czwartek, sierpnia 23, 2018

Bonmot o koryllicznych trubadurach

Trubadur
Teza, że "trubadurzy byli wyłącznie szpiegami", ma dokładnie tyle sensu, co teza, że "obrazy służą do zasłaniania dziur w ścianach". 

(W obu przypadkach jest to oczywiście możliwe i z pewnością czasem się zdarzało, w przypadku trubadurów to, że tak mogło bywać można nawet uznać za całkiem interesujące "odkrycie"... Ale bez przesady, żeby już nie mówić o "ślepych i kolorach". Sztuka jednak dla niektórych MA znaczenie i nie daje się sprowadzić wyłącznie do ekonomicznych, socjologicznych czy politycznych aspektów.)

triarius

P.S. A tak przy okazji, to Nasza Ukochana Kassandra a.k.a Pan T. wieki temu ostrzegała/ostrzegał, żeby nie lekce-sobie-ważyć Bolka, bo on nam jeszcze jest w stanie paskudny numer w ramach Bratniej Pomocy wyciąć. No i słyszy się ostatnio coraz więcej o tym, że najbliższe wybory mają być przez wiadome siły unieważnione, i to właśnie w oparciu o bolkową "fundację". I kto tu ma dar przewidywania?

piątek, sierpnia 17, 2018

Śpiewać albo nie śpiewać, oto jest pytanie

Niderlandy wiek XVII
Poszedłem (ci ja) do Coryllusa i znalazłem (ci ja) tam parę interesujących rzeczy, com je przeczytał. Po pierwsze krótką historię jego rodziny w jednym tekście - smutną, niestety bardzo ludzko-typową, nieco wzruszającą, jeśli ktoś wzruszać się akurat lubi... A także trochę jakby, w moich oczach przynajmniej, wyjaśniającą tę jego, jak ja to widzę, ekonomiczną obsesję. Wyjaśnia, ale nie uprawomocnia, żeby użyć tego dętego słowa z braku zgrabniejszego.

Bo to nawet nie jest "marskistowska historia" - ta pisana na Zachodzie i bez (można mieć nadzieję) partyjnej kontroli - którą dość faktycznie lubiłem, bo zawsze starała się analizować konkrety i ludzką rywalizację, także, a nawet przede wszystkim, tę ekonomiczną i klasową. Podczas gdy ta "niemarksistowska" dziwnie często, albo gromadzi niezwiązane ze sobą wątpliwe fakcicki, albo też przedstawia Marsz Ludzkości Ku Obecnemu Szczęściu Z Obietnicą Dalszego Ach-Jakże-Rozkosznego Ciągu.

Jednak Coryllus w wielu przypadkach idzie dalej, ponieważ on to łączy z podważaniem wszystkiego, czego nas oficjalna historia uczy, i z programową paranoją, czyli Totalną Spiskową Teorią Wszystkiego. Co, uważam, jest całkiem interesującym programem - co najmniej dla eseisty, bo nie chciałbym, żeby nagle wszyscy zaczęli historię w ten sposób pisać - i całkiem często zasługuje to na poważne zastanowienie... No i to już jest nie byle jaka wartość!

Drugie interesujące, co tam (ci ja) przeczytałem, było tutaj: https://coryllus.pl/komunikacja-a-folklor-czyli-omerta-raz-jeszcze/

Dla patologicznie leniwych klikaczy streszczę, że chodzi tam o to, iż im lepszy i bogatszy folklor - ale chodzi o pieśni, nie o wycinanie kogutków z papieru, przynajmniej o nich nic tam nie ma - tym gorsza społeczna komunikacja w danym społeczeństwie, bo te śpiewy tę komunikację w patologiczny sposób zastępują i jakoś tam unieważniają. Nie wiem, jak z muzyką instrumentalną, z tańcami na klepisku i macankami w zaroślach, ale o pieśniach jest tam powiedziane to właśnie explicite.

I nie chodzi tutaj, mówi Coryllus, po prostu o ciężki los i te sprawy. Nie - brak prawdziwej komunikacji jest przyczyną oraz skutkiem tego, że ludzie tak cudnie i z takim przekonaniem śpiewają! I ja naprawdę sądzę, że to jest interesująca hipoteza, w której znajdziemy więcej niż ziarno prawdy... No bo weźmy Irlandię... Albo weźmy różne tam społeczności w US of A - te które mają fajny muzyczny folklor, to raczej rzadko bostońska elita, za to white trash z Apallachów, Murzyni, Meksykanie, nawet młodzież w latach '50 z Rock-a-Billy i wczesnym Rock'n'Rollem daje się tu dopasować.

No a, pyta nas Coryllus, czy ktoś zna niderlandzką pieśń ludową z XVII w.? Nie znam faktycznie żadnej, z żadnego wieku. Znam trochę szwedzkich, a oni w końcu wynaleźli zapałki, pudełka do mleka, stworzyli Ikeę, armatki Boforsa... To się liczy? Jednak najistotniejsze, z Tygrysicznego Punktu Widzenia przynajmniej, jest to, że ja bym sto razy jednak wolał żyć w takich Włoszech, z ich bogatym muzycznym folklorem, niż w siedemnastowiecznych Niderlandach, i jeśli TO oznacza "brak społecznej komunikacji", to na drzewo ze społeczną komunikacją!.

W Meksyku też bym wolał, a przecież znam tuziny ich ludowych śpiewów i je namiętnie kocham, a holenderskich za cholerę. Ktoś ma inaczej? Mogę zrozumieć, bo mój umysł pojemny i elastyczny, że ktoś o takiej historii rodzinnej i takich ambicjach, jak Coryllus - choć przecież moja rodzina też majątek, nieco większy, fakt, traciła w ostatnim stuleciu wielokrotnie i absolutnie nic dziś z tego dla mnie nie zostało - wolałby żyć w Holandii epoki Gorączki Tulipanowej i liczyć, że się dorobi... Ale ja nie. Nie bardzo widzę powód marnowania młodości i najlepszych lat na tyranie, żeby mieć potem wystawny pogrzeb!

No bo już na pewno nikt mnie nie przekona do tyrania po to, żeby ludzie, jak to jakiś geniusz spędzający masę czasu na kiblu precyzyjnie wykompinował, za pięćset lat żyli jak aniołowie niebiescy (choć bez oglądania oblicza Pańskiego, bo po co, skoro można oblicza Kuronia z "von" Misesem?) I NIE MUSIELI PRACOWAĆ. Łał? Nie, na drzewo! Ale Coryllus chyba też aż tak daleko nie idzie - on po prostu, jak masa ludzi w leberaliźmie (żeby nie powiedzieć biednych lemingów) zamierza tyrać całe życie, żeby pod jego koniec, precyzyjnie sobie wszystko wycyrklowawszy, przeżyć dwa tygodnie upojenia.

Miejmy nadzieję, że jeszcze będzie wiedział, co to to upojenie. (W nieco dawniejszych Chinach po siedemdziesiątce nie miałeś już żadnych obowiązków i mogłeś sobie do woli dogadzać, na przykład obżerając się psim mięsem. Smacznego!)

