poniedziałek, stycznia 11, 2010

Ściema zwana ekonomią - część 1

Powszechnie wiadomą jest rzeczą, że  ekonomiści - także ci z najwyższej półki, laureaci Nobla itp. - różnią się między sobą poglądami nieraz absolutnie. Po prostu - jeśli jeden z nich ma rację, to drugi, albo i cała reszta, racji mieć nie mogą. Co powinno wielu ludziom dać w końcu nieco do myślenia, ale jakoś nie daje. Mają ci ludzie bowiem swoje chytre sposoby, żeby sobie takie zjawiska wytłumaczyć. Jednym z najpopularniejszych wytłumaczeń na tzw. "prawicy wolnorynkowej" jest teza, że ekonomiści dzielą się na dobrych-mądrych-uczciwych i dennych-głupich-załganych, i ci pierwsi mają zawsze rację, a ci drudzy...

Ci drudzy to tacy intelektualiści (tfu!), jakich z zapałem opisuje Paul Johnson: pieprzą swoje służące, kradną papier toaletowy i wycierają nos w rękaw kiedy nikt nie widzi. I tacy oczywiście racji mieć po prostu nie mogą, no bo jakże by? Problem rozwiązany, wracamy do wkuwania na pamięć "von" Misesa. Co na pewno, poza tym, że miło jest wiedzieć co i jak, przy okazji doprowadzi nas do bogactwa. Ale a propos bogactwa...

Z ekonomistami jest jeszcze jeden drobny problem, który ujawnia się wprawdzie nie aż tak często, ale czasem się jednak ujawnia. Ostatnio na przykład okazało się ten gość, który za Busha konstruował ów sławny plan ratowania banków, próbuje sprzedać własny dom i całkiem mu się to nie udaje. Niby nic dziwnego, skoro dom miał iść za pół miliona dolarów, a akurat rozpoczął się krach na rynku nieruchomości.

Zabawne jednak jest to, że ów natchniony ekonomista kupił był ten dom bardzo niedawno - praktycznie na samym szczycie nieruchomościowego boomu - a zaraz potem próbował go sprzedać. I żeby było jeszcze zabawniej, wystawił go za nieco więcej, niż za niego zapłacił. Niewiele więcej, ale jednak uparł się, by coś tam zarobić. No i cała posiniaczona akurat krachem Ameryka z gościa się śmiała, telewizje to pokazywały i w ogóle.

Wiem - to nie był nasz ekonomista! Rasowy rynkowiec żadnych banków by nie ratował, on w ogóle w państwo i żadne interwencje nie wierzy. Nie mogą wypłacić swoich pieniędzy? A niech zdychają! Stracili wszystko? Bez swojej winy? Bankierzy okazali się durniami i/lub oszustami? Niech zdychają! Trza było czytać "Najwyższy Czas!", a nie ufać bankierom. Banki będą OK kiedy przywróci się parytet, złoty standard...

Co jeszcze? Aha: kiedy lud uwierzy, że król dotykiem potrafi leczyć skrofuły... No i kiedy złodziejaszków, gwałcących Święte Prawo Własności, będzie się publicznie ćwiartować. Po pięciominutowej rozprawie. Góra!

Faktem jednak jest, że ja na przykład nie słyszałem o wielu rynkowych i "prawicowych" ekonomistach, którzy by się na osobistych spekulacjach dorobili. Co w końcu, nie oszukujmy się, najlepiej dowodzi zrozumienia rynkowych mechanizmów, co byśmy o moralnej stronie spekulowania nie sądzili (czyż spekulacje to zresztą nie jest właśnie sama esencja "wolnego rynku", jeśli taki zwierz w ogóle gdzieś istnieje?) Żaden argument, tak? Po prostu nie przykładałem ucha gdzie trzeba, to i nie słyszałem.

Dowcip jednak w tym, że o znienawidzonym przez "rynkową prawicę" Keynesie wiadomo, że gość się na giełdzie dorobił. Grubych milionów. Wiadomo także - i osobiście mnie to boli, bo babona nie trawię - że Hillary Clinton dorobiła się w czasie studiów na kontraktach terminowych. (Na bydło zresztą.) Przyznam, że mi to imponuje. Tak, wiem, że bogatemu łatwiej, a nawet nie tyle łatwiej, bo po prostu bogaty może, a biedny czy średni nie. "Giełda kocha tylko tych, który jej w sumie nie potrzebują", stwierdził kiedyś ktoś, kto się znał. Zapewne cwany i doświadczony Żyd. (Pozdrowienia dla red. Bratkowskiego, by the way!)

To akurat całkiem jak banki, które wciskają nam forsę, kiedy jesteśmy bogaci i moglibyśmy sobie ją łatwo załatwić gdzie indziej - np. w konkurencyjnym banku - a kiedy naprawdę nam jej brakuje, forsy nam nie dają. Znana sprawa, to akurat nie jest moje odkrycie. W sumie tak właśnie zdaje się działać ekonomia. A w każdym razie ekonomia naszej cywilizacji (dzisiaj już globalnej) w tej naszej epoce.

Dużo można by o giełdzie i miałoby to sens, bo w końcu jeśli gdzieś jest coś, co przypomina wymarzony przez tak wielu "wolny rynek", to tylko tam. No a giełda uczy nas masy ciekawych rzeczy. Na razie skoncentruję się na tej jednej - giełda uczy nas, że trzeba mieć forsę, żeby robić forsę. (I znowu pozdrowienia dla pana redaktora, jako że wszystkie błyskotliwe bonmoty na temat giełdy pochodzą od starych giełdziarzy, czyli...)

Trywialna konstatacja, nawet jeśli prawdziwa, tak? Otóż ja tak nie sądzę. Z powyższego, jeśli się z tym zgodzimy - a zgodzić się byłoby o tyle mądrze, że oszczędzi nam to wiele łez, nie mówiąc o groszu - wynika na przykład, że thatcherowski program powszechnej własności ma spore luki. Po prostu, mówiąc bardziej brutalnie, przysłowiowej kupy się nie trzyma. Jest programem dla ekonomicznych samobójców i w ogóle lemingo-idiotów.

Nie wierzycie? Jak można wierzyć takiemu lewakowi, co to udaje hiper-prawicę, ale brzydzi się "wolnym rynkiem"? No dobra, ale takiego Parkinsona, tego od "Prawa Parkinsona", cenicie? No więc, w niewydanej, z tego co wiem, w naszym tragikomicznym kraju i przepięknym języku, ale przeze mnie przeczytanej, książce "The Left Luggage", traktującej o genezie i początkach Labour Party, Parkinson pisze wiele dowcipnych i niegłupich rzeczy. Co was, rynkowi towarzysze, nie powinno chyba dziwić, jako że był to także wielki pogromca biurokracji.

Co mianowicie pisze Parkinson? Otóż dość obszernie omawia on sprawę robotniczych kooperatyw - różnych takich spółdzielni, sklepów i zakładów produkcyjnych, będących wspólną własnością ich pracowników - i stwierdza, że to jest z samej natury bzdura, ponieważ prosty i niewiele zarabiający człowiek NIE MOŻE SOBIE PO PROSTU POZWOLIĆ na żadne istotne ryzyko w finansach.

No bo i nie może! Milioner kiedy straci pół swojej fortuny, wyskoczy oknem z Empire State Building, albo nie. Donald Trump, który, z tego co kojarzę, zarabia miliardy na każdym kolejnym boomie w wielkomiejskich nieruchomościach, żeby je potem do zera tracić na każdym krachu... A w każdym razie pamiętam, że dwa razy spłukał się już do zera... Tylko co z tego? Ludzie go znają, mówię o prostych ludziach. Jego tupecik rozpozna każdy. Wiedzą, że to gruba ryba i finansowy magik - choćby nawet miał same długi.

A ludzie bogaci, wiedząc to, zawsze mu podadzą rękę, wybulą na nowy start... Bo mają dość rozumu, by wiedzieć, że im samym się to opłaci. Inaczej z robotnikiem zarabiającym tyle, ile jego rodzina, skromnie żyjąc, musi wydać. I nie mającym żadnych oszczędności. Jeśli on straci półroczny zarobek, dla jego rodziny będzie to tragedia.

Fakt, niektórzy nie dostrzegają w tym nic złego - niech ten robotnik sprzeda swoje dzieci na części zamienne, niech wyśle swoją żonę do burdelu, a sam niech podpisze odpowiednio uroczysty kontrakt z kimś zamożnym i zostanie jego dożywotnim niewolnikiem. Państwo powinno na to pozwalać!

My jednak, ludzie normalni, dostrzegamy w tym maniackie rojenia rodem z Herberta Spencera, prawda? Może tak się DA zrobić, może tak być POWINNO - w co  osobiście serdecznie wątpię - ale żeby twierdzić, że TO właśnie jest sensownym i uczciwym programem dla prostych i niezamożnych ludzi na wyjście ze swego nieciekawego stanu, to już jest nieco...

Nie szukając odpowiednio cenzuralnych słów - bo niecenzuralnych mógłbym przytoczyć niemało - pozostawiam tę kwestię domyślności i elokwencji P.T. Czytelników, żegnając się do następnego odcinka. (Oczywiście Deo volente, jak zawsze.)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, grudnia 30, 2009

Prawdziwy początek nowego tysiąclecia

Cat Mackiewicz, ale nie tylko on, elokwentnie dowodził swego czasu, że wieki nie rozpoczynają się od kolejnej setki lat plus jeden, tylko że czynią to przeważnie o kilka lat później - wraz z jakiś bardzo poważnym światowej wagi wydarzeniem. Z poglądami Mackiewicza, o którym ktoś kiedyś błyskotliwie powiedział, że "nigdy nie ma racji, ale za to z jakim wdziękiem", można polemizować, ale ja na przykład całkiem mogę dopuścić myśl, że XXI w. rozpoczął się jedenastego września roku 2001. I to nie tylko dlatego, że odchylenie zaledwie dziewięciomiesięczne od daty ortodoksyjnej, ale także dlatego, że faktycznie od tamtego dnia nic już takie samo nigdy nie będzie.

Dzisiaj jednak, jadąc sobie gnuśnie pilotem po kanałach kablówki, natknąłem się na informację o czymś, co moim zdaniem powinno kandydować do rangi wydarzenia godnie konstytuującego początek TYSIĄCLECIA. Dla mnie to było coś, przy czym tamto wydarzenie blednie.

Wiadomość była mianowicie taka, że, w ramach antyterrorystycznych działań, nasilonych po ostatnich, szczęśliwie (ach!) nieskutecznych próbach zamachów na samoloty, w Rosji na lotniskach zainstalowano urządzenie, które pokazuje pasażerom na ułamek sekundy twarz Bin Ladena, a czułe sensory rozpoznają stosunek delikwenta to tej, kontrowersyjnej, przyznajmy, osoby.

Bardzo niedawno w dyskusji na tym blogu wspomniałem, że tego typu urządzenia istnieją, i podobno kiedyś były przez amerykańską armię stosowane do wykrywania homoseksualistów. (Który to cel wydaje mi się bardzo sensowny.) W tej samej dyskusji, zarówno ja, jak i moi rozmówcy, zdawaliśmy się nie mieć wątpliwości, że te i podobne środki będą dość szybko wprowadzane w życie - w unijnej Europie zapewne bardzo szybko, a w reszcie Zachodu może nieco wolniej, ale z pewnością też.

A było to, zwracam uwagę, jeszcze przed tymi nieudanymi zamachami. Co do których niektórzy wyrażają nieśmiałe podejrzenie, że mogło to być działanie służb, mające na celu właśnie ułatwienie inwigilowania wszystkiego i wszystkich, poprzez zmniejszenie społecznego oporu wobec takich działań. Co, jeśli było prawdą, nieźle się udało.

Oczywiście Rosja to nie całkiem to co Europa, w każdym razie jeszcze dzisiaj. Ale, skoro przy spiskowych teoriach już jesteśmy, to zwracam uwagę, że sam w ostatnim swoim tekście na tym blogasku snułem jeszcze jedną - opartą właśnie na założeniu bliższej, niż to się ogółowi wydaje, wspólnoty interesów klasy politycznej dzisiejszej Rosji i Unii. To zaś było jeszcze przed słynną na świat cały niedawną sprawą kradzieży kawałka ponazistowskiego złomu ukształtowanego w napis gloryfikujący pracę jako taką.

Jeśli ktoś jeszcze sam z siebie nie ujrzał oczyma duszy najbliższej przyszłości, no to pomogę. Otóż co będzie na lotniskach w ciągu najbliższych paru lat. Mówię o zdjęciach przy tych antyterrorystycznych czujnikach.

                       Rosja                                                                         Europa
1. Bin Laden                                                       1. na razie nic*
2. Putin (czy inny tam gensek rodem z KGB)       2. Bin Laden
3. herb Matuszki                                                 3. dwanaście gwiazdek na niebieskim**
4. ... (co tam będzie władzy potrzeba)                 4. ... (co tam będzie władzy potrzeba)

* Chyba, że o czymś nie wiemy.
** Podkład muzyczny wiadomy.


No to taką właśnie przewiduję konwergencję. W końcu jeśli w pierwszym akcie wisi na ścianie strzelba, to przed końcem piątego musi wystrzelić, tak? No to i wystrzeli. Unia i cały dzisiejszy Zachód nie może sobie pozwolić na niewykorzystanie takiego technicznego cudeńka! W końcu jeśli Pierwsze W Historii Imperium Za Które Absolutnie Nikt Nie Ma Ochoty Ginąć (co innego brać "od niego" forsę!) ma jeszcze dziesięć lat przeżyć (choć co to za życie?), to muszą się znaleźć faszyści i kontrrewolucjoniści, których będzie można i trzeba zwalczać, i którzy okażą się winni wszystkiemu, co nie poszło całkiem tak, jakbyśmy wszyscy chcieli.

