Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
sobota, stycznia 20, 2007
Co porusza Tuskiem?
Daleko mi oczywiście do natchnionej politycznej paranoi mojego ulubionego chyba publicysty - Stanisława Michalkiewicza - która od wielu innych wersji i przejawów spiskowej teorii dziejów różni się co najmniej tym, iż w sporej części jest prawdziwa, ale niniejszym sam spróbuję podobnego podejścia...
Wiecie Państwo, dlaczego Donald Tusk woli gdańskiego l*rała Lewandowskiego na szefa europejskiej komisji od skarbów, ponad Saryusza-Wolskiego na czele europejskiej komisji od spraw zagranicznych? Bo mu Frau Merkel tak nakazała? Zgoda, to oczywiście też by mogła być prawda, bo na "głos swojego pana" zza naszej zachodniej ganicy pan Tusk zawsze był wrażliwy und podatny. (Nawiasem mówiąc, fajnie będzie, jeśli kiedyś naprawdę oficjalnie zrobią go "von Thuskiem", za które to nazwanie Wesołego Donalda wywalono mnie swego czasu z prawica-niet. Co oni wtedy zrobią? Zorganizują raut na moją część i ogłoszą mnie prorokiem? Nie, po prostu zorganizują raut na część Thuska, i tak zresztą będzie on wyglądał jak herbatka u cioci, czyli Wersal jak go sobie mały Kazio wyobraża.)
Zapytajmy może inaczej - cóż takiego szepnęła Frau Merkel Herr Tuskowi do uszka, żeby zmienił dotychczasowe poglądy? Częścią tego szeptu z pewnością mogło być coś w rodzaju: "Dziękujemy kochany Donaldku, ale sami sobie świetnie poradzimy z przechnięciem europejskiej konstytucji, nie musisz się zawsze pchać z pomocą nieproszony!" Potem jednak prawdopodobnie zwróciła uwagę Führera PO na fakt, że przecież, zgodnie z informacjami dostarczonymi jej przez odpowiednie służby niemieckiego państwa, Herr Lewandowski - Danziger L*berał (co samo za siebie sporo mówi) jest - słabo to by było powiedzieć - "umaczany", jako że był jego twórcą i wnioskodawcą - w jeden z największych przekrętów III RP. Chodzi oczywiście o słynne NFI, czyli Narodowe Fundusze Inwestycyjne.
Gdyby więc PiS zechciał go, zgodnie ze swą reakcyjną, faszystowską i eurosceptyczną naturą, w końcu wziąć za to za przysłowiową d*pę, to przecież tylko taka wysoka Europejska fucha mogła by go od prześladowań uratować. Tusk, po kilku zaledwie powtórzeniach tej błyskotliwej politycznej myśli, chwycił ją w lot, rozpłakał się, ucałował dłonie i stopy Frau Merkel ("ja Mein Liebe Führer, danke, danke... jawohl, jawohl Meine Liebchen!"), po czym bez zwłoki podjął odpowiednie decyzje. Oto cała przyczyna!
Jeśli ktoś z Państwa pragnąłby jeszcze nieco poczytać, w końcu mamy weekend, to rozwinę może kwestię, dlaczego to nie mogę nawet myśleć o rywalizowaniu z panem Michalkiewiczem. Otóż przerzuciłem sobie parę dni temu - i nie miało to żadnego związku z Dniami Judaizmu, o których nawet wtedy nie wiedziałem! - zbiorek przedwojennych felietonów Adolfa Nowaczyńskiego. (Że antysemita? A co mi to przeszkadza? Jedni lubią małże i ślimaki, inni nie lubią Żydów albo muzyki Country. Ja tam Country uwielbiam, ale myśl o narzucaniu tego upodobania innym ludziom metodami administracyjnymi jest mi obrzydliwa, i to mimo mych reakcyjnych i zamordystycznych tendencji. A że Adolf? Cóż, nie każdy może się nazywać Donald, Waldi, albo inny Igor...)
No i Nowaczyński stanowczo stwierdza w samym wstępie, że poważny publicysta musi codziennie czytać do najmniej 30 dzienników, co weekend 30 tygodników, książki się tutaj nie liczą (choć wyraźnie są potrzebne, tyle że jako coś extra). Ja do czegoś podobnego nigdy bym się nie potrafił zbliżyć, nawet gdybym z publicystyki miał żyć. Oczywiście, dzisiaj parę z tych dzienników i tygodników zastąpiłyby internet i telewizja, ale i tak pozostaje kilkanaście godzin ostrego czytania dziennie, dzień w dzień, i to często treści mało przyjemnych, nie zgadzających się z własnym poczuciem smaku, albo po prostu nudnych... A do tego trzeba by to jakoś wszystko poarchiwizować... Jak oni to potrafili robić bez komputerów??!
Nie wiem dokładnie, jak to było z Nowaczyńskim pod tym względem, ale p. Michalkiewicz w dodatku do tych tygodników, dzienników i internetu, zna jeszcze na wylot Szpotańskiego, Tuwima, Tacyta, życiorysy Jewno Azefa i Pawki Korczagina, kodeks karny i uniwersytecki podręcznik jurysprudencji... I całą ogromną masę innych rzeczy. (Że już o l*ralnych doktrynach obowiązujących w kręgach korwinistów nie wspomnę.)
Ja, choć coś tam się w życiu przeczytało, a myślenie przychodzi mi poniekąd łatwiej od rapowania czy kładzenia kafelków, o czymś podobnym nie mógłbym nawet marzyć. Tak więc pozostaje mi takie sobie pisywanie na blogu z okazjonalnymi przebłyskami spiskowej paranoi, pozwalającej coś tam z tej bezkształtnej, i powiedzmy sobie szczerze - przeważnie dość wstrętnej - magmy, zrozumieć.
---------------------------------------------------
triarius
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
czwartek, stycznia 18, 2007
Sępy, gołębie i liberalny Nowy Człowiek
Kardynał Wyszyński określił Naród, jako "rodzinę rodzin". Bardzo mi się to określenie podoba, i nie znam szczerze mówiąc żadnego, które by mi choćby w przybliżeniu tak pasowało.