Dla mnie jednak, dziwnie na tę całą oświeceniową propagandę odpornego, nie jest to żadna atrakcyjna perspektywa, a w dodatku ta "marna", jak mam rozumieć "imitacja społecznej komunikacji" to coś dokładnie takiego, jak prawdziwy, świętej już niestety pamięci, Katolicyzm, z jego śpiewami, Machaultami, procesjami, łaciną, hostią, katechizmem i resztą tych bezsensownie odwracających uwagę od prawdziwych problemów, wyczerpujących energię i potencjalnie dzielących społeczeństwo, a także nerwicujących, spraw.

Podczas gdy ta wyśniona "komunikacja" - ta której przeciwieństwiem miały by być ludowe pieśni, choćby takie cudne, jak powiedzmy "Water is Wide", "Twa Corbies", albo "Silver Dagger", to dokładnie to, o czym śpiewał kabaret Elita, że chcą od tego uciec: "od całego swiata, od paragonów, paragrafów i wywieszek". Więcej? Proszę: "Gdzieś tam prezydent zbiegł w szlafroku, gdzieś tam przyjęto jako wskaźnik stopę zysku, pięć wizyt, sześć wyroków, ktoś przez pomyłkę rekord świata pobił w dysku". Czyli całe nasze gówniane liberalne życie, wszystko, czym karmi się nasza dusza. Cudo, nieprawdaż?

Sorry, jeśli TO jest ta "społeczna komunikacja", to ja się nie dziwię, że wolą śpiewać! Tutaj mamy też bardzo szpęgleryczną kwestię Romantyzmu, jako (w swej historyczno-kulturowej wersji) rozpaczliwej, a nawet histerycznej obrony przed nadciągającą Cywilizacją (w sensie szpęglerycznym) z jej druczkami i wywieszkami, oraz brakiem sensu i witalności. Ciekawa sprawa, ale na kiedyś, da Bóg.

Zakończę stwierdzeniem, że moim zdaniem idealne społeczeństwo, to nie takie, które ma dobrze rozwiniętą komunikację w postaci druczków, wywieszek i paragonów, kocha i akceptuje to wszystko, tylko raczej takie, które ma pewne podstawowe sprawy rozpracowane - też każdy człek na tyle, na ile jest zdolny i zależnie od swego miejsca w intelektualnej hierarchii - wokół których to spraw się od czasu do czasu przynajmniej ono łączy, te przeżycia dzieli...

Sprawy o które jest gotowe walczyć i o których ŚPIEWA - a wszystkie wulgarne szczególiki: paragony, paragrafy, wywieszki i rekordy w dysku, ma raczej w poważaniu i tak mało uwagi im poświęca, jak to możliwe.

W każdym razie nie robi z tego religii... (Taka religia wabi się jak, Napieska? Zgadza się, wabi się LIBERALIZM,) Stara się to mieć maksymalnie w tle i żeby się w oczy nie rzucało, nie rozmawia o tym, bo to po prostu dość nieprzyzwoite. Nawet jeśli, z konieczności, buduje coś, jak siedemnastowieczne Niderlandy, to zdaje sobie sprawę z tego, że to Z KONIECZNOŚCI. I jeśli zdoła, stworzy coś o wiele lepszego. Z minimalną ilością paragonów, paragrafów i... Czego jeszcze, Mądrasiński? Bardzo dobrze - wywieszek. Dzisiaj naprawdę jesteście w formie, moje dziatki.

I to by było na tyle.

triarius

wtorek, sierpnia 14, 2018

Jedno B mniej, jedno B więcej...

Kameleon - to ci dopiero artysta!
Zachęcony ostrą jak przysłowiowa brzytwa dyskusją pod moim przedostatnim tekstem - dyskusja w sumie moja z jednym tylko człowiekiem o poglądach jednocześnie (turpe dictu) liberalnych i posoborowych, więc nigdy do niczego nie dojdziemy, ale kąpiel w pracowicie bitej pianie to też, jak się okazuje, może być miła odmiana od codziennej szarości i ęteraktywnych niedoborów - chciałem wam ludzie napisać coś o tej "mniej trudnej" muzyce, wrzucić kilka videjów z YT i w ogóle podkręcić sprawę tego grania na łyżkach, a jak Bóg da, to i na różnych ukulelach, bez której... Bez której poza ew. bicie smakowitej piany nie wyjdziemy.

Może kiedyś, na razie jednak poszedłem (ci ja) na nowy portal Coryllusów tego świata, mniejsza o to, czego przede wszystkim tam szukałem, no i przeczytałem (ci ja) dwa naprawdę interesujące teksty samego Guru, z całkiem interesującą dyskusją pod spodem. Jedno było o niejakim Szulkinie, rezyserze filmowym, który akurat był się przeniósł na łono Abrahama, i ewidentnie stanowił ubecką marionetkę dla ogłupiałej gawiedzi. Co dziwnie mnie mało zaskakuje, bo od dawna sądzę, że film, plus co najmniej jeszcze jedna dziedzina, o której da Bóg za chwilę, to były w PRL mateczniki wszelkich ubecji, i raczej trzeba się zastanawiać, dlaczego bywały tam, w filmie znaczy, bo w tej drugiej dziedzinie, o której za chwilę, moim zdaniem nie, rzeczy wartościowe.

Drugi tekst, który mi przypadł do gustu, był o tym, że słynny tekściarz przesławnego zespołu SBB i przesławnej Haliny Frąckowiak okazał się niedawno być pułkownikiem SB, piszącym pod pseudonimem. Poszedłem (ci ja) potem nawet na portal jakiejś lokalnej gazety - "Dziennik Zachodni" czy coś - gdzie napisali o tym dość długi i całkiem ciekawy artykuł. Można sobie poszukać. No i co teraz? Po pierwsze muszę, jak zwykle, pochwalić się, że dla mnie zespół SBB nigdy nie istniał, słyszałem to parę razy i kompletnie mnie to nie ruszyło.

Całkiem profesjonalne, ale profesjonalnie zrobionej muzyki rozrywkowej było w PRL pełno - problem był w tym, że starano się z tego zrobić wzgl. autentyczny rock, "taki jak na Zachodzie, ale nasz, PRLowski", i to za cholerę nie wychodziło. Bo i nie mogło - standardowe muzyczne wykształcenie i rock pasują do siebie jak pięść do nosa. Nie wiem i od lat łamię sobie głowę nad tym, po kiego grzyba ludzie słuchali, a nawet podniecali się, różnymi tam Dżemami, Dżamblami, Niemenami, SBB, Perfektem... Że już o Skaldach, No To Co, czy Trubadurach nie wspomnę - nawet nie z litości, tylko z obrzydzenia.

Na Trójce można było przecież złapać masę prawdziwej zachodniej "młodzieżowej" muzyki - problem był tylko raczej w tym, że jak się do czegoś dorwali, to człek mający, jak ja wtedy, radio włączone niemal 24/7 słyszał "House of the Rising Sun", "Nights in White Satin", czy, z innej nieco dziedziny (genialne przecież, choć akurat nie w tamtym topornym wykonaniu CCR) "Jambalaya on the Bayou" Hanka Williamsa trzy razy dziennie, i miał tego serdecznie dość.

Mniej to szkodziło z takimi rzeczami jak "Honkytonk Women" Rolling Stonesów - to muzyka, wbrew temu, co się wydaje różnym tam "znawcom" z drewnianym uchem, bardziej wyrafinowana, i zawsze czegoś nowego człek się potrafił dosłuchać. (A mówimy tylko o rocku, bo poza tym był jazz, ambitna piosenka francuska, całkiem sporo hiszpańskojęzycznych, bywała Amália, bywał Orlando di Lasso... To wszystko w PRLowskim radio!)