A więc, kiedy przed następnym lotem zostanie ci pokazany Bin Laden, to nie dziw się! Tak walczymy z terroryzmem, który nam wszystkim przecież zagraża i nie ma nikogo, kto by tej walce nie przyklasnął. Więc nie protestuj. Nie awanturuj się broń Boże bez sensu niczym jakiś platformiany i kapeluszowy Rokita. Poproś raczej o dodatkowy kieliszek darmowego szampana - w końcu stałeś się właśnie świadkiem narodzin nowego tysiąclecia!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, grudnia 27, 2009

Ja i moja wredna mała duszyczka (czyli jeszcze jedna spiskowa teoria)

Kiedy niedawno w Rosji  wykolejono pociąg i było sporo ofiar, a potem okazało się, że to był zamach, za którym stali miejscowi neonaziści, moja mała wredna duszyczka niewiernego Tomaszka uśmiechnęła się krzywo i na poczekaniu stworzyła sobie spiskową teorię. Czy może raczej teoryjkę.

Pomyślałem sobie tak: kto w Rosji robi zamachy, to raczej wiadomo... Nie żebym specjalnie trzymał rękę na pulsie tamtejszych wydarzeń (w ogóle nie jestem pilnym konsumentem biężączki, gazet nie czytam itd., ale też spenglerysta nie musi), ale dotąd aż tak wiele o rosyjskich neonazistach nie słyszałem, a w każdym razie dotąd wydawało mi się, że tam skrajna prawica raczej skrajnie nacjonalistyczna, prorosyjska, a Putina i jemu podobnych kocha... Wiec dlaczego miałaby robić zamachy?

Natomiast tu, w Unii Europejskiej - tak sobie myślałem, czy może raczej ta wredna mała duszyczka - na neonazistów, jak i na wszelki "faszyzm", z pewnością zapotrzebowanie ogromne... W kręgach elity znaczy, no i różnych lewackich hunwejbinów, bo lud na razie całkiem w tej sprawie nierozbudzony... Co jednak właśnie należałoby przecież (tak sobie mówią elity i hunwejbiny) zmienić!

Czemu zmienić, spyta ktoś? Nie, w miarę regularny czytelnik tego bloga tak nie spyta, bo to oczywiste. Powiem jednak, na użytek zabłąkanych: jak wiadomo, wedle oficjalnej doktryny Miłościwie Nam Panującego Realnego Liberalizmu, NAZIZM = FASZYZM = Każda Prawica Stanowiąca Choćby Cień Zagrożenia Lub Niewygody Dla Miłościwie Nam Panującego... Czy choćby dla jakiegokolwiek innego Lewactwa. Całkowicie tu wystarcza choćby sam brak entuzjazmu dla Unii Ojro, nie mówiąc już o braku miłości do... Wiadomo.

Tak więc - snułem sobie spekulacje, a moja wredna duszyczka mi przybasowywała - albo to była sugestia ze strony rosyjskich służb, żeby się w Unii wzięto wreszcie za tych koszmarnych "faszystów"... Albo też misja dobrej woli, wymiana usług, czy po prostu realizacja zamówienia... (Jak się za nie zapłaci, czy jak już zapłacono, tego z pewnością nigdy się nie dowiemy.)

Komu się chce, może sobie bez większego trudu odnaleźć, com na temat unijnej konieczności wzięcia się ostro za tępienia "faszystów", mówił, tutaj i w różnych wirtualnych dyskusjach, od dawna. "Faszystów", czyli wszelkiej prawicy bez zaciśniętych pośladków, nie pieprzącej głupot o wolnym rynku,  powrocie Hohenzolernów na polski tron... No i oczywiście - to najgorsza fopa ze wszystkich! - bez oficera prowadzącego.

Sądziłem wprawdzie, naiwny, że będą mieli nieco większe trudności z przepchaniem Lesbijskiego Traktatu, ale i tak, mimo jego łatwego przepchania, jakoś entuzjazm do "Europy" niezbyt wielki, a trudności i odśrodkowych tendencji jakby coraz więcej... Co się nie może podobać także i Putinom tego świata. O Miłościwie Nam Panującej Ojrokracji już nie wspominając. Jakże to tak? Wymarzona od pół wieku konwergencja miałaby się im wykoleić?!

Tak więc sobie snułem spiskowe rozważania, a raczej moja duszyczka, podła i w ogóle... A potem przyszło Wydarzenie Tysiąclecia, czyli że ktoś ukradł żelazny napis, po niemiecku i głoszący pochwałę pracy, z bramy obozu Auschwitz. Oczywiście niewielka lampka mi się zapaliła, szczególnie kiedy przez lewe ucho doszło do mnie, jaką się z tego robi gigantyczną aferę o światowym znaczeniu.

To co robiły rodzime skurwione media i skurwieni politycy... Cóż, to ich stały poziom, więc nawet trudno się bardzo dziwić. Stwarzało to wrażenie kompletnej paranoi, ale po niedawnej zmasowanej obronie Polańskiego przez wszystkie możliwe autorytety, faktycznie czego się można było spodziewać? Różne zagraniczne media też sprawę z zapałem zresztą rozdmuchiwały. Ciekawe dlaczego?

No i patrzcie państwo - okazuje się... Nie ma jak spiskowe teorie Pana Tygrysa i szpęgleryczne spojrzenie na politykę! - że ta tablica to też neonaziści! Donosi o tym na przykład internetowe wydanie tygodnika "Wprost" (nawiasem, jedyna forma gazety, z którą mam w miarę regularny kontakt). Czytamy tam co następuje:

Kradzież tablicy z Auschwitz miała sfinansować zamach terrorystyczny?

2009-12-26 09:39

Neonazistowska grupa oraz kolekcjoner ze Szwecji są w kręgu podejrzanych o kradzież znaku "Arbeit Macht Frei" z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu - podaje nowojorski dziennik Daily News.

Zdaniem dziennika, jedna ze szwedzkich gazet dowiedziała się od swego informatora, że to właśnie neonaziści stoją za zleceniem kradzieży. Według wiadomości przekazanych do gazety, neonazistowska grupa zamierzała sprzedać znak kolekcjonerowi, a pieniądze uzyskane z transakcji przeznaczyć na przeprowadzenie ataków terrorystycznych w Szwecji.

[...]

Oryginał tutaj: http://www.wprost.pl/ar/182804/Kradziez-tablicy-z-Auschwitz-miala-sfinansowac-zamach-terrorystyczny/

Tak więc, dumny jestem, bo moja malutka spiskowa teoryjka, com ją sobie całkiem od niechcenia i na intuicję stworzył, zdaje się pięknie rozwijać. A na dodatek ta nowa ekstra smakowitość, że mamy tu teraz i nowojorski dziennik... Jak być powinno, no bo przecież pamiętny jamajski to był jednak akt rozpaczy i towar zastępczy. Normalnie musi być nowojorski, to wie każdy przytomny wielbiciel spiskowych teorii.

Jak to się dalej będzie rozwijać?! Aż mi pośladki drżą z lubej niepewności... (A duszyczka piszczy, że jej też.)

* * * * *

Poza tym uprzejmie donoszę, że parę dni temu powstało Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów, adres jego to: http://tygrys.niepoprawni.pl.

Po prostu uznałem, że zbyt wiele interesujących komentarzy po paru zaledwie dniach wypada z obiegu i przestaje być czytane, o odpowiadaniu już nie wspominając. Tak niemal zawsze dzieje się z komentarzami na blogach, więc tylko forum, uznałem, może temu jakoś zarazić.

Proszę mi się tym forum zainteresować! Żeby tam zabierać głos, trzeba, z tego co rozumem, być zapisanym na portalu http://niepoprawni.pl, ale to chyba nie jest zbyt wiele dla zajadłego Młodego Spenglerysty, prawda?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, grudnia 25, 2009

Aktualności ze świata - MANSCAPING

Jak sobie zrobić manscaping jak gentleman


autor: Gigi Starr

Czy nazwiemy to "przycinaniem żywopłotów", czy też "strzyżeniem trawnika" - nadszedł czas, by mężczyźni zrobili porządek ze swymi dzikimi kłakami na rzecz gładszego wyglądu. Najnowszy trend dla mężczyzn, to usunięcie włosów gdziekolwiek rosną - pachy, plecy i inne regiony są teraz bezwłose, zgodnie z narastającym trendem zwanym "manscaping"*.

New York Daily News notuje, że wielu pracowników i zarządzających wielkimi biznesami obecnie troszczy się o swoje owłosienie w przedłużonym trendzie z roku 2003, zwanym "Gejowski wygląd dla heteroseksualnego faceta" ("Queer Eye for the Straight Guy"). Choć troska o owłosienie jest popularna w gejowskiej społeczności, wielu heteroseksualnych mężczyzn obecnie poddaje się regularnym zabiegom woskowania w swych lokalnych salonach piękności. Pisząca w New York Daily News Amy Eisinger zanotowała, "Jeden taki klient, który regularnie płaci 150 dolarów za wywoskowanie swoich pleców, stwierdził, że to wcale tak bardzo nie boli, a dziewczyny to doceniają."

Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie Południowej Florydy ujawniło, że około 64 procent studiujących w college'ach mężczyzn zajęło się niektórym nieestetycznym owłosieniem, "ze względów higienicznych, albo żeby być bardziej atrakcyjnym". Czy to oznacza koniec dla włochatego typu mężczyzny w rodzaju Burta Reynoldsa? Dla mężczyzn pragnących zmiany. oto nieco sugestii na temat tego, jak dokonać manscapingu we właściwy sposób

Instrukcje

Czego będziesz potrzebował:

  • Salon oferujący usługę woskowania
  • Nożyczki
  • ostre żyletki, elektryczna golarka, lub depilator
  • Krem do golenia lub żel
  • Środek przed goleniem
  • Skrobaczka depilująca do ciała (Exfoliating body scrub)
  • Środek nawilżający
Krok 1

Skoncentruj się w swoim manscapingowych wysiłkach na tych regionach: przedramiona, klatka, baki, plecy i "region kostiumu kąpielowego". Ankietowani ludzie stwierdzają, że włosy w tych regionach ich odrzucają. [...]

Koniec cytowania, jest tego więcej, ale mam dość, sorry! Oryginał, wraz z dalszym ciągiem, można sobie przeczytać tutaj:

http://www.ehow.com/how_5741768_manscape-like-gentleman.html

Czym się przejmować? Czy to sprawa do podnoszenia jej w święta? Pewnie nie, ale ja mam specyficzne gusta. Zresztą proszę zauważyć, że, choć ten internetowy serwis nie jest może przesadnie poważny, to cytowane tu gazety i uniwersytety to już nieco inna sprawa... Co ja będę gadał - realny liberalizm jaki jest, każdy widzi. To znaczy, kto widzi ten widzi, a kto nie widzi, to i tak nie zobaczy.

Jakby coś, to przetłumaczyłem to maksymalnie dokładnie. Pogrubienia co pikantniejszych fragmentów tekstu za to są moje własne. Za użycie słowa "gej" przepraszam wszystkich wrażliwych, ale musiałem zachować ducha. A poniżej przypis.

-----------------------------
* Ewidentna analogia do powszechnie znanego terminu "landscaping", oznaczającego projektowanie i realizację parków, zielonych - ogólnie krajobrazu.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, grudnia 19, 2009

Piekło

Dochodzą mnie słuchy, że coraz więcej teologów neguje istnienie piekła. To jednak musi być błąd i herezja - no bo czego w takim razie przedsmakiem są włosy w nosie, że spytam?!


triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, grudnia 17, 2009

Megalopolie, Merkurianie i inne takie

W najbardziej zapewne rewolucyjnej i najpłodniejszej tezie Spenglera - tej, że cywilizacje są swego rodzaju organizmami, które rozwijają się, a potem zamierają, zgodnie ze swymi wrodzonymi prawami - nie ma nic specjalnie mistycznego, magicznego czy niewytłumaczalnego. Rozwój cywilizacji to, mówiąc bardzo skrótowo, rozwój miast. (Co zresztą sam Spengler wyraźnie mówi.)

Jeśli dla kogoś nie jest oczywista różnica, jaka po prostu MUSI występować między - z jednej strony, dużym kawałem lądu, gdzie w wiejskim, rolniczym, odwiecznym krajobrazie pojawiają się, a potem rosną, niewielkie, początkowo zaledwie kilkutysięczne, miasta... Ze wszystkimi wynikającymi z tego wzajemnymi oddziaływaniami, wpływami, z coraz bardziej radykalną, ale także twórczą, opozycją pomiędzy wsią i miastem...

I, z drugiej strony, wielomilionowymi miastami leżącymi wśród terenów przez nie wyjałowionych, totalnie już życiu tych miast podporządkowanych i całkowicie pozbawionych własnego, niezależnego życia - niegdyś dzikich lub wiejskich, a teraz już zaledwie nie-będących-miastem, takich do-których-miasto-nie-sięga...

Jeśli ktoś nie dostrzega tej fundamentalnej różnicy, jeśli od razu nie widzi, że to są całkiem inne sytuacje i całkiem inny człowiek musi tam żyć, to taki ktoś, moim zdaniem, nie powinien się zajmować historiozoficznymi rozważaniami, bo nie ma do tego cienia predyspozycji.

Oczywiście tu nie chodzi o jakieś demonizowanie, czy nawet rzucanie sobie od niechcenia hasełkami o "człowieku masowym" i snobistyczne kręcenie nań nosem. Jasne, że i w wielomilionowych magalopoliach (żeby użyć określenia używanego przez Spenglera, które warto moim zdaniem wskrzesić) następuje jakiś rozwój, że i tam jest życie, dzieje się postęp, że i megalopolia ma pewne istotne przewagi nad tradycyjną wsią czy chatką w leśnych ostępach, a także nad krajem, gdzie kilkutysięczne miasta rozsiane są w rolniczym krajobrazie, a poza tym zostało jeszcze wiele dzikiej natury.

