czwartek, maja 06, 2010

Orfeo

Właśnie sobie obejrzałem na Mezzo "Orfeo" Monteverdiego. Po raz zapewne trzydziesty w życiu, konkretnie od paru lat, drugi w ciągu miesiąca. I któryś już raz ten konkretny spektakl. Tak - "Orfeo", a nie "Orfeusz" (jak to wyświetliło, całkiem niepotrzebnie częstujące mnie ostatnio rodzimymi podpisami, Mezzo), "Orfeus", "Orfej", czy inne "Orfiątko"! To jest coś całkiem specjalnego i wyjątkowego, a nie jakaś tam  jedna z oper o Orfeuszu. (Nie mówiąc już oczywiście o "Orfeuszu w Piekle" Offenbacha, w którym liberalizm i przedsmak tego "muzycznego" koszmaru, który leje się teraz na człowieka ze wszystkich stron. Ale sza, bo będzie "antysemityzm"!)

By zacząć od spraw nieco mniejszej wagi, a potem stopniowo zwiększać... Co właściwie? Niech będzie, że "intensywność"... Więc w powyższym celu najpierw krótko o sprawach drugorzędnych. Więc scenografia była prosta, z paroma fajnymi pomysłami, i w sumie udana. Kostiumy nieco, jak to dzisiaj bywa, awangardowe, ale bez przesady. W końcu w czym mają w XXI wieku tańczyć po łące nimfy i pasterze, że spytam, jeśli nie w przydużych białych garniturach? Nie, poważnie to nie są złe kostiumy, a dusze zawinięte w celofan, czy może raczej jakiś tiul (żeby mogły oddychać, choć to poniekąd paradoks), były nawet bardzo przekonujące.

Te garnitury widać tutaj - białe to nimfy i pasterze, a Orfeo żółty. W dodatku śpiewiają i tańczą jak żywe. (Tamże, jak się sobie kliknie, więcej! Tego "Orfea" i innych "Orfeów", także na ogół ślicznych.) No i w końcu w recenzji (łał!) wypada powiedzieć, a o jaki konkretnie spektakl chodzi - więc chodzi o ten tutaj.


Była też choreografia, także nieco awangardowa, ale to samo - co mają niby tańczyć pasterze i nimfy, że spytam? Jeśli do wyboru jest albo dysko, czy inny breakdance, albo też "inspirowany starożytnością" styl Isadory Duncan (to była obrzydliwa komucha, ale na szczęście kacapy w końcu ją utrupili, tak jak lubię)... Albo też jakiś upiorny burżuazyjny (!) balet w stylu "Jeziora łabędziego"... Nie, to ja stanowczo wolę to co było! Choć nagie Afrykanki byłyby jednak chyba jeszcze lepsze. Może następnym razem.

Teraz sprawy naprawdę ważne. Czyli MUZYKA, no i treść. A, jeszcze jest gra aktorów! (Bo ja, widzie ludzie, pierwszy raz piszę recenzję ze spektaklu. Tracę, znaczy, kolejne dziewictwo, któreż to już z rzędu?) Było to naprawdę dobrze zagrane (w sensie orkiestry) i zaśpiewane. Faktycznie kiedy to słyszałem parę dni temu, początkowe śpiewania wydały mi się nieco zbyt... Nie powiem "cierpkie", bo cierpkość w muzyce, to ja pasjami lubię, ale raczej... Głosy jakieś takie nieco przeraźliwe, przynajmniej niektóre.

To jednak był chyba mój błąd, bo tym razem nic podobnego nie zauważyłem. Śpiewali wspaniale. Ten mój błąd mógł się wziąć stąd, że stosunkowo rzadko udaje mi się "Orfea" (czy zresztą jakieś inne takie dłuższe dzieło, co je dają w Mezzo) obejrzeć i wysłuchać od początku. Po prostu dlatego, że człek nagle włącza telewizor, albo nagle przełącza na to Mezzo, a tam już to leci. A jak nie leci, to człek wyłącza, albo też idzie sobie pooglądać co inne. No i tak wydaje się to być, że jak ja z tego Orfea czegoś nie wysłuchałem dotychczas parę razy, to też mam jakieś lekkie wątpia.