Dobra, powie ktoś, "Skaldowie i Trubadurzy" potrafię zrozumieć, ale co było nie tak z Niemenem? Niemen, odpowiem, był muzykalnym gościem (zresztą jakiś tam Białorusin, więc i inne geny, niż u naszego ludu o drewnianym przeważnie uchu, choć gumowych też nigdy nie brakowało), ale nie za mądry, chyba dość uległy charakter, a obskoczyła go zgraja agresywnie cwanych macherów, którzy, wykorzystując jego duży głos i potencjalny potencjał (!), za wszelką cenę próbowali z niego zrobić Murzyna i podbić w ten sposób świat. Złote wanny, brylantowe kible, kąpiele w szampanie. No i oczywiście Władza Proletariatu przy okazji.

Gość, Niemen znaczy, był fajny w swoich najwcześniejszych nagraniach - tych z gdańskiego "Żaka" chyba to było. "Czarny Orfeusz" itd., potem jeszcze z Niebiesko-Czarnymi (w sumie znośna trupa, choć dziwna, typowo komunistyczna organizacja), do "Kałakolczika" włącznie (choć trochę w tym nagraniu z głosem się nie wyrabia), potem to już był koszmar i Czerwono-Czarni, czyli koszmar do kwadratu. Tak to widzę.

Halina Frąckowiak była, jak pamiętam, ładna, i jakoś mnie przesadnie śpiewem nie odrzucała, ale nic nie pamiętam i nigdy by mi nie przyszło do głowy słuchać. Byli, jako rzekłem, Rolling Stones, było Canned Heat, byli The Doors, dopóki nie zrobiono o Morrisonie filmu dla lemingów... Na krajowym rynku dla mnie był kabaret Elita, Starsi Panowie, pierwsza płyta plus parę drobiazgów Młynarskiego... Lubiłem garażowy (z wrocławskiego "Pałacyku" w rzeczywistości) zespół Romuald i Roman, byli tacy autentyczni i nie pokazywano ich niemal wcale ludowi... Ale Jezu, jakie to było słabe, jak się teraz tego słucha na YT! (Fakt, że lepszy sprzęt i trochę nagraniowych bajerów sporo by tu zmieniło, przynajmniej dla naszych niezawodnych "znawców".)

Taraz będzie clou... Mógłbym w sumie napisać coś b. krótkiego i z cholernym kopem... Ale po co pisać krótko i z kopem, jak można długo i zawile? No więc wszyscy się tak cholernie teraz dziwują, że ten natchniony tekściarz - a w istocie NIELUDZKI WPROST GRAFOMAN, jak widać na podstawie fragmentów, które nam pokazano... Którymi tak się nasi Genialni Artyści (Frąckowiak i Skrzek z SBB) zachwycają... Grafoman na skalę, przy której Osiecka w swych najgorszych momentach to Dante skrzyżowany z Wergiliuszem... No więc ten genialny tekściarz okazał się być ubekiem i to jest szok. Nikt z naszych Genialnych Artystów nawet się tego nie domyślił i w ogóle.

No to ja mówię tak... Jeszcze raz - jak się nazywał ten cudowny zespół, że spytam? SBB, tak? Co miało być skrótem - słyszałem parę razu te uczone egzegezy, choć, jako rzekłem, ta muzyka kompletnie do mnie nie przemawiała, ideologia też nie - skrótem miało być raz od "Silesian Blues Band", a innym razem od "Szukaj Burz Buduj"... I jeszcze jakaś inna oficjalna wersja też tego istniała. No a jak się nazywała tajna policja w PRL? SB, tak? No i teraz - wyobraźcie sobie, że macie kapelę i dla niej wymyślacie nazwę... Będzie to nazwa tak zbliżona do nazwy ukochanej przez rodaków komuszej tajnej policji? No bo przecież bardziej zbliżonej nazwy trudno sobie wyobrazić, prawda? Nazwalibyście swoją kapelę np. "Gesztabo"? To przecież dokładnie to samo!

SSB być nie może, bo to SS, ale za to podwójne B... Takie trochę rozciągnięte B, lekko się potykając... ("SB wyszeptane zakochanymi wargami Michnika", jak mi przyszło do głowy po paru dniach. Bo Michnik się cudnie zacina, jakby ktoś nie wiedział.) Albo właśnie SMAKUJĄC te rozkoszne dźwięki, to jak najbardziej. Słowo staje się dłuższe, o całe 50 procent, a przez to i smakowitsze. I przecież nadal każdemu przytomnemu człowiekowi SBB musi się kojarzyć ze znajomym SB. Czy nie? Czyżbym się mylił?

No więc, jeśli mam (ci ja) rację, to jak to świadczy o członkach tej kapeli, o otaczających ją macherach, o zamiarach i planach tych wszystkich ludzi, o ich celach i inspiracjach? I o tym, czy naprawdę aż tak ich ta ubecka przeszłość ich natchnionego tekściarza mogła zaskoczyć. Zastanówcie się nad tym, a może i parę innych rzeczy wam się wyjaśni - na temat waszej własnej przeszłości, na temat waszych (mniej lub bardziej) artystycznych idoli, na temat tego, co mamy dzisiaj i co będziemy ew. mieć w przyszłości.

Jak to się daje wytłumaczyć? Nie do końca to rozumiem, ale widzę kilka możliwości: albo to miało oswajać lud z Obrońcami Najlepszego z Ustrojów, albo miało stanowić haka na naszych natchnionych artystów, albo było spontanicznym wyrazem miłości z ich strony... Może jakiś rodzaj satanizmu? W każdym razie nijak nie potrafię sobie wyobrazić, że oni albo tego podobieństwa nie dostrzegali i nikt im na to nie zwrócił uwagi, albo że "po prostu" nie widzieli w tym problemu, co by zresztą samo w sobie było już problemem, i to sporym.

No dobra, powie nasz Niewierny Tomasz, a jaka to jest ta druga dziedzina PRLowskiej kultury, w której Pan T. z trudem dostrzega cokolwiek poza ubeckimi (i innymi rusko-komuszo-partyjnymi) machinacjami? Jest to właśnie popularna (tzw.) muzyka - czy to nie oczywiste? A właściwie to myślę teraz nie o całej, tylko o tej "młodzieżowej".

Teraz dziękujemy sobie nawzajem wylewnie za owocne spotkanie, każdy podaje rękę kilku najbliższym sąsiadom, po czym, nie zwracając na siebie za bardzo uwagi, idziemy do domu rozmyślać nad mechanizmami działania PRLu i ich wpływem na nasze obecne gusta. Tak? No to pa i do następnego razu!

OK, znajcie moje serce - oto linek: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/81338,o-esbeku-ktory-pisal-piosenki,4,id,t,sa.html

triarius

P.S. Na temat kultury w PRL miałbym jeszcze sporo do powiedzenia i nie wszystko aż tak przygnębiające, jak to tutaj, bo były tam przecież sprawy, o jakich w koszmarze III RP nie możemy nawet marzyć. Zapraszam ew. chętnych do dyskusji na te tamaty.

sobota, sierpnia 04, 2018

Nietsche o Merkeli i Unii Europejskiej

Europa i byk
Świetną książkę ostatnio dorwałem na scribd.com. (Po co ja wam to w ogóle mówię? No nic, muszę jednak trochę dbać o poziom, skoro wciąż nie zdecydowałem się zlikwidować tego blogasa. Figle są fajne, ale czasem musi być i coś innego.) No więc nazywa się to: From Plato to NATO: The Idea of the West and Its Opponents... (Naprawdę mam wam to tłumaczyć? Zgroza, ale złożę to na karb waszego niekłamanego patriotyzmu, zatem: "Od Platona do NATO: Idea Zachodu i jej przeciwnicy".)

