Clintonowa jest oczywiście koszmarna, nawet jakiejś sympatyczniejszej mimiki nie zdołali jej ci wszyscy przepłacani spece od piaru nauczyć i babsko odrzuca po prostu swoją obłudną gębą, jednak po drugiej stronie też nie widzę tego całkiem różowo. Najpopularniejszy tam dotychczas jest Donald Trump, na którego temat narzuca się od razu nabolała (ach, ten cudny język mojej młodości!) i wołająca o naukową opinię jakiegoś certyfikowanego gremium kwestia: "Azaliż lepszy jest tupecik wyglądający na prawdziwe włosy, czy też prawdziwe włosy wyglądające jak tupecik?"
A tak bardziej serio (bo Trump to nie jest jednak całkiem poważna sprawa), największy problem wszystkich praktycznie republikańskich polityków w Stanach to musi być jeszcze większy, niż u tych drugich SYJONIZM. Jeśli na tazwa może się komuś wydać dziwna lub przesadna w tym kontekście, to niech mi łaskawie powie, jak inaczej można określić ślepą, namiętną, fanatyczną, w wielu przypadkach opartą na mętno-ponurych eschatologicznych przepowiedniach (!) miłość do Izraela? (Choć nie można tu też oczywiście pomijać siły nacisku adekwatnego lobby.)
Popieraną czynami, nie że jakaś platoniczna, i to jak! Kiedyś, z tego co wiem, nawet Żyd nie musiał koniecznie być syjonistą, a dzisiaj każdy musi, z amerykańskimi prezydentami na czele. (Tutaj nawet Obama, nie będący Republikaninem, ma u mnie plus, bo z tym jednym akurat jednym nie przesadza.)
Niby ich sprawa, kogo uwielbiają, ale powiedzmy sobie otwarcie - ta, dość w istocie śliska z etycznego punktu widzenia, a najostrożniej już mówiąc niejednoznaczna, i na dłuższą metę ewidentnie przegrana sprawa (zresztą akurat zgodnie ze wspomnianą tu sekciarską eschatologią), będzie Amerykę kosztować (i nie mówię tylko o $$) z każdym rokiem więcej, a przy okazji także jej sojuszników. No i ja bym wolał, żeby Polskę to zbyt wiele nie kosztowało, optymalnie żeby nie kosztowało nic - tylko jakoś mi trudno w tej sprawie o optymizm.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z
tego, że Amerykanie nie mają już możliwości wyjścia z tej pułapki, bo
ew. odstawienie Izraela od piersi oznaczałoby jego szybką klęskę, a co
najmniej efektowną wojnę na Bliskim Wschodzie (i nie tylko Bliskim, bo Iran to już Wschód Środkowy), co z kolei byłoby
odebrane jako ogromna, historyczna klęska Ameryki i dodałoby sił jej
wrogom w sposób wprost niewyobrażalny, przede wszystkim ogromnie zwiększając
szeregi aktywnych bojowników islamu. Polska jednak powinna się w to
pakować tak mało, jak to tylko możliwe - najlepiej wcale.
US of A to wciąż jeszcze nie Putin, nie Państwo Islamskie, nawet nie Nasz Ukochany Sąsiad zza Zachodniej Miedzy... (Swoją drogą, jakim zerem trzeba być, żeby znosić na swoim czele takie coś, jak ta durna i nie wiadomo przez kogo sterowana komsomołka bez szyi... A nie, sorry! Polacy znosili Tuska i Kopaczową.) Jednak powodów do orgazmu na ich temat dostrzegam z każdym dniem mniej. I pomysleć, że pół dotychczasowego życia, a nawet więcej, spędziłem jako fanatyczny tego kraju miłośnik, nie mówiąc już o tym, że w latach licealnych kombinowałem jak się z PRLu wydostać - nie po to, żeby se kupić fajną brykę i pić Coca-Colę (której zresztą nie znoszę), tylko żeby walczyć w Wietnamie.
(A z czego, myślicie, tak fajnie się nauczyłem się angielskiego?) Żeby zaś coś na koniec na pozytywną nutę ("hopsasa", swoją drogą, wiecie, że to, jak i "dana dana", to ponoć resztki prasłowiańskich religijnych hymnów?), to powiem wam, że mnie się tam najbardziej z tych kandydatów podoba Ben Carson. Na podstawie wywiadu z nim, który słyszałem, plus różnych tam wypowiedzi, życiorysu, wyglądu (tak, koloru też!). Nic z tego nie wynika, bo ja tam przecież nie głosuję, ale mówię i niech się teraz Gazownie tego świata głowią, jak mnie wrobić w rasizm!
Żeśmy se pogadali na wzgl. aktualne tematy i tyle naszego. Do następnego! (Albo i nie.)
triarius
P.S. Powiedzcie mi cui bono, bo mam ci ja w głowie parę naprawdę głębokich, składnych i nabrzmiałych aktualnością tekstów, ale to masa roboty z klepaniem a zapotrzebowania nie dostrzegam. Zresztą, powiedzmy to sobie otwarcie: macie tu lektury na całe lata - mówię o rzeczach poważnych, bez tych wszystkich dowcipasów, com się nimi zabawiał, do tego macie Ardreya, także nieco po polsku, com go przetłumaczył, macie Spenglera w sieci, plus sporo innych cennych rzeczy. Na razie to ja, mimo lenistwa i innych brzydkich cech, jestem do przodu i mogę ew. spocząć na przysłowiowych laurach. Jak wszystko przeczytacie, przemyślicie i przedyskutujecie z krewnymi i znajomymi (Królika), to się zgłoście i pogadamy o dalszym ciągu!
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
czwartek, listopada 19, 2015
niedziela, listopada 15, 2015
Na marginesie ostatnich wydarzeń
Rzucę tu nieco moich osobistych refleksji na hiper-aktualne tematy. Być może będzie tego nawet parę odcinków
* * * * *
Zaganianie zabłąkanych lemingów z powrotem do zagrody odbywało się już na wielką skalę 10 miesięcy temu, kiedy wszyscy byli Charlie, a ojroprominenci, złączeni braterskim uścisku, maszerowali na czele ojrolemingów, z tym, że od prominentów do lemingów, jak to udało się komuś sfotografować, było tak z poł kilometra, plus gruba warstwa goryli.
To jednak, co widzę teraz na zachodnich telewizjach, przekracza tamtą skalę i to sporo. Łącznie z BBC i CNN, nie tylko te ojro-francuskojęzyczne, całkiem jakby ktoś to koordynował. Oczywiście "nie łączyć terrorystów z uchodźcami", jedność Francuzów, jedność z Francuzami, Pejs... chciałem powiedzieć Fejs... buki... Tweetery... No i sztandarowe: "zwalczajmy ekstremizmy po obu stronach", bo jakby można bez tego!
Niby nic aż tak dziwnego, żeby zaraz robić z tego wpis, ale przyszła mi do głowy taka oto myśl... Do Bożego Narodzenia, czy jak tam oni to teraz w postępowych kręgach określają, nie aż tak wiele czasu, i oni chyba będą próbowali dociągnąć to do tego święta, wykorzystać tę fajną martyrologię do zaćmienia męki Chrystusa, stworzyć nową świecką, a przecie tak nabrzmiałą para-religijnymi treściami (Istota Najwyższa Robespierre'a może się schować!), tradycję.
Tak mi to przyszło do głowy, zobaczymy czy zgadłem, to raz, i jak im się uda, to dwa. A tak zupełnie nawiasem, to powiem, że gdybym miał większe skłonności do paranoicznych teorii, choćby takie jak np. no ten... (chyba wiadomo), to bym naprawdę zaczął podejrzewać, że oni to sami wszystko robią, te Hollandy, Merkele i reszta - właśnie po to by zręcznie zaganiać zbłąkane lemingi z powrotem do zagrody, tworzyć nowe świeckie (a przecież...) tradycje i się jeszcze nieco dodatkowo podlansować.
Na szczęście (dla Hollandów i Merkeli) nie mam takich skłonności, a przede wszystkim sądzę, że to jednak sporo by przekraczało ich możliwości. Zaganianie lemingów, wyprowadzanie kur na siku - to mniej więcej ten poziom, który im pasuje. Choć faktem jest, iż niedługo po zamachu na Charliego wyczytałem gdzieś w sieci, że chyba z 27% młodych we Francji jest przekonana, iż to wszystko od początku do końca ściema. Tak że będzie jeszcze wesoło, kochane ludzie, i to jak!
