Młyny wolnego rynku mielą powoli, ale nieustępliwie, co widać choćby po sportowych kanałach w telewizji kablowej. Skoro właściciele tych kanałów nie mogą napluć w gębę każdemu kibicowi indywidualnie, to chociaż serwują mu tyle futbolu do lat 17 i futbolu babskiego, ile zdołają. Fakt, że na tle przedwczorajszej "bokserskiej walki stulecia", te ganiające za piłką w krótkich gatkach lesbijki mogą się, po paru piwach, wydać wzgl. interesujące. Skoro ktoś i tak, nie mając żadnego życia, musi oglądać sport w telewizji.
A dlaczego niby "nie mogą napluć każdemu indywidualnie?", spyta ktoś. No bo technika nie nadąża i koszty by były zbyt wysokie. Proste! Swoją drogą jest to przezabawny przypadek z punktu widzenia badań nad "wolnym rynkiem": z jednej strony ci właściciele zdecydowanie wiedzą, gdzie chleb posmarowany, więc to jest rynkowe, a z drugiej smarowidło na tym chlebie zależy jednak głównie od stróżów politycznej poprawności, więc jakby, mimo wszystko, nie całkiem.
Ponieważ jednak (zgodnie z tym, co głoszą czciciele "wolnego rynku") "kiedy nie wiadomo o co chodzi" (jak w przypadku politycznej poprawności), "chodzi o pieniądze", więc to także jest "wolny rynek"... Kółko się zamyka i mamy kompletny bełkot z ganianiem w piętkę. Czyli poniekąd to co zawsze, kiedy ktoś nam ów "wolny rynek" stręczy. Tyle, że ja właściwie tym razem nie o rynku. A o czym? A o szeroko pojętym feminiźmie - takim w którego skład wchodzi m.in. pokazywanie ludziom, ZA ICH WŁASNE PIENIĄDZE, czegoś takiego jak lesbijski futbol.
Fakt, że ostatnio mniej jakoś chyba pokazują babskiego boksu, za to całkiem sporo babskiego MMA. Nie tak dawno widziałem jedną taką babską walkę, i była ona, mówię to jako poniekąd znawca, naprawdę na niezłym poziomie. Tylko co z tego? Gołębie uczono już grać w pingponga, w ruskich cyrkach niedźwiedzie jeżdżą na rowerkach (w różowych spódniczkach), szympansa to w ogóle niesamowitych rzeczy można nauczyć... Cóż to więc za osiągnięcie, że można nauczyć grać w piłkę babę, albo nauczyć ją walić inną babę po ryju, dusić i wykręcać członki (te co baby mają, choć w tym przypadku cholera je wie)?
Babskie sporty dzielą się, z punktu widzenia Pana Tygrysa, na pięć kategorii:
1. takie, że Pan Tygrys nawet nie raczy wypowiedzieć sakramentalnych słów "o, tresowane baby!" (babski futbol, babskie maratony, babskie rzucanie młotem itp.);
2. takie, że Pan Tygrys raczy te słowa wypowiedzieć (babskie MMA, babski boks, babski skok o tyczce itp.);
3. takie, że Pan Tygrys stwierdza: "a, niech sobie!" i odmeldowuje się do swoich zajęć (większość babskich sportów, a szczególnie te, które baby uprawiały do lat powiedzmy '70);
4. takie, na które Pan Tygrys czasem sobie (czytając, grając na instrumencie, czy rozmyślając nad losami świata) popatrzy, bez większego jednak wzruszenia czy zaangażowania (sporty w krótkich spódniczkach, ale nie tenis, szczególnie, te, gdzie kobiety biegają w pozycji uległej i mają dobrze rozwinięte pośladki, jak hokej na trawie);
5. takie, którymi Pan Tygrys się na swój chłodny i wyważony sposób podnieca - konkretnie babski curling z udziałem Szkotek.
No to zdradziłem światu jedną ze swych najgłębszych tajemnic - teraz nikt chyba nie może gadać, że ja tu nie daję klientowi dosyć wspaniałości za jego ciężko zarobione. (A, zaraz... Czy mi ktoś za te wyznania i te przewyborne koncepta w ogóle płaci? Chyba nie, nie przypominam sobie... Więc jak to z tym, ja się zapytowywuję, rynkiem?)
Mówiliśmy sobie ostatnio o naukawości (sic!), no to mi się właśnie w związku z nią i tym babskim futbolem przypomniało takie naukowe wydarzenie oto, że jacyś genialni naukawcy odkryli, że za ileś tam lat (a było to z 20 lat temu, więc już coś koło teraz) baby będą biegać szybciej od chłopów. Rewelacja, nie?
Do tego zrobiono to b. prostą i w zasadzie b. sensowną metodą: ekstrapolowano mianowicie krzywą (po szwedzku "kurva", co niby nie ma nic do rzeczy, ale miło wiedzieć) reprezentującą męskie wyniki w biegu krótkim na przestrzeni ostatnich stu, czy iluś, lat, oraz babską, no i wyszło, że one się w tej niedalekiej przyszłości przecinają. (Jeśli ktoś tego nie rozumie, to nie uważał w szkole na matematyce, bo nawet chyba w czasach min. Hall tego jeszcze uczą.)
Wszystko byłoby cudnie i naukowo, gdyby nie drobny fakt, że te najstarsze wyniki bab pochodziły - bo i nie mogły nie pochodzić! - z czasów, gdy, aby wziąć udział w biegu krótkim i dać sobie zmierzyć wynik, baba musiała sobie przyprawić brodę, skrępować ew. cycki (ach!), upodobnić się maksymalnie do faceta, no i wystąpić w jakimś zwykłym, czyli męskim, biegu.
W dodatku takich przypadków nie było przecież wiele i tych bab, co one w tych biegach z facetami, ganiały, były pojedyncze egzemplarze, podczas gdy facetów było jednak więcej. Tak więc owe najstarsze wyniki mają beznadziejnie niską wartość statystyczną.
Te najnowsze też zresztą są obciążone błędem, a mianowicie takim, że te dziwne stwory na anabolach, co one w tych biegach dzisiaj startują, to nie bardzo przecież są kobiety. Fakt, że tym naukawcom od tego genialnego odkrycia właśnie o takie stwory pewnie chodzi, więc z ich punktu widzenia wszystko jest cacy, choć z naszego nie całkiem.
Te dziwne stwory to może być skutek tego, że dziś się chyba nie robi babom co się chcą sportować przymusowych badań gineko, tylko na chromozomy. No więc mamy stwory, które się chromozomowo sprawdzają (jeśli wierzyć tym naukawcom, co to testują), ale których nikt by nie chciał bez majtasków oglądać, nie mówiąc już o pójściu z takim do łóżka.
Powie ktoś: "jakie krępowanie cycków?", skoro to takie stwory, a te sprzed wieku to też musiały być jakieś sfrustrowane lesby, bo jakiej zdrowej kobiecie by się tak wygłupiać (z tą przyprawioną brodą, czy może być coś ohydniejszego?) chciało! Jest w tym sporo prawdy, ale jednak cycki nie są absolutnie wykluczone, dziwne, ale prawdziwe!
Kiedy mieszkałem w Szwecji, uporczywa wieść gminna głosiła, że ówczesna gwiazda babskiego futbolu w tym kraju (Videkull chyba jej było) kazała sobie obciąć całe dwa kilogramy cyców, żeby lepiej jej się ganiało po boisku. Fakt, że oni tam chętnie obcinają i kiedy np. moja była poszła była do lekarza, z trudem się wybroniła przed obcięciem swoich słodkich szóstek...
Bo po prostu były za duże, nie zgadzały się z postępową statystyką, zaburzały homeostazę społeczną i pozycję kvinny w społeczeństwie. (Nie, tak na serio to bełkotali jej o ew. raku, ale to oczywiście ściema.) Tak że jednak cycki potrafią występować nawet na najdziwniejszych przypadkach. Oczywiście nie mówię tu o moje byłej, tylko o tej Videkull, co kopała piłę. (Biedna frustratka!)
Takich naukawych osiągnięć, jak to tutaj opisane, mamy każdego roku sporo, choć nie każde jest aż tak, jak tamto, nagłaśniane. Ale co się dziwić? W tym przypadku mieliśmy metodę czarnej skrzynki, czyli patrzyliśmy jedynie na skutki, bez zaglądania w głąb. A jak się jednak w ten głąb zajrzy, to, z tego co słyszę, włos się jeżyć powinien na dupie cały czas i gacie człek powinien musieć nosić o cztery numery większe.
Na tych tam "gender studies" w przodujących w tym krajach, jak Stany Zjednoczone AP czy Kanada, obowiązują ponoć tego typu obyczaje, że np. w czasie określonej fazy księżyca taka pani docent chodzi z ryjem wysmarowanym tą tam "wydzieliną", co ją nam stale pokazują w reklamach (wolny rynek!) podpasek i tamponów. Nie żebym miał coś przeciw reklamom tamponów - niektóre są nawet b. artystycznie zrobione - czy tej niebieskiej cieczy, którą oni tam pokazują, ale jednak chodzenie z tym publicznie na mordzie, tylko dlatego, że akurat księżyc...
No ale cóż - kobiety przez tysiąclecia były uciskane, wiec coś trzeba z tym faktycznie zrobić, i to radykalnie! No więc dalejże kopać piłkę, okładać drug drugą po ryju, i mazać sobie pyski "wydzieliną"! Któraś jeszcze tego nie robi?! Zdrajczyni jedna! Niewolnica samców! Moher! Heterystka! I co tam jeszcze.
Żeby jednak nie było, że ja bab - jako takich - jakoś nienawidzę, czy nimi (broń Boże!) gardzę... No więc, w książce o najnowszych odkryciach biologii, com ją sobie ostatnio na allegro, piszą na przykład o tym, że u szympansów (a więc naszych bliskich krewnych) to akurat młode, słabe osobniki i niewiasty właśnie posługują się bronią, a konkretnie zaostrzonymi własnoręcznie (za pomocą zębów) kijami. Do obrony przed agresywnymi samcami i do polowania na małe bezbronne antylopy. Silne samce po prostu nie muszą.
(Swoją drogą człek zaczyna się zastanawiać, dlaczego to jedni, jak Pan Tygrys, bardziej podniecają się przypierdoleniem ręcznym, ew. z udziałem prostych narzędzi, jak nóż - inni zaś od razu by chcieli strzelać z pistoletów i tak dalej. ;-)
Jakby nie było, jest to spore osiągnięcie i b. możliwe, iż u ludzi także posługiwanie się bronią - sprawę wprost NIESAMOWICIE WAŻNĄ dla rozwoju i natury naszego gatunku (czytać Ardreya!) - także zapoczątkowały niewiasty. Tym bardziej, że całkiem współczesne japońskie badania nad żyjącymi dziko na pewnej wyspie małpami, pokazały, że to właśnie nie kto inny, a pewna młoda i dość samotna samica odkryła (nie bójmy się tego słowa!) płukanie żarcia (jakichś tam bulw) w wodzie morskiej, żeby je pozbawić piasku.
