Sam Spengler stwierdza w swym Magnum Opus explicite, że rozwój Kultury daje sie w sumie sprowadzić do rozwoju miast. (Oczywiście, jeśli na takim stwierdzeniu poprzestaniemy, będzie to bardzo gruba kreska,) Mnie się wydaje, że analogicznie jest z Cywilizacją. Zaraz powiem, jak to widzę, ale na razie jeszcze trochę doprecyzujmy...
Rozwój Cywilizacji, to jednocześnie i rozwój i zamieranie tego, co sobie tutaj nazywamy K/C (od "Kultura/Cywilizacja"), czyli tej "całości", którą w potocznym języku określa się mianem "cywilizacji" (i co sobie my piszemy z małej litery). Gdy mówię o "całości", chodzi mi o to, że pomiędzy Kulturą i Cywilizacją jest jednak ciągłość, ponieważ obie dotyczą przecież tego samego "czegoś", tego samego "społeczeństwa", a bardziej precyzyjnie tej samej (z małej litery i w potocznym sensie) "cywilizacji".
No więc najpierw, kiedy mamy już C., wciąż więcej rzeczy się rozwija i pojawiają się nowe rzeczy, często niepozbawione wartości - różne tam saksofony, aparaty słuchowe, materiały wybuchowe, loty na Marsa, różowe golarki, itd. - choć niektóre właśnie zamierają. Potem, w miarę "postępu" C., coraz mniej się rozwija, a coraz więcej albo zamiera, albo gorzej, bo pojawia się jako coś chorego, trującego i/lub rakowatego. Jak "muzyka dysko", "sztuka awangardowa", "równouprawnienie", czy "wyższe studia dla idiotów".
W końcu te rzeczy zaczynają dominować. Jest to oczywiście całkiem tak samo jak z żywym organizmem, choćby ludzkim - można być bardzo starym i w ostatnim dniu życia, tuż przed zejściem na uwiąd, nauczyć się wycinać kogutki z papieru, ale schyłku jest więcej i on zwycięży. Śmieszą mnie okrutnie (choć nie żeby nie wkurwiali, ponieważ oni są głośni, a Spengler cichy) ci wszyscy mędrcy, ględzący o głupocie i "idealiźmie" Spenglera, który widzi cywilizacje jako organizmy.
To jest jednak absolutna prawda i b. cenne odkrycie - tym bardziej, jeśli sobie uświadomimy, że to nie żadna naciągana biologia, tylko systemy samosterujące, czyli cybernetyka. (Jakby to słowo dziś paskudnie w wielu uszach, i nie bez powodu, nie brzmiało.)
No dobra - do ad remu! Co jest nutą przewodną w "rozwoju" (będącego jednocześnie zamieraniem, albo i gorzej) Cywilizacji? Jest nią BIUROKRACJA! Biurokracja w najszerszym sensie - także jako organizacja, być może nawet jako aparat prawny... Biurokracja to ogromna potęga, wcale nie żartuję, która umożliwa wiele rzeczy, bez niej nie do pomyślenia, ale jednocześnie niszczy i wyjaławia dosłownie wszystko co naprawdę żywe. I z czasem to wyjaławianie nieuchronnie bierze górę... Zawsze! Chyba że ktoś wcześniej daną C. uśmierci, of course.
Powtarzam: rozwój każdej C., będący jednocześnie usychaniem i wstępem do zejścia na uwiąd starczy każdej K/C, to rozwój BIUROKRACJI. (W najszerszym sensie tego słowa.) To zaś, co obserwujemy wokół siebie, to rozwój biurokracji na skalę, która się nikomu nigdy w historii nawet w najdzikszych pijackich majakach nie śniła...
Dzięki bazom danym, internetowi itd., między innymi... Co z kolei doprowadziło do zarówno do niesamowitych osiągnięć (jaka by nie była ich wartość w najgłębszym sensie), jak i do tego koszmaru, z każdym dniem przybierającego na sile, oraz do tego przyspieszonego upadku, który możemy sobie luźno w telewizjach oglądać.
Mętne to było okrutnie, jak na takiego subtelnego stylistę i hipnotycznego pisarza jak ja, ale cóż... Spengleryzm i tak jest tylko dla elity, a elita, jeśli zechce, przedrze się przez to i zrozumie. Amen!
* * *
W nawiązaniu do powyższego, a także do wszelkich naszych Ardreyów i Spenglerów, serdecznie polecam to: http://tinyurl.com/oog6y4b
a dla co bardziej naukowo nastawionych także to:
http://www.physicsoflife.pl/dict/eksperyment_calhouna.html
Dzięki Piotr34 i Anonimowy za te linki!
triarius
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
wtorek, lutego 17, 2015
O istocie Cywilizacji (w sensie szpęglerycznym)
słowa kluczowe:
biurokracja,
cywilizacja,
Kultura,
Oswald Spengler,
rozwój,
schyłek,
spengleryzm,
upadek
czwartek, stycznia 29, 2015
Lemingi, Merkele i procesy czarownic
Spójrzcie na poczciwe mordki miłościwie nam obecnie panujących! Jak nie przerośnięty prymus z jakiejś marnej szkoły podstawowej; to mało atrakcyjna nudystka, posunięta w latach i stosownie mocniej przygarbiona; jak nie (wprawdzie tylko, z tego co wiem, z wyglądu) dorabiający sobie dopieszczaniem bogatych wdów fryzjerczyk; to w ogóle nie wiadomo co... Mówimy tu tylko o wyglądzie i ogólnym wrażeniu, oczywiście, ale w głębie intelektu, woli i autentycznej charyzmy, wolałbym się tym bardziej nie zapuszczać.
Postawmy naprzeciw tego towarzystwa setki milionów lemingów. Wiadomo kto kim będzie rządził, bo biurokracja to niesamowita potęga, a to doborowe towarzystwo dzisiejszych "polityków" to przecież biurokracja i nic innego; natomiast leming, z definicji, może co najwyżej - jeśli otrzyma odpowiednie transparenty i wsparcie weekendowego samobójcy - sobie podemonstrować.
Wyobraźmy sobie jednak naprzeciw tych naszych (?) polityków kogoś inteligentnego i naprawdę zdeterminowanego. Jaki może być wynik starcia armii złożonej z lemingów, dowodzonej przez Merkele, Hollandy i Obamy, z jakimiś powiedzmy "terrorystami", których sobie tutaj, hipotetycznie, potraktujemy nie jako gromadę durniów w turbanach (nie ma jak bejsbolówka!), którzy bez zasiłku i prowadzenia za rękę przez liberałów własnego tyłka nie zdołaliby znaleźć, tylko facetów, którzy wiedzą czego chcą i potrafią rozpoznać sytuację, że hej!
Oczywiście czysto teoretycznie sobie to rozpatrujemy, a Obama może by się jeszcze wstrzymał z nasyłaniem na mnie drona, bo ja naprawdę wcale nie marzę o życiu w islamskim środowisku, a co dopiero w takim, gdzie oni te sprawy naprawdę poważnie traktują! Jestem katolik - oczywiście PRZEDSOBOROWY, no bo jaki? - i albo ma być przedsoborowy katolicyzm, albo niech się wszyscy najlepiej ode mnie ze swymi religiami łaskawie odwalą! (Łącznie z religią "praw człowieka" zresztą i podobnymi, wymyślonymi przez nie wiadomo kogo - bardzo bym prosił!)
W każdym razie, jeśli się zestawi tych naszych (?) przywódców, oraz ich niezwyciężoną armię lemingów, z jakimś hipotetycznym Alarykiem czy Attilą... Trudno mieć większe wątpliwości co do tego, jak będzie się przedstawiała hipotetyczna mapa zachodnich wpływów na świecie - czyli, innymi słowy, "liberalnej demokracji, państwa prawa i praw człowieka, ach!" za lat... Niechby już nieco optymizmu w szarpane nieuchwytnym niepokojem serduszka lemingów... Powiedzmy pięćdziesiąt.
Natomiast, zakładając, że gdzieś jeszcze wtedy będzie istniał jakiś większy zwarty kawałek tych "praw człowieka, liberalnej, ach, demokracji i państwa prawa (o wolności słowa oczywiście nie zapominając)", nie jest też, jak się chwilę pomyśli (a nie miało się nic do czynienia z min. Hall i temu podobnymi przypadkami), trudno sobie wyobrazić, jaka tam będzie walka o te prawa człowieka, liberalne swobody, oczywiście tolerancję też...
I jakby na takiej mapie ktoś poumieszczał obozy dla tych, którzy śmią wątpić... Albo dla takich, którzy (o zgrozo!) mają czelność pomyśleć o takiej mapie... No to też byłoby interesująco. Ogólne? Mgliste? Pesymistyczne? (?!) Chcecie konkretów? Dobra! Może być o boksie? No więc, jak każdy wie, początkujący bokser ma to do siebie, że się strasznie broni przed lewym prostym... Oczywiście żadna przyjemność dostać takie coś w kinol, zgoda...
Broni się, broni, i zaraz dostaje w mordę o wiele potężniejszym prawym. Albo sierpem. (Oczywiście istnieją bokserzy walczący z "odwrotnej pozycji", wiem, ale każdy wie o co chodzi, albo też nic nigdy nie zrozumie i nadaje się na leminga.) No to weźmy teraz ogromny sukces "koalicji" walczącej z tzw. Państwem Islamskim, czyli zdobycie wreszcie, po czterech miesiącach ciężkich walk, w tym setek nalotów, miasta Kobane.
To, że żadna partyzantka nie będzie bez sensu siedziała pod nalotami, a w starciu z regularną i (wciąż jeszcze) potężną armią Stanów Zjednoczonych AP, rozpłynie się raczej w niebyt, by się pojawić w innym miejscu, chyba wszyscy wiedzą. To są absolutne podstawy. Jeśli przy tym ta partyzantka uzyskała aż tak potężny sukces, jak to, że po zdobyciu tego tam Kobane, Kurdowie, którzy na ziemi mieli w tym niemal wyłączny udział, zhardzieją i będą o wiele bardziej zdecydowanie walczyć o swoje...
Co bezpośrednio uderza w Turcję, która sobie na to nie może pozwolić. Turcja zaś, jak kojarzę, to druga pod względem liczebności i konwencjonalnej siły armia NATO. No to nie wiem, kto w istocie - strategicznie i politycznie - zwyciężył w tej tam walce. A raczej wiem i nie jest to (pro)zachodnia "koalicja". Amerykanie także militarnie zwyciężyli, a w każdym razie mogli zwyciężyć, w Wietnamie, a jednak przegrali. (Że już nie będę wspominał o Korei czy wprost drugiej wojnie światowej.)
Patrząc na to, co ci tam "terroryści" robią, to naprawdę trudno sobie wmawiać (oczywiście, leming potrafi, ten "prawicowy" też), że to jacyś durni kozojebcy w turbanach. Oczywiście - te nasze (?) elity, ci nasi (?) znaczy przywódcy, też nie sroce z pyska, i na przykład to, jak cwanie wykorzystali niedawne zamachy we Francji - do zagonienia lemingów ponownie do zagrody i zamknięcia na czas jakiś twarzy wszystkim nie-do-końca-entuzjastycznie do tego całego ziemskiego raju, który mamy - nastawionych, musi wzbudzić podziw każdego znawcy. Wcale nie żartuję!
Jednak co innego pasienie lemingów, czy trzymanie za mordę nieśmiałych i lękliwych dzisiejszych proli, a co innego powalczyć sobie z Attylą czy Alarykiem. Tutaj sukcesy wydają się naciągane, wirtualne... No, chyba że się od razu przyjmie, że tutaj o wiele ważniejsze jest utrzymanie proli ładnie w zagrodzie i chóralne pochwalne śpiewy leminżerii.
Co by potwierdzały liczne fakty, dochodzące z różnych stron, jak na przykład radośnie w sumie udzielona ludowi informacja, którą dziś usłyszałem na francuskiej TV, że nowa przywódczyni ruchu Pegida w Niemczech - tego przeciw islamizacji - zrezygnowała pod wpływem licznych pogróżek i obawiając się o swoją pracę. Czyli wolność słowa, państwo prawa i ogólnie raj na ziemi, alleluja!
Na te wszystkie egzekucje tych tam dziennikarzy można się oczywiście oburzać - jeśli ktoś się lubi oburzaniem zajmować i nie woli, skoro już, pooburzać się na przykład na temat Jaruzelskiego, co to zdechł był na wolności i został ładnie pochowany - ale z punktu widzenia Alaryka i Attyli, to też wcale nie są głupie działania. To co dzieje się w tej chwili w Jordanii - z tym złapanym przez "Państwo Islamskie" pilotem, który akurat okazuje się być synem ważnego gościa w tamtym klanowym społeczeństwie, więc protesty jak cholera...
Czego oczywiście skutkiem stanie się zaraz odstąpienie Jordanii od tej koalicji, i to z pewnością nie będzie koniec. Japonia też zresztą mięknie. W ogóle to ja od dawna nosiłem się z zamiarem napisania o tym, jak procesy czarownic najpierw się ślicznie rozszerzały, niczym pożar prerii, a potem, "z niewyjaśnionych powodów", zaczynały zanikać. Te "niewyjaśnione powody" ładnie kiedyś rozgryzł pewien historyk, a ja miałem szczęście się o tym dowiedzieć.
Działało to tak, że łapali jedną czarownicę (zresztą głównie protestanci się tym zajmowali, o czym wam, ludzie, jakoś nie lubią mówić), ona sypała inne... Albo jakieś tam kontakty, czarne (albo i nie czarne) koty... (Mówię serio z tymi kotami. Tak to działało i choćby za to bym ich powywieszał na gałęziach.) I to się rozszerzało, a potem nagle zaczynało się rozszczerzać coraz wolniej... Aż nagle oskarżenia zaczynały się okazywać absurdalne itd. I wszystko mijało, jak sen jakiś złoty. (Przy okazji rym do "koty". Trzaby to może kiedyś wierszem.)
