niedziela, grudnia 21, 2014

Takie sobie myśli...

W popularnych tygodnikach można czasem znaleźć informację o tym, o ile sekund skraca nam życie jeden pocałunek - jednak, o dziwo, nikt nie postarał się dotąd obliczyć o ile skraca nam życie wypelnienie jednego druczka.

(Wiem, że byście chcieli, żebym tu także wspomniał o przemówieniach Komorowskiego i podobnych sprawach - bo one to dopiero muszą skracać życie! - no ale chcącemu nie dzieje się krzywda, więc to nie jest to samo co druczki.)

* * *

W życiu każdej cywilizacji (o ile, oczywiście, ktoś jej wcześniej nie utrupi) przychodzi w końcu taki czas, gdy wszystko co może ona zaoferować swym najzdolniejszym, to spektakl rozkładu i upadku. Kiedy ta chwila nadejdzie, dni są policzone także dla lemingów - jak pełne wiary i naiwnego entuzjazmu by nie były.

* * *

Idea liberalnej demokracji opiera się na kilku błyskotliwych pomysłach, z których najważniejszym wydaje się pomysł oddania władzy akurat największym zerom, jakie się uda znaleźć. W idealnym świecie to by faktycznie chyba mogło ładnie działać, ale niestety w idealnym świecie nie żyjemy, więc skutki są takie, jakie oglądamy.

triarius

piątek, grudnia 19, 2014

Pyzata Zuzia, Muzy i Spengleryczny Pesymizm

Jako że my się tu często żywimy gotowym, żywym mięsem - nie zaś trawą, którą dopiero musielibysmy przerabiać na nasze własne tkanki - zaczniemy dziś od tego, że Coryllus-Maciejewski napisał tekst o pyzatej Zuzi, co to nie tylko poetka, ale także rytualnie z kolegą utrupiła tatusia, kiedy spał. I od tego wyjdziemy.

Tutaj ten tekst na szalomie: http://coryllus.salon24.pl/622152,jak-szatan-werbuje-poetow,

a tutaj na jego własnej, coryllicznej, stronce: http://coryllus.pl/?p=1940

Jest to sensowny tekst z kilkoma strzałami w samo bycze jądro, jak to, że w mrocznych czasach nie można było zostać w tym kraju poetą bez milicyjnych czy homoseksualnych kontaktów; jak to, że na Zachodzie potrzeba do tego homoseksualnych protekcji ze strony angielskiego dworu i agentury; że tzw. krytyka literacka to ściema... Jednak nie potrafię ukryć, że czytając poczułem dość znaczny niedosyt - z powodów zarówno formalnych, jak i merytorycznych, lub niemal-merytorycznych, że tak to określę.

Otóż te perły obserwacji i celności sformułowań, te strzały w bycze jądro, toną w zwykłym, sieriozno-ślamazarnym (jak na tego autora) wywodzie, z którego można by wysnuć wniosek, że cała ta "poezja" pyzatej Zuzi, to było coś poważnego, wartego w jakimś stopniu naszej (i autora) uwagi "per se"... Tak samo jak owa "krytyka literacka", która Zuzię nam wylansowała, choć ten i ów "krytyk" po prawdzie akurat się Zuzią nie zachwycił, o czym nam nawet wprost zechciał powiedzieć.

Kiedy Coryllus stwierdza, że (moimi własnymi słowy): "być może już trubadurzy to byli faceci w stylu Zuzi, którzy dodatkowo szpiegowali dla swoich mocodawców", to jest to oryginalne, błyskotliwe, ale jednak jakoś, w moich oczach, bez sensu podnosi Pyzatą Zusię i jej "poezję". Być może jestem nieuleczalnie skażony spenglerowskim widzeniem tych spraw (Nicka niestety nie ma, on by mi to zaraz skwapliwie potwierdził), ale dla mnie problem jest już w samej tej "poezji" - zuzinej i tej trubadurów.

No i, wbrew pozorom, nie jest to wcale kwestia nieistotna - więcej powiem, dla mnie jest ona być może właśnie najistotniejszą ze wszystkich! Trubadurzy mogli sobie szpiclować, możemy to oceniać negatywnie, ale jednak to co oni wyśpiewywali nie było SAMO W SOBIE czystym hołdem dla, i robotą na rzecz, TegoKtóryNieMarnujeŻadnychOkazij, jak to określa Coryllus. Czyli na rzecz Szatana, mniej lub bardziej świeckiego.

To znaczy, może oni nawet wyśpiewywali rzeczy, które się Szatanowi podobały - taki Bertran de Born, z jego elokwentnymi orgazmami na temat masakr i przelewu krwi, mógłby tutaj pasować - ale chodzi mi o to, że FORMA tych jego śpiewów nie była jednoznacznie diabelską sprawą. Forma zaś, jeśli się bardzo nie mylę, jest właśnie w sztuce najważniejsza.

Nie chodzi nam o jakieś późne, martwe i wysilone formalizmy oczywiście, nie chodzi nam o klasycystyczne wypieszczanie formy kosztem wszystkiego innego (również spenglerycznie późne, martwe i wysilone, z definicji), że o "czystej formie" nawet nie wspomnę. Chodzi mi o to, że jeżeli "sztuka" - to forma, forma przede wszystkim, a reszta, czyli "treść" (ikonografia, wyrażane idee itd.) oczywiście powinna być "kompatybilna", ale jest drugorzędna.

Dlatego też np. proza nie do końca jest "sztuką" (jak na przykład ten blogas), choćby nawet miała takie pretensje, ponieważ treść zdecydowanie dominuje w niej nad formą. (No, chyba że ktoś się cholernie sili na jakieś forsowne wygibasy, ale to już nie będzie proza.) Co oczywiście nie umniejsza znaczenia prozy (czy tego blogasa), a raczej przeciwnie!

Zawsze mnie bawiło, że nie aż tak dawno temu faceci, którzy na pewno powinni byli pisać prozą i dzisiaj by tak robili - bo mieli coś konkretnego do przekazania, albo im się tak w każdym razie wydawało - żeby być "wieszczami" i by ich dzięki temu traktowano poważnie, musieli pisać "poezje", często z prawdziwą poezją nie mające wiele wspólnego. Mówię o Norwidzie, ale dotyczy to także w jakiejś mierze nawet Słowackiego. Który przecież robi za hiper-poetę. Albo taki Wyspiański.

Ponieważ my tu bez żadnego udawania do szpiku kości jesteśmy przesiąknięci spenglerowską interpretacją historii - dla nas jest oczywiste, że proza jeszcze jakiś czas ma szansę sobie poistnieć i może reprezentować niezły poziom... Wszystkie te Spenglery, Ardreye, blogi Pana T. czy pana Coryllusa... Ale z autentyczną sztuką - "stuprocentową", nie mówimy o jakości, tylko o przewadze jej formy nad merytorycznym przekazem, tym który by ew. można podać jakoś inaczej - tą ambitną, jest bez porównana gorzej. Na co nawet, jak się pod właściwym kątem przyjrzeć, nawet pyzata poetessa Zuzia jest przykładem.

