sobota, maja 23, 2015

Dzięki bogu za gejowskie małżeństwa!

- Słuchajcie Wiadernik. Dostaniecie nie jeden, ale dwa... Albo trzy, niech będzie... Papierosy, jeśli mi szybko znajdziecie i przyślecie do mnie Klumppa. Ale w try miga!
- Tak jest, towarzyszu pierw... Chciałem powiedzieć towarzyszu komisarzu. Ciągle mi się myli.
- Zamknijcie pysk i jazda, Wiadernik!

 "Co ja mam z tym kretynem", pomyślał. Ale już tylko tacy zostali, poza Klumppem oczywiście. Oficjalnie to Alfons von Klumpp, baron Koppfschtumpffussunddreieierpferdeniacke. He he! Od jakiegoś czasu, czyli od ostatniej masowej nobilitacji dokonanej przez Unię. (Może były jakieś nowe, ale on o tym nic nie wiedział, bo nie miał jak.) Tutaj od lat żelazną ręką pełniący funkcję Yurfriendlipolisfirera. Przedtem podobno jego zawodem było jego imię, ale chyba nie chodziło o kobiety, bo Klumpp kobiet nie znosi.

Tylko Klumpp mógł sobie poradzić z tym zadaniem, jeśli w ogóle ktoś. Reszta... Jaka reszta? Jest Wiadernik, idiota ciągle napity, nawet w tych czasach, kiedy już nawet o w miarę normalny bimber trudno. Kiedyś pędziło się z cukru, to pamiętał, ale cukru od dawna już nikt tu nie oglądał. Trudno uwierzyć, że tego człek doczekał! Z czego oni to dzisiaj pędzą, że Wiaderniak i jemu podobni wciąż spici? Ze wszy? Może raczej z pluskiew. To by nawet miało tradycję.

Spróbował się uśmiechnąć, bo żart mu się spodobał, ale nie wyszło. Westchnął więc, podrapał się po brodzie i spojrzał przez niesamowicie brudne okno na szary mur tuż za nim, może dlatego, że z tamtej strony rozległy się strzały z broni maszynowej. Całkiem chyba niedaleko. Nic aż tak niezwykłego w tych czasach, oczywiście, ale wciąż miał taki odruch, że często spoglądał. Szczególnie oczywiście, jak jakaś porzadna bomba i w pokoju dzwoniły te niesamowicie brudne szyby. Bomb dzisiaj jeszcze nie było, to chyba islamiści rżną się między sobą. Chyba że... Wolał nie myśleć o innych możliwościach.

W ogóle to czuł się fatalnie. Niewyspany, to raz. Było paskudnie gorąco i jeszcze bardziej duszno, a wentylator oczywiście nie działał. Bo jak miał działać, skoro od czwartku prądu nie było nawet przez chwilę. Twarz, ogolona trzy dni temu cudem gdzieś znalezioną tępą żyletką, swędziała potwornie.  Nie mógł się zdecydować na brodę. Drapała (dzisiaj brzmi to cholernie ironicznie), a w dodatku ta plaga wszy. Choć niewykluczone, że za parę dni, za parę tygodni, wszyscy będą mieli brody. Z takiego czy innego powodu.

Znowu zaczynał go boleć łeb, jak zawsze nad lewym okiem, tak się to przynajmniej zawsze zaczynało. W dodatku od wielu dni dręczyła go nadkwasota. Nadgniła cebula, którą próbował ostatnio zapełnić nieszczęsny żołądek, też w tym nie pomagała. Czuł to wyraźnie. Niestety.

Z pomocników został tylko Klumpp, który i tak na pewno ćwiczy już pięć razy dziennie bicie czołem w kierunku Mekki... Oczywiście za bardzo mu nie ufa. Nikomu zresztą. Ale ten chociaż potrafiłby na przykład określić, w którą stronę jest Mekka. Reszta, Wiadernik i ci dwaj pozostali degeneraci... "Pozostali" w sensie jak najbardziej dosłownym, bo reszta gdzieś poznikała, od kiedy Góra przestała przysyłać żarcie, bimber i co tam jeszcze... Mało i marne jak cholera, ale zawsze. Od kiedy po żarcie trzeba było wychodzić za mur, zrobiło się naprawdę ciężko. Klumpp czasem wychodził i potrafił z czymś wrócić.