No i wyjaśnienie okazało się takie, że one, te procesy, tych czarownic, na ogół zaczynały zanikać, kiedy oskarżenia dochodziły do rodzin ludzi wysoko postawionych. I tak się zastanawiałem nad tym "terroryzmem", co go teraz mamy - czy oni mają szansę na osiągnięcie czegoś takiego, czy też muszą, ze swojego punktu widzenia, koniecznie zdetonować jakąś wielką centralę atomową itd.
Z tymi rodzinami to, jak doszedłem, może być trudno, bo dziś kierownictwo mamy kolegialne i taka Merkel bez trudu zniesie to, że Hollandowi ktoś może ew. utrupić kuzyna. Jednak okazuje się, że naciski ci tam "terroryści" potrafią wywierać i swoje przełożenia mają. Wybory, konkursy na popularność, miłość ludu - na to wszystko nasze (?) elity są łase, i w to "terroryści" mogą skutecznie uderzać, osiągając swoje cele.
Dlaczego "terroryści" w cudzysłowie, spyta ktoś? W sumie bez wielkiego powodu, ale skoro o Alaryku i Attyli nikt nie mówi "terroryści", no to nie dostrzegam powodu, żeby w poważnej analizie - nie jakiejś telewizyjnej propagandzie dla lemingów, choćby nawet "prawicowych", mnożyć byty i powtarzać slogany naszych (?) elit. Terroryści - w sumie zgoda, szczególnie jeśli skoncentrujemy się na metodach walki, ale ja tam wolę szersze spojrzenie, sorry!
Swoją drogą, czy ktoś się kiedyś zastanawiał, o co naprawdę chodzi z tym "fundamentalizmem" i "terroryzmem"? W końcu nawet zabijanie niewinnych cywilów nie jest aż takim ewenementem - vide Hiroszima i Nagasaki; Drezno (nie żebym akurat nad Dreznem płakał); różne tam drony, atakujące co popadnie, bo babci przed ekranem akurat się Coca-Cola na klawiaturę wylała...
W jednym takim nalocie na Tokio zginęło ponad 100 tys. ludzi - cywilów głównie przecie. Pod bombami zapalającymi. Chodzi o to, że islam jest brzydki? Zależy jak się na niego patrzy. Znam parę innych religii, gdzie w świętych księgach można się doczytać strasznych rzeczy, a nikt jakoś tego, z niejasnych dla mnie względów, nie podnosi.
Oczywiście - islam nie jest nasz, mnie to wystarcza. Tym bardziej, że oni naprawdę traktują te swoje przekonania poważnie - niemal tak poważnie jak Środa czy inny Cohn-Bendit. Fakt! Jednak w sumie, z historiozoficznego punktu widzenia, chodzi raczej o to, że ten świat został zorganizowany, poukładany i zdominowany przez Zachód, kiedy ten jeszcze miał siłę, przekonanie o swoich racjach, względnie autentyczne elity, itd. itd. - a teraz, kiedy Zachód już tego nie ma i słabnie dosłownie w oczach - różni tacy, którym ten ich świat ten Zachód zorganizował, chcą sobie go zorganizować po swojemu.
Że bez "praw człowieka"? Fakt. Tylko że żaden dotychczasowy Alaryk z Astolfem, czy Attyla wódz Hunów, nigdy rzymskich autorytetów nie pytał czy mu wolno, więc i tutaj może być podobnie. Jeśli się to Środzie czy Obamie nie podoba, niech zaproponują przywódcom "Państwa Islamskiego" pojedynek, na przykład na kindżały. Lud będzie miał rozrywkę, a tamci, jeśli przegrają, może się na "prawa człowieka" nawrócą. Inaczej marnie to widzę.
Powtarzam - Zachód sparszywiał totalne, co by ktoś o "prawach człowieka", wyprawach na Alfę Centauri i nowych modelach różowych golarek do kuciapy nie sądził, Zachód słabnie w oczach, więc można sobie to, ten "terroryzm" znaczy, widzieć jak kto chce, także na przykład jako robaki wyłażące spod kamieni, ale jojczenie, obelgi i magiczne zaklęcia nic tutaj zmienić nie zdołają.
Z tą obecną "elitą" to się nie ma po prostu jak zmienić, a wiara (jedyna prawdziwa wiara, jaka już została Zachodowi chyba), że samo nazwanie kogoś "terrorystą", "szaleńcem", czy "zbrodniarzem", choćby i w oglądanej przez miliony lemingów telewizji, jakoś jego nastawienie do Zachodu i zachowanie zmieni, uważam za co najmniej skrajnie naiwne.
Jeśli więc walka z tymi tam, którzy sobie przede wszystkim, ale przy okazji i nam, chcą urządzić życie pod swojemu, ma polegać na wykrzykiwaniu, lub publikowaniu na Facebooku, "Je suis Charlie" - no to łaskawie bawcie się beze mnie! Podobnie z obelgami - szczególnie jeśli ich główną rolą miałoby być wbijanie lemigom do ich durnych łebków, kontrowersyjnego co najmniej, poglądu, że to co teraz mamy, to nie jest wojna, to nie jest także najazd... Niech i będzie - "barbarzyńców"...
Czyli coś, za czego wywołanie, i za którego prowadzenie, do zwycięstwa, ktoś konkretny konkretnie odpowiada - tylko jakieś takie nie-wiadomo-co, jakiś nalot kosmitów, których nie jesteśmy w stanie w ogóle pojąć, więc nie możemy mieć pojęcia co robić... No bez żartów! Oczywiście że lemingi nie wiedzą - bo ostro się na to pracowało, żeby nic nie rozumiały. Oczywiście, że te wszystkie Merkele i Hollandy niewiele też z tego rozumieją - w końcu są dość durne i nie tym się zajmują, bo nie taka ich rola, żeby były mądre.
Ja jednak zgłaszam votum separatum - chcę wiedzieć jak te nasze (?) elity to widzą, jak to zamierzają sprzedać prolom, jak zamierzają walczyć (no bo chyba nie tak jak dotychczas, sądząc po skutkach?), no i, być może przede wszystkim - O CO? Bo jeśli o to, żeby Środy tego świata miały jeszcze więcej wpływu na moje życie, no to serdecznie dziękuję! Od Środy, i całej masy innych tego typu indywidułów, to ja już chyba wolę poczekać na "Państwo Islamskie" i się z nim dogadywać! Żadna tam oczywiście przyjaźń - nawet jakaś "twarda, męska" - ale jednak negocjacje i dbanie o własne, a nie czyjeś tam, interesa.
A swoją drogą - ktoś się chce założyć, że za piętnaście lat "Państwo Islamskie", czy jak ono się będzie wtedy nazywało, będzie szacowne i powszechnie uznawane? A w każdym razie o wiele szacowniejsze i powszechniej uznawane (żeby to eufemistycznie określić) od Polski?
Ci ludzie wiedzą co robią, absolutnie nie są żadnymi głupcami, a naprzeciw siebie mają te nasze (?) smętne elity i jeszcze smętniejsze tabuny lemingów - więc to w ogóle trudno uznać za wielką walkę. Czyli dokładnie odwrotna sytuacja do tej, którą mamy w naszym nieszczęsnym kraju. Obym się mylił, ale naprawdę nie jestem optymistą.
triarius
Postawmy naprzeciw tego towarzystwa setki milionów lemingów. Wiadomo kto kim będzie rządził, bo biurokracja to niesamowita potęga, a to doborowe towarzystwo dzisiejszych "polityków" to przecież biurokracja i nic innego; natomiast leming, z definicji, może co najwyżej - jeśli otrzyma odpowiednie transparenty i wsparcie weekendowego samobójcy - sobie podemonstrować.
Wyobraźmy sobie jednak naprzeciw tych naszych (?) polityków kogoś inteligentnego i naprawdę zdeterminowanego. Jaki może być wynik starcia armii złożonej z lemingów, dowodzonej przez Merkele, Hollandy i Obamy, z jakimiś powiedzmy "terrorystami", których sobie tutaj, hipotetycznie, potraktujemy nie jako gromadę durniów w turbanach (nie ma jak bejsbolówka!), którzy bez zasiłku i prowadzenia za rękę przez liberałów własnego tyłka nie zdołaliby znaleźć, tylko facetów, którzy wiedzą czego chcą i potrafią rozpoznać sytuację, że hej!
Oczywiście czysto teoretycznie sobie to rozpatrujemy, a Obama może by się jeszcze wstrzymał z nasyłaniem na mnie drona, bo ja naprawdę wcale nie marzę o życiu w islamskim środowisku, a co dopiero w takim, gdzie oni te sprawy naprawdę poważnie traktują! Jestem katolik - oczywiście PRZEDSOBOROWY, no bo jaki? - i albo ma być przedsoborowy katolicyzm, albo niech się wszyscy najlepiej ode mnie ze swymi religiami łaskawie odwalą! (Łącznie z religią "praw człowieka" zresztą i podobnymi, wymyślonymi przez nie wiadomo kogo - bardzo bym prosił!)
W każdym razie, jeśli się zestawi tych naszych (?) przywódców, oraz ich niezwyciężoną armię lemingów, z jakimś hipotetycznym Alarykiem czy Attilą... Trudno mieć większe wątpliwości co do tego, jak będzie się przedstawiała hipotetyczna mapa zachodnich wpływów na świecie - czyli, innymi słowy, "liberalnej demokracji, państwa prawa i praw człowieka, ach!" za lat... Niechby już nieco optymizmu w szarpane nieuchwytnym niepokojem serduszka lemingów... Powiedzmy pięćdziesiąt.
Natomiast, zakładając, że gdzieś jeszcze wtedy będzie istniał jakiś większy zwarty kawałek tych "praw człowieka, liberalnej, ach, demokracji i państwa prawa (o wolności słowa oczywiście nie zapominając)", nie jest też, jak się chwilę pomyśli (a nie miało się nic do czynienia z min. Hall i temu podobnymi przypadkami), trudno sobie wyobrazić, jaka tam będzie walka o te prawa człowieka, liberalne swobody, oczywiście tolerancję też...
I jakby na takiej mapie ktoś poumieszczał obozy dla tych, którzy śmią wątpić... Albo dla takich, którzy (o zgrozo!) mają czelność pomyśleć o takiej mapie... No to też byłoby interesująco. Ogólne? Mgliste? Pesymistyczne? (?!) Chcecie konkretów? Dobra! Może być o boksie? No więc, jak każdy wie, początkujący bokser ma to do siebie, że się strasznie broni przed lewym prostym... Oczywiście żadna przyjemność dostać takie coś w kinol, zgoda...
Broni się, broni, i zaraz dostaje w mordę o wiele potężniejszym prawym. Albo sierpem. (Oczywiście istnieją bokserzy walczący z "odwrotnej pozycji", wiem, ale każdy wie o co chodzi, albo też nic nigdy nie zrozumie i nadaje się na leminga.) No to weźmy teraz ogromny sukces "koalicji" walczącej z tzw. Państwem Islamskim, czyli zdobycie wreszcie, po czterech miesiącach ciężkich walk, w tym setek nalotów, miasta Kobane.
To, że żadna partyzantka nie będzie bez sensu siedziała pod nalotami, a w starciu z regularną i (wciąż jeszcze) potężną armią Stanów Zjednoczonych AP, rozpłynie się raczej w niebyt, by się pojawić w innym miejscu, chyba wszyscy wiedzą. To są absolutne podstawy. Jeśli przy tym ta partyzantka uzyskała aż tak potężny sukces, jak to, że po zdobyciu tego tam Kobane, Kurdowie, którzy na ziemi mieli w tym niemal wyłączny udział, zhardzieją i będą o wiele bardziej zdecydowanie walczyć o swoje...
Co bezpośrednio uderza w Turcję, która sobie na to nie może pozwolić. Turcja zaś, jak kojarzę, to druga pod względem liczebności i konwencjonalnej siły armia NATO. No to nie wiem, kto w istocie - strategicznie i politycznie - zwyciężył w tej tam walce. A raczej wiem i nie jest to (pro)zachodnia "koalicja". Amerykanie także militarnie zwyciężyli, a w każdym razie mogli zwyciężyć, w Wietnamie, a jednak przegrali. (Że już nie będę wspominał o Korei czy wprost drugiej wojnie światowej.)
Patrząc na to, co ci tam "terroryści" robią, to naprawdę trudno sobie wmawiać (oczywiście, leming potrafi, ten "prawicowy" też), że to jacyś durni kozojebcy w turbanach. Oczywiście - te nasze (?) elity, ci nasi (?) znaczy przywódcy, też nie sroce z pyska, i na przykład to, jak cwanie wykorzystali niedawne zamachy we Francji - do zagonienia lemingów ponownie do zagrody i zamknięcia na czas jakiś twarzy wszystkim nie-do-końca-entuzjastycznie do tego całego ziemskiego raju, który mamy - nastawionych, musi wzbudzić podziw każdego znawcy. Wcale nie żartuję!
Jednak co innego pasienie lemingów, czy trzymanie za mordę nieśmiałych i lękliwych dzisiejszych proli, a co innego powalczyć sobie z Attylą czy Alarykiem. Tutaj sukcesy wydają się naciągane, wirtualne... No, chyba że się od razu przyjmie, że tutaj o wiele ważniejsze jest utrzymanie proli ładnie w zagrodzie i chóralne pochwalne śpiewy leminżerii.
Co by potwierdzały liczne fakty, dochodzące z różnych stron, jak na przykład radośnie w sumie udzielona ludowi informacja, którą dziś usłyszałem na francuskiej TV, że nowa przywódczyni ruchu Pegida w Niemczech - tego przeciw islamizacji - zrezygnowała pod wpływem licznych pogróżek i obawiając się o swoją pracę. Czyli wolność słowa, państwo prawa i ogólnie raj na ziemi, alleluja!
Na te wszystkie egzekucje tych tam dziennikarzy można się oczywiście oburzać - jeśli ktoś się lubi oburzaniem zajmować i nie woli, skoro już, pooburzać się na przykład na temat Jaruzelskiego, co to zdechł był na wolności i został ładnie pochowany - ale z punktu widzenia Alaryka i Attyli, to też wcale nie są głupie działania. To co dzieje się w tej chwili w Jordanii - z tym złapanym przez "Państwo Islamskie" pilotem, który akurat okazuje się być synem ważnego gościa w tamtym klanowym społeczeństwie, więc protesty jak cholera...