Swoją drogą super był ten pajac z fortepianem, wygrywający smętny i wyjątkowo wprost, nawet jak na tego komucha, komuszy kawałek Lennona! O nich naprawdę nie da się powiedzieć, że poczucie smaku w jakikolwiek sposób ich ogranicza! Albo poczucie własnej śmieszności. To też, trzeba przyznać, pewnego rodzaju siła, pewnego rodzaju pozbycie się krępujących przesądów, w tym jest'...
W sam raz na miarę dogorywającej Cywilizacji, w dodatku takiej, która za nic nie chce być zapamiętana, jako coś potężnego i wspaniałego, jak choćby Rzym. Wszyscy realizujemy marzenie Blumsztajna: "Chcemy cioty, a nie mężczyzn", tylko jedni bardziej, a inni mniej gorliwie. A potem się dziwią, że tylu woli Państwo Islamskie. Co tu dużo gadać - dno!
triarius
P.S. Miałem jakieś takie fajne Post Scriptum do napisania, alem zapomniał co to miało być. Może i dobrze, wobec tej orgii com ją wam, ludzie, zafundowałem ostatnio. Nespa?
* * * * *
Zaganianie zabłąkanych lemingów z powrotem do zagrody odbywało się już na wielką skalę 10 miesięcy temu, kiedy wszyscy byli Charlie, a ojroprominenci, złączeni braterskim uścisku, maszerowali na czele ojrolemingów, z tym, że od prominentów do lemingów, jak to udało się komuś sfotografować, było tak z poł kilometra, plus gruba warstwa goryli.
To jednak, co widzę teraz na zachodnich telewizjach, przekracza tamtą skalę i to sporo. Łącznie z BBC i CNN, nie tylko te ojro-francuskojęzyczne, całkiem jakby ktoś to koordynował. Oczywiście "nie łączyć terrorystów z uchodźcami", jedność Francuzów, jedność z Francuzami, Pejs... chciałem powiedzieć Fejs... buki... Tweetery... No i sztandarowe: "zwalczajmy ekstremizmy po obu stronach", bo jakby można bez tego!
Niby nic aż tak dziwnego, żeby zaraz robić z tego wpis, ale przyszła mi do głowy taka oto myśl... Do Bożego Narodzenia, czy jak tam oni to teraz w postępowych kręgach określają, nie aż tak wiele czasu, i oni chyba będą próbowali dociągnąć to do tego święta, wykorzystać tę fajną martyrologię do zaćmienia męki Chrystusa, stworzyć nową świecką, a przecie tak nabrzmiałą para-religijnymi treściami (Istota Najwyższa Robespierre'a może się schować!), tradycję.
Tak mi to przyszło do głowy, zobaczymy czy zgadłem, to raz, i jak im się uda, to dwa. A tak zupełnie nawiasem, to powiem, że gdybym miał większe skłonności do paranoicznych teorii, choćby takie jak np. no ten... (chyba wiadomo), to bym naprawdę zaczął podejrzewać, że oni to sami wszystko robią, te Hollandy, Merkele i reszta - właśnie po to by zręcznie zaganiać zbłąkane lemingi z powrotem do zagrody, tworzyć nowe świeckie (a przecież...) tradycje i się jeszcze nieco dodatkowo podlansować.
Na szczęście (dla Hollandów i Merkeli) nie mam takich skłonności, a przede wszystkim sądzę, że to jednak sporo by przekraczało ich możliwości. Zaganianie lemingów, wyprowadzanie kur na siku - to mniej więcej ten poziom, który im pasuje. Choć faktem jest, iż niedługo po zamachu na Charliego wyczytałem gdzieś w sieci, że chyba z 27% młodych we Francji jest przekonana, iż to wszystko od początku do końca ściema. Tak że będzie jeszcze wesoło, kochane ludzie, i to jak!
Swoją drogą super był ten pajac z fortepianem, wygrywający smętny i wyjątkowo wprost, nawet jak na tego komucha, komuszy kawałek Lennona! O nich naprawdę nie da się powiedzieć, że poczucie smaku w jakikolwiek sposób ich ogranicza! Albo poczucie własnej śmieszności. To też, trzeba przyznać, pewnego rodzaju siła, pewnego rodzaju pozbycie się krępujących przesądów, w tym jest'...
W sam raz na miarę dogorywającej Cywilizacji, w dodatku takiej, która za nic nie chce być zapamiętana, jako coś potężnego i wspaniałego, jak choćby Rzym. Wszyscy realizujemy marzenie Blumsztajna: "Chcemy cioty, a nie mężczyzn", tylko jedni bardziej, a inni mniej gorliwie. A potem się dziwią, że tylu woli Państwo Islamskie. Co tu dużo gadać - dno!
triarius
P.S. Miałem jakieś takie fajne Post Scriptum do napisania, alem zapomniał co to miało być. Może i dobrze, wobec tej orgii com ją wam, ludzie, zafundowałem ostatnio. Nespa?
słowa kluczowe:
Boże Narodzenie,
Charlie Hebdo,
lemingi,
Merkele,
obrzędowość świecka,
ojroprominenci,
paranoiczne teorie,
świeckie tradycje,
zamach w Paryżu
sobota, listopada 14, 2015
Zagadka (listopad 2015)
Jak się nazywa jedyne zapewne we wszechświecie medium (podaj także adres internetowy), które nie musi się niczego na gwałt uczyć, kiedy coś gdzieś pierdolnie, nie musi nic na gwałt odkrywać, nie musi zmieniać narracji i wycofywać się raczkiem z poprzednich mądrości, które ma tło od lat pięknie w kolorkach namalowane i zagruntowane na kilometry w głąb, a na tym tle z grubsza naszkicowane wszystko, co się może jeszcze wydarzyć? Dla ułatwienia podam, że to blog.
Pokażcie mi co w miarę konkretnego potrafili kiedykolwiek z przyszłości przewidzieć czciciele Konecznego (że o Toynbeem litościwie nie wspomnę), Coryllus (mimo jego ewidentnych zalet) z całą swą wierną trzódką, współczesna prawica (?) w wersji "pospolita odmiana ogrodowa"... Nie mówiąc już o lewiźnie, z agenturą na czele, że już nazwisk nie będę przytaczał. I ktokolwiek inny zresztą. No? Umie ktoś podać jakikolwiek przykład?
Pytanie dodatkowe brzmi tak: w jaki to niezłomny oręż jest to medium, czyli ten blog, skoro już to ujawniliśmy, jest wyposażony, że taki... Well, bezkonkurencyjny - trzeba to chyba określić. No więc? (Chodzi o oręż INTELEKTUALNY, lewizno, donosiciele, służby, hiperkomputery Obamy i cała reszto. To na razie ponoć jeszcze wolno.)
Żal mi oczywiście tych ofiar, wcale nie wydaje mi się to wszystko wesołe, ale intelektualną satysfakcję mam chyba prawo mieć. A jeśli ktoś ma wątpliwości, albo chce się bliżej zapoznać z tym, co tu się przez te lata mówiło (ew. pomijając dowcipasy i natchnioną elokwencję na poboczne tematy, czego też tutaj niemało się znajdzie, mea culpa... a może nie culpa?), to, z całą wrodzoną skromnością, zachęcam do poczytania rzeczy sprzed tygodni, miesięcy i lat. Można też zapolemizować, czemu nie!
triarius
P.S. 1 A przy okazji - żegnaj Merkelo! (Nie żebyś była aż taka ważna, ale od czegoś w końcu musi się zacząć.)
P.S. 2 Chciałem napisać, że Kurak w tej proroczej kategorii nie startuje, więc do niego trudno mieć o brak proroczych talentów pretensję, ale wszedłem właśnie do niego i widzę, że jednak się wysilił i bredzi jak poplątany. Są i "kozie syny" i sugerowanie, że ci ludzie są od nas w jakiś sposób z urodzenia głupsi.
Obawiam się, drogie lemingi, droga "prawico" pospolita odmiana ogrodowa, drogie Kuraki, że oni, przy wszystkich swoich ewidentnych wadach i oczywiście przy tym, że są naszymi - a nie tylko Szczuk i Śród - śmiertelnymi wrogiami, są od obecnych ludzi Zachodu o wiele inteligentniejsi, mają w każdym razie działającą hierarchię intelektualną, dyscyplinę... Że o innych ich zaletach, a naszych wadach, nie wspomnę. No a swoje własne cele to oni realizują jak złoto, w odróżnieniu od nas na przykład. Ktoś ma inne zdanie?