Świetnie w sumie (choć oczywiście tak myśleć nie wolno, i aż się zaśmiał), że prole spaliły mu ten posterunek. Musiał się tutaj wprowadzić. Teraz jest jakby moim podwładnym i w sumie tylko on. No i ja oczywiście. Jakoś to trzymamy. Jak długo jeszcze? Wolał nie myśleć - nigdy, a co dopiero teraz, kiedy łeb go bolał, morda swędziała, a w dłoni trzymał ten kurewski, kurewski, kurewski świstek.

Miesiąc, dwa temu, nie byłoby problemu. Zresztą nie było go i trzy tygodnie temu, kiedy taka sama rzecz się przecież udała. Ale są rzeczy, które mogą się udawać za każdym razem, kiedy sie chce, i są też takie... (O kurwa, mój łeb!) Są też takie, które mogą się udać tylko raz. Albo raz na jakiś czas. Lata czy coś. A tutaj... Jasna cholera - żądają tych cholernych pedałów, wysyłasz patrol żeby ich nałapać, odstawiasz gdzie trzeba, na jakiś czas odsuwasz widmo szturmu islamistów na osiedle... Potem niemal cała podległa ci policja...

Nie używał w swych prywatnych soliloquiach politpoprawnego określenia "Yurfriendlipolis", ani skrótu YFP. Kiedyś może by się tym niepokoił, ale teraz już nie. Unijna policja myśli nie zdążyła się rozwinąć zanim wszystko zdechło. Myśli były wciąż w sumie prywatne. A tak się przecież starali! Klumpp w sumie miał to i tak gdzieś, zajęty swymi dziwnymi interesami.

A reszta była daleko. Reszta ludzi z jakimś mózgiem, znaczy, bo Wiaderniak i jego koledzy to co innego. Za to islamiści byli blisko, i, jak się okazywało, szybko mogli się znaleź jeszcze bliżej. I prole. Taki wściekły głodny prol w amoku, szczególnie w większej ilości, to też... W końcu ten tam patrol to chyba nawet nie islamiści unicestwili, tylko, sądząc z przesłanek, właśnie prole. Jakąś by ekspedycję karną... E tam, nie ma się nawet co nakręcać!

Ten tytuł Klumppa to ciekawa sprawa. Lubił czasem o tym myśleć, bo go to bawiło, a mało miał teraz powodów do radości. Od kiedy euro-pieniądze straciły wszelką wartość, a cebuli, buraków i nafty, którymi przez czas jakiś opłacano, nagradzano i kupowano ludzi, zabrakło, Unia zaczęła masowo nadawać tytuły. Sam miał zostać hrabią, ale dokumenty gdzieś ponoć zaginęły. I nawet fajny sobie wymyślił herb. Wysłał oficjalną prośbę z opisem, Tak to miało wyglądać: "Stworzenie podobne do Angeli Merkel, Matki Nas Wszystkich, przebija Św. Jerzego kopią. (Aureola, na koszulce z przodu napis JERZY.) W naturalnych kolorach, w polu azur". Dookoła oczywiście gwiazdy w or, ale to wiadomo.

Posmarował też łapę komu trzeba, a właściwie to załatwił pewien kontakt. Śliska i niebezpieczna sprawa, więc sza! Ale nic z tego nie wyszło. Szkoda. Ten herb to była genialna sprawa. No nawet jeśli, jakimś cudem, modły różnych tam Amalryków i to ich masowanie cnotki (własnej, bo i czyjej niby?)... Jakby to była zaczarowana lampa z Tysiąca i Jednej Nocy... O tego tam Godfryda skądśtam na białym koniu ...  Te naiwne brednie...  Gdyby to jakimś cudem, zadziałało, to dość łatwo będzie odwrócić sytułację. Św. Jerzy przebija kopią smoka. Że się komuś pokręciło. I git. Na cztery łapy. Jak zawsze dotąd. Tylko, kurwa mać, ta dzisiejsza sprawa!

