poniedziałek, sierpnia 05, 2019

Zamiast powstańczej piosneczki...

Moja mała wredna duszyczka wciąż ma pewne głupie wątpliwości, jak: czy aby na pewno Powstańcy Warszawscy śpiewali, bowiem przepełniała ich radością wizja przyszłości, gdzie 500+ (nie żebym był przeciw), dobroczynne rządy Angeli Merkel nad Zjednoczoną Europą i błyskotliwe, choć jednocześnie pozbawione "hejtu" i nikogo osobiście nie atakujące (ach!) dowcipy w programie "W tyle wizji"...

Nie zaś, że np. radowała ich możliwość zabijania znienawidzonego wroga, który odebrał im był (!) młodość, zniszczył i poniżył ich kraj... W związku z czym od śpiewania powstańczych piosenek się powstrzymam, i zamiast tego, hołdując, jak to mam w zwyczaju, zasadzie Ekonomii Wysiłku, linek do dawnego tekstu... Wciąż dziwnie aktualnego, a dodatkowo na czasie, genialnego, a przecież nie-aż-tak-jak-na-to-zasługuje od P.T. Publiczności docenionego:


triarius

P.S. Swoją drogą, że też ten facet nie wie, że to nie żadne "skrzydła" były, tylko rozwiane w galopie  pejsy?!

poniedziałek, lipca 29, 2019

Śliczna parka bąmotów, w sam raz na lato

Zastąpienie przez dzisiejszy Zachód (a nasz naród ma tutaj spore osiągnięcia, i nie od dzisiaj) dewizy, od niepamiętnych czasów stanowiącej samą istotę polityki, że: "Skurwiel, ale nasz skurwiel", podobnie brzmiącą, ale o ileż bardziej humanistyczną dewizą: "Zero, ale nasze zero", można bez wątpienia uznać za przejaw Postępu Ludzkości w tym dziś powszechnie przyjętym znaczeniu, jednak to także kolejny dowód, że ten jego rodzaj nie czyni (bo i nie to ma na celu) niczego realnie lepszym, a tylko głupszym, bardziej sprzecznym z naturą i bardziej do smaku różnym zboczeńcom. Stosujących zaś tę akurat zmodyfikowaną dewizę jako polityczny drogowskaz, czyli dzisiejszy Zachód, uczynił ów Postęp także praktycznie bezzębnymi.

* * *

Wieki temu, w mrocznych latach późnego PRL Michnik rzekł był, że "od socjalizmu z ludzką twarzą woli komunizm z powybijanymi zębami". Uzyskało to powiedzenie sporą sławę w niektórych kręgach, tylko że mało kto z ówczesnych znanych mi Michnika wielbicieli (a znałem takich całkiem sporo) zdawał sobie sprawę z faktu, że Michnik (akurat w tym przypadku wyjątkowo wprost szczery) - wcale nie to chciał rzec, bo i nie to mu w duszy śpiewało, że: "jeśli już ten cholerny komunizm, to niech chociaż będzie bezzębny!", tylko naprawdę pragnął (jak i dziś pragnie) komunizmu, tyle że woli go w wersji Trockiego z Gramscim, która to wersja jej wyznawcom widzi się absolutnie pozbawioną krwiożerczości, słodką i humanitarną jak letni wietrzyk... 

No bo przecież wszyscy dobrowolnie, z pieśnią na ustach, się podporządkują... A kto by nie chciał... Znajdzie się taki?! Ale i tak, czym się niby miałby taki ktoś, jak Michnik, przejmować? Faszystą, wrogiem postępu, psychopatą i schizofrenikiem bezobjawowym?! Przemoc wobec takich indywiduów z definicji nie jest żadną przemocą - wężykiem i prosimy o trzykrotne hip hip, hurra!

triarius

P.S. No i oczywiście proszę nigdy nie zapominać, że Baba To Też Chłop, Tylko Bardziej!

niedziela, lipca 28, 2019

Mimo wszystko poblogaskujmyż...

