Bez żadnej kokieterii anonsuję, że w tym wpisie będzie absolutnie nic wiekopomnego, a dla ogromnej większości ludzi to są sprawy zupełnie obce i nieinteresujące. (Dodam jeszcze wykrzyknik, oto on --> !)
Ten wpis to sprawa zasadniczo całkiem prywatna - coś jak intymny pamiętnik pensjonarki, albo inny kalendarzyk małżeński. Po co więc? A nie wolno mi? Zresztą czy ci wszyscy guru od sukcesu i powodzenia w życiu nie uczą, że marzenia i plany się spełniają, o ile się je zapisze? No to właśnie!
* * *
Wczoraj. Zadaniówka. Mam gościa w dosiadzie i on, jak to poczatkujący, odpycha mnie rękami. Każdy wie, że w takiej sytuacji zgrabnie przerzucamy nogę na drugą stronę i fundujemy mu balachę. Balacha z dosiadu - najczęściej kończąca walkę technika kończąca! (Ostatnio widziałem gdzieś taką statystykę. Na pewno nie chodziło o MMA, tylko o czysty grappling, ale tym się tu przecie zajmujemy.)
Jednak gość, choć całkiem zielony, silny był i mało zmęczony, więc jakoś się na tę balachę nie zdobyłem. Chyba mi Mark Hatmaker nieco zamieszał w głowie, swoją nauką, że jak ma się gościa z góry, to trzeba spróbować wszystkiego, zanim się tę górną pozycję poświęci. Tyle że Hark Hatmaker pokazywał przy tym długie sekwencje technik kończących z tego dosiadu, a ja nie miałem wielu pomysłów. (To były zresztą krótkie zadaniówki, ino po 2 minuty.)
Raz wykończyłem gościa Ezekielem, ale to wszystko, a kulaliśmy się z nim chyba ze trzy razy, i ze dwa byłem u góry. Marnie! No to teraz powiedzmy to sobie i niech nam się wbije w jaźń... Panie Tygrys... nieważne że gość jest bykowany... Jeśli spod spodu, z dosiadu, wyciąga łapki do góry - trza mu założyć tę cholerną balachę! (No, chyba że masz pan jakiś lepszy pomysł na daną chwilę.)
Sztywność tych jego łapek nie powinna stanowić większego problemu w tej
sytuacji. Gdyby był cwany i dobry technicznie, mógłby się wykręcić i
wybronić, ale samymi sztywnymi łapki - NIE! I tak tej łapki w górze nie
utrzyma, kiedy ja się na niej uwieszę i pociągnę z pleców, a to przecież
umiem.
Żeby mi więcej takich rzeczy nie było! Zapamiętaj to pan, Panie Tygrys, na wsze czasy!
triarius
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
sobota, lipca 05, 2014
środa, lipca 02, 2014
O piekle
Wszystkie kawałki układanki wskakują na swoje miejsca, kiedy
ujrzy się we współczesnym świecie realizację odwiecznego marzenia
ludzkości o stworzeniu piekła na ziemi.
* * *
To była esencja naszego kazania na dzień dzisiejszy, ale jeśli ktoś chętny, to mamy więcej. Nieco mniej lapidarnie, może mniej zgrabnie, ale też chyba warto by to rzec...
Przed chrześcijaństwem wydaje się pewne, że nikt nawet nie wpadł na pomysł piekła. W katolicyźmie do piekła szli tylko najgorsi niegodziwcy. (Co w mojej opinii bylo bardzo miłe i sprawiedliwe.) W protestantyźmie, przynajmniej w niektórych jego największych odłamach, do piekła szla po śmierci większość ludzi, w dodatku niekoniecznie z powodu jakiejś swojej osobistej winy.
Dzisiaj, dzięki nieznużonej pracy milionów robotnych rąk, dzięki niesłabnącemu wysiłkowi tysięcy najtęższych umysłów - piekło jest już dostępne każdemu i nawet nie trzeba w tym celu umierać. Jeszcze nieco zbiorowego wysiłku całej Ludzkości, i piekło będzie funkcjonowało 24 godziny na dobę, w dzień powszechny i w święta.
* * *
Realny Liberalizm (czyli to co, w różnych wariantach, miłościwie rządzi Zachodem od lat) brawurowo pokonuje problemy, które bez niego nigdy by się nie pojawily. Vide depresja, która kiedyś była rzadką chorobą psychiczną, dotykającą bardzo nielicznych, dziś zaś jest (brawurowo pokonywaną) codziennością dla wielu.
Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tych "wielu", to proszę, oto pierwszy z brzegu przykład:
http://www.nimh.nih.gov/health/publications/the-numbers-count-mental-disorders-in-america/index.shtml
* * *
Wszystkie te wypełniania formularzy... Wszystkie te zostawiania obcym ludziom półrocznego dziecka, aby pójść "dla zysku" mizdrzyć się do klientów i/lub przełożonych... Wszystkie te zaciskania pośladków, żeby "moja wolność nie ograniczała, broń świecki boże, wolności innych"... ("POŚLADKÓW", powiedziałem, nie "ZWIERACZY"!)
Można by jeszcze długo wymieniać przykłady... Wszystko to, bez czego życie wielkomiejskiego leminga jest dziś absolutnie niemożliwe, nie dałoby się po prostu znieść, gdyby nie co najmniej lekka, chroniczna depresja.
Bez powszechnej depresji - w sensie jak najbardziej dosłownym, w odniesieniu do jednostek, oraz w sensie bardziej przenośnym, w odniesieniu do zbiorowości i "ducha" - świat realnego liberalizmu nie mógłby po prostu trwać.
A teraz, wbrew złudzeniom wszystkich tych, którzy z taka pewnością głosili, że wizja bardziej kolorowych telewizorów i wakacji na Majorce w mig uczyni z każdego wojowniczego dzikusa, z każdego religijnego fanatyka, potulnego, ciężko tyrającego w tygodniu, żeby się "zabawić" w weekend, leminga...
Co ja będę klarował - rozejrzyjcie się po prostu wokoło, a jeśli potraficie, spróbujcie sobie odpowiedzieć na pytanie: w którym momencie zaczyna się kłamstwo, w którym momencie piekło, oraz kiedy to wszystko zaczęło się sypać?
triarius
* * *
To była esencja naszego kazania na dzień dzisiejszy, ale jeśli ktoś chętny, to mamy więcej. Nieco mniej lapidarnie, może mniej zgrabnie, ale też chyba warto by to rzec...
