo!

Gdyby ktoś mi postawił zadanie spojrzenia na współczesność z intelektualnego dystansu, historiozoficznie, żeby tak to mądrze określić, a potem powiedzieć, co ujrzałem, to bym z pewnością od razu na początku mej relacji stwierdził, że na terenie tego, co nazywamy zachodnią cywilizacją, odbywa się właśnie śmiertelna walka pomiędzy tradycyjną religią - przede wszystkim chrześcijaństwem - wraz z wynikającymi z niej, kształtującymi od wieków i b. gruntownie życie i przekonania nawet ludzi niewierzących, a nową... Jak by to określić? Niech będzie: religią, choć nie całkiem.

W tej walce, jak dotychczas, ta pierwsza dostaje baty na wszystkich frontach i nic nie zdaje się zapowiadać jakiejś zmiany w wojennym powodzeniu obu stron.

Jaka jest ta druga religia-niereligia? Dość trudno dokładnie określić dokładną hierarchię jej dogmatów, ponieważ wszystko to dopiero się kształtuje (choć już zwycięża i kształtuje NASZE życie), dociera się w zaciszach jakichś niedostępnych niemal nikomu klubów, prywatnych mieszkań, czy może nor... I tylko co pewien czas serwuje się nam, zwykłym ludziom, obecnym i przyszłym neofitom kolejną inscenizację "Czarodziejskiego Fletu". Niewątpliwe arcydzieło, zgoda, ale przecież było też parę innych arcydzieł w historii europejskiej sztuki operowej, czemu zawsze ten "Flet", a nie na przykład... Cokolwiek innego?

Mitologia tej nowej religii jest już dość dobrze znana, jest to Oświecenie, do którego wiodą pomniejsze, ale tym przez to cenniejsze przecież, strumyczki we wcześniejszej historii, oraz to, co z Oświecenia wynikło i wynika. Z "Czarodziejskim Fletem" włącznie - oczywiście dla wybrednych, bo dla mniej wybrednych są Festiwale Eurowizji i Otwarcia Olimipiad, tudzież innych podobnych Międzynarodowych, czy już raczej Globalnych, Imprez. (Marna imitacja turniejów gladiatorów, triumfów, lupercaliów i innych takich starożytnych chec z cyklu "panem et circenses", jeśli ktoś by mnie pytał.)

Swojej Świętej Świeckiej Księgi - świeckiej, bo ta nowa religia jest absolutnie świecka, przez co stanowi autentyczny przełom i postęp w historii Ludzkości, a tym bardziej stanowić będzie, jeśli się naprawdę przyjmie i przetrwa Aż Do Kresu Wieczności, jak jest z całą pewnością planowane - ta nowa religia chyba nie ma. Jest dość sporo różnych świętych tekstów, ale nie ustalono jeszcze chyba Kanonu. Na to przyjdzie czas nieco później.

Ile później? Zapewne w jakiś czas po wprowadzeniu w życie (fanfary, werble, chóry starców zawodzą) Konstytucji Europejskiej. Jednak już teraz rozchodzą się z kręgów "europejskich" (nie powiedzialem, że wszystko wskazuje, iż gdzieś tam musi się znajdować najwyższa władza nowej religii? a więc mówię, na 98% tam się właśnie ona znajduje, a te 2% to na to, że tam się bezpośrednio odbiera objawienia). A więc rozchodzą się wieści, że głoszenie anty-ewolucjonistycznych poglądów ma być w Unii Europejskiej karane.

Nieprawdopodobna sprawa, jeśli to prawda, a wygląda mi na prawdę, lub raczej na sondowanie nastrojów i podgrzewanie się wzajemne do boju. Przez wojowników nowej religii oczywiście, przez kogo innego? Jako zaprzysięgły ewolucjonista, mówię, że sam taki pomysł (jeśli naprawdę istnieje) kwalifikuje od razu Unię Europejską do kategorii instytucji zbrodniczych, tout court!

Czemu wierzę w takie przedziwne z pozoru i szokujące pogłoski? Bo docierają do mnie informacje, całkiem nietrudno dostępne, jeśli się ma dostęp do prasy czy sieci w kilku językach, na temat b. podobnych działań. Poza tym np. dowiedzialem się niedawno, że w niemieckim prawie (jeśli "prawem" można to w ogóle nazwać) jest przepis pozwalający praktycznie każdego skazać za wszystko, jako "podżegacza". Przepis ponoć jeszcze z czasów III Rzeszy, ale nie usunięty, jak i kilka innych dość istotnych, choćby dla Polaków, przepisów z tamtej epoki.

No a poza tym parę dni temu polski (?) tzw. "niezawisły sąd" nałożył na Romana Giertycha "karę" w praktyce za podważanie świeckiej świętości Św. Jacka Kuronia. A więc można, po prostu na razie na niewielką skalę, detalicznie, i w stosunku do ludzi z jakichś (dla mnie niezrozumiałych) względów niepopularnych. To dopiero pierwsze jaskółki jednak, zapewniam!

W sumie wyszedł z tego już całkiem długi tekst. Z pewnością w jednym, nawet chorobliwie długim, blogowym tekście tematu nie wyczerpię. Nawet nie wyczerpię tego, co już wydaje mi się, iż na temat nowej religii i jej prozelitów wiem. A więc na razie przerwę, zapraszając Mego Lojalnego Czytelnika (skoro do tego miejsca doczytał to zasługuje na miano lojalnego!), jeśli taki w ogóle istnieje, na przyszłe analizy, intuicje i zoologiczne idiosynkrazje z tą pasjonującą sprawą związane.

Na razie zaś: take care and drive slowly - nowa religia potrzebuje was!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, czerwca 27, 2007

Demokracja L...

Warto czasem słuchać tego, co mówią ludzie potężni i wpływowi. Wiem, wiem! Ludzie potężni i wpływowi, szczególnie w naszych słodkich czasach, dziwnie często generują nieprawdopodobne ilości bezsensownego i/lub kłamliwego (w różnych proporcjach, choć z reguły to się dopełnia do 100%) bełkotu. Że tego się po prostu czytać ani słuchać nie da. Fakt. A więc nie będę aż tak pozbawiony serca, by wzbudzać w moich nielicznych czytelnikach wyrzuty sumienia, jeśli pilnie codziennie nie śledzą elukubracji tow. Żakowskiego, tow. Wołka, czy tow. Sierakowskiego z Żiżkiem i Leninem do pomocy.

Jednak naprawdę twierdzę, że warto czasem nadstawić ucha co też taki ktoś mówi czy pisze i wyłapać przynajmniej słowa kluczowe.

Weźmy taki Związek Sowiecki. Przez całą swoją historię jego przywódcy mówili otwartym tekstem, że dążą do zawładnięcia całym globem, że mierzi ich zgniła zachodnia demokracja i takie tam... I mało kto im wierzył! Istniała cała liczna i opływająca w splendory, tudzież we względne dostatki, klasa tzw. sowietologów - na usługach wszystkich ważniejszych instytucji, od rządów po wpływowe tygodniki... Ci ludzie żyli z czytania i rozumienia tych kremlowskich przemówień, artykułów w "Prawdzie" czy "Izwiestiach"... Masa była miejsc, gdzie oni to wszystko, co chcą z Zachodem i całym światem zrobić, mówili i pisali, sporo ludzi żyło z egzegezy tych tekstów, i jakoś nikt wniosków nie wyciągał.

Zabawne było, że ci "sowietolodzy" raczej właśnie przyczyniali się do tego, by wszystko, co tam było prawdziwe i powiedziane w miarę po ludzku (mimo oczywiście quasi-religijego języka, różnych "walk o pokój" i bazy z nadbudową), było ignorowane, a rozumienie sowietów polegało na głębokim wczuciu się w ich wrażliwe i jakżesz skomplikowane dusze, przejęcie się aż do paroksyzmu współczucia ich poczuciem zagrożenia. All that crap, jak mówia nasi sojusznicy zza oceanu.

Działało to oczywiście w ten sposób, że taki "sowietolog" z samego założenia musiał być albo idiotą, albo agentem. Cżęsto bywał obiema tym rzeczami na raz. No i działał mechanizm selekcji, całkiem jak na uniwersytetach III RP, dzięki któremu jeden agent mentorował i umożliwiał karierę następnemu, a jeśli akurat pod ręką nie było agenta, to torował największemu idiocie. Skutkiem czego Zachód tonął w subtelnych analizach kremlowskiej duszy, całkowicie lekceważąc to, czego tamci nawet nie poczuwali się przed Zachodem ukrywać.

Sprawa niby oczywista dla każdego, kto wtedy żył i trochę się stykał z zachodnią prasą, ale w końcu młodzież może o tym nie wiedzieć, więc może warto przypomnieć.

Przypadki jednak takie, że ludzie, który mają wobec nas b. niemiłe (z naszego punktu widzenia) zamiary mówią nam o tym wprost, są - niestety - stosunkowo rzadkie. Potrzebna jest do tego jakaś Święta Świecka Księga, której proroctwa muszą się koniecznie sprawdzać, oraz jakaś żądna sukcesów i przywilejów kadra oficerska, paląca się do realizacji proroctw w onej Księdze zawartych... Naprawdę nieczęsta systuacja.

Istnieje jednak niezły ekwiwalent powyższej, wymarzonej poniekąd, sytuacji. Oczywiście z równym zapałem ignorowany przez ludzi do analizowania rzeczywistości powołanych z urzędu, z tego żyjących, czy zainteresowanych tym, co się wokół dzieje amatorów. Ten ekwiwalent to zwracanie bacznej uwagi na to, co ludzie potężni i/lub wpływowi mówią tylko czasem, sporadycznie, najchętniej we własnym, zaufanym gronie... A potem obserwowanie społecznej reakcji na te wypowiedzi. Ten drugi człon jest niezwykle istotny, to on sprawia, iż ta druga, zastępcza poniekąd, metoda nie jest wcale aż o tyle mniej skuteczna.

To znaczy "skuteczna", ale tylko teoretycznie. Nikt bowiem, albo prawie nikt, by być całkiem ścisłym, nie raczy tej metody stosować. No bo po co niby, skoro można z przyjemnością i pożytkiem czytać teksty tow. tow. Żakowskiego, Wołka czy Sierakowskiego z Żiżkiem i Leninem?