Klumpp (swoją drogą jemu dali herb z przydziału: cebula, w polu sable, pod nią napis GMO, argent. I gwiazdy, bo to ma każdy nowy arytstokrata.) No więc Klumpp... He he, arystokrata, pęknę ze śmiechu! Za dwadzieścia pokoleń, jak się ucukruje! Ale nie zdąży. No to co robimy z tymi... Niech im będzie - "gejami"? Za pierwszym razem, kiedy ta znana organizacja przysłała człowieka i zażądała ich wydania - "wszystkich obrażających Allacha swoją chucią" i te rzeczy - nie było to aż tak trudne. Archiwa, choć komputery od dawna nie działały, zostały szczęśliwie zachowne w wydrukach. Ktoś miał przeczucie.

Poszli chłopcy, trochę popytali... Klumpp... Baron von Klumpp, z imienia i zawodu Alfons... Więc on, to mu trzeba przyznać, wie komu dać pół słoika dżemu, żeby śpiewał gdzie ukrywa się jakieś "gejowskie małżeństwo"... Albo po prostu pedał. Za łyżkę dżemu z buraków prol więcej zrobi, niż tylko wyda sąsiada. Tym bardziej, że tych pedałów nienawidzą teraz oni wszyscy gorzej chyba niż w najgorszym średniowieczu. Bo to pupilki znienawidzonej Unii. Klumpp wiedział też oczywiście kogo warto po prostu ścisnąć za jaja. Po co bez sensu karmić prole łakociami. Tańsze, równie skuteczne. Dżem z buraków przecież na drzewach nie rośnie.

Czy co tam ma taki prol, jeśli nie akurat jaja. Śpiewali jak w operze i większość pedałów udało się szybko wyłapać. Paru się nie udało, fakt. I ci się teraz mogą przydać. Jeśli się dadzą złowić, co nie jest proste. Oczywiście nikt nie sprawdzał, czy wszyscy ci wydani islamistom to naprawdę peda... geje. Klumpp z pewnością ułatwił sobie robotę, dobierając z porządnych. Ale co tam, gdzie drwa rąbią. Nie czas żałować... Proli, no bo czego innego? Snu mi to na pewno nie odbierze. To bydło i tyle.

Ale teraz? Pojawiła się ta nowa grupa islamistów, jakieś walki między nimi, jak słyszał... I też zarządała tych "grzeszników", żeby ich "przykładnie ukarać". Nie byłoby problemu, w końcu prole, ale skąd ich wziąć? Nabiorą się ci nowi na samych porządnych, normalnych, heteroseksualnych? Nie ma gwarancji. Zasięgną języka, tu ścisną, tu pół słoika drzemu... Zresztą, jeśli ktoś w tych podłych czasach ma drzem, to właśnie tacy. Więc z tym nie będą mieli problemu. I jak się wyda? Zemszczą się. Koszmar!

A tu dookoła sami idioci i nikomu zaufać. Klumpp na pewno już myśli o przejściu na ich stronę, ale ta reszta też by chciała, tylko, po pierwsze nie wie, gdzie ta Mekka... Więc albo szukają, albo zwyczajowo biją czołem w kierunku Moskwy... A jeśli spróbują spełnić inne wymagania Proroka, to będzie rzeźnia! Aż się uśmiechnął na tę myśl. Z Klumppem byłoby co innego, ale on, na swoje szczęście, już nie musi.

