piątek, marca 02, 2012

Nie bać się aborcji postprenatalnej!

Dzisiaj dowiedziałem się, że w ciągu ostatnich 10 lat średnia oczekiwana długość życia w Niemczech zmniejszyła się o dwa lata. Pomyślcie! Po pierwsze - w Niemczech, jednym kraju, który korzysta jeszcze z tego całego unijnego syfu!

Po drugie ten "kryzys" - a raczej, jak ja to widzę, klęska i upadek realno-liberalnego modelu gospodarki (a innego liberalnego modelu nie było, nie ma i nie będzie!), który akurat świetnie współbrzmi z totalitarnym lewactwem, od Obamy po Merkelę, i od Tuska po Barroso (Kitajce i Putin to nieco inna kategoria, ale także raczej wspierają moją tezę, niż obalają) - trwa przecież formalnie DOPIERO OD roku 2008, czyli nawet nie cztery lata!

Jeśli zatem przez cztery kryzysu, niecałe, lata mamy dwa lata skrócenia życia w najbogatszym i niemal ponoć niedotkniętym kryzysem kraju Unii, no to przez ekstrapolację można sobie oszacować, że nawet bez postprenatalnej aborcji którą nam ostatnio moralne autorytety stręczą, najdalej za jakieś 140 lat, przy tym tempie, europejskie prole będą umierać zaraz po urodzeniu. Całkiem same z siebie. I nawet żadna aborcja nie będzie im potrzebna. Ani eutanazja. (Co za oszczędność!)

A przecież może to jeszcze przyspieszyć, skoro tak ładnie wystartowało, może ten "kryzys" dotknąć w końcu i Niemcy - no i przecież nie samymi Niemcami świat stoi! (A tak przy okazji, to tę aborcję postprenatalną, z tego co pamiętam, wymyślił parę miesięcy temu Nicek. Oczywiście jako zjadliwą ironię. Jednak z tym kurestwem, z przeproszeniem kurw, nie można w ten sposób, bo oni naprawdę to zrobią, jak im się coś takiego podsunie, nawet jeśli jakimś cudem sami na to wcześniej nie wpadli.)

Powie ktoś, że to niemożliwe, że bzdura z jakiegoś oszołomskiego portalu. Otóż nie, ludkowie rostomili! Ja to usłyszałem dzisiaj na państwowym francuskim kanale telewizyjnym - cholernie proojro i naprawdę proniemieckim! Konkretnie w dyskusji panelowej o tych tam zamiarach tego tam socjalisty Hollande, co on kandyduje na prezydenta u żabojadów, żeby zabierać bogatym i dawać biednym.

Co mnie osobiście nie wydaje się, w dzisiejszym świecie, specjalnie chore, uwzględniając kto dzisiaj jest bogaty i co to za skurwiele. (Swoją drogą madame Le Pen oni już KOMPLETNIE nie raczą na tych francuskich telewizjach pokazywać. Ciekawe jak na tę ewidentną manipulację zareaguje żabojadzki ludek?)

Dziwicie się z kolei, że taki kanał coś takiego powiedział. Recz w tym, że to powiedział akurat gość popierający tego Hollande, przy czym trzech pozostałych było zdecydowanie przeciw i nawoływali, żebyśmy... To znaczy nie tyle "my" akurat, tylko Francuzi... Żeby w każdym razie zakasali rękawy i wzięli się do roboty, kochali przywódców jeszcze mocniej niż dotąd i ociekali optymizmem.

To o długości życia u szkopa powiedział akurat ten jeden, co był za chłopca do bicia, ale nikt tych jego informacji negować nie próbował, więc to musi być prawda. (O ile, oczywiście, prawda nie wygląda jeszcze gorzej, jak to często bywa.)

Można by ten temat rozwijać jeszcze długo i fajnie sobie wokół niego filozofować, ale tym razem poprzestańmy na tym, bowiem sama ta informacja zasługuje na wyeksponowanie, a wnioski niech sobie każdy sam wyciągnie, przynajmniej na początek.

(A tak na marginesie, to ciekawe, jak zmienia się i jak się w ogóle przedstawia oczekiwana długość życia unijnych urzędników i wszystkich tych, z przeproszeniem kurw, obecnych elit? Oraz ich pociotków.)

triarius

P.S. Ludzie, wy naprawdę wierzycie w "równouprawnienie kobiet" i inne tego typu pedalskie pierdoły?