Monteverdi bije - przynajmniej dla nas, i tak musi być - na łeb wszystko co i stworzyli, prawdziwy Katolicyzm (którego już praktycznie nie ma) bije na łeb Islam... To są nasze ziemie i nasza cywilizacja, i powinniśmy ich bronić bez żadnych absolutnie ograniczeń i wiązania sobie rąk... Ale brenzlowanie się łatwym optymizmem, że my cudne ptacy, a oni kozie syny, to idiotyzm i pedalstwo!
To nie nimi, a nami rządzą teraz Tuski, Merkele, Hollandy, Środy i Biedronie, a my to łykamy jak pelikany i prosimy o jeszcze. Oni też nie uparli się, żeby za wszelką cenę żyć wiecznie - mówimy o zwykłym ziemskim życiu, nie o zbawieniu wiecznym - żeby się potem potulnie, w imię szemranego "humanizmu", dawać w szpitalu likwidować zastrzykiem fenolu. I dawać likwidować swoich bliskich. Długo by jeszcze można. Nikt mi nie może zarzucić, że islam mi się podoba - bo choćby same te ich brody są obrzydliwe - ale brenzlować się też warto z sensem!
Więc radziłbym puknąć się w głowę, mocno, a kiedy przestanie boleć, zająć się jakimś czymś, co by mogło nas, i naszą cywilizację, z Polską na czele, obronić. Czyli coś z fizkulturą, kontaktami międzyludzkimi, walką w terenie miejskim... Lub ew. nauczyć się łaciny albo konktrapunktu - to też NASZE i PRZECIW NIM. Co do mnie, wolałbym być synem kozy, niż np. poddanym Tuska czy innej Środy.
Nienawidzisz wroga? Zadbaj o to, byś był w stanie go pokonać! Pokonałeś i nadal nienawidzisz? Zatańcz na jego grobie, przeleć jego żonę, córki i babcię. Ale opluwanie go na blogu, nie robiąc absolutnie nic, co by mogło zwiększyć twoje - nasze - szanse na zwycięstwo, to pedalstwo i tyle!
Zresztą, choć w tych pedalskich czasach mało kto o tym wie, wroga wcale nie trzeba koniecznie nienawidzić - wystarczy go zwalaczać, bo od tego właśnie jest wrogiem. Bez nienawiści i na miazgę. Tak jest najlepiej i najwznioślej. Nienawiść zatruwa, zawsze, podczas gdy walka daje siłę i uszlachetnia.
(A tak przy okazji, to można nie mieć do kogoś żadnych negatywnych uczuć i mimo to nie chcieć go w swoim wyrku, czy w swoim kraju. "Nic do gościa nie mam, życzę mu wszystkiego dobrego, ale z daleka." Oczywiście inaczej jest, jeśli ulegniemy moralnemu terrorowi lewizny, któremu większość ludzi już chyba dawno uległa, sądząc z bełkotu, który się z różnych stron rozlega.)
Choć można i z nienawiścią, skoro inaczej się nie da. W każdym razie generowanie w sobie na siłę pogardy wobec niebezpiecznego wroga jest durne, choćby dlatego, że pogarda ma się tendencję rozlewać na inne sprawy i zaraz zaczyna nam się wydawać, że wróg jest przecie słaby, a zwycięstwo z Boskiego wyroku nasze - ponieważ inaczej być po prostu nie może, więc nie musimy się nawet wysilać.
Podczas gdy naprawdę to byle Tusk, byle Kopacz, byle Merkel, wystarcza, by nas raz za razem upodlać. Itd. Więc wymysły rodem z targowiska, kiedy wróg akurat nie słyszy, i wmawianie sobie, że mamy z góry zwycięstwo, bośmy przecie cudne ptacy, a oni to dno, co widać gołym okiem, w niczym tu nie pomagą, a raczej przeciwnie.
P.S. 3 I oczywiście ŻADNYCH (NOWYCH) MUZUŁMANÓW W POLSCE! Unia niech sobie... Sami wiecie.
P.S. 4 Ale mamy Post Scripta! Chciałem króciutko i w miarę żartobliwie, ale się nie dało. Kurak mnie sprowokował i napisałem cały tekst w postaci Post Scriptów. Nie ma jak wynalazki literackie! (Nobel! Gdzie jest Nobel? Czy Nobel mnie słyszy?!)
Pokażcie mi co w miarę konkretnego potrafili kiedykolwiek z przyszłości przewidzieć czciciele Konecznego (że o Toynbeem litościwie nie wspomnę), Coryllus (mimo jego ewidentnych zalet) z całą swą wierną trzódką, współczesna prawica (?) w wersji "pospolita odmiana ogrodowa"... Nie mówiąc już o lewiźnie, z agenturą na czele, że już nazwisk nie będę przytaczał. I ktokolwiek inny zresztą. No? Umie ktoś podać jakikolwiek przykład?
Pytanie dodatkowe brzmi tak: w jaki to niezłomny oręż jest to medium, czyli ten blog, skoro już to ujawniliśmy, jest wyposażony, że taki... Well, bezkonkurencyjny - trzeba to chyba określić. No więc? (Chodzi o oręż INTELEKTUALNY, lewizno, donosiciele, służby, hiperkomputery Obamy i cała reszto. To na razie ponoć jeszcze wolno.)
Żal mi oczywiście tych ofiar, wcale nie wydaje mi się to wszystko wesołe, ale intelektualną satysfakcję mam chyba prawo mieć. A jeśli ktoś ma wątpliwości, albo chce się bliżej zapoznać z tym, co tu się przez te lata mówiło (ew. pomijając dowcipasy i natchnioną elokwencję na poboczne tematy, czego też tutaj niemało się znajdzie, mea culpa... a może nie culpa?), to, z całą wrodzoną skromnością, zachęcam do poczytania rzeczy sprzed tygodni, miesięcy i lat. Można też zapolemizować, czemu nie!
triarius
P.S. 1 A przy okazji - żegnaj Merkelo! (Nie żebyś była aż taka ważna, ale od czegoś w końcu musi się zacząć.)
P.S. 2 Chciałem napisać, że Kurak w tej proroczej kategorii nie startuje, więc do niego trudno mieć o brak proroczych talentów pretensję, ale wszedłem właśnie do niego i widzę, że jednak się wysilił i bredzi jak poplątany. Są i "kozie syny" i sugerowanie, że ci ludzie są od nas w jakiś sposób z urodzenia głupsi.
Obawiam się, drogie lemingi, droga "prawico" pospolita odmiana ogrodowa, drogie Kuraki, że oni, przy wszystkich swoich ewidentnych wadach i oczywiście przy tym, że są naszymi - a nie tylko Szczuk i Śród - śmiertelnymi wrogiami, są od obecnych ludzi Zachodu o wiele inteligentniejsi, mają w każdym razie działającą hierarchię intelektualną, dyscyplinę... Że o innych ich zaletach, a naszych wadach, nie wspomnę. No a swoje własne cele to oni realizują jak złoto, w odróżnieniu od nas na przykład. Ktoś ma inne zdanie?
Monteverdi bije - przynajmniej dla nas, i tak musi być - na łeb wszystko co i stworzyli, prawdziwy Katolicyzm (którego już praktycznie nie ma) bije na łeb Islam... To są nasze ziemie i nasza cywilizacja, i powinniśmy ich bronić bez żadnych absolutnie ograniczeń i wiązania sobie rąk... Ale brenzlowanie się łatwym optymizmem, że my cudne ptacy, a oni kozie syny, to idiotyzm i pedalstwo!
To nie nimi, a nami rządzą teraz Tuski, Merkele, Hollandy, Środy i Biedronie, a my to łykamy jak pelikany i prosimy o jeszcze. Oni też nie uparli się, żeby za wszelką cenę żyć wiecznie - mówimy o zwykłym ziemskim życiu, nie o zbawieniu wiecznym - żeby się potem potulnie, w imię szemranego "humanizmu", dawać w szpitalu likwidować zastrzykiem fenolu. I dawać likwidować swoich bliskich. Długo by jeszcze można. Nikt mi nie może zarzucić, że islam mi się podoba - bo choćby same te ich brody są obrzydliwe - ale brenzlować się też warto z sensem!
Więc radziłbym puknąć się w głowę, mocno, a kiedy przestanie boleć, zająć się jakimś czymś, co by mogło nas, i naszą cywilizację, z Polską na czele, obronić. Czyli coś z fizkulturą, kontaktami międzyludzkimi, walką w terenie miejskim... Lub ew. nauczyć się łaciny albo konktrapunktu - to też NASZE i PRZECIW NIM. Co do mnie, wolałbym być synem kozy, niż np. poddanym Tuska czy innej Środy.