Czego oczywiście skutkiem stanie się zaraz odstąpienie Jordanii od tej koalicji, i to z pewnością nie będzie koniec. Japonia też zresztą mięknie. W ogóle to ja od dawna nosiłem się z zamiarem napisania o tym, jak procesy czarownic najpierw się ślicznie rozszerzały, niczym pożar prerii, a potem, "z niewyjaśnionych powodów", zaczynały zanikać. Te "niewyjaśnione powody" ładnie kiedyś rozgryzł pewien historyk, a ja miałem szczęście się o tym dowiedzieć.
Działało to tak, że łapali jedną czarownicę (zresztą głównie protestanci się tym zajmowali, o czym wam, ludzie, jakoś nie lubią mówić), ona sypała inne... Albo jakieś tam kontakty, czarne (albo i nie czarne) koty... (Mówię serio z tymi kotami. Tak to działało i choćby za to bym ich powywieszał na gałęziach.) I to się rozszerzało, a potem nagle zaczynało się rozszczerzać coraz wolniej... Aż nagle oskarżenia zaczynały się okazywać absurdalne itd. I wszystko mijało, jak sen jakiś złoty. (Przy okazji rym do "koty". Trzaby to może kiedyś wierszem.)
No i wyjaśnienie okazało się takie, że one, te procesy, tych czarownic, na ogół zaczynały zanikać, kiedy oskarżenia dochodziły do rodzin ludzi wysoko postawionych. I tak się zastanawiałem nad tym "terroryzmem", co go teraz mamy - czy oni mają szansę na osiągnięcie czegoś takiego, czy też muszą, ze swojego punktu widzenia, koniecznie zdetonować jakąś wielką centralę atomową itd.
Z tymi rodzinami to, jak doszedłem, może być trudno, bo dziś kierownictwo mamy kolegialne i taka Merkel bez trudu zniesie to, że Hollandowi ktoś może ew. utrupić kuzyna. Jednak okazuje się, że naciski ci tam "terroryści" potrafią wywierać i swoje przełożenia mają. Wybory, konkursy na popularność, miłość ludu - na to wszystko nasze (?) elity są łase, i w to "terroryści" mogą skutecznie uderzać, osiągając swoje cele.
Dlaczego "terroryści" w cudzysłowie, spyta ktoś? W sumie bez wielkiego powodu, ale skoro o Alaryku i Attyli nikt nie mówi "terroryści", no to nie dostrzegam powodu, żeby w poważnej analizie - nie jakiejś telewizyjnej propagandzie dla lemingów, choćby nawet "prawicowych", mnożyć byty i powtarzać slogany naszych (?) elit. Terroryści - w sumie zgoda, szczególnie jeśli skoncentrujemy się na metodach walki, ale ja tam wolę szersze spojrzenie, sorry!
Swoją drogą, czy ktoś się kiedyś zastanawiał, o co naprawdę chodzi z tym "fundamentalizmem" i "terroryzmem"? W końcu nawet zabijanie niewinnych cywilów nie jest aż takim ewenementem - vide Hiroszima i Nagasaki; Drezno (nie żebym akurat nad Dreznem płakał); różne tam drony, atakujące co popadnie, bo babci przed ekranem akurat się Coca-Cola na klawiaturę wylała...
W jednym takim nalocie na Tokio zginęło ponad 100 tys. ludzi - cywilów głównie przecie. Pod bombami zapalającymi. Chodzi o to, że islam jest brzydki? Zależy jak się na niego patrzy. Znam parę innych religii, gdzie w świętych księgach można się doczytać strasznych rzeczy, a nikt jakoś tego, z niejasnych dla mnie względów, nie podnosi.
Oczywiście - islam nie jest nasz, mnie to wystarcza. Tym bardziej, że oni naprawdę traktują te swoje przekonania poważnie - niemal tak poważnie jak Środa czy inny Cohn-Bendit. Fakt! Jednak w sumie, z historiozoficznego punktu widzenia, chodzi raczej o to, że ten świat został zorganizowany, poukładany i zdominowany przez Zachód, kiedy ten jeszcze miał siłę, przekonanie o swoich racjach, względnie autentyczne elity, itd. itd. - a teraz, kiedy Zachód już tego nie ma i słabnie dosłownie w oczach - różni tacy, którym ten ich świat ten Zachód zorganizował, chcą sobie go zorganizować po swojemu.
Że bez "praw człowieka"? Fakt. Tylko że żaden dotychczasowy Alaryk z Astolfem, czy Attyla wódz Hunów, nigdy rzymskich autorytetów nie pytał czy mu wolno, więc i tutaj może być podobnie. Jeśli się to Środzie czy Obamie nie podoba, niech zaproponują przywódcom "Państwa Islamskiego" pojedynek, na przykład na kindżały. Lud będzie miał rozrywkę, a tamci, jeśli przegrają, może się na "prawa człowieka" nawrócą. Inaczej marnie to widzę.
Powtarzam - Zachód sparszywiał totalne, co by ktoś o "prawach człowieka", wyprawach na Alfę Centauri i nowych modelach różowych golarek do kuciapy nie sądził, Zachód słabnie w oczach, więc można sobie to, ten "terroryzm" znaczy, widzieć jak kto chce, także na przykład jako robaki wyłażące spod kamieni, ale jojczenie, obelgi i magiczne zaklęcia nic tutaj zmienić nie zdołają.
Z tą obecną "elitą" to się nie ma po prostu jak zmienić, a wiara (jedyna prawdziwa wiara, jaka już została Zachodowi chyba), że samo nazwanie kogoś "terrorystą", "szaleńcem", czy "zbrodniarzem", choćby i w oglądanej przez miliony lemingów telewizji, jakoś jego nastawienie do Zachodu i zachowanie zmieni, uważam za co najmniej skrajnie naiwne.
Jeśli więc walka z tymi tam, którzy sobie przede wszystkim, ale przy okazji i nam, chcą urządzić życie pod swojemu, ma polegać na wykrzykiwaniu, lub publikowaniu na Facebooku, "Je suis Charlie" - no to łaskawie bawcie się beze mnie! Podobnie z obelgami - szczególnie jeśli ich główną rolą miałoby być wbijanie lemigom do ich durnych łebków, kontrowersyjnego co najmniej, poglądu, że to co teraz mamy, to nie jest wojna, to nie jest także najazd... Niech i będzie - "barbarzyńców"...
Czyli coś, za czego wywołanie, i za którego prowadzenie, do zwycięstwa, ktoś konkretny konkretnie odpowiada - tylko jakieś takie nie-wiadomo-co, jakiś nalot kosmitów, których nie jesteśmy w stanie w ogóle pojąć, więc nie możemy mieć pojęcia co robić... No bez żartów! Oczywiście że lemingi nie wiedzą - bo ostro się na to pracowało, żeby nic nie rozumiały. Oczywiście, że te wszystkie Merkele i Hollandy niewiele też z tego rozumieją - w końcu są dość durne i nie tym się zajmują, bo nie taka ich rola, żeby były mądre.
Ja jednak zgłaszam votum separatum - chcę wiedzieć jak te nasze (?) elity to widzą, jak to zamierzają sprzedać prolom, jak zamierzają walczyć (no bo chyba nie tak jak dotychczas, sądząc po skutkach?), no i, być może przede wszystkim - O CO? Bo jeśli o to, żeby Środy tego świata miały jeszcze więcej wpływu na moje życie, no to serdecznie dziękuję! Od Środy, i całej masy innych tego typu indywidułów, to ja już chyba wolę poczekać na "Państwo Islamskie" i się z nim dogadywać! Żadna tam oczywiście przyjaźń - nawet jakaś "twarda, męska" - ale jednak negocjacje i dbanie o własne, a nie czyjeś tam, interesa.
A swoją drogą - ktoś się chce założyć, że za piętnaście lat "Państwo Islamskie", czy jak ono się będzie wtedy nazywało, będzie szacowne i powszechnie uznawane? A w każdym razie o wiele szacowniejsze i powszechniej uznawane (żeby to eufemistycznie określić) od Polski?
Ci ludzie wiedzą co robią, absolutnie nie są żadnymi głupcami, a naprzeciw siebie mają te nasze (?) smętne elity i jeszcze smętniejsze tabuny lemingów - więc to w ogóle trudno uznać za wielką walkę. Czyli dokładnie odwrotna sytuacja do tej, którą mamy w naszym nieszczęsnym kraju. Obym się mylił, ale naprawdę nie jestem optymistą.
triarius
słowa kluczowe:
Alaryk,
Angela Merkel,
Attyla,
Barack Obama,
barbarzyńcy,
drony,
lemingi,
Państwo Islamskie,
procesy czarownic,
terroryzm,
Zachód
poniedziałek, stycznia 26, 2015
Schettino idzie do mamra
Aż 26 lat więzienia domaga się prokurator dla kapitana Schettino. Szok!
triarius
P.S. Jak to fajnie, że wszyscy są teraz Charlie!
triarius
P.S. Jak to fajnie, że wszyscy są teraz Charlie!
słowa kluczowe:
kara,
prokurator,
Schettino,
sprawiedliwość,
więzienie,
wyrok
sobota, stycznia 24, 2015
Dlaczego Tygrysizm lepszy jest od współczesnej nauki
Co robi tygrysista, kiedy złapie diabła? Na przykład za ogon? ("DIABŁA" powiedziałem, nie "wilka"! Nie mówimy o siedzeniu na gołej ziemi i jego strasznych skutkach. Choć po prawdzie, nigdy nie wiedziałem, na czym ta konkretna wersja wilka polega.) Tygrysista oczywiście wydusza z rzeczonego diabła wiedzę. Czyli uczy się czegoś przez całe ranki - choćby od diabła.
Co diabły potrafią, co by się mogło tygrysiście przydać? A na przykład, jak to wynika z amerykańskiego folkloru (który sobie nadzwyczaj cenimy, bez żadnych śmichów-chichów), diabły znakomicie grają na skrzypkach. Tak więc nasz tygrysista (łowny i mowny zarazem) trzyma tego diabła, na przyklad nadepniętego na ogon, i podpatruje jego skrzypcowe wyczyny. (Oczywiście nie aż tak mocno mu na ten ogon depcze, żeby diabeł zaczął fałszować, to oczywiste.)
Ponieważ tygrysista ma w mózgu (co najmnej) dwie półkule więc tą jedną podpatruje owe tryle i pizzicata, a drugą się zastanawia, jak ten nowy swój kunszt można będzie wykorzystać w służbie Tygrysizmu Stosowanego i dla ogólnego... Wiadomo. No i oczywiście, skoro jest tygrysistą, rychło dochodzi do bardzo fajnych zastosowań.
I to nie jest tak, że ja uczę, a sam tego nie praktykuję! Diabła wprawdzie na razie, sensu stricto, nie złapałem, a co do skrzypiec, to cholernie nie lubię ich stroić, bo to taki prymitywny i przedpotopowy mechanizm, że aż zgroza, więc, choć mnie one kręcą (jak i milion innych rzeczy zresztą, choć tak ze cztery miliony innych nie kręci mnie z kolei ani trochę), to leżą sobie i tyle. (Zresztą to i tak była w sumie zabawa, z tymi skrzypcami i dobry nigdy nie byłem. Nie to co dawno temu na saksofonie, albo na harmonijce, zanim dostałem krwiaka na dolnej wardze i rzuciłem.)
W każdym razie, jako szczery tygrysista, uczestniczę dość często w różnych szkoleniach - mniej lub bardziej wirtualnych, mniej lub bardziej jednoosobowych. Na przykład w tej chwili uczestniczę ci ja w takim szkoleniu online, które uczy rozpoznawać kłamstwa na podstawie języka ciała, mimiki i głosu. Wielka certyfikowana ekspertka tego nas uczy, choć młoda i w sumie niczego sobie, i to wcale nie jest głupie.
Na początku było głównie o tych wszystkich do bólu naukowych podstawach, takie wstępy, które były nie aż tak fascynujące, jak samo łapanie klamców na podstawie ich fałszywej mordy, a w dodatku przyprawiało mnie o łzy, kiedy tak słuchałem, jak te wszystkie pokraczne instytucje, korporacje i państwo... Amerykańskie w tym przypadku, ale na pewno i te pozostałe...
Osaczają i starają się przyszpilić biednego indywidualnego człowieczka, który się wije, próbuje, ale nic w sumie nie może. (Oczywiście my tu wiemy, że od państw dzisiaj o wiele gorsze jest to, co ponad nimi, choć dotyczy to bardziej "zwykłych", drobnych i na oczach ludu zanikających "państw", jak Polska, a mniej US of A i nielicznych równie "ważnych".)
W końcu nasza nauczycielka przeszła jednak do sedna i zaczęło się o mimice. Bardzo ciekawe sprawy i, w typowo amerykański sposób, inteligetnie, efektywnie podzielone na podstawowe elementy, dzięki czemu jest nadzieja, że człek zdoła to opanować i efektywnie stosować w dalszym, oby jak najdłuższym i najcudniejszym, życiu.
Nasza pani od kłamców opowiedziała też - jako ostrzeżenie przed wrodzonym lenistwem naszych mózgów, które nie są w tym głupie, ale trzeba jednak uważać - o doświadczeniu z psychologii, które ją zachwyciło, a mnie akurat mniej. Dokonali go na uniwersytecie Cornell - oczywiście Ivy League, jeden z najlepszych w Stanach (nie żebym miał jakieś kompleksy, miałem tam zresztą nawet teścia profesorem).
No i oni zrobili to tak, że przypadkowego człowieka na uniwersyteckim korytarzu zapytytowywał o drogę gdzieśtam facet przebrany za robotnika budowlanego (żółty kask, szelki, krótko mówiąc spora część Village People), a zanim nasz biedak zdążył odpowiedzieć, dwóch innych takich przebierańców (też za to samo) przedzielało ich niosąc ogromną dyktę... No i jak przeszli, z tą dyktą, to na wyjaśnienia w sprawie drogi czekał już inny podrabiany robotnik. (Z pewnością jeden z tych co niósł tę dyktę. My tygrysiści jesteśmy mistrzami dedukcji!)