Wydaje mi się także, że konserwatyzm polega w dużej mierze właśnie na tym, że wszelką społeczność postrzega jako swego rodzaju rodzinę. Co wcale nie musi oznaczać jakiejś ckliwej słodyczy czy naiwnego idealizowania - prawdziwa rodzina wcale taka przecież taka być nie musi, i każdy w miarę przytomny człowiek zdaje sobie sprawę, że - nawet jeśli jego własna jest cudowną oazą szczęścia i miłości - to istnieją i inne.
Jeśli ktoś się z powyższym zgodzi, to możemy sobie sformułować roboczą tezę, że rodzina jest konserwatywnym modelem życia społecznego. No dobrze, jak w takim razie ma się sprawa w przypadku innych ideologii (zakładając, że konserwatyzm jest "ideologią", co nie do końca zgadza się z prawdą)? I jakie jeszcze modele życia społecznego mogą istnieć, choćby czysto teoretycznie?
Liberalizm oczywiście ujmuje całe życie społeczne w kategoriach ekonomicznych. Lewactwo, choć jest wyjątkowo mało precyzyjne w swej ideologii, a do tego składa się z tysięcy sekt i kierunków, ujmuje je w kategoriach piaskownicy. Prusy, jak wiadomo, były "armią posiadającą swoje państwo", a więc istnieją też ideologie ujmujące życie społeczne w kategoriach armii, i to takiej staroświeckiej, z poboru i żelazną, automatyczną, bezmyślną dyscypliną.
Istnieją też różne formy zamordyzmu, które, choć się tym nie zawsze chwalą i oficjalnie to głoszą coś całkiem innego, wyraźnie ujmują życie społeczne w kategoriach więzienia czy obozu pracy. Do takich z pewnością należał realny socjalizm i nazizm. [Uzupełnienie po latach: realny socjalizm na pewno, ale nazizm jednak dzielił ludzi na panów i niewolników i ten obóz pracy miał być dla tych drugich, dla pierwszych zaś jakaś taka wspólnota wojowników. Amicus Plato, ale prawda jest ważniejsza i nie róbmy sobie w głowie zamętu.]
Co z powyższego wynika? Wiele rzeczy, z których jedną jest to, że apodyktyczny ojciec, to jednak nie to samo, co naczelnik obozu pracy, więc szczerze konserwatywny dyktator, to nie to samo, co Stalin czy inny Pol Pot.
Innym wnioskiem jest taki oto, dotyczący liberalizmu... Ekonomia, czyli tworzenie i wymiana dóbr nie odbywa się nigdy w społecznej próżni. Rodzina może być praktycznie izolowana od reszty świata, armia także (kłania się tu np. "Anabasis" Ksenofonta), obóz pracy czy więzienie (ze względu na swój personel i osadzonych tam nieszczęśników) właściwie także. Jednak życie ekonomiczne zawsze toczy się w jakiejś szerszej społecznej rzeczywistości. Potrzebne są znane wszystkim stronom, względnie niezbędne reguły, oraz jakiś organ, wymuszający ich przestrzeganie i karzący za nieprzestrzeganie.
Oczywiście liberałowie nie chcą o tym myśleć, próbując sami sobie wmawiać, że przestrzeganie reguł można w jakiś sposób uczynić immanentną częścią samego procesu ekonomicznego. Jest to jednak ewidentna bzdura, z czego co inteligentniejsi i uczciwsi, zdają sobie zresztą sprawę. (To chyba Milton Friedman niedawno stwierdził, że przestrzeganie prawa jest ważniejsze dla rozwoju ekonomicznego, niż prywatyzacja.)
Sytuacja jest w związku z tym dość zabawna, ponieważ ogół "normalnych" (to znaczy tych mniej inteligentnych i mniej uczciwych) liberałów wmawia sobie i innym, że organ wymuszający przestrzeganie reguł TAKŻE może i powinien działać na zasadach czysto rynkowych. Co oczywiście prowadzi do absurdu, bo gdyby tak było, to nie ma powodu, dlaczego to przestrzeganie reguł nie mogłoby być wbudowane w sam WOLNY RYNEK, jako jego integralna część. [Uzupełnienie po latach, bo to nie jest tutaj całkiem jasne: Gdyby "wolny rynek" był tak słodki, że sam by się tak przecudnie uczciwie regulował - to po kiego grzyba trzeba by do niego wprowadzać jakieś specjalne organy, które by tę słodycz i uczciwość wymuszały? A jeśli te organy jednak NIE mogą działać na wolnorynkowych zasadach, bo by przestrzegania słodyczy nie potrafiły dopilnować, no to widać z tą słodyczą nie jest w "wolnym rynku" aż tak cudnie.]
Taka optyka ma poza tym ten skutek, że liberalizm - realny, czyli ten w wykonaniu mało inteligentnych i mało uczciwych - ma stałą tendencję rozpleniania się na wszelkie strony. (Niczym zakalcowate ciasto, do którego porównywał Związek Sowiecki Amalrik. Albo właśnie niczym ten Związek Sowiecki. Lub obecnie Unia Europejska.) Działa to tak, że w sytuacjach, gdy uznaje się względnie powszechnie, iż ktoś musi przestrzegania reguł pilnować i wymuszać, tworzy się organy do tego przeznaczone. Potem zaś te organy próbuje się przetworzyć w duchu liberalnym, czyli czysto (lub niemal) wolnorynkowym, co oczywiście z miejsca pozbawia je ich naczelnej funkcji. I tak to się toczy, czego świadkami jesteśmy na każdym praktycznie kroku.
Istnieją też inne, bardziej radykalne i mniej ortodoksyjne, sposoby ominięcia tego nieuniknionego liberalnego paradoksu. Jednym z nich jest zakłamywanie rzeczywistości, do czego na przykład skwapliwie wykorzystuje się zmanipulowaną historię i zmanipulowaną antropologię, dzięki czemu dowiadujemy się, że np. Wikingowie byli pacyfistycznymi handlowcami, brzydzącymi się wszelką przemocą.