Ma być przykład? Proszę bardzo! Otóż ze dwa tygodnie temu rzuciłem okiem na program TV Puls, który się nazywa chyba "Puls Wieczoru" i zazwyczaj jest całkiem sensowny. Tym razem jednak sensowny nie był, a występowały w nim, o ile pamiętam, takie gwiazdy Jasnogrodu, jak Wołek, Lityński, i jakaś jeszcze, eufemistycznie mówiąc, komusza menda, prowadził zaś Igor Janke. No i Lityński (bo to chyba był on, choć nie mam wielkiej pamięci do ludzi, a co jeszcze do takich) na pytanie o to, jak to jest, że mamy demokrację, ludzie chcą lustracji (bo o nią to chyba chodziło, choć gdyby było np. o karze śmierci, to nic by to w sprawie, o której mówimy nie zmieniło), ale lustracja jest be i niezgodna z demokracją?

Przyznasz mój (nieliczny) Czytalniku, że to zagwozdka intelektualna pierwszej wody i nie byle jakiego rabina potrzeba, by ten talmudyczny paradoks rozstrzygnąć. Zgoda? A jednak tow. Lityński wybrnął z tego bez zmrużenia powieki. Jak? Wyjaśniając, że jest to fałszywie postawione pytanie, bowiem teraz nie mamy demokracji takiej, jak ją rozumieli Grecy, a więc że lud miałby rządzić, tyko demokrację liberalną, polegającą na tym, że istnieją rozmaite instytucje, które mają swoje funkcje...

A więc, mój Najdroższy Czytelniku, powiedziano nam - otwartym tekstem, choć faktycznie nie wszystkim, bo w dość niszowej audycji - że "demokracja jako władza ludu" została już unieważniona, i że teraz mamy demokrację z przymiotnikiem, który w dodatku zaczyna się na "l". Co niektórym może się z czymś skojarzyć, prawda? Proszę, zastawów się nieco Czytelniku Słodki, nad tą wypowiedzią i nad z niej konkluzjami!

To jednak wcale nie wszystko. Co dalej nastąpiło? Jak myślisz, Czytelniku? Zgadłeś, jestem pewien. Brawo! A więc nastąpiło dokładnie to, czego się należało spodziewać. Czyli kompletnie nic. Zgromadzeni w studio panowie pokiwali ze zrozumieniem głowami, wyraźnie tą odpowiedzią usatysfakcjonowani. Nie zauważyłeś też chyba, Czytelniku, by w mediach wybuchła na ten tamat jakaś żywiołowa i angażująca cały naród debata? Bo i nie nastąpiła.

Co jest właśnie niezbędnym dowodem, zgodnie z tą drugą opisywaną tu procedurą, że sprawa jest poważna. Jest coś, co gdyby oświadczono nam oficjalnie i ex cathedra, wywołałoby burzę. Nawet w naszych podłych czasach, gdzie za zasady i dla własnej wolności nikomu już nie chce się kiwnąć palcem. Ktoś to jednak mówi... W dość nielicznym i dla niektórych zapewne "elitarnym" gronie, ale przecież nie całkiem na odludziu i bez światków. I cała elita, media, publicyści, specjaliści od egzegezy demokracji... W ogóle całe to stado, po prostu milczy. Dla mnie to, nie tyle dziwne, bo niczego innego się po nich nie spodziewałem, ale symptomatyczne z całą pewnością.

To coś dokładnie takiego, jak sprawa opisana przeze mnie na tym blogu kilka tygodni temu, sprawa agenturalności premiera Buzka. Agenturalności, do której się oficjanie przyznał, choć także nie przed milionami, tylko w lokalnym programie TV. I psa z kulawą nogą to nie zainteresowało, co mnie wydaje się najbardziej właśnie symptomatyczne. I świadczące nie tylko o stanie naszego państwa w kwestii agentury, ale może przede wszystkim, o nas samych, o współczesnych Polakach. Oto link, gdyby ktoś chciał rzucić okiem: http://bez-owijania.blogspot.com/search/label/Jerzy%20Buzek.

Wracając do demokracji z kwantyfikatorem... A więc mamy, choć tego się ludowi nie mówi, nie po prostu "demokrację", nie jakąś tam "demokrację", tylko "demokrację liberalną". Na użytek młodzieży powiem, że dla mnie podobieństwo do przesławnej i całkiem niedawno zarzuconej "demokracji ludowej" jest wprost uderzające. Twierdzę, i powtarzam to raz po raz od czasu, gdy tę myśl sformuowałem, że Zachód, z Europą i Polską włącznie, żyje dzisiaj w ustroju realnego liberalizmu. Passus tow. Lityńskiego i reakcja nań - czyli jej brak, co potwierdza, że ta prawda jest wszystkim z tego szacownego grona świetnie wiadoma, a ludu nikt przecież nie będzie, wbrew sobie, uświadamiał jak się sprawy mają - jest po prostu kolejnym tego faktu potwierdzeniem.

Liberalizm realny, całkiem jak socjalizm realny, dąży do ideału, ale osiąga jedynie dość marne przybliżenie. Tak samo gorliwe zwalcza biurokrację i bumelantów. Tak samo bombarduje głupi lud propagandą, nie zaniedbując przy tym propagandy sukcesu. Tak samo - i to jest moim zdaniem cenna obserwacja - ma swoich rewizjonistów, który pragną powrotu, czy po prostu wstąpienia wreszcie na drogę, PRAWDZIWEGO, NIESKAŻONEGO LIBERALIZMU. (Fanfary, werble, chóry starców zawodzą!) Kim bowiem są wszyscy ci von Misesowie, Korwiny-Mikke, i inni libertarianie und "prawdziwi liberałowie"?!

Tak właśnie sprawy się mają! A najgorsze w tym wszystkim, że ten realny liberalizm z każdym niemal dniem staje się coraz bardziej totalitarny. Jego szumnie głoszone wartości - także te naprawdę wartościowe, jak wolność wyrażania poglądów, szacunek dla prywatności jednostek - są stale wypłukiwane i obracają się już niemal we własną parodię.

Mnie to przesadnie nie dziwi. Nie byłem nigdy wielbicielem realnego socjalizmu i nie czuję sympatii do realnego liberalizmu. Chyba utopijne idee w zderzeniu z rzeczywistością są dla mnie, całkiem po prostu, z samej zasady, niestrawne. Ciekawe, czy dla wszystkich innych są one naprawdę strawne, czy po prostu dotychczas udało się przed "ludem" prawdziwy charakter całej sprawy ukryć? Jak Ty sądzisz, mój Lojalny (skoroś aż dotąt doczytał) Czytelniku?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, czerwca 25, 2007

Liberalny totalitaryzm w natarciu

Jak donoszą wszystkie krajowe media (choć WSI24 z największą chyba satysfakcją, czemu się trudno zbytnio dziwić): "Giertych musi przeprosić, bo chciał poniżyć Jacka Kuronia".

Zacytujmy fragment informacji PAP na ten temat:
Sąd postanowił: Roman Giertych ma przeprosić syna i brata Jacka Kuronia za swoją wypowiedź. Pod koniec sierpnia ub.r. Giertych mówił, że nazwisko Kuronia powinno zostać wpisane do podręczników szkolnych między nazwiskiem Szczęsnego Potockiego i Janusza Radziwiłła - przywódców Konfederacji Targowickiej. Roman Giertych działał w zamiarze poniżenia Jacka Kuronia - uznał sąd. Minister edukacji ma też wpłacić 15 tysięcy złotych na Stowarzyszenie Gai i Jacka Kuroniów.

W sierpniu 2006 r. media doniosły, iż z akt SB wynika, że w latach 1985-89 Kuroń miał prowadzić z bezpieką rozmowy mające charakter negocjacji politycznych. Miał m.in. w 1988 r. rozmawiać z SB o przygotowaniach do Okrągłego Stołu.

Ja nie twierdzę, że Jacek Kuroń był agentem SB, ja twierdzę coś znacznie gorszego i zawsze tak twierdziłem - że to porozumienie, które zostało zawarte przy Okrągłym Stole m.in. przez niego, było porozumieniem, które szkodziło Polsce i było zdradą ideałów milionów ludzi, którzy należeli do Solidarności - powiedział wtedy Giertych.

Pytany, czy należy usunąć Kuronia z podręczników szkolnych, odparł: Nie, tak samo jak Szczęsnego Potockiego czy Janusza Radziwiłła nie należy usuwać z podręczników historii.

Młodszy brat, zmarłego w 2004 r. Kuronia oraz syn pozwali Giertycha, żądając przeprosin w "Gazecie Wyborczej" oraz wpłaty 50 tys. zł zadośćuczynienia na Fundację Gai i Jacka Kuroniów.
Sąd przychylił się do wniosku rodziny Kuronia i teraz Roman Giertych ma i przeprosić i zapłacić, choć zdaje się 15 a nie 50 tys. Teraz mój własny komentarz:

To jest naprawdę bezprawie, żeby sąd śmiał ferować rzekomo autorytatywne opinie, i jeszcze do tego wymierzać kary, za czyjeś SUBIEKTYWNE SĄDY! W dodatku takie sądy, na których rzecz przemawia naprawdę sporo przesłanek (choć oczywiście niektórzy dostrzegają i przesłanki za tezą przeciwną, co w tym akurat momencie nie ma większego znaczenia).

Ideologiczny system, w którym żyjemy, który ja nazywam realnym liberalizmem, i który stanowi zadziwiająco bliską paralelę z realnym socjaizmem - bo nawet rewizjoniści w obu tych systemach wykazują zadziwiające podobieństwa! - obraca się we własną parodię, i to coraz groźniejszą i bardziej totalitarną.

Wolność wyrażania opinii, ta rzekoma podstawa liberalnego światopoglądu, bez której cała ta ideologia nie ma już całkiem nic konkretnego na swą obronę - ta wolność słowa z dnia na dzień, na naszych oczach, zanika. I jeszcze gorzej, bo jest cynicznie obracana we własną parodię. To całkiem tak, jak stalinowskiej Rosji, albo w koszmarze przedstawionym przez Orwella w "Roku '84".