Potem od niej to przejęli rówieśnicy, także zresztą stojący raczej na uboczu i u dołu drabiny społecznej, a kiedy z kolei to młode pokolenie zaczęło dominować, to mycie bulw stało się w owej małpiej społeczności powszechne.
Mówię to, bo veritas amica est, bo nie chcę wyglądać na oszalałego myzogina, no i specjalnie dla Iwony Jareckiej, Pierwszej Mulierystki RP, która się, z tego co wiem, bardzo przejmuje tym, że godność kobiety może nie zawsze jest należycie honorowana, także, jeśli nie przede wszystkim, w moich pismach.
No więc, teraz chyba wszystko jest już jasne i odpokutowałem dużą część, tuszę, moich przewin. Kobieta wielką jest! (Także jako obiekt seksualny, jeśli nie przede wszystkim.) Zaś niewolnictwo pod mężczyzną wcale jej nie umniejsza - raczej przeciwnie! (Mówimy jednak o mężczyźnie, a nie lemingu.)
No i to by chyba było na tyle z dzisiejszego kazania. Jeśli Bóg zechce, to może jeszcze kiedyś coś.
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
poniedziałek, lipca 04, 2011
Baby z brodą i inne naukawe rewelacje
środa, czerwca 29, 2011
Trzeci tekst z cyklu "Dziewica dla leminga"
Nieprzyzwoitość: x (słownie 1) na xxxxxxxxxx możliwych (słownie 10)
* * *
Istnieje taka niewielka książeczka szwedzkiego naukowca o nazwisku Svante Folín, której oryginalny tytuł brzmi "Den påklädda apan", co na nasze tłumaczy się jako "Ubrana małpa". (Łatwo chyba zgadnąć do jakiej znanej książki dowcipnie nawiązuje ten tytuł.) Jest to swego rodzaju wprowadzenie do socjobiologii - czyli tego, czym zajmuje się także mój ogromny intelektualny faworyt i autor OBOWIĄZKOWYCH dla każdego prawicowca (no, może z wyjątkiem zupełnych chrześcijańskich fundamentalistów, którzy ewolucji nie trawią) lektur. (Swoją drogą, jeśli to czytasz Traube, to jeszcze raz dzięki!)
Książeczka ta, choć, jako się rzekło, niewielka, jest dość sucha i "naukowa", ale zawiera nieco naprawdę smakowitych fragmentów. Moim ulubionym jest dość długi i naprawdę barwny, a przy tym absolutnie autentyczny, opis gastronomiczno-erotycznej orgii gromadki sympatycznych ludożerców z czasów w sumie współczesnych. Którzy to ludożercy, płci obojga, utrupili sobie - w celach, jako się rzekło, gastronomiczno-erotycznych, z przewagą tych pierwszych, dwie dorodne młode niewiasty z sąsiedniej wioski i je z apetytem konsumują.
A ile przy tym wesołych przekomarzanek! Ile błyskotliwych dowcipów! Ile zabawnych qui pro quo! Jest nawet ewidentny pech, połączony z bólem, i nie tylko, jednego z uczestników tej uczty, co - jak to bywa przy tego rodzaju imprezach - wywołuje raczej rozbawienie współbiesiadników, niż współczucie.
Ten fragment jest naprawdę uroczy i będę musiał go kiedyś, w spolszczonej oczywiście wersji, opublikować. Co zrobię, jeśli oczywiście Bóg lubi publikowanie tekstów o wesołych ludożercach, w dodatku nieco, nie da się ukryć, rozpustnych.
Ta sprawa ma zresztą pewne głębsze znaczenie i nie chodzi tylko o błahą rozrywkę, jako że liberalno-lewacki "świat naukowy" ("naukawy" raczej chyba) stara się nam od dawna wmówić, że kanibalizm właściwie nie istnieje, a jeśli już kiedyś istniał, to absolutnie nie ma nic wspólnego z gastronomią (a co dopiero z erotyką!), tyko co najwyżej z religią (o ileż prymitywniejszą, nieprawdaż, od tej europejskiej!?), ceremoniami pogrzebowymi (brak cywilizowanej eutanazji, proste!). No i ów przeuroczy fragment w owej książce jawnie temu przeczy, zadając kłam.
To była właściwie tylko dygresja, choć, przyznacie chyba, czarująca. Niby jest tu Dupa (nasza ukochana), choć nie podaję szczegółów owej konsumpcji i nie zamierzam, chodzi mi bowiem teraz o inny fragment tej książki. To było tylko dla zaostrzenia apetytu i przykopania liberalno-lewackim NAUKAWCOM, którzy nam służbiście wciskają kit.
Tak więc inny mój ulubiony fragment książki Folína, to krótkie w sumie stwierdzenie, które brzmi jakoś tak, że: "Społeczeństwa, gdzie o obcych dbało się bardziej, niż o swoich, gdzie cośtam cośtam cośtam... I gdzie mężczyźni zabijali się o wdzięki kobiet po okresie przekwitania - jeśli nawet kiedykolwiek istniały, to dawno istnieć przestały i to jest naturalne". Jakoś tak to szło i jak widać chodziło o elementarne prawa biologii w odniesieniu do gatunków - także gatunku ludzkiego.
(Swoją drogą ja Svantego świetnie rozumiem, ale starsze panie, takie w miarę na chodzie, dość mnie faktycznie kręcą. Tak że nie wpadać w desperację! I odwrotnie: kręcą mnie, ale oczywiście rozumiem, o co Svantemu chodzi i że ma rację.)
Czyli rzeczy, o których sporo pisze Ardrey, Folín zresztą też, a do tego (z zachowaniem proporcji of course) ja też trochę pisałem, np. w tekście pt. "Dlaczego buczą kibice". (Do którego mnie zainspirował Maleszka i słynny film z jego udziałem. Wtedy jeszcze Tusk nie walczył z kibolami.)
No i teraz... Mamy tu nieco o Dupie, choć tylko w mglistym zarysie, więc norma niejako wykonana... Tym bardziej, że w poprzednim kawałku z tego cyklu naprawdę się postaraliśmy i mamy normę - w kwestii Dupy i Dziewic - wykonaną na parę ew. odcinków w przyszłość. Teraz możemy zająć się nieco bliżej FILOZOFIĄ. Bo bez tego nijak.
Wystarczy rzucić okiem, jak niektórzy niegłupi skądinąd ludzie gonią w piętkę, bredząc bez sensu o "czarnuchach", co sprawia, że się zaraz potem taki o własne nogi wirtualnie potem potyka i potyka... Albo wymyślając całkiem kretyńskie herezje w celu rzekomej "odnowy Kościoła", ciesząc się w dodatku jak mongoloidalne dzieci na haju z co głupszych przejawów nadciągającej Drugiej Religijności...
Możemy się lubić, może być "amicus Plato", ale jednak veritas... I te rzeczy! Bez sprawnego myślenia się nie da, a że wszyscy nurzamy się w bagnie tandetnego post-oświeceniowego "racjonalizmu" - religijni fundamentaliści wcale nie wiele mniej, niż świry od "wolnego rynku" - no to ktoś musi zacząć całe to "prawicowe" bractwo myślenia uczyć.
Też mnie to nie bawi, że to muszę być akurat ja, ale cóż robić. Ludzi z patologicznym przerostem kory mózgowej w "prawicowej" blogosferze nie brakuje, ale z myśleniem w sumie tragedia. A wróg nie śpi, wróg ma w rękach wszelkie atuty, więc nawet jak nie myśli dużo lepiej, to i tak wygra. Chyba że...
No dobra, długie się to już zrobiło, rezerwuar mądrości na temat Dupy nam się nieco wyczerpał - do zobaczenia zatem następnym (Deo volente) razem! Też pewnie nie będzie wiele na nasze ukochane tematy, ale może coś wymyślę, dla dodania smaku. Zresztą pamiętajcie, że było o kogucie - wczuć się w to, wgryźć, zrozumieć, jakie to było w sumie nie-przy-zwo-i-te, pełne erotyzmu und pikantne! Tylko trzeba to pojąć. A potem się ostro wessać i przeżywać ekstazę za ekstazą.
Tak? No to na razie!
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
* * *
Istnieje taka niewielka książeczka szwedzkiego naukowca o nazwisku Svante Folín, której oryginalny tytuł brzmi "Den påklädda apan", co na nasze tłumaczy się jako "Ubrana małpa". (Łatwo chyba zgadnąć do jakiej znanej książki dowcipnie nawiązuje ten tytuł.) Jest to swego rodzaju wprowadzenie do socjobiologii - czyli tego, czym zajmuje się także mój ogromny intelektualny faworyt i autor OBOWIĄZKOWYCH dla każdego prawicowca (no, może z wyjątkiem zupełnych chrześcijańskich fundamentalistów, którzy ewolucji nie trawią) lektur. (Swoją drogą, jeśli to czytasz Traube, to jeszcze raz dzięki!)
Książeczka ta, choć, jako się rzekło, niewielka, jest dość sucha i "naukowa", ale zawiera nieco naprawdę smakowitych fragmentów. Moim ulubionym jest dość długi i naprawdę barwny, a przy tym absolutnie autentyczny, opis gastronomiczno-erotycznej orgii gromadki sympatycznych ludożerców z czasów w sumie współczesnych. Którzy to ludożercy, płci obojga, utrupili sobie - w celach, jako się rzekło, gastronomiczno-erotycznych, z przewagą tych pierwszych, dwie dorodne młode niewiasty z sąsiedniej wioski i je z apetytem konsumują.
A ile przy tym wesołych przekomarzanek! Ile błyskotliwych dowcipów! Ile zabawnych qui pro quo! Jest nawet ewidentny pech, połączony z bólem, i nie tylko, jednego z uczestników tej uczty, co - jak to bywa przy tego rodzaju imprezach - wywołuje raczej rozbawienie współbiesiadników, niż współczucie.
Ten fragment jest naprawdę uroczy i będę musiał go kiedyś, w spolszczonej oczywiście wersji, opublikować. Co zrobię, jeśli oczywiście Bóg lubi publikowanie tekstów o wesołych ludożercach, w dodatku nieco, nie da się ukryć, rozpustnych.
Ta sprawa ma zresztą pewne głębsze znaczenie i nie chodzi tylko o błahą rozrywkę, jako że liberalno-lewacki "świat naukowy" ("naukawy" raczej chyba) stara się nam od dawna wmówić, że kanibalizm właściwie nie istnieje, a jeśli już kiedyś istniał, to absolutnie nie ma nic wspólnego z gastronomią (a co dopiero z erotyką!), tyko co najwyżej z religią (o ileż prymitywniejszą, nieprawdaż, od tej europejskiej!?), ceremoniami pogrzebowymi (brak cywilizowanej eutanazji, proste!). No i ów przeuroczy fragment w owej książce jawnie temu przeczy, zadając kłam.
To była właściwie tylko dygresja, choć, przyznacie chyba, czarująca. Niby jest tu Dupa (nasza ukochana), choć nie podaję szczegółów owej konsumpcji i nie zamierzam, chodzi mi bowiem teraz o inny fragment tej książki. To było tylko dla zaostrzenia apetytu i przykopania liberalno-lewackim NAUKAWCOM, którzy nam służbiście wciskają kit.
