czwartek, listopada 29, 2012

Tygrysizm dla białych pasów

WSTĘP

Najbardziej nie lubię się kulać z osiłami, jeśli one coś tam już potrafią. Zepnie się taki, łapy jak pnie dębu napręży - i co mu zrobisz? On, o ile nie potrafi już dość sporo, też na ogół krzywdy mi nie uczyni, ale co to za walka? Sto razy wolę kulać się z kimś o niebo lepszym, choćby był o 30 kg lżejszy i miał mnie odklepywać (zmuszać do poddania) parę razy ciągu pięciominutowego sparringu.

Jak trener, gość z czarnym pasem (co w BJJ jest sporą rzeczą, a w Polsce do tego rzadką) i mistrz Polski, albo taki jeden mój imiennik, który ma już za sobą kilka zawodowych walk MMA. Obaj zresztą trenujący z pięć razy dłużej niż ja i o wiele więcej. Jeden dobrze ponad dwa razy młodszy ode mnie, a drugi dobrze ponad trzy (!).

Ci mnie leją, przynajmniej wtedy (w przypadku tego Piotra od MMA, bo z trenerem to jednak by niewiele pomogło) kiedy staram się toczyć otwartą walkę, bo gdybym chciał po prostu przetrwać i niewiele robić, to by mi się to nierzadko udawało... Za to ja mam masę radości, kiedy przyjdzie jakiś nowy i to najlepiej osił.

Jeśli nie osił, to trochę mi głupio się znęcać... (Spokojnie, nikt nikomu krzywdy nie stara się zrobić i na ogół nie robi, choć szorstkich pieszczot faktycznie nie brakuje. Ale też w każdej chwili można odklepać, więc w czym problem?) Ale jeśli osił i całkiem zielony, to radość jest niesamowita. Rzuca się taki na człowieka i zaraz ląduje w jakiejś niezbyt korzystnej sytuacji, czyli przeważnie pod spodem.

Potem, kiedy już człek mu zaczyna zakładać jakąś dźwignię, albo, rzadziej, duszenie, taki osił, zamiast trzymać łapki ciasno przy sobie, w razie potrzeby blisko szyi, powiewa zazwyczaj nimi na boki niczym albatros, czyniąc założenie balachy czy innej Kimury rzeczą lekką, łatwą i (oczywiście) przyjemną.

Jeśli nawet osił nie jest aż tak surowy technicznie i nie daje sobie nic skutecznie wykręcić, to i tak można sobie po nim poskakać (w sensie pozmieniać pozycje, kiedy on rzęzi pod spodem) za co w typowych zawodach BJJ czy grapplingu są punkty, i co stanowi jedną z tych rzeczy, które człowiek w takich sparringach robić powinien. Oczywiście kiedy osił ma spore pojęcie o tych sprawach, zaczynają się schody.

Po co ja wam to ludzie mówię? Żeby sobie pogadać. Na własny temat w dodatku, jak lubię. ("Taki pan Triarius byłby lepszy od Ziemkiewicza, gdyby tyle nie mówił o sobie", cytat z pamięci. Rzekł tak ktoś wiele lat temu, chyba na prawica-niet. Muszę to kiedyś znaleźć i zacytować dosłownie.) Nie, żartuję! To znaczy - to też, ale mam i inny  powód.

Sprawa, o której zamierzałem napisać od dawna, choć od paru dni stało się to jakby jeszcze aktualniejsze. A zresztą mam z tym napisaniem problem, bo wy ludzie nic nie wiecie o grapplingu, a ja właśnie na grapplingowych analogiach i doświadczeniach zamierzam skonstruować swój wywód. No cóż, będziecie musieli nadrobić wyobraźnią i inteligencją. Oby was one nie zawiodły!

 A zatem, w imię Boże, zaczynajmy. No więc, jak się pomyśli, to może człowiek dojść do wniosku (i nie będzie on bezzasadny), że tę sprawę z osiłami i grapplingiem można by uznać za swego rodzaju analogię czy metaforę, i odnieść do wielu innych dziedzin życia. (I śmierci. Żeby daleko nie szukać.)