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Zagadka nr 1

Na co cierpią Cieniasy?

(Ludziom, którzy przeżyli ostatnie dwa lata w dżungli i nie mieli z nikim i niczym, poza jaszczurkami i moskitami, kontaktu, wyjaśniam, że Cieniasy to Platforma Obywatelska.)

Teraz przewiń stronę, aby poznać odpowiedź.






































Na postępującą niesiołowatość.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, czerwca 24, 2007

Prawo i Sprawiedliwość? Zaczynam wątpić...

Szanowny Panie Premierze,

Co, do jasnej i niespodziewanej, robią jeszcze w rządowym budynku te @#$% nielegalnie przebywające tam pielęgniarki? Sam Pan świetnie wie, Panie Premierze, że to cyniczna kpina z prawa. Sam Pan to publicznie mówił. Proszę więc wyciągnąć wnioski o do roboty! Prawo zaś, i Sprawiedliwość, ma Pan na sztandarach, a w każdym razie na partyjnych logach.

Nie ma też wielkiego znaczenia, że to kobiety. Można im z tego powodu było dać powiedzmy sześć godzin for, ale na więcej nie zasługują - nie ta uroda, nie to zachowanie. Trzeba zasłużyć, by być uważanym za kobietę, wartą specjalnych względów. Babsko, które się samo nie szanuje, damą nie jest i należy je, w tych przynajmniej paskudnych czasach, traktować jak każdego innego. Najwyżej się zastanowi i wróci do autentycznej kobiecości. Wtedy możemy może mieć dla nich nieco specjalnych względów.

Proszę je z tamtąd wywalić, bo poszukam sobie znacznie radykalniejszych od PiS'u sympatii politycznych. (I na pewno nie będzie to całkowicie oderwany od życia Korwin-Mikke. Mówię o rzeczach w miarę poważnych.)

Zapewniam Pana, że wielu porządnych ludzi będzie z Panem, kiedy weźmie się Pan za te babusy. Zaś wrzasku europejsów i rodzimej piątej kolumny nie musi się Pan już przecież obawiać aż tak, jak jeszcze kilka dni temu.

A więc... Prawo? I Sprawiedliwość? Czy ZNÓW pozwalamy, by byli równi i równiejsi?

Pozostaję z szacunkiem

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Jestem jak Szekspir - zaczynam o jednym, kończę o czym innym!

Sporo się ostatnio słyszy o tzw. "efekcie motyla", polegającym na tym, że (cytuję z pamięci): "ruch skrzydełek motyla w Brazylii potrafi, poprzez łańcuch kolejnych przyczyn i skutków, doprowadzić do tornada na drugim końcu globu". Brzmi to naprawdę efektownie, choć na mój (dość ścisły, jakby nie było, inżynierski poniekąd) umysł wydaje się ogromna przesadą, jeśli mielibyśmy to brać dosłownie. Dlaczego? Po prostu dlatego, że obok ruchów skrzydełek naszego brazylijskiego motyla w naszym łańcuchu przyczyn i skutków znajdą się miliardy i miliardy innych przyczyn, zapoczątkowujących następne łańcuchy... I te przyczyny często będą znacznie silniejsze, sprowadzając wysiłki naszego motyla do rangi wydarzenia bez znaczenia.

Dlatego też zresztą, choć to nie jest nasz główny temat w tej chwili, przyczynowość nie jest wcale aż tak skutecznym narzędziem w analizie wydarzeń tak skomplikowanych i na taką skalę, jak globalny klimat... Nie mówiąc już o globalnej historii. (Poza tym, że po prostu nie nadaje się do analizy samego siebie, jako żywej i działającej, a nie tylko jałowo mędrkującej, istoty.) Znacznie lepiej, a także znacznie obszerniej, wyjaśnia to Oswald Spengler, którego tu całkiem niedawno zachwalalem i którego uważną lekturę nadal gorąco polecam.

W sumie, wracając do "efektu motyla", chodzi o to, że czasem nikłe przyczyny mogą wywołać ogromne skutki. Zgoda, czasem mogą, tyle, że my nie jesteśmy specjalnie zdolni przewidywać, które przyczyny i jakie skutki. Nie mówiąc już o działaniu w ten sposób.

Jednak jeśli w jakiejkolwiek dziedzinie "efekt motyla" daje się celowo skutecznie zastosować, to będzie to oddziaływanie na poglądy elit. Jeśli gdzieś to może działać, to tutaj. Czego ponurym przykładem jest mały, spędzający w dodatku większość życia w więzieniu, garbusek Gramsci i niewątpliwie przez niego w ogromnej mierze spowodowany późniejszy "marsz przez instytucje" lewaków z '68 i wszelkiego tałatajstwa podobnej maści.

W odwrotną stronę działało to niestety znacznie słabiej, choć chyba były i takie przykłady. Co było największą siłą prloskiego realnego socjalizmu? Moim zdaniem przekonanie praktycznie wszystkich nim dotkniętych, że będzie on trwał - może nie przez wieki, ale na pewno dłużej, niż życie nasze i naszych dzieci. I że jeśli się jakimś cudem szybciej skończy, to będzie to skutkiem tragedii na taką skalę, że największy ekstremista tylko w momentach wyjątkowej frustracji mógłby sobie tego w duszy życzyć. Mimo całej swej nienawiści do tego syfa i koszmaru swej w nim egzystencji. (Wiem coś o tym, bo sam byłem właśnie takim sfrustrowanym ekstremistą i najklasyczniejszym wewnętrznym emigrantem.)

Kiedy zacząłem dostrzegać cień nadziei na to, że "najlepszy z ustrojów" może jednak mnie nie przeżyć? Trochę to chyba śmieszne, ale było to po przeczytaniu niewielkiej, wydanej oczywiście w podziemiu, książeczki Andrieja Amalrika "Czy Związek Sowiecki dotrwa do roku 1984?". Autor dowodził, że niekoniecznie, głównie argumentując na podstawie potwornego cywilizacynego i ekonomicznego zapóźnienia Sowietów, koszmarnego stanu zdrowotności, braku przyrostu naturalnego... Takie rzeczy. I b. dobrze współgrało to z zapoczątkowaną właśnie przez wielkiego Ronalda Reagana twardą polityką wobec Sowietów.

Jeśli ktoś chce sobie przeczytać ten tekst Amalrika, to po angielsku jest on tutaj: http://www.stetson.edu/~psteeves/classes/amalrik1.html i tutaj: http://www.stetson.edu/~psteeves/classes/amalrik2.html. Po polsku też powinien dzisiaj gdzieś być dostępny, po prostu trzeba poszukać.

Z Amalrikiem jest o tyle zabawna sprawa, że najpierw nikt nie mógł uwierzyć, by jakiś żyjący w Sowietach młody pracownik naukowy mógłby coś takiego napisać, potem wydać to na Zachodzie... I jeszcze przeżyć! Wkrótce te wątpliwość zostały jeszcze wzmocnione, gdy Amalrika wypuszczono na Zachód. Kiedy jednak niedługo potem zginął w Hiszpanii w wypadku samochodowym, żadne wątpliwości na jego temat nie zostały rozwiane, to w ogóle nie było komentowane. No i oczywiście nikt nie miał cienia wątpliwości na temat samego wypadku, skoro wypadek, to wypadek i wiadomo, że nikt w tym rąk nie maczał.

W moim przypadku być może pojawienie się tej nadziei, że komuna może się skończy szybciej, niż przez całe dotychczasowe życie myślałem, nie miała pewnie ogromnego praktycznego znaczenia, ponieważ i tak nie mogłem dla siebie w prlu znaleźć miejsca, więc żyłbym w sumie tak samo i robił to, co i tak robiłem. Wiedząc też, choćby z historii, że zdychająca, mające jednak wciąż w sobie sporo sił i determinacji, bestia wcale nie staje się z tego powodu łagodna, miałem też w sumie związane ręce i z konieczności sławę "pogromcy komunizmu" musiał człek od samego początku pozostawić innym. Po prostu nie dało się wieść ludzi na barykady, czy do Okrągłego Stołu (tfu!), nie wierząc za grosz ani w dobrą wolę komuszego reżimu, ani w "nowy, lepszy socjalizm", nie pragnąc zostać męczennikiem, nie mając lewicowych i wpływowych kumpli za granicą, ani poparcia kierowanej wtedy przez ujawnionego potem prloskiego agenta "Wolnej Europy".

Jest to sprawa, nad którą naprawdę warto się dobrze zastanowić, bo dokładnie taki był mechanizm działania polskiej opozycji - nawet jeśli obraz anytkomunistycznej opozycji przedstawiany przez Aleksandra Zinowiewa, gdzie każdy opozycjonista to jednocześnie agent, uznamy za intelektualną przesadę.

Z motyla, przez Amalrika, zeszło na moje własne, niezbyt w końcu same w sobie znaczące, doświadczenia z prlu i antyprlowskiej opozycji. Szczerze mówiąc, miałem zamiar napisać o czymś całkiem innym, i z Amalrika przejść do domysłów na temat tego, co też może być "biblią" dla naszych wrogów - europejsów i wszelkiego tego typu liberalnego lewactwa. Bo jestem całkiem pewien, że Marks nie odgrywa wśród ich inspiracji większej realnej roli. Jednak zeszło na wspominki, więc niech już tak zostanie.

Nie chodzi oczywiście o mnie, tylko o fakty z pierwszej ręki, nawet jeśli ta ręka nie należała do wielkiego działacza, jakiegoś prawdziwego bohatera, czy martyrologicznego masochisty (tym ostatnim akurat zawsze się brzydziłem i jak ognia unikałem).

Jednak, skoro jesteśmy przy doświadczeniach z pierwszej ręki i mówimy o specyficznych, istniejących wtedy, choć dla ogółu do dziś niewidocznych, ograniczeniach, pozwolę sobie wspomnieć, że gdzieś na początku chyba tzw. stanu wojennego (zresztą może było to wcześnie, za "Solidarności", albo i jeszcze wcześniej?) chciałem w podziemnej gazetce napisać coś o tym, że prawdziwym i legalnym rządem Polski jest Rząd w Londynie. I kolega zwrócił mi uwagę, całkiem zresztą słusznie, że powinienem "pomyśleć o drukarzach". Czyli wybić sobie takie fanaberie z głowy.