Jeszcze bardziej radykalną metodą jest wychowywanie nowego człowieka. Uczestniczyłem kiedyś w Sztokholmie w trwającym cały semestr kursie teorii gier na prywatnym uniwersytecie zorganizowanym przez tamtejszą organizację pracodawców. Ku memu zdziwieniu, nie uczono nas tam wiele o typowych sytuacjach, do których stosuje się teorię gier, tylko chodziło przede wszystkim o to "jak wychować ludzi samych z siebie przestrzegających reguł, nawet gdyby nie było to w ich wąsko pojętym interesie".
Specem od tego typu teorii gier, i jego klasykiem, był Szwed o nazwisku Axelrod. Z tego co rozumiem, to osiągnął on w miarę skuteczne metody wyuczenia grającego - metodą kija i marchewki - by przestrzegał reguł w danej grze, ale absolutnie nic więcej. Zaś metoda kija i marchewki tak samo nie jest liberalna, w sensie, że nie ma wiele, sama w sobie, wspólnego z "wolnym rynkiem". Tak samo nie ma, jak jakiś, powiedzmy, CBOŚ.
A poza tym ten "nowy człowiek" do każdej naprawdę nowej gry podejdzie ze świeżym umysłem i będzie się starał uzyskać jak najwięcej własnych egoistycznych korzyści. Jeśli w tej nowej grze nie będzie żadnych kijów i marchewek, to na nic cała poprzednia nauka. Z czego wynika, że to nie jest "wychowywanie do uczciwości", tylko ordynarna tresura wpajająca strach przed możliwą karą, choćby nawet tylko mgliście przeczuwaną. A i to w najlepszym tylko przypadku.
W ogóle teoria gier stanowić musi swego rodzaju kolec w boku liberalnego intelektualizmu, bo po prostu całkiem obala jego najważniejsze założenia. Co być może tłumaczy, dlaczego akurat takich rzeczy uczy się na kursach teorii gier na uniwersytetach zorganizowanych i ufundowanych przez szwedzkich pracodawców - wcale nie po to, by kogoś przekonać akurat do tego, czego się tam uczyć, ale by zniechęcić do teorii gier, jako takiej.
No bo weźmy taką całkiem podstawową sprawę, jak "Gołębie i Sępy". Jest to prościutka gra (w sensie teorii gier), w której istnieją dwa rodzaje stworzeń: Gołębie, które przy każdym spotkaniu drugiego Gołębia wygrywają (powiedzmy) 5 punktów, zaś przy spotkaniu Sępa tracą (powiedzmy) 15 punktów; oraz Sępy, które przy spotkaniu Gołębia zyskują (powiedzmy) 15 punktów (czyli, w tym przypadku, jakby Gołębiowi po prostu zabierały punkty), zaś przy spotkaniu drugiego Sępa tracą (powiedzmy) 50 punktów. Przy osiągnięciu (powiedzmy) minus 100 punktów dane stworzenie umiera i znika z gry. (Można zresztą sobie różnie te punkty ustawiać i czasem całkiem sporo z tego wynika.)
Kiedy taką grę puścimy w ruch, to po pewnym czasie utworzy się pewna równowaga - będzie pewna w miarę stała ilość Gołębi i Sępów. Jednak, jeśli do gry, w której mamy same Sępy wpuścimy gołębia, to będzie prosperował znacznie lepiej od wszystkich Sepów. Co ciekawsze jednak, jeśli do gry z samymi Gołębiami wpuścimy pojedynczego Sępa (a w każdym razie taką ich ilość, by tylko wyjątkowo się pomiędzy sobą spotykały), to będzie on prosperował wprost cudownie! Każde spotkanie z Gołębiem, a przecież nikogo innego tam nie ma, da mu 15 punktów, zaś tracić punktów nie ma po prostu jak.
Czy ta teoretyczna gra, której nawet nie trzeba w praktyce rozgrywać, bo sama intelektualna analiza daje wystarczające wnioski - przynajmniej w tych progowych sytuacjach, gdy wpuszczamy jednego Gołębia do stada Sępów, albo jednego Sępa do stada Gołębi - ma jakieś praktyczne zastosowanie? Oczywiście że ma! Proszę się do następnego razu nad tym zastanowić.
---------------------------------------------------
triarius
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
czwartek, stycznia 11, 2007
Co z Leszkiem Bublem?
Podejrzewano u niego antysemityzm, a istniała też zdaje się możliwość - przerażająca zaiste! - istnienia schizofrenii bezobjawowej.
I co teraz? Zamknęli go tam w tych Tworkach? I nic nam nie mówią, a my nic? Czy go wypuścili, nic nie znaleźli, a teraz nie raczą przeprosić i wyjaśnić? Czy może przepisali mu witaminy i zalecili odpoczynek? Tylko kto zalecił - lekarze czy ABW? To w końcu pewna różnica, choć szczerze mówiąc, tych lekarzy też nie byłbym tak do końca pewien.
Ten człowiek sam w sobie jest mi dość obojętny, nie znam go ani jego działalności, nie jestem nawet do końca pewien jego imienia... Ale coś tu chyba nie tak? Nie poczuwam się też do żadnego duchowego pokrewieństwa z ludźmi z różnych szemranych organizacji "obrony praw człowieka", ale jest chyba DO JASNEJ I NIESPODZIEWANEJ COŚ TU NIE TAK, PRAWDA?
Nie ma na razie aresztowań o piątej rano, przepowiadanych przez Cieniasów, a w każdym razie mnie o tym nie wiadomo. Ale wystarczy zmowa pięciu "intelektualistów", żeby człowieka można było zawlec przemocą do wariatkowa, rozgłosić o tym całemu światu, a potem już ani słowa na ten temat. Proszę o wyjaśnienia (proszę grzecznie, ale ze stalowym błyskiem w oku) - zarówno na temat dalszych losów p. Bubla, jak i prawnych podstaw dla tego typu działań.
(Swoją drogą, ciekawe ilu normalnych - bo o "autorytetach" trudno przecież w takich sprawach nawet marzyć - ludzi musiałoby podpisać wniosek o zabranie na "jednodniowe badania" do Tworek p.p. Edelmanna, Śpiewaka czy Kuczyńskiego?)