Przed chrześcijaństwem wydaje się pewne, że nikt nawet nie wpadł na pomysł piekła. W katolicyźmie do piekła szli tylko najgorsi niegodziwcy. (Co w mojej opinii bylo bardzo miłe i sprawiedliwe.) W protestantyźmie, przynajmniej w niektórych jego największych odłamach, do piekła szla po śmierci większość ludzi, w dodatku niekoniecznie z powodu jakiejś swojej osobistej winy.
Dzisiaj, dzięki nieznużonej pracy milionów robotnych rąk, dzięki niesłabnącemu wysiłkowi tysięcy najtęższych umysłów - piekło jest już dostępne każdemu i nawet nie trzeba w tym celu umierać. Jeszcze nieco zbiorowego wysiłku całej Ludzkości, i piekło będzie funkcjonowało 24 godziny na dobę, w dzień powszechny i w święta.
* * *
Realny Liberalizm (czyli to co, w różnych wariantach, miłościwie rządzi Zachodem od lat) brawurowo pokonuje problemy, które bez niego nigdy by się nie pojawily. Vide depresja, która kiedyś była rzadką chorobą psychiczną, dotykającą bardzo nielicznych, dziś zaś jest (brawurowo pokonywaną) codziennością dla wielu.
Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tych "wielu", to proszę, oto pierwszy z brzegu przykład:
http://www.nimh.nih.gov/health/publications/the-numbers-count-mental-disorders-in-america/index.shtml
* * *
Wszystkie te wypełniania formularzy... Wszystkie te zostawiania obcym ludziom półrocznego dziecka, aby pójść "dla zysku" mizdrzyć się do klientów i/lub przełożonych... Wszystkie te zaciskania pośladków, żeby "moja wolność nie ograniczała, broń świecki boże, wolności innych"... ("POŚLADKÓW", powiedziałem, nie "ZWIERACZY"!)
Można by jeszcze długo wymieniać przykłady... Wszystko to, bez czego życie wielkomiejskiego leminga jest dziś absolutnie niemożliwe, nie dałoby się po prostu znieść, gdyby nie co najmniej lekka, chroniczna depresja.
Bez powszechnej depresji - w sensie jak najbardziej dosłownym, w odniesieniu do jednostek, oraz w sensie bardziej przenośnym, w odniesieniu do zbiorowości i "ducha" - świat realnego liberalizmu nie mógłby po prostu trwać.
A teraz, wbrew złudzeniom wszystkich tych, którzy z taka pewnością głosili, że wizja bardziej kolorowych telewizorów i wakacji na Majorce w mig uczyni z każdego wojowniczego dzikusa, z każdego religijnego fanatyka, potulnego, ciężko tyrającego w tygodniu, żeby się "zabawić" w weekend, leminga...
Co ja będę klarował - rozejrzyjcie się po prostu wokoło, a jeśli potraficie, spróbujcie sobie odpowiedzieć na pytanie: w którym momencie zaczyna się kłamstwo, w którym momencie piekło, oraz kiedy to wszystko zaczęło się sypać?
triarius
słowa kluczowe:
depresja,
leming,
odwieczne marzenia ludzkości,
piekło,
realny liberalizm
piątek, czerwca 27, 2014
Dzień świra
W powietrzu unosi się ostatnio coś takiego, że człowiek całkiem
odruchowo pilnie nadstawia wciąż ucha, by wyłapywać interesujące
przykłady zachowania świrów, albo i, da Bóg, rozgryźć mechanizmy
nimi kierujące. Co to może być, dokładnie nie wiem, ale coś jakby gdzieś
zza kulis przekręcono obrotową scenę, zmieniono nieco dekoracje, i
zamiast dnia hunwejbina, jak do nieawna, mielibyśmy dzień świra.
Od tej sceny aż tak wiele nie zależy, bo to właściwie tylko potiomkinowska dekoracja dla lemingów i naiwnej "prawicy", ale zajmuje czas, wypełnia myśli, jest o czym pogadać i jest z czego dostać wrzodów żołądka. I to się liczy!
Co to jest ten świr, spyta ktoś. To oczywiście kwestia definicji, ale my sobie tu przez "świra" rozumiemy faceta z "przerostem kory mózgowej", o którym (nieliczni) koneserzy tygrysiego bloga dość sporo przez lata poczytali, a sami też wnieśli nieco interesujących obserwacji i analiz w ten ambitny temat. "Przerost kory mózgowej" to nie jest zresztą określenie super-precyzyjne, choć nieźle brzmi. Bardziej dokładnie chodzi tu raczej o atrofię wszystkiego POZA korą mózgową właśnie. Skutkiem czego faktycznie ta kora dostaje obłędnego szwungu i gorączkowej nadczynności.
Nie chodzi jednak o to, że ten (excusez le mot) świr tą korą aż tak efektywnie pracuje - raczej przeciwnie. On po prostu nie potrafiłby dostrzec rzeczywistości, nawet gdyby go walnęła w nos w mroźny styczniowy poranek. Na tym to głównie polega! Potrafi tylko kombinować tą korą, no i gadać. (Gdyby nie gadał, mało kto by zauważył to korę i że to świr, i w sumie niewiele by to światu szkodzilo.) Można by jeszcze o tym sporo, ale to nie jest podręcznik propedeutyki szpęgleryzmu-tygrysizmu, więc na razie musi wystarczyć.
No nie - musimy sobie jeszcze wyjaśnić jedną ważną kwestię... Otóz świry dzielą się na dwa podgatunki: Świr Pospolita Odmiana Ogrodowa i Rasowy Świr Całą Gębą. Tym pierwszym nie będziemy się tutaj zajmować, powiemy tylko, że jest to w sumie podgatunek pospolitego leminga, czyli, dla szpęglerystów późnego wielkomiejskiego proletariusza (nie mylić z prolem!)
Rasowy świr całą gębą ma kilka bardzo specyficznych cech i zachowań. (Czego się zresztą można względnie łatwo domyślić.) Ogólnie świry bardzo lubią być dowcipne - rozwalać zastany świat ironią, burzyć konwenanse, gorszyć tych, których uważają za głupszych od siebie i mało postępowych... To chyba jest dość oczywiste. Świr Rasowy CG ma dodaktowo misję. Ktoś nieprzychylny określiłby to raczej "obsesją", bardziej kosmopolityczni "idée fixe"...