Z czego wniosek - i to naprawdę ważny (wyjąć zeszyciki, kto tego jeszcze nie zrobił, i cholera NOTOWAĆ!)  - że, skoro ja potrzebuję dwóch razy w ciągu tygodnia, żeby nie mieć cienia wątpiów co do brzmienia tej muzyki.... Ja, któren naprawdę czcicielem muzyki od stuleci... Ja, któren naprawdę mógłbym muzyki (dobrej!) słuchać za pieniądze i byłbym z tego dziko bogaty, a leberały by mnie musiały wynieść na ołtarze... Ja, któren Monteverdiego wielbię i uważam za największego w jego fachu, a "Orfea" za największy utwór muzyczny w historii... Ja wreszcie, itd...

Więc skoro ja czasem, na początku nie całkiem doceniam, to co musi być, ludzie, Z WAMI? A więc, nie zrażać się, że nic do Was nie trafia! Nie doprawiać, nie rozcieńczać Village People, czy innymi Skaldami (tfu!), ani nawet żadnym Fryckiem czy innym "Oda do Radości" Beethovenem! Po prostu macie WIEDZIEĆ, że to jest TO, i z tym przekonaniem w duszy macie słuchać! Niekoniecznie zawsze z zaciśniętymi z wysiłku pośladkami, przymuszając się... Czasem właśnie luźno, od niechcenia, zamiatając, gotując mężowi zupę, czy robiąc żonie dobrze (ach jak dobrze!). Tak ma być!

No dobra, była recenzja... Taka, na jaką nas w tej chwili stać. Było wezwanie und pouczenie... Teraz przechodzimy na poziom meta. (Kto tego z poziomem nie rozumie, niech się zapisze do hrPonimirskiego na korepetycje z metalogiki. Chłopakowi przyda się parę groszy, kupi se lepszego kąpa, a Wam zrozumienie spraw trudnych, z akcentem na META.)

Więc, jak wspomniałem, "Orfeo" Claudia Monteverdiego to dla mnie, i z przekonaniem, największy muzyczny utwór w historii. Choć, i mówię to głosem nabrzmiałym świadomością tego faktu, konkurencja jest naprawdę ogromna - wszystkie te Dufaye, Josquiny, Palestriny, Charpentiery... I Guido Rossi na dodatek. Ale tak właśnie jest. Największa opera... Co jest o tyle zabawne, że jest to także, przynajmniej oficjalnie, bo są tu pewne kontrowersje, pierwsza opera w historii. W każdym razie jest ona jedną z pierwszych. Z 1607, na ile dobrze pamiętam. (Tu też są jakieś drobne kontrowersje.)

Potem był już tylko zjazd! No, jeszcze w 40 lat później Monteverdi stworzył "Koronację Poppei", także nie byle co. No, ale w sumie na początku było najlepiej, a po jakimś czasie zaczął się zjazd tak przeraźliwy, że opera romantyczna to przecież koszmar! Rozumiem "Peer Gynta" (choć to jednak nie opera), "Carmen", czy "Porgy and Bess", ale Verdi i te wszystkie upiorne "Toski"?! (Nie mówiąc już o "Orfeuszu w Piekle", choć to operetka.)

Jak stwierdził kiedyś Pan Tygrys: "Verdi doprowadził nas do tego szamba i tylko Monteverdi może nas z niego wybawić". (Czy jakoś podobnie.)

W każdym razie, choć pod względem muzycznego gustu nie całkiem, mówiąc łagodnie, zgadzam się ze Spenglerem... Który w końcu był wykształconym i wyrafinowanym, ale jednak dziecięciem swojej epoki, która muzyki sprzed Bacha czy Haendla nie doceniała, zresztą nawet nie miała jak jej poznać... Więc, choć się pod względem muzycznego gustu nie zgadzam, to zgadzam się jak najbardziej, że właśnie Barok (czyli XVII wiek, a nie Bach, choć ten też był nie byle jakim kompozytorem, tyle, że żył w wieku XVIII, o czym mało kto zdaje się wiedzieć) był SZCZYTEM ZACHODNIEJ KULTURY! Kultury, czyli, na prosty i zrozumiały język - "cywilizacji".