No i okazało się, że coś koło połowy tych przypadkowych biedaków w ogóle nie zauważyło, że mają teraz do czynienia z nowym "robotnikiem". Nasza wirtualna nauczycielka robiła z tego wielką sprawę, a mnie się ona wcale taka wielka (sprawa znaczy) nie widzi. W końcu, jeśli taki ktoś traktuje siebie, i ten cały Cornell, poważnie, to nie uwzględnia raczej możliwości, że ktoś może go w taki sposób oszukiwać, zamiast po prostu pytać o drogę.
Myśli sobie taki ktoś... Znaczy gdzieś mu tam może w ułamku sekundy przelatuje na granicy świadomości: "Jakoś inaczej ten gość wyglądał, ale w końcu ani wtedy mnie to nie obchodziło, ani teraz, więc musi złudzenie. Zaraz mam seminarium, a potem idziemy z tą cycatą, jak jej tam, do niej, i coś może z tego być. Swoją drogą, co dzisiaj dadzą w stołówce? Acha, pytał o drogę..."
Tak więc, bez ścisłego oszacowania jak taki przypadkowy ktoś widzi prawdopodobieństwo, że mu będą robić takie szpasy, naprawdę trudno ocenić, jak "szokujący" miałby być ten wynik, prawda? No a po prostu spytać go - nie ma sensu. Ani przed, ani po. To by albo zmieniło reakcję na dyktę, albo byłoby zafałszowane samo w sobie. (Rozszerzona Zasada Heisenberga, jeśli mnie spytać!)
Doświadczenie było faktycznie zabawne i na swój sposób ciekawe, ale jednak nie całkiem zasługiwało na miano hiper-naukowego. Zbyt frywolne jak na naukę, choć z pewnością niezła zabawa. Można robić zakłady itd. Tak to widzę. Jeśli zaś tak obcesowo się obchodzą z naukowością na Cornellach tego świata, no to jak musi być gdzie indziej? Już nie mówię w III RP, ale w jakichś Wydziałach Studiów Femistycznych i temuż podobnież?
My, tygrysiści, uprawiamy natomiast pracę u podstaw - ale w całkiem innym od pozytywistycznego znaczeniu! - bo nad własnym myśleniem und metodologią, więc takich głupich błędów nie popełniamy, natomiast mamy sporo zabawy, kiedy popełniają je Cornelle. Że o pomniejszych płazach nie wspomnę.
Czy to oznacza, że wszystkie takie eksperymenty są z założenia do... Do niczego? Niekoniecznie! Rozmawialiśmy sobie nie tak dawno temu o takim kursie na ośmiu chyba płytach CD, gdzie gość uczył rozpoznawać cwane sztuczki sprzedawców i innych marketerów, że o Tymochowiczach tego świata nie wspomnę, i automatycznie być na nie odporniejszym. Było to po polsku i kurs ten, mimo a priori zastrzeżeń różnych sensownych przecie i prawicowych jak cholera ludzi, ja uważam za bardzo w sumie dobrą rzecz.
No i na samym początku tego kursu powiedział gość coś, co mnie absolutnie zaszokowało. Nie tyle nawet jako praktyczny sposób, choć to powinno działać i każdy tygrysista powinien to mieć w swym kołczanie, oczywiście... Ale z punktu widzenia "czysto naukowego", że tak to podniośle określę.
(Mam ci ja takie zainteresowania, nawet b. intensywne, tylko że to przeważnie są sprawy b. ezoteryczne, jak te tam Heraklesy i inne Belerofony, o których śmy sobie kiedyś, albo inna tam sakralna prostytucja... Piękne tematy, gdybym był bardziej stworzony na akademika, to bym je badał, i badał, i badał... Serio!)
To o czym nas poinformował gość od tego kursu wymierzonego przeciw cwanym sprzedawcom pigułek przeciw trzęsieniu ziemi, polegało na tym, że okazuje się (o ile gość, oczywiście, nie łże, ale chyba nie), iż kiedy chcesz się wepchać przed kogoś, aby użyć kopiarki, to dość logiczne jest, że twoja szansa się zwiększy, jeśli podasz fajny powód... Jak na przykład "moja żona rodzi". (To mój własny przykład, z głowy.)
Jednak równie niemal dobre wyniki - czyli szansę na wpuszczenie przed siebie - mieli tacy, który, całkiem po prostu, mówili rzeczy w stylu: "Czy mogłabym użyć kopiarki przed panią, BO chciałabym skopiować kilkanaście stron?" Rozumiecie (Młodzi Tygrysiści)?! Okazuje się (jeśli gość nie łże, oczywiście), że ludzie reagują po prostu na "słowo kluczowe" (keyword), sugerujące, że jest tam jakieś wytłumaczenie - a naprawdę żadnego wytłumaczenia może całkiem nie być.
Dla mnie bomba, i warto by było kiedyś to sobie sprawdzić, kiedy już Tygrysizm zapanuje i będziemy rządzić tymi wszystkimie laboratoriami. A co najmniej kopiarkami.
(Tygrysista oczywiście od razu wie, że trzeba by sprawdzić, czy występują istotne różnice wyników dla dwóch pytań całkiem tożsamych pod względem merytorycznym, z których jedno zawiera jednak ten rzekomy keyword "bo", a drugie nie. Jak np. "Czy mogłabym użyć kopiarki przed panią, BO chciałabym skopiować kilkanaście stron?" i "Czy mogłabym użyć kopiarki przed panią I skopiować kilkanaście stron?, albo po prostu: "Czy mogłabym skopiować kilkanaście stron przed panią?")
A na razie, wniosek do zapamiętania jest taki, że w tej współczesnej nauce daje się znaleźć fajne rodzynki, ale trzeba umieć i dysponować odpowiednią, tygrysiczną, czujnością, oraz tygrysicznym również, intelektualnym przygotowaniem. I to by był wniosek, który powinniście sobie wbić w głowy, a także przemyśleć.
Co proszę? Nie, pisemnego dzisiaj nic nie zadaję. Co oczywiście nie znaczy, byście mieli po prostu oglądać seriale. Chyba że, ma się rozumieć, na tygrysiczny sposób. To tyle!
triarius
P.S. A teraz wychodzimy. Spokojnie i pojedynczo. Jak zawsze, ważać na ogony!
Co diabły potrafią, co by się mogło tygrysiście przydać? A na przykład, jak to wynika z amerykańskiego folkloru (który sobie nadzwyczaj cenimy, bez żadnych śmichów-chichów), diabły znakomicie grają na skrzypkach. Tak więc nasz tygrysista (łowny i mowny zarazem) trzyma tego diabła, na przyklad nadepniętego na ogon, i podpatruje jego skrzypcowe wyczyny. (Oczywiście nie aż tak mocno mu na ten ogon depcze, żeby diabeł zaczął fałszować, to oczywiste.)
Ponieważ tygrysista ma w mózgu (co najmnej) dwie półkule więc tą jedną podpatruje owe tryle i pizzicata, a drugą się zastanawia, jak ten nowy swój kunszt można będzie wykorzystać w służbie Tygrysizmu Stosowanego i dla ogólnego... Wiadomo. No i oczywiście, skoro jest tygrysistą, rychło dochodzi do bardzo fajnych zastosowań.
I to nie jest tak, że ja uczę, a sam tego nie praktykuję! Diabła wprawdzie na razie, sensu stricto, nie złapałem, a co do skrzypiec, to cholernie nie lubię ich stroić, bo to taki prymitywny i przedpotopowy mechanizm, że aż zgroza, więc, choć mnie one kręcą (jak i milion innych rzeczy zresztą, choć tak ze cztery miliony innych nie kręci mnie z kolei ani trochę), to leżą sobie i tyle. (Zresztą to i tak była w sumie zabawa, z tymi skrzypcami i dobry nigdy nie byłem. Nie to co dawno temu na saksofonie, albo na harmonijce, zanim dostałem krwiaka na dolnej wardze i rzuciłem.)
W każdym razie, jako szczery tygrysista, uczestniczę dość często w różnych szkoleniach - mniej lub bardziej wirtualnych, mniej lub bardziej jednoosobowych. Na przykład w tej chwili uczestniczę ci ja w takim szkoleniu online, które uczy rozpoznawać kłamstwa na podstawie języka ciała, mimiki i głosu. Wielka certyfikowana ekspertka tego nas uczy, choć młoda i w sumie niczego sobie, i to wcale nie jest głupie.
Na początku było głównie o tych wszystkich do bólu naukowych podstawach, takie wstępy, które były nie aż tak fascynujące, jak samo łapanie klamców na podstawie ich fałszywej mordy, a w dodatku przyprawiało mnie o łzy, kiedy tak słuchałem, jak te wszystkie pokraczne instytucje, korporacje i państwo... Amerykańskie w tym przypadku, ale na pewno i te pozostałe...
Osaczają i starają się przyszpilić biednego indywidualnego człowieczka, który się wije, próbuje, ale nic w sumie nie może. (Oczywiście my tu wiemy, że od państw dzisiaj o wiele gorsze jest to, co ponad nimi, choć dotyczy to bardziej "zwykłych", drobnych i na oczach ludu zanikających "państw", jak Polska, a mniej US of A i nielicznych równie "ważnych".)
W końcu nasza nauczycielka przeszła jednak do sedna i zaczęło się o mimice. Bardzo ciekawe sprawy i, w typowo amerykański sposób, inteligetnie, efektywnie podzielone na podstawowe elementy, dzięki czemu jest nadzieja, że człek zdoła to opanować i efektywnie stosować w dalszym, oby jak najdłuższym i najcudniejszym, życiu.
Nasza pani od kłamców opowiedziała też - jako ostrzeżenie przed wrodzonym lenistwem naszych mózgów, które nie są w tym głupie, ale trzeba jednak uważać - o doświadczeniu z psychologii, które ją zachwyciło, a mnie akurat mniej. Dokonali go na uniwersytecie Cornell - oczywiście Ivy League, jeden z najlepszych w Stanach (nie żebym miał jakieś kompleksy, miałem tam zresztą nawet teścia profesorem).
No i oni zrobili to tak, że przypadkowego człowieka na uniwersyteckim korytarzu zapytytowywał o drogę gdzieśtam facet przebrany za robotnika budowlanego (żółty kask, szelki, krótko mówiąc spora część Village People), a zanim nasz biedak zdążył odpowiedzieć, dwóch innych takich przebierańców (też za to samo) przedzielało ich niosąc ogromną dyktę... No i jak przeszli, z tą dyktą, to na wyjaśnienia w sprawie drogi czekał już inny podrabiany robotnik. (Z pewnością jeden z tych co niósł tę dyktę. My tygrysiści jesteśmy mistrzami dedukcji!)
No i okazało się, że coś koło połowy tych przypadkowych biedaków w ogóle nie zauważyło, że mają teraz do czynienia z nowym "robotnikiem". Nasza wirtualna nauczycielka robiła z tego wielką sprawę, a mnie się ona wcale taka wielka (sprawa znaczy) nie widzi. W końcu, jeśli taki ktoś traktuje siebie, i ten cały Cornell, poważnie, to nie uwzględnia raczej możliwości, że ktoś może go w taki sposób oszukiwać, zamiast po prostu pytać o drogę.
Myśli sobie taki ktoś... Znaczy gdzieś mu tam może w ułamku sekundy przelatuje na granicy świadomości: "Jakoś inaczej ten gość wyglądał, ale w końcu ani wtedy mnie to nie obchodziło, ani teraz, więc musi złudzenie. Zaraz mam seminarium, a potem idziemy z tą cycatą, jak jej tam, do niej, i coś może z tego być. Swoją drogą, co dzisiaj dadzą w stołówce? Acha, pytał o drogę..."
Tak więc, bez ścisłego oszacowania jak taki przypadkowy ktoś widzi prawdopodobieństwo, że mu będą robić takie szpasy, naprawdę trudno ocenić, jak "szokujący" miałby być ten wynik, prawda? No a po prostu spytać go - nie ma sensu. Ani przed, ani po. To by albo zmieniło reakcję na dyktę, albo byłoby zafałszowane samo w sobie. (Rozszerzona Zasada Heisenberga, jeśli mnie spytać!)
Doświadczenie było faktycznie zabawne i na swój sposób ciekawe, ale jednak nie całkiem zasługiwało na miano hiper-naukowego. Zbyt frywolne jak na naukę, choć z pewnością niezła zabawa. Można robić zakłady itd. Tak to widzę. Jeśli zaś tak obcesowo się obchodzą z naukowością na Cornellach tego świata, no to jak musi być gdzie indziej? Już nie mówię w III RP, ale w jakichś Wydziałach Studiów Femistycznych i temuż podobnież?
My, tygrysiści, uprawiamy natomiast pracę u podstaw - ale w całkiem innym od pozytywistycznego znaczeniu! - bo nad własnym myśleniem und metodologią, więc takich głupich błędów nie popełniamy, natomiast mamy sporo zabawy, kiedy popełniają je Cornelle. Że o pomniejszych płazach nie wspomnę.
Czy to oznacza, że wszystkie takie eksperymenty są z założenia do... Do niczego? Niekoniecznie! Rozmawialiśmy sobie nie tak dawno temu o takim kursie na ośmiu chyba płytach CD, gdzie gość uczył rozpoznawać cwane sztuczki sprzedawców i innych marketerów, że o Tymochowiczach tego świata nie wspomnę, i automatycznie być na nie odporniejszym. Było to po polsku i kurs ten, mimo a priori zastrzeżeń różnych sensownych przecie i prawicowych jak cholera ludzi, ja uważam za bardzo w sumie dobrą rzecz.
No i na samym początku tego kursu powiedział gość coś, co mnie absolutnie zaszokowało. Nie tyle nawet jako praktyczny sposób, choć to powinno działać i każdy tygrysista powinien to mieć w swym kołczanie, oczywiście... Ale z punktu widzenia "czysto naukowego", że tak to podniośle określę.