Miał niestety rację - nawoływanie do naprawy socjalizmu, jeśli się jeszcze miało możnych protektorów w KC i w lewicowym Paryżu, było stosunkowo bezpieczne, choć niekoniecznie wygodne. Mówienie o niepodłegłości ani wygodne, ani bezpieczne nie było. Co wiecej, nie było takim nie przede wszystkim dla tych ludzi (podwójna negacja!), którzy te poglądy formuowali, bo co do nich władza ludowa nie miała już większych złudzeń, tylko dla tych, którzy najbardziej się narażali pracując nad ich powielaniem i dystrybucją. Tak to działało i ludowa władza świetnie wiedziała co robi.

No dobra, inne doświadczenia podobnego typu zostawię sobie, Deo volente, na inną okazję. Tekst mi się rozjechał, ale mam nadzieję, że coś z niego nadal wynika. A razie czego może te linki do Amarlika będą stanowić jakąś skromną rekompensatę. (No i wszyscy wielbiciele Szekspira out there też powinni docenić tę moją bezforemność. Albo nazwijmy to tutaj "gawędą szlachecką", wtedy też będzie fajnie.)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, czerwca 23, 2007

"Gdzież jest drugi kraj?" - piosenka quasi-ludowa

Piosenka ludowa (bo co, ja niby nie jestem lud?), a w każdym razie patriotyczna jak cholera. Dedykowana panu Premierowi i naszej dzielnej ekipie twardych negocjatorów w Brukseli, gdańskim obrońcom parkowo-alejowego drzewostanu, ale przede wszystkim jednak naszym niestrudzonym lingwistom w dzień i w nocy wymyślającym nazwiska dla robactwa.

Tekst, z serca nabrzmiałego polskością płynący, zainspirowany został urzędowymi napisami na opatulonych folią kasztanowcach Przymorza i Jelitkowa. Melodia - praktycznie dowolna, pierwsza z brzegu, choć raczej w stylu ludowym, co nie przeszkadza, by co ambitniejsi patrioci mogli w tej sprawie nieco poeksperymentować. (Raczej jednak nie rap czy techno - błagam! Naprawdę nie byłbym szczęśliwy, gdyby mi mój przeklęty sąsiad zza ściany właśnie ten utwór puścił pojutrze na pobudkę.)

Gdzież jest drugi kraj?

Gdzież jest drugi kraj?
Oj dana, oj dana!
bis.
Gdzie mały robaczek,
Oj dana, oj dana!
bis.
Nazywać się może,
Oj dana, Szrotówek,
Oj dana, Szrotówek
Kasztanowcowiaczek?!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, czerwca 18, 2007

Wcale nie musicie czytać Gombrowicza, Grassa i Sierakowskiego!

Wcale nie musicie czytać Gombrowicza, Miłosza, któregokolwiek Grassa, Sierakowskiego, czy innych takich! Szymborskiej Wisławy też nie. Ani nawet Dobraczyńskiego. Po pierwsze dlatego, że ja z pewnością nie będę uważał za nieoskrobanego prymitywa kogoś, kto z pryncypialnych powodów nie zamierza tracić czasu, oczu i kory mózgowej na tych panów. (Szymborska to nie pan? Nieważne.)

Po drugie zaś - naprawdę istnieją rzeczy tysiące razy bardziej warte Waszej uwagi, i wcale nie są niedostępne. Wbrew pozorom. I wbrew wysiłkom przeróżnych liberalnych czcicieli wolnego słowa, głoszących, że "w otwartej debacie wartościowe idee same się obronią". A potem zamykającym ludzi do więzień za takie czy inne poglądy...

Bywają oni zresztą czasem naprawdę bardzo sprytni i wyrafinowani. Jako przykład weźmy wciąż jeszcze słynną książkę Oswalda Spenglera, której oryginalny niemiecki tytuł brzmi "Der Untergand des Abendlandes". Czyli "Schyłek Zachodu", co tylko częściowo zresztą odpowiada jej treści i przesłaniu, ponieważ dzieło to rozrosło się ogromnie z dość krótkiego tekstu, który o tym schyłku właśnie traktował. Ta książka jest faktycznie do dostania w Polsce i po polsku, np. na merlin.pl, tyle że w wersji skastrowanej do około 20% oryginału. I to tak skastrowanej, że pozostały - bardzo ciekawe to fakt, ale we wspaniałej książce nie ma przecież nieciekawych fragmentów - przede wszystkim fragmenty dotyczące filozofii i historii sztuki, natomiast bardzo niewiele pozostało z rozważań historycznych, nie mówiąc już o rozważaniach dotyczących teraźniejszości i przyszłości. A proszę mi uwierzyć, że książka Spenglera to nie jest jakiś "Mein Kampf", która jednakm nawiasem mówiąc, była kilkanaście lat temu, a całkiem możliwe, że jest i nadal, obowiązkową lekturą na drugim (błędnie napisałem "pierwszym") roku historii idei na postępowym do mdłości uniwersytecie w Uppsali. Uppsala leży zaś w postępowej do mdłości Szwecji, gdyby ktoś nie wiedział, taki szwedzki Kraków.

Nawet niewiarygodnie fascynujących tabel chronologicznych, pozwalających kilkoma rzutami oka "synchronicznie" porównać stadia rozwoju, a także schyłku, różnych cywilizacji, z naszą włącznie, nie ma w tej skastrowanej ad usum Delphini wersji. I jest to zrobione w najlepszym stylu prlowskiej cenzury, albo i lepiej, bowiem niektóre fragmenty, będące niewątpliwymi skrótami, są drukowane miejszą czcionką, więc czytelnik widzi, że to skróty. Natomiast cała masa innych fragmentów, i to tych najciekawszych, jest po prostu amputowana i nikt nikogo o tym poinformowac nie raczy. Piękna robota, panie cenzor! Co zabawne, wygląda na to, że wszystkie obecnie wydawane w Europie wersje książki Spenglera są właśnie takie - to nie w Polsce tak tę rzecz skastrowano, ale od razu u źródła, w Niemczech.

Aby dać Państwu chwilę odpocząć od tych eschatologicznych rozważań i drobnych literek, oto obrazek:



Co widzimy na załączonym obrazku? (Całym zdaniem proszę!) Na załączonym obrazku widzimy oddanego Państwa sługę, właściciela tego bloga, trzymającego w dłoniach pełny autoryzowany (!) przekład na angielski dzieła Oswalda Spenglera - jednej z absolutnie najwspanialszych książek, jakie kiedykolwiek napisano. (Pan Tygrys nie zna niemieckiego - jakoś go do tego języka mało ciągnie, choć faktem jest, że napisano w nim parę niezwykle interesujących rzeczy - i dlatego potrzebował przekładu. Najchętniej trzyma się oczywiście oryginałów.) Oba tomy przybyły pocztą z US of A, właśnie dzisiaj, z czego Pan Tygrys naprawdę ogromnie się cieszy i biegnie na bloga podzielić się z Tobą Czytelniku (istniejesz w ogóle?) swą radością. (Choć akurat ma masę roboty, więc z samym czytaniem będzie gorzej.)

Jeśli to jeszcze nie wystarczyło by w Czytelniku wzbudzić burzliwe emocje i dręczące pożądanie, dodam, iż książka, o której mówimy - dwa tomy, niemal 1000 stron, twarda okładka, w sumie b. dobry stan (nawet stan obwoluty) - wraz z dostawą, kosztowała mnie 37 dolarów, czyli nieco ponad stówę. Plus ze 40 dni tęsknienia i oczekiwania. (Cóż, celnicy też muszą z czegoś żyć. Podobno.) Nabyłem ją, gdyby to kogoś interesowało, w internetowym antykwariacie alibris.com. Jest on naprawdę fajny i bogato zaopatrzony, na każdą kieszeń zresztą. Ale istnieją i inne fajne serwisy tego rodzaju.

A więc można, jeśli się naprawdę chce. Na razie jeszcze można. Zachęcam do zastanowienia się nad tym, oraz nad własnymi lekturami. To naprawdę nie musi być Gombrowicz ani Sierakowski z Żiżkiem i Leninem!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Myśli innych ludzi (za to interesujące)

Bonmoty, powiedzonka i złote myśli innych, niż Triarius the Tiger stworzeń. Które mnie jednak zachwycają. Deo volente będzie to z czasem rosło i rosło.

Człowiek prawdziwie szlachetny to taki, który popełnił już wszystkie podłości jakie popełnić musiał i nie weszło mu to w krew.
bloger Andrzej Zbierzchowski

Nie chodzi o to by zginąć za ojczyznę. Chodzi o to, żeby to tamten skurwysyn zginął za swoją ojczyznę.
gen. Patton

Gdyby dżuma miała do rozdania urzędy, godności, beneficja, pensje i zaszczyty, miałaby również teologów i prawoznawców, którzy by uzasadnili, ze opiera się ona na prawie boskim, że byłoby grzechem przeciwdziałanie szerzonym przez nię spustoszeniom.
Gabriel Mably

Do triumfu zła starczy by dobrzy ludzie nic nie robili.
Edmund Burke

Gdyby nie ten der di das, to by były Niemce z nas.
ludowe śląskie

Poruszamy sie w minionych epokach lub odległych utopiach, podczas gdy teraźniejszość przemija.
Ernst Jünger (z pewnością mając na myśli monarchistów i korwinianów)

Skoro naród utraci kontrolę nad swym pieniądzem i kredytem, to przestaje być ważne kto dlań ustanawia prawa.
W. L. MacKezie King

Nie istnieje polityka liberalna, a jedynie liberalna krytyka polityki.
Carl Schmitt

Suwerennym jest ten, kto może wprowadzić stan wyjątkowy.
Carl Schmitt

Prawo łagodne dla oprawcy jest prawem okrutnym dla ofiary.
nie wiem kto, pewnie anonim

Trzeba jedynie ogłosić się wolnym i od razu człowiek czuje się uwarunkowanym. Ale jeśli ktoś ma odwagę ogłosić się uwarunkowanym, wtedy czuje się wolny.
Johann Wolfgang Goethe (cytowany przez Oswalda Spenglera)

Kto pozwala sobie płacić, pozwala sobie rozkazywać.

anonim (bo on to chyba był)

Z kim graniczy Rosja? Z kim chce. A z kim chce? Z nikim.
też chyba on

Pies, który obszczekuje nieznajomego za płotem, robi to z tego samego powodu, dla którego jego pan stawia płot.
Robert Ardrey

When you've got them by the balls, their heart and their mind will follow.
Richard Nixon (Co oznacza: Jeśli trzymasz ich za jaja, ich serca i myśli podążą za nimi. To taka prawicowa wersja marksistowskiej zasady, że "byt określa świadomość", też w sporej mierze zresztą prawdziwej.)