Tak więc inny mój ulubiony fragment książki Folína, to krótkie w sumie stwierdzenie, które brzmi jakoś tak, że: "Społeczeństwa, gdzie o obcych dbało się bardziej, niż o swoich, gdzie cośtam cośtam cośtam... I gdzie mężczyźni zabijali się o wdzięki kobiet po okresie przekwitania - jeśli nawet kiedykolwiek istniały, to dawno istnieć przestały i to jest naturalne". Jakoś tak to szło i jak widać chodziło o elementarne prawa biologii w odniesieniu do gatunków - także gatunku ludzkiego.
(Swoją drogą ja Svantego świetnie rozumiem, ale starsze panie, takie w miarę na chodzie, dość mnie faktycznie kręcą. Tak że nie wpadać w desperację! I odwrotnie: kręcą mnie, ale oczywiście rozumiem, o co Svantemu chodzi i że ma rację.)
Czyli rzeczy, o których sporo pisze Ardrey, Folín zresztą też, a do tego (z zachowaniem proporcji of course) ja też trochę pisałem, np. w tekście pt. "Dlaczego buczą kibice". (Do którego mnie zainspirował Maleszka i słynny film z jego udziałem. Wtedy jeszcze Tusk nie walczył z kibolami.)
No i teraz... Mamy tu nieco o Dupie, choć tylko w mglistym zarysie, więc norma niejako wykonana... Tym bardziej, że w poprzednim kawałku z tego cyklu naprawdę się postaraliśmy i mamy normę - w kwestii Dupy i Dziewic - wykonaną na parę ew. odcinków w przyszłość. Teraz możemy zająć się nieco bliżej FILOZOFIĄ. Bo bez tego nijak.
Wystarczy rzucić okiem, jak niektórzy niegłupi skądinąd ludzie gonią w piętkę, bredząc bez sensu o "czarnuchach", co sprawia, że się zaraz potem taki o własne nogi wirtualnie potem potyka i potyka... Albo wymyślając całkiem kretyńskie herezje w celu rzekomej "odnowy Kościoła", ciesząc się w dodatku jak mongoloidalne dzieci na haju z co głupszych przejawów nadciągającej Drugiej Religijności...
Możemy się lubić, może być "amicus Plato", ale jednak veritas... I te rzeczy! Bez sprawnego myślenia się nie da, a że wszyscy nurzamy się w bagnie tandetnego post-oświeceniowego "racjonalizmu" - religijni fundamentaliści wcale nie wiele mniej, niż świry od "wolnego rynku" - no to ktoś musi zacząć całe to "prawicowe" bractwo myślenia uczyć.
Też mnie to nie bawi, że to muszę być akurat ja, ale cóż robić. Ludzi z patologicznym przerostem kory mózgowej w "prawicowej" blogosferze nie brakuje, ale z myśleniem w sumie tragedia. A wróg nie śpi, wróg ma w rękach wszelkie atuty, więc nawet jak nie myśli dużo lepiej, to i tak wygra. Chyba że...
No dobra, długie się to już zrobiło, rezerwuar mądrości na temat Dupy nam się nieco wyczerpał - do zobaczenia zatem następnym (Deo volente) razem! Też pewnie nie będzie wiele na nasze ukochane tematy, ale może coś wymyślę, dla dodania smaku. Zresztą pamiętajcie, że było o kogucie - wczuć się w to, wgryźć, zrozumieć, jakie to było w sumie nie-przy-zwo-i-te, pełne erotyzmu und pikantne! Tylko trzeba to pojąć. A potem się ostro wessać i przeżywać ekstazę za ekstazą.
Tak? No to na razie!
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Drugi tekst z cyklu "Dziewica dla leminga"
Nieprzyzwoitość: xxx (słownie 3) na xxxxxxxxxx możliwych (słownie 10)
* * *
Pewien rolnik zaobserwował, że jego kogut, wybierając się na obchód swego haremu (co czynił kilka razy dziennie, był to bowiem kogut nie byle jaki!), ubiera się zawsze w tym celu w lisią skórę, którą skądsiś wygrzebał i między obchodami chowa w ciemnym kącie kurnika.
Wypytywany na tę okoliczność, kogut stwierdził, cytuję: "Kury dostają dużo większego orgazmu, kiedy mam na sobie tę skórę, a mnie daje to więcej satysfakcji. Głównie chodzi o poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Ale nie tylko to." (Koniec cytatu.)
Na drugi dzień rolnik zabrał jednak kogutowi tę skórę, potrzebował bowiem jakiegoś prezentu dla swojej matki na imieniny. (Piotra i Pawła.) Wyczyścił ją porządnie z kurzu, pierza i czego tam jeszcze, i dał. Kogut z rozpaczy zapiał się wkrótce na śmierć, co z kolei sprawiło, że rolnik także poszedł się zapić - konkretnie do baru "Micwa".
Kiedy wrócił, czekała na niego ogromna micha rosołu. Żona powiedziała mu, że tego rosołu nagotowała na co najmniej tydzień, i to raczej dla głodnej dwunastoosobowej rodziny. "A w ogóle to zabawna historia. Zaraz po twoim wyjściu przyszła do mnie delegacja kur i poprosiła o natychmiastowe przerobienie ich na rosół. Nie mogą bowiem żyć bez swojego lisa."
"Tak? To dość dziwne!", rzekł rolnik, choć język mu się nieco plątał. Żona zaś uzupełniła z tajemniczym i jakby nieco bolesnym, a jednocześnie wniebowziętym uśmiechem: "Najbardziej urocza była ta ta najmłodsza, wiesz, ta co ją kogut poślubił w zeszły piątek. Ta ładna, z dużym biustem."
"I co ona?", spytał rolnik zaciekawiony. "Przyszła do mnie potem, jak już wszystkie wyszły, spuściła oczki i mówi, tak, słuchaj! Że ona by może nie chciała na ten rosół, bo młoda jest i jeszcze niejeden kogut... Wiesz. Ale jak jej koleżanki... Czy siostry może? Tak, powiedziała siostry. Jak jej one, mówi, wytłumaczyły, że już nigdy nie będzie jej żaden lis... To ona też się zgadza." Żona chłopa opowiadała to wszystko wyraźnie poruszona, raz to śmiejąc się, raz popłakując. Oczy jej błyszczały jak nigdy dotąd.
* * *
Jaki z powyższego morał? Zastanówcie się nad tym w domu. Przedyskutujcie tę kwestię z bratem/siostrą. (A jeśli z was naprawdę okropne świnki, to nawet z ojcem/matką.) Potem napiszcie krótkie wypracowanie na ten temat - nie mniej niż 5 stron A4, pojedyncze odstępy, nie mniej niż 25 znaków, nie licząc białego, w wierszu.
* * *
No dobra, spyta ktoś, a co to w ogóle jest? Jaki to ma związek z czymkolwiek, a już szczególnie z kontrrewolucją? Na co odpowiem, że przecież głównym naszym tu tematem jest akurat nie kontrrewolucja (choć oczywiście staramy się o niej nie zapominać), tylko "Dziewica dla leminga oraz szeroko pojęta Dupa i jej rola we Wszechświecie"!
Teraz się nie podoba tekst, z życia wzięty, o kogucie w lisiej skórze i zakochanym w nim haremie, wczoraj zaś - jestem tego niemal stuprocentowo pewien! - kręcił taki nosem, na temat pierwszego tekstu z cyklu, tego wczorajszego, że, cytuję: "Gdzie tu jest w ogóle coś o Dupie? Gdzie tu jest coś konkretnie o Lemingu i Dziewicach?!"
Mógłbym na to odpowiedzieć, cytuję: "A idź'że erotomanie jeden! Że się w ogóle nie wstydzisz!" Po czym bym mu zalecił szwedzką gimnastykę przy otwartym oknie, zimne prysznice, nie przejadać się, co najwyżej sześć godzin snu... Ręce oczywiście obowiązkowo na kołdrze! Prysznice prysznicami, ale alkoholik już zawsze będzie alkoholikiem i najmniejszy choćby łyk Beaujolais Nouveau ściągnie go ponownie w przepaść. Ufamy, oczywiście, ale też wiemy, że "kontrola jest najwyższą formą zaufania", jako rzecze Lenin.
Żeby zaś nie było, że tylko wymagamy i tylko kontrolujemy (mimo, że mamy na to błogosławieństwo Lenina, świeckie w dodatku), chcieliśmy dać takiemu komuś... Erotomanowi, żeby to brutalnie i bez ogródek określić... Podleczonemu, ale zawsze, do końca już na krawędzi... Chcieliśmy mu dać coś na pociechę. I stąd właśnie wzięła się ta powyższa historia.
Nikt nam nie może już teraz zarzucić, że obiecujemy pisać o Dziewicach i Dupach, a piszemy o przedszkolnych samczykach omega, które sobie lękliwie chronią kark przy byle konflikcie (czy o co tam w tym geście chodzi) i ich kształcunych, z dużego miasta matkach-wumlikach. Teraz już nikt nam nie może tego zarzucić, powiadam!
Że nie było jeszcze nic o dziewicach? A skąd wiecie, że ta urocza kurka z dużym biustem, ta co wiecie... Ta, która tyle radości sprawiła swemu kogutowi... Czy może lisowi... I która dodała tamtemu rosołowi więcej słodyczy, niż cała marchewka razem wzięta... (Zaprawdę, powiadam wam!) Więc skąd niby wiecie, że ona nie była dziewicą? Przed nocą poślubną znaczy? Ja właśnie mówię, że z całą pewnością BYŁA i że nie macie prawa rzucać oskarżeń!
Lemingi mamy tu, na tym blogu, często, i jeszcze, z Bożym przyzwoleniem, często będziemy ich mieli. Zresztą żaden erotoman (a kto nam się tu w końcu wykłóca, że spytam?) nie będzie się pieniaczył o Leminga. Co innego o Dupę i Dziewice, prawda? No to teraz w naszym cyklu była już Dziewica, na razie jedna, ale to też nie byle co. No i była Dupa, a nawet cały ich Harem.
A więc spokój! I grzecznie czekać na następny odcinek cyklu! Nie zapominając jednak o wypracowaniu na temat morału całej tej... Bajki? No nie, nie bajki, skoro to była sama i czysta Prawda - a nawet coś od Prawdy o wiele prawdziwszego. Więc spokój, do wyra i spać! Tylko pamiętać - ręce na kołderce!
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
* * *
Pewien rolnik zaobserwował, że jego kogut, wybierając się na obchód swego haremu (co czynił kilka razy dziennie, był to bowiem kogut nie byle jaki!), ubiera się zawsze w tym celu w lisią skórę, którą skądsiś wygrzebał i między obchodami chowa w ciemnym kącie kurnika.
Wypytywany na tę okoliczność, kogut stwierdził, cytuję: "Kury dostają dużo większego orgazmu, kiedy mam na sobie tę skórę, a mnie daje to więcej satysfakcji. Głównie chodzi o poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Ale nie tylko to." (Koniec cytatu.)