Wydane to zostało w roku 1998, autor jest duńsko-amerykański i nazywa się David Gress. Na razie przeczytałem jakieś 20 procent, ale niczym mnie gość nie wkurzył, a sporo zaimponował. Na przykład tym, że tam jest całkiem często nawiązywane do Spenglera - tak, tego naszego! - i nie tylko najmniejszego splunięcia w jego stronę, co już samo w sobie byłoby w tych czasach chwalebne, ale Spengler po prostu stanowi istotną część wywodu, jest traktowany b. poważnie i naprawdę przychylnie. Dla mnie to rewelacja, już samo to.

Tytuł tej książki może mylić, sugerując dokładnie to, co ona robiera na czynniki i właśnie krytykuje... Czyli tę liberalną (o czym się tam bez przerwy mówi, to nie jest moje wrzucanie czegokolwiek na siłę) ideę Historii, że to ona niby cały czas do przodu, globalnie, mimo czasem drobnych i chwilowych lokalnych zawirowań, w stronę coraz to większej Wolności, Praw Człowieka, Dobrobytu...

Tego wszystkiego, co tak dobrze znamy z tej Propagandy, którą chłepcemy, chcemy tego czy nie, codziennie, i którą już nauczono nas traktować jako coś innego, niż Propaganda właśnie. (Czyli? Czyli jako Rozrywkę, Edukację, Po-Prostu-Zwykłą-Ludzką-Przyzwoitość, Kulturę, Dobre Obyczaje... Itd.) Krótko mówiąc cała Historia miałaby płynąć z nieludzką wprost konekwencją tak, by się zrealizować w LIBERALNEJ amerykańskiej współczesności... Która oczywiście może i powinna być jeszcze udoskonalana, ale na razie stanowi absolutny szczyt tego co było.

Ten pogląd wabi się po angielsku The Grand Narrative ("Wielka/Wzniosła Narracja" dla niedouczków out there), jest tego sporo nieco się od siebie różniących wersji, ale w sumie, mówię wam ludzie, jako niedoszły akademicki historyk i człek, który się historią zabawia od pół wieku, przerażające jest ile tego cieknie do nas "z góry", po prostu "jako Historia - obiektywna, naukowa, bez żadnych tam ideologicznych czy religijnych odchyleń..."

Prawie każda mniej lub bardziej popularna książka o Historii, plus część czysto akademckich, stręczy nam właśnie tę wizję, jako coś absolutnie oczywistego. Natomiast pan Gress, gdyby ktoś jeszcze sam na to nie wpadł (np. czytając Ardreye, Spenglery i Pany T.)  pokazuje nam dobitnie, że to zostało pracowicie stworzone, posklejane z różnych tam... W konkretnym (nawet nie zawsze podłym, bo mówimy o nieco dawniejszych czasach, kiedy jeszcze Merkele i Gersdorfy nie grasowały tak bezczelnie) celu...

I to jest naprawdę bardzo intersujące, jak ten nasz Gress to wszystko przedstawia, przciwstawiając temu m.in. naszego Boskiego Spenglera... (Swoją drogą, dopiero w tej książce znalazłem parę drobiazgów, drobiazgów powtarzam, sugerujących, że nowe badania, archeologiczne itd., mogłyby nieco podważyć niektóre, fakt, że na ogół mniej istotne dla całości, tezy Speglera. Choć sam Gress nic takiego nie mówi, to całkiem moje refleksje.)

Co jeszcze...? Może to, że tam, w tej książce znaczy, jest nawet pośrednio obecna nasza druga Wielka Miłość, mianowicie Robert Ardrey. Konkretnie go autor nie wymienia, ale mówi o filmach na tamat upadku Cesarstwa Rzymskiego, i powiada, że "niewątpliwie najwybitniejszym był Ben Hur". Scenariusz zaś do owego Ben Hura jest dziełem Ardreya właśnie, i za niego chyba zresztą dostał tego Oscara za scenariusz.

Swoją drogą z Ben Hura widziałem tylko końcową część, może tak z jedną trzecią, ale wydał mi się to film o bardzo chrześcijańskiej wymowie, w dodatku w sposób absolutnie nienachalny, co mi mocno zainponowało. Kiedyś  będę to musiał chyba obejrzeć w całości, co najmniej z powodu Ardreya. (Innym znanym filmem z nienachalnym chrześcijańskim przekazem jest dla mnie "Czerwona Oberża". B. dobry film! Takoż "Apocalypto".)

No dobra, było na poważnie, teraz muszę wam jeszcze zapewnić nieco rozrywki. (Tak Marysiu? Tylko to się liczy?) Jak również uzasadnić przecie ten tytuł, który was tu przecie przyciągnął, bo bez niego komu by się chciało oderwać od słodkiej piersi Ziemkiewicza czy innego K*wina, by przyłazić w takie zapoznane i po prostu dziwaczne miejsce.

No więc pan Gress, zastanawiając się pokrótce nad pochodzeniem nazwy naszego kontynentu, cytuje Nietschego (odkreślony!), który mówi coś w tym stylu, że: "Europa jest kobietą, a kobiety, jak wiemy, czasem dają się uwieść bestiom. W tamtej starej legendzie był to byk, a dzisiaj niech mnie Bóg broni, bym miał wymienić nazwę tego stworzenia!" Było to, po prawdzie, powiedziane wiele lat przed UE i Merkelą, ale skoro i wtedy miało jakiś tam sens, no to co poza sensem może być w tym stwierdzeniu dzisiaj?

I na tę miłą nutę na razie się pożegnamy, nie płaczcie za bardzo! A więc pa!

triarius

P.S. 1 Byłbym zapomniał! Książka, o której mówiłem ładnie naświetla także okoliczności powstania tej przedziwnej ideologii Konecznego, którą z takim nabożeństwem... Wiadomo! Konkretnie to, dlaczego my zostaliśmy akurat Rzymianami (ach!), a Niemce akurat Bizantianami. Nie ma o tym nic oczywiście wprost, ale człek zaczyna sporo rozumieć.

P.S 2 Może jednak należało się zdecydować na ten doktorat z Historii Idei w Uppsali, skoro mimo wszystko daje się pisać tak dobre i tak uczciwe książki z tej dziedziny. Co za melancholijna konstatacja po latach!

niedziela, lipca 29, 2018

Jeszcze o komuniźmie wolnorynkowym

Anarchokomumizm
Z procesowej ostrożności, a także żeby wszystko było lege artis, na samym wstępie przyznam, że określenie "komunizm wolnorynkowy" jeszcze nigdy tutaj nie padło. A nie padło po prostu dlatego, że wpadłem na nie przed chwilą (i chwała mi za to!). Ani tutaj, ani tym bardziej w całej pozostałej Historii Ludzkości z jej Intelektualnym Dorobkiem na czele - włączając w to dorobek owych sławnych sześciu małp bębniących w klawiatury... Co i tak nie byłoby wielką szkodą, gdyby je obsadzić w roli dzisiejszych dziennikarzy.