Żadna praca nie hańbi, ale każda umniejsza.
Nicolás Gómez Dávila

Nowocześni ludzie wierzą, iż żyją wśród różnorodności opinii, podczas gdy naprawdę tym, co dziś panuje, jest dusząca jednomyślność.
Nicolás Gómez Dávila

Nowoczesne społeczeństwo pracuje z zapałem, by uczynić wulgarność dostępną dla każdego.
Nicolás Gómez Dávila

Falsyfikacja przeszłości to metoda stosowana przez lewicę do udawania, iż tworzy przyszłość.
Nicolás Gómez Dávila

Modernistyczna urbanistyczna aglomeracja to nie miasto - to choroba.
Nicolás Gómez Dávila

Optymizm jest tchórzostwem.
Oswald Spengler (w istocie to jest wyrwane z kontekstu i oczywiście nie zawsze słuszne, ale ten pozorny paradoks jest zadziwiająco często słuszny, przynajmniej w naszych czasach)

Religię można opisać, jako Świadomość żywej istoty w momencie, gdy przezwycięża, opanowuje, zaprzecza Istnieniu, lub nawet je niszczy.
Oswald Spengler

Pacyfizm pozostanie ideałem, wojna zaś faktem, i jeśli biali ludzie są zdecydowani nie prowadzić już wojen, ludzie kolorowi będą to robić i staną się władcami ziemi.
Oswald Spengler

Mężczyźni robią historię, kobieta JEST historią.
Oswald Spengler

[Ludzie wchodzący w skład Trzeciego Stanu], liczący się na sztuki, nie zaś na podstawie jakiejś hierarchii, są wszyscy, w Późnych fazach wszystkich Kultur, wolni, "liberalni", w taki czy inny sposób - czyli wolni od wewnętrznej potęgi niezurbanizowanego życia. Ekonomia została uwolniona do robienia pieniędzy, nauka uwolniona do krytykowania. I w ten oto sposób, we wszystkich wielkich decyzjach dostrzegamy intelekt, z jego książkami i jego naradami, mający wiele do powiedzenia ("Demokracja"), oraz pieniądz osiągający własne korzyści ("Plutokracja") - i tym, co zwycięża, nigdy nie są idee, a zawsze kapitał.
Oswald Spengler (mój własny przekład z angielskiego)

"Imperia znikają, ale dobry wiersz pozostaje", powiedział W. von Humboldt na polach Waterloo. Jednak, mimo wszystko, osobowość Napoleona uformowała historię następnego wieku. Dobre wiersze! - należałoby spytać chłopa przy drodze. One "trwają" - w nauce o literaturze. Platon jest wieczny - dla filologów. Napoleon jednak wewnętrznie rządzi nami, każdym z nas, naszymi państwami i naszymi armiami, naszą opinią publiczną, całym naszym spojrzeniem na politykę, i to tym skuteczniej, im mniej jesteśmy tego świadomi.
Oswald Spengler

Lewicowość jest czymś w rodzaju fantazji masturbacyjnej, dla której świat faktów nie ma większego znaczenia.

George Orwell (Orwella zawsze uważałem za nielewackiego lewicowca, poniekąd lewicowca "fałszywego". Myśl w każdym raz celna, że aż...)

Aktem założycielskim wolnego państwa polskiego w roku 1989 powinno być wieszanie na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, przed Świętą Anną i przed Pałacem Staszica - właśnie to się naszym wrogom należało.
Jarosław Marek Rymkiewicz

Słabość korumpuje, zaś absolutna słabość korumpuje absolutnie.
(Długom myślał, że to moje i tylko moje, ale nie tak dawno znalazłem to w książce niejakiego Josepha Kordy, więc niezależnie drug od druga śmy to wymyślili. :-(

Celem tego eksperymentu jest zidentyfikowanie jego przeciwników i wyciągnięcie stosownych konsekwencji.
Aleksander Zinowiew w "Przepastnych wyżynach" (mój przekład, bo czytałem to po szwedzku)


Nie czytając gazet - jesteś niedoinformowany. Czytając je - jesteś dezinformowany.
Mark Twain

Moralne problemy są zawsze skomplikowane dla kogoś bez zasad.
G. K. Chesterton

Jeśli pozwolisz by robactwo się rozmnożyło - rodzą się prawa robactwa. I rodzą się piewcy, którzy będą je wysławiać.
Antoine de Saint-Exupéry (zapożyczone od, dziś już św.p., blogera Wiki3, R.I.P.)

wracajcie, bo będzie więcej (Deo volente of course)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Miniaturka


Miniaturka

Ściemniało się już gdy wracałem tego dnia z biura. Kiedy przechodziłem koło baru "Promyk", wytoczył się z niego mocno zbudowany osobnik i zagrodził mi drogę bełkocząc pogróżki. Wiem, że najlepszą metodą jest w takich razach odwołać się do dobrych stron czyjegoś charakteru, rzekłem więc:

- "Zgodzi się pan, że awantury są poniżej godności cywilizowanych ludzi jak pan i ja. Jeżeli czuje pan do mnie jakąś urazę, rozładujmy ten konflikt na przykład poprzez partyjkę szachów."

- "Dobra!", rozpromienił się. "Szach!"

I rąbnął mnie pięścią w brzuch. Odebrało mi oddech. Zgiąłem się w pół.

- "I mat!", wykrzyknął zaraz radośnie, waląc mnie kolanem w nos.

Kiedy odzyskałem świadomość, ulica była pusta. Dokoła panowała ciemność, było mi bardzo zimno. Delikatnie pomacałem swą spuchniętą twarz i zacząłem się z trudem podnosić z ziemi.

Zrozumiałem, że muszę jeszcze sporo popracować nad grą w debiucie.


triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Bosak vs. Sierakowski - czy jest się z czego radować?

Czasem najlepiej wychodzą spontaniczne wypowiedzi, a blog (choć to przecież nie jest żaden blog) to medium dość do tego pasujące. A więc wkleję tu to, com przed chwilą rzekł na Forum Frondy, bo wydaje mi się, że było dość celne, a sprawa, o którą chodzi, jest, albo będzie, dość powszechnie znana.

Sprawa ta, to wczorajsza debata posła Bosaka z LPR i lewakiem Sierakowskim na gościnnych falach WSI24. Clipu z tą debatą nie znalazłem na portalu tej słynącej z prawdomówności instytucji, choć clipy na temat samej sprawy, wcześniejsze, są np. tutaj. (Klikać proszę tylko, jeśli ktoś naprawdę musi!)

Swoją własną odpowiedź wklejam, ponieważ wyraża ona moje bardzo ogólne przekonania dotyczące charakteru obecnej społecznej i ideowej "debaty" pomiędzy ludźmi w miarę normalnymi, a agresywnym i bezczelnym lewactwem.

Niektóre, dość nieliczne wprawdzie, reakcje na wczorajszą debatę, były takie, jak poniższa:
Wystarczyło ataku posła LPR, żeby z salonowego rewolucjonisty wylazł mały, chytrawy, trochę przestraszony, a zarazem węszący, co by tu jeszcze można ugrać i wysępić lizus i cwaniaczek.
Sierakowski jest Smierdiakowem polskiej publicystyki.
Czyli w sumie b. optymistyczne, zgoda? W każdym razie, jak na te czasy, kiedy to raczej lewactwo ma powody do optymizmu, nam zaś jakoś ich stale brakuje. (A przynajmniej ja to tak widzę.)

Z czym ja się nie zgodziłem, odpowiadając tak:
Ja tego "przestraszonego" absolutnie nie dostrzegł. Cała reszta - zgoda. Ale nie dostrzegam powodu, by się z tego cieszyć.

Kto tutaj może być przestraszony? Lewactwo? Nie sądzę...
Zaś ogólnym moim podsumowaniem całej sprawy był poniższy mój wpis. Który, jak mam nadzieję, daje się zrozumieć w także w znacznie ogólniejszym kontekście, nie tylko przez tych, którzy znają wczorajszą debatę.
Naiwniaczki z Was...

Sierakowskiemu nie zależało na elegancji czy trafności argumentów, on nas porażał swoją pewnością siebie i bezczelnością. Jego zarzut, że Bosak ćwol, bo nie czytał Gombrowicza, trafi do 99,8% wykształciuchów, a nawet na tym forum zapewne do 80%.

Na zarzut, że on nas chce wykluczać, podczas gdy my jego nie, nawet nie raczył odpowiedzieć. Bosak zaś, którego b. cenię, może pod wpływem ujadania tego obłudnego dziennikarzyny, nie potrafił nawet powiedzieć, że "Jak to tak? Jedna strona określa wszelkie reguły, wykluczając kogo chce, a druga ma się z tym godzić? Kto zadecydował, że TO WłAŚNIE jest ta demokracja?"

Tyle, że i tym by się Sierakowski nie przejął. Oni nie argumentów się boją, bo wiedzą, że za nimi jest siła, my zaś możemy tylko ćwierkać, a i to coraz ciszej.

A uwaga Sierakowskiego o kapitaliźmie? Paradne, oczywiście, ale przecież nikt nawet mu nie próbował odpowiedzieć! To może w kapitaliźmie (Sierakowski broni kapitalizmu, niezłe!) Sierakowski chce zarobić na produkcji swych bzdetów, ale przecież ktoś musiałby za to chcieć mu płacić.