26 komentarzy:

  1. Arcybiskup Głódź przypomina polskie tradycje Kościoła Wojującego i Triumfującego: "Zapowiadana obecnie redukcja kapelanów wojskowych o połowę to jest swoisty zapaterytzm, bo tego właśnie doświadczył hiszpański ordynariat polowy za rządów premiera José Luisa Zapatero.
    To jest papierek lakmusowy, zasada, która się sprawdza w różnych krajach: ilekroć jest atak na ordynariat polowy, pod pozorem budżetu, redukcji etatów itd., tylekroć jest duszpasterstwo wojskowe upokarzane, a jednocześnie upokarzany jest Kościół. Tego doświadczamy dzisiaj w Polsce. Hasło, że kapelani nie mogą być „świętymi krowami”, jest obraźliwe zarówno w wymiarze przemian ustrojowych, które trwają ponad 20 lat jak i w wymiarze tej posługi, którą podjęli księża kapelani w kraju i zagranicą. A złowieszcze zapowiedzi premiera to jest swoisty zapateryzm, a w dużej mierze demagogia hasłowa.
    To, że ono jest dziś zawodowe nie oznacza, że są to siły najemne, że to są zabijaki, najemnicy. Mamy szkoły podoficerskie i oficerskie, gdzie są kapelani i trzeba kształcić kadry, także w zakresie etyki. Oni muszą być wychowywani w etosie narodowym, patriotycznym i etycznym. Muszą znać prawo międzynarodowe.Następny czynnik państwowotwórczy: to Kościół użycza swojego autorytetu dla wojska, a nie na odwrót! Za drzwiami stoi pacyfizm i władze rządowe muszą mieć świadomość, że dla bezpieczeństwa państwa i harmonii społecznej jest to wielkie niebezpieczeństwo. (…)
    Kościół tymczasem używa swojego autorytetu dla wojska; sprzyja walce z terroryzmem. Przecież w Afganistanie dzień i noc pełnią służbę nasi kapelani. To nie są Hawaje ani słodkie posadki, jak słyszę dziś w TVN. Weźmy też tragedię smoleńską: kto podziękował księżom kapelanom za wielką pomoc w czasie identyfikacji zwłok w Moskwie, pogrzebów ofiar, posługi na Torwarze, dokąd przywożono trumny. Kto podziękował siostrom zakonnym, które włączyły się w posługę już na terenie Rosji?"

    OdpowiedzUsuń
  2. W Polsce aborcję poprenatalną już de facto zalegalizowano. Wystarczy spojrzeć tu "Rodzice tragicznie zmarłej Madzi (6 mies.) zwiedzali Zamek w Książu koło Wałbrzycha, a wieczorem wrócili do Jedliny Zdrój. W miejscowym sklepie zaopatrzyli się w m.in. w wino i świecę zapachową. – Bardziej wyglądają na zakochanych, niż rodziców przygnębionych śmiercią córeczki – mówią miejscowi...
    – Jeszcze niedawno szukali córeczki, a teraz proszę przyjechali w góry – mówią mieszkańcy Jedliny Zdrój. – Są bardzo spokojni, trzymają się za ręce, całują, nie widać żeby przeżywali tragedię – dodają ludzie."

    OdpowiedzUsuń
  3. @ tow. Mąka

    Ks.arcbp. nie dostrzega przysłowiowego słonia w menażerii. Cały Ordynariat Polowy WP i jego skład, niebawem będzie przypominał eo ipso urzędy Rzeczypospolitej ad.1791r. takie jak: cześnik parnawski, wojewoda smoleński etc.etc

    Pomijam taktownym milczeniem iż jakobińska konstytucja majowa uchwaliła 100tys. wojska zawodowego przy liczebności ówczesnej RP ok 7,5mln. Zachowując te proporcje potrzebna by była dziś ok.0,5mln armia zawodowa...

    OdpowiedzUsuń
  4. I jak tu nie wierzyć, że byt określa świadomość? Na blogu Artura nawet Coryllus spokorniał i prosi gospodarza o wsparcie, dowodząc jaki to jest niezmordowanym wołem roboczym. A u sibie Coryllus wyrzuca nawet potencjalnych wyznawcó bo Ci często w dobrej wierze próbą się o coś dopytać albo wskazują literówki czy lapsusy w datach :( Niedawno Coryllus wypierdzielił Losa, choć Losu był grzeczny, a jakby Coryllus się zmitygował, to może Los nagrałby mu jakąś fajną robotę w Reichu? Los to jeden z najwybitniejszych śp. Lecha, nakowiec z IF jak stąd do Wyoming, poza tym germanofil tak samo jak C.