Na drugi dzień rolnik zabrał jednak kogutowi tę skórę, potrzebował bowiem jakiegoś prezentu dla swojej matki na imieniny. (Piotra i Pawła.) Wyczyścił ją porządnie z kurzu, pierza i czego tam jeszcze, i dał. Kogut z rozpaczy zapiał się wkrótce na śmierć, co z kolei sprawiło, że rolnik także poszedł się zapić - konkretnie do baru "Micwa".
Kiedy wrócił, czekała na niego ogromna micha rosołu. Żona powiedziała mu, że tego rosołu nagotowała na co najmniej tydzień, i to raczej dla głodnej dwunastoosobowej rodziny. "A w ogóle to zabawna historia. Zaraz po twoim wyjściu przyszła do mnie delegacja kur i poprosiła o natychmiastowe przerobienie ich na rosół. Nie mogą bowiem żyć bez swojego lisa."
"Tak? To dość dziwne!", rzekł rolnik, choć język mu się nieco plątał. Żona zaś uzupełniła z tajemniczym i jakby nieco bolesnym, a jednocześnie wniebowziętym uśmiechem: "Najbardziej urocza była ta ta najmłodsza, wiesz, ta co ją kogut poślubił w zeszły piątek. Ta ładna, z dużym biustem."
"I co ona?", spytał rolnik zaciekawiony. "Przyszła do mnie potem, jak już wszystkie wyszły, spuściła oczki i mówi, tak, słuchaj! Że ona by może nie chciała na ten rosół, bo młoda jest i jeszcze niejeden kogut... Wiesz. Ale jak jej koleżanki... Czy siostry może? Tak, powiedziała siostry. Jak jej one, mówi, wytłumaczyły, że już nigdy nie będzie jej żaden lis... To ona też się zgadza." Żona chłopa opowiadała to wszystko wyraźnie poruszona, raz to śmiejąc się, raz popłakując. Oczy jej błyszczały jak nigdy dotąd.
* * *
Jaki z powyższego morał? Zastanówcie się nad tym w domu. Przedyskutujcie tę kwestię z bratem/siostrą. (A jeśli z was naprawdę okropne świnki, to nawet z ojcem/matką.) Potem napiszcie krótkie wypracowanie na ten temat - nie mniej niż 5 stron A4, pojedyncze odstępy, nie mniej niż 25 znaków, nie licząc białego, w wierszu.
* * *
No dobra, spyta ktoś, a co to w ogóle jest? Jaki to ma związek z czymkolwiek, a już szczególnie z kontrrewolucją? Na co odpowiem, że przecież głównym naszym tu tematem jest akurat nie kontrrewolucja (choć oczywiście staramy się o niej nie zapominać), tylko "Dziewica dla leminga oraz szeroko pojęta Dupa i jej rola we Wszechświecie"!
Teraz się nie podoba tekst, z życia wzięty, o kogucie w lisiej skórze i zakochanym w nim haremie, wczoraj zaś - jestem tego niemal stuprocentowo pewien! - kręcił taki nosem, na temat pierwszego tekstu z cyklu, tego wczorajszego, że, cytuję: "Gdzie tu jest w ogóle coś o Dupie? Gdzie tu jest coś konkretnie o Lemingu i Dziewicach?!"
Mógłbym na to odpowiedzieć, cytuję: "A idź'że erotomanie jeden! Że się w ogóle nie wstydzisz!" Po czym bym mu zalecił szwedzką gimnastykę przy otwartym oknie, zimne prysznice, nie przejadać się, co najwyżej sześć godzin snu... Ręce oczywiście obowiązkowo na kołdrze! Prysznice prysznicami, ale alkoholik już zawsze będzie alkoholikiem i najmniejszy choćby łyk Beaujolais Nouveau ściągnie go ponownie w przepaść. Ufamy, oczywiście, ale też wiemy, że "kontrola jest najwyższą formą zaufania", jako rzecze Lenin.
Żeby zaś nie było, że tylko wymagamy i tylko kontrolujemy (mimo, że mamy na to błogosławieństwo Lenina, świeckie w dodatku), chcieliśmy dać takiemu komuś... Erotomanowi, żeby to brutalnie i bez ogródek określić... Podleczonemu, ale zawsze, do końca już na krawędzi... Chcieliśmy mu dać coś na pociechę. I stąd właśnie wzięła się ta powyższa historia.
Nikt nam nie może już teraz zarzucić, że obiecujemy pisać o Dziewicach i Dupach, a piszemy o przedszkolnych samczykach omega, które sobie lękliwie chronią kark przy byle konflikcie (czy o co tam w tym geście chodzi) i ich kształcunych, z dużego miasta matkach-wumlikach. Teraz już nikt nam nie może tego zarzucić, powiadam!
Że nie było jeszcze nic o dziewicach? A skąd wiecie, że ta urocza kurka z dużym biustem, ta co wiecie... Ta, która tyle radości sprawiła swemu kogutowi... Czy może lisowi... I która dodała tamtemu rosołowi więcej słodyczy, niż cała marchewka razem wzięta... (Zaprawdę, powiadam wam!) Więc skąd niby wiecie, że ona nie była dziewicą? Przed nocą poślubną znaczy? Ja właśnie mówię, że z całą pewnością BYŁA i że nie macie prawa rzucać oskarżeń!
Lemingi mamy tu, na tym blogu, często, i jeszcze, z Bożym przyzwoleniem, często będziemy ich mieli. Zresztą żaden erotoman (a kto nam się tu w końcu wykłóca, że spytam?) nie będzie się pieniaczył o Leminga. Co innego o Dupę i Dziewice, prawda? No to teraz w naszym cyklu była już Dziewica, na razie jedna, ale to też nie byle co. No i była Dupa, a nawet cały ich Harem.
A więc spokój! I grzecznie czekać na następny odcinek cyklu! Nie zapominając jednak o wypracowaniu na temat morału całej tej... Bajki? No nie, nie bajki, skoro to była sama i czysta Prawda - a nawet coś od Prawdy o wiele prawdziwszego. Więc spokój, do wyra i spać! Tylko pamiętać - ręce na kołderce!
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
słowa kluczowe:
alkoholizm,
Bar Micwa,
Beaujolais Nouveau,
dupa,
dziewice,
harem,
kogut,
kurnik,
lisia skóra,
miłość małżeńska,
rosół,
samobójstwo,
słodycz,
świnki,
w sumie nic o lemingach,
wóda,
wumle
wtorek, czerwca 28, 2011
Pierwszy tekst z cyklu "Dziewica dla leminga"
Nieprzyzwoitość: x (słownie 1) na xxxxxxxxxx możliwych (słownie 10)
* * * * *
Zagajenie w formie gawędy, które Poszukiwacze Faktów i Autentycznej Mądrości bez najmniejszej szkody mogą opuścić, ale za to smakosze Historycznych Wspominków i w ogóle Dobrej Literatury raczej nie powinni
Niniejszym rozpoczynam tekst, który w zamierzeniu ma stanowić pierwszą część wielkiego cyklu, mającego naświetlić ze wszystkich stron ważną i zaniedbaną kwestię szeroko pojętej (excusez le mot) Dupy - w historii, polityce, w życiu leminga, w życiu kontrrewolucjonisty... Itd.
Część tych tekstów będzie zapewne (Deo volente) całkiem przyzwoita i dostępna nawet dla tych licznych wirtualnych prawicowców, dla których esencją i ideałem prawicowości jest mentalność i zachowania kastrowanego przed-pubertalnego ministranta. Inne mogą być dla takich osób rażące i nieodpowiednie.
Aby nikomu nie zrobić wbrew i nie wyjść na jakiegoś lewaka, któren "wyzwolenie seksualne" ludowi głosi i za jego pomocą zamierza ruszać z posad bryłę świata, będę (już po napisaniu takiego ew. tekstu) na samej górze oznaczał jego ostrość und nieprzyzwoitość (w mojej własnej fachowej ocenie) za pomocą tradycyjnych krzyżyków.
Jeden krzyżyk: x - to tekst nieszkodliwy nawet dla duszyczek owych ministrantów. Dwa krzyżyki: xx - to jakieś pin-up'y z lat '40 (bez włosów). Trzy krzyżyki: xxx to powiedzmy Playboy z lat '60 (nie mówię duńskie magazyny dla panów!), czyli włosy, góra, łonowe. Cztery krzyżyki: xxxx - to powiedzmy dzisiejsze soft-porno. Pięć krzyżyków: xxxxx - to już nie "soft"... I tak dalej, aż do... Ile my ich możemy potrzebować? No, ustalmy sobie, że maksimum to dziesięć. I nie będziemy dawać przykładów, z czym to by się ew. dało porównać.
Albo może powiedzmy sobie tak: dawni misjonarze, jak niektórzy wiedzą, opisywali z najpikantniejszymi szczegółami pikantne zachowania różnych dzikich ludów, tyle że po łacinie. No więc niech dziesięć iksów to będzie takie coś - ale naprawdę dzikich ludów - tyle, że nie po łacinie. Ani moja ona nie jest na tym poziomie, bym ja mógł to w niej napisać, ani, jak podejrzewam, Wasza kochane ludzie, nie jest na tym poziomie, żebyście to mogli ew. zrozumieć.
To by chyba był na tyle spraw organizacyjnych - przejdźmy do konkretów.
* * * * *
Konkrety
Zadziwiające jest, jakie mądre rzeczy można czasem znaleźć w gazecie! A w każdym razie w tygodniku. Niechby i francuskim. Niechby i chodziło o "Le Point" z lat, gdy szefem był tam św.p. Jean-François Revel, gość, który wiele rzeczy kojarzył. Było to bardzo, bardzo dawno, gdzieś na przełomie lat '70 i '80, ale do dziś to pamiętam jakby to było wczoraj. Sam tekst, a także całą oprawę i tło.
"Z taką pewną nieśmiałością" to mówię, bo ten akurat numer "Le Point" - mój pierwszy, choć nie jedyny - wpadł mi w ręce, kiedy byłem w Libii. Co z tego? A to, że nie ma cienia gwarancji, że za jakiś czas jakikolwiek związek z Kadafim nie nie będzie w krótkich abcugach prowadził do łagru, jeśli nie gorzej.
Tym bardziej, jeśli ktoś znany jest (komu znany, temu znany, ale akurat o tych chodzi) z tego, że bez entuzjazmu się wyraża o Ojro-Unii. Cóż jednak robić - pośladki drżą z lęku, ale moich ew. Czytelników - skoro to w końcu, jak to u mnie, gawęda, nie chcę pozbawiać kolorytu, tła i pociesznych anegdotek.
Nie żebym wszystkie te anegdotki i koloryty miał tu od razu władować - zbyt wiele tego było i zbyt piękne! - ale nieco kolorków się przyda. No więc był ja w tej kadaficznej Libii w mrocznych czasach PRL'u... (A może już wcale nie tak mrocznych? Co ja tam wiem, skoro GWybu nie czytam, TVN'u nie oglądam.)
Matka tam wiele lat pracowała, jako architekt, a raczej urzędasek od urbanistyki, a ja dwa razy tam do niej pojechał, żeby coś na czarno, bo na biało się nie dało, zarobić. Z jednego miesiąca pracy, fakt, że najczęściej b. ciężkiej, żyło się potem z kobietą ze dwa lata, jeśli się nie szalało.