Dzisiaj mądrzy nad wyraz eksperci od sztuki powiedzą wam, np. w stosownych wykładach w telewizji BBC, że "celem artysty jest uzyskanie jak największej władzy nad naszymi emocjami". I co? I nic! Nikt się przeciw tej tezie nie zbuntuje, nie zaprotestuje, nie mówiąc już o wyjściu na ulice i wzywaniu magna voce do zrobienia czegoś z "artystami"!?

"Artystami", którzy nas przecie bez obcyndalania się łapią za to, co naintymniejszego w ogóle mamy, i zniewalają nas dla jakichś sobie tylko znanych celów? Dla mnie jest to nieco dziwne, bo cóż może być bardziej explicite szatańskiego, niż takie właśnie działania? No ale "artystyczne" przecie jak cholera, i przez to jakoś tam uświęcone - jak nam to pracowicie klarują certyfikowani znawcy,

Tak to widzę, że nikt poza Tygrysizmem (uzbrojonym z niezłomny oręż Spengleryzmu) nie idzie w tych analizach i krytykach dostatecznie głęboko, żeby potrafić dostrzec, że JUŻ sama "poezja" pyzatej panny Zusi - ba, już sama jej chęć, żeby być "poetką" - stanowi, jeśli nie sedno, to co najmniej początek problemu. Problemu, w skład którego wchodzi, przypomnijmy, bo ja się tego wcale nie wypieram, rytualne zamordowanie swego śpiącego ojca.

Powie ktoś "gdzie Rzym, gdzie Krym". Jasne, jak można porównywać! Jednak jeśli można mówić o poezji w kontekście agentur, milicji obywatelskiej, brytyjskiego dworu i homoseksualnego lobby - no to bez przesady, to nie są takie całkiem osobne sprawy: ta "poezja", w sensie choćby wyłącznie "formy", i takie różne działania, które wciąż jeszcze nie są nam lansowane jako godne pochwały.

Skoro celem artysty jest "zdobycie władzy nad naszą psychiką", czy tam "emocjami" - przynajmniej tak to niektórzy eksperci interpretują i ci właśnie zostali oddelegowania do edukowania nas  - no to to jest sprawa poważna! Każdy wie, jeśli się chwilę zastanowi, co potrafią emocje, prawda? Jeżeli zapomniał, to niech włączy telewizor. No a jeśli do tego są ci artyści manipulowani przez milicje, dwory i agentury - to bez żartów!

Toyah-Osiejuk, w którego, b. dobrze zresztą napisanym, tekście pierwszy raz przeczytałem o pyzatej Zuzi, słusznie podnosi kwestię tego przedziwnego czegoś na Facebooku, pod nazwą "Kraina Grzybów". Gdzie, w urywanych fragmentach bez sensu, dziwnych rysunkach, w poezji naszej pyzatej pannicy właśnie, itd. itd., dostrzega wyraźny satanizm. Satanizm który miałby wpłynąć na Zuzię i spowodować jej czyny. Zgoda, z opisu Toyaha ta "Kraina Grzybów" wygląda dość paskudnie, ale jak w takim razie z takim np. Picassem?

Kilka lat temu mieliśmy z Toyahem ogromną wirtualną awanturę, która rozpoczęła się akurat od tego, że on wyraził zachwyt nad Picassem, na co ja z kolei wyraziłem zdziwienie i zacząłem gościa wyśmiewać. A raczej obu gości - Toyaha i Picassa. Jeśli porównamy wpływ Picassa z wpływem "Krainy Grzybów", to sorry, ale kierunek i cel dokładnie ten sam, komusze poparcie tak samo oczywiste, a skala tysiąckrotnie większa. To się nie daje zrozumieć?

(Nie jestem specjalnie dumny z tej masy agresywnej ironii, którą głowę na biednego Toyaha wtedy spuściłem, choć sam się o to prosił próbując mnie zniszczyć własną, pożal się Boże, ironią. Plus sprawa tego "Blogera Roku", który to tytuł Toyah otrzymał od samego Żakowskiego, a o co wielu miało doń pretensje, on zaś wtedy odbieral wszelką krytykę swej osoby jako perfidną nagonkę.)

Żeby jeszcze dzisiaj to ew. zakończyć i nie musieć pisać następnych odcinków, powiem tak... Kiedyś sztuka, ta ambitna (dla spenglerysty "Ornament") to było POSZUKIWANIE PRAWDY. Prawda, Religia, Bóg, Matematyka, Natura (na ile była dla tych ludzi interesująca), Proporcja, Harmonia - to było, w głębokim sensie, JEDNO. Absolutne i najważniejsze ze wszystkich spraw.

Wielcy artyści popychali swoją sztukę o krok dalej w stronę tej Prawdy, a artyści mniejsi robili swoje, adorując i popularyzując ową Prawdę, w tym miejscu, do którego ich ci wielcy doprowadzili. (I też było super!) Tak oni to widzieli i nie mieli co do tego cienia wątpliwości. Oczywiście nie chodzi o to, że na pewno muzyka XVI w. jest "lepsza" od chorału z wieku X, albo że Caravaggio jest jednoznacznie "lepszy" od Fra Agelico...

Mimo że ci późniejsi byli "bliżej" tej Prawdy, do której oni wszyscy dążyli. Prawdy ich cywilizacji (a bardziej po spenglerowsku ich "Kultury"), która dla nich, a także dla odbiorców ich sztuki, była prawdą OBIEKTYWNĄ. (Da to się zrozumieć?) Jednak to, że byli "bliżej", wcale DLA NAS nie stanowi o automatycznie większej wartości tej sztuki. My tam widocznie szukamy czegoś innego - na dobre i złe. (Interesująca myśl i chyba dość odkrywcza.)

Potem, nie musimy w tym miejscu ustalać dokładnie kiedy, zresztą dla różnych rodzajów sztuk ta chronologia jest nieco inna, misją sztuki stało się łechtanie zmysłów burżujów, "wyrażanie niepokojów swojej epoki", "krytyka rzeczywistości", "wychowywanie nowego człowieka" (choćby to było i jego "uszlachetnianie"), "budowa nowego społeczeństwa", "dawanie głosu tym co go nie mają"...

Teraz zaś jest to już niemal jedynie "uzyskanie władzy nad naszymi emocjami" - co może być robione jako cel sam w sobie, albo też w jakimś innym, "ważniejszym i konkretniejszym" celu. W dodatku sztuka - ta współczesna - nie może po prostu żyć bez handlarzy, objaśniaczy, krytyków, sponsorów, ministrów, bankierów, spekulantów i policji.

Trudno przypuścić, by to całe towarzystwo miało wyłącznie "artystyczne" kryteria co do tego, co do nas dotrze jako "arcydzieło", a czego autor zemrze z głodu prywatnie lub w spokojnie odpłynie w niebyt po długim pobycie w zakładzie zamkniętym, Zresztą to też by nie robiło nam wielkiej różnicy, bo autentyczny "gust" tych pomocników, sponosorów i objaśniaczy, także, w mojej opinii, władny jest zatruć miliony dusz. Samym sobą - pomijając nawet wszelkie celowo zdrożne cele i agenturalność.

Z celami tego towarzystwa jest chyba jednak raczej wprost przeciwnie. One są ściśle określone i nie-do-końca "artystyczne". Jakby z tym tam nie było - dla mnie SAM ten fakt, że "celem sztuki jest zdobycie władzy nad naszymi emocjami". wystarcza, by uznać tę sztukę za syf i, jeśli ktoś lubi tę terminologię, dzieło szatańskie.