Ta muzyka! Ta matematyka przecież! W końcu to wtedy powstał (i to w dwóch całkiem różnych miejscach) rachunek różniczkowy i całkowy! Przy tym wszelkie teorie względności, to, jeśli cokolwiek z tego rozumiem (a ukończyłem, choć bez zapału, Politechnikę i uchodziłem za matematycznego und fizycznego Wunderkinda w liceum, choć też mnie niespecjalnie kręciło), tylko pikuś, mały pikuś.

Wcale nie odmawiam Fryckowi osobistego talentu wprost ogromnej miary, tylko (że zaklnę) CO Z TEGO? Jeśli ktoś nie widzi, że to Frycek właśnie (z Verdim) doprowadzili nas do tego... Do tego raju, jasne... Jeśli ktoś się rozgląda i widzi raj, to właśnie do tego raju! A jeśli widzi co innego, to też Frycek z Verdim! Jeśli nie widzi, że w tej Frycka muzyce jest już ta "słabość nerwów", ta histeria, która dzisiaj dominuje dosłownie wszędzie i zewsząd się wylewa, to zeunuszenie...

Co ja będę Wam, ludzie, klarował! Wyobraźcie sobie chudego, bezpłciowego... Choć gruźlica zwiększa popęd, to i tak jest to popęd, że tak powiem, mało płciowy! No bo jaki normalny facet poleciałby na babę chodzącą pod ksywą George Sand, palącą cygara i seryjnie z siebie wypuszczającą upiornie nudne, umoralniające powieści... Do tego histeryczkę, robiącą sceny...

Więc ten facet, rzuca długimi włoskami, robi uduchowione miny, i przebiera nieskończeeeeeeeenie długimi, pajęczymi paluchy po klawiszach (jedno dobre, że te białe, a właściwie żółtawe, z prawdziwego słonia, nie ta politpoprawna tandeta co dzisiaj!), a na sali cała zgraja brzuchatych burżujów w tużurkach i kolorowych kamizelkach opinających im podwójne i potrójne podbródki. Nie, odwrotnie, sorry! - kamizelki opinają brzuchy, a podbródki po prostu są.

I drżą ze wzruszenia, kiedy ten Frycek tymi włoskami rzuca i wydaje z siebie.... Czy raczej z tego nieszczęsnego Stainwaya... Te histeryczne granka. Jeśli TO nie by upadek... Jeśli TO nie było co najmniej preludium do upadku - tego, który mamy teraz - no to ja już naprawdę nie wiem. No i autentyczna muzykalność, geniusz nawet, biednego Frycka NIC TO CAŁKIEM NIE MA DO RZECZY! Kiedyś muzyka była - ach! - dążeniem do formy całej Kultury. (Niech będzie "cywilizacji", dla Was tam, ludzie prości, bo też Was szanuję, i inaczej bym Was tak za uszy nie próbował podciągać.)

Tak że, zaryzykuję tezę, iż Szpęgleryzm Stosowany, cum Autentyczna Prawicowość, cum Nowy Stoicyzm (na dobre i na złe, nie mówię, że ja chcę być stoikiem, ale skoro mam do wyboru to - albo tuskoidię - to darujcie!)... Wszystkie te wzniosłe rzeczy, taka jest ta moja teza, zaczynają się od docenienia "Orfea" Monteverdiego i odrzucenia Frycków tego świata.

Możecie się podniecać Rolling Stones'ami (byle nie tym z ostatnich 20 lat, cenię jurnych staruszków, ale bez przesady!), możecie kochać zapijaczonych i bezzębnych pedałów z The Pogues (nie za pedalstwo i poglądy - ZA MUZYKĘ! Zresztą pedał był tam chyba jeden, choć akurat najważniejszy.) Możecie i powinniście nawet kochać Hanka Williamsa, Amálię, czy Żannę Biczewską (ja wolę taką ruską muzykę od wrzasków Wysockiego), ale zrozumcie ludzie, że to nie jest ten rodzaj, ta skala, ta wielkość muzyki, którą mieliśmy od Dufayów, Palestrin czy Monteverdich!

Wtedy, jako rzekłem, cała K/C szukała swojej idealnej formy - potem już tylko ten czy inny Frycek dawali "kulturalne przeżycia" brzuchatym, a choćby i chudo-suchotniczym, burżujom! I tak już pozostało, choć burżuj czasem udaje buntownika, co jednak także wcale nie jest taką wielką nowością.