(Mam ci ja takie zainteresowania, nawet b. intensywne, tylko że to przeważnie są sprawy b. ezoteryczne, jak te tam Heraklesy i inne Belerofony, o których śmy sobie kiedyś, albo inna tam sakralna prostytucja... Piękne tematy, gdybym był bardziej stworzony na akademika, to bym je badał, i badał, i badał... Serio!)
To o czym nas poinformował gość od tego kursu wymierzonego przeciw cwanym sprzedawcom pigułek przeciw trzęsieniu ziemi, polegało na tym, że okazuje się (o ile gość, oczywiście, nie łże, ale chyba nie), iż kiedy chcesz się wepchać przed kogoś, aby użyć kopiarki, to dość logiczne jest, że twoja szansa się zwiększy, jeśli podasz fajny powód... Jak na przykład "moja żona rodzi". (To mój własny przykład, z głowy.)
Jednak równie niemal dobre wyniki - czyli szansę na wpuszczenie przed siebie - mieli tacy, który, całkiem po prostu, mówili rzeczy w stylu: "Czy mogłabym użyć kopiarki przed panią, BO chciałabym skopiować kilkanaście stron?" Rozumiecie (Młodzi Tygrysiści)?! Okazuje się (jeśli gość nie łże, oczywiście), że ludzie reagują po prostu na "słowo kluczowe" (keyword), sugerujące, że jest tam jakieś wytłumaczenie - a naprawdę żadnego wytłumaczenia może całkiem nie być.
Dla mnie bomba, i warto by było kiedyś to sobie sprawdzić, kiedy już Tygrysizm zapanuje i będziemy rządzić tymi wszystkimie laboratoriami. A co najmniej kopiarkami.
(Tygrysista oczywiście od razu wie, że trzeba by sprawdzić, czy występują istotne różnice wyników dla dwóch pytań całkiem tożsamych pod względem merytorycznym, z których jedno zawiera jednak ten rzekomy keyword "bo", a drugie nie. Jak np. "Czy mogłabym użyć kopiarki przed panią, BO chciałabym skopiować kilkanaście stron?" i "Czy mogłabym użyć kopiarki przed panią I skopiować kilkanaście stron?, albo po prostu: "Czy mogłabym skopiować kilkanaście stron przed panią?")
A na razie, wniosek do zapamiętania jest taki, że w tej współczesnej nauce daje się znaleźć fajne rodzynki, ale trzeba umieć i dysponować odpowiednią, tygrysiczną, czujnością, oraz tygrysicznym również, intelektualnym przygotowaniem. I to by był wniosek, który powinniście sobie wbić w głowy, a także przemyśleć.
Co proszę? Nie, pisemnego dzisiaj nic nie zadaję. Co oczywiście nie znaczy, byście mieli po prostu oglądać seriale. Chyba że, ma się rozumieć, na tygrysiczny sposób. To tyle!
triarius
P.S. A teraz wychodzimy. Spokojnie i pojedynczo. Jak zawsze, ważać na ogony!
piątek, stycznia 23, 2015
O dwóch szkołach wśród liberałów
Odnośnie obowiązków państwa i ograniczeń którym ma podlegać, istnieją zasadniczo wśród liberałów dwie szkoły. Pierwsza głosi, że państwo nie ma prawa zabraniać niczego, co nie ogranicza komuś jego przyrodzonego prawa do taplania się w wulgarności. Druga idzie dalej, zakazując państwu ingerowania we wszystko, poza tym jedynie, co realnie mogłoby zakłócić lemingom radosny marsz do rzeźni.
triarius
triarius
słowa kluczowe:
bonmot,
ideologie polityczne,
lemingi,
liberalizm,
państwo,
rzeźnia,
wulgarność
środa, stycznia 14, 2015
A może by tak odzyskać ciało?
Dzisiaj chciałem napisać coś całkiem na serio. Wiem - to może być spore zaskoczenie, bo jeśli ktoś to czyta, to dla figlasów, podrabianej edukacji, naciąganej elokwencji i cieszenia się przez łzy ze spektaklu degrengolady i upadku tej naszej, największej ze wszystkich w historii, cywilizacji.
Jednakowoż...
* Tygrysista wie, a przynajmniej wiedzieć POWINIEN, że jest ciałem obdarzonym duchem, nie zaś jakimś szemranym "wolnym duchem" przywiązanym do trupa. Niestety ogromna część pozostałych ludzi, wliczając w to oczywiście lemingi, stanowi dzisiaj raczej tę drugą kategorię - i nie mówię że duch u nich realnie kwitnie, tylko że oni faktycznie tak się widzą i nic poza móżdżeniem z życiowych funkcji niemal nie przejawiają. To jest bardzo głęboka i ważna myśl - która mnie samemu w znacznej mierze naprawdę wieki temu odmieniła, i to na lepsze, życie, więc radzę i się dopraszam w to wczuć i przemyśleć.
* Cytat powyższy jest (swobodnie i z pamięci) przetłumaczony z książki Alexandra Lowena "Betrayal of the Body", która, jak kojarzę, chyba nawet została wydana po polsku. To jedna z obowiązkowych lektur Tygrysizmu Stosowanego, mimo że Lowen to zasadniczo kalifornijski lewak od New Age'u. Nieważne - tam są b. istotne rzeczy, a Tygrysizm Stosowany ma to do siebie, że się uczy nawet od diabła, jeśli akurat warto.
* Przeciętny dzisiejszy, polski, prawicowy użytkownik internetu nie przedstawia się - cieleśnie - przesadnie imponująco, czym gwałci podaną tu przed chwilą zasadę. To jest w rzeczywistości nieco bardziej skomplikowane, bo tu nie chodzi, przynajmniej w tej chwili, o imponujący wygląd sam w sobie, tylko w tym problem, że taki człek ma korę mózgową i jakieś pokraczne, niemal martwe, choć często tłuste, ciało, które sam traktuje jako trupa do tej swojej "swobodnej" (ach!) kory i czego tam jeszcze "duchowego" ktoś (diabeł?) mu na złość przywiązał. Nam to naprawdę tutaj NIE PASUJE!
* Rozumiem, że jeśli to powyższe do ciebie się też odnosi, to nie ciągnie cię żeby się tym swoim (za przeproszeniem) trupim cialem zajmować. Jednak - UWIERZ człeku! - powinieneś i wszyscy (poza ew. Tuskiem, Merkelą i takimi) będą z tego o wiele szczęśliwsi.
* Jak sam już może zgadłeś, powinieneś jakoś ćwiczyć, ale Pan Tygrys, w odróżnieniu od innych tego typu agitatorów, zdaje sobie sprawę z problemów, jakie tutaj występują. Wcale nie jest łatwo, i to mówiąc bardzo już eufemistycznie, mając takie oklapłe i niepotrzebne trupie cialo, zacząć się nim intensywnie zajmować, i żeby nam to bardzo szybko kompletnie nie obrzydło. Ćwiczy taki, a z konieczności jakikolwiek pozytywny wynik zobaczy dopiero za tygodnie, przez ten czas, zamiast swoje marne ciało ignorować, z konieczności musi się w nim babrać... W dodatku się jakoś tam męczy, choć trochę... Dno i ja wiem, że to niemal nigdy nie zadziała.
* Od tego jesteśmy Panem Tygrysem, jednym z twórców, jakby nie było, Tygrysizmu Stosowanego, żeby takie problemy, niczym węzeł gordyjski, genialnie rozcinać. I my właśnie to tutaj zrobimy. (Alleluja? Jasne że Alleluja!)
* Zaczynamy więc od czegoś, co:
a. można sobie robić kiedy się chce, krótko, długo, z doskoku, wiele razy dziennie, jeśli ktoś ma w głowie poukładane...
b. jest tanie...
c. jest dziecinnie łatwe...
d. nadaje się dla całej ew. rodziny, a także Krewnych i Znajomych Królika...
e. daje b. realne i szybkie korzyści czysto cielesne, a także dla sfery interfejsu pomiędzy ciałem i duchem...
f. jest cholernie przyjemne i zabawne, więc nie ma smętnego oczekiwania, żeby się cokolwiek poprawiło i człek zobaczył sens tego wszystkiego.
To chyba tyle, ale powinno wystarczyć, zgoda?
No więc umówmy się tak... Ja tu przedstawię coś, co możecie zacząć robić, a nawet powinniście, jeśli to chwyci i będzie odzew, to za jakiś czas przedstawię jakieś inne, uzupełniające, może o wiele radykalniejsze (choć może nie aż tak łatwiutkie) ćwiczonka, które uczynią z was tygrysistów całą gębą, Adonisów i w ogóle ozdobę herbatek u cioci czy balów w remizie, zależnie od waszych upodobań i możliwości.
No więc na razie robimy to:
1. Idziecie na Allegro.pl i patrzycie na takie coś, co się po polsku określa mianem "poduszka/platforma do balansowania" albo "dysk sensoryczny". Możecie wybrać "Sport i wypoczynek", a potem w lokalną wyszukiwarkę wrzucić "równowaga" (bez cudzysłowów). Albo po prostu kliknąc na tego linka. Który mielibyście kupić? Nie wiem, serio. To zależy od forsy, gustu, intuicji... (Ja swoje takie coś kupilem lata temu na eBayu.) To oczywiście nie musi być kupione akurat na Allegro - chodzi mi tylko o to, żebyście wiedzieli co macie kupić.
Po mieszkaniu chodzicie oczywiście "na bosaka". To znaczy może nie całkiem jak Dorotka co tańczyła do kolusia, ale w sensie że bez jakichś tam twardych podeszew. Mogą być grube skarpety. (Wiem oczywiście, że jak ktoś co chwilę musi wyskakiwać z domu, żeby nakarmić świnie i wydoić kozy, to może być problem. Ale wtedy też ściągacie buty i hop!)
Tę tarczkę czy też dysk, kładziecie w jakimś wygodnym miejscu w mieszkaniu. Na podłodze. Na przykład w miejscu mocno uczęczczanym. Może być koło telewizora. No i co pewien czas - spontanicznie, bez żadnego uczucia przymusu - wskakujecie sobie na to coś i surfujecie. Znaczy staracie się utrzymać równowagę. Z otwartymi oczyma i bez większych ruchów to nie jest bardzo trudne, zresztą i tak śmierć czy kalectwo raczej wam nie grożą, choć lepiej to jednak ustawić nieco dalej od rozpalonego kotła czy dołu z jadowitymi wężami.
W sumie tyle. Po co to, spyta ktoś? Radość dzika, kontakt z ciałem tego waszego "wolnego" (że się zaśmieję) ducha i tej przerośniętej kory nareszcie odzyskujecie, trenując przy tym zarówno poczucie równowagi w błędniku, jak i MIĘŚNIE odpowiedzialne za postawę i równowagę. To naprawdę nie jest byle co i wielu nawet kulturystów także by skorzystało mięśnie te sobie potrenowawszy.
Oczywiście rodzina też, oczywiście możecie sobie kupić dwa albo więcej - takie same, albo inne, bo każdy wymusza nieco inną walkę z grawitacją, daje więc coś nieco innego. Ew. zawody, przekomarzanki... Jak będzie już wam względnie łatwo się po prostu utrzymać - spróbujcie zamkąć oczki i/lub żywo pogestykulować rękoma, albo potańczyć twista czy sambinhę. Tyle!
Jeśli ktoś wykona, byłbym wdzięczny za feedback i ew. prośby o dalszy ciąg, ponieważ mam z was, drogie ludzie, zamiar uczynić elitę - także w wymiarze fizycznym. A teraz do wyznaczonych zajęć odmaszerować!
triarius
Jednakowoż...
* Tygrysista wie, a przynajmniej wiedzieć POWINIEN, że jest ciałem obdarzonym duchem, nie zaś jakimś szemranym "wolnym duchem" przywiązanym do trupa. Niestety ogromna część pozostałych ludzi, wliczając w to oczywiście lemingi, stanowi dzisiaj raczej tę drugą kategorię - i nie mówię że duch u nich realnie kwitnie, tylko że oni faktycznie tak się widzą i nic poza móżdżeniem z życiowych funkcji niemal nie przejawiają. To jest bardzo głęboka i ważna myśl - która mnie samemu w znacznej mierze naprawdę wieki temu odmieniła, i to na lepsze, życie, więc radzę i się dopraszam w to wczuć i przemyśleć.
* Cytat powyższy jest (swobodnie i z pamięci) przetłumaczony z książki Alexandra Lowena "Betrayal of the Body", która, jak kojarzę, chyba nawet została wydana po polsku. To jedna z obowiązkowych lektur Tygrysizmu Stosowanego, mimo że Lowen to zasadniczo kalifornijski lewak od New Age'u. Nieważne - tam są b. istotne rzeczy, a Tygrysizm Stosowany ma to do siebie, że się uczy nawet od diabła, jeśli akurat warto.
* Przeciętny dzisiejszy, polski, prawicowy użytkownik internetu nie przedstawia się - cieleśnie - przesadnie imponująco, czym gwałci podaną tu przed chwilą zasadę. To jest w rzeczywistości nieco bardziej skomplikowane, bo tu nie chodzi, przynajmniej w tej chwili, o imponujący wygląd sam w sobie, tylko w tym problem, że taki człek ma korę mózgową i jakieś pokraczne, niemal martwe, choć często tłuste, ciało, które sam traktuje jako trupa do tej swojej "swobodnej" (ach!) kory i czego tam jeszcze "duchowego" ktoś (diabeł?) mu na złość przywiązał. Nam to naprawdę tutaj NIE PASUJE!
* Rozumiem, że jeśli to powyższe do ciebie się też odnosi, to nie ciągnie cię żeby się tym swoim (za przeproszeniem) trupim cialem zajmować. Jednak - UWIERZ człeku! - powinieneś i wszyscy (poza ew. Tuskiem, Merkelą i takimi) będą z tego o wiele szczęśliwsi.