---------------------------------------------------
triarius
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
środa, stycznia 10, 2007
Od Małysza do Wielgusa
Wymyśliłem sobie nawet, już całkiem dawno zresztą, wspaniały tytuł, którego szkoda by było zmarnować. Chciałem napisać o tym, a przy najmniej od tego zacząć, jakie to absurdalne wrażenie zrobiło na mnie, kiedym niedawno usłyszał entuzjastyczny głos sportowego sprawozdawcy, ogłaszającego, że "zawody wygrał dwudziestojednoletni Niemiec" (a może nie Niemiec, tylko jakiś inny podbiegunowy Papuas, tyle, że miał wygrać Małysz, a jeśli już nie, to przecież i tak musi być entuzjazm, bo sponsorzy zapłacili a głupia publika entuzjazmu oczekuje). Potem miało być o stanie umysłów i innych takich mniej-uchwytnych cech naszego ludu, oraz to co zawsze, czyli utyskiwanie na komunę (że nie było wieszania i te rzeczy), na przesiąknięcie całej tej RP nr 3,02 ubectwem (tu idealnie pasowały ostatnie rewelacje na temat Przewielebnego Agenta Wielgusa), na "europę" wraz z lewactwem (że nas zalewa i wkrótce strawi do reszty).
Tego jednak nie będzie. Chyba, że się samo napisze, bo piszę - jak często zresztą - metodą "gawędy szlacheckiej", czyli niemal swobodnego toku skojarzeń. (Co do tych skojarzeń, to mam nadzieję, że skutek jest nieco inny, niż w przypadku nudziarzy w rodzaju Joyce'a, i nie tylko w kwestii ogólnoświatowego aplauzu i płynących z tego zaszczytów cum profitów).
Właśnie wymyśliłem, że ten FANTASTYCZNY tytuł mogę wykorzystać w całym cyklu artykułów, a teraz skończyć i zobaczyć, jak wygląda na blogu moja mordka.
A więc do następnego! Czyli, jak to się mówiło w świecie "Kajtka Majtka i Koka" - c.d.n.
Psia mać, jednak pisanie takich głupotek potrafi nieco poprawić humor. Nawet jeśli ktoś był takim autodestukcyjnym kretynem, że nie ma za sobą dwudziestu lat współpracy z bezpieką (jak Przewielebny i z pewnościa spora część pozostałej rodzimej Elity), ani nawet dwudziesu lat w partii-podnóżku-PZPR (jak Guru naszych kochanych ultra-liberałów, o czym zresztą dowiedziałem się ze zdziwieniem dopiero b. niedawno), więc jest nikim i nawet na żadną placówkę do Chile (mimo znajomości narzecza) go nie wyślą...
czwartek, grudnia 28, 2006
Wróbel z Lizutem, czyli Świąteczne Gazowanie
- opłakuje jakąś narodową katastrofę, albo...
- mizdrzy się w związku z jakimś świętem
Ze świąt zaś Boże Narodzene jest bez tu porównania najgorsze. Oficjalnego mizdrzenia się nie znoszę po prostu, od Chopina (nawet samego w sobie) mnie mdli, a co dopiero, gdy puszczają mi go jako tło do dożynek z tow. Gierkiem albo tańców wokół europejskiej flagi. Do tego wszędzie oczywiście pełno tych paskudnych czerwonych, wielkich i otyłych krasnali z brodą z waty, oraz "Jingle Bells", więc w ogóle w święta nie pozostaje nic innego, jak odciąć się od mediów i czytać w kącie książkę.
Zresztą, kiedy na TV Puls, na zakończenie niezłego patriotycznego programu z udziałem Gwiazdów, Anny Walentynowicz i sporej ilości innych porządnych ludzi, słyszę "Stille Nacht" - wprawdzie po polsku, ale jednak - to też się zaczynam zastanawiać, gdzie właściwie żyję. Naród nieprzesadnie mamy muzykalny, ale akurat pięknych kolęd Polakom nie brakuje.
Dzisiaj jednak na TVN24 to już nie świąteczny nastrój, bo cały dzień wydaje się (z mego urywkowego oglądu) poświęcony robieniu dzikiego rabanu, w spółce z Gazownikiem, na temat ciążowej ankiety ministra Giertycha. Tutaj już TVN24 się nie mizdrzy tylko szaleje, jak za swych najlepszych czasów, choć pretekst do ataku wydaje się po prostu wyjątkowo cienki.
To jednak nie przeszkadza, by przeprowadzać liczne i nabrzmiałe oburzeniem wywiady z politykami opozycji i masą innych światłych ludzi. Starałem się na to nie patrzeć, ale mimo to obejrzałem sporą część rozmowy dziennikarzy Wróbla i Lizuta z Gazownika na tamat wspomnianej ankiety.
I nie - oczywiście Lizut bije Wróbla w obrzydliwości o cztery (wróble) głowy, ale wcale nie dręczy mnie sumienie, iż na forum prawica-niet zapytałem kiedyś "czy to ten mały pedałek?" (bo naprawdę wtedy nie wiedziałem, który to Wróbel), co przyczyniło się walnie (obok TW Bolka, za co również nikogo nie zamierzam przepraszać) do zabanowania mnie z tego prześwietnego forum. Cóż, jeśli polska prawica tak się stara o jedność i stworzenie jakiegoś frontu, to co ja mogę?
Wróbel rzeczywiście dość żałosny, szczególnie, gdy zaczął coś ględzić o "pytaniu swoich uczennic o ich okres". Tego bloga nikt nie czyta (bo to jest taka moja prywatna, odważna jak na szufladę, szuflada, do której sobie piszę, w ramach treningu), więc mogę powiedzieć, że takie kobiece sprawy wcale mnie nie odstręczają, wręcz przeciwnie, ale na wszystko istnieje czas, miejsce i człowiek, zaś TVN24 i Wróbel w tym temacie to żenada.
W ogóle ta rozmowa pogłębiła moje obrzydzenie do dziennikarskiej profesji. Jakąś rację miał Spengler, mówiąc, że "nie chodzi o wolność prasy, tylko o wolność OD prasy". Nawet najporządniejszy dziennikarz będzie jadł z dzióbka, w dodatku na wizji, najgorszej i najbardziej kretyńskiej dziennikarskiej szui, i bronił jej przed wszelkimi atakami. Jeśli to nie jest super-korporacyjne zachowanie, to nie wiem, co nim może być. Zabawne też, że większość tych naszych (?) dziennikarzy zdaje się uważać za liberałów.