A co dopiero, jeśli ja wam tu powiem, że jest taki gość, który się nazywa Saulo Ribeiro - sześciokrotny mistrz świata w BJJ, dwrukrotny zwycięzca hiperprestiżowego turnieju w Abu Dhabi, założyciel znanej "akademii" itd. - który wypracował sobie oryginalną i ciekawą metodę nauczania jiu-jitsu. Polega ona na tym, że dla każdego koloru pasa...

Bo trzeba wam wiedzieć, że w BJJ (zazwyczaj) jest pięć kolorów pasów: biały (dla kompletnie początkujących), niebieski (niby niewiele, ale dostać to naprawdę nie jest łatwo), purpurowy (w sensie fioletowy), brązowy, i mistrzowski czarny...

(Ja sam nigdy powyżej białego w BJJ nie wyszedłem, bo i mało kto w ciągu roku wychodzi, a teraz żadnych pasów tam gdzie trenuję nie ma, bo to jest grappling bez piżam. Choć może kiedyś wrócę i do tamtego, kto wie?)

No i dla każdego koloru w akademii pana Riberio jest przewidziany specjalny aspekt BJJ, jako ten w tej chwili najważniejszy. Trenuje się różne rzeczy i masę aspektów - tym bardziej, że w grapplingu (jak BJJ) często trenują i sparują razem ludzie na całkiem różnych poziomach wyszkolenia, a często też o różnych gabarytach i wydolności fizycznej. To nie boks, gdzie trudno postawić naprzeciw siebie mistrza i początkującego.

* * *

WTRĘT

Choć kiedy ja kiedyś, jako dziarski dziewiętnastolatek, a więc wieki temu, przyszedłem pierwszy raz na trening do "Gedanii", to postawiono mnie naprzeciw wicemistrza Polski juniorów, z którym stoczyłem, bez żadnych ochraniaczy szczęki czy czegokolwiek, o owijaczach nie wspominając, pełne trzy rundy. (Kaski jednak chyba były, wbrew temu, co mi się długo wydawało. Ale tylko one.)

Po jakiejś minucie miałem rozwalony nos, dwa wybite kciuki (rękawice były takie przedpotopowe, w dodatku zużyte, pięści nie dawało się zamknąć), dwa ruszające się przednie zęby i rozkrwawioną wargę, a po paru następnych (jak się potem okazało) także ogromne pęcherze na podeszwach. Od żwawej pracy nóg i godnej Księżniczki na Grochu delikatnej skóry. Widać niewiele przed tym przez jakiś czas chodziłem, czasem tak miewam. Paliło w każdym razie jak cholera i potem z trudem doszedłem do kolejki.

Ale pełne trzy rundy przeboksowałem, jeśli to można nazwać boksowaniem. Co na pewno nieźle świadczy o mojej ówczesnej kondycji. Gorzej było z samym boksem. Zacząłem ostro, inspirowany filmem "Między linami ringu", gdzie Rocky Graziano i Tony Zale (czyli Antoni Florian Załęski, o którym niedawno Jarecki pisał)... Co się zaraz skończyło tymi wybitymi kciukami i rozwalonym nosem.

Tamten chłopak, mój przeciwnik znaczy w tej wiekopomnej walce, wyraźnie nie lubił długowłosych studentów, a ja wtedy naprawdę nie wyglądałem na dziecię gdańskiej Przeróbki, gdzie mieściła się hala klubu. Zresztą jego koledzy też nie lubili. co miało pewien wpływ na dalszą moją karierę. Precyzyjniej mówiąc, na jej brak. W owym klubie i w boksie w ogóle. Choć z taką skórą jak moja, to raczej Dempsey by ze mnie i tak nie był.