Czy robotę satanistów, mówiąc inaczej, bo ktoś, kto chce nade mną, nad moimi emocjami, zdobyć władzę - nieważne czy z próżności, dla zysku, czy w jakichś jeszcze bardziej ponurych zamiarach - to dla mnie satanista na pewno nie mniej groźny od takich co palą Biblię i odmawiają "Ojcze nasz" od tyłu. Może i dzisiaj są jeszcze jacyś pojedynczy prawdziwi poeci (jak Kelus), ale INSTYTUCJA "Poety" i INSTYTUCJA "Poezji" to jest dno, które nas duchowo patroszy i resztę składa w dani Belzebubowi.

(A propos Kelus... Chcecie drobny przykład prawdziwej, a przecie współczesnej, poezji? Oto: "szesnaste miejsce na świecie w konkursie na samotność zajął księgowy w GSie". Chodzi za mną od trzydziestu lat, a przecie nie ma w tym żadnego zadęcia czy pretensji do ponadczasowej wielkości.)

To samo dotyczy malarstwa, rzeźby, muzyki... Oczywiście łatwo jest mówić tu o Heavy Metal, ale mi chodzi nie o taką łatwiznę, tylko o to, że każda "sztuka" traktowana śmiertelnie poważnie (bo jeśli nie aż tak poważnie, to sprawa staje się błaha) jest DZIŚ (w tej późnej, schyłkowej epoce) Z ZAŁOŻENIA czymś nieludzkim, zwyrodniałym i - jeśli ktoś chce - "szatańskim".

To, że młodzi ludzie, na których zrobiła wrażenie jakaś dawniejsza poezja, zechcą sami coś podobnego napisać, żeby się "sprawdzić" itd., nie jest samo w sobie niczym zdrożnym. Jednak powinniśmy traktować to mniej więcej tak, jak pryszcze-zachciewajki, mimowolną masturbację na lekcji fizyki, łamanie się głosu z powodu mutacji itd. Robienie z tego misji i wmawianie dzieciakowi, że dokonuje właśnie czegoś wielkiego, to idiotyzm, a może i dużo gorzej.

We wspomnianym tutaj artykule Coryllusa raziło mnie może najbardziej poważne traktowanie tych szemranych "krytyków". A co taki ktoś może w opóle wiedzieć o poezji - nawet zakłądając, że nie jest wprost idiotą czy agentem wpływu? Skoro nagrodę Nobla dostaje "oszalały Mozart poezji" w postaci ewidentnej grafomanki... (Swoją drogą to dęte określenie, użyte w oficjalnym uzasadnieniu, jest równie grafomańskie. Wart Pac pałaca!)

Jak jej tam było? Naprawdę nie pamiętam. Wiecie o którą chodzi, nie? (Po kwadransie mi się przypomniało: Szymborska.) Oczywiście - babsko pisało całkiem sprawnie, umiało rymować, miało spore słownictwo... Jednak Z POEZJĄ nie miało to nic wspólnego (i pomijam tu całkowicie różne jej ody do Stalina), a udawanie jest w tej akurat sprawie wyjątkow obrzydliwe, przynajmniej w moich oczach.

No, ale jeśli tylu ludzi, o niby wyrobionym smaku (hłe hłe!), zachwyca się jeszcze o wiele koszmarniejszą grafomanką Osiecką.. No to o czym my w ogóle mówimy? To w ogóle nie jest poezja, a jeśli gdzieś się jakaś poezja w tych podłych czasach w ogóle pojawia, to tylko ukradkiem, przemykając się - a na pewno nie z zadęciem, pieniami krytyków i milionami ze spadku biednego oszukanego Nobla!

To samo zresztą dotyczy i filmu - żeby nie było że nie! Może w nieco mniejszym stopniu, bo w filmie jednak "treść" może mieć większą wagę w stosunku do formy, niż np. w poezji, ale jednak. Podobnie z teatrem. W ogóle, jak ja to widzę, to WSZYSTKO co jest dziś, i od co najmniej XIX w., w dziedzinie "sztuki" robione z pełną powagą, tak jak była robiona sztuka dawna, ta do powiedzmy XVII w., to oszustwo, albo i gorzej. A co dopiero, kiedy taki celuje w nieśmiertelność i ruszanie z posad!

Dotyczy to tak samo pisanych w XXI w. oper, patriotycznych kantat o Żołnierzach Wyklętych (choć tu chociaż zamiar może być słuszny, albo i nie), ambitnych dzisiejszych obrazów czy rzeźb, oraz każdej architektury próbującej "stworzyć coś naprawdę nowego" (bo to co już istnieje, jest wystarczająco koszmarne, załgane i upodlające człowieka zmuszonego to oglądać, albo, o zgrozo, w tym żyć, a to "nowe" zawsze okazuje się jeszcze gorsze), jak i facebookowej poezji różnych pyzatych nastolatek - choćby nawet jeszcze rytualnie nie zdążyły zaszlachtować ojca.

Mówię o "tworzeniu" - nie o odtwarzaniu! (Choć po prawdzie rzępolenie dziś Beethovenów i Wagnerów tego świata, że nie wspomnę o Stockhausenach i Pendereckich, uważam za oszustwo, skrajną głupotę, drewniane ucho, albo smutną ekonomiczną konieczność. Ale my teraz nie o tym.)

I na tym właśnie polega ów pesymizm, wyrażony w słowach Spenglera, że "optymizm jest tchórzostwem"! Pięćset lat temu dziewczyna w wieku Zuzi mogła być autentyczną poetką - dzisiaj jest to niemal niemożliwe, nawet jeśli nie zaangażują się w to szemrani krytycy, znawcy i handlarze. Jeśli zaś oni się w tę "poezję" zaangażowali, no to z całą pewnością będzie to szatańska i zatruwająca dusze sprawa. Dixi!

triarius

środa, grudnia 17, 2014

Mam nowe i chyba cholernie...

... interesujące przemyślenia na temat natury religii, ich rozwoju, a także satanizmów... Sprawy po prostu (chyba po raz pierwszy tutaj) istotnie rozszerzeające spengleryzm.

Zainspirowane sprawą pyzatej "poetki" Zuzi, co to ostatnio rytualnie utrupiła tatusia, i tej całej "Krainy Grzybów", com o niej przeczytał u Toyaha. No i też, po prawdzie, islamskim fundamentalizmem, co go sobie oglądam w telewizorze, i nie można powiedzieć, żeby chłopcy się nie starali.

Nie wiem, czy to kogoś w ogóle jeszcze interesuje, w każdym razie nie mam ochoty pisać długich i, z konieczności, ambitnych tekstów - więc albo Adaś by musiał mi to nagrać wypowiedziane ustami, albo też trzeba by to jakoś interaktywnie. Tutaj albo na Tygrysim Forum na niepoprawni.pl.