Mam nadzieję, że nikt z obecny mnie nie podejrzewa o to, iż ten poprzedni wpis miał jakieś marketingowe cele. Czyli po prostu zwiększenie ilości odwiedzających tego, niszowego z samego założenia, blogasa. Nie, pisanie mnie nie cieszy, na żadną karierę już od dawna nie liczę - nawet na karierę niszowego blogera - po prostu sporo myślę, a przez tych kilkanaście lat pisania tutaj (plus nieco pisania gdzie indziej, także wcześniej) wyrobiłem sobie takie odruchy, że co pewien czas coś z siebie ętelektualnie wypluję.

Poza tym bywają tu ludzie tacy jak Tow. Mąka, bywał (co się z nim, cholera, stało?!) Amalryk, bywa Mustrum... I trochę innych, z którymi także cieszy mnie wymiana myśli, im bardziej interaktywna, tym lepiej. Anonim na przykład, mój najulubieśszy chyba ulubieniec. Co do poprzedniego wpisu, to z ręką na sercu powtarzam: mam b. poważne podejrzenia, że moja matka została po prostu ZAMORDOWANA pod pozorem "pomocy medycznej"! Wiem, że tego się nie da teraz udowodnić - taki np. Pavulon nie jest wykrywalny w organiźmie już w kilka godzin po wstrzyknięciu, ona miała 89 lat i zasłabła na upale, ale sprawa mi śmierdzi pod niebiosa i nie da się tego po prostu ignorować.

Jednak miałbym akurat parę drobiazgów do napisania, więc je napiszę.

* * *

Damski boks Patrzyłem gdzie będzie znakomity moim skromnym, ardreyiczny reportaż o orkach hodowanych w liberalnych oceanariach, od czasu do czasu atakujących ludzi, i nawet trudno im się dziwić, a potem prawnicy i cała reszta... Nazywa się to po naszemu "Czarna ryba", a w oryginale to samo po angielsku. Naprawdę warto!

No i patrzę ci ja, a tam na tym samym programie leci film z ach, jakże prawicowym und konserwatywnym Clintem Eastwoodem. Jakaś baba okłada worek treningowy, więc się zainteresowałem, a nawet nieco zaniepokoiłem... No i oczywiście, jak to ja, miałem rację! Wcisnąłem odpowiedni klawisz, przeczytałem zajawkę i co widzę? Film jest o dziewczynie pragnącej zostać... bokserką... Bosze! Clint zaś, ten "nasz prawicowy", gra jej oćca, który w tym - oczywiście! - jej pomaga.

Ludzie, nie wiem, czy komukolwiek jeszcze naprawdę zależy na odkręcaniu tego bolszewickiego syfa, który nam leberalizm funduje, ale jeśli ktoś taki istnieje, to powinien w końcu zrozumieć, że na amerykańską "prawicę" możemy położyć przysłowiową lagę - z tego nigdy nic dobrego nie będzie! Oczywiście mieliśmy Ardreya i paru takich, czegoś tam "konserwatywnego" można się doszukać w Country czy innym Bluegrassie... Ale Ardrey przecież wyszedł nie z żadnej (amerykańskiej) "prawicy", tylko z lewicy właśnie, i b. wątpię, czy kiedykolwiek o sobie zdążył, jako o "prawicy" pomyśleć.

US of A to od początku do końca OŚWIECENIE - tam nawet nie ma tych feudalnych tradycji, które są gdzieś tam jeszcze śladowo dostrzegalne w Europie. Oświecenie, czyli sam kręgosłup i sedno lewicowości. Nie żeby wszystko tam było beznadziejne, ale tego jest już o dwieście lat zbyt wiele i masa rzeczy koszmarnych. Koszmarnych złudzeń, koszmarnych kłamstw, koszmarnego samo-się-oszukiwania...

Bokserka, my foot! A film zapewne chodzi jako "hiper-prawicowy", no bo ten Eastwood przecież! Nie ludzie, tutaj nie da się tak leciutko po powierzchni, puder i trochę szminki, tutaj golarką do... wiadomo czego... I git! Jeśli kobiety, czy inne tam... Żeby już nie wchodzić w fachowe terminologie... Będą boksować, a my będziemy o tym oglądać filmy i się tym podniecać, to sorry, ale tej obecnej homo-liberalnej rewolucji z nieuchronnym upadkiem i waszymi ew. wnukami biegającymi bez jaj po haremach nie da się po prostu zatrzymać!