Ale to już inna historia. Swoją drogą, na następnym sparringu, w jakieś dwa tygodnie potem, i jeszcze potem nie raz, miałem zaszczyt boksować już nie z wice-, ale z mistrzem Polski juniorów. I to nie o wagę niżej niż ja, tylko w tej samej. Naprawdę niezły był. Coś tam jednak już podłapałem i po zakończeniu byłem w znacznie lepszym stanie, niż za pierwszym razem, choć do zwycięstwa sporo mi wciąż brakowało. Tak samo z seniorami drugoligowej wtedy "Gedanii".

(A druga liga to był boks - pierwsza to było "damskie przedszkole", jak stwierdził Marian Glinka w serialu "Daleko od noszy". Coś w tym pewnie było z prawdy.) W każdym razie dzisiaj, z tego co wiem, już się tak narybku na samo przywitanie nie traktuje - dzisiaj to w porównaniu z tamtym sama słodycz i to humanitarna. Choć, po prawdzie, jakichś faulów to ja z tych sparringów nie pamiętam.

Ci co mnie lali, radzili sobie widać bez nich, a ja radziłem sobie bez nich z tymi, z którymi sobie radziłem. A było ich nie tak mało. W ogóle ponoć przejawiałem pewne zdolności, choć niewiele z tego wyszło i ja się w sumie niezbyt nawet teraz dziwię.

* * *

OK, więc może teraz ktoś chce wiedzieć jakie to są te priorytety dla poszczególnych pasów? Wedle Saulo Ribeiro znaczy. No i tu się zaczyna naprawdę ciekawe (choć moje starcze opowieści też chyba dały się czytać?) i to, o czym pisać zamierzałem. Zatem informuję:

* biały          - przetrwanie (w niekorzystnych sytuacjach)

* niebieski    - wychodzenie z niekorzystnych sytuacji

* purpurowy - garda

* brązowy    - przechodzenie gardy

* czarny       - chwyty kończące (czyli co zrobić żeby facet miał dość)

Dwa pierwsze punkty i ostatni powinny chyba być w miarę zrozumiałe nawet dla grapplingowych laików. Dwoma środkowymi, które zapewne nie będą, nie musimy się zajmować akurat w tej chwili. W końcu to jest  "Tygrysizm dla białych pasów", a nie np. brązowych.

Nas w tej chwili najbardziej interesuje KONTRAST pomiędzy tym, co jest głównym tematem i motywem dla pasów białych, czyli (samym gołym) PRZETRWANIEM z jednej, i tym czym się głównie mają interesować pasy czarne, ludzie hiper-zaawansowani, czyli KOŃCZENIEM Z PRZECIWNIKIEM BEZ NIEDOMÓWIEŃ, WĄTPLIWOŚCI CZY ŁASKI SĘDZIEGO, i to PRZED CZASEM (bo do tego służą chwyty kończące, gdyby ktoś nie wiedział). Oczywiście nie mówimy o żadnym tam mordowaniu kogokolwiek, tylko o sportowych zawodach i sparringach, w sumie przyjacielskich.

(Serio! Rzadko spotyka się tyle słodyczy ze strony facetów, jak na grapplingu. Lewizna może o tym różne rzeczy pewnie mówić, jak to oni, ale to jest całkiem po prostu naturalna słodycz silnych ludzi, którzy wiedzą, ile drug drugowi zawdzięczają i jak bardzo kumpel, czasem przeciwnik, zasługuje na szacunek. Tak samo, jak oni sami zresztą.)

Jak już co inteligentniejszy czytelnik (tu pozdrowienia dla zawodowych czytelników mojego bloga!) zdołał pewnie się domyślić, ten "Tygrysizm dla białych pasów" to właśnie sprawa PRZETRWANIA. Przetrwania tygrysicznego. Przetrwania nie tylko na macie - nie tylko nawet na ulicy czy w knajpie, gdzie też czasem, mniej lub bardziej niestety, grappling znajduje zastosowanie. Bardziej ogólnie, jak to się mówi, "w życiu".

Chodzi o coś, co by się dało sformułować jako: "Jak zostać (i pozostać) Tygrysistą w otoczeniu lemingów i to w warunkach, które produkowaniu lemingów wyjątkowo wprost sprzyjają?"