Nie jestem żadnym specjalistą od sztuk scenicznych, ale prywatnie sądzę,  że "Orfeo" może być także największym utworem scenicznym - nie tyle "w historii", co naszej K/C. Bo Ajschylosi i Eurypidesi (sorry wielbiciele Konecznego!) to dla mnie jednak nie jest TA K/C. A więc, po odrzuceniu tamtych, co nam pozostaje? Zapewne "Hamlet", któren chyba uchodzi za największego i najbardziej reprezentatywnego.

Reprezentatywny to on faktycznie jest i reprezentuje, nawet bardzo udatnie, ten chaos, oraz tę przedziwną neurozę, która wisi jakby nad naszą K/C (wyjaśniam co tępszym moim kochanym Czytelnikom, że "K/C" to "Kultura/Cywilizacja" - dla ludzi prostych, nieliźniętych szpęgleryzmem, to oznacza PO PROSTU "CYWILIZACJA"). Największa ze wszystkich dotychczasowych K/C, zapewne po niej nic, albo nic podobnie wielkiego, a jednak ma w swych genach jakieś utajone szaleństwo... No i "Hamlet", mniej nudny i bezsensowny od "Króla Leara", to szaleństwo fantastycznie, trzeba przyznać, oddaje.

Ja jednak, człek prymitywny i niedzisiejszy, niespecjalnie doceniam sztukę przede wszystkim zajmującą się oddawaniem takich rzeczy, jak "chaos i zgiełk dzisiejszego wielkiego miasta", czy choćby - na o wiele wyższym poziomie, zgoda! - "neurotyczności naszej cywilizacji". Ja tego mam pełno na co dzień, uszami mi to wychodzi, i nie muszę po to leźć do teatru! No a, pomijając ten wzniosły aspekt, co takiego wspaniałego jest w tym "Hamlecie"? Chaos, brak formy, przegadanie, filozofia na poziomie liceum, tyle że podana w "kunsztownej" i "poetyckiej" formie. (Formie?)

Wiem, że wtedy nie mieli prawie dekoracji, więc musieli gadać, która jest godzina, zamiast postawić wielki dworcowy zegar i mieć z głowy. No i rozumiem, że publika płaciła wtedy za bilety nie po to, żeby jej mówili "jest wpół do szóstej, słońce zachodzi za wzgórzem", tylko raczej "już różanobiodra Jutrzenka strzepuje o sosnę bóstwu rogatemu pól i lasów jego dumny i groźny, choć teraz już jak mgiełka w nasyceniu, kordelas...". I takie rzeczy. Ale co MNIE to, @#$%, obchodzi? Grecy nie mieli żadnych dekoracji, aktorów było dwóch lub trzech, a radzili sobie całkiem nieźle.

Nie wiem, nie znam się, do czego się otwarcie przyznaję, ale na moje oko to "Orfeo" ze swą genialną prostotą fabuły, jest arcydziełem także w kategorii dramatu, do którego żaden Szekspir się nie umywa. W "Orfeo" jest masa niuansów i to tyle mówi o życiu, a szczególnie życiu ludzi wyższego lotu, że aż... A przecież treść można łatwo zawrzeć w paru zdaniach. Niech mi ktoś za to spróbuje opowiedzieć "Hamleta"! Przecież nikt tam z niego wiele nie pamięta!

Jasne, da się go w sumie streścić: "Hamlet, królewicz duński, dowiaduje się, że mu stryjek utrupił tatę i bzyka mamę, chce ich zabić, ale nie może się zdecydować, tylko zamiast tego doprowadza do szaleństwa Ofelię (nie dopieszczając tej, jakże chętnej, jak się należy chyba domyślać, dziewicy), a potem przyjeżdża Fortynbras i utrupia Hamleta". W porządku - tylko po kiego grzyba wszystkie te tam zawikłane szczegóły i szczególiki? Po kiego grzyba te monologi, wyskakiwania zza kotary i razgawory?!