Żadne tam, oślizgłe do bólu, geszefciarskie Trumpy nic tu nie zmienią, bo oni są z tego samego w sumie korzenia. Tak - mogą to i owo zrobić lepiej, a nawet całkiem dobrze, bo po prostu nie do końca należą do tamtego paskudnego establiszmętu, tej oligarchii, która Ameryką (w sensie US of A) od zawsze przecież rządzi. Ale żaden zbawca to nie jest, a tyle, ile on ma w sobie z niezbyt uczciwego wioskowego głupka, to daj Boże zdrowie! Że jego konkurencja jest równie paskudna, albo i gorsza? Zgoda, ale co z tego wynika? Że mamy się podniecać filmami o dziewczynach marzących o karierze "bokserki"?! Lepiej od razu załóżcie tęczowy kwef i idźcie się przypodobać Biedroniom tego świata!

Obawiam się, Dobrzy Ludzie, że fałszywa "prawica" jest gorsza, niż żadna. No a niestety babski boks jest tak "prawicowy", jak Biedroń w łóżku z tym tam Grodzkiem, więc kogo tu chcecie...? Gdyby miała być naprawdę prawica, to "równouprawnienie" trzeba by całkiem po prostu co najmniej od samego gruntu PRZEDYSKUTOWAĆ, bez żadnych zahamowań czy kompleksów, a nie żeby traktować to osiągnięcie LGBT sprzed... Niech będzie - stu lat... Jako coś oczywistego! Bo dokładnie tak samo będzie kiedyś, i to nie za żadne sto lat, Moje Słodkie Ludki, z tym dzisiejszym "prawdziwym" LGBT. I nie tylko z tym. Dixi!

* * *

Gdybym miał komuś b. pojętnemu jak najkrócej wytłumaczyć o co toczy się walka... (Jaka znowu "walka"?! Leją nas jak chcą, a my błagamy o więcej!)... No dobra, co się dzieje... I na czym w sumie polega akcja tej totalitarnej lewizny, która tak nas skutecznie uszczęśliwia... I nie mówię o wulgarnych hunwejbinach, czy naćpanych (sojowym latté) lemingach... To bym rzekł, że (wśród intelektualnej warstwy przywódczej tego wszystkiego) chodzi o totalną wrogość wobec wszelkiej biologii. Serio! Nawet ewolucja była cacy, kiedy rozwalała religię, ale to się skończyło, przeciwnik martwy jak dodo, więc teraz sprawa prosta i czysta.

Płeć, instynkty (np. terytorialny)... Wszystko to po prostu dla rasowego lewaka anatema - człowiek musi być pustą tabliczką, wpływy nań wyłącznie kulturowe i z właściwych źródeł... Jest tego o wiele więcej, bo za Szkołą Frankfurcką... Której wyznawcy to w moich oczach więksi ZBRODNIARZE PRZECIW LUDZKOŚCI, od wszelkich Polpotów i Hitlerów, bo oni niszczą nasz ludzki GATUNEK jako całość, na jego miejsce obiecując sobie stworzyć coś nowego, lepszego.... W co ja ani nie muszę wierzyć, to raz, a dwa, całkiem mi to nie musi odpowiadać, a już szczególnie pod takim kierownictwem.

No dobra, na razie sobie popisałem że aż, miało jeszcze być o Murzynach, muzyce Country i Kulturach/Cywilizacjach (w sensie szpęglerycznym, dla profanów po prostu "cywilizacjach"), jak najbardziej na temat tej właśnie lewackiej nienawiści do ludzkiej natury i wszelkiej w ogóle biologii... Ale to już ew. innym razem. Tylko muszę dożyć (trochę żartuję, ale ze stalowym błyskiem w oku), a wy Ludkowie musielibyście tu jakąś interaktywność... Jak tam sami sobie chcecie!

triarius

P.S. 1 "Interaktywność", a nie po naszemu "ęteraktywność", bo zaraz po tamtej super-poważnej sprawie nie chcę wprowadzać tu naszych typowych figlasów, żeby nie stwarzać fałszywego wrażenia, że to wszystko nie na serio.