    OdpowiedzUsuń
  5. Consumer na IVRP dokonał bardzo SATowskiej obserwacji semantyczno-militarnej, że tylko w pacyfistycznej polszczyźnie terminy "broń" i pochodne pochodzą od "obrony" czyli działań defensywnych, sprowokowanych atakiem.
    W pozostałych językach zdaniem Consumera terminy oruż, weapon, Waffe implikują raczej atak, a przynajmniej prewencyjne dojebanie wrogom zewnętrznym i wewnętrznym, dlatego Polacy mają taki problem z samymi sobą i z sąsiadami.

    OdpowiedzUsuń
  6. @ Towarzysz Mąka

    Bloody hell, głęboka myśl z tą naszą bronią! U nas faktycznie to czyste pedalstwo, choć od czego pochodzi "weapon", "Waffen", "vappen", "armes", "arma" czy inne takie, to by trzeba było dopiero ustalić, bo tak z marszu nic mi się nie kojarzy.

    "Arużie" zalatuje mi jakimś "wyposażeniem", ale co ja tam wiem o rosyjskim!

    Jest to, w każdym razie, naprawdę ciekawa myśl i temat na niezły doktorat na Wieczorowym Uniwersytecie Tygrysizmu Stosowanego.

    Co do Coryllusa, to niezły on w sumie jest, jak na to nasze "prawicowe" intelektualne bagno, ale z tym bytem i świadomością to fakt. Oni nas wszystkich kupią i sprzedadzą jak zechcą, wszelkie próby ekonomicznego wyjścia na swoje są z góry skazane na porażkę, a w każdym razie człek im zaprzedaje duszę.

    Jak się ten system nie rozpieprzy, to leżymy, bo bez forsy się nie da, a jak z forsą, to po pierwsze skąd, a po drugie kasy fiskalne i dopiero wtedy jesteś pod pełną kontrolą!

    Wszyscy chyba niedługo będą, ale ci naiwni "biznesmeni" są już teraz. Bez rozwalenia (się) tego syfa - także ekonomicznego, tzw. "kapitalizmu" (hłe hłe!) - nic się po prostu nie da, tak to widzę.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  7. triarius & TM,

    fakt, że słowo "broń" jest pedalskie, ale nie przesadzajmy z michnikoidalnym samobiczowaniem a rebours.

    Po szkopsku broń to generalnie "das Gewehr", czyli jak najbardziej od obrony.

    Natomiast "die Waffe" pochodzi ze średniowysokoniemieckiego, od herbu czy znaku na tarczach ("Wappen").

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. @ tygrys, tow.Maka

    „[…]Język jest labiryntem ścieżek. Przybywasz z jednej strony i orientujesz się w sytuacji; przybywasz do tego samego miejsca z drugiej, i już się nie orientujesz.[…]”

    Dalibyście sobie spokój panowie z tymi szalenie „głębokimi” przemyśleniami językoznawców za dychę, dorabiających pocieszną pseudoteorię do swych prostackich analogii.

    Po pierwsze; w polskim również nadal funkcjonuje, aczkolwiek już raczej w formie wzniosłej słowo „oręż” (w innych językach słowiańskich nadal w pospolitym znaczeniu: rużjo, orużi, orużje etc…)

    Po drugie; etymologia rzeczownika „broń” wywodzi się ze starosłowiańskiego „brań ”; co znaczy dosłownie walka, a „obronna” warstwa znaczeniowa tego słowa jest dużo, dużo późniejszą naleciałością.(Pierwotnie bronić to „szczycić” od szczyt=tarcza, zresztą do dziś w rosyjskim zaszczitat’).

    Po trzecie; jeżeli już szukać etymologicznego uzasadnienia do lansowanej przez tych „językoznawców” tezy, to akurat w starogermańskim, od brunnia=pancerz.

    OdpowiedzUsuń
  11. Wracając do adremu:

    http://www.rp.pl/artykul/9157,833742-Aborcja-postnatalna-to-ludobojstwo---Magierowski.html?p=3

    OdpowiedzUsuń
  12. @ Amalryk

    A Ty chyba trochę przesadzasz w drugą stronę.

    (Po szwedzku "brynja" to metalowa koszulka, w sensie kolczugi.)

    Sam właśnie miałem napisać, że kiedyś to był "oręż", i że to to samo co ruskie "arużje", ale mówimy o czasach obecnych, nikt chyba nie twierdzi że to "pedalstwo" było już za Chrobrego, a dzisiaj "oręż" jakoś nikomu nie pasuje, z czego coś jednak może wynikać.