To na razie tyle. Deo volente, i jeśli będzie jakieś widoczne gołym okiem (bo mikroskopu używać do tego nie zamierzam) zainteresowanie, to sobie ten temat dalej pociągniemy. Jeśli nie będzie zainteresowania i sobie nie pociągniemy, to macie w tym wpisie nieco wspomnień z zamierzchłych czasów i informacji do jakiegoś Trivial Pursuit. (W końcu ile więcej byście chcieli - za darmo?) Ale jak to kogoś interesuje o tych pasach i PRZETRWANIU, jeśli komuś to się z czymś kojarzy i uważa, że może się przydać, w życiu, to ja to mogę pociągnąć, bo mam sporo ciekawych rzeczy na ten temat do powiedzenia.

triarius

P.S. Kak swabodno dyszajet cziełowiek w eciej III RP, prawda?

15 komentarzy:

  1. A ten znów o tym mordobiciu (pomyslała sobie wiekszość stałych czytelników), ale bład tu raczej o obłapianiu, i to faceta z facetami - a fuj! Drodzy lewacy pewnie by ci cós tam szalenie madrego i oczywiście szalenie naukoweo z dochtóra Freuda wyszukali...

    Tusze iż nasza prawica (o ile zakres semantyczny pojecia nam sie tu pokrywa)ma w głębokiej niechęci podobne formy aktywności cielesnej, a szkoda. Ludzie nie zdaja sobie sprawy z tego że kloszowy wychów powoduje, iz w razie draki już nie strach a podświadomy opór spowoduje że nie bedą w stanie najnormalniej przypierdolic w ryj chujowi, gdy zajdzie potrzeba (nie mówiąc juz o strzelaniu).

    Cóż chwali Ci sie tę skłonność, wybacza ten narcystyczny lansik. Ale wśród nas, którzy się kochamy w rzeczach rycerskich (jak mawiał Zagłoba)te sprawy są zrozumiałe.(Ale mógłbyś nam nieco przybliżyć gdzie są te punkty wspólne BJJ und survivalu w jakim nolens-volens uczestniczy nieszczęsny mieszkaniec Bugoodrza pod świetlanym przewodnictwem gajowego i folksdojcza?)

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Amalryk
    Survival - np przeciwnik siedzi ci na brzuchu, a Ty musisz się wydostać.
    Zapewne wiżąe się to z psychiką - niby wszystko stracone, ale trzeba zrobić wszystko, żeby nie zginąć' przegrać.

    @ Tygrys
    Fajnie, że piszesz o BJJ. Trenuję od jakiegoś czasu (5 miesięcy minus przerwy) (w piżamach i bez) i muszę powiedzieć, że jest zajebiście.
    We wtorek mieliśmy w klubie 1szy trening zapasów (styl wolny) - to też robi wrażenie, i to jakie! Poza tym przyda się w stójce. Trenowałeś kiedyś, Tygrysie?

    Luca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Luca
      "Zapewne wiąże się to z psychiką..." - zapewne, zapewne. Śmiem twierdzić,iż w sportach walki najczęściej jest tak, że twardzi stają się jeszcze twardsi a słabi odpadają. W ogóle wychowanie wojownika to o wiele dłuższy i trudniejszy proces niż półtorej godziny, parę razy w tygodniu, na macie czy na ringu... Kto wie czy jaźń nie kształtuje się już nie tyle od dzieciństwa co w kolejnym pokoleniu...

      Usuń
    2. Kto wie...
      Kiedyś mówiono, że szlachetność, czy wojowniczość się dziedziczy, teraz, że kolor oczu i skóry itp. Gdzie leży prawda? Dobre pytanie. Z pewnością otoczenie środowiskiem wojowników dziecka od maleńkości ma znaczenie (Spartiaci wg. starożytnych przekazów w porównaniu z "ostatnim człowiekiem" schyłku to niemal Übermenschen). Z pewnością ogromne znaczenie ma pochodzenie człowieka, bo ono warunkuje jego percepcję siebie, w oczywisty sposób wpływającą na to, kim się staje i co osiąga.