Jak tam sobie chcecie. Piłka jest w waszym korcie.

triarius

piątek, listopada 21, 2014

Takie tam różne

Ludziom się wydaje, że PiS to jest jakiś nasz ochroniarz, który ma możliwość nas bronić i dać w dupę naszym prześladowcom - kiedy w istocie jest to co najwyżej nasz ADWOKAT w tym całym skurwionym do szczętu komuszym sądzie. Domaganie się od PiSu, żeby głośno popierał "protest społeczny" polegający na demonstracji w wykonaniu kilkudziesięciu zawodowców, podczas gdy cały naród milczy i co najwyżej klepie sobie paluszkami po klawiaturach domowych komputerków, to, darujcie, polityczny idiotyzm.

Co do tych "zawodowców", to wcale nie twierdzę, jak niektórzy, że ci każdy z tych ludzi chce się przede wszystkim wylansować. Jednak są to osoby mocno zaangażowane w krajową politykę, nastawione mocno opozycyjnie i mające o wiele większą od średniej krajowej wiedzę o faktach. Nie reprezentują one w związkiu z tym ogółu społeczeństwa, bez którego wszelka myśl o ruszeniu tej @#$% mafii, która nas, z pomocą swych zagranicznych sponsorów, dręczy, jest utopią.

A poza tym, nie da się ukryć, że do tego wczorajszego protestu dołączyło się, w sposób mniej lub bardziej bezpośredni, nieco takich, od których należałoby się trzymać jak najdalej. Przede wszystkim dotyczy to każdego, kto ma cokolwiek wspólnego z Korwinem - złym duchem III RP, oczywiście nie jedynym, ale akurat dzięki niemu przede wszystkim - nie tylko nie ma w Polsce żadnej prawdziwej i sensownej prawicy, ale jeszcze dodatkowo w mózgach wielu na temat samej istoty prawicowości wyhodowano kompletną schizofrenię.

(Co uważam za jeszcze gorsze, bo od mózgu wszystko się zaczyna, nawet w takim boksie, a co dopiero w polityce.) Ruch Narodowy, gdyby był autentyczny i niezdominowany przez dziwnych ludzi i nienasze służby, byłby oczywiście fajną ideą, ale przecież nie ten, który nam stworzono, po to, żeby nie mogło już powstać nic autentycznego na tym motywie. (Podobnie, choć na znacznie mniejszą skalę, jest z zajęciem nazwy "Nowa Prawica" przez utopijną i cholernie podejrzanej proweniencji lewiznę. Szkoda, że ta przyjemna dla ucha nazwa została już na zawsze spalona, choć fakt, że nie czas żałować róż... Itd.)

Tak że PiS niewątpliwie miał rację, odcinając się od takich marnych demonstracji, w których - jak zawsze - jest z pewnością paru porządnych ludzi, ale właśnie tak się prowokacje robi. To nie musiała być koniecznie prowokacja, nawet myślę, że pewnie nie była, ale tak czy tak wobec niesamowitej na razie słabości naszych środków, było to działanie w sumie samobójcze (politycznie) i wynik (zrozumiałej, niestety) histerii. Jak na ulicach będą się spontanicznie pojawiać SETKI TYSIĘCY wkurwionych obywateli (?) PRL bis, sprawa nabierze innego charakteru, ale na to nie ma chyba nawet co liczyć.

W każdym razie, wracając do początku tego wywodu - słowa i działania PiS nijak się przekładają na nastroje, łącznie z "wkurwieniem", przeciętnych obywateli, więc wkładanie przez PiS szyi w tę pętlę byłoby samobójstwem, które nic nikomu z nas by nie dało. PiS - powtarzam - to nie jest nasz ochroniarz, to nie jest żaden nasz, silny jak cholera, starszy brat - to jest nasz ADWOKAT w tym @#$$%% załganym komuszym sądzie. Rola adwokata w czymś takim nie jest specjalnie wzniosła - zgoda - ale zapewniam was, że taki ktoś jest nam, Polakom, ogromnie potrzebny... I oby nie przestał istnieć zbyt wcześnie!

Z konieczności taki adwokat MUSI być w istotnym sensie częścią tego całego (nieciekawego, zgoda) układu. I tak jest właśnie OK. Nie jest to piękne, nie jest to wzniosłe, ale tak się właśnie robi kiełbasę, a już na pewno w kraju tak gruntownie na wszystkie strony wy...nym jak dzisiejsza Polska. Problemem jest natomiast to, że oprócz PiS niewiele u nas jakichkolwiek w miarę ralnych sił, które by miały zdecydowany zamiar ratować Polskę i jej nieszczęsnych mieszkańców.

* * *

Teraz, dla rozluźnienia nastroju, zagadka. (Dedykuję ją najgorszemu chyba propagandziście, jakiego mi się udało ostatnio spotkać - gościowi szalejącemu w sieci pod ksywą GPS. Przydałoby mu się przeszkolenie u Świadków Jehowy, jak mi Bóg miły!) No wiec proszę:

SOCJALDEMOKRACJA ma się tak do KOMUNIZMU, jak X do ANARCHIZMU, gdzie X to:

1. Kościół Zielonoświątkowców? czy może...

2. Libertarianizm? czy może...

3. Wegeterianizm? czy może...

4. Czytelnicy Gazety Wyborczej?

(Niedoinformowanych informuję przy okazji, że Socjaldemokracja, Komunizm i Anarchizm to ideologie par excellence lewicowe, czy nawet gorzej, bo lewackie. Jak więc będzie z naszym X? Zaiste pasjonująca zagwozdka!)

triarius

piątek, listopada 14, 2014

Oferta pilotażowa

- Dzieńdobry panie Piotrze, czy ma pan chwilę czasu żeby porozmawiać? Mam dla pana nadzwyczaj interesującą ofertę.

-

- Dziękuję! Przy okazji chciałabym poniformować, że ta rozmowa będzie nagrywana. Czy wyraża pan zgodę?

-

Bardzo dobrze! Więc mam dla pana niezwykle korzystną promocyjną ofertę. Przeprowadzam akcję marketingową na rzecz firmy Inafis Inaf PL. Pewnie ma o niej nigdy nie słyszał, ale to naprawdę jest bardzo poważna międzynarodowa firma. Nie mogę panu niestety wszystkiego powiedzieć, ale proszę mi uwierzyć, że ta firma ma bardzo znanych klientów.

-

No, na przykład. Nie niestety nie mogę tego tutaj powiedzieć. Ale niech pan posłucha o naszej wyjątkowej ofercie specjalnie dla pana!

-

Jest pan człowiekiem dojrzałym i rozsądnym, nie ma pan już przesadnych złudzeń co do możliwości osiągnięcia łatwego szczęścia. We wieczne życie też pana z pewnością nie wierzy...

-

Ale tu, na ziemi! Nie chce pan na pewno być ciężarem dla swoich bliskich, gdyby coś się stało, prawda? W końcu może się tak zdarzyć, że pana umysł osłabnie, a pan wcale nie będzie o tym nawet wiedział. Albo pan coś sobie złamie, na przykład wychodząc z wanny.

-

- To nie jest, ściśle rzecz biorąc, ubezpieczenie. Niech się pan nie obawia, panie Piotrze! Żadnych kosztów pan nie ponosi - przeciwnie, to my pokrywamy wszelkie koszty. Jest pan naprawdę szczęśliwym człowiekiem, że wybrano pana, panie Piotrze, do tej niewielkiej grupy pilotażowej, której już teraz przedstawimy tę fantastyczną ofertę.