Wybetonowane alejki w miejskich parkach są pod niektórymi istotnymi względami lepsze od błotnistych dróg wiejskich. "Taniec z Gwiazdami", przy wszystkich swoich oczywistych wadach, pod niektórymi względami jest jednak lepszy od szczucia oślepionego i przywiązanego do palika niedźwiedzia psami, albo od publicznego łamania kołem, traktowanego jako rozrywka.

Skrajną naiwnością byłoby jednak wierzyć, że z wybetonowane alejki zakwitną nagle kwieciem łąk, i tak samo skrajną naiwnością byłoby sądzić, że mieszkający wśród tych alejek od pokoleń i symbiotycznie z nimi związany, megalopolitalny człowiek może mieć życie duchowe porównywalne z tym, które miał mieszkaniec starożytnych Aten, średniowiecznego Paryża, renesansowej Florencji. W sumie jakiegokolwiek dawniejszego miasta, a także jakiegokolwiek dawniejszego zamku, dworku, czasem zresztą nawet chaty.

Można oczywiście twierdzić, że nic nie jest zdeterminowane, i że na wybetonowanych alejkach może się z czasem pojawić całkiem nowe, zdolne do wspaniałego rozwoju, życie. Życie, które by znowu stworzyło niewielkie miasta, rozrzucone wśród niemal naturalnego, a w każdym razie wiejskiego i rolniczego, krajobrazu.

Jednak to, na ile mogę ufać swej wyobraźni, by wymagało, żeby te milionowe miasta przestały istnieć. To zaś, na ile rozumiem, zakłada, że przestanie istnieć całe społeczne życie, które te miasta stworzyło, które im pozwala istnieć (i poniekąd "żyć"), i które te miasta, z kolei, tworzą. Musiałyby one przestać istnieć albo szybko i gwałtownie, albo wolno i stopniowo popadać w ruinę.

W obu tych przypadkach nie potrafię sobie wyobrazić, by całe to życie społeczne mogło się jeszcze jakoś odrodzić - bo, uświadomijmy to sobie, nie mówimy tutaj o katastrofie pojedynczego miasta, tylko o zniknięciu ich wszystkich! - w tym sensie, że byłaby to jeszcze ta sama w istocie forma życia społecznego. Jeśli by coś na tym miejscu miało powstać, to byłaby to, z konieczności, całkiem inna forma.

(No, oczywiście, jeśli my jesteśmy dalszym ciągiem starożytnych Greków i  Rzymian, to niech by sobie na nasze miejsce przyszli muzułmańscy Chińczycy i Murzyni z Afryki z ich własną cywilizacją, a i tak będziemy mogli uznać, że to dalszy ciąg naszej, i nie ma się w sumie czym martwić.)

Tym bardziej sprawa wydaje się beznadziejna, jeśli przyjmiemy (a nieprzyjąć tego moim zdaniem nie sposób, skoro już się raz o tym pomyśli), że każda nowa cywilizacja do powstania i późniejszego rozwoju potrzebuje właśnie pozbawionego miast, naturalnego krajobrazu; pierwotnej rolniczej ludności (z niewielką domieszką kapłanów i szlachty), dziecięcej naiwności w sprawach religijnych... I takich tam rzeczy. Jakoś tego nie widzę i nie potrafię sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło powstać, choćby na ruinach naszych miast, w ciągu najbliższych paru setek lat.

A że nasza cywilizacja opanowała praktycznie cały świat, więc i perspektywy JAKIEGOKOLWIEK naprawdę istotnego odrodzenia gdziekolwiek oceniam (jak i sam Spengler zresztą) jako bardzo nikłe.

* * * * *

Teza McLuhana, że żyjemy w globalnej wiosce wydaje mi się skrajną naiwnością (albo też, gorzej, lulającą do snu propagandą sukcesu) - naprawdę żyjemy w globalnej megalopolii. Co jest, dla mnie przynajmniej, bez porównania mniej wesołe.

* * * * *

Co do tych Merkurian, których nazwy plemiennej nie wolno dzisiaj wymawiać (a w każdym razie nie bez padnięcia na twarz i wykonywania przez co najmniej kwadrans proskynesis), to istnieje pogląd naiwny - reprezentowany na przykład przez Konecznego: że wszystko wynika ze starotestamentowego prymitywizmu ich religii z dodatkiem rabinicznej tego interpretacji...

Oraz pogląd moim zdaniem o wiele sensowniejeszy, reprezentowany (oczywiście) przez Spenglera, że to skutek tego, iż: 1. to "fellahy", i to b. już w tym "dojrzałe"; 2. fellahy całkiem innej od naszej Cywilizacji, która oczywiście całkiem inaczej od naszej widzi i pojmuje wiele istotnych rzeczy... No i dodatkowo żyją sobie w ścisłej symbiozie (jeśli ktoś chce to tak eufemistycznie nazwać) z nami od tysiącleci.

Pogląd, który określiłem jako "naiwny", słabo, moim zdaniem, potrafi wytłumaczyć Merkurian do szpiku kości niereligijnych, których przecież jest, i w historii było, co niemiara. Oczywiście można by rzec, że skoro kilka lat bez religii miałoby całkiem zmienić podejście tych ludzi do świata, to tym bardziej setki lat oderwania (zakładając oczywiście, że jest oderwanie) od ich własnej, żyjącej jeszcze wtedy, cywilizacji. Jest tu pewien problem, zgoda, ale tak od ręki go sobie na pewno nie da się wyjaśnić. A na dwoje z tym przysłowiowa babka wróżyła.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, grudnia 14, 2009

Święty mąż i naga dziewica (w sumie jednak głównie o Spenglerze)

Ach, jakże nie znają mnie ludzie przypisujący mi kult świętych ksiąg i inne podobne rzeczy! W związku ze Spenglerem znaczy się. Ja w ogóle nie jestem ten typ człowieka, który mógłby kogoś tak po prostu czcić, a święte księgi to już w ogóle... No, ale fakt - skąd ci ludzie mogą to wiedzieć? Nie tylko beczki, ale nawet szczypty soli ze mną w większości nie zjedli, a co najwyżej poczytali sobie na blogasku, czy w jakichś forumowych dyskusjach.

Jednak zaprawdę, powiadam wam: to nie tak! Miałbym na to nawet całkiem sporo argumentów (poniekąd to by było udowadnianie, że nie jestem wielbłądem, ale niech tam!), jednak tym razem skoncentrujmy się na czym innym i napiszmy w miarę spójny i zgrabny kawałek.

Wszystkim tym ludziom mogę w każdym razie rzec, że sporo ostatnio czytam o historii... I przy tych lekturach faktycznie sporą przyjemność sprawia mi znalezienie czegoś, co Spenglera potwierdza - tym większą w dodatku, im mniej "spengleryczny" jest dany autor. O co zresztą naprawdę nietrudno, bo spenglerystycznych historyków trudno znaleźć. (Z którego to faktu można sobie zresztą wyciągać przeróżne dalekosiężne konkluzje, choć ja akurat powodu do ich wyciągania tu nie dostrzegam.) I takich potwierdzeń wciąż dostrzegam niemało. Co, jako się rzekło, sprawia mi radość.

Jednak (ach!) jakąż by wzbudziło... No, może nie całkiem aż "radość", ale na pewno emocję, wzbudziłoby we mnie znalezienie w tych historycznych książkach czegoś, co by tezy Spenglera wyraźnie podważyło. Nie mówię o hipotezach czy interpretacjach, które by szły pod włos Spenglerowi (bo tych naprawdę nie brakuje), tylko o konkretach i to w miarę dobrze ustalonych. Jednak, w odróżnieniu od tych pierwszych, tego nie udaje mi się właściwie nigdzie znaleźć.

O czym ja konkretnie mówię? Co chciałbym podważać? No bo przecież Spengler gra, jak to się mówi, na wielu fortepianach, choć wszystko mu się w tym Magnum Opus cudownie (moim zdaniem) zazębia. Jest tam przecież i "dualistyczna" psychologia... I ta wydaje mi się słuszna, nic tam do podważania nie dostrzegam. Jest tam historia sztuki, przede wszystkim Zachodu... Która wydaje mi się głęboko słuszna, ale żeby ją ewentualnie podważyć, trzeba by studiować te sprawy całe życie, a i tak jest to nie dość konkretne, by dało się jednoznacznie.

Są tam, w Magnum Opus Spenglera znaczy, różne konkretne historyczne interpretacje... I TO by się faktycznie dało podważać. Są tam nawet hipotezy dotyczące istotnych spraw, które, kiedy Spengler to pisał nie były wyjaśnione, albo też były interpretowane całkiem inaczej niż on to interpretował. No i tutaj właśnie byłoby pole do podważania. Tylko, że jakoś dotąd nie udało mi się znaleźć nic na tyle konkretnego, na tyle pewnego, a jednocześnie na tyle jednoznacznie idącego Spenglerowi pod włos, bym musiał te jego interpretacje odrzucać.

Albo też... składać na nowo, z rozsypanych w wyniku ich podważenia kawałków. Co, przysięgam, sprawiłoby mi niemałą radość. Dlaczego? A dlatego, że wtedy mógłbym, zachowując i tak wiele ze spenglerycznych zasad i założeń, niektóre rzeczy zrobić lepiej, pociągnąć je dalej... I zamiast być, w oczach wielu, jedynie "znawcą und propagatorem" - zostać historiozofem "w sobie i dla siebie", z Bożej łaski, i w ogóle. Myślicielem miarę samego Spenglera, jeśli wolno pomarzyć.

Ach, jakież by to było rozkoszne gdyby - zachowując to, czego mi uważna lektura poważnych przeważnie historycznych dzieł NIE podważyła - znalazło się w historiozofii Spenglera coś, co by wymagało gruntownej przeróbki. W końcu ja NAPRAWDĘ się potężnie dziwię, że jakoś żadne konkretne historyczne sprawy, które on opisuje - często stawiając ogromnie śmiałe i pod włos wszystkim wokół idące hipotezy - nie zostają, językiem Poppera mówiąc, w wyniku tych wszystkich lektur "sfalsyfikowane".

W końcu cóż by w tym było dziwnego? Cóż by w tym było takiego, co by kazało odrzucić całość spengleryzmu? W końcu człowiek ma prawo się mylić, i niewielu jest (eufemizm!) uczonych, którzy by się nigdy w żadnej, choćby niewielkiej sprawie, nie mylili. A jednak jakoś trudno mi znaleźć coś, co Spengler by w swym Magnum Opus spieprzył...

Bo inne jego pisma są już dla mnie na ludzkim poziomie, choć wysokim - ale ta jedna książka jednak jest wyraźnie inspirowana Duchem Świętym... Nie, żartuję, nie aż tak, zresztą na serio to by było bluźnierstwo... Jeśli i tak nie jest. Sorry! No, ale ja naprawdę tak to sobie prywatnie widzę. Nie że jest, ale jakby była!

No dobra, tośmy sobie posmęcili, wyjaśniając w sumie niewiele (trzeba by co najmniej książki!), za to nudząc tak, że Blogowy Teatrzyk Moralnego Niepokoju pewnego znanego blogera przy tym to... (Tu sobie wpisać co kto zna najbardziej emocjonującego.) No dobra, dociskamy pedał i wkładamy tu coś w co można zęby wbić. I nie tylko.

Tak więc, w ramach głównie moich podważających wysiłków, przeczytałem sobie właśnie drugi raz książkę pani Averil Cameron "Późne cesarstwo rzymskie". Kto zna Magnum Opus, ten wie, iż ten właśnie późny Rzym to jest coś wyjątkowo fascynującego w spenglerowskiej historiografii. Szczególnie dla nas, dzisiaj. (Dlaczego? A bo tak!) I że jeśli coś się ma podważać, to raczej tam należałoby najpierw grzebać. Z tej książki - tak mało zresztą (co jest poniekąd nużąco oczywiste) spenglerystycznej, jak to możliwe - cytowałem już tutaj swego czasu jeden, spenglerystyczny w swej wymowie, fragmencik.

Obecnie znowu pilnie szukałem co by tu cosisk, na odmianę, podważyło, i nie znalazłem. To znaczy, - w interpretacjach i hipotezach są takie rzeczy. Na przykład autorka pisze - bardzo obcesowo i nie wyjaśniając z czego ten wniosek (choć książeczka jest w sumie niewielka, a temat późnego Rzymu ogromny, więc można jej darować) - że "Niebiescy" i "Zieloni", czyli słynne stronnictwa cyrkowe późnego Rzymu, a potem Bizancjum, "nie mieli celów politycznych", "wbrew uparcie podtrzymywanym współczesnym hipotezom".

Otóż Spengler pisze, że te stronnictwa, które miały spory udział w wielu buntach, a nawet powstaniach, a z pewnością też i w wielu mniej opisywanych przez kronikarzy wydarzeniach, były swego rodzaju partiami politycznymi, i że to ich kibicowanie, to była niejako przykrywka dla działalności w sumie politycznej, która nie mogła w tamtych czasach znaleźć innego ujścia. (Fajnie, że istnieją "uparcie podtrzymywane współczesne hipotezy", mówiące to samo. Choćby nawet Averil Cameron ich nie lubiła.)

Potem autorka (i nie rozumiem w jaki sposób to by miało być wsparciem dla powyższej tezy) podaje fakt, że w Afrodyzjas w Karii, gdzie nie było hippodromu ani wyścigów rydwanów, a  także te dwa stronnictwa istniały (co wynika z inskrypcji), grupując bywalców teatru. W tych teatrach, gdyby ktoś nie wiedział, odbywały się w tym czasie istne bitwy klak, aktorów, publiki... Co dla mnie zdecydowanie właśnie wspiera owe, rzekomo błędne, "uparcie podtrzymywane współczesne hipotezy".