* Jak sam już może zgadłeś, powinieneś jakoś ćwiczyć, ale Pan Tygrys, w odróżnieniu od innych tego typu agitatorów, zdaje sobie sprawę z problemów, jakie tutaj występują. Wcale nie jest łatwo, i to mówiąc bardzo już eufemistycznie, mając takie oklapłe i niepotrzebne trupie cialo, zacząć się nim intensywnie zajmować, i żeby nam to bardzo szybko kompletnie nie obrzydło. Ćwiczy taki, a z konieczności jakikolwiek pozytywny wynik zobaczy dopiero za tygodnie, przez ten czas, zamiast swoje marne ciało ignorować, z konieczności musi się w nim babrać... W dodatku się jakoś tam męczy, choć trochę... Dno i ja wiem, że to niemal nigdy nie zadziała.
* Od tego jesteśmy Panem Tygrysem, jednym z twórców, jakby nie było, Tygrysizmu Stosowanego, żeby takie problemy, niczym węzeł gordyjski, genialnie rozcinać. I my właśnie to tutaj zrobimy. (Alleluja? Jasne że Alleluja!)
* Zaczynamy więc od czegoś, co:
a. można sobie robić kiedy się chce, krótko, długo, z doskoku, wiele razy dziennie, jeśli ktoś ma w głowie poukładane...
b. jest tanie...
c. jest dziecinnie łatwe...
d. nadaje się dla całej ew. rodziny, a także Krewnych i Znajomych Królika...
e. daje b. realne i szybkie korzyści czysto cielesne, a także dla sfery interfejsu pomiędzy ciałem i duchem...
f. jest cholernie przyjemne i zabawne, więc nie ma smętnego oczekiwania, żeby się cokolwiek poprawiło i człek zobaczył sens tego wszystkiego.
To chyba tyle, ale powinno wystarczyć, zgoda?
No więc umówmy się tak... Ja tu przedstawię coś, co możecie zacząć robić, a nawet powinniście, jeśli to chwyci i będzie odzew, to za jakiś czas przedstawię jakieś inne, uzupełniające, może o wiele radykalniejsze (choć może nie aż tak łatwiutkie) ćwiczonka, które uczynią z was tygrysistów całą gębą, Adonisów i w ogóle ozdobę herbatek u cioci czy balów w remizie, zależnie od waszych upodobań i możliwości.
No więc na razie robimy to:
1. Idziecie na Allegro.pl i patrzycie na takie coś, co się po polsku określa mianem "poduszka/platforma do balansowania" albo "dysk sensoryczny". Możecie wybrać "Sport i wypoczynek", a potem w lokalną wyszukiwarkę wrzucić "równowaga" (bez cudzysłowów). Albo po prostu kliknąc na tego linka. Który mielibyście kupić? Nie wiem, serio. To zależy od forsy, gustu, intuicji... (Ja swoje takie coś kupilem lata temu na eBayu.) To oczywiście nie musi być kupione akurat na Allegro - chodzi mi tylko o to, żebyście wiedzieli co macie kupić.
Po mieszkaniu chodzicie oczywiście "na bosaka". To znaczy może nie całkiem jak Dorotka co tańczyła do kolusia, ale w sensie że bez jakichś tam twardych podeszew. Mogą być grube skarpety. (Wiem oczywiście, że jak ktoś co chwilę musi wyskakiwać z domu, żeby nakarmić świnie i wydoić kozy, to może być problem. Ale wtedy też ściągacie buty i hop!)
Tę tarczkę czy też dysk, kładziecie w jakimś wygodnym miejscu w mieszkaniu. Na podłodze. Na przykład w miejscu mocno uczęczczanym. Może być koło telewizora. No i co pewien czas - spontanicznie, bez żadnego uczucia przymusu - wskakujecie sobie na to coś i surfujecie. Znaczy staracie się utrzymać równowagę. Z otwartymi oczyma i bez większych ruchów to nie jest bardzo trudne, zresztą i tak śmierć czy kalectwo raczej wam nie grożą, choć lepiej to jednak ustawić nieco dalej od rozpalonego kotła czy dołu z jadowitymi wężami.
W sumie tyle. Po co to, spyta ktoś? Radość dzika, kontakt z ciałem tego waszego "wolnego" (że się zaśmieję) ducha i tej przerośniętej kory nareszcie odzyskujecie, trenując przy tym zarówno poczucie równowagi w błędniku, jak i MIĘŚNIE odpowiedzialne za postawę i równowagę. To naprawdę nie jest byle co i wielu nawet kulturystów także by skorzystało mięśnie te sobie potrenowawszy.
Oczywiście rodzina też, oczywiście możecie sobie kupić dwa albo więcej - takie same, albo inne, bo każdy wymusza nieco inną walkę z grawitacją, daje więc coś nieco innego. Ew. zawody, przekomarzanki... Jak będzie już wam względnie łatwo się po prostu utrzymać - spróbujcie zamkąć oczki i/lub żywo pogestykulować rękoma, albo potańczyć twista czy sambinhę. Tyle!
Jeśli ktoś wykona, byłbym wdzięczny za feedback i ew. prośby o dalszy ciąg, ponieważ mam z was, drogie ludzie, zamiar uczynić elitę - także w wymiarze fizycznym. A teraz do wyznaczonych zajęć odmaszerować!
triarius
słowa kluczowe:
Alexander Lowen,
ciało,
ćwiczenia fizyczne,
dysk sensoryczny,
fizkultura,
mięśnie,
przerost kory,
równowaga,
Tygrysizm Stosowany
wtorek, stycznia 13, 2015
Czy ogromne biusty mają jeszcze jakąś przyszłość i dlaczego nic o nich dotąd nie mówił papież Franciszek, ani TV Trwam nie zrobiła reportażu?
W ramach ogłoszeń parafialnych i zjadania własnego ogona:
Mam ci ja akurat w głowie duży, mądry i jakżesz aktualny tekst pod roboczym tytułem "Kowboj Hollande i Kowboj Merkel", ale musielibyście mnie mocno pocisnąć i się ponapraszać, bo to by było sporo roboty, a pisanie, wbrew pozorom, okrutnie mnie męczy. Oczywiście możecie powyższe zignorować, nie ma sprawy - i tak macie jakieś 15 do 20 procent szansy, że to jednak dla was napiszę.
A teraz do ad remu...
* * *
Właśnie przeczytałem na tasiemce zachodniej telewizji, że "papież Franciszek zaapelował o przestrzeganie praw człowieka". Zrobiło mi się cholernie przykro, choć przecież większych złudzeń co do dzisiejszego Kościoła mieć już od dawna nie mogłem, a pęd do przerobienia katolicyzmu na Departament ds. Drugiej Religijności - obecny przecież b. wyraźnie co najmniej od lat '60 ubiegłego wieku - przybrał ostatnio zdecydowanie na sile. (Szczerze mówiąc, kiedy go wybrano, MIAŁEM spore złudzenia co do obecnego papieża. Cóż, widać bez pewnej dozy naiwnego optymizmu po prostu się nie da.)
Głowa i główny autorytet poważnego, jakby nie było, wyznania, która przyłącza się bez cienia próby zaznaczenia swej odrębności do wszechpanującej dziś - tyle że już nie na "całym świecie", bo to się od paru miesięcy b. zdecydowanie i na naszych oczach odkręca, ale na pewno na Zachodzie - mętnej religii "praw człowieka"...
Produktu oświeceniowego deizmu (tu ukłony dla panów Robespierre i Korwin-Mikke!). Wrogiego wobec katolicyzmu, w ogóle próbującego wszelkie religie zastąpić czymś "racjonalnym" i rzekomo lepszym, choć lud jakoś tej Istoty Najwyższej, mimo starczych chórów, nie łyknął, więc trzeba dalej kombinować, wykorzystując do tego także i znienawidzony Kościół Katolicki...
Dla każdego prawdziwego przywódcy tego Kościoła dogmaty i moralne nakazy jego własnej wiary stoją bez porównania wyżej od jakichś wymóżdżonych i stale nam, nie wiadomo na jakiej niby podstawie, aktualizowanych, "praw człowieka". Jednak oczywiście dzisiejsi katolicy to nie muzułmanie, więc nikt się tam z nimi pieścił za bardzo nie będzie. Ci drudzy też nie, więc albo to się da wykorzystać, albo won na śmietnik historii! (To oczywiście nie ja mówię, tylko ci... Wiadomo chyba kto.)
Cholernie smutne, poniekąd także piekielnie żenujące, choć przecież ze mnie żaden tam "dobry katolik" - może bym i się starał, ale trzeba było nie robić jakichś szemranych V2! No dobra, można by o tym jeszcze sporo, na pewno nie byłyby to same banały i oczywistości, ale ja chciałbym w końcu dojść do tych tytułowych ogromnych biustów i dać tu coś konkretnego, w co się można będzie wgryźć, a nawet wessać, i to z przyjemnością.
Wczoraj, wędrując sobie smętnie po kanałach tego żałosnego pakietu telewizji wszelakich co ją mam, jako dodatek do internetu, dzięki któremu się z wami, kochane ludzie, mogę kontaktować, ujrzałem zapowiedź programu na TV Trwam, no i oczywiście (zgadliście?) był to reportaż o kobiecym obrzezaniu w Kenii. Wkurza mnie mocno, jak już niektórzy mogą wiedzieć, pakowanie się Kościoła w takie sprawy, i to z wielu powodów. O niektórych już pisałem (w tekście o "Małym braciszku ubeka"), ale jeszcze mi trochę przyszło do głowy i dlatego powstał cały ten tutaj tekst.
Argumenty, które dotąd przywołałem, były m.in. takie, że gdyby naprawdę chodziło o dobro tych przycinanych tu i ówdzie kobiet (choć z pewnością, jeśli ktoś je w ogóle pytał o zdanie, ty tylko b. wybiórczo, nie oszukujmy się!), no to dlaczego zawsze to musi być Kenia, albo inna Uganda - nigdy zaś Arabia Saudyjska czy Egipt? Tam trudniej nakręcić reportaż? Zgoda, ale można to przecie nadrobić ustnym komentarzem. Nie można? No to sorry, ale bez wyjaśnienia dlaczego nie, ja nie łykam całej tej, excusez le mot, podejrzanej propagandy!
Wspomniałem też o męskich niemowlętach, i to nie tylko tu czy tam, ale także w krajach takich jak np. Ameryka, gdzie teraz może już nie tak powszechnie, ale do niedawna przycinanie ich było stałą i "automatyczną" praktyką w szpitalach, gdzie te chłopięta się rodziły. Powody, jeśli już się ktoś odważał spytać, były podawane różne - od "higienicznych" (na co oczywiście nie ma żadnych naukowych dowodów), po takie, że dzięki temu tamci, co to mają z przyczyn kulturowo-religijnych nie będą się wyróżniać. (Fajne? Niedługo, jak mi teraz przyszło do głowy, może podobnie będzie z kobietami Zachodu - w końcu NIKT chyba się nie ma wyróżniać? CI też przecie.)
Już po napisaniu tamtego tekstu przyszło mi do głowy, że w końcu na Zachodzie - tym cywilizowanym, pozbawionym religijnego fanatyzmu i w ogóle - jest teraz szaleństwo operacji plastycznych, więc niby jaka jest ta istotna różnica pomiędzy tym upiększaniem ciała, a tamtym? Tym bardziej że "te" regiony także sobie panie jak najbardziej "upiększają", a większość, z tego co słyszę, właśnie jakby w tę samą stronę, co w Kenii czy (ale cicho, bo się wyda!) Egipcie. Wot problema! (Kto nie wierzy, niech sobie wrzuci w Googla "Barbie look".)
Jednak clou (wszyscy w końcu jesteśmy dzisiaj Charlie) mojej diatryby jest jeszcze inne. Przed chwilą przyszło mi to do głowy i dlatego właśnie zdecydowałem się tę sprawę znowu poruszyć. Otóż mieszkałem ci ja swego czasu w Szwecji. I miałem sobie żonę, a żona miała OGROOOMNY biust. (Jak dziwnie spora część moich co bliższych kobiet, tak się składa.) No i ile razy ta moja żona poszła w tej Szwecji do lekarza, nie bylo możliwości, by jej nie namawiano na obcięcie sobie tego biustu.
Nie osobiście, ale o wydanie zgody na dokonanie na nim, tym biuście, eutanazji. Czyli że jakiś chirurg, opłacany z państwowej kasy, czyli podatnika, ufunduje mojej babie pozbycie się tych, całkiem niepotrzebnych, drugo... Czy to będzie trzecio? Rzędnych cech płciowych. Powód? Bełkotali m.in. coś o raku. Jasne - bez cycków wszyscy będziemy żyć wiecznie, a jedyny rak jaki istnieje, dotyczy dużych piersi! (Zresztą, choć nie chcę się babrać w tego typu problematyce, zdaje się najmniej śmiertelny ze wszystkich.)
No i, każdy przytomny człowiek sam na to wpadnie, że w Szwecji musi być bardzo niewiele kobiet w b. dużym biustem, bo jednak przeciętny leming (płci zresztą nieokreślonej, bo to Szwecja, ale raczej nie męskiej) na takie namawianie reaguje jak kot na szperkę i od ręki podpisuje stosowną zgodę. A potem to już tylko ciach i wszyscy szczęśliwi.
Tylko powiedzcie mi, kochane ludzie, jaka jest istotna różnica między tym i tamtym w tej Kenii? Mi to wygląda jakoś tak, że każda, lub niemal każda, cywilizacja ma tego typu zapędy. I nie bardzo wiadomo dlaczego, tak jak nie i znamy w sumie przyczyny ogromnej ilości trepanowanych czaszek z różnych prehistorycznych kultur. Przecież trepanacja czaszki - bez jakiegoś hiper-skutecznego znieczulenia czy choćby aseptyki - to też nie jest jakaś wprost wielka przyjemność dla pacjenta. Prawda?