    Bo to w końcu działa na obie strony, więc jeśli mamy "broń, broń, broń", no to się bronimy.

    (Ja wcale nie jestem jakimś wielkim przeciwnikiem obrony, zresztą np. Liddel Hart twierdził, że ona jest z natury silniejsza od ataku, ale nastawienie rodaków pedalskie und pacyfistyczne jest, nie da się ukryć.)

    Jeśli tak Ci się nie podobają tego typu (zgoda, mętne i ętuicyjne) lingwistyki, to krytykuj jednego takiego Prusaka, któren sporo gada o ruskim i niemieckim niebie itd.

    Tam wprawdzie było bardziej o fonetyce, ale proszę... Szwedzkie "vappen" jest zadziorne; "weapon" też dość, choć jakby nieco mniej (dalej od wikingów?); "arma", "arme" (z niemym "e") też brzmią dość dziarsko z tą twardą spółgłoską przy końcu...

    A nasza biedna "broń", jak zawsze, zaczyna się unikiem, kończy plaśnięciem. "Oręż" brzmiał jak chrzęst dzidy o żebra - i komu to @#$%^% przeszkadzało?

    Dzięki Bogu (i Partii), że ruskie "arużie" to już nie całkiem to, co "oręż", bo też nieco pod koniec spedalone.

    ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  13. @ Jaszczur

    No i, niestety, ja tu właśnie widzę sens ogłaszania przez nich co pewien czas tego typu "rewelacji".

    50 lat temu nikt by nie miał cienia wątpliwości, że ci ludzie powinni być rozwaleni wyrokiem jakiegoś podziemnego sądu. Czy jakiejś podziemnej organizacji walczącej z nihilizmem i moralnym upadkiem.

    A my sobie o tym spokojnie dyskutujemy, i niechby przypadkiem takiemu ktoś rozkrwawił nos - zaraz się rozlegnie chór oburzonych, od Papieża, po "prawicowych polityków", rabinów i autorytetów moralnych nie licząc.

    Tak czy tak w końcu muślimi wezmą to za mordę, bo na tym poziomie moralnego upadku żadne społeczeństwo długo nie pociągnie.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  14. ERRATA

    Liddell Hart on się nazywa.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  15. @ tj

    Po szkopsku może i jest, ale od tego słowa (nie wiem w tej chwili czy wprost, czy wspólne źródło) pochodzi np. szwedzkie "gevär", oznaczające po prostu KARABIN.

    A więc żadna tam broń "obronna".

    Tak czy tak, jeśli szkopy zamienili sobie ten tam Geburt na Waffen, to też chyba nie bez powodu.

    Jasne - nie ma co przesadzać z wagą tego typu spraw, ale czy to CAŁKIEM nie ma znaczenia? Dla mnie jednak raczej by mogło mieć. Tak samo, jak trudno mi przyjąć, że charakter nie ma nic wspólnego z odręcznym pismem danego człeka - choć oczywiście kwestia interpretacji jest złożona i niepewna.

    A może ja po prostu jestem zbyt muzykalny i dlatego zbytnią wagę do fonetyki przywiązuję? Spenglera też by to mogło dotyczyć zresztą, choć co on widział w Beethovenie, jako żywo, nie pojmuję.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  16. @ Tygrys

    Jeśli tak Ci się nie podobają tego typu (zgoda, mętne i ętuicyjne) lingwistyki, to krytykuj jednego takiego Prusaka, któren sporo gada o ruskim i niemieckim niebie itd.
    -----------------------------------

    Ja nie krytykuję lingwistyki, tylko nie najwyższych lotów kazuistykę. Na dodatek nie popartą elementarną erudycją. Więc porównanie z Prusakiem, to tu tak raczej jakby kulą w płot.

    Jeżeli zaś mielibyśmy szukać jakiś bardziej trzymających się, założonej tezy o tej "obronności" przykładów, to może właśnie w obecnej warstwie znaczeniowej słowa "szczycić się", które wprost pochodzi od obrony.


    Co np w staropolskim: "Pan ci jest tarcz nasza, którą się szczycimy!" miało zupełnie inną treść niż nasze współczesne iure caduco awansowane "szczycenie się".(Ale nie czuje się na siłach aby poważnie to roztrząsać.)