      Moja hipoteza: "krew" może być splotem pochodzenia (nie chodzi o geny), wychowania i przeżyć osobnika. Czy może być przekazana tak jak geny - nie wiadomo.

      Wychowanie wojownika to z pewnością długi i trudny proces, co widać niemal na każdym kroku. Szczególnie, jak trzeba stworzyć zwarty oddział niemal z niczego - patrz Legia Cudzoziemska. Wpierw łamią dawną psychikę, żeby stworzyć legionistę. (W Specnazie też słodko nie ma, o ile wiem.)

      Co do 1szej części odpowiedzi: "co Cie nie zabije, to Cię wzmocni", parafrazując pewnego znanego polskiego (czuł się, więc dlaczego by inaczej nazywać?) filozofa.

      Usuń
    3. @Luca

      Spartiaci, samuraje etc. Co ciekawe wszyscy oni mieli wstręt na geszefciarstwo...

      O specnazie się nie wypowiadam bo nie wiem. Ale w Legii co nie co się jednak zmienia. Mój koleś, który się był zaciągnął w latach 80-tych, obóz szkoleniowy od strony kondycyjnej uważał za małe piwo (ale był naprawdę niezłym milerem)nieco szokowały go zaś metody dydaktyczne kadry podoficerskiej (podobno sporo wśród nich się trafiało wówczas byłych dederonów). Np podczas marszobiegu w oporządzeniu w Pirenejach, gdy delikwent siadł ze zmęczenia i zasugerował wrzeszczącemu kapralowi aby się odeń odpierdolił, to ten w odpowiedzi nie specjalnie się zastanawiając wypłacił z buta w facjatę siedzącemu na dupie kandydatowi na legionistę defasonując mu kichawę(co z resztą natychmiast wyzwoliło cudownie w adepcie głebokie rezerwy energii).

      Pokolenie później podobne praktyki już się raczej nie trafiają, choć nacisk na szkolenie fizyczne jakby nieco większy. Tylko że w formacji mego współczesnego rozmówcy ( sierżant z 2e REP z Calvi na drugiej turze)towarzystwo jest dość wyselekcjonowane a i prochu poza strzelnicą każdy z nich parę razy powącha.

      Usuń
    4. @Amalryk

      Jednak coś jest w tej opozycji pieniądz - krew.

      Legia: o takich metodach nie słyszałem, ale z pewnością się nie opierdalają.

      O Specnazie czytałem u Suworowa, więc może część się nie zgadzać, ale ogólny obraz jest taki, że zmieniali ludzi w maszyny do zabijania (trudno, żeby robili inaczej) w dość brutalny sposób (bicie przez ręcznik w nocy przez dziadków, taplanie się w krwi etc).

      Myślałem trochę, acz nie całkiem serio, o wstąpieniu do Legii. Jak warto się ew. przygotować?
      Oczywiście jeśli już, to chciałbym służyć w 2e REP.

      Usuń
    5. Suworow to piewca chwały armii radzieckiej, poza pewnymi fragmentami "Żołnierzy Wolności" - więc do jego rewelacji podchodziłbym z rezerwą (albo był zadaniowany, albo szybko wrócił na łono rodiny).

      Legia? Albo serio, albo wcale! To przede wszystkim monotonna, wymagająca służba w skoszarowaniu, wśród tych samych gąb w warunkach surowej dyscypliny z nieuchronnymi konfliktami wewnątrzgrupowymi. A w 2REP misje bojową masz pewną, ich zawsze wypierdalają w jakieś gówno w pierwszej kolejności, i nie są to zabawy w paintball (tyle że na misji płaca ekstra). Dodatek za skoki jest, ale skakać trzeba ale nikt specjalnie do tych skoków nie tęskni bo to nie to co fruwanko na skrzydle w jakimś aeroklubie...