I czasem ta praca była, a czasem siedział człek, czytał wszystko, co matka miała w swym przedziwnie przypadkowym zbiorze książek i czasopism, oglądał libijską telewizję... O tym ostatnim można by, swoją drogą, napisać epopeję, a już japoński film wojenny "Tora Tora Tora" zdubbingowany po włosku, to było przeżycie, które mną wstrząsnęło. I wstrząsa mną niemal tak samo silnie, kiedy tylko sobie to, po pół wieku niemal, przypominam.
No i kiedyś wpadł mi w ręce numer tygodnika "Le Point", a w nim tekst, który - tak samo jak stwierdzenie Ortegi y Gasseta, o którym mówiłem w poprzednim tekście (to, że są kobiety i mężczyźni, a nie ma żadnych "osób ludzkich"), a długo potem Ardrey - uczyniło ze mnie zapiekłego prawicowca. Albo w każdym razie takie coś z czarnym podniebieniem, co ma własne poglądy na różne sprawy.
W artykule tym (ach, jak chciałbym go znowu dorwać, ale niestety znikł z moich zbiorów w wyniku różnych zawirowań Typowego Polskiego Losu) było o tym, że dzieci wykształconych i racjonalnych matek niemal z definicji źle sobie, już co najmniej od lat przedszkolnych, radzą z życiem społecznym. Skutkiem czego rzadko mają szansę zostać samcem alfa... Czy samicą alfa zresztą, bo tam przecież też hierarchia istnieje, a co dopiero w latach, kiedy różnice między płciami są jeszcze mniej wyraźne, niż potem.
Tak więc samiec alfa, jak wynikało z owego tekstu (opartego na ekstensywnych badaniach, gdzie dziatwę w przedszkolu z ukrycia filmowano, i tak dalej) nie dla dzieciaka wykształconej, racjonalnej matki! I nic to, że przeważnie jest inteligentniejsza od tej mało racjonalnej i mało wykształconej - ta jej ew. inteligencja niewiele, jeśli w ogóle, potomstwu w jego społecznym życiu pomaga!
To badanie nie trwało aż tak długo, by dało się określić, jak się sprawy miały w późniejszym życiu. Swoją drogą teraz, po trzydziestu latach, dałoby się to pewnie zbadać, a może nawet zrobiono jakieś badania. Bardzo oczywiście chciałbym znać ich wyniki, jednak postawię brodę Proroka przeciw garści kwaśnych czereśni, że to początkowe społeczne upośledzenie w większości przypadków raczej się samo nie wyleczyło, a najczęściej pewnie się tylko dalej pogłębiało. (Pan Tygrys to jednak dość wyjątkowy przypadek, zgoda? Na dobre i złe.)
Co może być bezpośrednią przyczyną takiego stanu rzeczy? Bezpośrednią przyczyną wydaje się być - co explicite stwierdzono w owym badaniu i owym artykule - to, że owe dzieci racjonalnych i wykształconych matek miały upośledzony JĘZYK CIAŁA.
Tak, jakby te matki od najwcześniejszych lat, same zapewne "obdarzone" osłabionym językiem ciała - co prawdopodobnie stanowi zarówno skutek, jak i w jakiejś mierze przyczynę, ich racjonalności (a może nawet w jakimś stopniu wykształcenia?) - przestawiały dziecko z normalnego, zdrowego polegania na owym języku ciała, na racjonalność, argumentację, logikę... Sami wiecie, o co tu chodzi. W końcu wystarczy rzucić okiem na twórczość tego czy owego blogera, choćby nawet "prawicowego".
Co jeszcze z konkretów pamiętam w związku z tym artykułem? To, że na owych filmach z ukrytej kamery często obserwowano, jak te biedne upośledzone dzieci racjonalnych matek przejawiały całkiem specjalny język ciała - który momentalnie, jak wnioskowali nie bez podstaw badacze, stawiał ich w pozycji socjalnej omegi.
Przede wszystkim był to gest, pojawiający się w przypadków konfliktów oko w oko, polegający na kładzeniu sobie dłoni na karku. Z miną, na ile pamiętam, z góry przegraną i z postawą wyrażającą w sumie podległość. Co momentalnie zapewniało tym dzieciom pozycję omegi w danej dziecięcej społeczności. (Z czegoś się w końcu korwiniści biorą! Że tak sobie pojadę intuicją.)
No i to by było na tyle konkretów. Natomiast jako inspiracja do rozmyślań, dyskusji, analiz, planów na przyszłość - własnych życiowych i dla świata - wydaje mi się to ważne i potencjalnie ogromnie płodne. Mamy tu bowiem coś, jednocześnie konkretnego i, jak na psychologię, naukowego, co jednocześnie naświetla nam problem Leminga, schyłkowej Cywilizacji w przeciwieństwie od twórczej i organicznej Kultury (mówię to oczywiście językiem spengleryzmu, ale to się da przełożyć na inne żargony), wychowania potomstwa, roli Kobiety w Historii (i w ogóle wszędzie), "równouprawnienia", ew. kontrrewolucji...
Nie zapominając o wielkiej, ważnej, a przecież z jakichś powodów tak zaniedbanej, problematyce szeroko pojętej Dupy (excusez le mot) i jej znaczenia we (nie bójmy się tego słowa!) Wszechświecie.
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
* * * * *
Zagajenie w formie gawędy, które Poszukiwacze Faktów i Autentycznej Mądrości bez najmniejszej szkody mogą opuścić, ale za to smakosze Historycznych Wspominków i w ogóle Dobrej Literatury raczej nie powinni
Niniejszym rozpoczynam tekst, który w zamierzeniu ma stanowić pierwszą część wielkiego cyklu, mającego naświetlić ze wszystkich stron ważną i zaniedbaną kwestię szeroko pojętej (excusez le mot) Dupy - w historii, polityce, w życiu leminga, w życiu kontrrewolucjonisty... Itd.
Część tych tekstów będzie zapewne (Deo volente) całkiem przyzwoita i dostępna nawet dla tych licznych wirtualnych prawicowców, dla których esencją i ideałem prawicowości jest mentalność i zachowania kastrowanego przed-pubertalnego ministranta. Inne mogą być dla takich osób rażące i nieodpowiednie.
Aby nikomu nie zrobić wbrew i nie wyjść na jakiegoś lewaka, któren "wyzwolenie seksualne" ludowi głosi i za jego pomocą zamierza ruszać z posad bryłę świata, będę (już po napisaniu takiego ew. tekstu) na samej górze oznaczał jego ostrość und nieprzyzwoitość (w mojej własnej fachowej ocenie) za pomocą tradycyjnych krzyżyków.
Jeden krzyżyk: x - to tekst nieszkodliwy nawet dla duszyczek owych ministrantów. Dwa krzyżyki: xx - to jakieś pin-up'y z lat '40 (bez włosów). Trzy krzyżyki: xxx to powiedzmy Playboy z lat '60 (nie mówię duńskie magazyny dla panów!), czyli włosy, góra, łonowe. Cztery krzyżyki: xxxx - to powiedzmy dzisiejsze soft-porno. Pięć krzyżyków: xxxxx - to już nie "soft"... I tak dalej, aż do... Ile my ich możemy potrzebować? No, ustalmy sobie, że maksimum to dziesięć. I nie będziemy dawać przykładów, z czym to by się ew. dało porównać.
Albo może powiedzmy sobie tak: dawni misjonarze, jak niektórzy wiedzą, opisywali z najpikantniejszymi szczegółami pikantne zachowania różnych dzikich ludów, tyle że po łacinie. No więc niech dziesięć iksów to będzie takie coś - ale naprawdę dzikich ludów - tyle, że nie po łacinie. Ani moja ona nie jest na tym poziomie, bym ja mógł to w niej napisać, ani, jak podejrzewam, Wasza kochane ludzie, nie jest na tym poziomie, żebyście to mogli ew. zrozumieć.
To by chyba był na tyle spraw organizacyjnych - przejdźmy do konkretów.
* * * * *
Konkrety
Zadziwiające jest, jakie mądre rzeczy można czasem znaleźć w gazecie! A w każdym razie w tygodniku. Niechby i francuskim. Niechby i chodziło o "Le Point" z lat, gdy szefem był tam św.p. Jean-François Revel, gość, który wiele rzeczy kojarzył. Było to bardzo, bardzo dawno, gdzieś na przełomie lat '70 i '80, ale do dziś to pamiętam jakby to było wczoraj. Sam tekst, a także całą oprawę i tło.
"Z taką pewną nieśmiałością" to mówię, bo ten akurat numer "Le Point" - mój pierwszy, choć nie jedyny - wpadł mi w ręce, kiedy byłem w Libii. Co z tego? A to, że nie ma cienia gwarancji, że za jakiś czas jakikolwiek związek z Kadafim nie nie będzie w krótkich abcugach prowadził do łagru, jeśli nie gorzej.
Tym bardziej, jeśli ktoś znany jest (komu znany, temu znany, ale akurat o tych chodzi) z tego, że bez entuzjazmu się wyraża o Ojro-Unii. Cóż jednak robić - pośladki drżą z lęku, ale moich ew. Czytelników - skoro to w końcu, jak to u mnie, gawęda, nie chcę pozbawiać kolorytu, tła i pociesznych anegdotek.
Nie żebym wszystkie te anegdotki i koloryty miał tu od razu władować - zbyt wiele tego było i zbyt piękne! - ale nieco kolorków się przyda. No więc był ja w tej kadaficznej Libii w mrocznych czasach PRL'u... (A może już wcale nie tak mrocznych? Co ja tam wiem, skoro GWybu nie czytam, TVN'u nie oglądam.)
Matka tam wiele lat pracowała, jako architekt, a raczej urzędasek od urbanistyki, a ja dwa razy tam do niej pojechał, żeby coś na czarno, bo na biało się nie dało, zarobić. Z jednego miesiąca pracy, fakt, że najczęściej b. ciężkiej, żyło się potem z kobietą ze dwa lata, jeśli się nie szalało.
I czasem ta praca była, a czasem siedział człek, czytał wszystko, co matka miała w swym przedziwnie przypadkowym zbiorze książek i czasopism, oglądał libijską telewizję... O tym ostatnim można by, swoją drogą, napisać epopeję, a już japoński film wojenny "Tora Tora Tora" zdubbingowany po włosku, to było przeżycie, które mną wstrząsnęło. I wstrząsa mną niemal tak samo silnie, kiedy tylko sobie to, po pół wieku niemal, przypominam.
No i kiedyś wpadł mi w ręce numer tygodnika "Le Point", a w nim tekst, który - tak samo jak stwierdzenie Ortegi y Gasseta, o którym mówiłem w poprzednim tekście (to, że są kobiety i mężczyźni, a nie ma żadnych "osób ludzkich"), a długo potem Ardrey - uczyniło ze mnie zapiekłego prawicowca. Albo w każdym razie takie coś z czarnym podniebieniem, co ma własne poglądy na różne sprawy.