    OdpowiedzUsuń
  17. @ Tygrys

    Jeszcze jedno mi się nasunęło. Tylko że autor szalenie niekoszer… Ale opowieść dość znamienna co do poruszanego wcześniej problemu z tą biernością, obronnością etc, i dotyczącą nacji w cale za taką nie uchodzącą. Więc wrzucę tą cytatę;

    „[…]Koburg... To był pierwszy przypadek, kiedy nas zaproszono, powiedziałem sobie, że takiej okazji nie wolno przepuścić. Wziąłem ze sobą 800 ludzi, poza tym mieli przyjechać ludzie z Saksonii i Turyngii. Nastawiliśmy się na zbiorową kwaterę. Zabrałem 14 kierowców. Pierwsze starcie mieliśmy już w Norymberdze: pociąg był udekorowany, Żydzi z pociągu stojącego naprzeciwko krzyczeli, że to wstyd i hańba. Schreck wybiegł, skoczył w środek i zlał ich wszystkich równo. W Koburgu na dworcu Komitet. Dietrich skinął na mnie, żeby mi powiedzieć, że zawarł porozumienie ze związkami zawodowymi i obiecał, że nie będzie flag w pochodzie, muzyki i przemarszy w szyku zwartym. Zwróciłem mu uwagę: Pan nie może zawierać żadnych układów w moim imieniu! Mnie to nie dotyczy! I natychmiast zarządziłem zbiórkę: flagi i muzyka, kolumnę twórz, na kwaterę marsz! Jak wyszedłem, jeden krzyk z tysiąca gardeł: bandyci !Ale motłoch! No, może być ciekawie. I na czoło! Nie zaprowadzili nas na kwaterę, do Hali Strzelców, tylko do Hoffbrauhaus - a dookoła dziki tłum, który krzyczy, wyje, wygraża.[…]Powiedziałem do siebie: Boże, jeśli któryś stchórzy, zerwę mu opaskę! Jak znaleźliśmy się na zewnątrz, to sprawiliśmy im taki lanie, że po dziesięciu minutach cała ulica była wolna. Nawet nasze trąbki były pogięte. Wkrótce wszędzie było pełno uciekających Czerwonych. Spaliśmy na sianie.[…]

    Następnego dnia zdarzyła się tylko jedna jedyna historia: rozpowszechniono ulotki; przyjechali bawarscy mordercy, o pierwszej wielka demonstracja. My na plac.150,których widzieliśmy, natychmiast uciekło na nasz widok. Idziemy więc, do Cytadeli i z powrotem. Powiedziałem ludziom:
    kto na was krzywo spojrzy, nauczcie go! Jak schodziliśmy, wszyscy machali do nas z okien. Mieszczuchom wróciła odwaga. Wieczorem w Hoffbrauhaus był wykład Koburczyków: "Teuton stracił miecz": Prawdziwie Narodowy ! Był tam Jurgen von Ramin. Mówię do niego : To takie typowe dla waszego mieszczańskiego świata - tchórze dziś, ale zapatrzeni w bohaterską przeszłość! On na to: Walczymy bronią duchową! Dietrich: Co Pan tu wygaduje o broni duchowej ! On: Przepraszam bardzo, ale w moich żyłach płynie krew Bismarcków. Ja: Co Bismarck może mieć do tego![…]

    Wszędzie było to samo - z ludzi, którzy nie chcą uderzyć, którzy tylko robią projekty, a potem ukradkiem powtarzają je komuś na ucho, nie było żadnego pożytku. Potrzebowałem ludzi, którzy
    dorośli do tego, co trzeba zrobić. Gdy myślę, od czego zaczynałem, to mój wynik po czterech latach był doprawdy zdumiewający! Miałem Monachium, ale posiadałem tylko jedną gazetę, podczas gdy pozostali dysponowali łącznie dziesięć razy większym nakładem.[…]”

    OdpowiedzUsuń
  18. @ Amalryk

    Autor faktycznie niekoszerny do kwadratu, if you get my drift. Ale czy my tu musimy być koszerni? (Michnik, cisza!)

    Ale jednak drobna różnica między bojowością społeczeństwa zaraz po takiej wojnie, jak ta pierwsza światowa, w dodatku przegranej, a pedalstwem Polaków, którzy nawet "odzyskując wolność" nie próbowali powiesić Urbana.

    W końcu to byli także młodzi ludzie, którzy mieli powód kurestwa (z przeproszeniem kurw) nienawidzić, a jeszcze żadnej klęski nie przeżyli.

    A to z tym językiem - choć zgoda, że cholernie trudne do trzeźwego analizowania i zdradliwe - nie jest moim zdaniem takie głupie.