No dobra, tom się wyżył na Szekspirze, któren się nie może, biedaczyna, nawet bronić. Naprawdę sądzę, że jest ostro przereklamowany, no i język mu pomaga w światowej sławie, ale to jednak nie jest taki byle jaki poziom i dzisiejsi geniusze w większości butów mu nie są warci czyścić. Po prostu wtedy była sztuka, a teraz jej nie ma. Chyba, że mówimy o rzeczach na pograniczu folkloru (nic w tym złego!) jak Amália, czy Bill Monroe. Ja mówię nie o sztuce DOBREJ, czy "fantastycznej", a o WIELKIEJ.  Wielkiej w zamierzeniu. Wielkiej swym bezkompromisowym poszukiwaniem FORMY. (Nie sposobu na wyrażenie ducha epoki!) Tej już nie ma i tyle.

A jednak, żeby nie wyjść na jakiegoś kopniętego monarchistę, co to pluje na swoje czasy i wyobraża sobie, jak by cudnie wyglądał w hełmie z przyłbicą (co faktycznie wielu z nich by pomogło na urodę), powiem taką oto rzecz... Ludzie, wielkiej WSPÓŁCZESNEJ sztuki już nie ma! A jednak przecież NIGDY TAK ŁATWO NIE BYŁO wysłuchać (i ew. obejrzeć) "Orfea", czy innych dawnych, dobrych... Wspaniałych nierzadko, a nawet często... rzeczy!

No bo też ile takich przedstawień "Orfea" mógł wtedy, powiedzmy w roku 1618, kiedy to się, jak każdy wie, zaczynała Wojna Trzydziestoletnia... Albo o rok wcześniej, żeby nam wojna nie zaburzała... Ile mógł ich obejrzeć taki nawet bogaty i - ach, jakże kulturalny! - szlachcic? Niechby i magnat! Niechby i biskup! Co tam - arcybiskup! No ile? Dwa? Trzy? Pięć? A ja widziałem go ("Orfea", nie szlachcica) już ze trzydzieści i naprawdę nie zamierzam na tym poprzestać! A więc i te czasy, wbrew wszelkim pozorom, także mają jakieś autentyczne zalety!

Jedyny, choć naprawdę poważny, problem w tym, że za dziesięć lat jedynym "dawnym" utworem muzycznym (?) jaki uda Ci się człeku wysłuchać, może być "Oda do Radości" (brrr!), a za lat 50 już nawet tego się nie da wysłuchać. Przynajmniej w normalnej symfonicznej postaci, bo w wykonaniu chóru różnobarwnych lesbijek z towarzyszeniem bałałajek, to może się i da.

triarius
---------------------------------------------------  
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, kwietnia 26, 2010

Obama jak Bolek i Palikot? USA coraz bardziej jak III RP?

Dla tych, którzy zadali sobie nieco trudu i nauczyli się nieco angielskiego, link do interesującego videa. Innych przepraszam, że nie ma tego po polsku, a ja nie tłumaczę, ale to by była masa roboty. Powiem w każdym razie, że z tego videa wynika, iż w USA powstał całkiem masowy ruch tzw. "birthers" (od "birth" czyli "urodzenie"), czyli ludzi domagających się zobaczenia certyfikatu urodzin Obamy i nie wierzących, że naprawdę urodził się on w USA - co jest absolutnym warunkiem, by móc tam zostać prezydentem.

Już jest, i to od dawna, ten żołnierz, który odmówił służenia pod takim prezydentem i któremu dowódca udzielił urlopu, do czasu, gdy Obama przedstawi swój certyfikat. Teraz wydaje się, że rozkręca się całkiem poważny ruch społeczny. Oczywiście ani te wątpliwości, ani ew. udowodnienie Obamie kłamstwa i złożenie go z urzędu, nie są bez zagrożeń dla Ameryki i korzyści dla jej wrogów - których, jak zapewne większość czytelników tego bloga, ja dostrzegam przede wszystkim tam, gdzie i my ich mamy. Wbrew popularnej opinii, wbrew temu, co sami Amerykanie - także ci na najwyższych stanowiskach, mówią...

Naprawdę warto przeczytać te dwie książki Allena Drury, o których tak często wspominam. Te, w których, przez ciąg zazębiających się politycznych wydarzeń, sowieci dochodzą tam do władzy. Już naiwny kiedyś uważałem, że to się nie sprawdzi, ale potem nadszedł właśnie Obama... A teraz dzieje się jeszcze więcej w duchu, który coraz wyraźniej przypomina mi tamte upiorne proroctwa.