W każdym razie taka oto myśl przyszła mi w związku z powyższym do głowy...

Każdy wzgl. myślący prawicowiec (włączając w to nawet prawicowego leminga, a nawet jakby bardziej), pakuje do jednego wora wszelkie odmiany lewizny - czy to będzie "komunista", czy "anarchista", czy inna tam "femnistka". Prawda? Niby ten komunista nienawidzi własności prywatnej ponad wszystkie diabelskie wynalazki, niby ta feministka...

Czegoś tam nienawidzi, a coś innego być może kocha... Ten anarchista to wiadomo - wolność jednostki ponad wszystko itd., ale nasz prawicowiec ma to wszystko w głębokim poważaniu, widząc w tych obsesjach i ideologiach tylko, używając scholastycznej terminologii, akcydensy. No i, choć bywają sytuacje, kiedy różnice w tych świrach/ideologiach mają znaczenie - albo w czysto intelektualnych analizach, albo nawet czasem w świecie faktów - to jednak na codzień, praktycznie, wrzucanie całej lewizny do jednego wora z napisem "LEWIZNA" jest rozwiązaniem jak najbardziej sensownym.

No i dobra, teraz podchwytliwe pytanie... Dlaczego w takim razie nasz dzielny prawicowiec (pospolita odmiana ogrodowa, bez urazy!) czyni akrobacyjne wprost rozróżnienia między tymi wszystkimi przez nas tu wyliczonymi rodzajami lewizny, plus masą innych, a LIBERALIZMEM?

Fakt, komunista nienawidzi własności prywatnej, a liberał ją uwielbia, jednak obaj, jak i cała lewizna, dążą przecież do rozmontowania wszystkich (dotychczasowych, niech będzie) więzi społecznych, a od jakiegoś czasu co najmniej i samej ludziej jaźni i natury (pewnie głównie dlatego, że bez tego nie daje się jednak tych więzi, z jaźnią o dziwo wychodzi to łatwiej)...

No i jeden używa do tego propagandy przeciw własności, drugi zaś przy pomocy rozpasania egoizmu związanego z własnością (b. w praktyce jednak dziś już wątpliwą, jeśli się odwołamy do fundamentalnych definicji tego pojęcia!) używa do rozwalenia NAJPIERW społecznych więzi i przerobienia ludzkiej natury na bardziej pasującą do mrowiskowego ideału, który obaj, razem ze swymi lewackimi koleżkami z innych sekt, wyznają. Zaplanowany skutek jest dokładnie ten sam: LUDZKIE MROWISKO NA GLOBALNĄ SKALĘ - WSZYSTKICH INNYCH "EWOLUCJA" SKAZUJE NA BEZPOTOMNY ZGON. (I tu mamy zresztą niemal całą tajemnicę tzw. KONWERGENCJI.)

Gdzie tutaj ta, ogromna rzekomo, różnica? Poza tym, co komuniści tak zgrabnie nazwali "mądrością etapu", znaczy? Chyba tylko w tym, że w tej chwili na tzw. Zachodzie liberałowie mają totalną praktycznie władzę, a co za tym idzie także sądy, propagandę, "edukację" i co tam jeszcze. Innych istotnych, STRATEGICZNYCH, w odróżnieniu od zaledwie TAKTYCZNYCH, różnic nie dostrzegam.

Tak że, jeśli ktoś chce zwalczać lewiznę, a lubi się akurat określać mianem "antykomunisty", w czym nie widzę nic niewłaściwego, no to sorry, ale wtedy wszystkie te odmiany lewizny należy, na roboczo, nazwać "komunizmem" - wszystkie, łącznie z tym naszym, nowoodkrytym, a raczej po prostu dopiero teraz sensownie nazwanym, KOMUNIZMEM WOLNORYNKOWYM. Zgoda?

Tylko że fakt - w swych analizach... (Prawicowy leming i analiza, paranoja!) W tych, mówię, analizach trzeba się posunąć tak głęboko, żeby dostrzec istotę sprawy, a nie tylko źlizganie się po powierzchni z podkładem muzycznym w postaci błyskotliwych elukubracji mniejszych i większych Ziemkiewiczów z telewizorka czy innego YouTube'a!

To by było na tyle tej mojej myśli, ale odwiedziłem ci ja właśnie ostatnio parę blogów, których długo nie odwiedzałem - m.in. blog Tomasza Gabisia, którego cenię nie od dziś. Tam zaś znalazłem tekst o Sorosu (Sorosie?), tym co go tak kochamy, z którego zakończenię pozwolę sobie (mam nadzieję nikogo ani niczego nie gwałcąc) tutaj wam ludzie wkleić. Jest akurat na nasz dzisiejszy temat.
Człowiekiem, który tyle ciepłych słów miał dla („udanego”!) komunistycznego eksperymentu, był nie kto inny jak bankier i multimiliarder David Rockefeller (zm. 2017) . Być może więc ma rację niemiecki publicysta Oliver Janich, autor książki Kapitalistyczny spisek, nazywający kastę, do której należą m.in. Rockefeller, Soros, Lagarde, „komunistyczną elitą pieniądza”.
Ta „komunistyczna elita pieniądza” ma wiele wspólnego z postmarksistami skupiającymi się na permanentnej zmianie w sferze kulturalno-obyczajowej – ta elita reprezentująca globalistyczny neokapitalizm („finansizm”, „kolpitalizm”) również dąży do wykorzenieniu reakcyjnych przesądów i związanych z nimi socjokulturalnych struktur i zlikwidowania narodowych, rodzinnych, klasowych, religijnych tożsamości i lojalności. Rewolucyjną siłą nie jest już światowy proletariat, ale światowy (spekulacyjny) kapitał reprezentowany np. przez Sorosa. Współczesny postmarksista i (neo)kapitalista typu Sorosa to bliźniacza para, obaj akceptują te fragmenty Manifestu Komunistycznego Marksa, które zawierają apologię kapitalizmu jako siły modernizującej, postępowej, rewolucjonizującej stosunki społeczne, sprawiającej, że „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu, wszystko, co święte, ulega sprofanowaniu”. W Kapitale Marks pisał, że dzięki industrialnemu kapitalizmowi „obalone zostały wszelkie szranki ustalone przez przyrodę i obyczaj, wiek i płeć, dzień i noc”. „Obalenie wszelkich szranków” brzmi jak słodka muzyka w uszach zarówno postmarksistów, jak i sorosowskich globalistycznych (neo)kapitalistów („komunistycznej elity pieniądza”).

(Facet tak ładnie wam nie formatuje, jak wasz oddany, ale poza tym ciekawy tekst,. Oto bezpośredni linek: http://www.tomaszgabis.pl/2018/07/18/o-georgeu-sorosu/ Żeby nikt mi nie zarzucał, że coś kradnę.