No a to z pornografią, kiedy się ten smętny dziennikarski najemnik wykręcał, że "grupa czarnych mężczyzn wykonujaca inne czynności seksualne, czego nie można pokazać przed 23:00, NIE JEST PORNOGRAFIą - on tego nigdy nie powiedział".

Ludzie, z takimi sukcesami to nasze dzieci będą w kołchozach za zabawki dla pedalstwa. Już lepiej chyba by było dla arabusów. Naprawdę nie ma się co takimi sukcesami podniecać.
Tak to widzę, nie oszukuję, nie kokietuję. Spengler powiedział, że "optymizm jest tchórzostwem", a ja naprawdę nie dostrzegam wielu powodów do optymizmu. Mam nadzieję, że waga spraw, o które mi chodzi usprawiedliwia ten - przyznaję, dość oryginalny - środek wyrazu, jakim jest cytowanie samego siebie.

A w ogóle, skoro już jesteśmy przy autopromocji (w końcu mamy liberalizm, w którym "nie sprzedajemy mydła, tylko kupujemy klientów" i te rzeczy) to polecę Państwu moje własne mini-opowiadanko sprzed lat pt. Miniaturka. Jest ono ściśle związane z omawianym w tym poście tematem.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, czerwca 17, 2007

Bonmoty i złote myśli Pana Tygrysa

Żydowski mesjanizm to subtelne połączenie samonaprowadzającej torpedy z worem na pieniądze. Polski to subtelne połączenie włosiennicy z maścią na podrażnienia skóry. (Obie te rzeczy zresztą kupione od Żydów.)

* * *

Czynienie dobroczynnej i wszechmocnej opatrzności z "wolnego rynku" jest jeszcze bardziej idiotyczne, niż dopatrywanie się jej w jakiejś rzekomo przemądrej i z natury nieskończenie dobrej grupie ludzi - choćby w partii komunistycznej.

* * *

Nic tak szybko i tak skutecznie nie rozkłada tradycji, więzi społecznych, kultury i wartości jak "wolny rynek".

Przykładem na to są choćby dzisiejsi Polacy, którzy w znośnym stanie przetrwali zabory, niemiecką okupację i komunizm, ale nie wykazali cienia odporności na pokusy konsumpcjonizmu.

* * *

Podobno Władysław Gomułka co pewien czas siadał i na dwóch kartkach z zeszytu obliczał nową politykę gospodarczą dla Polski, mającą jej zapewnić dostatek na wieki. Rasowy liberał nie potrzebuje do tego więcej niż pół strony, a jego obliczenia rozwiążą na całą wieczność absolutnie wszystkie problemy, nie tylko ekonomiczne, nie tylko całej Ziemi, ale nawet najdalszych galaktyk.

* * *

Człowieka dość głupiego, by nie potrafił zrozumieć, że poza KONKRETNYM społeczeństwem takie pojęcia, jak wolność, sprawiedliwość, prawo, własność, zysk, swoboda gospodarcza itd. itd., po prostu nie mają cienia sensu, nazywamy liberałem.

(Istnieje wprawdzie jeszcze jedna kategoria ludzi, którzy takich rzeczy nie rozumieją - nazywamy ich "rozbestwionymi i niezbyt rozgarniętymi czterolatkami". Tyle, że oni nie dorabiają do swych fochów aż tak rozbudowanej ideologii.)

* * *

Polityka historyczna ma sens, bo uświadamia co mniej tępym, że w realnym życiu na każdym kroku występuje odpowiedzialność zbiorowa.

* * *

Skoro już tyle rozmawialiśmy o ukąszeniu heglowskim, ja teraz bym chciał nieco porozmawiać o ukąszeniu korwinowskim.

* * *

Monarchia jest najstarszym zawodem świata. ;-)

* * *

Prawicowość to dążenie do wolności. Wolności realnych żywych ludzi, żyjących w realnym świecie. Nie do "wolności całej Ludzkości", tylko do wolności Ciebie, mnie i innych ludzi w jakiś sposób z nami związanych i na których życie mamy jakiś realny wpływ. Ten realny wpływ bardzo rzadko przekracza granice narodu, dlatego też prawicowiec często, lub nawet przeważnie, myśli kategoriami narodu, który stanowi dla niego pewną naturalną całość - przeważnie bardziej naturalną od wielu mniejszych grup ludzkich, a całkiem często bardziej nawet kompletną i pojęciowo spójną od jednostki.

Liberalizm to wolność dla ludzi, ale ludzi skrajnie uproszczonych, jakby z patyczków. To niestety jedyny typ ludzi, jakich przeważnie potrafi zrozumieć dzisiejszy akademicki humanista, zaślepiony ideolog piszący w gazecie, czy powszechny dziś polityczny broiler, nie dostrzegający skrawka rzeczywistego świata spoza sloganów i frazesów, którymi karmiono go praktycznie od niemowlęctwa.

* * *

Lewactwo to wolność dla ludzi, ale ludzi, którzy istnieją jedynie w chorym mózgu lewaka, ponieważ człowiek o zdrowym mózgu lewakiem by być po prostu nie mógł, a obraz realnego człowieka i umiejętność jego zrozumienia jest pierwszą rzeczą, którą się traci przy zakażeniu lewactwem.

(Poza tym oczywiście lewactwo walczy o wolność dla lewaków, ale lewak z normalnym człowiekiem ma niewiele wspólnego.)

* * *

Przypisywane Bismarckowi zdanie, że: "ten kto nie był w młodości lewicowcem, będzie na starość świnią", jest słuszne, ale wyłącznie w kontekście Prus, a i to być może tylko w tamtych bismackowskich czasach. Jeśli ktoś używa go z przekonaniem dzisiaj, to z pewnością ma opaczne pojęcie o istocie prawicowości.

Zapewne utożsamia ją przede wszystkim z posiadaniem, ze "świętym prawem własności", w wyniku czego archetypem prawicowca wydaje mu się wielce z siebie, bez istotnego powodu, zadowolony; pogardzający każdym i wszystkim, co nie jest nim, i czego nie rozumie; z przesytu wygodny i bojący się każdej zmiany; bardziej chytry i bardziej egoistyczny, niż to nawet dla niego samego dobre... przedstawiciel tzw. "klasy średniej".

(Kiedyś to nazywano "burżujem" czy "filistrem", ale nie musimy przecież koniecznie posługiwać się ani terminologią socjalistyczną, ani też tzw. "artystycznej cyganerii", żeby nie czuć przesadnego entuzjazmu dla tego pana, którego większość ludzi niestety uważa za samą esencję prawicowości.)

* * *

Korwinizm to nie prawicowość i w ogóle nie pogląd, tylko jednostka chorobowa.

To nastawienie do świata kogoś, kogo chorzy z ambicji rodzice posłali do szkoły o trzy lata zbyt wcześnie, kto z tego powodu był zawsze mniejszy od kolegów, i dlatego całe życie kompensuje sobie nabyte w dzieciństwie kompleksy mózgową oziębłością i oziębłym mózgowaniem ponad wszelką miarę.

(Nie twierdzę, że tak było z rzeczywistym Januszem Korwinem-Mikke, ale tak to wygląda i do tego to pasuje. W dodatku jest to najbardziej przychylna dla tego pana interpretacja, inne są znacznie mniej pochlebne.)

* * *

Pętak puszczający sąsiadom przez ścianę rap i techno czyni więcej dla zwycięstwa światowej rewolucji, niż tysiące prawicowych blogerów dla jej powstrzymania.

* * *

Dziennikarz, który bez cudzysłowu i na serio używa określenia "pseudokibic", dowodzi iż jest pseudodziennikarzem.

* * *

"Pseudokibic" to "zapluty karzeł reakcji" naszych czasów.

* * *

Dla "pseudokibiców" sport to pretekst do plemiennych zachowań, bo jeszcze mają jaja, dla "prawdziwych kibiców" to ucieczka od realnego życia, bo jaj nie mają.

* * *

Oczekiwanie, by zdrowi dorośli mężczyźni podniecali się dzisiejszym sportem, to dokładnie to samo, czym byłoby oczekiwanie, iż będą się podniecać kursami giełdowymi i absurdalnymi zarobkami prezesów, absolutnie nic z tego nie mając. "Pseudokibic" oczywiście traktuje sport, jako pretekst do plemiennych zachowań, ale w tych zachowaniach jest cała nadzieja normalnych ludzi na wsypanie piasku w tryby coraz bardziej rozpędzonego buldożera, niwelującego wszystko co żywe i normalne pod budowę Nowego Wspaniałego Świata.

* * *

Jednym potencjalnie cennym skutkiem ogromnej i niestety skutecznej ofensywy lewactwa w ostatnim czasie jest to, że teraz naprawdę nie powinno już być trudności z określeniem, kto nasz, a kto nie. W praktyce nie potrzeba subtelnych dyskusji o istocie prawicowości, bowiem istnieją tylko trzy kategorie ludzi: lewacy, ich nieprzejednani wrogowie, oraz cała reszta - owce potulnie i obojętnie idące do rzeźni, nie przerywając przeżuwania sztucznie osłodzonej słodzikiem trawy.

* * *

Teraz, kiedy lewactwo obrosło w sadło i stało się w wielu miejscach instytucją, mamy wreszcie szansę zastosować przeciw niemu jego własną odwieczną broń - śmiech i kpinę dosłownie ze wszystkiego, co reprezentuje. Im i tak zawsze będzie łatwiej, bo ich celem jest rozłożenie dosłownie wszystkiego, naszym - tylko ich. Kto jednak mówi, że ma być łatwo?

* * *

Liberalizm to lewactwo sklepikarzy i alibi aferzystów.

* * *

Europa jest już od dawna trupem, a Unia Europejska to rozdęty czerwony wrzód na jego dupie.

(Wydaje ci się, że ten trup trochę się jednak rusza? Nie oszukuj się, to tylko gazy w układzie pokarmowym i robaki w oczodołach!)

* * *

Feminizm jest dowodem na to, że wibrator nie zastąpi babie groźnego zmarszczenia mężowskich brwi.

(Tak - bez "baby" formalnie jest to jeszcze lepsze, ale niech tak zostanie, bo tu nie tylko o klasyczne piękno chodzi.)