No i tezę Spenglera. Wydaje się, że to jednak naprawdę było ujście dla temperamentów, dla odruchów buntu, dla społecznego działania... Czyli w sumie dla tego, co ludowi z polityki zostaje w państwie niemal totalitarnym - gdzie normalniej i bardziej oficjalnie ogromna większość żadnego udziału w niej brać nie może.

Książeczkę Averil Cameron mogę polecić, choć niewielka jest i w sumie stara się stonować wszystkie co bardziej zdecydowane sądy na temat późnego Rzymu. Zawiera jednak stosunkowo sporo konkretów o ekonomii, co szczególnie niektórych powinno ucieszyć. Ja jednak nie o tym.

Otóż na zakończenie, tytułem puenty, powiem, że najbardziej mnie w tej książce ucieszył fragmencik (nie ma tam wielu aż tak smakowitych, to nie taki rodzaj książki, ale to tym smakowitsze) z jej samego końca, opowiadający o pewnym świętym mężu, opisanym w jednym z wielu ówczesnych żywotów pustelników. Gość nazywał się Serapion, był znany jako Sindonita, pochodził z Egiptu. Chodził bez ubrania, a przepasywał się jedynie prześcieradłem. Ale nie to jest w nim najciekawsze.

Otóż facet miał się sprzedać w niewolę pewnym greckim aktorom, których wkrótce nawrócił (skutkiem czego, jak rozumiem, oni go wypuścili), potem ruszył do Grecji, gdzie nawracał na wiarę chrześcijańską tamtejszych filozofów, potem w Sparcie nawrócił manichejczyka, a na końcu "udał się do Rzymu, gdzie bezskutecznie usiłował namówić pewną pobożną dziewicę, by nago przeszła przez miasto na dowód, że naprawdę, jak twierdziła, 'umarła dla świata'".

Ach, jak ja kocham takie historyjki! (Tym bardziej, jeśli pochodzą one ze świątobliwego źródła, a nie z jakiejś plotkarskiej książczyny, jak "Historia sekretna" Prokopiusza, czy "Historia Augusta".)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, grudnia 06, 2009

Takie różne (grudzień 2009)

Osławieni "Żydzi i cykliści" nie niepokoją mnie specjalnie i nie budzą we mnie większych emocji. (No, chyba że na rowerach jeżdżą z przyczyn ekologicznych.) Znacznie więcej mieszanych uczuć wywołują we mnie ŻYDZI I SZACHIŚCI.

* * * * *

Podstawowym założeniem liberalizmu, a także "konserwatyzmu", szczególnie w jego pospolitej odmianie ogrodowej - tej która z upodobaniem, niczym bluszcz, czepia się liberalizmu i w sumie stanowi jedynie jego starczą, czy może analno-retentywną, postać - jest "niezmienność natury ludzkiej".

Zgoda o tyle, że z pewnością, gdyby współczesne europejskie niemowlę od urodzenia wychować w społeczeństwie Azteków - cieszyłoby się po dorośnięciu masowymi ofiarami z jeńców wojennych i uczestniczyło w tym wszystkim, co się z tym wiązało, całkiem tak jak każdy Aztek, któremu dano na to szansę. (Przeciąganiem, z religijnych motywów, liny przez własny przedziurawiony język pewnie też.) Tak samo by było z wychowaniem w innych społeczeństwach, także tych ogromnie odległych od współczesnych liberalnych społeczeństw pod względem trybu życia i etyki.

Czego byśmy tu nie mieli! Ludożerstwo? Mniam! (I nie wierzcie, że to nigdzie nie występowało w realu, albo że nigdy nie miało nic wspólnego z rozkoszami stołu i szeroko pojętą gastronomią. To też lewacko-leberalne kłamstwo.) Świątynna prostytucja? Proszę bardzo! Niewolnictwo? A jakżesz, oczywiście! Tatuowanie sobie przez kobiety wąsów? Super pomysł! Witanie się przez branie w dłonie i potrząsanie swoim penisem? Jasne! Oddawanie gościowi do dyspozycji żony i córek? Też, niby dlaczego nie? I tak dalej - pełny repertuar zachowań.

Z czego, nawiasem, wynika, że liberalizm (i ten żałosny "konserwatyzm" w pospolitej wersji ogrodowej), albo są niewiarygodnie naiwne, albo też po prostu w głębi duszy totalitarne, jeśli mają nadzieję i zamiar uczynić wszystkich ludzi na podobieństwo swoich... Jak to powiedzieć...? Wiadomo o co chodzi.

Jednak założenie, iż taki na przykład praktycznie samowystarczalny rolnik (jeśli tylko obejdzie się bez paru fanaberii), będący na codzień udzielnym panem u siebie, samcem alfa w najpełniejszym znaczeniu tego słowa, a do tego żyjący blisko natury - nie w tym sensie, żeby jakoś rajsko i słodko, ale że wszystko jest jakie jest, bez potrzeby interpretowania przez autorytety i codzienną prasę... Który obcych niemal nie ogląda...

Że taki ktoś ma "tę samą naturę", co mrowiący się w milionowym mieście inteligent czy biznesmen z branży usługowej, który trzech dni nie przeżyłby bez troski władzy o niego... Który codziennie potyka się o tysiące obcych ludzi i musiał stracić wszelkie normalne odruchy agresji, bo inaczej dawno zacząłby wokół siebie gryźć, albo i gorzej...

Który bez wytężania umysłu, o jakim temu pierwotnemu rolnikowi (który jeszcze 50 lat temu w Europie istniał, ale teraz już NIE istnieje!) nawet się nie śniło, nie potrafiłby przeżyć godziny swego jałowego dnia - nie dlatego, że tak lubi myśleć, tylko po prostu dlatego, że wszystko wokół niego jest sztuczne i wymyślone przez człowieka, a w związku z tym do wszystkiego trzeba podchodzić z wytężonym umysłem. Albo też z umysłem właśnie otępiałym, ale na pewno nie z naturalnym instynktem, czy od dziecka wyuczonymi zdrowymi, przetestowanymi przez wieki twardego życia, odruchami. (Albo też, co jest najgorsze, z tym i z tym na raz.)

Tak więc, w zasadzie zgoda, że "człowiek" od czasów, gdy jest już tym obecnym gatunkiem - jak go nazwali? "Homo sapiens sapiens sapiens sapiens sapiens"...? ;-) - niewiele się zmienił, można to pominąć, ale też to nie ma aż tak wiele praktycznego znaczenia. Milionowe miasta są faktem - tak samo jak kamery, które można bez trudu poumieszczać na ulicach... podsłuchy, które zresztą mieszkaniec milionowego miasta dobrowolnie z sobą nosi, dla wygody... jak zastąpienie prostego i niemal samowystarczalnego rolnictwa przez globalną wymianę... I milion innych rzeczy, które są, i tego w żaden prosty, przewidywalny nie da się zmienić, choćby się chciało.

Ta - rzekomo konserwatywna - gadka o "niezmienności natury ludzkiej", to dla mnie kolejny przykład na to, że jedni nie przejmują się specjalnie obiektywną prawdziwością swoich sądów, bo i tak mają zamiar naturę zgwałcić i nagiąć do swoich poglądów... I to są ci, którzy realnie wpływają na rzeczywistość... Podczas gdy masa innych ludzi, którym się to naginanie niespecjalnie nawet podoba, łudzi się i hipnotyzuje tego właśnie typu "konserwatywnymi prawdami" - odlatując od rzeczywistości w sferę zabaw słownych i mózgowych rojeń.

Nie zdając sobie całkowicie sprawy z tego, że ich błyskotliwe "zwycięstwa" w słownych igraszkach, ich mistrzostwo w teoretycznym rozumowaniu na tematy, które się teoretycznemu rozumowaniu bardzo słabo poddają - nijak nie mają się do realnego biegu historii, układu sił i politycznych możliwości.

Edmund Burke to naprawdę nie był głupi facet, podobnie jak, powiedzmy, Roman Dmowski, i paru innych. Ale przeraża mnie, kiedy zamiast spróbować zrozumieć co mieli na myśli, dać się temu zainspirować, i ewentualnie użyć ich poszczególnych poglądów jako swego rodzaju skrótów myślowych, swoistej intelektualnej stenografii... Kiedy zamiast tego ktoś przyjmuje, że jeśli taki wielki ktoś coś POWIEDZIAŁ, to w tym jego słowie jest jakaś ogromna REALNA MOC, która pokona siły zła... Że to jakaś MAGICZNA FORMUŁA.

Która zwyciężyć musi, choćby siły zła były realne, a nie jedynie (jak by to było łatwo i przyjemnie!) lustrzanym odbiciem własnych naszych słownych igraszek, magicznych formuł i wiary w święte księgi. (I już nawet nie chcę rozwijać tematu świętych ksiąg, przekonując, że to jest akurat nie ta cywilizacja, o którą tym ludziom podobno chodzi. Nie każdy w końcu jest spenglerystą, choć trochę faktycznie szkoda.)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, listopada 23, 2009

Rozgryź Tuska i zostań nowym Sardanapalem!

Obserwuję ostatnio spore zainteresowanie metodami Programowania Neurolingwistycznego, w skrócie NLP, wywołane oczywiście postpolitycznymi działaniami naszych kochanych postpolityków. Niektórzy dopytują się o jakieś publikacje, które mogłyby im to tajemnicze NLP przybliżyć.

Well, jeśli nie chodzi wam o akademickie teorie i stuprocentowo ścisłą terminologię, a o zrozumienie jak to działa - lub jak ma z założenia działać... A do tego jeśli chcielibyście sami to względnie szybko móc wypróbować... Nieważne, czy to aby po prostu skorzystać, czy to aby lepiej zrozumieć i przetestować, albo też i to i to - to ja mogę z przekonaniem polecić te dwie publikacje:

http://ukryta-hipnoza.zlotemysli.pl/triarius,1/

http://seksualny-klucz.zlotemysli.pl/triarius,1/

Jeśli macie wybrać jedną, to raczej tę drugą - jest wprawdzie znacznie bardziej wyspecjalizowana, ale też większa szansa, że trafi wam do wyobraźni, a przy okazji pozwoli zaznać rozkoszy Sardanapala (no, może poza tą zupełnie końcową). Obie jednak są warte uważnej lektury.


triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, listopada 18, 2009

Kiedy wolny rynek jest nam przyjacielem...

Większość żyjących obecnie mieszkańców ziemskiego globu pozostaje zapewne wciąż w bolesnej nieświadomości o moim istnieniu, jednak paru ludzi mnie zna i ci widzą chyba we mnie czołowego pogromcę "wolnego rynku". Coś w tym jest, oczywiście, tyle że "wolny rynek" - jak przeważnie bywa z obiektami kultu fanatyków... Fanatycznych, ale niezbyt mocnych w argumentach i rozumowaniu, o kontakcie z realem już lepiej nie wspominając - to pojęcie wieloznaczne i używane przez rzeczonych wyznawców w sposób im wprawdzie wygodny, ale za to urągający elementarnej logice.

Jest przecież tak, że ktoś prowadzi jakiś własny biznes i nieźle mu idzie... Jest zadowolony, pasuje mu ten sposób na życie, a forsy też ma z tego tyle, że mu żona z teściową co dzień głowy o nią nie suszą... Oczywiście taki ktoś, jak uczy doświadczenie, musi ponarzekać na podatki... Musi popomstować na "durne przepisy" i na "tych tam u góry, co to nie rozumieją potrzeb przedsiębiorców, którzy to przecież solą ziemi itd. itd." Tyle można by zrozumieć, wybaczyć.

Dziwnie spora jednak część tych ludzi robi rzeczy całkiem przedziwne. Jak to głosowanie na "liberalną i sprzyjającą biznesmenom" partię, czy raczej "platformę". Albo też - zamiast się cieszyć swym dostatkiem i że robią w końcu to co lubią, zaczynają czytać "von" Misesa... Bełkotać o przywróceniu parytetu złota... I takie różne śmieszne sprawy. A, byłbym zapomniał - wyraźnie nie wystarczy im dostatek i że lubią to co robią, oni muszą jeszcze być wyniesieni na ołtarze! I w zasadzie są, ale im to nie wystarcza. Jakoś nigdy.

A są jeszcze zabawniejsi - tacy, co to złamanego grosza nie powąchali... Nigdy żadnego biznesu nie prowadzili... Bladego (jak krętek) pojęcia jak to się robi, i jak w ogóle naprawdę działa ekonomia, nie mają... A mimo to parytet złota przywracają... Pomstują... A przecież nawet ten trzepak, pod którym prowadzą swoje codzienne niemal konwentykle z kolegami o podobnych profilu osobowości i podobnych osiągnięciach, został postawiony nie przez nich, a właśnie raczej przez państwo, albo też inną obrzydliwą "oligarchię"!

Z tymi drugimi to się w ogóle nie da gadać - w każdym razie nie na te tematy, bo na inne może by się i dało, kto to może wiedzieć. Ale jeśli się z takim gościem z tej pierwszej kategorii - biznesmenem znaczy, któremu biznes nie wystarcza, zadowolona żona z zadowoloną jej mamusią także - tylko chce być uznany za sól ziemi i żeby... Czy ja zresztą wiem co oni sobie konkretnie marzą? W każdym razie jakieś nowe szaty króla na pewno - w mniejszej czy większej przenośni. Tyle wiem.

No więc jak się z takim pogada, to nagle okazuje się, że ten "wolny rynek" to żaden "wolny (ach!) rynek", a po prostu nieco najzwyklejszej ekonomii i najzwyklejszej drobnej przedsiębiorczości... No bo ta nie-drobna, to, parafrazując głębokie i wiecznie żywe stwierdzenie Marka Krassusa, musiałaby umożliwić przedsiębiorcy wystawienie prywatnej armii... W każdym razie z całej maniackiej oświeceniowo-deistycznej idei, robi się nagle coś małego i zwyczajnego. A takim znowu strasznym facetem, żebym chciał producentów lizaków czy naprawiaczy zegarków od razu na pal nadziewać, to ja nie jestem! Nie o takim "wolnym rynku" rozmawiam, nie taki "wolny rynek" zwalczam, wyśmiewam...