* * *

Odwiedziłem ci ja także, po dość, przyznaję, długiej przerwie, blog Jaszczura. Naprawdę b. ciekawe analizy, wszystko totalnie różne od tych tu naszych rozwichrzonych figlasów, ale b. mi się to tam podoba, a dodatkowa radość z tego, że Jaszczur tutaj bywa, wypowiada się, i więcej. Szczerze polecam!

triarius

wtorek, lipca 24, 2018

O pocieszeniu filozofii, zamkach na piasku i ganianiu za własnym ogonem

Na początek, żebyście nie płakali, że nie dostajecie biężączki, rzeknę co następuje... Cały dzień dzisiaj, kiedy tylko spojrzałem na dowolną telewizję, pokazywali niemal wyłącznie jakieś tam pożary w Grecji. Na swój własny rachunek powiedziałbym oczywiście "a co mnie to obchodzi?" Ludzie nie żyją wiecznie, ten padół łez to nie jest taniec po różach, żaden arcyksiążę Ferdynand (ani choćby Rudolf, ten od Vetsery) tam chyba nie zginął (to nie śnobizm przeze mnie przemawia, ino znajomość następstw, choć w tym drugim przypadku raczej to, że można się zabawić w detektywa)...

Dla was ludzie jednak trochę się wysilę i powiem, że po pierwsze jest w tym chyba radosne przesłanianie innych, o wiele ważniejszych tematów... Lub właśnie tematów braku, w związku z wiadomym sezonem na ogórki... A po drugie jak zwykle Dávila ma rację i współczesny człowiek po prostu się na Boga (niezależnie, czy w niego wierzy, a raczej nawet jak niewierzy to bardziej, piękny paradoks!) obraża, że nie wszystko wciąż mamy pod kontrolą. To znaczy, nie tyle "my", co "ci słodcy, co się nami tak cudnie opiekują - kochane urzędasy, prawnicy i reszta tego towarzystwa, które nam, większości, pozwala wieść słodkie i beztroskie życie leminga".

* * *

Teraz sobie trochę obgryziemy własny ogon... Służba nie drużba! Pierwsza sprawa, to taka, że mamy (w zasadzie, bo jak nic nie napiszemy, to też nikomu włos z głowy nie spadnie, a niektórzy i tak na głowie ich nie mają) do napisania co najmniej dwa (genialne) teksty. Po pierwsze więcej o naszym ukochanym Lemingu - wprawdzie nikt się na razie nie domaga, ale napisaliśmy dotąd tylko parę b. ogólnych uwag. (Nie żeby to wam, drogie ludzie, nie powinno dać do myślenia, i to na długie godziny!)

Po drugie powinniśmy wreszcie napisać to o Piłsudskim, Dmowskim i tych dzisiejszych... Jak ich nazwać... Co to niby przyznają się do myśli i dorobku Dmowskiego, a w istocie robą... Wiadomo! Już mi się znajoma obraziła - całkiem bez powodu, bo choć wspomniałem o tej sprawie b. pokrótce, to nic tam złego o Dmowskim nie było. Cenię gościa, b. się np. ucieszyłem wracając z zagranicy po 11 leciech i widząc, że dostał niezłą ulicę we Wrzeszczu - po prostu jego doktryna powstała w tak ponurych latach, że w latach mniej ponurych, albo przynajmniej INACZEJ ponurych, nie ma racji bytu, po prostu.

Co innego różne inne tam myśli, ale przecież nie to, że mamy wytrwałą pracą stać się jakimiś bogatszymi ruskimi w łowickich strojach ludowych i krakuskach, bo do tego się owa pesymistyczna i minimalistyczna, a także b. w swym działaniu powolna i wcale nie aż tak pewna (choć "obiektywnie pewniejsza" i bardziej "realistyczna" od rewolucyjnej idei np. Piłsudskiego, która mimo to wygrała i to spowodowało masę złej krwi, którą do dziś wykorzystują... Itd.)

O to chodziło. Sporo już (sapienti sat) wyjaśniłem zresztą, ale może kiedyś do końca. Kiedyś trzeba będzie te rzeczy napisać (albo i nie), ale na razie mamy coś innego, bo tak się sprawy potoczyły.

* * *

Otóż byłem ci ja dzisiaj, chyba dosłownie po latach przerwy, na portalu "Wydawnictwo Podziemne"... Naprawdę dobry poziom, choć w sprawach fundamentalnych - mniej jednak fundamentalnych od miłości lub jej braku do komuny - się z nimi nie zgadzam, co mam nadzieję jeszcze w tym wpisie wyjaśnić, o ile mnie nie odejdzie wena i/lub chęć... W każdym razie grasuje tam, całkiem się żadnym Tygrysizmem Stosowanym oczywiście nie przejmując i do niczego takiego nie przyznając, nasz ulubiony Amalryk.

Przeczytałem tam dwa długie teksty, z których pod tym oto chętnie bym się podpisał i go polecam (a to tylko trzecia część, Jezu, ale on tam dużo pisze!):

http://wydawnictwopodziemne.com/2018/07/15/niech-biega-sobie-w-kukurydze-iii/

Natomiast drugi, choć dobrze napisany i pełen interesujących rzeczy, wzbudził moje dość pryncypialne zastrzeżenia - filozoficzna jednak ino, a nie polityczne (zarówno Michał Bąkowski, jak i ja, nie lubimy bowiem komuny, a to już jest pewna forma braterstwa). Oto linek:

http://wydawnictwopodziemne.com/2018/06/28/populizm/

Zastrzeżenia takie mianowicie, że p. Bąkowski, autor znaczy tego tekstu, zdaje się budować na ideowych zasadach jakiegoś, moim skromnym wyimaginowanego, "klasycznego liberalizmu", zamiast na... No zamiast czego, że spytam, sprawdzając, czy nie śpicie? Na czym ów autor powinien waszym zdaniem budować swoją analizę? Moim zdaniem (choć mogę się oczywiście mylić, bo tylko Bóg i Coryllus nie mylą się nigdy, a ten pierwszy w dodatku może wcale nie istnieć) budować powinien na tym, jak świat naprawdę wygląda, jak działa, na takich sprawach jak ludzka natura...

Oczywiście na ile jesteśmy w stanie te rzeczy poznać i o nich sensownie mówić, zgadzam się, że są tu naturalne ograniczenia i to spore, ale jednak wychodzenie od jakiejś, jakiejkolwiek, IDEOLOGII, jako od pierwotnego źródła, budowanie na niej tak skomplikowanych konstrukcj, jak np. właśnie intelektualna krytyka komunizmu "jako takiego", to coś jak budowanie zamku na lotnym piasku, zamiast wbić go (ach!) w litą skałę, albo przynajmniej zanurzyć na dziesiątki metrów w dobrze ubitą ziemię.

 * * *

Liberalizm
No i przeszliśmy w końcu do naszego zasadniczego tematu, który się mocno zresztą wiążę z poprzednim akapitem. Otóż nie tylko JAKAKOLWIEK polityczna ideologia nie powinna przeszkadzać nam w budowaniu naszych intelektualnych konstrukcji, krytykowaniu komunizmów tego świata itd. w oparciu o najlepszą możliwą wiedzę o tym, jak ten świat naprawdę funkcjonuje - a więc Historia, Filo-nie-bójmy-się-tego-słowa-zofia (w tygrysicznym oczywiście rozumieniu), natura ludzka (żeby nie powiedzieć Psychologia), i tak dalej...

Ale dodatkowo atak na Komunizm od strony Liberalizmu to robota karkołomna i lewą ręką za prawe ucho, ponieważ to, co rzekł był Dávila, a mianowicie, że "liberalny burżuj to starszy brat bolszewika", to nie jest taki sobie po prostu dowcipasik w stylu "W tyle wizji", tylko głęboka, jak się temu przyjrzeć, prawda.