P.S. 2 Może ktoś się dziwi, że piszę "matka", a nie "mama", i to z małej litery. Z mamą w ostatnich dwudziestu latach byłem w fantastycznych stosunkach, wcześniej bywało różnie, ale i tak sporo jej zawdzięczam, i to była b. przyzwoita w sumie kobieta... Po prostu nie lubię łatwych efektów, samograjów, szmiry...

Polegających np. właśnie na pisaniu różnych rzeczy, żeby im dodać wzniosłości i wagi, z dużej litery. I to ma niby załatwić sprawę. U mnie "Bóg" i pochodne (choć w sumie nie wierzę) i "Ojczyzna" - starczy! Fakt, używam dużo wielkich litera, ale w całkiem innych celach, nie dla ckliwych efektów typu: "napisał Mama - ach, jak on ją musiał kochać!" Jeśli to kogoś razi, a może, zgoda, to przepraszam, ale tak to widzę.

P.S. 3 Ktoś sobie wyobraża, co by się działo, gdyby ktokolwiek próbował wyewolułować z tej obecnej "nową, lepszą np. pandę", a ta obecna miałaby oczywiście wymrzeć bezpotomnie? No a co innego czyni dzisiejsze lewactwo z akolitami Szkoły Frankfurckiej na czele, tyle że z ludźmi?

wtorek, lipca 23, 2019

Ktoś jeszcze pamięta...

... Karolka? A jak tam ze znajomością żabioudkowo-ślimaczo-hrabiowskiego narzecza? Mam nadzieję, że tu wystarczy. No więc...

Białystok
                                        Je suis













Ładnie to nie wyszło, straśnie po prawej stronie, ale my w końcu Prawica... Tu by potrzeba ramek, a to na bloggerze nie wychodzi, jednak idea powinna wszem wobec być jasna.

Swoją drogą, nigdy chyba nie byłem tak daleko na Wschodzie, ale gdybym kiedyś miał okazję składać oficjalne wizyty, to pierwsza będzie właśnie do Białegostoku. Czasem, jak uczy Autorytet, trzeba po prostu deską.

triarius

poniedziałek, lipca 22, 2019

Najgłupsza strawa dla Leminga?

Gdybym mial głosować na najgłupszą/najbardziej załganą formułkę, którą bez przerwy serwuje się nam w mediach, byłoby to zapewne: "Przemoc NIGDY nie jest rozwiązaniem". Wiele sytuacji faktycznie nie ma dobrych, jednoznaczych i wzgl. ostatecznych rozwiązań, albo kiedy istnieje jednak poczucie wspólnoty (anatema dla Leberałów i reszty Bolszewików!) - wtedy przemoc rzeczywiście często nie jest na miejscu, ale tam gdzie one są, niemal zawsze to właśnie przemoc lub jej groźba stanowią decydujący argument.

Wystarczy oderwać się nieco od bezkrytycznego łykania nie-do-końca-przetrawionych metabolicznych produktów wszelkiej maści "autorytetów" - także,  nawet szczególnie, tych "naszych" - żeby nawet w ich ulubionych przykładach dostrzec coś dokładnie odwrotnego od tego, co zamierzają udowodnić (vide "klęska nazistowskich Niemiec", szczególnie na tle jednoczesnego "polskiego zwycięstwa, ach!"), czyli właśnie to, że JEDYNYM AUTENTYCZNYM ARGUMENTEM (tam, gdzie takowe w ogóle istnieją) JEST W WIĘKSZOŚCI KONFLIKTÓW PRZEMOC (LUB JEJ GROŹBA).