Moja nieżyjąca już niestety babcia (zresztą wysoce francuskojęzyczna) określała takie rzeczy słowami "fiksum dyrdum". Ale ona jednak widziała świat w kilku prostych, jaskrawych barwach i nie wyczuwała wszystkich niuansów. Świr Rasowy CG (nawiasem, CG można sobie przy szybkim i nie całkiem naukowym pisaniu darować!) naprawdę chce poruszyć z posad bryłę świata! Ma na to pomysł (z reguły nie własny zresztą), patent, odpowiednie papiery i wsparcie zza kulis. (Tych kulis, które wspomnieliśmy sobie luźno na początku.)
I to nie są żadne żarty! (Choć żarty, nie zapominajmy, też oczywiście jak najbardziej w repertuarze Świra Rasowego pelnią istotną rolę.) Jakie moga być te obsesje? Różne, różniste! Likwidacja własności prywatnej, na przykład... Albo "wolny rynek"... Albo likwidacja płci (na ile to się da na razie zrobić, a potem to się zrobi niezależnie od wszystkiego)... Albo (i to poniekąd obejmuje większość tych pozostałych) Jedna Ludzkość Trzymająca Się za Ręce i Śpiewająca Odę do Radości (Sopranem)...
Od tej sceny aż tak wiele nie zależy, bo to właściwie tylko potiomkinowska dekoracja dla lemingów i naiwnej "prawicy", ale zajmuje czas, wypełnia myśli, jest o czym pogadać i jest z czego dostać wrzodów żołądka. I to się liczy!
Co to jest ten świr, spyta ktoś. To oczywiście kwestia definicji, ale my sobie tu przez "świra" rozumiemy faceta z "przerostem kory mózgowej", o którym (nieliczni) koneserzy tygrysiego bloga dość sporo przez lata poczytali, a sami też wnieśli nieco interesujących obserwacji i analiz w ten ambitny temat. "Przerost kory mózgowej" to nie jest zresztą określenie super-precyzyjne, choć nieźle brzmi. Bardziej dokładnie chodzi tu raczej o atrofię wszystkiego POZA korą mózgową właśnie. Skutkiem czego faktycznie ta kora dostaje obłędnego szwungu i gorączkowej nadczynności.
Nie chodzi jednak o to, że ten (excusez le mot) świr tą korą aż tak efektywnie pracuje - raczej przeciwnie. On po prostu nie potrafiłby dostrzec rzeczywistości, nawet gdyby go walnęła w nos w mroźny styczniowy poranek. Na tym to głównie polega! Potrafi tylko kombinować tą korą, no i gadać. (Gdyby nie gadał, mało kto by zauważył to korę i że to świr, i w sumie niewiele by to światu szkodzilo.) Można by jeszcze o tym sporo, ale to nie jest podręcznik propedeutyki szpęgleryzmu-tygrysizmu, więc na razie musi wystarczyć.
No nie - musimy sobie jeszcze wyjaśnić jedną ważną kwestię... Otóz świry dzielą się na dwa podgatunki: Świr Pospolita Odmiana Ogrodowa i Rasowy Świr Całą Gębą. Tym pierwszym nie będziemy się tutaj zajmować, powiemy tylko, że jest to w sumie podgatunek pospolitego leminga, czyli, dla szpęglerystów późnego wielkomiejskiego proletariusza (nie mylić z prolem!)
Rasowy świr całą gębą ma kilka bardzo specyficznych cech i zachowań. (Czego się zresztą można względnie łatwo domyślić.) Ogólnie świry bardzo lubią być dowcipne - rozwalać zastany świat ironią, burzyć konwenanse, gorszyć tych, których uważają za głupszych od siebie i mało postępowych... To chyba jest dość oczywiste. Świr Rasowy CG ma dodaktowo misję. Ktoś nieprzychylny określiłby to raczej "obsesją", bardziej kosmopolityczni "idée fixe"...
Moja nieżyjąca już niestety babcia (zresztą wysoce francuskojęzyczna) określała takie rzeczy słowami "fiksum dyrdum". Ale ona jednak widziała świat w kilku prostych, jaskrawych barwach i nie wyczuwała wszystkich niuansów. Świr Rasowy CG (nawiasem, CG można sobie przy szybkim i nie całkiem naukowym pisaniu darować!) naprawdę chce poruszyć z posad bryłę świata! Ma na to pomysł (z reguły nie własny zresztą), patent, odpowiednie papiery i wsparcie zza kulis. (Tych kulis, które wspomnieliśmy sobie luźno na początku.)
I to nie są żadne żarty! (Choć żarty, nie zapominajmy, też oczywiście jak najbardziej w repertuarze Świra Rasowego pelnią istotną rolę.) Jakie moga być te obsesje? Różne, różniste! Likwidacja własności prywatnej, na przykład... Albo "wolny rynek"... Albo likwidacja płci (na ile to się da na razie zrobić, a potem to się zrobi niezależnie od wszystkiego)... Albo (i to poniekąd obejmuje większość tych pozostałych) Jedna Ludzkość Trzymająca Się za Ręce i Śpiewająca Odę do Radości (Sopranem)...
Świr Rasowy jest właściwie Z DEFINICJI lewakiem. Co by sam o sobie nie mówił. Dlaczego? Proszę nad tym chwilę pomyśleć, a powinno się okazać oczywiste. Jeśli się nie okaże, no to sorry panie Wywczas - ale ja tu pana na mój blog nie prosilem, więc niech pan swoją robotę robi sam i mnie do tego nie miesza!
Jakiś przykład może? Przykład Świra Rasowego, ma się rozumieć? Weźmy takiego lewicowego pisarza, dość swego czasu znanego, który się nazywał G.B. Show. Gość był bystry, to znaczy korę miał dość dobrze rozwiniętą. Inne cechy rasowego lewaka - rasowego leminga - rasowego świra też miał dorodne. Dowcipami rzucał na lewo i prawo, a niektóre z nich (może i większość, ale jak to dziś sprawdizć?) były naprawdę niezłe.
Jednak nie bylby Rasowym CG, gdyby nie miał swego fiksum dyrdum, a mówiąc bardziej naukowo i podniośle - swej wlasnej recepty na zbawienie świata. (To chyba powinno być już dość jasne? Nie mówimy oczywiście o Józwie Monecie czy innym Rajderze.) No i taka receptą u tego pana była reforma pisowni języka angielskiego.