Co do tego video, to powiem, że kobieta, która tu mówi jest, wedle jej własnych słów (którym nie mam powodu nie wierzyć) imigrantką spod sowieckiej władzy. To taka ciekawostka. Zresztą mówi ona wprost, że USA coraz bardziej zaczynają przypominać kraj pod sowiecką okupacją.

A oto link: http://www.healthfreedomconference.com/free-video.

(Ten link za jakiś czas może się jednak zmienić na jakąś reklamę jakiegoś zdrowego żarcia, niestety. W końcu rządzi "wolny rynek".)

No to jeszcze może taka rzecz... Dlaczego "jak Bolek" to chyba każdy wie. Albo się domyśla. Chodzi o to, że Obama, znalazłszy się na swym wysokim stanowisku, babrze się podobno w brzydki sposób w dokumentacji dotyczącej swoich własnych narodzin. Dlaczego jednak także "jak Palikot", spyta ktoś? A dlatego, że sumy wydane przez Obamę na kampanię prezydencką - 700 milionów dolarów, najwięcej w historii - są, wedle tej pani przynajmniej, w jakiejś połowie bardzo niejasnego pochodzenia. Różne prywatne osoby podobno wpłacały, przeważnie ponoć niewielkie sumki, i tak się uzbierało.

Czyli może nie całkiem Palikot, bo nie polscy emeryci, a naprawdę sporo zamożnych ludzi dostawało (i pewnie wciąż dostaje) na myśl o Obamie orgazmu, ale niewykluczone, że jednak więcej w nim z Palikota, niż myśleliśmy. Zresztą także z Tuska, skoro, jak mówi ta kobieta, obiecał 3 miliony miejsc pracy, a Ameryka co miesiąc traci ich około pół miliona.

Jeśli tutaj u nas historia ogromnie nie przyspieszy, to może się w końcu paru ciekawych rzeczy o Obamie i dzisiejszym USA - gdzie, jak można sądzić po dobiegających stamtąd odgłosach, zbliża się jakieś przesilenie, naprawdę potężne - dowiemy.

triarius
---------------------------------------------------  
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, kwietnia 25, 2010

Niech przemówią inni

Zupełnie nie mam ochoty czegokolwiek pisać. Po pierwsze, moment historyczny jest sprzyjający katarynom i Ściosom, a ja nikim takim nie jestem i, choćbym się wściekł, nie będę. Po drugie, czuję to tak, jakbym sobie już niemal wszystko - przynajmniej na jakiś czas - powiedział, więc pisanie stało się bardziej niż kiedykolwiek męczące i (subiektywnie przynajmniej) jałowe. Napisałem zresztą parę dni temu z 1/3 dość długiego tekstu z długim cytatem z Clausewitza i krótszym ze Spenglera, ale jakoś nie mam ochoty go kończyć, a moja P.T. Publiczność zapewne też nie takie rzeczy w tej chwili pragnie czytać.

Chodziło tam bowiem (jakby kogoś to jednak trochę interesowało) o kwestię języków ważnych i nieważnych, na podstawie kryterium tego, czy da się w nich przeczytać NAJWAŻNIEJSZE dzieła świata. Gdzie oczywiście - kto mnie choć trochę zna, ten wie - że te "najważniejsze" dzieła, to dla mnie nie tyle Szekspir i Bracia Karamazow (choć oczywiście to TEŻ powinno być po polsku dostępne!), tylko takie różne Spenglery i Clausewitze (jego bowiem, jak wynika z moich internetowych poszukiwań, po polsku po prostu NIE wydano), plus różne czysto historyczne książki (i to wcale nie jakoś specjalnie niemieckie - to nie filozofia!), w rodzaju Guigliermo Ferrero o Rzymie, czy Carcopino o Sulli.

Przesłanie miało być takie, że albo sobie te rzeczy zaczniemy wydawać - całkiem niezależnie od chęci i popędów "wolnego rynku"! - albo musimy się pogodzić z tym, że język polski, będący przecież b. istotną podstawą polskiego poczucia narodowego, będzie językiem nieliczącym się na świecie, i to, z roku na rok, coraz bardziej. Samizdat byłby do tego konieczny, by mimo niechęci czy obojętności "wolnego rynku" tego dokonać? A co mnie to  obchodzi? Skoro musi być samizdat, to niech i będzie! W czym przeszkoda? Że to niepoważnie by wyglądało w wolnym (?), nowoczesnym (?!) i zamożnym (??) kraju? Sorry saligia, sorry slaughterhouse5 - NA DRZEWO!