Nienawidzisz wroga? Zadbaj o to, byś był w stanie go pokonać! Pokonałeś i nadal nienawidzisz? Zatańcz na jego grobie, przeleć jego żonę, córki i babcię. Ale opluwanie go na blogu, nie robiąc absolutnie nic, co by mogło zwiększyć twoje - nasze - szanse na zwycięstwo, to pedalstwo i tyle!
Zresztą, choć w tych pedalskich czasach mało kto o tym wie, wroga wcale nie trzeba koniecznie nienawidzić - wystarczy go zwalaczać, bo od tego właśnie jest wrogiem. Bez nienawiści i na miazgę. Tak jest najlepiej i najwznioślej. Nienawiść zatruwa, zawsze, podczas gdy walka daje siłę i uszlachetnia.
(A tak przy okazji, to można nie mieć do kogoś żadnych negatywnych uczuć i mimo to nie chcieć go w swoim wyrku, czy w swoim kraju. "Nic do gościa nie mam, życzę mu wszystkiego dobrego, ale z daleka." Oczywiście inaczej jest, jeśli ulegniemy moralnemu terrorowi lewizny, któremu większość ludzi już chyba dawno uległa, sądząc z bełkotu, który się z różnych stron rozlega.)
Choć można i z nienawiścią, skoro inaczej się nie da. W każdym razie generowanie w sobie na siłę pogardy wobec niebezpiecznego wroga jest durne, choćby dlatego, że pogarda ma się tendencję rozlewać na inne sprawy i zaraz zaczyna nam się wydawać, że wróg jest przecie słaby, a zwycięstwo z Boskiego wyroku nasze - ponieważ inaczej być po prostu nie może, więc nie musimy się nawet wysilać.
Podczas gdy naprawdę to byle Tusk, byle Kopacz, byle Merkel, wystarcza, by nas raz za razem upodlać. Itd. Więc wymysły rodem z targowiska, kiedy wróg akurat nie słyszy, i wmawianie sobie, że mamy z góry zwycięstwo, bośmy przecie cudne ptacy, a oni to dno, co widać gołym okiem, w niczym tu nie pomagą, a raczej przeciwnie.
P.S. 3 I oczywiście ŻADNYCH (NOWYCH) MUZUŁMANÓW W POLSCE! Unia niech sobie... Sami wiecie.
P.S. 4 Ale mamy Post Scripta! Chciałem króciutko i w miarę żartobliwie, ale się nie dało. Kurak mnie sprowokował i napisałem cały tekst w postaci Post Scriptów. Nie ma jak wynalazki literackie! (Nobel! Gdzie jest Nobel? Czy Nobel mnie słyszy?!)
piątek, listopada 06, 2015
Żegnaj siostro!
Nic tak dobrze temu blogu nie robi na popularność (a sprawdzam to często!), niż erotomański dowcipas, a już szczególnie takie coś w samym tytule. A że sa tu, w ośmioletnich czeluściach tego bloga, treści nie-byle-jakie i które mogłyby wstrząsnąć niejednym, więc o tę popularność znowu zadbam i napiszę sobie taki właśnie kawałek. (Mądrzy i/lub cnotliwi nie czytać!)
Swoją drogą, w kwestii formalnej - co to było? To poprzednie znaczy? Całym zdaniem? Tak, Mądasiński, całym zdaniem proszę. To było, panie psoze, zjadanie własnego oguna. Bardzo, dobrze Mądrasiński, siadaj.
* * *
Niedawno temu dowiedziałem się o istnieniu córki Premiery Kopacz. (Nic nie napiszę o jej urodzie, choć widziałem zdjęcie, ale w końcu Bóg daje i Bóg odbiera - tylko, w nieskończonej mądrości swojej, nie zawsze tym samym osobom.) Dowiedziałem się oczywiście w związku z tym jej zapowiedzianym wyjazdem na stałe do Kanady, gdyby mamusia straciła fuchę, a do władzy dorwali się ci potworni.
Ludzie o tym dyskutowali i ktoś wkleił taki krótki fragment o tym, że córka Premiery nie zdała testów i nie dostała się "na swoją ukochaną ginekologię". Od tamtego czasu do momentu dosłownie przed chwilą męczyło mnie dlaczego ktoś takie kawałki na temat córki Premiery ujawnia - a była to chyba jej własna matka, w jakimś babskim tygodniku, czy coś...
Przed chwilą mnie w końcu oświeciło. Miało to przecie pokazać, że patrzcie państwo - córka Premiery, a zawala egzamin jak byle prol! W końcu co to za sztuka dla Platformy była wepchnąć taką znakomitą osobę na "jej ukochaną ginekologię", prawda?
Tośmy sobie tę kwestię w końcu wyjaśnili i można by się cieszyć, ale mnie jednak jest smutno. Dlaczego? A dlatego, że czuję, jakbym własnie tracił siostrę - w dodatku taką, o której istnieniu miesiąc temu nie miałem nawet pojęcia. No bo jednak emigruje chyba do tej Kanady, a, jak mawiali nasi przodkowie: partir c'est mourir un peu. Czyli że wyjechać to trochę jak umrzeć.
Mówili tak wprawdzie raczej tylko ci przodkowie, którzy mieli sporą służbę, przed którą pragnęli, mimo wszystko zachować pewne sekrety. Zobaczyć Jaśniepanią bez majtek to jedno, ale informacja o tym, że Wowo wyraźnie znów ma się ku Lolusiowi i sa pauvre maman chyba upragnionych wnuków nigdy się nie doczeka, to jednak co innego. Mogłaby dotrzeć do uszu biednej Niuni, albo nawet doprowadzić do społecznego przewrotu. Ô mon Dieu, quelle horreur!
Po przeczytaniu powyższego, a proszę mi wierzyć - wiem co mówię - każdy w miarę bystry czytelnik zrozumie, że te jaczejki komunistyczne, które zajmowały się czymś innym, niż edukowanie lokajów i pokojówek w mowie Moliera, przewalały po prostu forsę otrzymaną od żydowskich bankierów z Londynu, rewolucję mając w tłustej derrière. Coryllus na pewno by nam to o wiele szerzej i piękniej wyjaśnił, ale my tu niestety musimy się zadowolić mną.
Dlaczego jednak to by miała być moja siostra? - spyta ktoś. I będzie to ktoś naprawdę bystry oraz czujny, ktoś kto nie dał się zwieść na manowce perfidnym kluczeniem wokół tematu. No więc odpowiadam... Gdyby mi ktoś włożył do jednej ręki długopis, a do drugiej dokument, na którym ładną czcionką byłoby wydrukowane "moja ukochana ginekologia", to nie miałbym wielkich oporów przed tego dokumentu podpisaniem. To raz.
Dwa to fakt, że ja także nie dostałem się na ginekologię. Nie żebym się kiedykolwiek starał, czy choćby studiował medycynę, ale fakt pozostaje faktem - nie przyjęli mnie! Tak że obecnie, głównie kiedy nikt nie widzi, z żalu za tak późno odzyskaną, a tak wcześnie utraconą siostrą, trochę szlocham i co chwilę osuszam rąbkiem chusteczki niesforną łezkę w kąciku oka.
Szepcząc przy tym bon voyage, ma soeur aimée! W związku z czym dopraszam się łagodnego traktowania od ew. czytelników (a także ew. krytyków, krytykantów, trolli i tzw. "hejterów"), ze względu na ciężkie przeżycia i trudną sytuację rodzinną. W dodatku zaczyna mnie dręczyć myśl, że może niepotrzebnie zrezygnowałem z miłości... Bo też dopiero siostra ukazała mi, co ważne w życiu.
(Nie powiem "ale jaja!", bo to cholernie plebejskie, a do tego w tym kontekście może się nieładnie kojarzyć. W końcu my nie Wowo, n'est-ce pas? Już raczej "ale..." Nieważne! Najwyżej kiedyś, po francusku.)
triarius
Swoją drogą, w kwestii formalnej - co to było? To poprzednie znaczy? Całym zdaniem? Tak, Mądasiński, całym zdaniem proszę. To było, panie psoze, zjadanie własnego oguna. Bardzo, dobrze Mądrasiński, siadaj.
* * *
Niedawno temu dowiedziałem się o istnieniu córki Premiery Kopacz. (Nic nie napiszę o jej urodzie, choć widziałem zdjęcie, ale w końcu Bóg daje i Bóg odbiera - tylko, w nieskończonej mądrości swojej, nie zawsze tym samym osobom.) Dowiedziałem się oczywiście w związku z tym jej zapowiedzianym wyjazdem na stałe do Kanady, gdyby mamusia straciła fuchę, a do władzy dorwali się ci potworni.