Sam Show pisał i mówił po angielsku, ale do tego setki milionów ludzi używają tego języka, mniej lub bardziej sprawnie - jedni jako ojczystego, inni jako używanego z konieczności koiné (choć ta akurat starożytna nazwa jest zbyt pochlebna dla tego zjawiska, bowiem koiné to "wspólnota").
No i teraz, wreszcie, przechodzę do sedna... Ów Show - ewidentny lewacki świr z przerostem kory i absolutnym brakiem kontaktu z rzeczywistością... Plus z nieziemską pogardą, typową dla lewizny, dla ludzi zdrowych... Więc on, w chwili gdy świat cały emocjonował się i drżał ze strachu przed bombą atomową, o której się właśnie, skutkiem Hiroszimy i Nagasaki, dowiedział... Napisał do The Times taki oto list, cytuję (we wlasnym przekładzie):
Potrafię nabazgrać słowo "bomb" [czyli oczywiście "bomba", przypisek triarius] ledwo czytelnie 18 razy w ciągu minuty, a "bom" [czyli "bomba" bez końcowego "b", którego nie słychać', wiec jego zdaniem nie powinno go tam być] 24 razy, oszczędzając 25 procent w ciągu minuty, przez opuszczenie niepotrzebnego b. W Brytyjskiej Wspólnocie, nad którą słońce nigdy nie zachodzi, i w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, miliony ludzi bez przerwy piszą, piszą, pisza...Ci którzy piszą, tracą czas w tempie 131400 x X rocznie...
Fajne?
Powie ktoś, że ten Show to był przecie humorysta. Kompulsywny. I na
pewno się wygłupiał. To jednak byłby bardzo marny żart w jego wykonaniu
- nawet jak na lewaka z rodzaju intelektualnego. Show jednak by się aż
tak RYZYKOWNIE w tamtych czasach na oczach ludzi nie wygłupiał! Nie mam
racji? Zresztą autorka książki, gdzie tę informację znalazłem, zapewnia,
że Show był w tym absolutnie szczery i na serio. Jaka to książka i
dlaczego mielibyśmy jej wierzyć? No dobra - kto nie chce, niech nie
wierzy, kto chce wierzyć, że to był żart, to niech sobie. Jeśli mu z tym
łatwiej i fajniej żyć.
A co do książki, to
chodzi o "Eats, Shoots & Leaves" pani Lynne Trust. Bardzo
inteligentna, dowcipna, idiosynkratyczna książeczka o... Interpunkcji.
(Swoją drogą, przecinki to akurat jedna z moich pasji. "Filozofia
stawiania przecinków" - tak bym to określił. Serio! Tyle, że ja nie mam obsesji i nie naprawiam świata przecinkową rewolucją własnego chowu,) Ksiąźka ta ma
znakomite recenzje, a sprzedała się, jak wynika z informacji na okładce,
w ilości trzech milionów egzemplarzy. (Liberalne kryterium poniekąd,
ale nie całkiem bez sensu.)
Co do tego dziwnego
tytułu, to jest on w istocie całkiem genialny! Jest to cytat z opisu
życia i zachowań pandy, gdzie przez jeden dosłownie niepotrzebny
przecinek, z sensownego "Je pędy i liście", zrobiło się surrealistyczne
"Je, strzela i wychodzi". Niezłe, co? I w dodatku nie jest to ten rodzaj
humoru, który najbardziej kochają świry - choćby te Rasowe Całą Gębą.
triarius
P.S. Ten Show miał inne odpały. Na przykład sowieckim matkom, skarżącym się na brak mleka dla dzieci, kazał je karmić piersią "do 12. roku życia, jak Eskimoski". Bezczelny skurwiel, ale cóż - lewak.
słowa kluczowe:
bomba atomowa,
G.B. Show,
interpunkcja,
lewizna,
obsesja,
przerost kory,
reforma pisowni,
ruszanie z posad bryły świata,
świr
wtorek, czerwca 17, 2014
Zemsta Hitlera
Większość ludzi
słyszała o "Zemście Tutenhamona", niektórzy słyszeli także o "Zemście
Montezumy" (albo nawet ją przeżyli)...
Najperfidniejszą z nich była być może jednak Zemsta Hitlera, polegająca na podesłaniu Amerykanom calutkiej Szkoły Frankfurckiej.
Jaki to ma związek z Mundialem? Po co by było pisać, gdyby nie miało? Jaki to ma związek z lemingiem? Przecież jest solą ziemi, królem świata, motorem współczesności. Dziś każdy tekst, gdziekolwiek, musi być dla niego, albo, alternatywnie, o nim.
Jaki to ma związek z nieszczęsną Polską? No, z nieszczęsną Polską to akurat na pewno ma, bo z nieszczęsną Polską to wszystko ma związek, więc to też. (Poza wolą samych Polaków, ma się rozumieć, która nie ma.)
Co do tych pozostałych spraw, to czekajcie do dalszego ciągu. Wtedy wyjaśnię. Albo i i nie. Jeśli nadal będziecie tak komentować, to pewnie mi się nie będzie chciało. Mam teraz na głowie liberalizm i parę innych spraw, więc mogę sobie żyć bez pisania blogaskowych tekstów.
Tak czy tak, moglibyście sobie teraz poczytać (albo sobie przypomnieć, kto już wie), co to była ta Szkoła Frankfurcka i dlaczego to ważne.
triarius
Najperfidniejszą z nich była być może jednak Zemsta Hitlera, polegająca na podesłaniu Amerykanom calutkiej Szkoły Frankfurckiej.
Jaki to ma związek z Mundialem? Po co by było pisać, gdyby nie miało? Jaki to ma związek z lemingiem? Przecież jest solą ziemi, królem świata, motorem współczesności. Dziś każdy tekst, gdziekolwiek, musi być dla niego, albo, alternatywnie, o nim.
Jaki to ma związek z nieszczęsną Polską? No, z nieszczęsną Polską to akurat na pewno ma, bo z nieszczęsną Polską to wszystko ma związek, więc to też. (Poza wolą samych Polaków, ma się rozumieć, która nie ma.)
Co do tych pozostałych spraw, to czekajcie do dalszego ciągu. Wtedy wyjaśnię. Albo i i nie. Jeśli nadal będziecie tak komentować, to pewnie mi się nie będzie chciało. Mam teraz na głowie liberalizm i parę innych spraw, więc mogę sobie żyć bez pisania blogaskowych tekstów.