No dobra, skoro już, zamiast pisać tamten tekst, piszę o czym on miał być (ach, te moje formalne wynalazki! prawda?), no to powiem, że cytowany w nim Clausewitz traktować miał o nędzy militarnych sojuszy, zaś cytowany w nim Spengler o tym, co się obecnie, w skali historyczno-globalnej, dzieje. "Obecnie" czyli po roku 2000. Jeszcze to pewnie zacytuję, bo naprawdę warto, a nie było tego wiele. W sensie objętości, znaczy, bo poza tym było tam szokująco wiele iście proroczych przewidywań. Szczególnie, że napisane to zostało przed rokiem 1918.

W porządku. Całkiem nam się rozrosło to wyjaśnienie dlaczego nie piszę, ale teraz skok do tego, co zamierzałem uczynić główną częścią tego wpisu. Chodzi o linki do bardzo interesujących, moim zdaniem, tekstów mniej dotąd znanych (mnie przynajmniej) blogerów. Albo, w przypadku Gadowskiego, takich, których na pewno warto znać lepiej, bo pewnie nie wszyscy już go znają. Teksty te są na szalomie24, jakby coś, ale tam nadal, mimo masy śmiecia, skurwielstwa, trolli i agentów, jest sporo interesujących rzeczy. (No a Gadowski pracuje dla TVN24, ale świat jednak jest mniej prosty, niż się może wydawać.)

Od siebie zaserwuję krótkie zajawki dla każdego z tych linków.

Tutaj autor zwraca uwagę na interesujące zjawisko, wiążące się w wieloraki sposób z naszym Ardreyizmem stosowanym, i w ogóle warte uwzględniania w analizach:

http://latolemingow.salon24.pl/174386,lewica-i-trybalizm

Tutaj bardzo fajny moim zdaniem długi tekst "Obywatela" (patriotyczna i często niegłupia lewica od m.in. Gwiazdów) na temat nieświętej pamięci Toeplitza, ale traktująca w ciekawy sposób o panującym nam niemiłościwie Oświeceniu i jego koryfeuszach w rodzaju Boya, Poppera, czy Słonimskiego. Szczerze polecam - także, choć nie tylko, jako wyciąganie ręki, a w każdym razie ucha, do patriotycznej lewicy.

http://obywatel.salon24.pl/174578,jacek-zychowicz-toeplitz

Tutaj obiecany Gadowski z czymś w swoim zwykłym stylu i na swoim zwykłym poziomie:

http://wgadowski.salon24.pl/174415,na-przyklad-maxwell

Tutaj tekst zasadniczo w konwencji, która w ostatnich dwóch tygodniach dominuje, ale zgrabny, przejmujący i sensowny, a autora dotychczas nie kojarzyłem:

http://gloswolny.salon24.pl/174519,patrz-mu-w-oczy-czyli-slon-w-salonie-z-oknem-na-helsinki-albo

Tutaj coś, co można m.in. analizować w kategoriach spenglerowskiej "drugiej religijności". Swoją drogą bardzo się kiedyś interesowałem giełdową analizą techniczną (czyli przewidywaniem giełdowej przyszłości na podstawie analizy kursów) i tam faktycznie były metody oparte o taką "nowoczesną" astrologię. Mnie to nigdy nie przekonywało, ale co do samej analizy technicznej, to jest to sprawa fascynująca, bo coś tam z prawdy niewątpliwie jest, ale wydaje mi się, że z 95% tego, co tam ludzie robią, można z całą pewnością uznać za chciejstwo i voodoo.

http://fizykbaba.salon24.pl/174570,astrologia-na-sgh

Tutaj drobny akcencik optymizmu, no bo skoro, mimo całego tego medialno-agenturalnego poparcia, całego tego moralnego i niemoralnego szantażu, wszystkich tych Bratkowskich i Barburów, ludek jednak w końcu na oczy zdaje się - w tej przynajmniej sprawie - przeglądać, no to może jeszcze nie wszystko przegrane. Nie, żebym widział wiele powodów do optymizmu, ale akcencik jest miły. Szczególnie, gdy człek pomyśli, ile to krwi musi psuć wspomnianym Bratkowskim i innym etatowym tropicielom "antysemityzmu".