    Wyobrażasz sobie jakiegoś hiper-energicznego, agresywnego człeka czynu, który by pisał malutkie, staranne, konformistyczne literki? Bo ja nie.

    No to wytłumacz mi proszę, dlaczego chrzęszczący między łamanymi żebrami wroga "oręż", nasi kochani zamienili na płaczliwą (no, niemal) "broń"? No i przekonaj mnie potem, że ta zmiana nie miała następnie żadnego wpływu na odbiór tych spraw - aż do wieszania lub niewieszania Urbana.

    Oczywiście nie traktuj tego jako wypowiedzenie wojny - tak się tylko wesoło przekomarzamy przecie!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  19. @ Tygrys

    Ale jednak drobna różnica między bojowością społeczeństwa zaraz po takiej wojnie, jak ta pierwsza światowa, w dodatku przegranej, a pedalstwem Polaków, którzy nawet "odzyskując wolność" nie próbowali powiesić Urbana.
    ================================

    To się akurat da chyba dość prosto wytłumaczyć, zinstytucjonalizowaną sowietyzacją, no i zwykłym biegiem czasu... z każdą chwilą, z każdą sekundą przybywa jeden kompletny typ fellahiczny, w tych żałosnych szczątkach naszej Cywilizacji.

    Zastanawiam się tylko kiedy, po przekroczeniu jakiej "masy krytycznej", będzie można zrobić z tym społeczeństwem dosłownie wszystko; od swobodnego gwałcenia przez pedofilów ich dzieci, po uśmiercanie zastrzykiem ich dziadków.


    ...dlaczego chrzęszczący między łamanymi żebrami wroga "oręż", nasi kochani zamienili na płaczliwą (no, niemal) "broń"?
    ===============================

    Jeżeli miałbym obstawiać; to ze względu na krótszą formę, która z reguły w użyciu wypiera formę dłuższą.


    Wracając do wydarzeń w Niemczech z początków zeszłego wieku to brak medialnych "mózgojebów" wydaje mi się tu być fundamentalnym handicap'em.

    OdpowiedzUsuń
  20. @ Tygrys

    A, jeszcze jedno:

    "[...]Ja wcale nie jestem jakimś wielkim przeciwnikiem obrony, zresztą np. Liddel Hart twierdził, że ona jest z natury silniejsza od ataku,[...]"

    Jezeli kpt.Hart już cytuje gen.Clausewitza to niech to robi do końca, bo niewprawni w mysleniu mogą dojść do zgoła absurdalnych wniosków.

    "[...]Zauważyliśmy już ogólnie, że obrona jest łatwiejsza niż natarcie.Ponieważ jednak obrona ma cel negatywny- przetrwanie, a natarcie cel pozytywny - zdobycie i ponieważ dalej zdobycie czegoś pomnaża własne środki wojenne, podczas gdy przetrwanie nie daje tego, dlatego, aby się wyrazić ściśle, musimy powiedzieć FORMA OBRONNA PROWADZENIA WOJNY JEST SAMA W SOBIE SILNIEJSZA NIŻ FORMA ZACZEPNA.Świadomie dążyliśmy do wysunięcia takiego wniosku,aczkolwiek wynika on całkowicie z natury rzeczy i doświadczenie tysiąckrotnie go potwierdza, to jednak całkowicie przeczy on ogólnie panującej opinii. Jest to dowód, jak bardzo mogą powierzchowni pisarze powikłać wszelkie pojęcia.


    Skoro obrona jest silniejszą formą prowadzenia wojny, mającą jednak cel negatywny, to wynika stąd samo przez się, że trzeba posługiwać się nią tylko dopóty, dopóki potrzebujemy jej ze względu na własną słabość, i że należy porzucić ją z chwilą gdy się poczujemy na siłach postawienia sobie celu pozytywnego. Ponieważ zaś zwycięstwo,które osiągamy z jej pomocą, zwykle wpływa korzystnie na stosunek sił,więc naturalnym biegiem zdarzeń wojennych będzie, gdy zacznie się od obrony, a skończy na działaniu zaczepnym. Tak samo sprzeczne z pojęciem wojny jest uznawanie obrony za ostateczny cel wojny, jak i traktowanie obrony biernie nie tylko w całości działania, ale też i we wszystkich jej fragmentach. Innymi słowy; wojna, podczas której chciałoby się zwycięstwo własne zużytkować tylko dla odparcia nieprzyjaciela bez dążenia do przeciwnatarcia, byłaby równie niedorzeczna jak bitwa, w której wszelkie poczynania byłyby bezwzględnie obronne, a więc bierne.[...]"