Tak czy tak, moglibyście sobie teraz poczytać (albo sobie przypomnieć, kto już wie), co to była ta Szkoła Frankfurcka i dlaczego to ważne.
triarius
słowa kluczowe:
Adolf Hitler,
lemingi,
Mundial,
salon24,
Szkoła Frankfurcka,
zemsta Montezumy,
zemsta Tutenhamona
poniedziałek, czerwca 16, 2014
Ludzie, opanujcie się! Jaki znowu "zamach stanu"?!
Czytam w całej sieci, że dokonał się właśnie "zamach stanu". No i
nie mogę uwierzyć w naiwność tych, rzekomo bystrych, komentatorów. I ich
spóźniony, o dobrych kilka co najmniej lat, refleks.
Żeby mógł być "zamach stanu" - musi przecież być jakiś "stan" - prawda? To tutaj to nie jest żaden "zamach stanu". To co najwyżej...
Żeby mógł być "zamach stanu" - musi przecież być jakiś "stan" - prawda? To tutaj to nie jest żaden "zamach stanu". To co najwyżej...
ZAMACH BANTUSTANU
I tego się trzymajmy!
triarius
P.S. Wyjaśnienie dla absolwentów szkół w III RP i podobnych przypadków. Coup d'état, co niezbyt zgrabnie przetłumaczono na "zamach stanu", to dosłownie "zamach na państwo". Jeszcze dosłowniej "uderzenie w państwo". l'Etat to państwo, po francusku. No i tego państwa tutaj od lat już nie ma. Nie potrzeba żadnego tuskowego ministra, żeby o tym wiedzieć. Sprawdźcie sobie choćby na moim blogasku, że to pisalem od dawna. I o bantustanie też.
Uzupełnienia do 10k i dodatkowe atrakcje
Dziesięć tysięcy wygląda tak oto. (W tym przypadku asterisków, więc spokojnie!)
A tak zupełnie na marginesie, to właśnie usłyszałem na francuskiej ojro-telewizji, że tych tam islamistów w Iraku jest "góra 10 tysięcy". Niby nic, ale jednak intuicja niektórych (i nie chodzi o moją) musi wzbudzać niesamowity podziw!
A jakby ktoś jeszcze chcial Charyzmatycznego Przywódcę, to proszę - oto on: ------> ChP
Wspomniałem o Indianach, wspomniałem o Spartanach... Aż się dziwie, że akurat takie przykłady przyszły mi do głowy. (Przykłady na niezłą obronę własnego kraju bez znaczącej prywatnej własności mianowicie.) Inne przykłady, i zapewne badziej nośne, to:
- Kawalerowie Rodyjscy (przeciw Turcji)
- Afganistan (przeciw ZSRR)
- Północny Wietnam (przeciw USA)
- Stalingrad (przeciw "Nazistom" nieznanego pochodzenia)
Nie chodzi tu o moje sympatie czy ich brak, tylko o fakty, z którymi, tuszę, trzeba się w sumie zgodzić. A że fanatyzm? A że terror i indoktrynacja? Zgoda, w większości z tych przypadków odgrywały one ogromną rolę, ale bez przesady! Bez nienawiści do najeźdźcy i jakiejś tam miłości do własnej ziemi (ale nie prywatnie posiadanej), to by nie wystarczyło. (Pisze o tym Ardrey, co go nawet częściowo zapłodniło do napisania części tego, co napisał.)
Postawiłem hipotezę, że dla zapału i skuteczności do obrony kraju, nie chodzi aż tak bardzo o to, że człek broni swojej prywatnej własności - tylko o to, iż wielu z tych obrońców ma jakieś swoje miejsce, czy swoje stadko, w którym są samcami alfa, natomiast godzą się bez wielkich protestów z sytuacjią, gdy, np. w armii, nie są, tylko jakimiś gammami czy epsilonami. Czyli raczej struktura "stada" (co oczywiście wiąże się z terytorialnością), niż wprost prywatna wlasność.
Czy nie jest zatem super - dla obronności kraju - kiedy duża część jego obywateli to względnie zamożni gospodarze (w sensie rolnicy) i/lub ziemianie? Oczywiście, że to musi być dobra rzecz, i to właśnie dlatego, że wtedy łatwo jest być takiemu właścicielowi samcem alfa na swoim, a jednocześnie kontakt z realnym życiem, jego realne uwarunkowania, autentyczne życie społeczne itd.
Ważne jest jednak, żeby implicite nie sugerować nieuświadomionym (a często jeszcze zarażonym w dziecięctwie wirusem k*winizmu, niestety!), iż kraju broni się dlatego, że w istocie broni się własnej, prywatnej własności, resztę mając w przysłowiowej... Wiadomo gdzie... I broniąc ją, tę resztę znaczy, niejako przy okazji.
Nie - tak mi się widzi, że ta terytorialność, której waga dla obrony kraju musi przecie być ogromna - działa tak, iż człek widzi CAŁY swój kraj, w przypadku inwazji z lewa czy prawa, jako własny teren. Teren, na którym może się względnie swobodnie poruszać, i gdzie, jak stepowa ryjówka czy inny podwórzowy kot, zna, w pewnym sensie, wszystkie zakamarki. Własne gospodarstwo, czy nawet własny region (jak by tego chciała poniektóra lewizna), to zbyt mało.
Oczywiście - kobiety będą raczej bronić własnego domu lub najbliższej jego okolicy. (Za to jak!) KIedy jednak mówimy o wojnie, obronie kraju itd., idiotyzmem wydaje mi się przekonanie, że każdy żołnierz "w istocie" broni tylko własnej wioski czy własnej "małej ojczyzny". Że o własnej jedynie chacie nie wspomnę.
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
****************************************************************************************************
A tak zupełnie na marginesie, to właśnie usłyszałem na francuskiej ojro-telewizji, że tych tam islamistów w Iraku jest "góra 10 tysięcy". Niby nic, ale jednak intuicja niektórych (i nie chodzi o moją) musi wzbudzać niesamowity podziw!