Ludzie o tym dyskutowali i ktoś wkleił taki krótki fragment o tym, że córka Premiery nie zdała testów i nie dostała się "na swoją ukochaną ginekologię". Od tamtego czasu do momentu dosłownie przed chwilą męczyło mnie dlaczego ktoś takie kawałki na temat córki Premiery ujawnia - a była to chyba jej własna matka, w jakimś babskim tygodniku, czy coś...
Przed chwilą mnie w końcu oświeciło. Miało to przecie pokazać, że patrzcie państwo - córka Premiery, a zawala egzamin jak byle prol! W końcu co to za sztuka dla Platformy była wepchnąć taką znakomitą osobę na "jej ukochaną ginekologię", prawda?
Tośmy sobie tę kwestię w końcu wyjaśnili i można by się cieszyć, ale mnie jednak jest smutno. Dlaczego? A dlatego, że czuję, jakbym własnie tracił siostrę - w dodatku taką, o której istnieniu miesiąc temu nie miałem nawet pojęcia. No bo jednak emigruje chyba do tej Kanady, a, jak mawiali nasi przodkowie: partir c'est mourir un peu. Czyli że wyjechać to trochę jak umrzeć.
Mówili tak wprawdzie raczej tylko ci przodkowie, którzy mieli sporą służbę, przed którą pragnęli, mimo wszystko zachować pewne sekrety. Zobaczyć Jaśniepanią bez majtek to jedno, ale informacja o tym, że Wowo wyraźnie znów ma się ku Lolusiowi i sa pauvre maman chyba upragnionych wnuków nigdy się nie doczeka, to jednak co innego. Mogłaby dotrzeć do uszu biednej Niuni, albo nawet doprowadzić do społecznego przewrotu. Ô mon Dieu, quelle horreur!
Po przeczytaniu powyższego, a proszę mi wierzyć - wiem co mówię - każdy w miarę bystry czytelnik zrozumie, że te jaczejki komunistyczne, które zajmowały się czymś innym, niż edukowanie lokajów i pokojówek w mowie Moliera, przewalały po prostu forsę otrzymaną od żydowskich bankierów z Londynu, rewolucję mając w tłustej derrière. Coryllus na pewno by nam to o wiele szerzej i piękniej wyjaśnił, ale my tu niestety musimy się zadowolić mną.
Dlaczego jednak to by miała być moja siostra? - spyta ktoś. I będzie to ktoś naprawdę bystry oraz czujny, ktoś kto nie dał się zwieść na manowce perfidnym kluczeniem wokół tematu. No więc odpowiadam... Gdyby mi ktoś włożył do jednej ręki długopis, a do drugiej dokument, na którym ładną czcionką byłoby wydrukowane "moja ukochana ginekologia", to nie miałbym wielkich oporów przed tego dokumentu podpisaniem. To raz.
Dwa to fakt, że ja także nie dostałem się na ginekologię. Nie żebym się kiedykolwiek starał, czy choćby studiował medycynę, ale fakt pozostaje faktem - nie przyjęli mnie! Tak że obecnie, głównie kiedy nikt nie widzi, z żalu za tak późno odzyskaną, a tak wcześnie utraconą siostrą, trochę szlocham i co chwilę osuszam rąbkiem chusteczki niesforną łezkę w kąciku oka.
Szepcząc przy tym bon voyage, ma soeur aimée! W związku z czym dopraszam się łagodnego traktowania od ew. czytelników (a także ew. krytyków, krytykantów, trolli i tzw. "hejterów"), ze względu na ciężkie przeżycia i trudną sytuację rodzinną. W dodatku zaczyna mnie dręczyć myśl, że może niepotrzebnie zrezygnowałem z miłości... Bo też dopiero siostra ukazała mi, co ważne w życiu.
(Nie powiem "ale jaja!", bo to cholernie plebejskie, a do tego w tym kontekście może się nieładnie kojarzyć. W końcu my nie Wowo, n'est-ce pas? Już raczej "ale..." Nieważne! Najwyżej kiedyś, po francusku.)
triarius
czwartek, listopada 05, 2015
Czego nikt wam nigdy nie powiedział o ekonomii i nie ma nadziei, żeby kiedyś powiedział
Że uzupełnię pewną b. istotną, a tylko pobocznie poruszoną kwestię ze wrzuconego tu przed chwilą tekstu...
Jak się zatem mają sprawy z ekonomicznymi nierównościami - dobre one są, czy złe? (Spyta ktoś i będzie miał do tego pełne prawo.) Dowcip polega na tym, że tego się nie da w tak prosty sposób rozstrzygnąć - bez szerokiego i konkretnego jednocześnie kontekstu. Przecież tu się wszystko ze wszystkim wiąże, i to nie tylko w samej ekonomii!
A w ogóle to najistotniejsze w tej sprawie jest to, że nie ma dotąd żadnych "obiektywnych" rozstrzygnięć, jeśli istnieją jakieś "niezłomne prawa przyrody" z tym związane (w co serdecznie wątpię), to my ich dotąd nie znamy, a nawet do ich poznania się nie zbliżyliśmy.
Dlaczego nie? I co w takim razie jest? W końcu ciągle się jakieś opinie z tym związane wygłasza. Czym są zatem te opinie, te odpowiedzi - te które "już znamy", które raz po raz słyszymy, które nauczono nas - jedne nienawidzić i z góry odrzucać, a drugie przyjmować jako absolutnie obiektywne PRAWDY? Są to odpowiedzi IDEOLOGICZNE!
Więc z jednej strony przede wszystkim funkcjonuje Marksizm, w przeróżnych swoich avatarach, a z drugiej strony - absolutnie równie ideologiczny i równie wiele mający z "obiektywizmem" wspólnego - zespół tez, serwowanych nam przez Liberalizm, także w różnych avatarach.
My, "na prawicy", odrzucamy oczywiście Marksizm - z wielu powodów, zarówno obiektywnych i słusznych, jak i dość subiektywnych, ale też słusznych, plus nieco, zgoda niewiele, "wylewania dziecka z kąpielą" - ale Liberalizm, nawet jeśli się do niego nie przyznajemy, jako do wyznawanej ideologii, nauczono nas akceptować jako coś właśnie "obiektywnego i niezmiennego".
Dlaczego tak? A dlatego, że te mądrości sączy się społeczeństwom Zachodu od lat z górą 300 (!), i, poza Marksizmem, który jest dla nas oczywistą ideologią, pseudo-religią itd., a do tego w ewidentny sposób nie sprawdza się w praktycznej ekonomii, jest odbierany - że po raz tysięczny tutaj to powtórzę - jak PRAWDA OBIEKTYWNA. Z powodu długotrwałości sączenia go w nasze umysły, z powodu jednolitego w sumie frontu propagandy ("edukacja", media itd.)...
Oraz, w Polsce i innych ofiarach Jałty, dlatego, że na razie ekonomicznie ludziom przeciętnie żyje się jakby w mniej parciany sposób (dziesięcioletnie samochody na raty zamiast furmanek), niż za rządów ekonomistów mniej lub bardziej marksistowskich. (Nie żebym wzdychał do PRLu, czy kiedykolwiek to paskudztwo akceptował, ale jeszcze się zobaczy, czy za lat kilkanaście naprawdę będzie aż tyle lepiej i tyle mniej parciano. Oby!)
Swoją drogą, wątpię by Liberalizm mógł być w sferze praktycznej ekonomii równie beznadziejny, jak Marksizm w jakiejkolwiek postaci, ale też powodu do orgazmu na jego temat, Liberalizmu znaczy, dostrzegam znacznie mniej, niż wielu po "naszej stronie". No bo np. czy ewidentna finansowa piramida jest ekonomicznie skuteczna, czy też nie?
Ogromną różnicą między ekonomią liberalną i marksistowską ("socjalistyczną", jak to lubi się określać) jest to, że ta pierwsza z dzikim upodobaniem posługuje się KREDYTEM, a ta druga nie, uważając, że sobie bez niego poradzi (hłe hłe!), lub (i tu bez hłe hłe!) wystarczająco szybko podbije spedalony liberalny świat i zapędzi go do roboty. Liberalizm dyskontuje też na milion sposobów i na każdym kroku przyszłość. (Co komuchy też robiły, ale w sferze propagandy, nie zaś ekonomii - tzw. "realizm socjalistyczny".)