Gazownik zdaje się napisał bardziej ewidentne, niż w większości przypadków, kłamstwa, i tak tym rozzłościł min. Giertycha, że może przyjdzie mu (Gazownikowi znaczy) za to wreszcie beknąć. Gazowniczy dziennikarze (nie wezmę tego w cudzysłów, bo to słowo jest samo w sobie dość obraźliwe) wykręcają kota ogonem, nawijając brednie o tym "jak to gorliwy, chcący się ministrowi podlizać dyrektor może zinterpretować pytania zawarte w ankiecie".
Na taki bełkot, Wróbel, gdyby był porządnym i sensownym umysłowo człowiekiem, a nie dziennikarzem związanym z każdą inną dziennikarską szmatą więzią bandyckiej lojalności, powinien odpowiedzieć, że "a jeśli durny, jak to oni, czytelnik Gazety Wyborczej zinterpretuje to, co ta gazeta napisała JESZCZE bardziej nieprawdziwie i niesprawiedliwie?" Tego jednak Wróbel oczywiście nie zrobił, wolał razem z Lizutem rzucać konceptami na temat ciąż i okresów uczennic.
Tak Moi Państwo... Sam fakt, że do utrzymania przy życiu (choć prawdę mówiąc co to za życie?) realnego liberalizmu potrzeba "wolnej prasy", jeszcze bardziej pogrąża ten system w moich oczach. Obrzydliwość środków sprawia, że cel także coś z tej obrzydliwości nabiera, tutaj zaś cel także za piękny nie jest. Nie jestem, jak już to wielokrotnie mówiłem, wrogiem demokracji jako takiej, ale widok tych wszystkich polityków merdających ogonkami przed byle dziennikarzyną jest naprawdę obrzydliwy i obraźliwy dla obywateli. Zgadzam się w tym z ludźmi piszącymi d*kracja i podobne głupoty. Tyle, że ja nie przypisuję tego obrzydlistwa demokracji, tylko realnemu liberalizmowi właśnie.
czwartek, grudnia 21, 2006
Liberalne karpie i demokratyczne kebaby
Oczywiście, dla przetrwania wartość takiego wykształcenia jest nie tyle żadna, co raczej ujemna. No bo nie tylko takie bezsensowne rzeczy zajmują człowiekowi czas, który mógłby przeznaczyć na zostanie Specjalistą d/s Integracji Europejskiej, psychologiem, czy zdobycie innej popłatnej a nie wymagającej większych zdolności profesji. Czy choćby na naukę jakiegoś przyzwoitego rzemiosła.
Jeszcze gorsze jest jednak to, że taka całkiem zbędna świadomość tego, jak się niektóre sprawy naprawdę mają, kiedy zostanie jeszcze w dodatku połączona - o zgrozo! - z brakiem (tak słusznie wychwalanej przez prezydenta Francji) umiejętności trzymania gęby na kłódkę, tego rodzaju wiedzia praktycznie odcina człowiekowi wszelką szansę na obracanie się w kręgu Cywilizowanej Prawicy. Skazując go na samotne wołanie na puszczy. Ze wszystkimi z tego wynikającymi tragicznymi skutkami dla danej jednostki i jej genów.
Cywilizowanej Prawicy, czyli "konserwatywnych liberałów" wychowanych przez Janusza Korwina-Mikke, jego własną idiosynkratyczną ideologię i jego partię o absurdalnie-humorystycznej nazwie "Unia Polityki Realnej". (Co słowo, to wysokiej klasy dowcip, a niektórzy zachwycali się banałami, w rodzaju kłamstwa w każdym słowie nazwy PZPR!)
Żeby nie rzucać gołymi insynuacjami, przejdę do rzeczy. Oto czytam nowy felieton bardzo młodego autora (dosłownie licealisty), o tytule "Kebab zamiast karpia", zaczynającym się tak:
Polityczna poprawność osiąga wręcz horrendalne rozmiary. W dzisiejszych czasach każdy w demokratycznym państwie, w obawie przed gniewem i dezaprobatą mniejszości, ustanawia jej kolejne przywileje. W ostatniej satyrze filmowej pt. „Borat” obnażającej tzw. political correctness w USA, pada zdanie wypowiedziane przez przeciętnego amerykańskiego zjadacza hamburgera: „Im mniejsza jest mniejszość, tym więcej ma racji”.
(Wytłuszczenie moje własne. Całość tutaj: http://prawica.net/node/5621.)
Jest to, jak łatwo można odgadnąć, klasyczny tekst wymierzony w absurdy politycznej poprawności. Tekst w tym sensie jeden z wielu, ale wiele też ich potrzeba, bo sprawa jest naprawdę ogromnej wagi. Z treścią się oczywiście zasadniczo bez oporów zgadzam. Tym, co mniej mnie cieszy i specjalnie zwróciło moja uwagę, jest to "demokratyczne państwo". W opini autora polityczna poprawność i zastraszające postępy lewactwa zdają się być winą demokracji. To zaś jest klasyczną tezą rodzinym "konserwatywnych liberałów". Tutaj zresztą pogląd ten wyrażony został bardzo oględnie i właściwie na marginesie. Gdyby autor cytowanego tekstu był już bardziej "politycznie wyrobiony", to demokracja nie przeszłaby mu nawet przez pióro i uraczyłby nas "d*kracją" czy czymś podobnym.
Tym bardziej jest to interesujące, ponieważ ten młody autor nie mógł być przez dziesięciolecia kształtowany i obrabiany do tej nowej "prawicowej" politycznej poprawności, i ten swój niechętny do demokracji stosunek albo ma w genach, albo złapał go z otaczającego powietrza. Dlatego właśnie jego zacytowałem, a poza tym dlatego, że po prostu w tej chwili mi ten jego tekst wpadł w oko i skłonił do próby wyjaśnienia wreszcie pewnej istotnej moim zdaniem sprawy, o którą mi tu chodzi.