Przykład? Dowód? Otóż ostatnio moje ulubione wydawnictwo Paladin Press reklamuje... Nie wiem zresztą czy całkiem "ostatnio", bo, choć kontakty z nim mam od b. dawna, to z przerwami... W każdym razie wysyła mi taki emailowy biuletynik, a w nim reklamuje książki, które są "slightly scruffy"... Na nasze powiedziałoby się "nieco zmachane", albo jakoś tak. Że w nie całkiem idealnym, nienaruszonym i dziewiczym (ach!) stanie.

I te książki można dostać za pół ceny w stosunku do tych dziewiczych (ach!). No to sobie zamówiłem parę. A do tego, jak to zazwyczaj się robi, parę w stanie całkiem dziewiczym (ach!), czyli normalnych i za 100% ceny. I dzisiaj one przyszły. I co widzę? Otóż moje dwie "nie całkiem dziewicze" (ach!), "z letka scruffy" books, od dziewiczych (ach!) i nie "scruffy" różnią się tym, że mają tam na tej płaszczyźnie przeciwnej grzbietowi - na tej, wiecie, płaszczyźnie, co to stworzona z miliona cieniutkich kartek leżących jedna tuż przy drugiej - przybity niewielki czerwony stempelek.

Stempelek ów mówi jedno słowo: "damaged". Co się na nasze tłumaczy jako "uszkodzone". Albo "uszkodzona", jeśli "książka". Oni tego nie rozróżniają, taki mają język. Żadnej fleksji. Spengler o tym ciekawe rzeczy mówi, ale zaraz wezmą mnie za jakiegoś maniaka... Jakbym pod trzepakiem parytet złota przywracał, tylko gorzej. Ludzie naprawdę są dziwne!

W każdym razie jest tam ten stempelek... Estetycznie całkiem niczego sobie, a nawet "esthetically pleasing" powiedziałbym w tym ich dziwnym języku... I ABSOLUTNIE NIC POZA TYM nie znalazłem! Nic, co by mogło świadczyć, że książka - poza tym, że ma stempelek, co faktycznie można uznać za utratę dziewiczości (ach!) - była jakaś nie do końca dziewicza (ach!). A dostałem dwie takie, więc to na żadne niedopatrzenie - wypuszczenie dziewicy (ach!) jako rzekomej doświadczonej pracownicy świątyni miłości (ach!) - nie wygląda. Obie mają stempelek i nic poza tym nie różni ich od książek... Powiedzmy wreszcie to słowo - NOWYCH!

Z "wolnego rynku" się wyśmiewam, z etosem biznesmena, co to na ołtarze by się rwał i "von" Misesa czyta, się nie utożsamiam, ale marketingu się - co za szok dla niektórych, prawda? - jednak liznęło. No i stwierdzam, że tego dziwnego postępowania mego ulubionego wydawnictwa nie potrafię zrozumieć inaczej, niż jako właśnie ZNAKOMITY CHWYT MARKETINGOWY.

W końcu mamy kryzys, prawda? I oni tam też pono mają, a z tym Obamą szybko z niego nie wyjdą... No więc chcą sprzedać swoje publikacje, a jednocześnie nie wyjść na jakichś takich, co to wszystko przeceniają bo muszą sprzedać, bo już im na chleb z margaryną nie starcza. A dodatkowo przecież ludzie, kupując te "skrofuły", te książki "mniej dziewicze" (ach!), przeważnie dobiorą sobie coś z tych całkiem (ach!) dziewiczych... To jest naprawdę fajny chwyt marketingowy. I z czymś takim dotychczas się nie spotkałem.

No dobra, ale dlaczego ten "wolny rynek" od razu został naszym PRZYJACIELEM? Aż? No bo te książki są naprawdę b. interesujące - ot dlaczego! Miałem dzisiaj (a właściwie to wczoraj, bo już po północy) sporo zajęć, ale i tak jedną już właściwie przeczytałem, a drugą zacząłem. No i znalazłem w nich parę rzeczy, którym chciałbym się teraz z mymi P.T. podzielić.

Na przykład w jednej z nich znalazłem stwierdzenie, że "nadmiar doskonałości jest błędem". Czyż to nie śliczne? Zastanawiam się nawet nad zrobieniem z tego motta tego bloga, ale mam i tak masę kandydatów, więc nie wiem. No i jeszcze to znalazłem: "Działanie w ten sposób na tłum oznacza kontrolowanie jego determinacji by cię dorwać. Wszystko sprowadza się do ceny, jaką każda jednostka w tym tłumie jest gotowa zapłacić za to, by cię dorwać". (Nawiasem "by cię dorwać" kończy oba zdania - to nie jest moja stylistyczna niedoróbka!) Czyż może być piękniejszy aforyzm odnoszący się także - nie tylko do ludzi spotykających na swej drodze agresywnych motocyklistów i młodzieżowe gangi - ale także do nas, spenglerycznych neo-stoików i, czasem, kontrrewolucjonistów in spe?

Zaś w drugiej "nie całkiem dziewiczej" (ach!) książce, co ją zacząłem dopiero czytać, znalazłem coś jeszcze wspanialszego! Otóż okazuje się, że najbardziej pod względem genetycznym zbliżone do nas, ludzi, stworzenie - karłowaty szympans Bonobo, mający 98,8% naszego garnituru genów - kiedy widzi bijące się inne szympanse Bonobo, to poziom testosteronu (mówimy o samcach) podnosi mu się... 1100 razy! Za to kiedy dostanie cięgi od innego Bonobo, poziom tego samczego hormonu spada mu w ciągu sekundy poniżej normalnego. Gdy zaś sam da komuś w kość, czyli zwycięży, poziom testosteronu podnosi się mu momentalnie 1300 razy!

Tak więc, Cni Panowie - wiecie już chyba czym się macie zajmować, prawda? Co najmniej oglądaniem MMA w telewizji, jeśli nie możecie lepiej. Cne Panie - wiecie już, czym się mają wasi samczykowie zajmować, prawda?

Na zakończenie chciałbym wznieść jakżesz stosowny okrzyk: "Paladin Press twoim przyjacielem!" Ale na tym nie poprzestanę! Wniosę i drugi: "Wolny rynek także twoim przyjacielem... W każdym razie BYWA!" No a gospodarczemu kryzysowi składam niniejszym, już bez rozgłośnych okrzyków, serdeczne podziękowania. I mówię mu: "Masz także swoje, kryzysie gospodarczy światowy, zalety!"

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, listopada 17, 2009

Bąmoty i Pąseje: Liberal-konservatismus nareszcie explicatus!

Idea "liberalnego konserwatyzmu" jest, wbrew pozorom, dziecinnie prosta i porażająco logiczna:

LIBERALIZM DLA NAS - KONSERWATYZM DLA CAŁEJ RESZTY!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, listopada 11, 2009

Przeklęty kraj...

Refleksja związana ze świętem 11 listopada:

Przeklęty kraj, gdzie w czasie państwowych świąt, zamiast prawdziwej armii pokazuje się ludziom gromady przebierańców! Tym bardziej, gdy te gromady przebierańców zdają się być militarnie silniejsze od owej nieszczęsnej armii.

* * * * *

Przeklęty kraj, gdzie fakt, że aresztowanego znaleziono powieszonego, telewizja komentuje w pogodnym tonie: "Taki a taki wymierzył sobie sprawiedliwość", a zidiociały lud łyka to bez słowa protestu! Darujcie, ale fakt, że cela w tymczasowym areszcie nie była monitorowana, nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem - po prostu nie należało kogoś, kto mógłby "sobie wymierzyć sprawiedliwość", umieszczać w niemonitorowanej celi. Zakładając nawet, że to było "sobie wymierzenie sprawiedliwości", na co nie ma najmniejszego dowodu.

Ktoś za tę śmierć odpowiada i ktoś powinien za to ponieść konsekwencje - jak w każdym przypadku, gdy umiera więzień czy aresztant. (To samo dotyczy zresztą np. śmierci Miłoszewicza w "europejskim" więzieniu, w której równie "europejskie" władze oczywiście nie znalazły nic podejrzanego. Ja jednak znajduję.)

Najobrzydliwsze jednak jest skurwienie ludu, który to wszystko łyka bez słowa. I aż zabawne widzieć, jak szybko ta dzisiejsza władza może sobie pozwolić, by od pierwszej propagandowej podpuchy dla ubogich duchem - w rodzaju medialnej kampanii przeciw internetowym pedofilom, co to wymieniają się przez sieć choćby RYSUNKAMI przedstawiającymi nieletnich - przechodzić do konkretnych działań - w rodzaju reglamentowania dostępu do internetu dla całości plebsu.

A zresztą, czemu się dziwić, skoro lud, często z rzekomą "prawicą" na czele, łyka to wszystko jak głodny pelikan ryby? Lud zresztą łyka różne brednie - także taką, że mogłoby istnieć imperium (a Europejska Unia JEST imperium, choć pokracznym i na zewnątrz słabym), w którym nie byłoby kary śmierci. Oficjalnie, z tego co kojarzę, nie było jej np. pod koniec istnienia carskiej Rosji, a jednak władza miała sposoby, by uśmiercać tych, których uśmiercić chciała i na których nie wystarczała jej zsyłka. Mówię o knucie.

Tak samo "u nas w Europie" - kara śmierci jest nie do pomyślenia, a jednak, jak twierdzą ci, co czytali lezboński traktat, jest tam dopuszczona w obronie istniejącego porządku politycznego. Do tego mamy "samobójstwa w niemonitorowanych celach", a jak trzeba, to i w monitorowanych. Nie licząc oczywiście nieszczęśliwych wypadków, nagłych ataków serca, nieudanych operacji...

Stanisław Michalkiewicz pisał o tym parę lat temu bardzo sensownie w tym duchu, że teraz wszelkie tego rodzaju rzeczy tajne służby mogą robić z niewielkim dla siebie ryzykiem WŁAŚNIE DLATEGO, że "nie ma kary śmierci"!

To wszystko naprawdę nie jest wesołe ani miłe, jednak przyznam, że obserwowanie i analizowanie tych spraw do dla spenglerysty niezła zabawa. Nie ma więc tego złego!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, listopada 02, 2009

Jeszcze nieco na temat religii...

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż całym celem Vaticanum Secundum było uczynienie z katolicyzmu kolejnej wersji późnego, bezzębnego protestantyzmu - tym razem w stylu jarmarczno-cepeliowskim.

Na szczęście KK broni się jeszcze w kilku bardzo istotnych sprawach, co pozwala mu nadal kibicować. Ale wielkich powodów do optymizmu nie dostrzegam.

* * * * *

Dzisiejsze zachodnie chrześcijaństwo zdaje się polegać na tym, że każdy "wierny" posiada własny zestaw do majsterkowania "Zrób to sam - mały teolog", oraz kilka kartek instrukcji. Na dwóch pierwszych kartkach znajdują się, w zinfantylizowanej i rozwodnionej formie, niektóre tradycyjne dogmaty - wraz z wydrukowanymi tłustym drukiem ostrzeżeniami, by ich nie brać zbyt poważnie.

Na ostatniej kartce jest instrukcja, jak za pomocą zestawu "Zrób to sam - mały teolog" wyprodukować sobie dużo bardziej zaawansowany zestaw "Zrób to sam - mały deista". Kiedy sobie nasz zdolny majsterkowicz go w końcu zmajstruje, będzie mógł "Małego teologa" i wszelką tradycyjną religię wyrzucić na śmietnik. Lub na dno szafy.

Czemu? Ponieważ w końcu pojmie, że prawdziwa religijność polega na odczuwaniu rozkoszy, kiedy nasze uczucia wibrują w doskonałej harmonii z uczuciami milionów innych ludzi, których uczucia z kolei, jak i nasze zresztą, wibrują w doskonałej harmonii z tym, co mówią nam z telewizji czy gazet różne światłe autorytety, którym na sercu leży dobro ludzkości i które lubi władza.

* * * * *

Polecam to, co napisał w swym komentarzu pod poprzednim wpisem Amalryk. Jest tam nieco jego osobistych refleksji z lektury Spenglera, jak też obszerny i interesujący cytat z Bierdiajewa. Linku się do tego komęta nie da dać, więc anonsuję. Oczywiście wszystkim innym komentatorom (!) też bardzo gorąco dziękuję i proszę o jeszcze!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, listopada 01, 2009

Końska Liturgia i Kościół Katolicki

Na początek remanenty i sprawy organizacyjne. Nie wiem czy to widać, ale pisać od urodzenia nie znoszę. Kiedyś, kiedy naprawdę nic się w moim życiu nie działo, a miałem masę wolnego czasu, postanowiłem stworzyć tego bloga - raz żeby sprawdzić, czy w ogóle potrafiłbym działać jako przyzwoitej klasy publicysta, dwa żeby wylansować Roberta Ardreya.

Roberta Ardreya, którego, jak to mówiłem wielokrotnie, uważam za absolutną PODSTAWĘ jakichkolwiek prawicowych poglądów. OK, ktoś kto dzień w dzień grzebie się w koniach częściowo arabskich, może faktycznie wie na takie, związane z biologią, tematy więcej od kogoś, kto z biologią ma kontakt jedynie za pośrednictwem lekarstwa na zgagę, a w porywach za pośrednictwem kastrowanego kota swojej ciotki. Ta różnica nie jest jednak moim zdaniem aż tak wielka (jakieś 15% góra).

Dodatkowo, nawet gdyby taki ktoś był w sprawach o których Ardrey mówi skończenie mądry, to i tak nam to nie wystarczy. Rzecz w tym, że do sensownej debaty trza mieć uzgodnione definicje - to absolutna podstawa! - ale nie tylko. Ponieważ życie jest krótkie, a doba zazwyczaj nie ma więcej niż 35 godzin, istotne są pewne intelektualne prefabrykaty, że tak to określę. Ja też bym się aż tak często nie powoływał na Spenglera, czy kogo tam, gdyby nie to, że wtedy po prostu ktoś kto też przeczytał i zrozumiał, od razu ma, w pigułce, cały skomplikowany często, wywód. I od tego miejsca możemy dalej maszerować.