O kurwa, co za cholerny problem! Co za chujowe życie! Mógłby się na to wypiąć, ale skąd by wtedy brał margarynę i cebulę? Które teraz robiły mu wprawdzie katastrofę w trzewiach, ale przecież bez żarcia się nie da. A poza mur nikt już dobrowolnie nie wyjdzie, góra Klumpp z kilkoma swoimi i bronią, kiedy akurat z islamistami zawarliśmy swego rodzaju chwilowy rozejm. Tylko, że teraz wygląda, że mamy tu w dzielnicy dwie grupy, więc jak się mam tą cholerną dupą do tego cholernego, cholernego wiatru ustawić?

Znowu spojrzał w okno. Tam za murem już nic się chyba nie działo. Tylko w oddali, z innej strony, słychać było pojedyncze strzały, ale jedynie z pistoletu. Podrapał się po swędzącym jak diabli policzku, westchnął i postanowił jednak tę sprawę jeszcze jakoś rozwiązać. Potem niech się dzieje co chce, i tak nie ma na to wpływu. Jest jakiś pozytyw w tej całej koszmarnej sytuacji. "A co by było", zadał sobie pytanie, "gdyby nie było tych gejowskich małżeństw, he he, i ci islamiści, nawet jeśli nadal by chcieli karać rozpustę i te rzeczy, musieli by mieć ich łapanych pojedynczo, bez żadnej oficjalnej, urzędowej rejestracji...?

"Zgroza! Tak mamy za jednym połowem od razu dwóch pe... gejów. I od razu wiemy gdzie powinni siedzieć... Choć w tych czasach nikt się meldunkiem nie przejmuje, ale jednak... Mogli by być niezarejestrowani, mogli by żyć pojedynczo... I, o zgrozo, islamiści mogliby mieć jakąś inną obsesję - na przykład cebulę, albo powiedzmy słoninę... Nie, słoninę to nie... Ale niech będzie... Nafta. Albo coś. Ale niby skąd wziąć? Może unijnych urzędników? Wzdrygnął się na tę myśl i zaczął z całej siły trzeć szyję i policzki.

Na razie musimy jednak tylko nałapać im tych tam gejów, skoro oni ich tak pragną do tych swoich... Jest z tym robota, tym razem nawet jest i cholerny problem, ale dotąd jakoś się kręciło. Dzięki bogu za te całe gejowskie małżeństwa!"

Całkiem blisko tym razem rozległ się potężny huk, wszystko się zatrzęsło i z sufitu posypał się tynk.

triarius

2 komentarze:

  1. Witam i o zdrowie pytam ?
    Drzewiej na tym wielce szanownym blogasku, zarekomendowane było dzieło pod tajemniczym tytułem "Obóz Świętych". Polecone jako lektura obowiązkowa.Z rekomendacji skwapliwie skorzystałem i po linku zapodanym do źródła mądrości na "chomiku" dotarłem.Co prawda krynica mądrości zastana była jako plik audio, ale co tam, nie zrzymając się dłużej pogrążyłem się w odsłuchiwaniu i użyźniłem system nerwowy nową porażającą wiedzą. Wizja Europy i schyłku cywilizacji zachodniej, zapodanej w tym ponadczasowym dziele, mocno Mnie zastanowiła i do dziś stanowi przedmiot refleksji, bynajmniej nie wesołej. Wnioski jakie wywiodłem
    – bez Ardreya Und Spenglera ani rusz.
    Obecny tekst jawi mi się jako, naturalna kontynuacja „ Obozu Świętych”, tyle, że kilka lat w przyszłość, tyle, że co to za przyszłość… Potencjalnie opowieść powinna mieć ciąg dalszy, czekam z utęsknieniem.

    Zgierzanin.

    OdpowiedzUsuń
  2. witam, adwocem "Obozu świętych"
    https://www.youtube.com/watch?v=Xgq3krxxg0E
    profesor Wolniewicz, stoi na stanowisku kapitana statku mielącego śrubą okrętową napastników naszej wspaniałej, acz ostatnimi czasy kulejącej cywilizacji
    pzdrowm.

    OdpowiedzUsuń