* * *

Siedzenia w trójmiejskich tramwajach i kolejkach SKM są tak niewygodne, że ktoś powinien siedzieć!

* * *

Naprawdę nie rozumiem, jak może nie być w Gdańsku ulicy Babskiej, skoro jest Chłopska, i w dodatku taka duża!

* * *

Duża część dzisiejszej tzw. „muzyki” to tylko mniej bolesna forma ogłuszania się przez walenie głową w ścianę. („Mniej bolesna” niestety tylko dla ludzi o drewnianym uchu.)

* * *

Największą karierę w dzisiejszym show-biznesie zrobiłby ktoś, komu by przeszczepiono organ powonienia muchy. Potrafiłby od razu odróżnić zwykłą chałę od złotodajnego gówna.

* * *

Jak można mówić o zniesieniu kary śmierci, skoro wciąż istnieją automatycznie perkusje i wszystkie avatary „muzyki” dysko?

* * *

„Nowy mężczyzna” – wirtualny eunuch.

* * *

Żydzi nie tylko zawsze są patriotami kraju, gdzie mieszkają - oni także mają monopol na definicję tego patriotyzmu!

(Oczywiście nie dotyczy to wszystkich Żydów, a mówię to nie tylko dlatego, że wolność słowa przestaje na naszych oczach istnieć. Dlatego to mówię, że osobiście znałem jednego absolutnie cudownego Żyda. Niech pan Żukower, mój licealny nauczyciel angielskiego, spoczywa w pokoju!)


* * *

W Brukseli stoi słynny „Siusiający Chłopczyk”. Pytam więc - dlaczego wciąż brak „Siusiającej Dziewczynki”? Co z równouprawnieniem?!

(Okazało się, że naiwnie nie doceniłem Sił Postępu. Jest! Można sobie zobaczyć klikając tutaj.)

* * *

Przekujmy miecze na lemiesze! (A kosy na sztorc. Niech chociaż kowale zarobią!)

* * *

Głupota wydaje się w dzisiejszej Polsce takim samym niezbędnym warunkiem sukcesu, jak czerwona dupa u pawianów. (Zresztą czerwona dupa też bardzo pomaga.)

* * *

Powiedział ktoś kiedyś, że umiejętność dobrej gry w bilard to dowód zmarnowanej młodości. Analogicznie, znajomość większości nazwisk tenisistów z aktualnej pierwszej trzydziestki rankingu ATP jest dowodem zmarnowanej teraźniejszości.

* * *

Ulubione powiedzonko B. Clintona: „ekonomia durniu” ("economy stupid!") jest niewątpliwym dowodem, że politycy naprawdę ćwiczą swoje kwestie przed lustrem.

* * *

Pocieszam się, że moda na feminizm też minie. Kiedy tylko ludzkość wymyśli coś jeszcze głupszego.

* * *

Człowiek nie posiada ogona, dlatego też w kontaktach z władzą merda całym sobą.

* * *

Uczcie się Polacy, że homo jest cacy!

* * *

Jest jeden niezły sposób, by uczynić z kobiety feministkę - pozbawić ją nadziei na zdobycie chłopa. I jeden stuprocentowy - wydać ją za socjaldemokratę.

* * *

„Psychologia” – nauka, której nazwa wywodzi się z pewnością od jedynego jak dotąd jej sukcesu: eksperymentów Pawłowa na psach. (Przed ponad stu laty to było zresztą).

* * *

Klasyczny rosyjski nihilista nie założył ponoć nowej koszuli, zanim nią nie wytarł całej podłogi. Że też się nie bał, iż podłoga stanie się od tego czystsza?!

* * *

To na razie tyle. Deo volente będzie tego więcej, w miarę jak sobie przypomnę dawniejsze i/lub wymyślę nowe.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Najstarszy z socjalizmów - rzecz o liberaliźmie

Dzisiaj będzie o liberaliźmie. I to nie będą moje własne idiosynkrazje, ino będzie głębiej i bardziej filozoficznie. Naprawdę polecam poniższy tekst, a szczególnie cytowany tutaj jego fragment. (Choć reszta też oczywiście zasługuje na uwagę).

Tekst został zamieszczony na
witrynie Instytutu Edukacji Narodowej.


prof. Leon Kiereś

Najstarszy z socjalizmów


[...]

Co ciekawe, najstarszym historycznie socjalizmem, tym, który po rewolucji francuskiej został w myśleniu Europy i zaczął dominować, jest właśnie liberalizm, znany pod postacią kapitalizmu. Był on już obecny wtedy, kiedy jeszcze w Europie panowały trony, choć już rozpoczęła się tzw. rewolucja przemysłowa - i tego trony nie wytrzymały. Kapitalizm wytworzył nową społeczność: producentów i konsumentów, a więc społeczność dynamiczną, twórczą, przetwarzającą świat i ten świat konsumującą. Oczywiście, z drugiej strony miał miejsce ideowy napór socjalizmu, który już był zorganizowany w partie, w ruchy społeczne. Co ciekawe, reakcją na zwyrodnienia cywilizacyjne liberalizmu w XX wieku był po kolei: komunizm, faszyzm, nazizm. Zwyrodnienia te to przede wszystkim: produkcja klasy społecznej upośledzonej cywilizacyjnie, a więc tzw. proletariatu, czyli warstwy biedoty i bezrobotnych; kult pieniądza - hasłem życia społecznego staje się "sprzedać-kupić", pieniądz jest miarą wszystkich rzeczy; niszczenie tradycji, ponieważ ideologia ta żyje teraźniejszością i przyszłością, rzuca projekty tzw. zaspokojenia potrzeb, czegoś, co z samej natury nie ma końca. Ponadto ma miejsce cały szereg innych negatywnych zjawisk, które są funkcją tych wymienionych.

Komunizm jest reakcją na zwyrodnienia liberalizmu. Proponuje on inną metodę życia społecznego i inną koncepcję polityki, mianowicie: jedna partię i jedną metodę życia społecznego, czyli kolektywizm. Inną reakcją na liberalizm - a także na komunizm! - był faszyzm Mussoliniego, w którym odrzucano zarówno kolektywizm, jak i krwiożerczy kapitalizm i wielopartyjność, która do niczego nie prowadzi, która jest, jakby powiedział Koneczny, cywilizowaniem na wiele sposobów jednocześnie. Do tego dołączył komunizm narodowy Adolfa Hitlera, czyli socjalizm nazistowski.

Wymienione wyżej rodzaje socjalizmów wyrastają z jednego korzenia ideowego i wiek XX jest okresem zmagania się socjalizmów o panowanie nad światem. Socjalizmy w sposób naturalny zastąpiły trony, zapanowały w Europie, w Hiszpanii, w Rosji, w Niemczech, we Francji. Ich historia jest bardzo złożona, skomplikowana. Były eksportowane w świat, choćby do Meksyku, a po II wojnie światowej na Daleki Wschód. Ideologia ta rozlewa się po świecie jako nowa propozycja cywilizacyjna. II wojna światowa jest wojną socjalizmów o panowanie na światem. Należy zwrócić uwagę na kształt koalicji, który jest nieprzypadkowy: nazizm połączył się z faszyzmem. Faszyzm utożsamia się dziś z nazizmem, co jest pomysłem liberałów. Jest on w rzeczywistości zupełnie czymś odrębnym od nazizmu, choć istniały jakieś historyczne, geopolityczne powiązania między nimi. Z kolei liberalizm połączył się z komunizmem, a nawet go czynnie wspierał. Po II wojnie światowej na arenie dziejów został liberalizm, natomiast z drugiej strony komunizm, a po upadku komunizmu na arenę dziejów wrócił liberalizm, dlatego admiratorzy liberalizmu twierdzą, że jest to ostateczny głos w dziejach teorii społecznej, że nic więcej człowiek już wymyślić nie może.

Skoro, jak zostało powiedziane, socjalizm jest pewną chorą naroślą na ciele Europy czy szeroko pojętej zachodniej tradycji, to co jest zagrożeniem dla tego liberalizmu, co jakby wewnątrz niego jest elementem rozkładowym?

Sama natura ludzka. Człowiek jest bytem rozumnym i wolnym, na pewno nie da się zredukować do tego, co głosi socjalizm, do tego, że człowiek jest po prostu nawozem historii, że jest masą czy jakimś "zasobem ludzkim", który stanowi przedmiot manipulacji i technologii. Socjalizm stosuje niezwykle perfidną kombinację propagandy i terroru. Sercem propagandy jest właśnie utopia, czyli lansowana wizja szczęśliwego świata. Jest to świat nieograniczonej konsumpcji materialnej - pierwsi utopiści wyszli już z założenia, że zło społeczne będzie zlikwidowane wówczas, gdy zapewni się równy dostęp do dóbr konsumpcyjnych; kiedy zaspokoi się potrzeby człowieka, stanie się on dobry, nastąpi metanoia moralna. Jest to oczywiście fałszywa teza. Z tego, że człowiekowi powodzi się dobrze w sensie materialnym, nie wynika, że będzie on człowiekiem dobrym moralnie. Są to zupełnie różne sfery, a praca kultury i cywilizacji polega na tym, aby te sfery "złożyć" ze sobą, zagwarantować człowiekowi niezbędne minimum materialne, ale również kształtować jego ducha, ponieważ to od ducha właściwie wszystko zależy.

Propaganda roztacza wizje, którym jednak towarzyszy terror społeczny. Jest on bądź terrorem bezpośrednim, czyli fizycznym, kiedy się fizycznie likwiduje wszystkich niepoprawnych politycznie; bądź terrorem pośrednim, czyli terrorem zmasowanego ataku propagandy, terrorem duchowym. Jest to przemoc strachu, tak jak to obserwujemy współcześnie, kiedy ludzi byłego bloku komunistycznego straszy się, że nie mamy wyjścia... są to konieczne prawa dziejowe, my zaś jesteśmy funkcją tych praw, musimy się zatem z tymi prawami pogodzić. Wrogiem liberalizmu - redukcjonizmu antropologicznego - jest sam człowiek, który jest bytem rozumnym i wolnym, a nie tworzywem jakichś urojonych przez socjalizm praw historii.