Oczywiście ten prefabrykowany wywód, do którego dostęp uzyskujemy za pomocą słowa kluczowego (keyword, tag) - powiedzmy "Prawda w sensie spenglerycznym" - też nie musi być w całości bez żadnej krytyki akceptowany. Możemy sobie go ew. dyskutować, próbować uzgodnić, co w nim komu nie do końca pasuje, jak by należało zmienić itd. Jednak TAK WŁAŚNIE wygląda życie intelektualne - gdyby było inaczej, za każdym razem musielibyśmy "wynajdować na nowo koło" i np. zamiast rzec "to jest coś w rodzaju świata platońskich idei", musielibyśmy napisać samemu Timaiosa i większość pozostałych dzieł Platona.

Albo jakieś ich odpowiedniki, w każdym razie alegoria o cieniach w pieczarze musiałaby być zaserwowana w całości, bo bez tego nijak. Dlatego też, skoro poszedłem już w tę (istotną!) dygresję o znaczeniu Ardreya, z naciskiem podkreślam, że upieram się przy jego ważności, a jeśli komuś czytanie po angielsku wciąż sprawia trudności, to niech się, do kurwy nędzy, nauczy, albo wynajmie sobie studenta. Ba, nawet absolwenta może se wynająć, skoro podobno bezrobocie wśród absolwentów uczelni (są jeszcze takie w tym nieszczęsnym kraju?) wynosi obecnie 44%.

Do czego zmierzam? (Bo zawsze zmierzam, choćby to nie było na pierwszy rzut oka oczywiste.) Do tego, że jak to widzę, dyskusja, choć dyskutantów niezbyt wielu, jest tu o wiele bardziej interesująca od samych moich wpisów. Przynajmniej dla mnie. Tym bardziej, że ten ostatni cykl to czysta perwersja, bo do istoty sprawy nie dojdę w tym ziemskim życiu, w reinkarnację trydenckiemu katolikowi nie wypada przecież wierzyć, a to co na razie jest to pozbawione formy przemądrzałe wywody na tematy, które aż się dziwię, że kogoś zainteresowały.

W końcu jeśli naprawdę ktoś lubi czytać, co ja... Zamiast podać w ogromnym skrócie jak to od katolicyzmu nasza cywilizacja przeszła do różnych pokracznych religii w rodzaju "Religii Nauki", czy "Religii Praw Człowieka", oraz jak się do tego mają wierzenia w rodzaju wiary w "Wolny Rynek"... Więc jeśli ktoś lubi czytać, co ja zrozumiałem z rozróżnienia Spenglera między Prawdami i Faktami (i całą masą spraw, które się z tymi dwiema ściśle wiążą), to powinien se przeczytać samo Magnum Opus, a potem ew. ze mną na te tematy podyskutować.

Może ten mój wieloodcinkowy wywód miał jakieś zalety, ale miał też i wady. Na przykład kompletny brak formy i chaotyczność. Co było przy takiej jego postaci nie do uniknięcia. Naprawdę nie przyjmuję zarzutu, który tutaj jeden z komentatorów postawił, że mam nieuporządkowany umysł - raczej przeciwnie - ale tak to może wyglądać.

Kiedyś faktycznie pisywałem coś, co można było uznać za w miarę dopracowane felietony (minus korekta, minus cięcia redakcyjne), ale już dawno przestało mnie to bawić. (Tak samo, jak pisanie limeryków czy świńskich fraszek. A miałem kiedyś krótki okres, kiedy się sprawdzałem w takich dziedzinach i - thank you very much! - nieźle mi szło. Niektórzy to wiedzą. Ale dzisiaj bym już nie potrafił, bo i mi nie ma powodu zależeć.)

OK, w sumie chciałbym rzec, że bardziej mi się na tym blogasku podoba dyskusja w komętach, niż sama treść (żołądkowa). Może by po prostu zamiast blogaska założyć forum, na którym by się dyskutowało różne sprawy? Nie znikałoby to tak łatwo jak tutaj - gdzie jeden pisze pod odcinkiem 3, a inny pod odcinkiem 5, i nigdy się nie spotkają... Co jest, przyznajcie, durne!

Oczywiście dłuższe wpisy też by się tam, na tym forum, dało wpisywać. W sumie byłoby po prostu lepiej. Albo też, radykalnie - zlikwidować tego blogaska... Względnie zostawić go odłogiem. I tyle. I pogadać se w razie czego na Skype. (Mówię popisać, przynajmniej na razie bo mam coś z kartą dźwiękową i nie chodzą mi mikrofony.)

W podsumowaniu powyższego, zacytuję to, co mi tu w komęcie wpisał Amalryk:
Trochę na boku, ale do rzeczy; przypomniałem sobie słowa z przedmowy do "Historii wierzeń i idei religijnych" M.Eliade "(...)przez wiele lat planowałem wydanie dzieła krótkiego i zwartego(...)Niestety, owa księga, krótka i zwięzła, jeszcze nie powstała(...).
Dokładnie tak to tu było! Z jednej strony mi wstyd, że wyszedł taki kulfon. Z drugiej dziwię się, że tylu bystrych ludzi tego kulfona jednak doceniło, więc może jakąś tam wartość on jednak ma?

Jeśli ktoś coś ma do powiedzenia na temat mojej sugestii forum, czy czegokolwiek, bardzo proszę! Pamiętajcie też, że to ostatnie lata takich figlów w sieci, więc jeśli ktoś zamierza wnukom kiedyś (na ucho oczywiście) opowiadać, jak to knuł i podgryzał korzonki Globalnego Państwa Ojromrówek, to ma tu jedną z ostatnich okazji.

Oczywiście po drodze będzie musiał uniknąć rozpoznania Europejskiej Schizofrenii Bezobjawowej i wynikającej z tego eutanazji, ale to już nie mój problem. A raczej - problem jak najbardziej mój i się zmartwię, jeśli się dowiem, ale co ja mogę w tej sprawie? Módlcie się i dbajcie, żeby wam proch nie zamókł - tyle wam mogę doradzić.

* * * * *

No dobra... Żeby nie było, że ja tu tylko własny ogon konsumuję i zajmuję się wyłącznie sprawami organizacyjnymi...

Od niedawna zacząłem się uczyć portugalskiego. Dlaczego? Toć coś trzeba na starość dłubać, a w dodatku ten język mnie fascynuje od dawna swoją niesamowitą fonetyką (jakaś być może pre-indoeuropejska, niewykluczone Cro-Magnon, łał!), do tego Boska Amália, do tego BJJ. A mam tu akurat bardzo fajnego młodego Portugalczyka - wygląda jak lewak, ale wydaje się być b. sensowny. (Mam niepłonną nadzieję, że to nie taki meksykański student, który swego czasu przynęcił się do Trockiego. Jak coś, to będziecie wiedzieć!)

No i tak sobie się rozglądać, gdzie by tu złapać więcej tej dziwnej i fascynującej luzytańskiej fonetyki... Aż tu okazało się, że na takim ojrokanale dla lemingów o nazwie "Euronews" naprawdę działa wybieranie podstawowego języka! Wiec tam gadają różne lemingi i europejsy w różnych narzeczach, ale lektor gada po luzytańsku właśnie. Fajne!

Treści oczywiście (żołądkowe) są takie, jakie uwielbiają lemingi, natomiast faceci w moim stylu znacznie mniej. No, ale za to człek poznaje co oni tam mędzą. (Jakby i tak nie wiedział.) Mimo wszystko jednak te lemingopejsy przed chwilą mnie zapłodniły, a w dodatku ta sprawa ma związek z moim światłym tekstem o Historii Religii.

W dziale "Kultura" ci lemingopejscy manipulanci pokazali mianowicie coś, co się nazywało "Liturgie Equestre", czyli "Końska Liturgia" (albo może "Konna"). I były to takie różne sprawy jak "Cesarska Wiedeńska Akademia Jeździecka" (czy jak się tam to po naszemu nazywa), tyle że na awangardowo i nowocześnie. Więc takie piękne, tłuste hiszpańskie ogiery, a na nich młode niebrzydkie kobietki z długimi końskimi ogonami... Ujeżdżanie w takiej rokokowej formie - konie tańczą, tworzą zbiorowo różne dynamiczne wzorki. Żadnego szarpania, żadnego skakania przez wysokie przeszkody - za to capriole i courbetty. Do tego tzw. "klasyczna" muzyka, z Bachem włącznie.

Różne takie, w zamierzeniu awangardowe, całkiem na oko zresztą urodziwe, rzeczy... Które ewidentnie miały być jakąś... No, może nie całkiem "liturgią", choć kto tam ich wie? Ale w każdym razie wyrafinowaną FORMĄ i jakimś odpowiednikiem tego, co reprezentuje Kościół Katolicki.

Jaki jednak Kościół Katolicki? Przecież nie ten posoborowy! Tak się składa, że moje gadki o kościele trydenckim to nie są jakieś takie sobie z sufitu wzięte rojenia - ja naprawdę jestem tak stary, że świetnie pamiętam, jak wyglądały... Jak brzmiały i pachniały trydenckie nabożeństwa... I procesje... I wszystko.

Kiedy dziś słyszę kazanie wygłaszane praktycznie gazetowym językiem... Kiedy widzę tę "sztukę sakralną", która swym tandetnym gemütlichkeit mogłaby rywalizować niemal z ogrodowymi krasnalami naszych zachodnich przyjaciół... Kiedy widzę ten knajpiany szynkwas, na którym teraz dokonuje się... Sami wiecie! Kiedy mi mówią, że teraz "ksiądz stoi PRZODEM DO WIERNYCH", a ja widzę, że stoi (excusez le mot) DUPĄ DO OŁTARZA... Naprawdę nie chcę nikomu pluć do zupy, więc nie rozwinę.

Jednak tak mi cholernie brak ks. Wujka i łaciny, prawdziwej sztuki sakralnej (bo ja w tamtych czasach mieszkałem w Krakowie, więc ten kościół był całkiem tradycyjny, żadne tam baraki czy "łódź odrywająca się od ziemi" z betonu piankowego), prawdziwej muzyki sakralnej (chór a capella, organy)... Co ja tu się zresztą będę rozwodził.

Zabawne, powie ktoś, kto mnie już nieco czytał - gada to przecież gość w sumie przecież niewierzący! Zgoda, racja. Jednak zobaczcie - Kościół Katolicki, będący ostatnią i jedyną ostoją FORMY w tym naszym upadającym, amorficznym świecie, DOBROWOLNIE (choć oczywiście nie wiemy, jakie tam były naciski i ilu agentów udało się już do wyższej kościelnej hierarchii wprowadzić przed upiornym V2) z niej REZYGNUJE... Aby się "unowocześnić"... Aby się dopasować do współczesności...

A w jakiś czas potem różne obskurne, semi-totalitarne (mówiąc b. oględnie), zajadle antykatolickie, lewackie po prostu siły - wskakują na jego miejsce, próbują przejąć nie tylko samą ideę LITURGII, nie tylko FORMĘ jako taką, ale zapożyczają po prostu całe wielkie partie z tej autentycznej (trydenckiej oczywiście, bo posoborowej przecież nie ma) katolickiej... W celu DOKŁADNIE PRZECIWNYM do tego, który miał Kościół! No bo nie oszukujmy się - na kanale "Euronews" to nie konie są istotne, nie muzyka Bacha, czy choćby Czajkowskiego - tam się wykuwają WIELKIE IDEE, tam się wykuwa NOWY ŚWIAT, tam się tworzy NOWY CZŁOWIEK...

A Kościół, w imię nowoczesności, w imię obłędnego ekumenizmu, w imię "dotarcia do mas"... Oddał tym ludziom i tym siłom całe pole. Oddając im przy okazji wypracowane przez stulecia środki i formy, bez których tamci mieliby przecież o tyle trudniej! Czyż nie ma w tym czegoś po prostu diabelskiego? Nie mówiąc już o tym, jak cudne spiskowe teorie można by tutaj snuć.

Zaprawdę powiadam wam - upadek nigdy nie jest piękny, choćby tak nam się mogło wydawać, gdyśmy w przaśnym i szarym prlu czytali o schyłku Rzymu i takich sprawach... A czy może istnieć coś, co ten upadek pokazuje nam dobitniej, niż zestawienie owej "Końskiej Liturgii", tak skutecznie, z pomocą technicznych osiągnięć naszej cywilizacji, lansowanej przez jego otwartych przecież wrogów, z posoborowym kościołem, który dobrowolnie stał się miejscem, które może ewentualnie rywalizować z tym czy owym serialem, z gazetowym horoskopem - ale na pewno nie z jakąkolwiek inną religią, a co dopiero mówić o "Końskich Liturgiach" i - podbijającej dziś, m.in. za ich pomocą, świat - lewackiej, totalitarnej i otwarcie przecież chrześcijaństwu wrogiej ideologii?

Gdybyście jednak, wy - autentyczni, w odróżnieniu ode mnie - chrześcijanie, takie rzeczy zauważali i reagowali, nie byłoby przecież tego upadku... A on chyba po prostu być musi, bo nasza cywilizacja jest już bardzo stara i bardzo zmęczona. Nie podoba się komuś ten determinizm? A czy ja wam ludzie zabraniam pokazać mi, i światu, że on jest fałszywy? Ale jednak NIE pokażecie, jestem tego dziwnie pewien.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, października 29, 2009

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 5)

Ach, jakiż długi ten wstęp! A samej historii, o ile w ogóle do niej dojdziemy, będzie malutko. Cóż, czy to raz tytuł jest nie całkiem na miarę? Czy to jeden Tusk obiecuje, by potem nie dotrzymać? Czy ja też nie mogę być postpolityczny? Tym bardziej, że te moje tutaj filozofowania to taka "narracja", tyle że dla intelektualnej (pochlebiam sobie) elity.