W Kenii to ma swoje odwieczne kulturowe uzasadnienie, tak? Jasne - dla Charlie Hebdo i innych takich, oczywiście to jak najbardziej powód, by zwalczać, ale DLA KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO?! Że im się po prostu (de gustibus etc.) takie przycięte kobietki o wiele bardziej podobają, podczas gdy tutaj, na Zachodzie, nikt jeszcze (no, poza homoseksualnymi projektantami mody) nie uważa, że kobieta bez cycków jest ładniejsza od takiej z b. obfitymi i ogólnie... (Ach!)
Tak że, jeśli mam rację, a przeważnie (niestety) ją miewam, to niektórzy tutaj, w naszym w dodatku imieniu, pakują się w cholernie paskudną i po prostu niebezpieczną grę, próbując nas mamić i oszukiwać pokrętnymi argumenty... Naprawdę - brzydko się bawicie i nie idźcie tą drogą! Każda mądra babcia wam powie, że oddając się zbyt łatwo, przekreślasz sobie szansę na jakikolwiek szacunek i dobre traktowanie - wiec sorry, ale katolicy nie powinni się tej szemranej bandzie, rządzącej obecnie światem pod hasłem "praw człowieka" oddawać na samo gwizdnięcie! Tego nawet największy przyjaciel człowieka zazwyczaj nie robi.
triarius
Mam ci ja akurat w głowie duży, mądry i jakżesz aktualny tekst pod roboczym tytułem "Kowboj Hollande i Kowboj Merkel", ale musielibyście mnie mocno pocisnąć i się ponapraszać, bo to by było sporo roboty, a pisanie, wbrew pozorom, okrutnie mnie męczy. Oczywiście możecie powyższe zignorować, nie ma sprawy - i tak macie jakieś 15 do 20 procent szansy, że to jednak dla was napiszę.
A teraz do ad remu...
* * *
Właśnie przeczytałem na tasiemce zachodniej telewizji, że "papież Franciszek zaapelował o przestrzeganie praw człowieka". Zrobiło mi się cholernie przykro, choć przecież większych złudzeń co do dzisiejszego Kościoła mieć już od dawna nie mogłem, a pęd do przerobienia katolicyzmu na Departament ds. Drugiej Religijności - obecny przecież b. wyraźnie co najmniej od lat '60 ubiegłego wieku - przybrał ostatnio zdecydowanie na sile. (Szczerze mówiąc, kiedy go wybrano, MIAŁEM spore złudzenia co do obecnego papieża. Cóż, widać bez pewnej dozy naiwnego optymizmu po prostu się nie da.)
Głowa i główny autorytet poważnego, jakby nie było, wyznania, która przyłącza się bez cienia próby zaznaczenia swej odrębności do wszechpanującej dziś - tyle że już nie na "całym świecie", bo to się od paru miesięcy b. zdecydowanie i na naszych oczach odkręca, ale na pewno na Zachodzie - mętnej religii "praw człowieka"...
Produktu oświeceniowego deizmu (tu ukłony dla panów Robespierre i Korwin-Mikke!). Wrogiego wobec katolicyzmu, w ogóle próbującego wszelkie religie zastąpić czymś "racjonalnym" i rzekomo lepszym, choć lud jakoś tej Istoty Najwyższej, mimo starczych chórów, nie łyknął, więc trzeba dalej kombinować, wykorzystując do tego także i znienawidzony Kościół Katolicki...
Dla każdego prawdziwego przywódcy tego Kościoła dogmaty i moralne nakazy jego własnej wiary stoją bez porównania wyżej od jakichś wymóżdżonych i stale nam, nie wiadomo na jakiej niby podstawie, aktualizowanych, "praw człowieka". Jednak oczywiście dzisiejsi katolicy to nie muzułmanie, więc nikt się tam z nimi pieścił za bardzo nie będzie. Ci drudzy też nie, więc albo to się da wykorzystać, albo won na śmietnik historii! (To oczywiście nie ja mówię, tylko ci... Wiadomo chyba kto.)
Cholernie smutne, poniekąd także piekielnie żenujące, choć przecież ze mnie żaden tam "dobry katolik" - może bym i się starał, ale trzeba było nie robić jakichś szemranych V2! No dobra, można by o tym jeszcze sporo, na pewno nie byłyby to same banały i oczywistości, ale ja chciałbym w końcu dojść do tych tytułowych ogromnych biustów i dać tu coś konkretnego, w co się można będzie wgryźć, a nawet wessać, i to z przyjemnością.
Wczoraj, wędrując sobie smętnie po kanałach tego żałosnego pakietu telewizji wszelakich co ją mam, jako dodatek do internetu, dzięki któremu się z wami, kochane ludzie, mogę kontaktować, ujrzałem zapowiedź programu na TV Trwam, no i oczywiście (zgadliście?) był to reportaż o kobiecym obrzezaniu w Kenii. Wkurza mnie mocno, jak już niektórzy mogą wiedzieć, pakowanie się Kościoła w takie sprawy, i to z wielu powodów. O niektórych już pisałem (w tekście o "Małym braciszku ubeka"), ale jeszcze mi trochę przyszło do głowy i dlatego powstał cały ten tutaj tekst.
Argumenty, które dotąd przywołałem, były m.in. takie, że gdyby naprawdę chodziło o dobro tych przycinanych tu i ówdzie kobiet (choć z pewnością, jeśli ktoś je w ogóle pytał o zdanie, ty tylko b. wybiórczo, nie oszukujmy się!), no to dlaczego zawsze to musi być Kenia, albo inna Uganda - nigdy zaś Arabia Saudyjska czy Egipt? Tam trudniej nakręcić reportaż? Zgoda, ale można to przecie nadrobić ustnym komentarzem. Nie można? No to sorry, ale bez wyjaśnienia dlaczego nie, ja nie łykam całej tej, excusez le mot, podejrzanej propagandy!
Wspomniałem też o męskich niemowlętach, i to nie tylko tu czy tam, ale także w krajach takich jak np. Ameryka, gdzie teraz może już nie tak powszechnie, ale do niedawna przycinanie ich było stałą i "automatyczną" praktyką w szpitalach, gdzie te chłopięta się rodziły. Powody, jeśli już się ktoś odważał spytać, były podawane różne - od "higienicznych" (na co oczywiście nie ma żadnych naukowych dowodów), po takie, że dzięki temu tamci, co to mają z przyczyn kulturowo-religijnych nie będą się wyróżniać. (Fajne? Niedługo, jak mi teraz przyszło do głowy, może podobnie będzie z kobietami Zachodu - w końcu NIKT chyba się nie ma wyróżniać? CI też przecie.)
Już po napisaniu tamtego tekstu przyszło mi do głowy, że w końcu na Zachodzie - tym cywilizowanym, pozbawionym religijnego fanatyzmu i w ogóle - jest teraz szaleństwo operacji plastycznych, więc niby jaka jest ta istotna różnica pomiędzy tym upiększaniem ciała, a tamtym? Tym bardziej że "te" regiony także sobie panie jak najbardziej "upiększają", a większość, z tego co słyszę, właśnie jakby w tę samą stronę, co w Kenii czy (ale cicho, bo się wyda!) Egipcie. Wot problema! (Kto nie wierzy, niech sobie wrzuci w Googla "Barbie look".)
Jednak clou (wszyscy w końcu jesteśmy dzisiaj Charlie) mojej diatryby jest jeszcze inne. Przed chwilą przyszło mi to do głowy i dlatego właśnie zdecydowałem się tę sprawę znowu poruszyć. Otóż mieszkałem ci ja swego czasu w Szwecji. I miałem sobie żonę, a żona miała OGROOOMNY biust. (Jak dziwnie spora część moich co bliższych kobiet, tak się składa.) No i ile razy ta moja żona poszła w tej Szwecji do lekarza, nie bylo możliwości, by jej nie namawiano na obcięcie sobie tego biustu.
Nie osobiście, ale o wydanie zgody na dokonanie na nim, tym biuście, eutanazji. Czyli że jakiś chirurg, opłacany z państwowej kasy, czyli podatnika, ufunduje mojej babie pozbycie się tych, całkiem niepotrzebnych, drugo... Czy to będzie trzecio? Rzędnych cech płciowych. Powód? Bełkotali m.in. coś o raku. Jasne - bez cycków wszyscy będziemy żyć wiecznie, a jedyny rak jaki istnieje, dotyczy dużych piersi! (Zresztą, choć nie chcę się babrać w tego typu problematyce, zdaje się najmniej śmiertelny ze wszystkich.)
No i, każdy przytomny człowiek sam na to wpadnie, że w Szwecji musi być bardzo niewiele kobiet w b. dużym biustem, bo jednak przeciętny leming (płci zresztą nieokreślonej, bo to Szwecja, ale raczej nie męskiej) na takie namawianie reaguje jak kot na szperkę i od ręki podpisuje stosowną zgodę. A potem to już tylko ciach i wszyscy szczęśliwi.
Tylko powiedzcie mi, kochane ludzie, jaka jest istotna różnica między tym i tamtym w tej Kenii? Mi to wygląda jakoś tak, że każda, lub niemal każda, cywilizacja ma tego typu zapędy. I nie bardzo wiadomo dlaczego, tak jak nie i znamy w sumie przyczyny ogromnej ilości trepanowanych czaszek z różnych prehistorycznych kultur. Przecież trepanacja czaszki - bez jakiegoś hiper-skutecznego znieczulenia czy choćby aseptyki - to też nie jest jakaś wprost wielka przyjemność dla pacjenta. Prawda?
W Kenii to ma swoje odwieczne kulturowe uzasadnienie, tak? Jasne - dla Charlie Hebdo i innych takich, oczywiście to jak najbardziej powód, by zwalczać, ale DLA KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO?! Że im się po prostu (de gustibus etc.) takie przycięte kobietki o wiele bardziej podobają, podczas gdy tutaj, na Zachodzie, nikt jeszcze (no, poza homoseksualnymi projektantami mody) nie uważa, że kobieta bez cycków jest ładniejsza od takiej z b. obfitymi i ogólnie... (Ach!)
Tak że, jeśli mam rację, a przeważnie (niestety) ją miewam, to niektórzy tutaj, w naszym w dodatku imieniu, pakują się w cholernie paskudną i po prostu niebezpieczną grę, próbując nas mamić i oszukiwać pokrętnymi argumenty... Naprawdę - brzydko się bawicie i nie idźcie tą drogą! Każda mądra babcia wam powie, że oddając się zbyt łatwo, przekreślasz sobie szansę na jakikolwiek szacunek i dobre traktowanie - wiec sorry, ale katolicy nie powinni się tej szemranej bandzie, rządzącej obecnie światem pod hasłem "praw człowieka" oddawać na samo gwizdnięcie! Tego nawet największy przyjaciel człowieka zazwyczaj nie robi.
triarius
słowa kluczowe:
biust,
deizm,
kościół katolicki,
obrzezanie kobiet,
operacje plastyczne,
piersi,
politpoprawność,
prawa człowieka,
Szwecja,
trepanacja,
V2
niedziela, stycznia 11, 2015
Je suis Charlie - moi aussi!
Każdy dzisiaj jest Charlie, no to moi aussi. Bien sûr. Kocham przecie wolność słowa jak nie wiem co. No więc, w ramach mego umiłowania wolności słowa (i ponieważ nie chce mi się rysować karykatur, które potem musiałbym jeszcze pracowicie wklejać), trochę wolności słowa par excellence...
Najsampierw wstępny projekt hymnu Lemingów na dzisiejszy paryski spęd, ale przecież nie tylko:
Leberały nas w to szambo wpakowały -
Leberały, Leberały!
Więc lemingi będą zawsze ich kochały,
Leberały, Leberały!
Co do choreografii to nie chcę nikomu nic narzucać, bo same Lemingi są w tym dobre i na pewno jakieś fajne machanie chorągiewkami same z siebie dodadzą.
Można dodać to jako kolejną zwrotkę do tego o ruszaniu z posad. Albo o tej tam europejskiej radości, gdyby akurat taka była mądrość etapu. Czy nawet chwilowo zastąpić, bo ani radości ani ruszania na razie za bardzo nie widać. Do przemyślenia i wykorzystania, w każdym razie. W razie czego, jeśli się spodoba, proszę powiedzieć i ja napiszę więcej zwrotek. (A także może spróbuję to przełożyć na parę innych języków, bo w końcu po polsku to to wielkiej kariery, nie oszukujmy się, nie zrobi i z posad nie ruszy.)
Po drugie zaś (i TUTAJ naprawdę przyda nam się Charlie Hebdo i umiłowanie wolności słowa!) na dzisiejszym spędzie chciałbym zachęcić do wypatrywania pewnych szczególików, których ja sam pewnie nie zdołam wypatrzyć, bowiem rzucę na to okiem w zagranicznych jedynie telewizjach, a tam, obawiam się, premiery Kopacz nie pokażą. (Przyczyna? Naprawdę nie chciałbym po dyletancku zgadywać.)
No więc postarajcie się, z łaski swojej, wypatrzyć, a potem mi łaskawie powiedzcie:
1. Czy Premiera Kopacz znowu miała zbyt dużą pieluchę, która jej przeszkadzała w chodzeniu, jak podczas swej niedawnej wizyty w Niemczech?
2. Kto tym tazem szturchał premierę Kopacz w krzyże, żeby chodziła (mimo pieluchy?) względnie prosto, jak podczas wspomnianej niedawnej wizyty?
I to by było na tyle, au revoir i pamiętajcie że moi aussi, je suis Charlie, więc ten dzisiejszy spęd, jak i cała pozostała kampania na rzecz wolności słowa (ach!) to także poparcie dla mnie, moich, choćby i kontrowersyjnych, poglądów, i moich, lepszych czy gorszych, dowcipasów. Liczę na was, kochane Lemingi!
triarius
Najsampierw wstępny projekt hymnu Lemingów na dzisiejszy paryski spęd, ale przecież nie tylko:
Leberały nas w to szambo wpakowały -
Leberały, Leberały!
Więc lemingi będą zawsze ich kochały,
Leberały, Leberały!
Co do choreografii to nie chcę nikomu nic narzucać, bo same Lemingi są w tym dobre i na pewno jakieś fajne machanie chorągiewkami same z siebie dodadzą.