Mógłbym oczywiście poszukać nieco w sieci czy drukowanych czasopismach i znaleźć masę smakowitych akapitów ukazujących nędze "d*kracji", z przepisową dawką przekąsów, gryzącej ironii, plucia, a czasem takżę mniej lub bardziej rzetelnej krytyki. Krytyki i opluwania "demokracji", a czasem nawet "rzeczypospolitej" jako ogólnej idei. "Rzeczpospolita" to po łacinie, czyli nieco bardziej uczenie, "res publica", z czego oczywiście bierze się nasza "republika". Republika to także zatem fatalna sprawa, zdaniem tych wszystkich bekompromisowych prawicowców.
Czyli złe są z założenia wszelkie koncepcje ludowładztwa, powszechnego dobra, wspólnoty (przeważnie pod bardziej złowieszczo brzmiącym mianem "kolektyw"). Wszyscy ci prawicowcy - powstrzymam się przed wzięciem tego słowa w cudzysłów, ale głównie dlatego, że nie chcę za wielu cudzysłowów - wyraźnie uważają demokrację i wszelkie pokrewne idee nie tyle za wymysł szatana, co za wymysł szatana wyjątkowo wrednego i lewackiego.
W zasadzie nie mam po co tego tak dokładnie tutaj tłumaczyć, bo przecież pisząc należy zdawać sobie sprawę z tego, po co się pisze i kto ma to czytać. Jeśli ktoś w ogóle czyta te moje teksty, to z pewnością nie zwolennik Nowej Lewicy, tylko ktoś uważający się za prawicowca. A taki ktoś musi przecież znać publicystykę "Najwyższego Czasu!", a szczególnie jego Najwyższego Guru!, choćby dlatego, że jest potem w bladej i czesto niezamierzenie humorystycznej wersji powielana na wszelkich "prawicowych" (tu już się nie dało uniknąć cudzysłowu) forach w rodzaju prawica.net (czule nazywanego przez niektorych "prawica-niet"), gdzie właśnie znalazłem przecież cytowany tekst (któremu zresztą nie mam wiele do zarzucenia, a autorowi wróżę piękną publicystyczną karierę).
Tacy ludzie wiedzą, albo niemal wiedzą, że dla Wielkiego Guru! ideałem i jedynym akceptowalnym ustojem jest coś bardzo zbliżonego do pruskiej monarchii Fryderyka zwanego "wielkim", być może jeszcze nieco przesuniętej w stronę absolutyzmu. To, że takie coś nie daje się nijak pogodzić ani z ekonomicznym liberalizmem, ani z autentycznym katolicyzmem, ani z jakąkolwiek polską tradycją (czyli z konserwatyzmem w polskim wydaniu), nie jest tematem niniejszego tekstu. Choć są to sprawy oczywiste dla każdego, kto choć trochę myśli samodzielnie, zamiast tylko czołobitnie powtarzać słowa Wielkiego Guru!
No dobra, zbliżamy się do puenty, a właściwie do głownej części mojego wywodu. Wszystko powyższe to był tylko wstęp, po prostu ten tekst ma taką zwichrowaną strukturę. (Cóż, amatorska robota.)
No to nadszedł czas na rzucenie tej przerażającej bomby, przy której wszelkie koreańskie i irańskie atomy to dziecinne kapiszony... Otóż, zwracam uwagę Szanownych wrogów demokracj i rzeczypospolitej jako idei, że "res publica" to określenie starożytne - rzymskie. Dawnych Rzymian, tych sprzed okresu cesarstwa, naprawdę trudno oskarżać o lewicowe skłonności. Powie ktoś, że to tylko słowa. Otóż nie!
Mało chyba kto z dzisiejszej Intelektualnej Elity, niezależnie od tego, jak się sama określa, o tym wie - ale TAM SIĘ PRZECIEŻ GŁOSOWAŁO! Tam się wybierało najwyższych urzędników państwowych! Wątpiących w moje słowa, a do tego intelektualnie uczciwych wobec samych siebie, zachęcam do sprawdzienia w jakiejś lepszej encyklopedii znaczenia pojęcia comitia (liczba mnoga comitiae) Niecierpliwym donoszę, że ma to ścisły związek z procesem głosowania w republikańskim Rzymie.
Na pociechę dodam, że były to głosowania w praktyce "ważone", to znaczy bogaci mieli w praktyce więcej do powiedzenia, choć sama zasada tego teoretycznie nie zawiera. Jednak wybory jak najbardziej, a do tego plebiscyty nad ważnymi dla ogółu sprawami. Plus trybuni ludowi z prawem wetowania wszelkich ustaw, nietykalnością i masą innych uprawnień - mający ludu bronić przed bezprawiem ze strony elit. No i bezwarunkowe prawo odwołania się do wyroku LUDU (!) dla wszystkich skazanych na śmierć.
To oczywiście tylko moja prywatna opinia, ale sądzę, że dla prawicowca naprawdę powinno być trudno lekceważyć republikański Rzym - nie było to może specjalnie subtelne, nie działo się tam wiele rzeczy błyskotliwych i zabawnych, ale to właśnie był ten naprawdę wielki Rzym. Nie pozbawiony wielu poważnych wad oczywiście, bowiem i oni żyli na tym padole łez co i my, ale wielki i źródło niemal wszystkiego wielkiego, co było wielkie w rzymskiej historii potem, przede wszystkim zaś oczywiście imperium - ogromnego i w pewnych aspektach nadal żywotnego.
No dobra, to była "rzeczpospolita" i "republika". A co z "demokracją"? W zasadzie też już ją w Rzymie znaleźliśmy, znajdując wybory i plebiscyty, ale rozwińmy to jeszcze nieco. Choćby po to, by wetrzeć trochę więcej soli w rany naszych kochanych antyd*kratów...
Ta istniała już w starożytności, przede wszystkim w Atenach, którym naprawdę trudno odmówić wielkości i jednostronnie oskarżyć o jakieś proto-lewactwo. O demokracji pisali już Platon i Arystoteles. Obaj nienajlepiej wprawdzie - Platon dlatego, że miał swój własny wymarzony i jedynie słuszny ustrój (coś jak OberGuru!), Arystoteles rozróżniał pomiędzy złą "demokracją" i dobrą, choć w istocie b. podobną "politeią". "Politeia", żeby zacytować "Political Philosophy" James'a L. Wisera, to "rule by the many for the common good". A więc i dla arystokratycznego Arystotelesa demokracja, w naszym rozumieniu, mogła być rzeczą dobrą!