To, co dziś nazywamy "Socjalizmem" - a więc różne tam odmiany Marksizmu i sprawy pokrewne, jak Socjaldemokracja - to bliscy krewni, a właściwie po prostu pewna gałąź tego samego RADYKALIZMU SPOŁECZNEGO, który dało nam w nieproszonym prezencie Oświecenie. Co to ten "Radykalizm Społeczny", spyta ktoś? To jest nie mniej, nie więcej, niż Liberalizm, pod swoją do całkiem-nie-tak-dawna najważniejszą i najpopularniejszą nazwą! Ot co! Dziwcie się ludzie, ale tak właśnie rzeczy się mają.

Liberalizm, czyli ten Społeczny Radykalizm, Socjalradykalizm inaczej mówiąc, nigdy nie był prawicowy - przynajmniej nie do czasu, kiedy któryś tam Reagan nie stwierdził, że skoro on i jego kraj nie lubią CCCP, który się do Socjalizmu przyznaje, kiedy oni sami wyznają tę formę Amerykańskiego Imperializmu (mówię o faktach, w tej chwili nie oceniam), którą wywodzą (i słusznie) z Liberalizmu właśnie, no to ten Liberalizm jest ach jakże "prawicowy", no bo tamto jest "lewicowe".

Co akurat wydaje mi się dość wątpliwe, bo co właściwie było "lewicowego" w ruskim imperium pod Breżniewem (o ile ktoś oczywiście całkiem nie zdurniał i nie zaczął wierzyć w k*winiczne pierdoły o "wolnym rynku")? I gdzie byłby ten, prawicowy rzekomo, Liberalizm bez najpierw brytyjskiego, a potem amerykańskiego, na Oświeceniu opartego, imperializmu?

Jak również skąd by się wzięły te wszystkie lewackie ruchy i reformy - wszystkie te feminizmy, pedalizmy, równouprawnienia, politpoprawności - gdyby nie zdrowy (tym razem na odmianę, niestety) grunt, solidna podstawa w postaci Oświeceniowych, Liberalnych, Socjalradykalnych miazmatów, poglądów i czego tam jeszcze, stręczonych zewsząd światu od lat trzystu?

Tragedią dla ludzi takich jak my jest to, że poza popłuczynami po Oświeceniu nie funkcjonuje społecznie od stuleci żadna inna filozofia. Oświecenie, Liberalizm, Socjalradykalizm, to dość tandetne filozoficznie idee, ale jednak to filozofia, a po drugiej stronie nie ma nic. To znaczy jest trochę pojedynczych pisków, histerycznych krzyków, genialnych w zamierzeniu rozwiązań wszystkich problemów świata za jednym pociągnięciem pióra... Ale to gorsze niż nic, sorry!

Oni to, co nie mieści się w łonie Oświecenia, Liberalizmu, czyli Socjalradykalizmu mogą sobie nazywać dowolnie, na ogół "populizmem" lub "faszyzmem", ale to są po prostu, niestety, nieskoordynowane krzyki rozpaczy,.. Albo groźne pomruki bez żadnej realnej groźby, poza ew. dla pomrukującego...

Albo mniej lub bardziej udane dowpcipasy i szaleńczy, rozpaczliwy śmiech, którego wykonawca w jakimś totalnym zaczadzeniu, a prawdopowobnie po prostu skutkiem wywołanej rozpaczą i bezsilnością HISTERII, wmawia sobie, że to jakoś wrogowi zaszkodzi i jego samego magicznym sposobem wyzwoli. Wrogowi, czyli temu oświeceniowemu paskudztwu w jego różnych, choć wcale nie aż tak różnych, avatarach, że przypomnę: Radykalizm Społeczny, Liberalizm, Socjaldemokracja, wszelkie inne odmiany Lewactwa... Sporo tego!

Naprawdę ludzie - kiedy się na to wszystko spojrzy z pewnej przyzwoitej odległości, widać, że różnice między "najklasyczniejszym", czyli najcudowniejszym wedle jego wyznawców, Liberalizmem, a najdzikszą odmianą lewactwa SĄ MINIMALNE! Kiedy się potrafi wyważyć priorytety, odróżnić sprawy najważniejsze od trzeciorzędnych, to stosunek do tzw. "własności prywatnej" przestaje dominować cały obraz, a o wiele ważniejszy staje się cel PRZEROBIENIA LUDZI NA OWADY, i to na skalę globalną. EWOLUCYJNIE! Wszystkie te Szkoły Frankfurckie z ich ZBRODNICZYM programem ROZWALENIA LUDZKIEJ JAŹNI samej w sobie!

To jest to, o czym pisze Ardrey, i to nawet w tym niewielkim fragmencie, który przetłumaczyłem wam na polski. Gdyby ktoś raczył zechcieć, w co niestety wątpię. I Komunizm ma ten cel - nie zaś, jak to sobie wyobraża guru wspomnianego tu Wydawnictwa Podziemnego, "po prostu utrzymanie władzy i jej zwiększanie" - i Liberalizm, i wszystkie ich formy pośrednie oraz hybrydy.

Bo to, drodzy moi, ptaszki z tego samego gniazdka - naprawdę nie wmawiajcie sobie, że tam są aż takie różnice! Rozumiem, że polski rodak, potomek małorolnego, ma cholerny problem z zapomnieniem na chwilę o forsie i stale będzie ją widział na pierwszym planie, ale naprawdę TO NIE FORSA ZAWSZE DECYDUJE O WSZYSTKIM! Jeśli o tym będziemy zapominać, to grozi nam budowanie bez przerwy zamków na ruchomym piasku i żałosne ganianie za własnym ogonem. Zaprzeczenie Tygrysizmu Stosowanego krótko mówiąc. (Obgryzanie to co innego!)

Dixi!

* * *

triarius

P.S. A tak przy okazji... Jak lewizna ma nie wierzyć, że wdusi nam, a w każdym razie naszym ew. wnukom, te wszystkie pierdoły o pedałach i innych dziwadłach, skoro tak łatwo łyknęliśmy "równouprawnienie", które przecież dla naszych dziadów było, i słusznie, co najmniej tak samo wariackie i sprzeczne z naturą?

poniedziałek, lipca 23, 2018

Leming, leming pokaż rogi!

- Co wy tam tak przeżuwacie, Mądrasiński?

- Nic, Szefie... Znaczy swój własny ogon obgryzam... Zjadam, chciałem powiedzieć, tak... Sam koniec...

- (Co za wspaniały chłopak! Nie dość że jeździ na wszystkie szkolenia, a teraz przyjechał na Letni Obóz Treningowy, to jeszcze chyba w każdej wolnej chwili sam się tygrysizuje. Choć nasz znakomity wywiad wywęszył, że chłopak ma jednak dwie narzeczone w sąsiedniej wiosce, nie licząc trzech tam gdzie mieszka.)

No dobra, Mądrasiński, ale wy już nie przesadzajcie, młodość musi się czasem wyszumieć - idźcie pomóc kolegom kopać tę nową latrynę na 200 miejsc! Raz, dwa!

- Tak jest Szefie!

* * *

Zaispirowani tym (ach jakże tygrysicznym!) dialogiem, my także wgryziemy się we własny pręgowany ogon i powiemy co następuje... Z jakiegoś powodu przestały do mnie ostatnio przychodzić emaile zawiadamiające, że ktoś mi raczył wpisać komęta, więc byłem pewien, że ten prześwietny blogas zdechł już bardzej jeszcze, niż zdechł był w rzeczywistości...