W artykule tym (ach, jak chciałbym go znowu dorwać, ale niestety znikł z moich zbiorów w wyniku różnych zawirowań Typowego Polskiego Losu) było o tym, że dzieci wykształconych i racjonalnych matek niemal z definicji źle sobie, już co najmniej od lat przedszkolnych, radzą z życiem społecznym. Skutkiem czego rzadko mają szansę zostać samcem alfa... Czy samicą alfa zresztą, bo tam przecież też hierarchia istnieje, a co dopiero w latach, kiedy różnice między płciami są jeszcze mniej wyraźne, niż potem.
Tak więc samiec alfa, jak wynikało z owego tekstu (opartego na ekstensywnych badaniach, gdzie dziatwę w przedszkolu z ukrycia filmowano, i tak dalej) nie dla dzieciaka wykształconej, racjonalnej matki! I nic to, że przeważnie jest inteligentniejsza od tej mało racjonalnej i mało wykształconej - ta jej ew. inteligencja niewiele, jeśli w ogóle, potomstwu w jego społecznym życiu pomaga!
To badanie nie trwało aż tak długo, by dało się określić, jak się sprawy miały w późniejszym życiu. Swoją drogą teraz, po trzydziestu latach, dałoby się to pewnie zbadać, a może nawet zrobiono jakieś badania. Bardzo oczywiście chciałbym znać ich wyniki, jednak postawię brodę Proroka przeciw garści kwaśnych czereśni, że to początkowe społeczne upośledzenie w większości przypadków raczej się samo nie wyleczyło, a najczęściej pewnie się tylko dalej pogłębiało. (Pan Tygrys to jednak dość wyjątkowy przypadek, zgoda? Na dobre i złe.)
Co może być bezpośrednią przyczyną takiego stanu rzeczy? Bezpośrednią przyczyną wydaje się być - co explicite stwierdzono w owym badaniu i owym artykule - to, że owe dzieci racjonalnych i wykształconych matek miały upośledzony JĘZYK CIAŁA.
Tak, jakby te matki od najwcześniejszych lat, same zapewne "obdarzone" osłabionym językiem ciała - co prawdopodobnie stanowi zarówno skutek, jak i w jakiejś mierze przyczynę, ich racjonalności (a może nawet w jakimś stopniu wykształcenia?) - przestawiały dziecko z normalnego, zdrowego polegania na owym języku ciała, na racjonalność, argumentację, logikę... Sami wiecie, o co tu chodzi. W końcu wystarczy rzucić okiem na twórczość tego czy owego blogera, choćby nawet "prawicowego".
Co jeszcze z konkretów pamiętam w związku z tym artykułem? To, że na owych filmach z ukrytej kamery często obserwowano, jak te biedne upośledzone dzieci racjonalnych matek przejawiały całkiem specjalny język ciała - który momentalnie, jak wnioskowali nie bez podstaw badacze, stawiał ich w pozycji socjalnej omegi.
Przede wszystkim był to gest, pojawiający się w przypadków konfliktów oko w oko, polegający na kładzeniu sobie dłoni na karku. Z miną, na ile pamiętam, z góry przegraną i z postawą wyrażającą w sumie podległość. Co momentalnie zapewniało tym dzieciom pozycję omegi w danej dziecięcej społeczności. (Z czegoś się w końcu korwiniści biorą! Że tak sobie pojadę intuicją.)
No i to by było na tyle konkretów. Natomiast jako inspiracja do rozmyślań, dyskusji, analiz, planów na przyszłość - własnych życiowych i dla świata - wydaje mi się to ważne i potencjalnie ogromnie płodne. Mamy tu bowiem coś, jednocześnie konkretnego i, jak na psychologię, naukowego, co jednocześnie naświetla nam problem Leminga, schyłkowej Cywilizacji w przeciwieństwie od twórczej i organicznej Kultury (mówię to oczywiście językiem spengleryzmu, ale to się da przełożyć na inne żargony), wychowania potomstwa, roli Kobiety w Historii (i w ogóle wszędzie), "równouprawnienia", ew. kontrrewolucji...
Nie zapominając o wielkiej, ważnej, a przecież z jakichś powodów tak zaniedbanej, problematyce szeroko pojętej Dupy (excusez le mot) i jej znaczenia we (nie bójmy się tego słowa!) Wszechświecie.
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
słowa kluczowe:
dupa,
Jean-François Revel,
język ciała,
korwinizm,
Le Point,
Libia,
macierzyńtwo,
płeć,
pornografia,
psychologia,
racjonalizm,
samiec alfa,
samiec omega
sobota, czerwca 25, 2011
Czynię zadość
Niniejszym czynię zadość tym paru słodkim ludziom, którzy (w jak najmilszy sposób) zgłaszali ostatnio pretensję, że nic nie piszę. Wprawdzie pisanie bloga, a już szczególnie czegoś takiego jak ten, coraz bardziej wydaje mi się czynnością moralnie wątpliwą i siadaniem między dwa krzesła... Ale o tym może za chwilę. (A może i nie. Ach, jaką ja mam tu wolność!)
Po tym zagajeniu rzucimy tu sobie parę myśli, w charakterze tzw. "mięsa"...
* * *
Kto mnie czyta, pewnie już wie, że moje ostateczne mentalne rozstanie z "liberalnym konserwatyzmem" (czy może "konserwatywnym liberalizmem", jeśli ktoś woli), było spowodowane lekturą Ardreya. Już pierwsza jego książka, którą akurat był "The Territorial Imperative", to spowodowała. I nie ma tu oczywiście nic do rzeczy fakt, że sam Ardrey to raczej lewicowiec, a nie konserwatysta, tyle, że w typie Orwella, a więc intelektualnie uczciwy i na poziomie.
Różnica między jego lewicowością, albo lewicowością takich np. państwa Gwiazdów, a moim (specjalnym) konserwatyzmem, to głównie kwestia etycznych priorytetów, widzenia ludzkiej natury, i oceny tego, co możliwe. Ja tutaj jestem głębokim pesymistą. Jeśli chodzi o historię i przyszłość - bo nie o jakieś fin-de-sièclowe weltszmerce, czy zaburzenia nastroju - a oni widzą dla "Ludzkości" jakąś, mniej lub bardziej świetlaną, przyszłość.
W sumie to może zależy w dużym stopniu od tego, ile kto czytał historii, i jakiej... Czy nagle, jako dziesięciolatek, musiał się przeprowadzić z Krakowa do Elbląga, gdzie do szału doprowadzał miejscową żulię samym swym wytwornym, arystokratycznym (nie bójmy się tego słowa!) wyglądem. (Plus paroma narowami, które mu ta żulia, mimo woli, z czasem pomogła przezwyciężyć - dzięki!) Czy trenował, i to w mniej pedalskich czasach, boks na gdańskiej Przeróbce, gdzie do szału doprowadzał... itd.
Faktycznie nie sądzę, by Chicago Ardreya było słodsze i łagodniejsze od mojego Elbląga czy Przeróbki, ale tu także działa to, że człek zbuntowany przeciw lewicowej w sumie, w każdym razie w sferze deklaracji i tego, co stara się rozpleniać na zewnątrz, władzy, będzie miał tendencję do wpadnięcia w macki prawicy - i odwrotnie.
Jest ogromna różnica pomiędzy lewakiem i gościem, któremu się nie podoba niemal kastowe społeczeństwo, w którym przyszło mu żyć. Społeczeństwo, swoją drogą, jakiego właśnie my teraz z każdym dniem mamy coraz więcej, i do którego obecne elity z zapałem, a w dodatku skutecznie, dążą. I w którym - nie oszukujmy się - jesteśmy przewidziani do roli podludzi, jak by tego nie nazwać i jak by to się oficjalnie miało nie nazywać.
No dobra, rozwinęło mi się to - wspominki i analizy - a w sumie sprawa, o której chciałem, jest ta, że przyszło mi ostatnio do głowy, co było czynnikiem, który stanowił dla mnie rozdroże pomiędzy liberalizmem i całym tym lewactwem z jednej, i prawicowością z psychicznym zdrowiem z drugiej strony. Otóż było to stwierdzenie Ortegi y Gasseta, że takie coś, jak "istota ludzka" nie istnieje, bowiem istnieją wyłącznie mężczyźni i kobiety.
Od razu mi się to spodobało, wydało mi się błyskotliwe, ale przyznam, że dłuższy czas miałem z tym spore kłopoty. Cóż, miał człek lat kilkanaście i żył, mentalnie znaczy, pomiędzy realnym socjalizmem PRL'u, którego nie znosił, i realnym liberalizmem "Zachodu", do którego wzdychał i który idealizował. Wprawdzie fakt, że takie stwierdzenia jak to Ortegi pojawiały się na owym Zachodzie, a nawet były wydawane w tubylczym języku w owym PRL'u...
W słusznym, statystycznie rzecz biorąc, przekonaniu, że i tak nikt nie załapie... A może po prostu cenzor nie był aż tak subtelny i też nie załapał? W każdym razie te dwa fakty (bo one są dwa, jak widać) mogą świadczyć na plus zarówno ówczesnego Zachodu jak i PRL'u, przynajmniej na tle tego, co mamy dzisiaj i co nam się pracowicie szykuje.
Jakby to nie było, żeby podsumować, powiem, że kiedy już dokładnie pojąłem co jest z tym "brakiem osoby ludzkiej" i to sobie gruntownie przyswoiłem, to na pewno z lewicowością nie miałem już nic wspólnego. Choć z tą lewicowością faktycznie wciąż jest problem, bo taki Ardrey też wcale nie uważa, by chłop i baba to było to samo - tylko "jedna mała rzecz" i wpływy kulturowe.
To nie jest więc to samo, co dzisiejsza lewizna. Trzeba by te sprawy sobie uporządkować! To, że ktoś się głosi lewicowcem, jak Orwell, czy nie odciął się zbyt formalnie od swej ewidentnie lewicowej (liberalnej w amerykańskim stylu) przeszłości, jak Ardrey, wcale nie czyni go bliskim kuzynem Michników, Barrosów i Cohn-Benditów tego świata. Trza se to, mówię, kiedyś będzie uporządkować!
No to, żeby nie było wieloznaczności, podsumuję tak, że kiedy to o "osobie ludzkiej" pojąłem, nigdy już nie miałem nic wspólnego z Barrosami i Michnikami. Nastąpiło nawet swego rodzaju rozwidlenie dróg i z każdym krokiem byłem od owych Barrosów i Michników dalej. (Co by o moich poglądach nie sądzili Kirkerowie tego świata i różni tam, hłe hłe, monarchiści.)
Tak że, jako morał, zachęcam wszystkich do wczucia się i wgryzienia w owo, cytowane tu wcześniej, krótkie i łatwo zrozumiałe, stwierdzenie Ortegi y Gasseta. (Za którym swoją drogą ogólnie nie szaleję, bo uważam go za niesamowicie wprost rozwodnioną wersję Spenglera dla ubogich duchem.) Jeśli to do Was trafi, albo przynajmniej zaintryguje i zafascynuje - jest dla Was nadzieja w Okopach Św. Trójcy, wśród Młodych Spenglerystów i innych tam Rycerzy Kotrrewolucji. Jeśli nie, to na drzewo!