    Tak więc samą obrona wojny sie nie wygra jak i pojedynku w którym jeden z przeciwników używa tylko samej tarczy (szczytu) choćby nie wiem jak się nią był szczycił.

    OdpowiedzUsuń
  21. @ Amalryk

    To nie całkiem tak. Północny Wietnam strategicznie się jedynie bronił, a wygrał wojnę. Psychika wroga, jego zasoby, okoliczności zewnętrzne, czas, i inne takie potrafią Ci czasem wygrać wojnę obronną bez żadnego wielkiego ataku.

    I te sprawy dają się oglądać np. w grapplingu, więc to nie tylko teoria. (W boksie faktycznie trudniej jest wygrać niemal samą obroną.)

    Clausewitz był faktycznie niezły, ale Liddell Hart to nie jest po prostu jakiś jego epigon i swoje też wie. Zresztą on, z tego co wiem, nigdzie nie mówi, że atak jest be, tylko że obrona wymaga o wiele mniej zasobów, więc atakujęcy trza wiedzieć co się robi.

    Co do języka, to oczywiście masz sporo racji, ale jednak - jeśli krótkość zawsze zwycięża, to dlaczego mamy "tarczę", a nie "szczyt"; "odwagę", a nie "kuraż", "żołnierza", a nie np. jednosylabowego "woja"?

    I dlaczego wszystkie słowa nie są jeszcze jedno, góra dwusylabowe? ;-)

    Zgadzam się w pełni, że tego typu - językowe, bo o nich w tej chwili - spekulacje są cholernie "nienaukowe", bo niezwykle w nich trudno o jakąś ścisłość, obiektywizm, weryfikację itd. Co jednak nie musi oznaczać, że w tym nie ma kompletnie nic.

    Są całkiem poważne językoznawcze hipotezy na temat skąd się np. wzięło francuskie ("paryskie") R grasseyé. Że to mianowicie wpływ dworu i dam, chęć bycia wytwornym, a początkowo zapewne jakaś popularna szyszka z wadą wymowy. (Pradziadek Tuska?)

    Nie całkiem to samo, ale nieco z podobnej parafii.

    A przy okazji - z czego jest ten Twój początkowy cytat o językowym labiryncie? Czyżby...?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  22. @ Tygrys

    A ofensywa Tet, a Ho Szi Mina? To niby co? Przy czym ta druga to typowy przykład wykorzystania wcześniejszej skutecznej strategii obronnej,doprowadzającej do takiego osłabienia przeciwnika, które wreszcie umożliwiło przejście do natarcia.(Co najśmieszniejsze płd Wietnamcy nadal posiadali przewagę liczebną, ale gówno z tego.)

    Zresztą nie ma co wyważać otwartych drzwi, po Clausewitzu niewiele sensownego w tej materii można już dopowiedzieć. Co najśmieszniejsze znowu Prusak... (Ale tak naprawdę niepisaną powszechnie stosowaną pruską zasadą było; gdy wszystko bierze w łeb, to uderzać, uderzać, uderzać!)

    Cytata to Wittgenstein.

    OdpowiedzUsuń
  23. @ Amalryk

    Upieram się, że żadna północnowietnamska ofensywa niebyła naprawdę "strategiczna" - jeśli uwzględnimy, jaka część amerykańskich sił (choćby potencjalnie była w to naprawdę zaangażowana, nie mówiąc już o amerykańskim terytorium i różnych takich bardziej cywilnych zasobach.

    Dla mnie to była, góra, skala operacyjna. (Nie wiem czy takie rozróżnienie się powszechnie stosuje, ale u Liddel Harta, com go w mrocznych czasach PRL po polsku czytał, było. I wydaje mi się użyteczne.)

    W boksie, nawiasem, też można sporo obroną zrobić, jeśli uwzględnimy kontrbokserów. (Czyli mój ulubiony typ boksera.) Broni się, broni, skutecznie... Aż nagle łup i po walce. Albo KO, albo jeszcze trzeba nieco przywalić, ale to już praktycznie formalność.

    Zresztą zaczynamy nieco brzmieć jak dawni scholastycy dyskutujący maksymalną ilość diabłów na łebku szpilki. Choć może w sumie warto sobie przypomnieć różne takie szczególiki na temat walki.

    Że Clausewitz Prusak to było nieuniknione. Zresztą ichnia odpowiedź na Napka i reakcja na psychiczny uraz, który im ów gość zafundował.