Liberalizm przeszedł szereg przeobrażeń, ale z chwilą kiedy opanuje on arenę polityczną globu, będzie "pokazywał zęby". Musi tak być, ponieważ jest socjalizmem i traktuje człowieka jedynie jako surowiec. Za to ludzie zapłacą ogromną cenę.

Obecnie na sztandarach liberalizmu mam, jako ustrój społeczny demokrację liberalną z jej systemem partyjnym, który jakoby zapewnia poszanowanie godności każdego człowieka, bo w tym liberalnym dialogu każdy może uczestniczyć...

Tak, to jest część propagandy, bowiem demokracja - i w tym miejscu należy wierzyć Arystotelesowi - jest najgorszym z możliwych ustrojów, ponieważ są to rządy gorszych czy, jak ktoś kiedyś powiedział, rządy "hien nad osłami". Rządy większości, która jest manipulowana, której stwarza się miraż, że to ona wybiera, a w gruncie rzeczy ów wybór jest pokierowany przez tych wspomnianych wcześniej.

Dodatkowo wybiera między stronnictwami politycznymi, tymi partykularnymi opcjami ideologicznymi...

Tak, ja zawsze pytam, co łączy robotnika, żołnierza, kapłana, nauczyciela, którzy wybierają jakąś partię, a nie chcę już tu mówić jaką, bo jak wskazuje historia partie mnożą się jak grzyby po deszczu, bardziej niż wirusy. A to zmierza w jednym kierunku - neutralizacji tradycji łacińskiej i myślę, że scenariusz będzie taki: będzie liberalna lewica, liberalne centrum i liberalna prawica. W socjalizmie wszystko musi być socjalistyczne! Socjalizm zawsze cele ma te same, natomiast różne stosuje metody.

Nurt określany mianem liberalnego przejawia widoczną tendencję do misyjności, ekspansji. Wspólna Europa i globalizm - te hasła rozgrzewają umysły elit politycznych i publicystów. Wydają się stopniowo realizować, zwłaszcza w Europie. Czy możliwe jest stworzenie liberalnej supercywilizacji?

Ideologia, o której mówimy, ma wymiar globalny, jest totalitaryzmem. On musi panować, natomiast sprawą taktyki jest, kiedy i jaką metodą będzie to zrealizowane. Teraz socjalizm liberalny nie ma właściwie żadnego konkurenta. Sami socjaliści są ignorantami, nie wiedzą, że używając takich słów, jak prawda, dobro, piękno, sprawiedliwość, używają słów, które pochodzą z innej tradycji i mają inne znaczenia niż te, jakie oni "podkładają", jeśli jakiekolwiek podkładają, bo podejrzewam, że jest to tylko taka quasi-religijna magia języka.

Socjalizm posiada własną wizję zbawienia człowieka i wizję tę bezwzględnie mechanicznie stosuje, socjalizm jest cywilizacją mechaniczną, aprioryczną, fundamentalistyczną, sakralną. Przemówienia polityków będących admiratorami liberalizmu mają charakter religijny, wciąż powtarza się: "ja głęboko wierzę..." Wszystko jest nabudowane na wierze, na woli, na wyborze pewnej wizji, a nie na wiedzy. To jest największe nieszczęście, jakie niesie ze sobą liberalizm, bo pozbawia człowieka rozumu i osadzenia w realnym świecie.

W zmaganiu socjalizmów między sobą na placu boju pozostał liberalizm. Tylko patrzeć, jak odżyje kolektywizm, faszyzm, jak odżyją nacjonalizmy, bo narody nie dadzą sobą manipulować. W Polsce już odżywa marksizm, który przynajmniej miał - przaśną, bo przaśną - jakąś wizję kultury, natomiast liberalizm redukuje człowieka do pozycji zwierzęcia konsumującego, by tak rzec "dwutorowca".

[...]

Całość tutaj.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, czerwca 13, 2007

Błogosławieni cisi zdrajcy, albowiem ich będzie królestwo biało-czerwone

Przed chwilą włączyłem się na dyskusję autorytetów na WSI24, z udziałem jednego porządnego człowieka - Bronisława Wildsteina. Dyskusja była o Bolku Wałęsie i na samo zakończenie Wildstein podsumował sprawę w tym duchu, że (cytuję z pamięci): "Nikt nie odbierze Wałęsie tych wspaniałych rzeczy, których dokonał, ale popełnił wielki błąd, że kręcił na temat swej przeszłości. Największą winę ponosi za to, co robił już po odzyskaniu niepodległości, kiedy większość tego, co robił, wynikała właśnie z jego lęku przed ujawnieniem prawdy o własnej przeszłości." Cholera, takie pierdoły można chyba tylko w Polsce wygadywać! W kraju, gdzie ludzie gnojeni, często okaleczeni, czasem tacy, którym zamordowano najbliższych, bez przymusu oświadczają publicznie "ja nie chcę żadnego rewanżu, nie chodzi mi o zemstę, ja chcę tylko, żeby prawda wyszła na jaw". I dlatego właśnie jesteśmy od stuleci w takim szambie, w jakim jesteśmy. Ale Polacy nie zrozumieją, że żaden aniołek nie będzie nas na tym ziemskim padole głaskał po główkach i chronił przed wszystkimi przykrościami i zagrożeniami, tylko dlatego, że słodkie z nas dzieciątka, które by muszki nie skrzywdziły, co dopiero ubeka czy Jaruzela. Tfu! Mimo, że np. Wildsteina uważam za porządnego i niegłupiego człowieka, rzygać mi się chce słysząc tego typu pedalskie brednie. O co konkretnie mi chodzi? A o to, o czym pisałem poprzednim razem. Oto zresztą bezpośredni link, proszę: Bolek się urwał?. I o tym samym pisałem parę tygodni temu, w tekście, gdzie naprawdę były i fakty, i poglądy... Ale nie było żadnych DJ'ów ani pląsających córek byłych prezydentów, więc logiczne i naturalne, że pies z kulawą nogą się nie zainteresował. Oto link: Polskiego piekła nie będzie. Powiem to więc jeszcze raz, krótko i prosto: Człowiek, który zrobił coś takiego, że brzydcy ludzie mogą go tym potem szantażować, NIE MA PO PROSTU PRAWA angażować się w żadną tajną działalność, ponieważ automatycznie stanowi dla wszystkich w nią zaangażowanych zagrożenie! Samo to, że można go do czegokolwiek skłonić groźbą ujawnienia tych spraw, ustawia go z góry na równi pochyłej, na której nie wiadomo, gdzie i kiedy się zatrzyma, a najprawdopodobniej nie zatrzyma się nigdy - po prostu trzeba go odpowiednio postraszyć. Nawet gdyby taki człowiek teraz już był absolutnie niezłomny, zdolny do poświęceń i szlachetny, po prostu nie ma prawa takich rzeczy ukrywać przed kolegami, dla których tak czy tak stanowi zagrożenie. W dodatku, skoro raz się już złamał, nie ma po prostu prawa sądzić, że teraz na pewno już się złamać nie da. Może tak sobie zresztą sądzić na własny rachunek, ryzykując wyłacznie własnym życiem, zdrowiem i dobrobytem - nie ma prawa ryzykować zdrowiem, życiem i dobrobytem innych ludzi, tym bardziej tych, którzy, nic nie wiedząc, mu zaufali! Poza tym, jeśli ktoś zachował się raz podle, to nie ma po prostu prawa pchać się do zaszczytów - nie ma prawa, nie ujawniając w dodatku wszystkim zainteresowanym całej prawdy o sobie, zostawać premierem, prezydentem, ani szefem Solidarności. (Ministrem Finansów też zresztą być nie powinien, szanowna TW Beato!) Zresztą tacy ludzie nie mieli prawa nie tylko piastować wysokich i odpowiedzialnych stanowisk, ale nawet po prostu działać w podziemiu czy w ogóle w opozycyjnej organizacji. Wiem oczywiście, że każdego praktycznie człowieka - poza nielicznymi, którzy najpierw stracą zmysły - można fizycznymi i psychicznymi torturami złamać. To nie o to chodzi! Ale i ludzie, którzy poszli na współpracę torturowani przez Gestapo byli traktowani, jak zdrajcy, całkiem tak samo, jak wszyscy inni zdrajcy. Przykre, ale inaczej chyba być nie mogło i nie może. Zaś to, że człowiek w jakikolwiek sposób skłoniony do ewidentnej zdrady nie stara się potem zostać premierem, prezydentem, ani szefem opozycyjnej organizacji, to tylko minimum przyzwoitości i minimum społecznego instynktu samozachowawczego. I tylko chyba Polacy mogą czegoś tak oczywistego nie rozumieć. Wałęsa, z tego co wiem, torturowany nie był, natomiast - nawet wedle słów jego poniekad dzisiejszego obrońcy - robił wiele złych rzeczy, aby prawda się nie wydała. Sorry, ale ktoś, kto przyjmuje tak odpowiedzialne stanowisko mając świadomość, że jest kukiełką w ręku cynicznego i brutalnego wroga... Nie powiem, że tylko Wałęsa i Buzek mogli coś takiego zrobić, bo to zapewne nieprawda. W końcu przecież żyjemy w Polsce, gdzie zdrada to rzecz w sumie wzbudzająca sympatię i dodająca uroku. I nie ma to oczywiście nic wspólego z żadnym wallenrodyzmem, drogie współczesne niedouki z dyplomami, nie oszukujcie się! No dobra, ale jak w tym całym kontekście należałoby podsumować samo wystąpienie Wildsteina? Osobiście czuję się po prostu zmuszony, by wykrzyknąć: "i kto by teraz śmiał powiedzieć, że nie jest to najautentyczniejszy Polak, ba - arcy-Polak?! W końcu nikt inny, niż Polak nie mógłby mieć tego niepowtarzalnego, polskiego jedynie, stosunku do zdrady i zdrajców." Nie chcę się nawet łudzić, że Wildteinowi chodziło, właśnie o to, byśmy go uznali za naprawdę naszego. Nie, zbyt długo żył wśród nas, by nie przesiąknąć do szpiku kości naszym niezawodnym odwiecznym frajerstwem i naszą zadowoloną z siebie pogodną enuchowatością. triarius --------------------------------------------------- Caeterum lewactwo delendum esse censeo.