I kwestia tego NA ILE kredytem należałoby się posługiwać, ile jest zbyt mało, a ile O WIELE ZA DUŻO, i jakie z tego ponure konsekwencje wynikną (oglądał ktoś ostatnio telewizję?)... No więc, to także pozostaje nadal do rozstrzygnięcia i (niestety też) do organoleptycznego zaobserwowania. Więc z tą cudownością "wolnorynkowej" ekonomii to ja bym też nie przesadzał.
No więc ja wam ludzie mówię (znowu): na takie tematy, jak dystrybucja, zakres "wolnego rynku", nierówności ekonomiczne, dziedziczenie, zasiłki, bezpłatna edukacja i/lub leczenie, płace minimalne czy ich brak, cła... Nie ma tu, i raczej nigdy nie będzie, żadnych "absolutnych i wiecznych prawd", poza konkretnym kontekstem z masą imponderabiliów... I w ogóle, nawet na tyle, na ile coś konkretnego i inteligentnego da się o tym powiedzieć, to MY I TAK TEGO NIE WIEMY.
Mamy bowiem dotąd jedynie IDEOLOGICZNE odpowiedzi - na "prawicy" praktycznie wyłącznie liberalizm (jeśli nie liczyć, tu i ówdzie, jakichś b. mało konkretnych, zalatujących anachronizmem, i b. chyba w sumie mocno chciejskich propozycji w duchu katolickim). Tak że, jeśli ktoś te sprawy uważa za ważne, no a trudno uznać, że są całkiem nieistotne, choć ja tu np. staram się tonować powszechną po obu stronach frontu obsesję ekonomii, to TRZEBA TO ZACZĄĆ BADAĆ OD NOWA. Proste!
Bez uprzedzeń, że coś np. jest z Marksizmu; bez łykania (bez patrzenia i bez popitki), "bo już Locke'a w latach 1680' nam to ogłosił", a potem już ciągłość apostolska po Misesy i Korwiny. (Choć to akurat Liberalny Rewizjonizm, "wróćmy do korzeni", a nie główny nurt, ale oni także, i to jak!, gadają "liberalnym Michnikiem".)
Wszystko od nowa, moi państwo! Albo przestać się tym aż tak ostro brenzlować, przestać na każdym kroku wygłaszać płaskie komunały, jakby to było Boskie Objawienie, i zająć się czymś innym. Na ekonomię na razie i tak nie mamy większego wpływu, a jeśli go kiedyś uzyskamy, to będzie się improwizować. No, chyba żebyście woleli nad tym na serio popracować i do jakichś wniosków jednak dojść. Dzięki za uwagę!
triarius
P.S. Mówimy tu oczywiście o MAKROEKONOMII. Jasne, że np. prowadzenie sklepiku jest znacznie bardziej obiektywne i prostsze.
Jak się zatem mają sprawy z ekonomicznymi nierównościami - dobre one są, czy złe? (Spyta ktoś i będzie miał do tego pełne prawo.) Dowcip polega na tym, że tego się nie da w tak prosty sposób rozstrzygnąć - bez szerokiego i konkretnego jednocześnie kontekstu. Przecież tu się wszystko ze wszystkim wiąże, i to nie tylko w samej ekonomii!
A w ogóle to najistotniejsze w tej sprawie jest to, że nie ma dotąd żadnych "obiektywnych" rozstrzygnięć, jeśli istnieją jakieś "niezłomne prawa przyrody" z tym związane (w co serdecznie wątpię), to my ich dotąd nie znamy, a nawet do ich poznania się nie zbliżyliśmy.
Dlaczego nie? I co w takim razie jest? W końcu ciągle się jakieś opinie z tym związane wygłasza. Czym są zatem te opinie, te odpowiedzi - te które "już znamy", które raz po raz słyszymy, które nauczono nas - jedne nienawidzić i z góry odrzucać, a drugie przyjmować jako absolutnie obiektywne PRAWDY? Są to odpowiedzi IDEOLOGICZNE!
Więc z jednej strony przede wszystkim funkcjonuje Marksizm, w przeróżnych swoich avatarach, a z drugiej strony - absolutnie równie ideologiczny i równie wiele mający z "obiektywizmem" wspólnego - zespół tez, serwowanych nam przez Liberalizm, także w różnych avatarach.
My, "na prawicy", odrzucamy oczywiście Marksizm - z wielu powodów, zarówno obiektywnych i słusznych, jak i dość subiektywnych, ale też słusznych, plus nieco, zgoda niewiele, "wylewania dziecka z kąpielą" - ale Liberalizm, nawet jeśli się do niego nie przyznajemy, jako do wyznawanej ideologii, nauczono nas akceptować jako coś właśnie "obiektywnego i niezmiennego".
Dlaczego tak? A dlatego, że te mądrości sączy się społeczeństwom Zachodu od lat z górą 300 (!), i, poza Marksizmem, który jest dla nas oczywistą ideologią, pseudo-religią itd., a do tego w ewidentny sposób nie sprawdza się w praktycznej ekonomii, jest odbierany - że po raz tysięczny tutaj to powtórzę - jak PRAWDA OBIEKTYWNA. Z powodu długotrwałości sączenia go w nasze umysły, z powodu jednolitego w sumie frontu propagandy ("edukacja", media itd.)...
Oraz, w Polsce i innych ofiarach Jałty, dlatego, że na razie ekonomicznie ludziom przeciętnie żyje się jakby w mniej parciany sposób (dziesięcioletnie samochody na raty zamiast furmanek), niż za rządów ekonomistów mniej lub bardziej marksistowskich. (Nie żebym wzdychał do PRLu, czy kiedykolwiek to paskudztwo akceptował, ale jeszcze się zobaczy, czy za lat kilkanaście naprawdę będzie aż tyle lepiej i tyle mniej parciano. Oby!)
Swoją drogą, wątpię by Liberalizm mógł być w sferze praktycznej ekonomii równie beznadziejny, jak Marksizm w jakiejkolwiek postaci, ale też powodu do orgazmu na jego temat, Liberalizmu znaczy, dostrzegam znacznie mniej, niż wielu po "naszej stronie". No bo np. czy ewidentna finansowa piramida jest ekonomicznie skuteczna, czy też nie?
Ogromną różnicą między ekonomią liberalną i marksistowską ("socjalistyczną", jak to lubi się określać) jest to, że ta pierwsza z dzikim upodobaniem posługuje się KREDYTEM, a ta druga nie, uważając, że sobie bez niego poradzi (hłe hłe!), lub (i tu bez hłe hłe!) wystarczająco szybko podbije spedalony liberalny świat i zapędzi go do roboty. Liberalizm dyskontuje też na milion sposobów i na każdym kroku przyszłość. (Co komuchy też robiły, ale w sferze propagandy, nie zaś ekonomii - tzw. "realizm socjalistyczny".)
I kwestia tego NA ILE kredytem należałoby się posługiwać, ile jest zbyt mało, a ile O WIELE ZA DUŻO, i jakie z tego ponure konsekwencje wynikną (oglądał ktoś ostatnio telewizję?)... No więc, to także pozostaje nadal do rozstrzygnięcia i (niestety też) do organoleptycznego zaobserwowania. Więc z tą cudownością "wolnorynkowej" ekonomii to ja bym też nie przesadzał.
No więc ja wam ludzie mówię (znowu): na takie tematy, jak dystrybucja, zakres "wolnego rynku", nierówności ekonomiczne, dziedziczenie, zasiłki, bezpłatna edukacja i/lub leczenie, płace minimalne czy ich brak, cła... Nie ma tu, i raczej nigdy nie będzie, żadnych "absolutnych i wiecznych prawd", poza konkretnym kontekstem z masą imponderabiliów... I w ogóle, nawet na tyle, na ile coś konkretnego i inteligentnego da się o tym powiedzieć, to MY I TAK TEGO NIE WIEMY.
Mamy bowiem dotąd jedynie IDEOLOGICZNE odpowiedzi - na "prawicy" praktycznie wyłącznie liberalizm (jeśli nie liczyć, tu i ówdzie, jakichś b. mało konkretnych, zalatujących anachronizmem, i b. chyba w sumie mocno chciejskich propozycji w duchu katolickim). Tak że, jeśli ktoś te sprawy uważa za ważne, no a trudno uznać, że są całkiem nieistotne, choć ja tu np. staram się tonować powszechną po obu stronach frontu obsesję ekonomii, to TRZEBA TO ZACZĄĆ BADAĆ OD NOWA. Proste!