Jeśli ktoś nadal ma wątpliwości, powinien walczyć o zastąpienie Prawa (szczególnie Karnego, ale nie wyłącznie) przez np. nadawanie umoralniających pogadanek - do DOBROWOLNEGO słuchania, bo inaczej to PRZEMOC! To by było konsekwentne i logiczne, prawda? No więc...? (Co Leberały by już dawno wprowadziły, gdyby nie to, że Lemingizacja pewnej opornej mniejszości przebiega nieco opornie, więc trzeba ich... I tu wracamy do głównego wątku.)

Czy mnie wyżej opisane realia naszego ziemskiego bytowania cieszą? Głupie pytanie, ale odpowiem... Nie, nie cieszą. Absolutnie nie! A czemu nie, spyta ktoś? No bo porządni ludzie przecież, szczególnie w czasach schyłku i rozkładu, w jakich przyszło nam żyć, mają często z przemocą, nawet najsłuszczniejszą, ogromne problemy, Siła jakże często jest po stronie ewidentnego Zła; Podłość, konsekwentnie i wzgl. inteligentnie stosowana, niestety także potrafi być Siłą, a Podłość to coś, czego najbardziej ze wszystkiego nienawidzę...

Jednak amicus Plato i zakłamywanie samego siebie także nie jest ani wzniosłe, ani skuteczne. (Przynajmniej nie po stronie Dobra, choć stanowi jedno z najpotężniejszych w założeniu narzędzi do wyklucia "Nowego Człowieka". Przez naszych wrogów.)

triarius

P.S. "W burżuazyjnym społeczeństwie moja wolność jest ograniczona jedynie prawem mojego sąsiada do życia jak bydlę", N.G. Dávila.

środa, lipca 10, 2019

Bonmot trywialnie merkeliczny

Że Europą rządzi dziś ktoś taki, jak Merkela, jest dla mieszkańców tej Europy po prostu upokarzające i nawet może wywołać lęki z moczeniem nocnym i jąkaniem (jako SYMPTOM oczywiście przede wszystkim)... Jednak fakt, że taki ktoś rządzi akurat nabardziej w Niemczech, a nie np. nowy avatar tego, no... albo tego drugiego, co to... wiadomo... to dla Polski akurat bardzo korzystne.

(Trywialna w sumie myśl? Ależ absolutna zgoda! Jednak ktoś to w końcu musiał głośno powiedzieć, n'est-ce pas?)

triarius

czwartek, czerwca 27, 2019

Że uzupełnię...

Dobry człowiek wpisał mi w końcu komęt, więc (choć mam akurat masę paskudnych ojro-problemów i akurat z upału umarła mi Matka, R.I.P., co naprawdę jest aż zaskakująco przykrym przeżyciem) uzupełnię do poprzedniego tutaj wpisu - tego o Bodnarze.

Powie ktoś, że przecież w pierdlu nie powinno być słodko i rozkosznie, więc ci recydywiści to przysłowiowe "dobrodziejstwo inwentarza" i tak ma być, przynajmniej dla tych, których słusznie b. nie lubimy. I z tym, o dziwo, jak się nawet poniekąd jestem gotów zgodzić. Dziwne, prawda? Po tym com rzekł poprzednio? No więc chodzi mi o to, że w pierdlu są nieprzyjemni faceci, np. recydywiści, i to stanowi - chcemy czy nie - "na obecną chwilę" (jak ja kocham ten gierkowski język!) po prostu fakt. Taki koloryt lokalny poważnego pierdla dla poważnych przestępców.

Jednak dla Tygrysisty istnieje b. istotna różnica pomiędzy, z jednej strony, osadzaniem zbrodniarzy (bo o nich w sumie teraz mówimy, a o ich specjalnej wersji - targowicy - sobie możemy na razie tylko w samotności pomarzyć) w miejscu nieprzyjemnym, także z powodu obecności niemiłych ludzi, których nie potrafimy, mimo szczerych chęci, do końca kontrolować, a z drugiej, do używania zbrodniarzy jako ekwiwalentu prawnych sankcji...