A więc, męczmy się, i ew. czytelnika, dalej! Kiedy mówię "Jezus zginął za moje grzechy na krzyżu, a potem zmartwychwstał" - co to jest? Oczywiście to jest Prawda, w sensie o którym tu mówimy, czyli spenglerycznym. Brawo! W dodatku to jest Prawda w swej najczystszej postaci, czyli Prawda Religijna - wprost i bez owijania w bawełnę, jak to się często (owijanie znaczy) zdarza.

No a kiedy mówię "Jutro wstanie słońce"? To jest... Oczywiście - hipoteza. (I nie chodzi tu o czepianie się do utartej metafory o słońcu wstającym, kiedy przecież Kopernik... itd.) Jest niemal pewne, że to się sprawdzi, ale jednak nie absolutnie pewne. Zakładam że tak właśnie będzie, bo inaczej zamiast płacić rachunki, pożyczyłbym może tyle forsy ile by się dało, by za nie zorganizować pożegnalną orgię, o jakiej Neron z Lukullusem nie śnili.

Podobnie z tym, że ziemia kręci się wokół słońca - pewnie tak i jest, ale co mi to właściwie robi? Z żadną metafizyką nie ma to dla mnie nic wspólnego, choć przecież... Nie zawsze musi tak być. Dla takiego Giordana Bruno dość analogiczne "odkrycie", że wszechświat jest nieskończony i zawiera nieskończoną liczbę układów słonecznych takich jak nasz, było, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, religijnym olśnieniem. Za które zapłacił życiem, a niewykluczone, że zrobił to ze świadomego wyboru (może nawet to jest wiadome, tyle że nie akurat mnie w tej chwili).

Ze mną jest inaczej - dowolna ilość dowolnie wrzaskliwych Dawkinsów może mi udowadniać, żem ofiarą "samolubnego genu"... Po mnie to jak woda po kaczce. Skoro to gen mną kieruje, to ja jestem ten gen i wszystko w porządku! Podobnie z honorem, patriotyzmem, sensem mojego życia - całkowicie mi wystarcza, że ja to tak czuję, że to są moje... Fenomeny. (O których jeszcze tu nie było, ale zaraz będzie.) To całkiem nie musi być wieczne, niezmienne i absolutne.

Mi to naprawdę nie jest do niczego potrzebne i nawet się nad tym za bardzo nie zastanawiam. Tacy ludzie istnieją! Dlatego tutaj mówię o tych swoich nietypowych cechach. Istnieją, i niewykluczone, że to oni właśnie odgrywają nieproporcjonalnie wielką rolę w historii. A my tu przecież historię mamy opowiadać i analizować.

No dobra, a teraz coś trudniejszego... Kiedy mówię "Wierzę, że jutro słońce także wstanie" - co to jest? A to, moi państwo, jest już FENOMENOLOGIA. Przynajmniej taka, jak ja ją rozumiem. Fenomenologia spengleryczna, bo tej "prawdziwej", to się po prostu, poza całkiem wstępne (i słuszne) stadia, całkiem nie da zrozumieć. I nawet nie o to chodzi, że się nie da - bo gdyby było warto, to należałoby się po prostu wysilić i w końcu zrozumieć... Tu chodzi raczej o to, że po co?

Jeśli nikt nam za to zrozumienie nie da profesury, lub choćby doktoratu, to po co właściwie? Ani nam to w realnym naszym życiu do niczego się nie przyda, ani nic. Czysto jałowa i akademicka działalność, a ten krótki czas, który mamy na ziemi, zdrowy człowiek woli poświęcić na inne sprawy. Życie. Albo właśnie religię. Albo jakąś kombinację obu tych rzeczy.

Wracając do tej naszej fenomenologii dla... Ubogich duchem? No nie. Dla ludzi czynu? Coś takiego. Dla spenglerystów - o, to jest dobre określenie. Więc wracając do niej, wyjaśnię, że to jest tak, iż moje PRZEKONANIE o tym, że "jutro słońce także wstanie" (pomijając, jak już rzekłem, różne tam odkrycia Kopernika i nie czepiając się tego, czy to słońce wstaje, czy może ziemia) jest po prostu Faktem. Ja tak naprawdę sądzę, niezależnie od tego, czy mam rację, mój sąd jest rzeczą pewną.

Nie wypowiadam bowiem opinii na temat ISTOTY BYTU, czyli powiedzmy tego, jak tam się rzeczy z tym słońcem NAPRAWDĘ mają, tylko konstatuję fakty, które dzieją się w mojej jaźni. Całkiem obiektywnie się dzieją! Te fakty, które ja w tej mojej jaźni sobie całkiem realnie oglądam, to są Fenomeny. (Skoro stale wracamy do naszego Spenglera, i słusznie, to wypada dodać, że on sam o fenomenologii nigdzie, z tego co kojarzę, nie pisze. Cała ta interpretacja jego filozofii jako swego rodzaju fenomenologii, plus masy innych fajnych rzeczy oczywiście, jest moja własna.)

Może nam się to o fenomenach i fenomenologii do czegoś w dalszym ciągu przyda, a może nie. W każdym razie to kolejny punkt w naszym programie "Spengleryzm dla odpornych na wiedzę", który sobie tutaj na boczku prowadzimy.

OK. Czy, aby wrócić wreszcie do religii, teza że "Jezus zginął za moje grzechy na krzyżu, a potem zmartwychwstał" - będąca w stosowanym tu przez nas sensie Prawdą - jest w potocznym sensie "prawdziwa"? Mówię otwarcie - nie mam absolutnie żadnego sposobu by to ocenić! Moje okienko do Bytu Jako Takiego (a o niego tutaj w końcu chodzi) jest całkowicie zamurowane. Nie mówię, że to źle, nie mówię że to dobrze, tak po prostu jest.

Nie wykluczam (hipoteza!), że istnieją ludzie, że istnieją instytucje, że istnieją metody, wyjrzenia przez to okienko i dotknięcia, poznania, ujrzenia Bytu Jako Takiego. I że jego istotną częścią może być akurat wyrażona tutaj przed chwilą teza. Masa ludzi taką możliwość z góry odrzuca. Opierając się przeważnie na argumentach, które same całkowicie nie wytrzymują solidnej krytyki. Ja do nich nie należę. Uważając się za "niewierzącego trydenckiego katolika" (o tej "trydenckości" niedługo zamierzam powiedzieć nieco więcej, i to już będzie coś w rodzaju historii religii), na tyle jestem "niewierzący", że jako Prawda to w mojej jaźni realnie nie funkcjonuje.

Zaś ta i inne tego rodzaju hipotezy - skoro nie Prawdy - nie są dla mnie osobiście bardzo istotne i nie przyznaję im specjalnie wysokiego prawdopodobieństwa "prawdziwości". Mój tutaj wywód nie jest więc wyrazem jakiejś prawowiernej katolickiej nauki, czy choćby domorosłej filozofii, która by się oglądała na jakąś prawowierność. Mój szacunek do katolicyzmu, dla jego dokonań, dla tego co zainspirował, jest naprawdę ogromny, ale ktoś bardzo żywo w katolicyzm zaangażowany, może nie strawić mojej, z zewnątrz przeprowadzanej i bez dogmatycznych hamulców, analizy.

Naprawdę nie zamierzam tu mówić niczego, co by mogło, w mojej opinii, urazić uszy wierzącego. To co tu już powiedziałem o nauce i Prawdach - w tym religijnych - stanowi raczej niezłą broń dla katolików w walce z agresywnym lewackim ateizmem, z lubością podpierającym się na każdym kroku, uczciwie i nieuczciwie - ale w mojej opinii tak czy tak nieprawnie, nauką. Mniej wrażliwi katolicy powinni traktować moje wywody jako swego rodzaju teodyceę, czyli teologię nie podpierającą się dogmatami, a działającą całkiem "od zewnątrz" i mogącą, dzięki temu, przemawiać także do niewierzących.

Ja na pewno nie zamierzam tutaj, ani nigdzie, szkodzić katolikom, choć nie czuję się zobowiązany, by mówić głosem KK. Tym bardziej zaś dzisiejszego KK! I tutaj dotykamy interesującej kwestii, w dodatku związanej już dość bezpośrednio z historią zachodniej religijności.

Ale o tym, Deo volente, następnym razem.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, października 28, 2009

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 4)

Nasza blogowa lokomotywa dziejów drży niecierpliwie, sapie, dyszy i dmucha. Maszynista dziejów rusza wajchą, a jego pomocnik węgiel sypie na ruszt, choć od ognia na tym ruszcie łuna bije na całe niebo... Nasza lokomotywa dziejów pali się, rzec by można, do wyruszenia w szaleńczą podróż wzdłuż osi t. W palenisku huczy i sroży się ogień. Tak się składa, że to akurat późny wnuk tego ognia, który w Kartaginie, w brzuchu żelaznego Molocha... Ach, jakie to straszne! Ach, jakież to rozkosznie podniecające!

Jednak okazuje się, że nic nie jest aż takie łatwe, jakby się z początku wydawało... Mimo ognia, mimo dymu, mimo drżenia i sapania, mimo tej krwawej łuny aż po horyzont.

Nasza historia musi jeszcze trochę poczekać, bo oto podczas przerwy w pisaniu tych odcinków uświadomiłem sobie, że przydałoby się jeszcze nieco wyjaśnień. W czym zresztą pomogły mi niektóre głosy czytelników. Chodzi mi mianowicie o to, że ludzie się niepokoją z jakich ja to pozycji piszę. W końcu o Katolicyźmie, a tutaj jakieś takie kategorie, nie całkiem nie tylko z katechizmu, ale i żaden Św. Tomasz czy Jan Paweł II. Nie żeby całkiem wbrew, mam nadzieję, ale jednak pewien niepokój wśród niektórych zasiałem.

Wyjaśnię więc... Nie piszę tego z pewnością z pozycji ortodoksyjnego i ściśle trzymającego się na poświęconej ziemi wyznawcy. Mój stosunek do Kościoła Katolickiego jest bardzo pozytywny, choć żaden ze mnie wyznawca. Uważam się, zdając sobie oczywiście sprawę, że to nieco oksymoron, za "niewierzącego katolika". Dlaczego niewierzącego? Jeśli ktoś w miarę uważnie przeczytał to, co napisałem w poprzednich odcinkach - o Prawdach, Faktach i Hipotezach, powinien łatwo się zgodzić, że Religia to par excellence sprawa Prawd.

Ja zaś, nie wiem czy to coś z hardware'm w moim systemie nerwowym, czy też coś z oprogramowaniem (wczesne dzieciństwo może?), jakoś w ogóle z Prawdami na bakier. W tym sensie, że nie są mi do niczego potrzebne i nie bardzo w ogóle trafiają do mnie ich liczne podobno zalety i wdzięki. Mówię teraz o sobie, co oczywiście niebezpiecznie ociera się o ekshibicjonizm, a do tego wkrótce może ułatwić postawienie mi diagnozy w rodzaju Europejska Schizofrenia Bezobjawowa. Cóż, czego się nie robi dla swych kochanych czytelników!

Tak więc jeszcze nieco o tej mojej specjalnej właściwości... Musi co jestem człowiek Faktów, człowiek... (aż mnie duma lekko unosi i z trudem sięgam do klawiatury) Czynu... Co brzmi, dla mnie samego, o tyle zabawne, że żadnego imperium ze 190 towarzyszami nie podbiłem, ani nawet Azji z nieco większym wojskiem. A jednak coś w tym musi być. Sprawa wydaje mi się na tyle interesująca, że, ryzykując oskarżenia o ekshibicjonizm, jeszcze ją nieco podrążę. (Choć parowóz kopytem w tory raz po raz uderza, uszami strzyże i przeciągle rży.)

Ten fakt, ten mianowicie, że są takie ludzie jak ja - ludzie którym w ogóle do niczego nie są potrzebne owe metafizyczne Prawdy... No bo dla mnie każda istotna prawda, taka o której warto gadać, to już Metafizyka - coś zbliżonego do religii, choć niekoniecznie aż religia... To więc, że tacy ludzie istnieją, stanowi swego rodzaju hermeneutyczny dowód na to, że cała ta spenglerowska psychologia ma sens i odpowiada rzeczywistości. Są tacy ludzie i są całkiem inni - tacy, dla których Prawdy są wszystkim i niemal przesłaniają im cały realny, materialny świat.

Ci pierwsi nie muszą być żadnymi psychopatami, bo ja sam nie mam powodu się za psychopatę uważać. Istnieją w końcu dla mnie rzeczy ważne, a nie związane z moim wulgarnie pojętym interesem czy przyjemnością. Nie chcę tu uderzać w podniosłe tony, ale i kariery wielkiej nie zrobiłem, a przecież teoretycznie mógłbym, bo zdolności nie mam mniejszych od Tusków, Wołków czy Lisów tego świata. Po prostu trzeba by było się sprzedać.

Bo tu naprawdę nie o to chodzi, że Prawdy to to samo co Wartości. Ja wartości jak najbardziej mam, a Prawdy w mojej psychice nie odgrywają żadnej praktycznie roli. Ani "wolny rynek", ani Big Bang, ani egoistyczny gen, ani Polska Chrystusem Narodów, ani Ziemski Raj Pod Przewodem Unii Europejskiej Gdzie Lew Z Barankiem, ani "Jimmy Hendrix is the God!", ani trójpodział władzy, ani "najgorszym zagrożeniem dla wszechświata jest antysemityzm"...