Bez uprzedzeń, że coś np. jest z Marksizmu; bez łykania (bez patrzenia i bez popitki), "bo już Locke'a w latach 1680' nam to ogłosił", a potem już ciągłość apostolska po Misesy i Korwiny. (Choć to akurat Liberalny Rewizjonizm, "wróćmy do korzeni", a nie główny nurt, ale oni także, i to jak!, gadają "liberalnym Michnikiem".)
Wszystko od nowa, moi państwo! Albo przestać się tym aż tak ostro brenzlować, przestać na każdym kroku wygłaszać płaskie komunały, jakby to było Boskie Objawienie, i zająć się czymś innym. Na ekonomię na razie i tak nie mamy większego wpływu, a jeśli go kiedyś uzyskamy, to będzie się improwizować. No, chyba żebyście woleli nad tym na serio popracować i do jakichś wniosków jednak dojść. Dzięki za uwagę!
triarius
P.S. Mówimy tu oczywiście o MAKROEKONOMII. Jasne, że np. prowadzenie sklepiku jest znacznie bardziej obiektywne i prostsze.
słowa kluczowe:
dyskontowanie rpzyszłości,
edukacja,
ekonomia,
gadanie Michnikiem,
Korwin,
liberalizm,
marksizm,
media,
Mises,
prawdy obiektywne,
propaganda,
realizm socjalistyczny
O ewidentnym ocipieniu (przynajmniej części) polskiej (?) prawicy (?)
Na początek krótko o sprawach organizacyjnych i zjadanie własnego ogona... Otóż chętnie bym napisał dalszy ciąg tej głupotki, która mi (sama z siebie) wyszła z całkiem sensownego tekstu, który miałem zamiar wklepać, ale to nie teraz. Na razie nie chce mi się pisać - nie płacą, nie zapraszają do telewizji, mało komętają... Nie mam ciekawszych rzeczy do roboty?
Swoją drogą, widziałem chyba przedwczoraj Michalkiewicza w TV Trwam. Pieprzył takie misesiczno-korwinistyczne pierdoły, w dodatku zgrane do szczętu i banalne jak cholera, że ja bym się wstydził takiego ględzenia po wypiciu duszkiem na pusty brzuch pół litra czystego spirytusu i w samotności. Dixi!
Jeśli TO ma być poziom rodzimej prawicowej (?) debaty, to ja się z tego wyłączam! No ale fakt pozostaje, że do telewizji to on się z Boskiego wyroku nadaje, a nie np. ja. Żeby to jeszcze było jakoś oryginalne, kontrowersyjne, ale nie - stek liberalnych banałów, nudnych jak przysłowiowe flaki z przysłowiowym olejem. (O czym? A o czymże innym, niż o cudownych skutkach ekonomicznych nierówności?)
No ale dobra - jeśli ktoś tu dobrowolnie przychodzi (a też mu chyba za to nie płacą?) to ma plusa, wykazuje się i jestem mu jednak winien nieco wdzięczności oraz względów. (To jest, swoją drogą, jedna z tych rzeczy, które mnie najbardziej męczą w blogaskowaniu. Te implicite zobowiązania. Nie wiem, czy ktoś to rozumie, a tłumaczenie tego nie ma chyba wiele sensu, bo kogo to może aż tak obchodzić?)
* * *
No dobra - żeby coś tu dziś jednak było, choćby b. krótkie, powiem tak... Patrzyłem ci ja przed chwilą na szalomie i dostrzegłem - w związku oczywiście z zejściem Kiszczaka, który niech się smarzy w piekle! - taki oto tytuł, cytuję, a nawet wprost wklejam:
Nie jest to pierwszy raz, gdy widzę u "naszych" wzruszenie i oburzenie z powodu tego, że bolszewicy utrupili carską rodzinę, więc to jest chyba coś więcej, niż pojedynczy odchył. Zgoda - te duńskie carówny były śliczne i wydają się całkiem miłe, ale w końcu - sam się do tej roboty pchałeś, Grzegorzu Dyndało, no to i masz.
To się nazywa polityka, to się nazywa władza, to się nazywa realne życie. No a jak ktoś własną osobą firmuje coś tak koszmarnego, jak (niech będzie że "ówczesna", żeby nie komplikować) Rosja - no to czego się, że spytam, spodziewa na wypadek, kiedy mu się w końcu nóżka powinie?
Załóżmy na chwilę, że to było możliwe i że w Rosji powstała wtedy b. porządna władza - żadni bolszewicy, którzy oczywiście byli paskudni i co do tego nie ma wątpliwości. I co? Wydaje wam się, ludzieńki, że ten car na pewno by nie dostał czapy? Choćby dlatego, żeby pozbawić symbolu itd. zwolenników dawnych porządków?
Zgoda, że nie carówny, zapewne też nie jego duńska żona - ale sam car? Ja nie postawiłbym na jego długie i szczęśliwe życie złamanej kopiejki - szczególnie gdyby trwała wojna domowa! A co najzabawniejsze, to nie ja domagam się bez przerwy przywrócenia kary śmierci, tylko nasza genialna blogowa "prawica" (pospolita odmiana ogrodowa), prawda?
Kto chce, może sobie poszukać co ja mówię o karze śmierci ogólnie, przede wszystkiem zaś w obecnej, światowej i krajowej, sytuacji. I co na ten temat wykrzykuje się w rodzimej "prawicowej" sieci. A tu nagle car niewiniątko, kara śmierci be, a kopnięty monarchizm bierze górę nad nienawiścią do zaborcy. Naprawdę akurat O TO mamy mieć pretensję do bolszewików? Większą, niż o Katyń, Kiszczaka i III RP?! Niewolnicza mentalność, jeśli ktoś chce znać moje zdanie. Rzygać mi się po prostu chce.
Rozumiem bez wielkiej trudności wzruszanie się losem np. Ludwika XVI. Jeśli kogoś kręcą takie klimaty, oczywiście. W sensie, że lubi się romantycznie wzruszać w wyższych sferach. (Co mnie osobiście nieco zalatuje Mniszkówną, sorry!) Ludwik XVI był w sumie porządny gość, choć oferma, i nie był bezpośrednio winien np. temu, co Ludwik XIV, po pokonaniu Frondy, uczynił z francuską szlachtą i z francuskiej szlachty.
(Która skutkiem tego zraziła się do monarchii na amen, nawet jeśli to mogło komuś wyglądać inaczej. Wykazując tym, że zachowała jeszcze w tej trudnej sytuacji jakieś tam resztki jaj. W odróżnieniu od np. "polskiej prawicy" XXI w.)
Ani jak ten sam Ludwik XIV przez swój nieprawdopodobny egotyzm, przede wszystkim zaś ciągłe wojny, zrujnował Francję. Ani też tego, że cała energia i co tam było rozumu jego następcy szła w rozpasaną erotomanię. Chciał dobrze, ale znalazł się na niewłaściwym miejscu w fatalnym czasie. Zdarza się i faktycznie dość to smutne, choć przecież każde ludzkie życie zawiera smutki, dramaty i tragedie, więc dlaczego akurat to ma nas aż tak wzruszać?
Bardziej może smutny był los jego królewskiej małżonki - jako matki, jako naprawdę głupiutkiej, nic chyba z tego wszyskiego nie rozumiejącej, ale za to kobiecej i łagodnej kobietki, itd. Ale wzruszać się akurat CARAMI?! Cesarzem Maksymilianem z Meksyku też ew. można - jeśli ktoś lubi się wzruszać - proszę bardzo! Młody był, nic złego chyba nie robił... Tak czy tak będzie w tych żalach nieco z Mniszkówny. Czyli z panny pokojówki z maturą i dzikim snobizmem na arystokrację. (Minus ew. jej przezabawny styl. "Tłusty Apollo przysiadł na zadzie", ach!)
No jak car utrupił drugiego cara, albo własnego cesarskiego syna, to jak mam do tego podejść? Że już o pomordowanych polskich patriotów nie zapytam, bo to oczywiście zbyt trudne pytanie dla tej części "naszej prawicy".
Jeśli powyższe do kogoś całkiem nie trafiło, no to sorry, ale widać on najpierw niewłaściwie trafił - na ten blog. Jeśli zaś trafiło, choć częściowo, to radziłbym sobie poszukać tutaj tekst "O naszym narodowym kalectwie", i w ogóle wszystko to, co pisałem na temat rodzajów agresji. To było w większości w ciągu ostatniego roku. Piłka jest teraz po waszej stronie kortu - ja tam na tym stracić w żaden sposób i tak nie mogę.