-

- Jeśli wyrazi pan zgodę już podczas tej rozmowy, otrzyma pan cenne bonusy. Chce pan, panie Piotrze, na pewno wiedzieć jakie, tak? No to po pierwsze, dziesięć procent zniżki na nekrolog w Gazecie Wyborczej. W lokalnym wydaniu, tam gdzie pan mieszka. To po pierwsze.

-

- Po drugie, my pokrywamy calkowite koszty kremacji. Nowa technologia, czwartej generacji. Drobniutki, jednorodny popiół. Z gwarancją. Będzie pan zachwycony, panie Piotrze! I dajemy też bardzo elegancką urnę.

-

- Nie wiem dokładnie. Widziałam takie, piszą na nich Made in China, ale to nic nie znaczy. Jednak to nie wszystko, panie Piotrze! Będzie pan miał też szansę wziąć udział w losowaniu specjalnej cennej nagrody...

-

- Ale niech pan posłucha, panie Piotrze! Może pan wygrać pochówek w Alei Zasłużonych! Panie Piotrze - w Alei Zasłużonych Pionierów Walki z Przeludnieniem i Starzeniem Społeczeństwa! To naprawdę jest zaszczyt, i pańska rodzina, panie Piotrze, będzie z pana bardzo, bardzo dumna!

-

- Jeśli pan wyraża zgodę, panie Piotrze, a rozumem że pan wyraża, to jutro, najdalej pojutrze, odwiedzi pana nasz przedstawiciel, w celu załatwienia niezbędnych formalności. To naprawdę nic specjalnie skomplikowanego - po prostu jest kilka papierów, które trzeba podpisać. Nasz przedstawiciel te papiery, panie Piotrze, do pana przyniesie i pan tam gdzie trzeba podpisze. To wszystko. Zajmie to panu, panie Piotrze, najwyżej dziesięć minut.

-

- Ale to nie wszystko, panie Piotrze! Potem będzie pan miał całe dwa tygodnie tylko dla siebie! Nie musi się pan już troszczyć o zarabianie, o oszczędzanie, o zdrowe jedzenie... Ma pan jakieś oszczędności, panie Piotrze, jeśli mogę spytać?

-

- Jeśli pan ma jakieś oszczędności, panie Piotrze, to może pan na przykład polecieć tanimi liniami do Londynu i zobaczyć królową. Albo na przykład pojechać na tydzień na Krym. Tam jest bardzo pięknie o tej porze, panie Piotrze! Będę panu napawdę bardzo zazdrościła, panie Piotrze, bo kiedy pan tam będzie sobie... Ja jednak będę musiała przychodzić do pracy. To tak między nami, panie Piotrze.

-

- Rozumiem, że się pan zgadza, panie Piotrze? Ale ja jeszcze panu nie powiedziałam o wszystkich bonusach, które pan otrzyma, jeśli pan zaakceptuje naszą fantastyczną naprawdę ofertę już dziś. Widzi pan, panie Piotrze, to jest naprawdę pilotażowy program. Były już podobne i trwały, panie Piotrze, przez kilka lat, to był sukces, panie Piotrze, ale to co ja panu teraz, panie Piotrze, proponuję, jest bez porównania... Ale to bez najmniejszego porównania - lepsze!

-

- Tak całkiem między nami, panie Piotrze, to tamte dawne programy miały jednak swoje wady. I tutaj te wady, panie Piotrze, zostały usunięte. Nie szczędząc kosztów, panie Piotrze. (Mogę tak do pana, panie Piotrze, mówić?)

-

- Więc wie pan, panie Piotrze, że teraz, w tej naszej super-ofercie, otrzymuje pan nowy środek... Nie powiem jakiej produkcji, bo mi nie wolno, ale niech mi pan uwierzy, panie Piotrze - najwyższa niemiecka jakość! Żadnych drgawek, wymiotów - nic takiego, absolutnie! Kiedyś, ale mówię to panu, panie Piotrze, w absolutnej tajemnicy, niech to zostanie między nami, bo będę miała poważne, panie Piotrze, nieprzyjemności...

-

- Więc kiedyś czasem się zdarzało, że pacjent się męczył. Czasem trzeba było... Wie pan może, panie Piotrze, bo pan jest człowiek wykształcony, że duszenie poduszką nie wygląda całkiem tak, jak w filmach?

-

No to właśnie. I też przedstawiciele firmy z konieczności musieli być nieco innego, panie Piotrze, typu. Teraz jest inaczej, mieliśmy nową rekrutację, to wszystko są ludzie młodzi, inteligentni, wykształceni, znający europejskie języki... Naprawdę pan się, panie Piotrze, nie zawiedzie!

-

- Porozmawiacie sobie, wypijecie kawkę... Mówię o tym spotkaniu za dwa tygodnie, panie Piotrze. Ponad dwa tygodnie. Nic pan właściwie nie poczuje. To nawet, jak twierdzą naukowcy, jest dość przyjemne. Testowaliśmy to na szympansach, panie Piotrze, które, jak pan na pewno wie, mają bardzo dużo genów.

-

- Więc rozumiem, że pan wyraża zgodę, panie Piotrze. Jutro prosiłabym, żeby pan był w domu tak między godziną 14:00 i 19:00. Odwiedzi pana nasz przedstawiciel i załatwi z panem wszystkie formalności. To panu zajmie, panie Piotrze, góra kwadrans. Bardzo panu dziękuję za miłą rozmowę i życzę wzystkiego najlepszego! A przede wszystkim oczywiście życzę panu, panie Piotrze, niezwykle przyjemnych tych dwóch tygodni, kiedy pan będzie mógł sobie robić wszystko, o czym pan, panie Piotrze, marzył przez całe życie.

-

- Te dwa tygodnie, proszę tylko pomyśleć, będą tylko dla pana, panie Piotrze, tylko dla pana! Pozdrawiam i do miłego!

triarius

czwartek, listopada 13, 2014

Gdzie łuk i oszczep nie może...

Znalazlem fajną historyjkę u Herodota. Może być mniej lub bardziej prawdziwa, ale, skoro ktoś to nawet i wymyślił, a inni uwierzyli (z niegłupim Herodotem włącznie), to jest to interesujące i rzuca światło na kwestie, o których myśmy tu sobie ostatnio.

Swoją drogą, ci starożytni Grecy nie mieli telefonów komórkowych i sond kosmicznych, ale na pewne tematy zdawali się wiedzieć o wiele więcej od (większości z) nas. Zresztą ja to raczej tak widzę, że oni wszelkie takie sprawy jak telefony i sondy mieli głęboko w dupie - i jak najbardziej słusznie.

Historyjka Herodota dotyczy Scytów. Walczyli oni przez dwadzieścia osiem lat daleko od własnych ziem z Medami i takimi, którzy po angielsku nazywają Cymmerians (po polsku też ich pewnie jakoś nazwano, ale trudno znaleźć jak, a zresztą czy nas musi obchodzić co wymyślił jakiś szemrany TW?).