A jakby ktoś jeszcze chcial Charyzmatycznego Przywódcę, to proszę - oto on: ------> ChP
Wspomniałem o Indianach, wspomniałem o Spartanach... Aż się dziwie, że akurat takie przykłady przyszły mi do głowy. (Przykłady na niezłą obronę własnego kraju bez znaczącej prywatnej własności mianowicie.) Inne przykłady, i zapewne badziej nośne, to:
- Kawalerowie Rodyjscy (przeciw Turcji)
- Afganistan (przeciw ZSRR)
- Północny Wietnam (przeciw USA)
- Stalingrad (przeciw "Nazistom" nieznanego pochodzenia)
Nie chodzi tu o moje sympatie czy ich brak, tylko o fakty, z którymi, tuszę, trzeba się w sumie zgodzić. A że fanatyzm? A że terror i indoktrynacja? Zgoda, w większości z tych przypadków odgrywały one ogromną rolę, ale bez przesady! Bez nienawiści do najeźdźcy i jakiejś tam miłości do własnej ziemi (ale nie prywatnie posiadanej), to by nie wystarczyło. (Pisze o tym Ardrey, co go nawet częściowo zapłodniło do napisania części tego, co napisał.)
Postawiłem hipotezę, że dla zapału i skuteczności do obrony kraju, nie chodzi aż tak bardzo o to, że człek broni swojej prywatnej własności - tylko o to, iż wielu z tych obrońców ma jakieś swoje miejsce, czy swoje stadko, w którym są samcami alfa, natomiast godzą się bez wielkich protestów z sytuacjią, gdy, np. w armii, nie są, tylko jakimiś gammami czy epsilonami. Czyli raczej struktura "stada" (co oczywiście wiąże się z terytorialnością), niż wprost prywatna wlasność.
Czy nie jest zatem super - dla obronności kraju - kiedy duża część jego obywateli to względnie zamożni gospodarze (w sensie rolnicy) i/lub ziemianie? Oczywiście, że to musi być dobra rzecz, i to właśnie dlatego, że wtedy łatwo jest być takiemu właścicielowi samcem alfa na swoim, a jednocześnie kontakt z realnym życiem, jego realne uwarunkowania, autentyczne życie społeczne itd.
Ważne jest jednak, żeby implicite nie sugerować nieuświadomionym (a często jeszcze zarażonym w dziecięctwie wirusem k*winizmu, niestety!), iż kraju broni się dlatego, że w istocie broni się własnej, prywatnej własności, resztę mając w przysłowiowej... Wiadomo gdzie... I broniąc ją, tę resztę znaczy, niejako przy okazji.
Nie - tak mi się widzi, że ta terytorialność, której waga dla obrony kraju musi przecie być ogromna - działa tak, iż człek widzi CAŁY swój kraj, w przypadku inwazji z lewa czy prawa, jako własny teren. Teren, na którym może się względnie swobodnie poruszać, i gdzie, jak stepowa ryjówka czy inny podwórzowy kot, zna, w pewnym sensie, wszystkie zakamarki. Własne gospodarstwo, czy nawet własny region (jak by tego chciała poniektóra lewizna), to zbyt mało.
Oczywiście - kobiety będą raczej bronić własnego domu lub najbliższej jego okolicy. (Za to jak!) KIedy jednak mówimy o wojnie, obronie kraju itd., idiotyzmem wydaje mi się przekonanie, że każdy żołnierz "w istocie" broni tylko własnej wioski czy własnej "małej ojczyzny". Że o własnej jedynie chacie nie wspomnę.
Jeśli z powyższym coś jest na rzeczy, to warto zwrócić uwagę, iż ta sytuacja - czyli alfa u siebie, niekoniecznie alfa w szerszym (własnym) społeczeństwie - to jest dokładnie to, co lewizna, z leberałami na czele, najbardziej zajadle zwalcza. Czymże innym są bowiem wszystkie te ich kampanie buntowania dzieci, "walki z przemocą domową", cały ten pedofilny żęder... A zresztą to idzie o wiele głębiej - aż do kwestii pracy zarobkowej kobiet, przymusowych przedszkoli, rozrywki dla młodzieży... Można by bardzo długo wyliczać, i jeszcze o wiele dłużej wyjaśniać.
W każdym razie naprawdę warto się chyba nad tą tezą zastanowić, bo to może sporo wyjaśnić z tego, co się próbuje z nami robić. (Z nami prolami.)
Na koniec i na odmianę coś lekkiego. Oto książki, które powinny jak najszybciej zostać wydane, bo świat na nie z niecierpliwością czeka...
Do You Zmywak?
Yes I Do!
Czyli angielski dla bystrzaków
oraz
Od trzepaka do zmywaka
Czyli jak przywracałem złoty parytet
(Ta
druga to oczywiście wywiady od serca z korwinistami,
anarcho-kapitalistami, libertarianami... Całą tą zabawną florą i fauną.
Pierwsza to o lemingach, ale większość flory i fauny też się raczej
załapie.)
słowa kluczowe:
10k,
chłopstwo,
leberały,
lewizna,
obrona kraju,
prole,
Robert Ardrey,
terytorialność,
ziemiaństwo,
zmywak
piątek, czerwca 13, 2014
Czekając na dziesięć tysięcy
W Iraku cała struktura państwa się wali. Rewolta sunnitów na północy.
Ich oddzialy, w sile, jak to słyszę, okolo trzech tysięcy, zmusiły (czy
może w wielu przypadkach raczej "zachęciły") około 40 tysięcy
regularnego irackiego wojska do ucieczki. Wojska szkolonego i
wyposażonego przez Amerykanów.
We francuskiej telewizji Irakczyk z Bagdadu mówi: "Przecież ta armia kosztowała nas miliardy dolarów. Połowa wydatków państwa idzie na armię. Niech, do cholery, walczą!" Ale walczą, jak na razie, nie za bardzo. Jeśli ktoś stawia względnie opór rewolcie sunnitów, to raczej tylko plemienne oddziały Kurdów.
Trzeba być oczywiście durnym lemingiem, żeby oglądając różne tam "spontaniczne wywiady z przypadkowymi ludźmi z ulicy", nie zadać sobie za każdym razem pytań o to, po co to nam pokazują i komu to służy. W końcu nie do każdego się podchodzi, i nie wszystko się przecie ludziom pokazuje. Nie możemy wiedzieć, ilu rozmówców zostało przepytanych, a ilu nam pokazano.
Jednak tutaj, w przypadku tego akurat "spontanicznego rozmówcy", nie sądzę, by jego opinie mocno odbiegały od opinii większości tych nowoczesnych, proamerykańskich, niespecjanie religijnych szyitów z Bagdadu. Szyitów, których w tym Bagdadzie jest pono 60 procent - więc jeśli, jak się pewnie zdarzy, rebelianci nie zajmą teraz całej stolicy, to z tego właśnie powodu. Nie będą chcieli, nie będzie im się to opłacać, nie o to im w sumie chodzi.