Można dodać to jako kolejną zwrotkę do tego o ruszaniu z posad. Albo o tej tam europejskiej radości, gdyby akurat taka była mądrość etapu. Czy nawet chwilowo zastąpić, bo ani radości ani ruszania na razie za bardzo nie widać. Do przemyślenia i wykorzystania, w każdym razie. W razie czego, jeśli się spodoba, proszę powiedzieć i ja napiszę więcej zwrotek. (A także może spróbuję to przełożyć na parę innych języków, bo w końcu po polsku to to wielkiej kariery, nie oszukujmy się, nie zrobi i z posad nie ruszy.)
Po drugie zaś (i TUTAJ naprawdę przyda nam się Charlie Hebdo i umiłowanie wolności słowa!) na dzisiejszym spędzie chciałbym zachęcić do wypatrywania pewnych szczególików, których ja sam pewnie nie zdołam wypatrzyć, bowiem rzucę na to okiem w zagranicznych jedynie telewizjach, a tam, obawiam się, premiery Kopacz nie pokażą. (Przyczyna? Naprawdę nie chciałbym po dyletancku zgadywać.)
No więc postarajcie się, z łaski swojej, wypatrzyć, a potem mi łaskawie powiedzcie:
1. Czy Premiera Kopacz znowu miała zbyt dużą pieluchę, która jej przeszkadzała w chodzeniu, jak podczas swej niedawnej wizyty w Niemczech?
2. Kto tym tazem szturchał premierę Kopacz w krzyże, żeby chodziła (mimo pieluchy?) względnie prosto, jak podczas wspomnianej niedawnej wizyty?
I to by było na tyle, au revoir i pamiętajcie że moi aussi, je suis Charlie, więc ten dzisiejszy spęd, jak i cała pozostała kampania na rzecz wolności słowa (ach!) to także poparcie dla mnie, moich, choćby i kontrowersyjnych, poglądów, i moich, lepszych czy gorszych, dowcipasów. Liczę na was, kochane Lemingi!
triarius
słowa kluczowe:
bryła świata,
Charlie Hebdo,
leberały,
lemingi,
Oda do Radości,
pielucha,
premiera Kopacz,
wolność słowa
piątek, stycznia 09, 2015
Europa w szponach sklerotycznych piromanów
U Borysa Sawinkowa można znaleźć różne fajne historyjki, jak ta o facecie, który w tandetnym moskiewskim hoteliku produkuje bombę, ale mu się niechcący dwa składniki zmieszały... Gość wie, że za najdalej trzy minuty będzie efektowne BUM!, a cały hotelik wyleci w powietrze, więc szybko zbiera co mogłoby go potem zidentyfikować i się ulatnia.
Sytuacja groteskowa, ale też, jak na groteskę przystało, groźna, zarówno dla tego, jak i dla tamtych pozostałych, a w dodatku ponoć absolutnie prawdziwa. No i dzisiaj, jak mi się widzi, mamy podobną sytuację, choć z istotnymi zmianami. Dwa składniki jak najbardziej mamy - w postaci takiej oto...
Z jednej strony mamy lewacką zgraję różnych, w mniej lub bardziej ścisłym sensie, "karykaturzystów" - ludzi z grubsza w stylu "naszego" Palikota i "naszej" Środy. Z lubością (i w dodatku raczej nie całkiem za darmo) obrażających i opluwających wszystko, co im się z normalnymi ludźmi kojarzy. Na tym przecież działalność tych tam nieszczęsnych ofiar, tych pierwszych, w sumie polegała i nie było w tym nic na tyle "artystycznego", by niemal każdy z nas, ewentualnie po krótkim przeszkoleniu, sam nie potrafił.
Z drugiej strony mamy islamistów, czyli dość faktycznie procentowo drobną - na dzień dzisiejszy - część muzułmańskich imigrantów (plus nieco takich, co się na islam dopiero nawrócili), których ktoś, w jakimś celu masowo, w liczbie milionów, nasprowadzał do Europy. Ignorując przy tym - mówiąc już bardzo łagodnie, bo było w tym także wiele obelg, szczucia, pogróżek, a nawet realnych prześladowań (co zresztą jest przecie i idziś, a nawet chyba zacznie sie teraz ostro nasilać) - głosy takich, którym się to bardzo nie podobało.
Nie podobało się z różnych względów, ale stosując grubą kreskę możemy powiedzieć, że ci ludzie woleli, by było mniej więcej jak dotychczas - czyli bez jakichś multikulti, których sensu czy większego wdzięku dostrzec nie potrafili. Co z kolei, że nie potrafili, wzbudzało dziką furię tych drugich, którzy tych imigrantów za wszelką cenę w jak największych ilościach sprowadzić postanowili.
Bo marzyło im się multi kulti, bo przewidywali, że ci nowi będą na nich głosować, bo widzieli ich pilnie pracujących w fabrykach, podczas gdy rodzima populacja - kochając oczywiście swych kolorowych, egzotycznych braci miłością wielką i czystą - jednak do takiej samej pracy w fabrykach skłonna nie będzie, bo nie jest durna, tylko masowo zostanie socjologami i tego typu ludźmi.
Mamy więc dwie substancje - obie przeznaczone do przywalenia tym ciemnym, zacofanym, co multikulti i dowcipy w stylu Palikota ich nie bawią - tylko że to nie całkiem bomba, a raczej coś w stylu żrącej substancji. Która miałaby powolutku, ale bez przesady powolutku, rozkładać tamtym całe ich życie. (Że nie będziemy się tu babrać w detalicznych wyliczeniach, że: rodzina, religia... Itd.)
Te substancje jednak mały działać każda ze swojej strony, w symbiozie i synergii oczywiście, ale nie żeby się zmieszały, bo wtedy... No nie! Po prostu jakoś nikt z owych światłych mędrców, pogromców tych tam głupich, mało postępowych i niedoceniających multikulti, tego nie wiedział. Miał widać ważniejsze sprawy na głowie. Nie mówiąc już o eksperymentach. Eksperymenty z założenia, z definicji, to coś co się robi na grzbietach różnych tam zacofańców.
Takich mniej wartościowych ludzi,którzy by chcieli żyć jak ich ojcowie, bez co tydzień obwieszczanych nowych praw człowieka i takich rzeczy. Nie przewidział więc ten nasz mędrzec, że te substancje, jeśli się ze sobą zetkną, to może z tego nie wyjść jeszcze fajniejszy bicz na tych zacofanych, tylko wielkie BUM!, które uderzy przede wszystkim w właśnie tych postępowych. Czyli w tych, co produkują te palikocie rysuneczki, i tych co nasprowadzali imigrantów, żeby było cool, żeby było multikulti, i żeby się "ksenofoby" wściekały.
Na początku ci pierwsi dostaną w dupę, bo po prostu łatwiej ich dorwać. Kiedy zaś będą dorywani, ci drudzy - znacznie lepiej ukryci, lepiej chronieni, mający też znacznie większe i kosztowniejsze tuby nagłaśniające - będą w pośpiechu mobilizowali kogo się da. Na swoją obronę. Własnej dupy. No i SPRAWY oczywiście - byłbym niemal zapomniał! Zachodnie wartości, czy jak to się to teraz politpoprawnie nazywa.
Czyli będą teraz gwałtownie próbowali mobilizowć i wokół siebie zebrać, niczym żywą tarczę, zarówno tych, których dotąd dopieszczali, jak i tych, którym dotychczas pluli w twarz, robili na złość i tak dalej. To się nazywa "jedność narodu w obliczu..." - stara sztuczka, którą każdy Stalin tego świata w takich okoliczności spróbuje wykonać, a niektórym to nawet potrafi wyjść. Piłka teraz po stronie leminga.
Ciekawe jak to im wyjdzie, ale sytuacja jest ciekawa i rozwojowa. Groteskowa też oczywiście, ale ciekawa i rozwojowa bez wątpienia również. (A ja wciąż nie mogę się nadziwić geniuszowi faceta, który sto lat temu napisał książkę pod tytułem, na polski tłumacząc: "Spedalenie Zachodu". Czy może to była "Lemingoza Zachodu"? Jakoś tak, sens w sumie ten sam. A nieco luźniej tłumacząc: "Zachód w łapach piromanów ze sklerozą". Genialny facet!)
triarius
Sytuacja groteskowa, ale też, jak na groteskę przystało, groźna, zarówno dla tego, jak i dla tamtych pozostałych, a w dodatku ponoć absolutnie prawdziwa. No i dzisiaj, jak mi się widzi, mamy podobną sytuację, choć z istotnymi zmianami. Dwa składniki jak najbardziej mamy - w postaci takiej oto...
Z jednej strony mamy lewacką zgraję różnych, w mniej lub bardziej ścisłym sensie, "karykaturzystów" - ludzi z grubsza w stylu "naszego" Palikota i "naszej" Środy. Z lubością (i w dodatku raczej nie całkiem za darmo) obrażających i opluwających wszystko, co im się z normalnymi ludźmi kojarzy. Na tym przecież działalność tych tam nieszczęsnych ofiar, tych pierwszych, w sumie polegała i nie było w tym nic na tyle "artystycznego", by niemal każdy z nas, ewentualnie po krótkim przeszkoleniu, sam nie potrafił.
Z drugiej strony mamy islamistów, czyli dość faktycznie procentowo drobną - na dzień dzisiejszy - część muzułmańskich imigrantów (plus nieco takich, co się na islam dopiero nawrócili), których ktoś, w jakimś celu masowo, w liczbie milionów, nasprowadzał do Europy. Ignorując przy tym - mówiąc już bardzo łagodnie, bo było w tym także wiele obelg, szczucia, pogróżek, a nawet realnych prześladowań (co zresztą jest przecie i idziś, a nawet chyba zacznie sie teraz ostro nasilać) - głosy takich, którym się to bardzo nie podobało.
Nie podobało się z różnych względów, ale stosując grubą kreskę możemy powiedzieć, że ci ludzie woleli, by było mniej więcej jak dotychczas - czyli bez jakichś multikulti, których sensu czy większego wdzięku dostrzec nie potrafili. Co z kolei, że nie potrafili, wzbudzało dziką furię tych drugich, którzy tych imigrantów za wszelką cenę w jak największych ilościach sprowadzić postanowili.
Bo marzyło im się multi kulti, bo przewidywali, że ci nowi będą na nich głosować, bo widzieli ich pilnie pracujących w fabrykach, podczas gdy rodzima populacja - kochając oczywiście swych kolorowych, egzotycznych braci miłością wielką i czystą - jednak do takiej samej pracy w fabrykach skłonna nie będzie, bo nie jest durna, tylko masowo zostanie socjologami i tego typu ludźmi.
Mamy więc dwie substancje - obie przeznaczone do przywalenia tym ciemnym, zacofanym, co multikulti i dowcipy w stylu Palikota ich nie bawią - tylko że to nie całkiem bomba, a raczej coś w stylu żrącej substancji. Która miałaby powolutku, ale bez przesady powolutku, rozkładać tamtym całe ich życie. (Że nie będziemy się tu babrać w detalicznych wyliczeniach, że: rodzina, religia... Itd.)
Te substancje jednak mały działać każda ze swojej strony, w symbiozie i synergii oczywiście, ale nie żeby się zmieszały, bo wtedy... No nie! Po prostu jakoś nikt z owych światłych mędrców, pogromców tych tam głupich, mało postępowych i niedoceniających multikulti, tego nie wiedział. Miał widać ważniejsze sprawy na głowie. Nie mówiąc już o eksperymentach. Eksperymenty z założenia, z definicji, to coś co się robi na grzbietach różnych tam zacofańców.
Takich mniej wartościowych ludzi,którzy by chcieli żyć jak ich ojcowie, bez co tydzień obwieszczanych nowych praw człowieka i takich rzeczy. Nie przewidział więc ten nasz mędrzec, że te substancje, jeśli się ze sobą zetkną, to może z tego nie wyjść jeszcze fajniejszy bicz na tych zacofanych, tylko wielkie BUM!, które uderzy przede wszystkim w właśnie tych postępowych. Czyli w tych, co produkują te palikocie rysuneczki, i tych co nasprowadzali imigrantów, żeby było cool, żeby było multikulti, i żeby się "ksenofoby" wściekały.
Na początku ci pierwsi dostaną w dupę, bo po prostu łatwiej ich dorwać. Kiedy zaś będą dorywani, ci drudzy - znacznie lepiej ukryci, lepiej chronieni, mający też znacznie większe i kosztowniejsze tuby nagłaśniające - będą w pośpiechu mobilizowali kogo się da. Na swoją obronę. Własnej dupy. No i SPRAWY oczywiście - byłbym niemal zapomniał! Zachodnie wartości, czy jak to się to teraz politpoprawnie nazywa.
Czyli będą teraz gwałtownie próbowali mobilizowć i wokół siebie zebrać, niczym żywą tarczę, zarówno tych, których dotąd dopieszczali, jak i tych, którym dotychczas pluli w twarz, robili na złość i tak dalej. To się nazywa "jedność narodu w obliczu..." - stara sztuczka, którą każdy Stalin tego świata w takich okoliczności spróbuje wykonać, a niektórym to nawet potrafi wyjść. Piłka teraz po stronie leminga.
Ciekawe jak to im wyjdzie, ale sytuacja jest ciekawa i rozwojowa. Groteskowa też oczywiście, ale ciekawa i rozwojowa bez wątpienia również. (A ja wciąż nie mogę się nadziwić geniuszowi faceta, który sto lat temu napisał książkę pod tytułem, na polski tłumacząc: "Spedalenie Zachodu". Czy może to była "Lemingoza Zachodu"? Jakoś tak, sens w sumie ten sam. A nieco luźniej tłumacząc: "Zachód w łapach piromanów ze sklerozą". Genialny facet!)
triarius
słowa kluczowe:
Borys Sawinkow,
Charlie Hebdo,
imigracja,
islam,
Janusz Palikot,
leming,
lewactwo,
materiały wybuchowe,
Oswald Spengler,
postęp,
terroryzm
Subskrybuj:
Posty (Atom)