W ciągu tych długich lat ich pozostawione w domu kobiety zaczęły się parzyć z niewolnikami. Tych niewolników Scyci rutynowo oślepiali, stosując ich głównie, jeśli nie wyłącznie, do produkowania kobylego mleka. Za pomocą kobył zresztą i bardzo oryginalnych, żeby na tym słowie poprzestać, metod.

Kobietom widać ta ślepota za bardzo nie przeszkadzała, pewnie nie były za piękne. Nie wykluczam też, że owe codzienne obowiązki tych niewolników mogły się im, kobietom znaczy, wydawać cholernie sexy i zaostrzać ich, kobiet znaczy, weneryczne apetyty. (Któż zrozumie kobietę!)

W każdym razie oni tam się parzą, czego rezultatem są dzieci. Scytyjska armia wraca w końcu w domowe pielesze, a tutaj staje jej naprzeciw armia synów owych ślepych niewolników i ich własnych stęsknionych niewiast. Walki trwają długo i Scytowie nie odnoszą w nich żadnych znaczących sukcesów. Aż w końcu jeden z nich tak przemawia do swych towarzyszy...

(Powiem to własnymi słowy, ale w końcu tradycja ciągnąca się co najmniej do Herodota właśnie, a uświęcona przez Tukidydesa, daje mi do tego prawo.) Rzekł więc ów mądry człowiek coś w tym duchu:
Walczymy i walczymy, jak oni nas zabijają, to jest nas coraz mniej, jak my ich zabijamy, to tracimy niewolników i też nie jest fajnie. Prawda koledzy? No to właśnie! Kiedy my walczymy z nimi oszczepami i łukami, to oni się czują nam równi i stawiają, całkiem poważny, trzeba sobie otwarcie powiedzieć, opór. Więc ja wam mówię - odłóżmy łuki i oszczepy, niech każdy weźmie w dłoń bat, taki na konia... I na niewolnika też oczywiście. I wtedy, z batem w dłoni, na nich ruszymy. Zobaczycie jak od razu się wszystko zmieni!
Rada trafiła pozostałym Scytom do przekonania, odłożyli broń, uzbroili się w baty i ruszyli na swych, jakby nie było, z legalnego i każdego innego punktu widzenia, niewolników. Niewolnicy ci zaś nie zawiedli oczekiwań i wrócili do swej naturalnej roli. Scytowie opanowali sytuację, porządek, pokój i harmonia powróciły. Tyle, dzięki z uwagę!

triarius

wtorek, listopada 11, 2014

(Przyjemny ten temat nie jest, ale cóż) Instynkt Linczu i Agresja Aspołeczna

Rozmawiamy sobie ostatnio na temat rodzajów agresji, a szczególnie na temat agresji ASPOŁECZNEJ i jej, jak to sobie już poniekąd ustaliliśmy, ogromnej roli w polityce, historii i podobnego typu sprawach. Dzisiaj chciałbym napisać o czymś, co tę ocenę w mojej opinii umacnia, a nikt inny chyba do tego nie doszedł.

Jest to sprawa o której myślę z wyraźną przykrością, bo jest po prostu antypatyczna, a z drugiej strony od lat intryguje mnie jej specyfika, funkcja i geneza. Chodzi o coś, co ja sam nazwałem "instynktem linczu". Wspominałem tu o tym parę razy na przestrzeni tych lat, więc można sobie poszukać, ale tutaj musimy sobie to dokładnie wyjaśnić. (Pamiętam, że zaraz po przegraniu przez PiS wyborów parlamentarnych w roku 2007 napisałem o tym, ostrzegając, jakże słusznie, że teraz to właśnie będzie to, co spotka PiS i innych oszołomów.)

Cóż to by miało być ten "instynkt linczu"? Co to jest lincz, każdy wie, jednak nie każdy lincz musi być pod wpływem tego, odkrytego przez nas, instynktu - a wiele przejawów tego instynktu działania może nie kończyć się czymś, co by się dało określić jako "lincz". Choć związek między tym instynktem i tym działaniem oczywiście jak najbardziej istnieje.

Instynkt linczu to jest takie coś, co (niestety) często znajduje się w opisach historycznych wydarzeń, w "Szkłach Kontaktowych" tego świata, oczywiście wśród przestępców z psychopatami na czele... I w dziwnie wielu innych miejscach, z których wielu człek by się nigdy nie domyślił.

Polega ów instynkt linczu na tym, że słabość ofiary, jej  niewinność, jej cierpienie i jego oznaki (płacz, prośby o litość itd.) zdecydowanie zwięszają zaciekłość i okrucieństwo oprawcy. Przy czym ów oprawca niemal zawsze jest zbiorowy, choćby mentalnie i wirtualnie, jednak przeważnie po prostu jest to kilku, lub więcej, oprawców.

Staram się w tym tutaj moim pisaniu nie moralizować, ale wyznam, że ów instykt linczu jest dla mnie pewnie najobrzydliwszą rzeczą siedzacą w naszej psychice. Dzisiejszy przyzwoity i cywilizowany człowiek - który nie ma powodu tępić żadnych szkodliwych zwierząt, a tym bardziej ich młodych (które jednak potem by urosły i stanowiły zagrożenie dla barci, kurników czy obór); który nie żywi się jaszczurkami złapanymi po podpaleniu sawanny...

Dla którego bezkompromisowa walka na śmierć i życie z innym plemieniem w stylu "bito Niemce jako cielce, i Niemkinie jako świnie i Niemczęta jako psięta" jest tylko przykrą do pomyślenia abstrakcją... Więc taki człowiek zapewne nigdy nawet nie odkryje, nie zacznie choćby podejrzewać, w sobie tego instynktu. Co jednak wcale nie świadczy o tym, byśmy go wszyscy nie mieli po przodkach odziedziczonym.

Jego źródło? Niewątpliwie  nasza prehistoria - najpierw głównie zbieracko-łowiecka, a potem różne tam polowania na mamuty. Jak się żyje z łapania jaszczczurek, niemowląt antylop i małpiątek na żywność, które stanowią miłe uruzmajcenie korzonkowej diety i źródło białka, to trudno żeby ich łapanie czlowiekowi po setkach lat nie zaczęło sprawiać przyjemności, prawda? (Kot też się "sadystycznie znęca" nad złapaną myszą, jeśli akurat nie jest głodny. Trenuje do następnych łowów - zgoda, ale to raczej mocno potwierdza tezę o istnieniu takiego instynktu.)

Kiedy zaś się poluje na mamuty czy inne bizony, to też nie wyszukuje się najsilniejszych osobników (pomijając ew. sprawdziany męskości, stanowiące jednak znikomą część całej tej sprawy), tylko jakieś dziecko czy rannego osobnika. Dokładnie tak, jak to robią drapieżniki i czym się szczycą dzisiejsi myśliwi, którzy "eliminują słabe jednostki, poprawiając stan populacji, ach!"

Takie jest, moi państwo, życie i inaczej być po prostu nie mogło. (Nigdy nie może, ale chwilowo niewielu z nas poluje aby przeżyć.) To zaś pozostawiło, bo po prostu musiało, w naszej psychice owe specjalne mechanizmy, któreśmy sobie nazwali "instynktem linczu". Na razie nie powiedzieliśmy sobie nic aż tak przełomowo nowego, choć są to sprawy dość ważne (i przykre), jednak my dzisiaj mamy coś nowego i zaraz do tego dojdziemy.