Co tam jednak demokracja, skoro sam "lud" jest już dla prawdziwej prawicy (z przekąsem to piszę, choć bez cudzysłowu) fatalną sprawą. A gdyby jeszcze chciał cokolwiek mieć do powiedzenia...! Jerum, jerum! - tylko tak można to skomentować. I nieważne, że bojowe insygnia rzymskich legionów nosiły litery S.P.Q.R 0 od "Senatus Populusque Romanus" (Senat i Lud Rzymski). Dziwne to nieco, bo lud, to przecież wynalazek socjalistów i lewaków wszelkich maści, dokonany dosłownie przez parę ostatnich generacji.
Zdaniem tych panów (i nielicznych pań) oczywiście. Ci mogą tak mówić, bo ich nie wiażą obiektywne fakty, a za znajomość historii starczają im rewelacje facetów w rodzaju von Misesa, w rodzaju tych, że to "liberalni królowie są królami ludów, a nieliberalni krajów". Co oczywiście jest ewidentną brednią, na co mogę z głowy podać dziesiątki przykładów. (No, chyba, że liberalizm istniał już na stepach Mongolii osiemset lat temu, a niemieccy "królowie Rzymian" także byli liberałami.)
Nie jest moim zadaniem pisanie pracy naukowej z historii politycznej, dlatego też zadowolę się tym elementarnym wykazaniem, iż ani dobro wspólne, ani republika, ani rzeczpospolita, ani demokracja nie są z natury lewicowe, nie są niczym złym. Daj nam Boże tyle prawicowej żywotności, ile było w Rzymie, choćby nawet w Rzymie takich rewolucjonistów jak bracia Gracchowie!
Czy zatem wszystkie te postępy lewactwa, cała ta koszmarna polityczna poprawność, która nieszczy wszelki dyskurs i rozsadza same fundamenty europejskiej, zachodniej cywilizacji nie dają się powiązać z czymś, w czym żyjemy na codzień? Może z jakąś ogólnie znaną i zazwyczaj przyjmowaną, jako coś absolutnie naturalnego, ideologią? Jeśli jednak nie z demokracją i jej ideologią, no to z czym?
Z liberalizmem Moi Państwo, oto z czym! Liberalizm jest oświeceniową ideologią, powstałą jako swego rodzaju propaganda jednej partii i jednej klasy (angielskich whigów oraz kapitalistów), a nawet gorzej, bo rozwinęła się jako propaganda na usługach wykorzenionych, dość prymitywnych w gruncie rzeczy i dość jałowych francuskich przedrewolucyjnych tzw. "filozofów".
Jest ideologią - mimo, że nauczyliśmy się w niej widzieć wyłącznie zdrowy rozsądek i naturalne zasady - opartą na licznych, arbitralnych, i często po prostu fałszywych, założeniach. Z których potem, przy użyciu czasem bardzo pokrętnych intelektualnych metod, wyciągano doraźnie potrzebne wnioski i ogłaszano je, jako objawienia Prawdy Absolutnej. Ideologią, która dziś jest nam bez przerwy sączona w szkołach, mediach, rozrywce.
Nie ma znaczenia, że istnieje w jej ramach cała masa różnych herezji, ochyleń, sekt - komunizm także miał swój NEP i swojego Trockiego... A wielu spośród tych mniej lewicowych, ze mną włącznie, powie także "swojego Michnika, swojego Kuronia, swoją Hillary Clinton itd.".
Przez te 300 lat, kiedy się, na swój sposób, rozwijała, i czasem była realizowana w praktyce (w realnej postaci, całkiem jak socjalizm!), wytworzyła własną optykę, własne sposoby postępowania, własny język (nie całkiem "nowomowę", bo ma on już ponad 300 lat, ale w sumie właśnie takie coś)...
To nie demokracja stanowi idealną pożywkę dla lewactwa i politycznej poprawności - a liberalizm! Taka po prostu jest jego wewnętrzna dynamika. Na jego gruncie nie można się ani obronić przed agresją Hitlera czy Stalina, kiedy jest jeszcze na to dobry czas, ani przed lewactwem. To ostanie widzimy na własne oczy każdego dnia. (To pierwsze zaś jeszcze niestety zobaczymy.)
Demokracja, choć z pewnością nie zasługuje na ubóstwienie czy uznanie za lekarstwa na całe zło świata, jest z kolei tym, co doprowadziło do obecnych zmian w Polsce. Zmian, które ja akurat uważam za niezbędne i dające nam nieco nadziei, choć oczywiście zbyt w mojej opinii powolnych i zbyt mało radykalnych.
To demokracja jest obroną Polskiego państwa i narodu przed molochem brukselskiej, zdominowanej przez Niemcy, biurokracji. Biurokracji niekontrolowaniej przez nas w praktycznie żadnym stopniu. Biurokracji, która może się z dnia na dzień, bez słowa wyjaśnienia (nie mówiąc już o pytaniu nas o zgodę) przepoczwarzyć w cokolwiek innego, co sobie wymyślą nawiedzone brukselskie naprawiacze świata. Biurokracji mającej do swej wyłącznej dyspozycji przeogromne potencjalnie środki nacisku i przymusu, przy kompletnym braku jakiejkolwiek odpowiedzialności - no bo niby przed kim? Przed trybunałem w Strassburgu? Pęknę ze śmiechu!
Nie mam tu zamiaru dyskutować zalet i wad monarchii takiej czy innej w stosunku do demokracji. Chcę jednak postawić tezę, że demokracja - rozumiana ściśle jako władza większości normalnych obywateli danego kraju, przy odrzuceniu wszelkiej pseudo-mistyki i sceptycznym potraktowaniu wszystkich tych - liberalnych z samej istoty przecież! - dodatków i zastrzeżeń, wszystkich tych "ogólnie przyjętych zasad", "europejskich norm", "tolerancji wobec każdej mniejszości"... I takich tam... Więc, że demokracja jest OK, jest rzeczą dobrą. Nie idealną oczywiście, ale w porządku.