Powiedzmy nawet "sędziego, kata i jego pachołków", niech będzie, żeby kogoś karać tam, gdzie my sami, nasze prawa itd., nie mamy odwagi tego wprost zrobić. Da się to zrozumieć? Posługiwanie się recydywistami do wykonywania swego rodzaju "wyroków" na kimkolwiek, choćbyśmy go słusznie nie lubili, przy złudnej nadziei, że ci sami recydywiści oszczędzą wzgl. porządnych, albo całkiem porządnych i w dodatku naszych, a niesłusznie skazanych, to po pierwsze idiotyzm, po drugie etyczna ohyda, a po trzecie po prostu BOLSZEWIZM (czyli poniekąd powtórzenie, bo znowu ohyda, a naawet sama jej esencja).

Albo, inaczej na to patrząc, czy raczej inaczej nazywając, bo przecież "liberalny burżuj to starszy brat bolszewika", paskudnie LIBERALNE. Dlaczego, spyta ktoś? No bo jest w tym takie obskurne "umywanie rączek". My sobie rączek nie ubrudzimy karząc kogoś, choćbyśmy uważali, że ukarany zostać powinien, więc zdamy się na "poczucie sprawiedliwości" innych zbrodniarzy, wierząc oczywiście głęboko, że w tym przypadku postąpią cudownie etycznie i całkiem zgodnie z naszymi pragnieniami.

Tak samo leberały mają np. z "wolnym rynkiem", który, jako ślepa siła, ma nami rządzić, żeby przypadkiem nie rządziła żadna ludzka istota... Tak właśnie działa leberalizm! (A ktoś b. inteligentny, jak ty Mądrasiński, znajdzie tu nawet odpowiedź na pytanie zawarte w poprzednim wpisie, do którego ten tutaj się odnosi. Czyli: "dlaczego (liberalny) leming zawsze będzie nienawidził JK".

Ten, stanowiący samą esencję leberalizmu, organiczny wstręt do SIŁY w każdej dosłownie postaci! W ludziach oczywiście tylko, bo ślepe siły Historii, Ekonomii (z "Wolnym Rynkiem" na czele), czy innego "Prawa Przez Duże P" oczywiście są cacy. To coś trochę jak lemingo-lewacki (lewaka w stosunkowo łagodnej biernej formie, zbliżonej do leminga) "Odległy Mesjasz".

I żeby nie było - mówię o Sile, nie o Przemocy! Sile, choćby w postaci czystej szlachetności. Bloody hell, jakie to w sumie kacapskie, czysty Dostojewski! Dopiero to dostrzegłem. Cały ten syf się ze sobą wiąże. Jak płaszcz z podszewką (w bordelu)...)

Wracając do naszych baranów... Chciałem rzec recydywistów... To samo dotyczy zresztą wszelkich pozaprawnych represji stosowanych przez np. klawiszy, którzy do tego muszą być przecież moralnie zdegenerowani, sorry! Czy nagle Pan T. stał się jakimś fanatykiem "Prawa Przez Duże P", że mówi wam takie rzeczy?

Nie - Pan T. po prostu nie znosi pokracznych hybryd (o dziwo nie tylko "konstytucyjnej monarchii" czy "konserwatywnego liberalizmu") i uważa, że albo Prawo (TO "P" Tutaj naprawdę jest MAŁYM, nie ulegajcie złudzeniu!) jest Prawem (j.w.), albo po prostu należy sobie urządzić Dziki Zachód i ani siebie, ani drugich nie oszukiwać.

Tyle! Da się to zrozumieć? Ktoś się z tym zgadza? Ktoś się z tym może NIE zgadza?

triarius

sobota, czerwca 22, 2019

Od Olofa Palme do... (felietonu część 1)

Kawałek sprzed ponad 10 lat. Zakończenia nie było i na pewno nie będzie. Nie myślałem, że wskoczy na miejsce najnowszego, trochę bez sensu, ale niech mu tam!

Jest to pierwsza część zamierzonego dłuższego tekstu, którego całego tytułu ani pełnej treści na razie nie zdradzę. Mógł Sienkiewicz czy Prus publikować swe dzieła w odcinkach, i to z niezłym sukcesem, mogę i ja. (Toutes proportions gardées, bien sûr!) Tekst będzie chyba miał jeszcze jedną część, być może nawet za chwilę wezmę się do jej pisania. Choć mam coś jeszcze do zrobienia, więc może nie za chwilę jednak.