Otóż przyszło mi ostatnio do głowy, że ów instynkt linczu byłby także skuteczną obroną przed przełączeniem psychiki łowcy (czy innego, turpe dictu, oprawcy) z działania w trybie agresji ASPOŁECZNEJ - optymalnej, a nawet często niezbędnej do skutecznego przeprowadzania takich działań - w tryb agresji SPOŁECZNEJ.

Czyli że zabijamy niedźwiedzicę, która nam wyjada miód z pracowicie pozakładanych barci, i widzimy śliczne małe niedźwiadki, proszące o litość. Albo widzimy (toutes proportions gardées, bo ta sytuacja jest tysiąckrotnie obrzydliwsza) biedną moherową babcię modlącą się pod krzyżem, więc ją opluwamy itd.

(Jakbym chciał się zabezpieczyć od strony politpoprawności, to bym też wspomniał o Żydach i jakichś pogromach. Jednak z niezliczonej ilości możliwych przykładów ja akurat wybrałem inne, chyba mi wolno?)

Aby podsumować, powiem, że to moje odkrycie, a mówiąc ściślej ta moja hipoteza, jeśli jest prawdziwa, potwierdzałaby ogromne znaczenie tego rozróżnienia pomiędzy agresją społeczną i aspołeczną w całej historii naszego gatunku. I znaczenie tego, by ich ze sobą nie mylić. Jeśli byli tacy, którzy tego nie potrafili, to, poza ew. jeszcze Polakami, dawno już wyginęli. Tak bowiem działa ewolucja i nic na to nie poradzisz.

Oczywiście ja tu nikogo nie namawiam, by kultywował w sobie ów instynkt linczu! Wręcz przeciwnie, bo uważam go za obrzydlistwo,  szczęśliwie niewielu z nas wykonuje dziś zawód kata czy bartnika/tępiciela niedźwiedzi, no a poza tym mamy tę wybujałą korę mózgową i w razie czego możemy te sprawy traktować względnie racjonalnie.

Pozbawiając się wprawdzie owej dzikiej, praludzkiej rozkoszy, która niewątpliwie napędza dzwoniących do różnych "Szkieł Kontaktowych", ale jednak nie cierpiąc potem z powodu wyrzutów sumienia i poczucia własnej moralnej obrzydliwości, skoro już to sumienie i taką dziwną wrażliwość mamy.

Jednak ta moja hipoteza nie jest całkiem, jak sądzę, nieużyteczna, bowiem: po pierwsze - z instynktem linczu spotykamy się i będziemy się (niestety) spotykać ze strony innych (bez wskazywania palcem, każdy wie); a po drugie - jeśli mam tu rację, potwierdzałoby to ogromne znaczenie stosowania właściwego w danej sytuacji typu agresji w całej naszej prehistorii.

(Z tym, że agresja to nie musi być, oczywiście, koniecznie zabijanie, czy choćby bicie, co zresztą wynika także z naszych tu wzmianek o "Szkłach Kontaktowych" tego świata. Prosiłbym o wzięcie tego zastrzeżenia pod uwagę, choćby w przyszłych ew. donosach. Ja tu nikogo do niczego nie podburzam, po prostu staram się rozwikłać mechanizmy.)

I to by było na tyle (bo jeszcze zacznę pisać o Korwinie, który akurat w tym kontekście pięknie, choć zarazem obrzydliwie, się odnajduje, a to by mi wykoleiło cały ten, naukowy do szpiku kości, wywód). Formalnie nic do domu nie zadaję, ale proszę przemyśleć dzisiejszy wykład i może nam się uda te myśli razem rozwinąć. Proponuję pójść np. tropem ew. związku tych spraw z szeroko pojętym satanizmem.

A teraz z Bogiem i uważajcie na ogony, kiedy będziecie wracać do swych przytulnych mieszkanek!

triarius

O naszym narodowym kalectwie

Obejrzałem sobie wczoraj (parę godzin temu, ale piszę po północy) powtórkę sobotniej gali bokserskiej z Krakowa. Zaskakująco dobre walki, dwie zakończone efektownymi nokautami (jeden zanim upłynęło półtorej minuty), wyniki przeważnie całkiem inne niż przepowiadali eksperci... Ale my nie o tym.

To był chyba Adamek, który wchodził do ringu przy akompaniamencie jakiegoś szemranego "patriotycznego popu". I w tym popie było coś, że: "Jeszcze nie zginęli, wszystkim pokażemy jak wojować..." Coś w tym duchu.

No i smutno mi się zrobiło, bo akurat ostatnio rozmawialiśmy sobie o tej przedziwnej, i tak dla Polski zgubnej, niezdolności naszych rodaków do rozpoznania i samemu stosowania AGRESJI ASPOŁECZNEJ - a czymże jest to "pokazywanie wszystkim", jeśli nie, znowu, AGRESJĄ SPOŁECZNĄ... Tam, gdzie nie ma na nią w ogóle miejsca,

Przypomnę: agresja SPOŁECZNA to wszelkie formy RYWALIZACJI, przepychanek o prestiż, pozycję w stadzie - rywalizacja, czasem nawet walka, ale jednak nie na całego, z pewnymi instynktownymi i/lub wyuczonymi zahamowaniami, konwencjami, rytuałami... Które do tego typu rywalizacji jak najbardziej pasują, ale przy innym mogą tylko szkodzić... Nawiązując do owego nieszczęsnego "patriotycznego popu" - "POKAZYWANIE" komuś czegoś, choćby nawet było i bardzo brutalne, to z definicji agresja SPOŁECZNA.

Agresja ASPOŁECZNA to taka, w której liczy się jedynie CEL i SKUTECZNOŚĆ, że tak to w skrócie określę. Mogą w niej być jakieś ograniczenia, ale  wynikające z obiektywnie odczytywanej sytuacji, a nie z zahamowań związanych z agresją wewnątrz własnej grupy. Agresja społeczna to np. bójka, bo ktoś kogoś popchnął i nie dość ładnie przeprosił.

Oraz, niestety, niemal wszystko to, co Polacy robią w ramach "polityki", łącznie z walką o niepodległość. (Nie mówimy tu o komuchach, agenturach i Platformach - powiedziałem "Polacy"!) Agresja aspołeczna to zabijanie dla mięsa, rabowanie dla zysku, tępienie wroga bo inaczej się nie da...

Nie mówimy teraz o rzeźnictwie, z którym chyba wszystko u nas jest w miarę normalnie, tylko o stosunku do wrogów i różnych takich szemranych co się wtrącają, o polityce, o walce o wolność, itd. No a wtedy u nas niezmiennie: "Polak z Polakiem", wierszowane hasełka, ckliwe cytaty z JP2, szmirowate piosneczki, dopraszanie się o lepsze traktowanie... A potem dziwienie się, że nas znowu wyjebali bez mydła.

No więc smutno mi się zrobiło, bo moje niedawne odkrycie - że Polacy nie tylko kompletnie nie potrafią rozróżniać tych dwóch rodzajów agresji, ale w dodatku oni się agresją aspołeczną po prostu dziko brzydzą - tyle że nie w swoich wrogach (bo tam tego nawet na ogół nie rozpoznają), tylko we własnym wykonaniu! (We wrogach oni może nawet też się i TEORETYCZNIE brzydzą, tylko co z tego by miało wynikać? Wrogowi to lata, albo nawet się z tego qui pro quo dziko raduje.)