http://szygiel.salon24.pl/174592,zapasc-wizerunku-izraela

triarius
---------------------------------------------------  
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, kwietnia 13, 2010

Szczyt taktu

Dotychczas szczytem taktu było ponoć takie (z pewnością fikcyjne) wydarzenie, że facet poszedł na obiad do rodziców narzeczonej, gdzie oczywiście pragnął zrobić znakomite wrażenie, ale niestety mu się pierdło, więc z bólem serca musiał narzeczoną i jej rodziców zamordować. Od paru dni mamy jednak coś o niebo lepszego w tej, niełatwej przecież, konkurencji.

Teraz to jest tak: Szczyt taktu? Zamordować kogoś, żeby wreszcie móc o nim dobrze mówić.

(I w dodatku to już nawet nie jest fikcyjne.)


triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, kwietnia 11, 2010

Rozmowa na szczeblu

 - Towariszcz Putin? Eto ja!

...

- Niet Plusk, niet Plusk, tawariszcz Putin! Alie podobno. Aber eigentlich ganz podobno. Ja wiżu, szto towariszczu Putinu nrawitsia szutit'. Eto ganz... znaczit' oczień prijatno! Mogu gawarit' po gemański? Eto leichter... liekczie znaczit'... u mienia i bolszie...

...

- Da towariszcz Putin, znaju. I oczień winowatyj czujuś... Nie mogu deutche sprache? Acha, kapujuś... Wam nada etych tłumaczej razstrieliwat' ad raza i wam jeich brakujut. Ponimaju towariszcz Putin i budu gawait' po ruski. Natürlich!

...

- Niet' razstrieliwat' da prosto ubijat'? Ponimaju, towariszcz Putin. Prosta ubijat', klar! Brzmit' oczień seksy! Kak my gawarim: "Tampa wie ein Tier". Kaputt und nach der!

...

- Towariszcz Putin! Znaju czto mnie nie nada kontaktowat'sia s wami na etot oczień tajnyj numier... Da wasz agient siuda papał... Pieriepał... I nie mogu jewo znale... znaczit najdti... Prawilno! Niet prawilno ino... Prawdopodobniet - da, prawdopodobniet! Prawdopodobniet pojut... Pijot?

...

- O, pijet! Danke! I dliatewo ja musieł...

...

- "Mnie nada było" - da towariszcz Putin! Ja użie znaju pa pariadkie wsie bukwy i biez aszibki powtariaju. Ale, towariszcz Putin, u mnie jest' adnaja ważnaja, oczień ważnaja... sprawa! Wieszcz' znaczit'.

...

- Da, towariszcz Putin, uże gawariu prasto i karotko! Kak sołdat! Riecz' w tom... Mogu po germanski? Niet? Izwinities', towariszcz Putin! Użie nie budu!

...

- Prosto i karotko: udałoś nam wysłat' k'wam towo chaliernowo priezidenta, prawiet ciełyj jebanyj PiS i ciełuju wierchuszku polskoj armiej... Da, s żienoj. Flugzeuge in einem fucking!

...

- Da, russkij.

...

- Eto znaczit' W ADNOM PALIOTIE! W jednom samolocie! Verstehen Genosse Putin?!

...

- Ani budut u was diesiatowo. Da, pilotow tożie. Wsie arużia. No i, towariszcz Putin, diełajties'... diełajtie riaczej... Gemäß der Vereinbarung, towariszcz Putin! Nach Ihren instynktem!

...

- Da towariszcz Putin, natürlich! Dann Frieden und Freundschaft zwischen den Völkern. Znaczit'... Patom tolka pakoj... mir znaczit... Mir i drużba mieżdu naszimi narodami.

...

- Ponimaju, towariszcz Putin! Wsio budiet sdiełano wie es sein sollte. So, towariszcz Putin. Użie nie magu siebia... Ich kann nicht warten. Prosto!

...

- Da, towariszcz Putin! Wam tożie wsiewo charosziewo i da swidania! I viel Glück! Znaczit - mnogich uspiechow wam żiełaju! Da, tawariszcz Pu...


triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.