Od Olofa Palme do...


Znałem swego czasu dobrze osobę mającą całkiem zadziwiający talent, na którym mogłaby chyba zbudować piękną karierę w wielu interesujących dziedzinach... Ale raczej chyba w mniej paskudnych czasach, dzisiaj talenty nie mają już wielkiego znaczenia, a takie talenty - lepiej nie myśleć, do czego by mogły doprowadzić! Z drugiej strony dawniej nie było telewizji.

Na czym ten talent polegał? Polegał na tym, że osoba ta momentalnie i całkiem intuicyjnie wyczuwała w telewizji wszelkie szuje, szubrawców i skurwieli. W PRL ten talent był jeszcze głęboko uśpiony, no i dobrze, bo w innym przypadku osoba ta byłaby w sytuacji człowieka o niezwykle wysubtelnionym zmyśle węchu pracującego z konieczności jako obsługa szambiarki. Potem jednak ta osoba, dzięki światłym i patriotycznym decyzjom tow. Jaruzelskiego i Spółki, znalazła się w innym kraju.

Z którego wedle wszelkiego prawdopodobieństwa już nie wróci, jak miliony innych zdolnych, ambitnych i, mimo prlowskiego systemu edukacji, nieźle wykształconych młodych (początkowo) ludzi. W tamtym kraju, przynajmniej wtedy, bo były to czasy przedunijne, procent telewizyjnych szuj, szubrawców i skurwieli, choć dla wielu wciąż zbyt wysoki, nie był już tak ściśle skorelowany z procentami uzyskiwanymi przez Front Jedności Narodu w kolejnych wyborach. I zaczęło się!

Moja znajoma (bo ten ktoś był kobietą, i ktosiem też przy okazji) ujrzała na przykład na ekranie własnego telewizora ówczesnego przywódcę państwa, które ją gościło... I dostała niemal szału! I twarzyczka tego znanego polityka - Olof Palme mu było - jej się nie podobała, i poglądy, i sposób przemawiania wyglądający na subtelne skrzyżowanie sposobu przemawiania lewackich przywódców z Quartier Latin z roku 1968 i niejakiego Adolfa Hitlera nieco wcześniej. I tak to szło, choć przyznam, że takiego wrażenia, jak Olof Palme nikt już na tej pani nie zrobił. A może raczej powinienem powidzieć, że "nikt już aż tak bardzo nie wychylił jej osobistego czujnika".

Proszę sobie wyobrazić taką sytujację: Siedzimy sobie z nią, na przykład coś tam pojadając, a telewizor w tle gada. W końcu trzeba podłapać miejscowego narzecza, zorientować się co i jak, a w ogóle po dwóch programach prlowskiej telewizji, szczególnie tej tzw. "stanu wojennego", to jednak to była pewna atrakcja. Więc sobie ta telewizja gada, no i pojawia się w niej Pan Premier. Dla mnie to takie sobie ględzenie, fakt że b. ekspresywne, polityk zaś nie w moim wprawdzie guście, ale w końcu... Ta zaś kobieta nagle pąsowieje na twarzy, piana na ustach, rzuca obelgi.

Byłem z pewnością znacznie lepiej wyrobiony politycznie, choć i tej pani patriotyzmu, wraz ze świadomością tego, kto jest z grubsza kim, odmówić nie było można. Przyznam więc, żem z początku potężnie był zdziwiony tą reakcją - no i przyznasz Czytelniku, że ktoś, kto,jak ja i chyba ta niewiasta zresztą też, bo pochodziła z Trójmiasta, oglądał tow. Kociołka w grudniu 1970, plus Jaruzelskiego, Rakowskiego, Urbana i całą masę innych obrzydliwców, byle Palme wielkiego wrażenia robić nie powinien. A jednak na tej mojej znajomej takie wrażenie on właśnie robił. Dziwne!