Może tego jeszcze sobie dość wyraźnie nie powiedzieliśmy, więc powiedzmy: NA AGRESJĘ ASPOŁECZNĄ JEDYNĄ SKUTECZNĄ ODPOWIEDZIĄ JEST AGRESJA ASPOŁECZNA. (Mówiąc całkiem ściśle, w rzadkich wypadkach może to być także agresja PROSPOŁECZNA, ale w rzadkich i tym się w tej chwili nie ma powodu zajmować.)

I dlatego właśnie owa przedziwna niezdolność Polaków jest po prostu samobójczym kalectwem. Oryginalny hymn głosił, że "szablą odbierzemy", ale minęło nieco lat i rodacy ulepszyli to - nie "kałachem odbierzemy", skoro szabla już nie pasuje, tylko "WSZYSTKIM POKAŻEMY". Jakby jakieś pokazywanie mogło w tego typu sytuacjach - "jeszcze żyjemy" - wiele zmienić!

Cały czas myślmy o tej międzynarodowej publiczności, którą kolejny raz (?) mamy obowiązek zachwycić i wprawić w podziw. TO jest recepta dla Polski! Nie wiem czy kogoś przekonałem, ale dla mnie to paranoja, sorry! Wracając zaś do oglądanego programu, to pogrążyłem od tego "patriotycznego popu" w smętnych rozmyślaniach, bo walka się jeszcze nie zaczęła i miałem nieco wolnego czasu. I nagle olśnienie...

Uświadomiłem sobie mianowicie, że przesławny wiersz Hansa Kochanowskiego, którym nas katowano w prlowskich szkołach, też, co najmniej pośrednio, propaguje tę samą narodową chorobę, a może nawet sam na nią cierpi. (ERRATA: Komentator uświadomił mi, że to nie był Hans, tylko niejaki Mikołaj Rej. Faktycznie, teraz już pamiętam, sorry! Ale nie będę tego już zmieniał - niech dr. Alzheimer też ma tutaj swój zasłużony pomnik. W każdym razie ten Rej został w końcu protestantem, więc "tym gorzej dla faktów, itd.")

Choć to ogólnie bardzo ważna sprawa, nie jest nawet w tej chwili specjalnie istotne, że ten wiersz, jeśli wierzyć Coryllusowi-Maciejewskiemu (a ja mu w tym wierzę, bo inaczej bym przecież nie napisał "Hans Kochanowski")  wcale nie był przejawem patriotyzmu, tylko antyłacińską protestancką propagandą pod hasłem "Biblia w językach narodowych". Co w ówczesnej polskiej sytuacji należy uznać za w sumie robotę agenturalną.

Jeśli ten gość uznał, że do rodaków trafi "niechaj wżdy narodowie cośtam postronni znają", to widać wiedział, że rodacy na tego typu argumenta łasi i wrażliwi, zgoda? A to był wiek XVI, więc już wtedy byliśmy tym pawiem i papugą, i już wtedy być może mieliśmy problem z rozpoznaniem prawdziwych problemów, w przeciwieństwie do zakompleksionego grania pod publiczkę.

Nie jest to, ściśle biorąc, dowód, że już wtedy byliśmy dotknięci kalectwem, o którym tu sobie rozmawiamy, ale może to sugerować, że już wtedy byliśmy na tego wirusa podatni. Hans nie nawołuje, by "narody postronne" mieć w nosie, ewentualnie wziąć je za mordę, tylko to co pisze. O gęsiach. Ale nic w tym duchu, że: "jeśli oni nas porównują do gęsi, to zróbmy im kęsim!" Co by, moim skromnym, miało więcej sensu i wdzięku.

Może to w ogóle nie jest żaden problem, powie ktoś? Niestety, mogę się mylić, ale ja ostatnio sporo na ten temat myślałem i doszedłem do sporej ilości interesujących wniosków. Mógłbym już na temat tej opozycji agresji SPOŁECZNEJ i ASPOŁECZNEJ napisać, jeśli nie książkę, to na pewno broszurę. W niej zaś musiałbym wyrazić przekonanie, że kwestia tych dwóch rodzajów agresji z każdym dniem wydaje mi się bardziej i bardziej podstawową sprawą we wszelkiej polityce.

To naprawdę musiało odgrywać zawsze poważną rolę w historii, choć takich przypadków jak Polacy, którzy zdają sie być na te rzeczy całkiem ślepi, nie mogło być w dziejach wiele. Bo to po prostu to nie sprzyja przetrwaniu! - mówiąc bardzo oględnie.

Podsumowując tę długą i pokrętną opowieść, powtórzę, iż niezdolność do rozróżniania rodzajów agresji - a szczególnie odróżniania agresji SPOŁECZNEJ od ASPOŁECZNEJ - oraz praktykowania wobec wrogów, okupantów i zdrajców agresji ASPOŁECZNEJ (która w takich sytuacjach jest niemal zawsze jedyną skuteczną), to nie tylko polska wada narodowa, ale po prostu POLSKIE NARODOWE KALECTWO, za które płacimy od stuleci i za które płacić będą jeszcze nasze ewentualne (jak Bóg pozwoli im zaistnieć) pra-prawnuki.

(Swoją drogą, istnienie u nas takich zjawisk jak "patriotyczny pop", albo nawet "patriotyczny rap", też może mieć z tym polskim kalectwem pewien związek. Zapewne nawet całkiem istotny związek, choć to na razie tylko moja mglista intuicja. Przynajmniej oficjalnie.)

triarius

środa, listopada 05, 2014

Polska więzieniem Europy

Zachodnie telewizje na tasiemkach pokazują info, że oto Polska miałaby u siebie więzić tego tam serbskiego generała, którego ten tam międzynarodowy trybunał skazał za rzekome zbrodnie na dożywocie. Sąd Rejonowy w Warszawie miał na razie stwierdzić, że to zgodne z prawem.

Niemal całe powyższe mógłbym oczywiście wziąć w cudzysłów, bo to i szemrany trybunał, który odważa się podskoczyć co najwyżej Serbom i innym podludziom; i "Polska", gdzie Polacy nie mają nic do gadania; i sąd w którym wyroki wydaje ten czy inny sędzia Nakrętka z rodowodem...

Mógłbym też ten temat rozwijać i uczynić z tego przepiękną literaturę, bo to i dobry doktor Mengelman, na którego świat czeka, żeby wreszcie zrobił tu jakiś cywilizowany porządek, przebiera niecierpliwie kopytkami... I masa innych, równie radosnych, rzeczy. Ta akurat sprawa zasługuje jednak, by ją podać bez fioritur (a ja akurat mam coś do roboty).

Trzeba powiedzieć po prostu, że to granda co się robi z nieszczęsną Polską! Że na pochyłe drzewo nawet kozy skaczą, to przecież nasz ludek wiedział od dawna, więc, z drugiej strony, czemu się dziwić? Oczywiście to całą pewnością wcale nie koniec - będzie takich rzeczy więcej i więcej, Aż do KOŃCA.

triarius