Mój nieprawdopodobny podziw i zachwyt filozofią Oswalda Spenglera także z Prawdami tak pojmowanymi nie ma nic wspólnego - to mimo wszystko też jest jedynie hipoteza, że Spengler jest wart stu Leonardów i tysiąc Einsteinów! Hipoteza o bardzo wysokim prawdopodobieństwie, zgoda, ale jednak hipoteza, a nie jakaś Prawda. W ogóle kto nie rozumie, o czym ja tu gadam, a wciągnęło go to jednak na tyle, by chciał wiedzieć - niech sobie się cofnie i zobaczy o tych Prawdach we wcześniejszych odcinkach. Na pewno nie do końca udało mi się to wyjaśnić, ale cały czas sobie wyjaśniamy i może w końcu się jakoś porozumiemy.

Mówię więc i ujawniam, że świetnie rozumiem różnych ludzi czynu, którzy parareligijnymi ideami, z taką ochotą wpisywanymi we wszelkiego rodzaju bezsensowne i w sumie pozbawione realnego znaczenia dokumenty - rzeczy w rodzaju trójpodziału władz, równouprawnienia jednego z drugim, czy wolnego rynku - kompletnie się nie podniecają. Mnie też abstrakcyjne, "wieczne i niezmienne" Prawdy - a takie one właśnie z definicji są - kompletnie nie ruszają. Czyli są tacy ludzie. Tym bardziej zapewne, kiedy to tacy ludzie, co przed trzydziestką podbijają Azję, albo (w nieco późniejszym wprawdzie wieku) odpierają sowietów pod Warszawą, zadając im ciężkie straty i biorąc do niewoli m.in. dwa wielbłądy.

Są też inni ludzie. Tacy, dla których Metafizyka i Prawda są niemal wszystkim. I nikt tu oczywiście nie twierdzi, że ci ludzie są jacyś gorsi z tego jedynie powodu. Na pewno mniej nadają się do podbijania imperiów, raczej nie widzę ich zbyt przychylnym okiem w polityce. A przynajmniej nie w Polskiej polityce, bo sąsiedzi - ależ proszę bardzo! Jeśli ktoś ma na przykład do czynienia - w sensie dyskutowania i śledzenia internetowych wypowiedzi - ze zwolennikami "wolnego rynku", bez wątpienia szybko stwierdzi (o ile sam nie jest tą samą manią dotknięty), że to nie są żadne tam trzeźwe, mniej czy bardziej słuszne, OPINIE, czyli w sumie HIPOTEZY - to jest RELIGIJNA niemal wiara.

Wiara, której żadne, racjonalne czy inne, argumenty poruszyć nie mogą, bowiem racjonalne argumenty działają w całkiem innej sferze. W innej sferze psychologii, ale mówimy tutaj o psychologii w wysokim sensie, jako o pewnym istotnym dziale filozofii - nie zaś o jakichś, wciąż popularnych w tej czy innej wersji, rojeniach spragnionych łatwej popularności na wiedeńskich salonach, nie mających nic przeciw babraniu się w brudnych pieluszkach i opowiadaniu o tym w eleganckim towarzystwie, jeśli to miałoby im tę popularność dać, a do tego lekce-sobie-ważących wszelkie naukowe kryteria doktorów.

Są ludzie, dla których jakiś "wolny rynek" jest tym, lub niemal tym, czym dla wielu innych ludzi jest autentyczne bóstwo autentycznej religii. Sama natura tych psychologicznych fenomenów okazuje się zadziwiająco podobna, choć oczywiście ja tych obu spraw - autentycznej religii, z Katolicyzmem na czele, z jednej; i różnych takich niby-religii, w stylu religii wolnego rynku (o innych nie chcę wspominać, żeby nie zdradzać zbyt wcześnie "kto zabił"!) - nie utożsamiam. Choćby dlatego, że, jako się rzekło, Katolicyzm ogromnie cenię, zaś wszystkie te pseudo-religie lekceważę i nie uważam ich za nic dobrego.

c.d.n. (Deo oczywiście volente, bo jakżeby inaczej?)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, października 26, 2009

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 3a - uzupełnienia)

Pisząc, jak piszę, szybko i spontanicznie, mogę niektóre sprawy nie do końca wyjaśnić. Dlatego też stworzyłem (ach!) tę dodatkową część, w której na razie wyjaśnię pewną istotną rzecz, a potem ew. będę wklejał dalsze wyjaśnienia, w miarę potrzeby. Z czasem, w gotowym dziele (ach!) umieści się to może na końcu i będzie całkiem jak trzeba.

* * * * *

Oto ważna kwestia, którą czuję się w obowiązku wyjaśnić: Otóż twierdzenie, że "nauka to zbiór hipotez" w żaden sposób nauki nie deprecjonuje! Te hipotezy mogą być w praktyce stuprocentowo pewne - jak taka na przykład "naukowa" teza, że nie wyrosną mi za chwilę skrzydła i nie wylecę przez okno na Majorkę. Tu nie chodzi o pewność czy niepewność hipotez, tylko o to, że one nie są - wedle terminologii niemieckiej "idealistycznej" filozofii - Prawdami.

Bo Prawdy to całkiem inna para przysłowiowych kaloszy! Prawda, jak to zauważył już np. Kierkegård (ja wiem jak się robi "å, więc nie muszę pisać "aa"!) zawsze jest indywidualna. Prawda jest wieczna, niezmienna, bardzo dla nas istotna, dotyczy spraw najważniejszych i ostatecznych. Zgodnie oczywiście z tą terminologią, bo każdy może sobie to zdefiniować jak chce. Ale tu naprawdę nie chodzi o to, że "Prawda" to wszystko co jest "prawdziwe", czyli odwrotne do fałszywego.

Fakty zaś są konkretne, pojedyncze, niepowtarzalne. A w każdym razie nigdy całkowicie takie same. Występują w konkretnym momencie czasu, nie są więc abstrakcyjne i wieczne. Żeby móc porównywać ze sobą fakty, potrzebny jest pewien intelektualny aparat, pewne założenia... I tu właśnie mamy naukę - ścisłą albo nie. I tu właśnie mamy te nieszczęsne hipotezy. Bowiem stwierdzenie, że dwa fakty są w istocie takie same, wymaga właśnie hipotezy - to nigdy nie da się uczynić z absolutną pewnością!

* * * * *

Z powyższą kwestią wiąże się także inna istotna kwestia, a mianowicie rozróżnienie pomiędzy naukami ścisłymi i pozostałymi. Te pierwsze tworzą wieczne i niezmienne prawa i zajmują się sytuacjami powtarzalnymi, te drugie - a szczególnie nauki społeczne czy historia - zajmują się sytuacjami jednostkowymi i niepowtarzalnymi. Te pierwsze mogą też szeroko zazwyczaj posługiwać się eksperymentem (poza matematyką, która jest całkiem specjalną nauką), a te drugie wcale albo z wielką trudnością i zasadnymi metodycznymi wątpliwościami. To rozróżnienie jest oczywiście bardzo istotne, choć słabo dostrzegane przez ogół, także naukowców, ale np. dla Spenglera jest sprawą wprost podstawową.

Na razie tyle, chyba innych istotnych spraw, co do których powstawałyby nieporozumienia, dotychczas w tym moim dzikim esejiku nie ma. Jeśli są, proszę o zwrócenie mi na to uwagi!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, października 25, 2009

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 3)

No więc, w końcu, po różnych niezbędnych, ale pewniej od samej historii emocjonujących wstępach... Historia zachodniej religijności!

Chyba jednak nikt nie sądzi, że to będzie prawdziwy historyczny tekst, prawda? Traktuję to tutaj pisanie poważnie, niech nikt nie uważa, że inaczej, ale to ma być taki sobie ogród nieplewiony - jak to przeważnie u mnie, co sobie piszę tak, jak się gada, i nie redaguję potem nic a nic... Taka gawęda szlachecka virtualis.

A treścią jej ma być nieco naprawdę głębokich, w mojej skromnej opinii, myśli, autentyczne odniesienia do historii... Jednak to jest raczej b. luźny filozoficzny esej, niż jakaś ortodoksyjna historia. Żeby mi potem nie było rozczarowań i - nie daj Boże! - skarg do różnych rzeczników i trybunałów!

Szczerze mówiąc, to miał być krótki tekst, poruszający kwestie przejścia od katolicyzmu, przez protestantyzm, oświeceniowy deizm, do religii Nauki i wszystkiego co było potem. W którym miałem zamiar wykazać związek niektórych spośród owych religii z liberalizmem i podobnymi perwersjami. Do tego odnosił się oczywiście tytuł utworu. Jednak nil desperandum! - rzecz nam się rozwinęła, ale, jeśli dociągnę, to wszystko to tutaj będzie. W dodatku mamy tu swego rodzaju "Spengler dla odpornych na wiedzę", co też nie jest całkiem bez swoistego czaru.

Mamy zatem, by wrócić do głównego wątku, Zachodnią Europę. Mamy gdzieś tak koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie. No i mamy chrześcijaństwo. Katolicyzm konkretnie, to nie jest sprawa bez znaczenia, a całkiem przeciwnie. Arianizm już praktycznie nie istnieje, pogaństwo na pewno gdzieś się jeszcze kryje po głębokich lasach, interpretuje sobie katolickie ceremonie na swój sposób, ale także odchodzi w dal.

Chrześcijaństwo, a także katolicyzm, nie powstały w Zachodniej Europie. Nie musimy od razu wpadać w, tak modne ostatnio, ekumenizmy i "judeo-chrześcijaństwa", by musieć po prostu stwierdzić, że chrześcijaństwo, a także ta jego szczególna wersja, jaką jest katolicyzm, przyszły do Europy ze Wschodu. Ponieważ zaś od epoki, kiedy żył Chrystus, minęło już tysiąc lat, katolicyzm - zgodnie zresztą ze swą własną doktryną i charakterem - zbudował wokół i na bazie Jego życia i jego nauki potężną nadbudowę: dogmatyczną, rytualną, prawną, obyczajową, polityczną, artystyczną...

Co tu dużo gadać - katolicyzm przyszedł na Zachód z Cesarstwa Rzymskiego. Częściowo z jego zachodniej, mówiącej po łacinie i już wtedy dogorywającej części (wiem że to nie jest ortodoksyjny pogląd, ale ja spenglerysta i nie zamierzam ukrywać, że ta wizja historii trafia do mnie bez porównania lepiej!), częściowo zaś ze wschodniej, która potem miała się stać Cesarstwem Bizantyjskim, i która dla nas spenglerystów była już wtedy jednym z centrów całkiem innej od tej rzymskiej Cywilizacji Kultury. (Magiańskiej, jakby ktoś chciał wiedzieć. Bardzo ciekawa sprawa z tą akurat K/C, ale nie będziemy tu mieli okazji, by o niej wiele mówić.) Pod coraz bardziej skruszoną skorupą oficjalnego, "rzymskiego" i stosującego łacinę jako język urzędowy, państwa.

I dzięki temu, że to było centrum, a nie dogorywająca peryferia, miało o wiele większy wpływ na powstanie owej religii. W sensie całej, mówiąc po marksistowsku (!), "nadbudowy", wszystkiego, czego wymaga realnie działający w materialnym świecie wielki kościół.

Wedle utartego i - ach, jakże moim zdaniem naiwnego! - poglądu, my, czyli cywilizacja Zachodu, trafnie w związku z tym poglądem nazwana "łacińską", stanowi niemal bezpośrednie przedłużenie cywilizacji rzymskiej... Po prostu kilkaset lat przerwy, wywołanych najazdami barbarzyńców, a potem - Wiooo! I od nowa, tam gdzieśmy przerwali! Przy tym cieszymy się jednak wszyscy niepomiernie...

A raczej cieszyć się nam niepomiernie wypada, bo nie wszyscy niestety to czynią... (Ludzie są takie nieużyte.) Cieszymy się więc niepomiernie, że, chociaż z nas taka bezpośrednia kontynuacja, to jednak parę rzeczy naprawiliśmy!

Nie mamy zatem walk gladiatorów, a to było przecież brzydkie... Całkiem szybko zanikło też u nas niewolnictwo - które nie tylko gwałciło przecież prawa człowieka, ale także stało w poprzek postępowi technicznemu... Zaś postęp techniczny niezbędny był przecież, by osiągnąć postęp społeczny... Czyli to wszystko cudne, co nas dzisiaj otacza. A jeśli się uda... Ach!

Tak więc, z jednej strony jesteśmy bezpośrednią kontynuacją, z drugiej zaś od razu naprostowaliśmy błędny - nie bójmy się tego słowa! - kierunek w jakim kroczyła cywilizacja Rzymu, by po tysiącu zaledwie następnych lat osiągnąć ten ziemski raj, w którym obecnie żyjemy.

No, może nie od razu, bo, zależnie od swych osobistych poglądów, jedni mędrcy nam mówią, że naprawdę dobrze zaczęło być od Soboru Watykańskiego Drugiego, inni zaś że od powstania Wspólnoty Węgla i Stali... Z której to wkrótce... ach! Są też tacy, dla których punktem zwrotnym jest wzniosła chwila, gdy Izrael zaczął występować w europejskich pucharach.

W każdym razie, kiedy oni głowili się na przykład nad tym, jak efektownie skrzyżować kobietę z osłem na scenie amfiteatru, w obecności cesarza i dostojników w jedwabiach i diademach, myśmy budowali zegary, młyny wodne... Co w końcu nas doprowadziło tam, gdzie doprowadzić miało.

Trochę to jakby jedno do drugiego nie pasuje - z jednej strony mamy być kontynuacją, z drugiej od razu skądsiś wiedzieliśmy co oni robią nie tak i zaczęliśmy lepiej... Ale cóż - nie takie przecież intelektualne akrobacje się dokonują w naukach humanistycznych! Kiedy tylko się to humanistom z jakiegoś powodu opłaca, ma się rozumieć.

Tośmy se pożartowali, zdając sobie oczywiście w pełni sprawę z tego, że sarkazm jest najniższą formą ironii... A teraz powiem, jak te sprawy naprawdę widzę.

c.d.n. (Deo volente, ma się rozumieć)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.