Armia iracka to oczywiście armia wedle nowoczesnych amerykańskich standardów, więc przecież nie z poboru, tylko zawodowa. I tak właśnie to działa. Ów amerykański żołnierz, którego teraz wymienili za pięciu przywódców talibów, także był, oczywiście, zawodowcem. Jak wszystko wskazuje, zdezerterował, a jego poszukiwania kosztowały życie sześciu innych amerykańskich żołnierzy.
Nie chodzi mi absolutnie o to, że zawodowy żołnierz to z definicji tchórz i łajza! Oczywiście że nie, i sam miałem wśród przodków masę zawodowych oficerów. Jednak wmawianie sobie, że zawodowa armia - jak i wszystko inne oparte na "wolnorynkowych zasadach" - to jest jakieś genialne uniwersalne rozwiązanie wszelkich tego typu problemów, to skrajna głupota, albo i gorzej.
W ogóle - żeby szybko przenieść te rozważania na meta-poziom i w miarę szybko skończyć (bo zaraz wychodzę na trening, à propos takich właśnie krwiożerczych spraw, choć w mocno złagodzonej wersji, bom stary) - to tak mi się widzi, że my jesteśmy całkowicie zaczadzeni ekonomią. W sensie poglądem, że absolutnie wzystko od tej ekonomii zależy. I że zawsze tak było, zawsze tak będzie.
Fakt, że jest ważna. Fakt, że wciąż żyjemy w czasach, kiedy ekonomia zdaje się być sprawą najważniejszą. (Choć i na tej fasadzie daje się dostrzec rysy. I słychać jakby odległy krok dziesięciu tysięcy zdeterminowanych mężczyzn pod charyzmatycznym przywództwem.) Jednak tutaj, w tych militarnych kwestiach, dostrzegam sporo spraw, które mi ten pogląd mocno podważają. (Nie żebym ja akurat był tą ekonomią najbardziej ze wszystkich opętany. Raczej przeciwnie.)
Więc mamy leberałów z ich "w pełni zawodową armią" - mniejsza już z tym, ile było w tym celowej agenturalnej roboty, ile chęci brudnego zarobku, a ile ideologicznej głupoty. O pacyfistach i innych tego typu przypadkach nie będziemy tu dyskutować, bo to materiał do całkiem innych rozważań. (Nie o militariach i ekonomii, tylko o psychiatrii i agenturalności.)
No a "prawdziwa prawica" (swoją drogą to ta, o której Dávila mówi to, co mówi) głosi nam, że dobrze bronić własnego kraju mogą jedynie ludzie mający w nim majątki, najlepiej chyba ziemskie... I takie tam.
Klasa średnia zatem, tak ukochana od liberałów od stuleci. Czyli oczywiście WŁASNOŚĆ na sztandarach. Na co wpadł już był Locke - na to mianowicie, że własność (ach!) to jest to najważniejsze, nawet Bóg niczym innym się nie interesuje... I z tego zresztą powstał cały liberalizm. W XVII w. to było.
Na co by można szybko odpowiedzieć, że coś w tym może być, ale tylko trochę, no bo przecież i Spartanie nie za wiele mieli tej prywatnej własności, i amerykańscy Indianie nieźle, jak na swoją ilość, zasoby, organizację oraz podatność na europejskie choroby (to coś jak Polacy, nawiasem), utrudniali życie europejskim najeźdźcom.
Polski proletariat miejski także się czasem całkiem nieźle na wojnie sprawdzał. Szkoda że to było tak dawno. No i tak mi ostatnio przyszło do głowy, że może należałoby zmienić perspektywę i spojrzeć na tę kwestię od innej strony. Zamiast jak zwykle, do obrzydzenia ekonomicznie - trochę inaczej. Na zasadzie tych moich siedemnastu mopedów pod plandeką. (Kto nie wie, o co chodzi, niech się dowie, bo mu szansa na doktorat z filozofii w wolnej Polsce pryśnie!)
I tak sobie myślę, że można by do tej kwestii podejść ardreyicznie. To znaczy jakoś tak, że tu chodzi:
1. o terytorialność
(czytać ten kawałek Ardreya, com go wam przetłumaczył, tam o tym sporo jest!)
2. o hierarchię w stadzie
Z tą hierarchią to tak mi się to widzi, że taki chłop czy inny ziemianin - który faktycznie w obronie ojczyzny jest często niezły, choć też nie zawsze - to on dlatego jest dobry, być może, iż jest NA SWOIM ALFĄ, ale jednak AKCEPTUJE HIERARCHIĘ władzy i autorytetu swojego kraju (państwa, narodu itd.)
Czyli że tu, u siebie, jest alfą, a w armii jest jakąś najczęściej gammą, i mu to pasuje. I że TO, być może, jest właśnie tajemnicą idealnej armii - w każdym razie armii obronnej. To taka dzika i z czapy hipoteza, bez żadnych na razie dowodów, ale przynajmniej drobna "rewolucja kopernikańska", i nie patrzymy na wszystko cały czas w ten sam, beznadziejnie nudny i dziwnie jałowy, panekonomiczny sposób.
I to by na razie było na tyle. A co do dziesięciu tysięcy, to z pewnością się pojawią, i raczej nie będą "w pełni zawodową armią". Pytanie tylko skąd się pojawią i kiedy. I czy się z tego cieszyć, czy będzie może jeszcze koszmarniej niż teraz. W każdym razie tak modne dzisiaj zamawianie duchów i inny żęder nic tutaj nie mogą, sorry!
triarius
We francuskiej telewizji Irakczyk z Bagdadu mówi: "Przecież ta armia kosztowała nas miliardy dolarów. Połowa wydatków państwa idzie na armię. Niech, do cholery, walczą!" Ale walczą, jak na razie, nie za bardzo. Jeśli ktoś stawia względnie opór rewolcie sunnitów, to raczej tylko plemienne oddziały Kurdów.
Trzeba być oczywiście durnym lemingiem, żeby oglądając różne tam "spontaniczne wywiady z przypadkowymi ludźmi z ulicy", nie zadać sobie za każdym razem pytań o to, po co to nam pokazują i komu to służy. W końcu nie do każdego się podchodzi, i nie wszystko się przecie ludziom pokazuje. Nie możemy wiedzieć, ilu rozmówców zostało przepytanych, a ilu nam pokazano.