* * * * *
Rzuciłem okiem na wstęp do jakiejś książki o komuniźmie i Rosji, com ją sobie ostatnio kupił na allegro... (Mógł to być Alain Besonçon, ale mógł być i Zinowiew.) No i napotkałem tam stwierdzenie, że "komunizm znosi, że się go krytykuje, ale nie może ścierpieć, kiedy się go próbuje zrozumieć".
I tak mi się fajnie skojarzyło, że od pewnego czasu dokładnie tego rodzaju myśli mam na temat... Przezwyciężmy lęk, przezwyciężmy zajęczy niepokój... Powiedzmy to głośno, odważmy się - Żydów.
No i tak mi się jakoś wydaje, że niesamowita w sumie przecież nienawiść całego ętelektualnego establiszmętu ostatnich dziesięcioleci do Spenglera może wynikać właśnie z tego. Co się może wydawać absurdalne i śmieszne, jako że u Spenglera żadnego "antysemityzmu" nie ma ani śladu... Nie ma też cienia jakigokolwiek rasizmu (co by o tym nie pisała Wikipedia!), a raczej jest wprost coś, co można by określić mianem "antyrasizmu"... Choć, po prawdzie, co ma rasizm z "antysemizmem" wspólnego? Poza oczywiście propagandową zbitką tych pojęć, ma się rozumieć, w wykonaniu obecnych "intelektualnych" pałkarzy i policmajstrów?
Spengler w swoim Magnum Opus, bo o nim tu mówimy, pisze o Żydach rzeczy w sumie nieraz b. pochlebne - przynajmniej o ich głębokiej przeszłości i na tle tego, co się o nich (nie oszukujmy się!) wszędzie i nie od dzisiaj myśli... Przedstawia ich jako w sumie dość normalny lud, o dość faktycznie specyficznej historii, i część normalnej, choć też b. specyficznej Kultury/Cywilizacji. Że już od dawna "Fellachów", to inna sprawa - cóż, albo się ma bogatą historię ZA sobą, albo też ma się jeszcze PRZED sobą przyszłość. Przynajmniej tak jest dla spenglerystów. (Teraźniejszość to inna sprawa i mocno skomplikowana.)
Tak że w sumie, na tle tła - nie mówiąc już na tle tego, co się w latach '30 ubiegłego wieku działo w Europie, a szczególnie Niemczech - Spengler to czysty filosemita! No nie, trochę oczywiście żartuję, bo tam żadnych "filów" po prostu nie ma. Tak jak nie ma programów, wezwań do czynu, przekleństw mamrotanych pod adresem ideologicznych przeciwników... To po prostu nie jest poziom naszych drogich łowców "antysemitów" i całej tej reszty bojowników o Szczęście Ludzkości. W każdym razie nie ma tam nic, do czego by się uczciwy i nie-do-końca-odmóżdżony łowca "antysemitów" - gdyby to oczywiście nie była wewnętrzna sprzeczność - mógł uczciwie przyczepić.
A jednak... A jednak nienawiść zachodniego ętelektualnego "salonu" wobec Spenglera jest wprost niesamowita. Jasne, są pewne oczywiste powody, inne od bezpośrednio związanych z Żydami - na przykład to, że Spengler wyśmiewa się z wizji Ludzkości (ach!) mającej istnieć już na wieki wieków (i to nie tylko do Sądu Ostatecznego) i przez wieki wieków podążać do szczęścia nie do opisania. To na pewno nie jest coś, co by obecnym nadzorcom myśli specjalnie pasowało. Ale też nie jest to chyba coś, co by mogło znaleźć wielki oddźwięk w masach i jakoś na nie istotnie wpłynąć, czyniąc elitom (śmieszne słowo w tym kontekście, ale w sumie tak się rzeczy mają) wbrew.
Jeśli zaś poszukamy powodu, który byłby bardziej bezpośredni, bardziej piekący, bardziej prowokujący wszystkie te zapiekłe typki, które nas tak pracowicie nie od dziś wychowują... No to nic nie przychodzi mi do głowy lepszego, niż to że "Żydzi znoszą, że się ich krytykuje, ale nie mogą ścierpieć, że się ich próbuje zrozumieć". (A służebne szabesgoje oczywiście tym bardziej.)
Tak, że, drogie ludzie, wyjaśniliśmy chyba sobie kolejną zagadkę przyrody. Hurra!
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Po tym zagajeniu rzucimy tu sobie parę myśli, w charakterze tzw. "mięsa"...
* * *
Kto mnie czyta, pewnie już wie, że moje ostateczne mentalne rozstanie z "liberalnym konserwatyzmem" (czy może "konserwatywnym liberalizmem", jeśli ktoś woli), było spowodowane lekturą Ardreya. Już pierwsza jego książka, którą akurat był "The Territorial Imperative", to spowodowała. I nie ma tu oczywiście nic do rzeczy fakt, że sam Ardrey to raczej lewicowiec, a nie konserwatysta, tyle, że w typie Orwella, a więc intelektualnie uczciwy i na poziomie.
Różnica między jego lewicowością, albo lewicowością takich np. państwa Gwiazdów, a moim (specjalnym) konserwatyzmem, to głównie kwestia etycznych priorytetów, widzenia ludzkiej natury, i oceny tego, co możliwe. Ja tutaj jestem głębokim pesymistą. Jeśli chodzi o historię i przyszłość - bo nie o jakieś fin-de-sièclowe weltszmerce, czy zaburzenia nastroju - a oni widzą dla "Ludzkości" jakąś, mniej lub bardziej świetlaną, przyszłość.
W sumie to może zależy w dużym stopniu od tego, ile kto czytał historii, i jakiej... Czy nagle, jako dziesięciolatek, musiał się przeprowadzić z Krakowa do Elbląga, gdzie do szału doprowadzał miejscową żulię samym swym wytwornym, arystokratycznym (nie bójmy się tego słowa!) wyglądem. (Plus paroma narowami, które mu ta żulia, mimo woli, z czasem pomogła przezwyciężyć - dzięki!) Czy trenował, i to w mniej pedalskich czasach, boks na gdańskiej Przeróbce, gdzie do szału doprowadzał... itd.
Faktycznie nie sądzę, by Chicago Ardreya było słodsze i łagodniejsze od mojego Elbląga czy Przeróbki, ale tu także działa to, że człek zbuntowany przeciw lewicowej w sumie, w każdym razie w sferze deklaracji i tego, co stara się rozpleniać na zewnątrz, władzy, będzie miał tendencję do wpadnięcia w macki prawicy - i odwrotnie.
Jest ogromna różnica pomiędzy lewakiem i gościem, któremu się nie podoba niemal kastowe społeczeństwo, w którym przyszło mu żyć. Społeczeństwo, swoją drogą, jakiego właśnie my teraz z każdym dniem mamy coraz więcej, i do którego obecne elity z zapałem, a w dodatku skutecznie, dążą. I w którym - nie oszukujmy się - jesteśmy przewidziani do roli podludzi, jak by tego nie nazwać i jak by to się oficjalnie miało nie nazywać.
No dobra, rozwinęło mi się to - wspominki i analizy - a w sumie sprawa, o której chciałem, jest ta, że przyszło mi ostatnio do głowy, co było czynnikiem, który stanowił dla mnie rozdroże pomiędzy liberalizmem i całym tym lewactwem z jednej, i prawicowością z psychicznym zdrowiem z drugiej strony. Otóż było to stwierdzenie Ortegi y Gasseta, że takie coś, jak "istota ludzka" nie istnieje, bowiem istnieją wyłącznie mężczyźni i kobiety.
Od razu mi się to spodobało, wydało mi się błyskotliwe, ale przyznam, że dłuższy czas miałem z tym spore kłopoty. Cóż, miał człek lat kilkanaście i żył, mentalnie znaczy, pomiędzy realnym socjalizmem PRL'u, którego nie znosił, i realnym liberalizmem "Zachodu", do którego wzdychał i który idealizował. Wprawdzie fakt, że takie stwierdzenia jak to Ortegi pojawiały się na owym Zachodzie, a nawet były wydawane w tubylczym języku w owym PRL'u...
W słusznym, statystycznie rzecz biorąc, przekonaniu, że i tak nikt nie załapie... A może po prostu cenzor nie był aż tak subtelny i też nie załapał? W każdym razie te dwa fakty (bo one są dwa, jak widać) mogą świadczyć na plus zarówno ówczesnego Zachodu jak i PRL'u, przynajmniej na tle tego, co mamy dzisiaj i co nam się pracowicie szykuje.
Jakby to nie było, żeby podsumować, powiem, że kiedy już dokładnie pojąłem co jest z tym "brakiem osoby ludzkiej" i to sobie gruntownie przyswoiłem, to na pewno z lewicowością nie miałem już nic wspólnego. Choć z tą lewicowością faktycznie wciąż jest problem, bo taki Ardrey też wcale nie uważa, by chłop i baba to było to samo - tylko "jedna mała rzecz" i wpływy kulturowe.
To nie jest więc to samo, co dzisiejsza lewizna. Trzeba by te sprawy sobie uporządkować! To, że ktoś się głosi lewicowcem, jak Orwell, czy nie odciął się zbyt formalnie od swej ewidentnie lewicowej (liberalnej w amerykańskim stylu) przeszłości, jak Ardrey, wcale nie czyni go bliskim kuzynem Michników, Barrosów i Cohn-Benditów tego świata. Trza se to, mówię, kiedyś będzie uporządkować!
No to, żeby nie było wieloznaczności, podsumuję tak, że kiedy to o "osobie ludzkiej" pojąłem, nigdy już nie miałem nic wspólnego z Barrosami i Michnikami. Nastąpiło nawet swego rodzaju rozwidlenie dróg i z każdym krokiem byłem od owych Barrosów i Michników dalej. (Co by o moich poglądach nie sądzili Kirkerowie tego świata i różni tam, hłe hłe, monarchiści.)
Tak że, jako morał, zachęcam wszystkich do wczucia się i wgryzienia w owo, cytowane tu wcześniej, krótkie i łatwo zrozumiałe, stwierdzenie Ortegi y Gasseta. (Za którym swoją drogą ogólnie nie szaleję, bo uważam go za niesamowicie wprost rozwodnioną wersję Spenglera dla ubogich duchem.) Jeśli to do Was trafi, albo przynajmniej zaintryguje i zafascynuje - jest dla Was nadzieja w Okopach Św. Trójcy, wśród Młodych Spenglerystów i innych tam Rycerzy Kotrrewolucji. Jeśli nie, to na drzewo!
* * * * *
Rzuciłem okiem na wstęp do jakiejś książki o komuniźmie i Rosji, com ją sobie ostatnio kupił na allegro... (Mógł to być Alain Besonçon, ale mógł być i Zinowiew.) No i napotkałem tam stwierdzenie, że "komunizm znosi, że się go krytykuje, ale nie może ścierpieć, kiedy się go próbuje zrozumieć".
I tak mi się fajnie skojarzyło, że od pewnego czasu dokładnie tego rodzaju myśli mam na temat... Przezwyciężmy lęk, przezwyciężmy zajęczy niepokój... Powiedzmy to głośno, odważmy się - Żydów.