(Nie że to jakaś wielka różnica, ale jednak a little bit is better than nada, jak mówią, a nawet śpiewają, Texas Tornados. Itd.) W związku z tym moja, i tak nikła, wiara w sens pisania zmniejszyła się do zera. Wczoraj jednak odkryłem wreszcie jak się rzeczy mają, a także to, że tow. Mąka, którego uwielbiam jak siostrę, wcielił się w vox populi i magna (populi) voce zażądał wyjaśnienia różnicy między Lemingiem i Lewakiem.

Mam ci ja na ten temat masę przemyśleń, książkę chyba mógłbym napisać (gdyby... itd.), ale nie jest to ułożone tak składnie i drama-nie-bójmy-się-tego-słowa-tycznie, jak bym chciał. (Nie to co np. tekst, który w sobie noszę o Piłsudskim vs. Dmowskim i dlaczego dzisiejsi rzekomi czciciele Dmowskiego, ci głośni i pyskaci, to albo ruskie gównojady, albo zwykli durnie.) No więc wyjdzie nam z tego zapewne rozwichrzona gawęda o wszystkim, co się z czymkolwiek wiąże, na cztery ręce - dwie moje, dwie dr. Alzheimera. W imię Boże zaczynajmy, bo ten temat jednak jest wielki i nabrzmiały!

* * *

Co to Leming? Co to Lewak? Najprostsza, i dla nas tu chyba najpraktyczniejsza, odpowiedź będzie taka, że Lewak to jest KOMBATANT - niekoniecznie, a nawet z pewnością nie, w sensie 8. Pułku Ułanów księcia Józefa, czy innej Brygady Pancernej gen. Maczka - ale jednak aktywny... Boże, jak to nazwać...? Słowo "żolnierz" w wielu modnych dziś kontekstach mierzi mnie równie mocno jak "baron" (SLD), "wojownik", mimo skojarzeń z MMA, też zbyt dobre, nawet "bojówkarz" mnie akurat kojarzy się z Piłsudskim, więc nie tak źle... W każdym razie Lewak to ktoś aktywnie starający się cele tej tam Lewizny realizować.

Lewizna - sama esencja, a nikt już nie ma nawet cienia wątpliwościA jeśli nic nie robi, czyli nie jest "aktywny"? OK, nie jest, ale sumienie go z tego powodu dręczy, jak go poproszą, to się przyczyni... Te rzeczy. W każdym razie on ma w głębi swego jestestwa te przekonania i chciałby, żeby to się spełniło. Jakie przekonania spytacie? Co ma się spełnić? Fakt, rodzaje lewizny są różne, a jeszcze różniejsze są typy indywidualnych lewaków...

Co sobie, da Bóg, jeszcze tutaj wyjaśnimy, ale na razie przejdźmy do Leminga i zarysujmy ten podstawowy kontrast między owymi dwiema kategoriami istot. ("Istota" nieco zbyt ładnie brzmi w tym kontekście, w ogóle często odczuwam, że polski język jest o wiele za ładny, by móc się nim posługiwać w tych podłych czasach. Niestety rosyjskiego aż tak dobrze nie znam, a "swołocz", "pragułka" i "padcziorkiwanie'" aż tak daleko nas nie zaprowadzą.)

Leming, ludkowie moi rostomili, to CYWIL. Cywile, zgoda, potrafią być paskudnie nieprzyjemni i męczący, czasem na czas jakiś dają się zwerbować i trudno ich wtedy odróżnić od zielonych ludków czy innej tam armii Budionnego, ale tak naprawdę, to Leming kocha spokój, konformizm, poczucie przynależenia do elity; polityką, jaka by nie była, w sumie się brzydzi, a świat jaki on będzie za 500 lat ma w dupie, w odróżnieniu od Lewaka, dla którego wtedy dopiero przyjdzie Spełnienie (ach!)...

Problemów z Lemingiem jest parę, całkiem istotnych, ale jednak to nie jest to samo, co Lewactwo (nazywane tak tutaj na zmianę z "Lewizną", przy czym nie chodzi i w tym określeniu o wynoszenie z zakładu spinaczy, jak by chcieli Leberały). Jakie są te problemy z Lemingiem? Po pierwsze, Lemingów jest ogromna masa - w sumie raczej większość ludności w "cywilizowanych" częściach globu. Leming jest jaki jest, ale nie zniknie - co by Nicki tego świata i inni wierzący w Postęp Ludzkości nie głosili.

Sposobem na przerobienie Leminga na coś mniej smętnego jest danie mu SENSU ŻYCIA - kraju do odbudowania, wyjątkowo paskudnego wroga do zwalczenia... Te rzeczy. Wtedy Leming macha karabinem czy łopatą i przez krótki czas nie musi ćpać ani brać Prozacu. Jednak to są b. kosztowne i dość ryzykowne sposoby, których nikt nie podejmuje wyłącznie z powodu estetyki czy szczęśliwości Leminga, więc rzeczony Leming jest z nami i z nami będzie - na wieki wieków! (No i firmy farmaceutyczne też z czegoś muszą żyć!)

Leming to szpęgleryczne dziecię (schyłkowej, jak to ona) Cywilizacji... W sensie szpęglerycznym, czyli tej późnej fazy rozwoju/schyłku cywlizacji pisanej po prostu z małej litery, kiedy to Biurokracje, Prawnicy i Finansowi Macherzy mają już praktycznie totalną władzę, a zwykli ludzie... Co? Stają się z dnia na dzień bardziej i powszechniej... No czym? Lemingami właśnie, czym niby innym?

Leming to produkt PRZEDSZKOLI, Leming to produkt KORPORACJI, Leming to produkt MEDIÓW (i nie mówię o wodzie z gazem), Leming to produkt "EDUKACJI", którą trudno odróżnić od PROPAGANDY, i ROZRYWKI będącej niczym niemal już innym, niż właśnie narzędziem do tresowana Leminga. Leming wreszcie to SAMOTNY TŁUM z ważnej (!) książki Davida Riesmana pod tym właśnie zgrabnym tytułem (The Lonely Crowd w oryginale).

OK, na razie tyle. I tak jest to nieco materiału do przemyśleń i do dyskusji, a jak będzie jakaś ęteraktywność, jakiś ętuzjazm... te rzeczy... to wyjaśnimy sobie jeszcze masę dodatkowych spraw - np. różnicę między Lewicowością i Lewactwem, rodzaje Lewactwa... Więcej o psychologii i socjologii naszego ukochanego Leminga... Temat jest naprawdę wielki, Autor też, więc i Wy okażcie tu wielkość i... Rozumiemy się? (A ty znowu Mądrasiński się tu plączesz i coś żujesz?! Galopem latrynę kopać, bo wystąpisz dziś na wieczornym apelu!)

triarius

wtorek, lipca 17, 2018

Czy Franciszek jest Antychrystem?

Nie moje drogie ludzie - wiem, że sporo z was coś takiego podejrzewa, ale to nie tak. Franciszek zdecydowanie NIE JEST Antychrystem - po prostu dlatego, że dzisiejszy tzw. Kościół Katolicki to już zbyt marne, by zasłużyć choćby i na porządnego Antychrysta. (Prędzej reinkarnacją Trockiego np.)

sztuka sakralna


triarius