Jednak tutaj, w przypadku tego akurat "spontanicznego rozmówcy", nie sądzę, by jego opinie mocno odbiegały od opinii większości tych nowoczesnych, proamerykańskich, niespecjanie religijnych szyitów z Bagdadu. Szyitów, których w tym Bagdadzie jest pono 60 procent - więc jeśli, jak się pewnie zdarzy, rebelianci nie zajmą teraz całej stolicy, to z tego właśnie powodu. Nie będą chcieli, nie będzie im się to opłacać, nie o to im w sumie chodzi.
Armia iracka to oczywiście armia wedle nowoczesnych amerykańskich standardów, więc przecież nie z poboru, tylko zawodowa. I tak właśnie to działa. Ów amerykański żołnierz, którego teraz wymienili za pięciu przywódców talibów, także był, oczywiście, zawodowcem. Jak wszystko wskazuje, zdezerterował, a jego poszukiwania kosztowały życie sześciu innych amerykańskich żołnierzy.
Nie chodzi mi absolutnie o to, że zawodowy żołnierz to z definicji tchórz i łajza! Oczywiście że nie, i sam miałem wśród przodków masę zawodowych oficerów. Jednak wmawianie sobie, że zawodowa armia - jak i wszystko inne oparte na "wolnorynkowych zasadach" - to jest jakieś genialne uniwersalne rozwiązanie wszelkich tego typu problemów, to skrajna głupota, albo i gorzej.
W ogóle - żeby szybko przenieść te rozważania na meta-poziom i w miarę szybko skończyć (bo zaraz wychodzę na trening, à propos takich właśnie krwiożerczych spraw, choć w mocno złagodzonej wersji, bom stary) - to tak mi się widzi, że my jesteśmy całkowicie zaczadzeni ekonomią. W sensie poglądem, że absolutnie wzystko od tej ekonomii zależy. I że zawsze tak było, zawsze tak będzie.
Fakt, że jest ważna. Fakt, że wciąż żyjemy w czasach, kiedy ekonomia zdaje się być sprawą najważniejszą. (Choć i na tej fasadzie daje się dostrzec rysy. I słychać jakby odległy krok dziesięciu tysięcy zdeterminowanych mężczyzn pod charyzmatycznym przywództwem.) Jednak tutaj, w tych militarnych kwestiach, dostrzegam sporo spraw, które mi ten pogląd mocno podważają. (Nie żebym ja akurat był tą ekonomią najbardziej ze wszystkich opętany. Raczej przeciwnie.)
Więc mamy leberałów z ich "w pełni zawodową armią" - mniejsza już z tym, ile było w tym celowej agenturalnej roboty, ile chęci brudnego zarobku, a ile ideologicznej głupoty. O pacyfistach i innych tego typu przypadkach nie będziemy tu dyskutować, bo to materiał do całkiem innych rozważań. (Nie o militariach i ekonomii, tylko o psychiatrii i agenturalności.)
No a "prawdziwa prawica" (swoją drogą to ta, o której Dávila mówi to, co mówi) głosi nam, że dobrze bronić własnego kraju mogą jedynie ludzie mający w nim majątki, najlepiej chyba ziemskie... I takie tam.
Klasa średnia zatem, tak ukochana od liberałów od stuleci. Czyli oczywiście WŁASNOŚĆ na sztandarach. Na co wpadł już był Locke - na to mianowicie, że własność (ach!) to jest to najważniejsze, nawet Bóg niczym innym się nie interesuje... I z tego zresztą powstał cały liberalizm. W XVII w. to było.
Na co by można szybko odpowiedzieć, że coś w tym może być, ale tylko trochę, no bo przecież i Spartanie nie za wiele mieli tej prywatnej własności, i amerykańscy Indianie nieźle, jak na swoją ilość, zasoby, organizację oraz podatność na europejskie choroby (to coś jak Polacy, nawiasem), utrudniali życie europejskim najeźdźcom.
Polski proletariat miejski także się czasem całkiem nieźle na wojnie sprawdzał. Szkoda że to było tak dawno. No i tak mi ostatnio przyszło do głowy, że może należałoby zmienić perspektywę i spojrzeć na tę kwestię od innej strony. Zamiast jak zwykle, do obrzydzenia ekonomicznie - trochę inaczej. Na zasadzie tych moich siedemnastu mopedów pod plandeką. (Kto nie wie, o co chodzi, niech się dowie, bo mu szansa na doktorat z filozofii w wolnej Polsce pryśnie!)
I tak sobie myślę, że można by do tej kwestii podejść ardreyicznie. To znaczy jakoś tak, że tu chodzi:
1. o terytorialność
(czytać ten kawałek Ardreya, com go wam przetłumaczył, tam o tym sporo jest!)
2. o hierarchię w stadzie
Z tą hierarchią to tak mi się to widzi, że taki chłop czy inny ziemianin - który faktycznie w obronie ojczyzny jest często niezły, choć też nie zawsze - to on dlatego jest dobry, być może, iż jest NA SWOIM ALFĄ, ale jednak AKCEPTUJE HIERARCHIĘ władzy i autorytetu swojego kraju (państwa, narodu itd.)
Czyli że tu, u siebie, jest alfą, a w armii jest jakąś najczęściej gammą, i mu to pasuje. I że TO, być może, jest właśnie tajemnicą idealnej armii - w każdym razie armii obronnej. To taka dzika i z czapy hipoteza, bez żadnych na razie dowodów, ale przynajmniej drobna "rewolucja kopernikańska", i nie patrzymy na wszystko cały czas w ten sam, beznadziejnie nudny i dziwnie jałowy, panekonomiczny sposób.
I to by na razie było na tyle. A co do dziesięciu tysięcy, to z pewnością się pojawią, i raczej nie będą "w pełni zawodową armią". Pytanie tylko skąd się pojawią i kiedy. I czy się z tego cieszyć, czy będzie może jeszcze koszmarniej niż teraz. W każdym razie tak modne dzisiaj zamawianie duchów i inny żęder nic tutaj nie mogą, sorry!
triarius
słowa kluczowe:
armia,
ekonomia,
hierarchia,
Irak,
liberalizm,
Robert Ardrey,
samiec alfa,
terytorialność,
własność,
zamawianie duchów,
ziemiaństwo
Subskrybuj:
Posty (Atom)