No i tak mi się jakoś wydaje, że niesamowita w sumie przecież nienawiść całego ętelektualnego establiszmętu ostatnich dziesięcioleci do Spenglera może wynikać właśnie z tego. Co się może wydawać absurdalne i śmieszne, jako że u Spenglera żadnego "antysemityzmu" nie ma ani śladu... Nie ma też cienia jakigokolwiek rasizmu (co by o tym nie pisała Wikipedia!), a raczej jest wprost coś, co można by określić mianem "antyrasizmu"... Choć, po prawdzie, co ma rasizm z "antysemizmem" wspólnego? Poza oczywiście propagandową zbitką tych pojęć, ma się rozumieć, w wykonaniu obecnych "intelektualnych" pałkarzy i policmajstrów?
Spengler w swoim Magnum Opus, bo o nim tu mówimy, pisze o Żydach rzeczy w sumie nieraz b. pochlebne - przynajmniej o ich głębokiej przeszłości i na tle tego, co się o nich (nie oszukujmy się!) wszędzie i nie od dzisiaj myśli... Przedstawia ich jako w sumie dość normalny lud, o dość faktycznie specyficznej historii, i część normalnej, choć też b. specyficznej Kultury/Cywilizacji. Że już od dawna "Fellachów", to inna sprawa - cóż, albo się ma bogatą historię ZA sobą, albo też ma się jeszcze PRZED sobą przyszłość. Przynajmniej tak jest dla spenglerystów. (Teraźniejszość to inna sprawa i mocno skomplikowana.)
Tak że w sumie, na tle tła - nie mówiąc już na tle tego, co się w latach '30 ubiegłego wieku działo w Europie, a szczególnie Niemczech - Spengler to czysty filosemita! No nie, trochę oczywiście żartuję, bo tam żadnych "filów" po prostu nie ma. Tak jak nie ma programów, wezwań do czynu, przekleństw mamrotanych pod adresem ideologicznych przeciwników... To po prostu nie jest poziom naszych drogich łowców "antysemitów" i całej tej reszty bojowników o Szczęście Ludzkości. W każdym razie nie ma tam nic, do czego by się uczciwy i nie-do-końca-odmóżdżony łowca "antysemitów" - gdyby to oczywiście nie była wewnętrzna sprzeczność - mógł uczciwie przyczepić.
A jednak... A jednak nienawiść zachodniego ętelektualnego "salonu" wobec Spenglera jest wprost niesamowita. Jasne, są pewne oczywiste powody, inne od bezpośrednio związanych z Żydami - na przykład to, że Spengler wyśmiewa się z wizji Ludzkości (ach!) mającej istnieć już na wieki wieków (i to nie tylko do Sądu Ostatecznego) i przez wieki wieków podążać do szczęścia nie do opisania. To na pewno nie jest coś, co by obecnym nadzorcom myśli specjalnie pasowało. Ale też nie jest to chyba coś, co by mogło znaleźć wielki oddźwięk w masach i jakoś na nie istotnie wpłynąć, czyniąc elitom (śmieszne słowo w tym kontekście, ale w sumie tak się rzeczy mają) wbrew.
Jeśli zaś poszukamy powodu, który byłby bardziej bezpośredni, bardziej piekący, bardziej prowokujący wszystkie te zapiekłe typki, które nas tak pracowicie nie od dziś wychowują... No to nic nie przychodzi mi do głowy lepszego, niż to że "Żydzi znoszą, że się ich krytykuje, ale nie mogą ścierpieć, że się ich próbuje zrozumieć". (A służebne szabesgoje oczywiście tym bardziej.)
Tak, że, drogie ludzie, wyjaśniliśmy chyba sobie kolejną zagadkę przyrody. Hurra!
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
słowa kluczowe:
Alain Besonçon,
antysemityzm,
istota ludzka,
lewactwo,
lewicowość,
Ortega y Gasset,
Oswald Spengler,
płeć,
prawicowość,
Robert Ardrey,
zagadki przyrody,
Żydzi
poniedziałek, maja 23, 2011
O kulturze w sieci i godzeniu w sojusze
Dzisiaj dwa drobiazgi, które mi przed chwilą przyszły do głowy. Oba na czasie.
* * * * *
Lud, który daje się łapać na ckliwe utopijne bajdy, płaci za to zawsze bardzo drogo. Przykładem może być fakt, który właśnie obserwujemy: w kraju mającym samych przyjaciół i sojuszników niemal wszystko staje się "godzeniem w sojusze" i "szkodzeniem przyjaźni między narodami".
* * * * *
O tym już tu i ówdzie parę razy wspominałem, ale przypomnę w związku z tą spontaniczną (jak zwykle) i nastroszoną świętym oburzeniem (jak zwykle) "dyskusją" w mediach o "kulturze w internecie, a raczej jej braku".
Otóż parę lat temu ktoś spytał mnie, czy zgodziłbym się, by on podał mojego blogaska do konkursu na "Blogera Roku". Zgodziłem się, bo co mi tam, a zresztą byłem ciekaw reakcji tłumów. To było w tym roku, kiedy to w kategorii "Blog Polityczny" wygrał potem Mistrz Toyah ze swoim Teatrzykiem Moralnego Niepokoju. Czyli chyba rok 2008.
Jury składało się tam z nastojaszczich sław rodzimego dziennikarstwa - różne tam Żakowskie i inne takie. Czyli ludzie, którym bym po najdłuższym życiu ręki nie podał, nie mówiąc już o czytaniu ich płodów, ale też od początku się zwycięstwa nie spodziewałem - po prostu byłem ciekaw i czemu miałem się nie zgodzić?
No i zaraz otrzymałem od tego jury emailem potwierdzenie - że mój blog został przyjęty w kategorii "Blogi Polityczne". Potem się nic przez parę dni nie działo, aż w końcu postanowiłem osobiście sprawdzić, co tam się w owej rywalizacji dzieje i jak mój blogasek wypada.
Poszedłem ci ja na adekwatną stronkę i szukam mojego bloga w tym spisie... Szukam... Szukam... Szukam... I nic. Nie ma! Że znam życie, to się nawet przesadnie nie zdziwiłem, nie mówiąc już o przesadnym martwieniu. Miałem wtedy gdzieś blisko samego szczytu kolekcję znaczków wyrażających stosunek do Unii Europejskiej - stosunek, nadmienię, negatywny. (Teraz to jest po linkiem na moim blogu, wtedy nie sposób było tego nie dostrzec, kiedy ktoś próbował się profesjonalnie z moim blogaskiem zapoznać.)
Tak więc naprawdę się nie zdziwiłem, że red. Żakowski się moim blogiem nie zachwycił. I tylko na pożegnanie rozejrzałem się po tytułach blogów, które miały więcej od mojego szczęścia. W sensie, że bardziej panu redaktorowi przypadły do gustu i się do konkursu załapały. Jakoś żadnych wyraźnie prawicowych, patriotycznych, propisowskich, czy antylewackich tytułów nie dostrzegłem - natomiast sporo z nich wyrażało wprost przeciwne przekonania, i to bez zahamowań.
Najbardziej przypadł mi do smaku blog o smakowitym tytule "PiSuary". Krótko i konkretnie! To tyle bym miał do powiedzenia na temat kultury w internecie i troski o nią koryfeuszy mediów III RP. Nie mówiąc już o takich drobiazgach, jak obiektywność, uczciwość... Tu się wtrzymam, bo jeszcze chwila, a dojdę do patriotyzmu i demokracji, a to już będzie absolutna paranoja! (No, chyba że byśmy mieli mówić o patriotyźmie radzieckim i demokradcji ludowej, ale to nie moje tematy.)
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
* * * * *
Lud, który daje się łapać na ckliwe utopijne bajdy, płaci za to zawsze bardzo drogo. Przykładem może być fakt, który właśnie obserwujemy: w kraju mającym samych przyjaciół i sojuszników niemal wszystko staje się "godzeniem w sojusze" i "szkodzeniem przyjaźni między narodami".
* * * * *
O tym już tu i ówdzie parę razy wspominałem, ale przypomnę w związku z tą spontaniczną (jak zwykle) i nastroszoną świętym oburzeniem (jak zwykle) "dyskusją" w mediach o "kulturze w internecie, a raczej jej braku".
Otóż parę lat temu ktoś spytał mnie, czy zgodziłbym się, by on podał mojego blogaska do konkursu na "Blogera Roku". Zgodziłem się, bo co mi tam, a zresztą byłem ciekaw reakcji tłumów. To było w tym roku, kiedy to w kategorii "Blog Polityczny" wygrał potem Mistrz Toyah ze swoim Teatrzykiem Moralnego Niepokoju. Czyli chyba rok 2008.
Jury składało się tam z nastojaszczich sław rodzimego dziennikarstwa - różne tam Żakowskie i inne takie. Czyli ludzie, którym bym po najdłuższym życiu ręki nie podał, nie mówiąc już o czytaniu ich płodów, ale też od początku się zwycięstwa nie spodziewałem - po prostu byłem ciekaw i czemu miałem się nie zgodzić?
No i zaraz otrzymałem od tego jury emailem potwierdzenie - że mój blog został przyjęty w kategorii "Blogi Polityczne". Potem się nic przez parę dni nie działo, aż w końcu postanowiłem osobiście sprawdzić, co tam się w owej rywalizacji dzieje i jak mój blogasek wypada.
Poszedłem ci ja na adekwatną stronkę i szukam mojego bloga w tym spisie... Szukam... Szukam... Szukam... I nic. Nie ma! Że znam życie, to się nawet przesadnie nie zdziwiłem, nie mówiąc już o przesadnym martwieniu. Miałem wtedy gdzieś blisko samego szczytu kolekcję znaczków wyrażających stosunek do Unii Europejskiej - stosunek, nadmienię, negatywny. (Teraz to jest po linkiem na moim blogu, wtedy nie sposób było tego nie dostrzec, kiedy ktoś próbował się profesjonalnie z moim blogaskiem zapoznać.)
Tak więc naprawdę się nie zdziwiłem, że red. Żakowski się moim blogiem nie zachwycił. I tylko na pożegnanie rozejrzałem się po tytułach blogów, które miały więcej od mojego szczęścia. W sensie, że bardziej panu redaktorowi przypadły do gustu i się do konkursu załapały. Jakoś żadnych wyraźnie prawicowych, patriotycznych, propisowskich, czy antylewackich tytułów nie dostrzegłem - natomiast sporo z nich wyrażało wprost przeciwne przekonania, i to bez zahamowań.
Najbardziej przypadł mi do smaku blog o smakowitym tytule "PiSuary". Krótko i konkretnie! To tyle bym miał do powiedzenia na temat kultury w internecie i troski o nią koryfeuszy mediów III RP. Nie mówiąc już o takich drobiazgach, jak obiektywność, uczciwość... Tu się wtrzymam, bo jeszcze chwila, a dojdę do patriotyzmu i demokracji, a to już będzie absolutna paranoja! (No, chyba że byśmy mieli mówić o patriotyźmie radzieckim i demokradcji ludowej, ale to nie moje tematy.)
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Subskrybuj:
Posty (Atom)