    Za Wittgensteina dzięki! Zbyt długo obywaliśmy się tutaj bez Żydów, żeby to było bezpieczne! Swoją drogą, kiedy pałętałem się po uniwersytecie w Uppsali, ktoś mądry wyraził, w prasie chyba, opinię, że: "dzisiaj taki ktoś jak Wittgenstein mógłby na szwedzkim uniwersytecie co najwyżej obsługiwać kopiarkę". To mi zapadło w pamięć, bo było w sumie słuszne, i z tym mi się gość najbardziej kojarzy.

    W sumie mało go znam, choć parę szczegółów z życiorysu kojarzę.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  24. @ Tygrys

    Owszem, z drugiej strony trafiają się pyrrusowe zwycięstwa, ale to rzadkość, a gdy dochodzi do konieczności zajęcia terenu wroga, to zawsze mamy do czynienia z natarciem, choćby uderzało w pustkę i zamieniało się w zwykłe objęcie w posiadanie.

    O ile pamiętam do autorstwa pojęcia "sztuka operacyjna" to przyznawali się sowieci, ale tu bym był ostrożny, gdyż jak wiadomo samochód też wynalazł jakiś kowal z guberni kazańskiej już w XVIIIw.Ale samo określenie w dobie armii wielomilionowych jak najbardziej niezbędne w opisie tego co się na wojnie wyprawia.

    Z tym Clausewitzem to o tyle ciekawe, że pono gdyby nie żonka, to gówno by było a nie Vom Kriege, gdyż to ona zredagowała rękopis i doprowadziła do wydania po zgonie męża.

    Wittgenstein, też autor jednego dzieła, jako człowiek to nic wzniosłego, do fanów się nie zaliczam.

    OdpowiedzUsuń
  25. @ Amalryk

    Kowal z guberni, fakt. A jak się człek w młodości, jak ja na przykład, zabawiał czytaniem stalinowskich książek i gazet (dobrze że mi to nie zostało, bo to była całkiem chwytliwa propaganda!), to wie, że nie tylko samochód, bo praktycznie wszystko. Wsio!

    Z samolotem włącznie, o Ciołkowskim i rakietach już nie wspominając, co on był przecież rusek.

    Co powiedziawszy, nieśmiało zasugeruję, że jednak przepaść pomiędzy bitewną taktyką, a przynajmniej taką z XIX wiecznych Olszynek Grochowskich, a nastojaszczią strategią, jest OGROMNY, i może miałoby sens tam wprowadzić cosik pomiędzy. Nie sądzisz?

    No i że np. to, co dla Vietcongu było może "strategią", z pkt. widzenia amerykańców raczej nią chyba nie było. A taktyką też pewnie nie, bo coś więcej... Więc?

    Zresztą nie tylko Wietnam, bo i Afganistan, a dzisiaj talibany i al kaida także zwyciężają, lub zwyciężą, z całą pewnością, bez nijakiego strategicznego ataku.

    Clausewitz, z tego co pamiętam, także przywiązywał sporą rolę do wyczerpywania się sił (i np. amunicji) taktycznie zaangażowanych oddziałów - n'est-ce pas? Dużo tam było u niego o tym, że jak ktoś zachowa świeże odwody, to zwycięży. Chodziło konkretnie o taktykę, ale on w ogóle raczej się taktyką zajmował, z tego co pamiętam.

    No i tak to właśnie działa. Jak facet chce Ci coś wykręcić, udusić, wleźć na plecy... I nic mu nie wychodzi, to w końcu, ogłupiały, zmęczony i sfrustrowany, zostawi Ci rękę do swobodnego użytku, albo się wprost podda, albo, na tzw. ulicy, da Ci wsadzić sobie palec w oko...

    Albo przyjdzie Twój starszy brat i da mu kopa, kiedy on się tak męczy z Twoją ręką, która nijak nie chce mu się do niczego przydać.

    Że Wittgenstein był antypatyczny, to nie faktycznie wiedziałem, alem np. wiedział, że duża część jego rodziny popełniła samobója.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  26. ssehm mamche@ Tygrys

    Zwiększenie ilości nie niesie nijak za sobą zwiększenia jakości - rzekłbym nawet że mizeria "wielkich wodzów współczesnych" sugerowałaby dokładnie odwrotną konstatację.

    A czy Cywilizacje upadają w ogóle po serii jakiś widowiskowych katastrof wojennych? Pomijając tą Meksykańską, ale tu też te militaria to raczej takie sobie...

    OdpowiedzUsuń