      Wymogi nie są jakieś olimpijskie, ale wszystko zależy na jaką rekrutację trafisz, gdyż wybierają (co zrozumiałe)najlepszych spośród kandydatów. Np "Afgan" (taki znajomek, były żołnierz zresztą) olał przygotowanie kondycyjne, bo co tam, co tam! i w tym roku, w maju czy czerwcu, zamiast w Legii wylądował na magazynie w Tesco...

      Usuń
    6. Co do Suworowa - zgoda.

      Legia - no tak, to 5 zajebiście ciężkich lat, ale z drugiej strony szkolenie wydaje mi się b. solidne. No i jak człowiek dostanie porządnie w dupę, to zmienia mu się perspektywa (na lepszą).

      A polskie służby wydają mi się trochę, cóż, gorsze.

      Usuń
    7. Przede wszystkim nie ma żadnych służb polskich, bo nie ma (od ¾ stulecia) Polski („Polska” to historyczna, mierzona krwią, nazwa zastrzeżona) a to co tutaj jest; bugoodrze, cipistan, gubernia warszawska etc, co tam kto woli, nie jest w każdym razie zbyt piękne. Z kolei jeżeli nie jesteś czyimś tam znajomkiem, to nawet z tej obecnej armii zbawienia wypierdolą cię czujnie tuż przed nabyciem jakichkolwiek praw emerytalnych, i powodzenia.

      W Legii po pięciu latach, każda następna tura jest łatwiejsza, a po trzeciej rząd francuski przesyła ci co miesiąc pod dowolny adres te twoje 1100 ojro; co z kwotą uzbieraną z żołdu, której jeżeli lekkomyślnie nie przepiłeś z kurwami, w takim np nieszczęsnym bugoodrzu czyni cię człowiekiem nawet zamożnym. A z obywatelstwem francuskim, i stosownym CV w szeroko rozumianej branży security przyjmą cię, jeżeli będziesz chciał się jeszcze wysilać (w sumie czterdziestolatka) wszędzie.

      Usuń
    8. Co do Polski - pardon, faux pas.

      Legia - dużo zalet, ale to pięć lat, więc jeszcze to przemyślę. Ale dzięki za pomoc.

      Usuń
  3. @ Anonimowy

    Witam brata grapplera!

    Zapasów nigdy nie trenowałem, czego naprawdę żałuję. Trenowałem za to judo, całe praktycznie studia, wieki temu. W stójce byłem całkiem niezły, gorzej z parterem, do którego zresztą w porównaniu z BJJ przywiązywano śmiesznie małe znaczenie. Dla mnie to było miłe, bo nie znosiłem parteru, ale też w poważniejszych walkach stanowiło to kamień u szyi, bo jak tu gościa obalać, skoro człek się boi znaleźć z nim na ziemi?

    My teraz sprawli i wejść w nogi trenujemy naprawdę sporo, choć sparringów z nóg, z obalaniem, niemal żadnych. Chłopaki na MMA to robią, no i takie sparringi bywały dość często w moim poprzednim klubie. (W tym, w którym byłem na opisywanym tu szoleniu R.A.T.)

    Te sprawle i wejścia to czysta słodycz, bo to np. wygląda tak, że masz 5 minut sparringu, potem np. 50 sekund wejść albo sprawli, "dla odpoczynku". Potem minuta oddechu i nowy sparring. Nacisk na fizkulturę naprawdę potężny w tej seksji, a ja dość często jednak odczuwam tu swoje 60 wiosen i tylko 3 (z kawałkiem) lata treningu po długiej i ponurej przerwie.

    Trenowałem też aikido, jeśli mówimy o czymś, co można nazwać grapplingiem, co i się przydawało w pracy nóg, unikach, i czasem, rzadko dźwigniach na głonie w BJJ. Na jakichś wątłych młodzieńcach.

    W zapasach najbardziej mnie chyba kręcą ich zdolności manewrowe w parterze. No i rzuty tego typu, jak w stylu klasycznym, czyli np. przez ramię (judowe seoi nage, ale bez kimona, więc o wiele trudniej), nie mówiąc już i zupełnie imponujących supplesach. Ale te sprawy w parterze oni mają naprawdę super. Skombinowałem sobie parę dobrych książek na te tematy, mam też różne intruktarzowe videa, i próbuję to podłapać.