(Tak przy okazji - tekstu o który tu mówimy nawet nie próbowałem czytać, sam tytuł mi zupełnie wystarczył, i to z nadmiarem. Mam jednak zbyt dużo dobrego smaku, by się móc delektować pluciem na Kiszczaka, jakże słusznym, przemieszanym z płaczem nad biednym zamordowanym Carem Wszechrosji. Który dla mnie może iść tam, gdzie i Kiszczak. Monarchizm, psia mać!)
Dzięki za uwagę!
triarius
P.S. No i wcale nie wyszło takie krótkie.
Swoją drogą, widziałem chyba przedwczoraj Michalkiewicza w TV Trwam. Pieprzył takie misesiczno-korwinistyczne pierdoły, w dodatku zgrane do szczętu i banalne jak cholera, że ja bym się wstydził takiego ględzenia po wypiciu duszkiem na pusty brzuch pół litra czystego spirytusu i w samotności. Dixi!
Jeśli TO ma być poziom rodzimej prawicowej (?) debaty, to ja się z tego wyłączam! No ale fakt pozostaje, że do telewizji to on się z Boskiego wyroku nadaje, a nie np. ja. Żeby to jeszcze było jakoś oryginalne, kontrowersyjne, ale nie - stek liberalnych banałów, nudnych jak przysłowiowe flaki z przysłowiowym olejem. (O czym? A o czymże innym, niż o cudownych skutkach ekonomicznych nierówności?)
No ale dobra - jeśli ktoś tu dobrowolnie przychodzi (a też mu chyba za to nie płacą?) to ma plusa, wykazuje się i jestem mu jednak winien nieco wdzięczności oraz względów. (To jest, swoją drogą, jedna z tych rzeczy, które mnie najbardziej męczą w blogaskowaniu. Te implicite zobowiązania. Nie wiem, czy ktoś to rozumie, a tłumaczenie tego nie ma chyba wiele sensu, bo kogo to może aż tak obchodzić?)
* * *
No dobra - żeby coś tu dziś jednak było, choćby b. krótkie, powiem tak... Patrzyłem ci ja przed chwilą na szalomie i dostrzegłem - w związku oczywiście z zejściem Kiszczaka, który niech się smarzy w piekle! - taki oto tytuł, cytuję, a nawet wprost wklejam:
Zmarł Kolejny Zdrajca Polski, Pachołek bolszewi - morderców Carów i Narodów!
Oczy mi na ten widok z czaszki wylazły i teraz pytam magna voce: Czy wyście wszyscy ludzie ocipieli na tej naszej (?) nieszczęsnej (!) "prawicy" (?). "Morderca CARÓW"? TO jest @#$% dla nas problem, że akurat CARÓW utrupili? Nad CARAMI mamy się litować?! Sorry, ale ja tu kompletnie nic nie rozumiem - a ten tekst przecież był anty-kiszczakowy, czyli "nasz", zresztą czytałem parę razy tego autora i (mimo dziwacznego i ryzykownego) pseudo, wydawał się być przy zdrowych zmysłach. A teraz TO.Nie jest to pierwszy raz, gdy widzę u "naszych" wzruszenie i oburzenie z powodu tego, że bolszewicy utrupili carską rodzinę, więc to jest chyba coś więcej, niż pojedynczy odchył. Zgoda - te duńskie carówny były śliczne i wydają się całkiem miłe, ale w końcu - sam się do tej roboty pchałeś, Grzegorzu Dyndało, no to i masz.
To się nazywa polityka, to się nazywa władza, to się nazywa realne życie. No a jak ktoś własną osobą firmuje coś tak koszmarnego, jak (niech będzie że "ówczesna", żeby nie komplikować) Rosja - no to czego się, że spytam, spodziewa na wypadek, kiedy mu się w końcu nóżka powinie?
Załóżmy na chwilę, że to było możliwe i że w Rosji powstała wtedy b. porządna władza - żadni bolszewicy, którzy oczywiście byli paskudni i co do tego nie ma wątpliwości. I co? Wydaje wam się, ludzieńki, że ten car na pewno by nie dostał czapy? Choćby dlatego, żeby pozbawić symbolu itd. zwolenników dawnych porządków?
Zgoda, że nie carówny, zapewne też nie jego duńska żona - ale sam car? Ja nie postawiłbym na jego długie i szczęśliwe życie złamanej kopiejki - szczególnie gdyby trwała wojna domowa! A co najzabawniejsze, to nie ja domagam się bez przerwy przywrócenia kary śmierci, tylko nasza genialna blogowa "prawica" (pospolita odmiana ogrodowa), prawda?
Kto chce, może sobie poszukać co ja mówię o karze śmierci ogólnie, przede wszystkiem zaś w obecnej, światowej i krajowej, sytuacji. I co na ten temat wykrzykuje się w rodzimej "prawicowej" sieci. A tu nagle car niewiniątko, kara śmierci be, a kopnięty monarchizm bierze górę nad nienawiścią do zaborcy. Naprawdę akurat O TO mamy mieć pretensję do bolszewików? Większą, niż o Katyń, Kiszczaka i III RP?! Niewolnicza mentalność, jeśli ktoś chce znać moje zdanie. Rzygać mi się po prostu chce.
Rozumiem bez wielkiej trudności wzruszanie się losem np. Ludwika XVI. Jeśli kogoś kręcą takie klimaty, oczywiście. W sensie, że lubi się romantycznie wzruszać w wyższych sferach. (Co mnie osobiście nieco zalatuje Mniszkówną, sorry!) Ludwik XVI był w sumie porządny gość, choć oferma, i nie był bezpośrednio winien np. temu, co Ludwik XIV, po pokonaniu Frondy, uczynił z francuską szlachtą i z francuskiej szlachty.
(Która skutkiem tego zraziła się do monarchii na amen, nawet jeśli to mogło komuś wyglądać inaczej. Wykazując tym, że zachowała jeszcze w tej trudnej sytuacji jakieś tam resztki jaj. W odróżnieniu od np. "polskiej prawicy" XXI w.)
Ani jak ten sam Ludwik XIV przez swój nieprawdopodobny egotyzm, przede wszystkim zaś ciągłe wojny, zrujnował Francję. Ani też tego, że cała energia i co tam było rozumu jego następcy szła w rozpasaną erotomanię. Chciał dobrze, ale znalazł się na niewłaściwym miejscu w fatalnym czasie. Zdarza się i faktycznie dość to smutne, choć przecież każde ludzkie życie zawiera smutki, dramaty i tragedie, więc dlaczego akurat to ma nas aż tak wzruszać?
Bardziej może smutny był los jego królewskiej małżonki - jako matki, jako naprawdę głupiutkiej, nic chyba z tego wszyskiego nie rozumiejącej, ale za to kobiecej i łagodnej kobietki, itd. Ale wzruszać się akurat CARAMI?! Cesarzem Maksymilianem z Meksyku też ew. można - jeśli ktoś lubi się wzruszać - proszę bardzo! Młody był, nic złego chyba nie robił... Tak czy tak będzie w tych żalach nieco z Mniszkówny. Czyli z panny pokojówki z maturą i dzikim snobizmem na arystokrację. (Minus ew. jej przezabawny styl. "Tłusty Apollo przysiadł na zadzie", ach!)
No jak car utrupił drugiego cara, albo własnego cesarskiego syna, to jak mam do tego podejść? Że już o pomordowanych polskich patriotów nie zapytam, bo to oczywiście zbyt trudne pytanie dla tej części "naszej prawicy".
Jeśli powyższe do kogoś całkiem nie trafiło, no to sorry, ale widać on najpierw niewłaściwie trafił - na ten blog. Jeśli zaś trafiło, choć częściowo, to radziłbym sobie poszukać tutaj tekst "O naszym narodowym kalectwie", i w ogóle wszystko to, co pisałem na temat rodzajów agresji. To było w większości w ciągu ostatniego roku. Piłka jest teraz po waszej stronie kortu - ja tam na tym stracić w żaden sposób i tak nie mogę.
(Tak przy okazji - tekstu o który tu mówimy nawet nie próbowałem czytać, sam tytuł mi zupełnie wystarczył, i to z nadmiarem. Mam jednak zbyt dużo dobrego smaku, by się móc delektować pluciem na Kiszczaka, jakże słusznym, przemieszanym z płaczem nad biednym zamordowanym Carem Wszechrosji. Który dla mnie może iść tam, gdzie i Kiszczak. Monarchizm, psia mać!)
Dzięki za uwagę!
triarius
P.S. No i wcale nie wyszło takie krótkie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)