Nie pamiętam, czy próbowałem polemizować w tej sprawie, może tylko wyszeptałem spierzchłymi wargami coś w stylu: "uspokój się mała, bo cię apopleksja trafi, niejednego lewusa jeszcze w życiu spotkasz, nie można się aż tak przejmować". Nie pamiętam też, czy to zadziałało. W każdym razie moja znajoma przeżyła, tyle że następnym razem - a nie było to dużo później, bo polityk był wtedy na topie i w telewizji pokazywano go często - całkiem to samo! Piana na ustach, czerwona na twarzy, zgrzytanie zębów, pięści raz zaciskają się jak do bicia, drugim razem palce zakrzywiają się w szpony i wyciągają w stronę ekranu. Prze-ra-ża-ją-ce! Uwierzcie!

Mimochodem zacząłem się jednak wnikliwiej przysłuchiwać temu, co polityk Palme mówi, większą uwagę zacząłem zwracać na jego środki wyrazu. Chyba też czegoś tam poszukałem na jego temat - w końcu, jeśli to Palme tak do szału doprowadza moją antykomunistyczną niewątpliwie znajomą... Bo zapomniałem chyba dodać, że przez pokryte pianą wargi dobywał się słaby, ale złowieszczy i w sumie wyraźny syk - rzeczy w rodzaju: "j...any komuch!". Tak że w sumie nie było cienia wątpliwości, z jakich pozycji moja znajoma elokwentnego Olofa nie lubi.

Zacząłem więc w naturalny sposób nieco bliżej się Olofem interesować, wnikliwiej słuchać, tego co mówi... Skutek mógł być tylko jeden. Po dwóch lub trzech tygodniach zacząłem na faceta reagować niemal tak samo żywiołowo, co moja znajoma. Kiedy go w każdym razie menel ugodził w plecy nożem, gdy z żoną wychodził z kina, nie uroniłem ani jednej łezki. Zresztą nie ja jeden, bo kumpel przesłał mi z Ojczyzny list, w ktorym napisał, żartem oczywiście, "dobrze żeście w końcu utrupili tego wstrętnego Olofa Palme". Chyba mi to nie pomogło na karierę.

Olof Palme był najjaskrawszym przykładem niezwykłych zdolności mojej znajomej, jednak oczywiście nie jedynym. I nigdy w tym nie popełniła błędu! Ja, z wyżyn mojej historycznej i politycznej erudycji, początkowo lekceważyłem te irracjonalne awersje. Trudno mi nawet dzisiaj mieć do siebie o to pretensję, skąd niby miałem wiedzieć, że to Dar z Nieba? Dla mnie były to po prostu babskie fochy cum idiosynkrazje. Po pewnym jednak czasie musiałem przyznać, że metoda mojej znajomej (jeśli metodą można to w ogóle nazwać) daje znacznie lepsze wyniki, niż cała moja wiedza, łącznie z psychologią.

Nie mówiłem chyba, że jestem, a w każdym razie byłem wtedy bardzo także zainteresowany psychologią, chciałem nawet wcześniej zostać takim kimś. A zresztą mam chyba pewne zdolności rozpoznawania charakterów, które kompensują w pewnym stopniu mi pewne dotklwie braki mojego własnego charakteru. (Czy może raczej zalety, od świata jednak, niech go bogowie miłują, dziwnie i boleśnie niedoceniane.) To jednak było oczywiście nic wobec fantastycznego czujnika mojej znajomej.

Zacząłem więc starać się także wyrobić w sobie choćby namiastkę tego niewiarygodnego talentu. Moją metodą było przede wszystkim uwierzenie we własne intuicje na temat różnych osób, nawet gdyby wydawały mi się całkiem irracjonalne, oraz wsłuchiwanie się w wewnętrzny głos (czyż tylko ten szurnięty Sokrates mógł mieć swojego daimoniona?), choćby nawet kłócił się on z mymi ówczesnymi... Słuchajcie, słuchajcie! Mymi ówczesnymi konserwatywno-LIBERALNYMI przekonaniami. (Cóż, każdy w młodości jest nieco choćby durny.)

koniec części pierwszej

c.d.n

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.