    Szczęśliwie mój częsty ostatnio partner trenował sporo lat, choć miał długą przerwę, i to właśnie wtedy jego trener miał jakieś takie zapaśnicze "obsesje", więc gość robi nieźle tego typu rzeczy.

    Robisz mu sweepa, a on ląduje na cztery łapy, za to ty nie zdążąsz wstać z pleców... Dotychczas myślałem, że to właśnie mój specjalny talent.

    No i cholernie trudno ominąć jego otwartą gardę tak, żeby nie wpaść w zamkniętą. A gość nie jest żadnym wielkim mistrzem, ani nie jest jakoś specjalnie silniejszy ode mnie, ale te jego zapaśnicze sprawy - radzenie sobie w scramblu - są dość nietypowe i, mam nadzieję, cenne dla mnie z edukacyjnego pkt. widzenia. Fakt, że gość trenował to z 2,5 raza dłużej ode mnie, ale też jest w sumie jednak mniejszy.

    Co nie znaczy, bym go nie potrafił odklepać. Choćby wczoraj.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas też ogólnorozwojowo mocno.

    Stwierdziłem, że to nie jest tak, iż istnieją "pewne" techniki. Z każdej można uciec, tak jak Twój partner ze sweepa. Ja mam z tym problem, że OK, zdobywam pozycję, ale nie jestem dość ciasno i np. ostatnio wziął mnie kolega do trójkąta z bocznej (ja na górze oczywiście). To pewnie kwestia praktyki i pamiętania, że głowa jest b. istotna w BJJ, bo w końcu to takie szachy. Matujesz przeciwnika.

    Pzdrwm i, że tak napiszę, połamania kończyn!
    Luca

    OdpowiedzUsuń
  5. @ WSIe w Mieście

    Poteoretyzować, poteoretyzować... A tu Historia się dzieje i prawdziwe Życie!

    Wczoraj było historyczne wydarzenie. (Że się, wetnę à propos przetrwania.) Otóż kulałem się z (vice)trenerem, w każdym razie gościem z krajowej czołówki BJJ i który w tym roku zakwalifikował się do Abu Dabi (a co to jest, można sobie sprawdzić). Wprawdzie nie w czarnych pasach, bo takiego jeszcze nie ma, ale gość jest naprawdę niezły...

    No i przetrzymałem z nim pełne 5 minut bez odklepania. Trochę po mnie skakał, ale nawet z dosiadu wyszedłem mu w parę sekund, nie mówiąc o tym, że jego próba balachy skończyła się (niezły w tym jestem) tym, że ja znalazłem się na górze. Nie na specjalnie długo, fakt, aleć zawsze.

    Gość jest wprawdzie ze 20 lżejszy, ale raczej jednak silniejszy, bo ja silny za cholerę teraz nie jestem, choć może w końcu coś się poprawi.


    Tak że widzicie - sky's the limit!

    A co do wojownika, to, tak mi się widzi, że spora część tego polega po prostu na akceptacji faktu, że się może nie przeżyje. Plus cierpieniu na treningach/ćwiczeniach/sparringach/zawodach/przy-kopaniu-latryn. Plus często alkohol i/lub niewyspanie.

    Gorąco polecam "The Face of the Battle" Kevina Keegana!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurwa! cały komęt mi wcięło! Więc się ograniczę tylko do: felicitationes!

      Usuń
    2. No. To jest niesamowite, różnica pomiędzy umiejętnościami na samym początku (prawie wszyscy oddają plecy, albo dają się dosiąść), a później, kiedy co nieco łapiesz i umiesz zastosować. I oczywiście początkujących nawet nie próbujesz przechodzić - sami się dają.

      No i oczywiście - gratulacje Tygrysie!

      Wojownik - też tak sądzę - trening wytrzymałości psychicznej to podstawa. Plus determinacja.
      Jak to mówią - "Qui veut mourir, ou vaincre, est vaincu rarement", n'est pas?

      Usuń