Kiedy demokracja nie jest pokrętnie rozumiana, np. jako zobowiązanie wspólnoty i jej władzy do zaspokajania fanaberii każdej krzykliwej mniejszości i merdania ogonem przed każdą ponadnarodową uzurpacją - staje się ona jednym z ostatnim bastionów zdrowego sensu i oporu przed lewactwem. Czyli z definicji, przynajmniej w moim rozumieniu, PRAWICOWOŚCI!
To liberalizm jest problemem! To liberalizm należy dokładnie studiować - w teorii i praktyce - od nowa zrozumieć, zacząć o nim z sensem wreszcie dyskutować... A potem zacząć działać! Liberalizm nie jest bowiem tym, co się nam cały czas wmawia! Nie jest także tym, co wmawia swoim wyznawcom OberGuru! To nie jest ani "po prostu zdrowy rozsądek", ani też "po prostu poszanowanie wolności jednostek" (gdybyż życie było aż takie proste!). I nie jest to "jedyny system pozwalający na istnienie wolnego rynku" - chyba, że ten rynek miałby się rozrastać, jak zakalcowate ciasto, czego zresztą jesteśmy bez przerwy świadkami. No bo, jeśli miałby to być system, gdzie, jak to niedawno wyraził naiwnie jeden z dyskutantów na forum prawica-cośtam, "dosłownie wszystko jest traktowane w kategoriach sił rynkowych"... Ja za takie coś dziękuję, ale nie!
Mnie to nie pasuje, sorry! A jeśli komuś tak, to niech się potem nie dziwi wszystkim aberracjom politycznej poprawności. Do których - przypominam, bo to jest właśnie najistotniejsze - krok po kroku i my sami, czyli prawicowcy, jesteśmy przymuszani. Inaczej to by nie było aż takim koszmarem. Kto nie wierzy, niech się zastanowi, czy mógłby dziś w oficjalnym tekście napisać wszystko tak samo, jak mógłby powiedzmy 10 lat temu? Czy mógłby tak samo wszystko powiedzieć w telewizji czy radio?
Mówię zatem: przestańcie gadać bez sensu o "d*kracjach" i upajać się własnym głosem powtarzającym cudze, dobrze już zapleśniałe, koncepty! Zacznijcie nieco uczciwiej analizować własne liberalne hasła! Bo albo nie są one naprawdę "liberalne", albo nie są prawicowe. Tertium non datur. (Chyba że jeszcze zaczniemy sie zastanawiać nad działalnością po prostu agenturalną, którą można by poniekąd uznać za "trzecią drogę".)
Liberalizm, co może niektórych zaskoczyć, był przez większą część swej historii określany mianem "radykalizm". (Fajna nazwa? Miło brzmi w uszach "konserwatysty"?) Był też liberalizm, przez znaczną większość swej historii i w zgodzie z tamtą swą nazwą, uważany za doktrynę jednoznacznie lewicową. Szyte z przypadkowych kawałków potwory Frankensteina w rodzaju "konserwatywnego liberalizmu" nie trzymają się po prostu kupy. Jeśli jesteście biznesmenami i tylko tym, to przestańcie się wymądrzać na tematy politycznych ideologii, bo nic o tym nie wiecie! Jeśli chcecie się wypowiadać, to dowiedzcie się wreszcie nieco obiektywnych faktów, nie powtarzajcie nieudolnie za Waszym OberGuru! (który z wmawiania Wam głupot żyje wygodnie, ale Wam wygodne życie z ich powtarzania nie grozi).
A więc podyskutujmy wreszcie senownie, bez powtarzania wyuczonych mantr i uprawiania voodoo. Dobrze? Inaczej nie będą tylko kebaby zamiast karpi, tylko wiele znacznie gorszych rzeczy. (Nawiasem mówiąc, sam ryb nie ruszam, a te nieszczęsne karpie w wannie wspominam z dzieciństwa jako rzecz całkiem obrzydliwą. Milion razy wolę kebaba. Czy to czyni mnie zwolennikiem politycznej poprawności?)
sobota, grudnia 16, 2006
O ideologiach... lepszych i gorszych
Błędem jest moim zdaniem, a czasem nawet nadużyciem, osądzanie ideologii politycznych przede wszystkim na podstawie ich priorytetów. Naburmuszanie się na socjalizm (czy "socjalizm"), dlatego, że chciałby dać prostym ludziom godne życie i zlikwidować rażące nierówności... No bo przecież trzeba być całkiem zaślepionym, by przeczyć, że nierówności są ogromne, w wielkiej części całkiem nieuzasadnione i z żadną ludzką sprawiedliwością nie mające nic wspólnego. Oczywiście przywiązywanie najwyższej akurat wartości do wolności osobistej także jest uprawnione. Jeden jest bardziej wrażliwy na nieuzasadnioną niczym nierówność, a inny chciałby więcej osobistej wolności. Co w tym aż tak dziwnego? Ideologie powinniśmy oceniać przede wszystkim na podstawie sposobu, w jaki rozumieją świat - jego logicznej spójności, przystawania do danych zmysłowych, rozumowych, naukowych. Powinniśmy być podejrzliwi wobec wszelkich brzmiących religijnie a przecież świeckich słów i terminów, w rodzaju "świętego prawa własności", czy samego "Prawa", kiedy pisane jest z dużej litery. Najgorsze jest to, iż te wizje są często zawarte w tych ideologiach jedynie implicite, a w dodatku możemy być już nauczeni traktować je, jako coś oczywistego - "taki właśnie jest świat". Jak to się dzieje z realnym liberalizmem, w którym żyjemy od dziesięcioleci, przedtem zaś do niego wzdychaliśmy i go idealizowaliśmy. Stosowanie takich quasi-religijnych określeń to nie jest całkiem to samo, co mówienie o rzeczach realnie istniejących, choć trudno uchwytnych: o "wspólnocie" w ogóle, czy jakiejś konkretnej wspólnocie: rodzinie, narodzie, państwie... Te rzeczy realnie istnieją, realnie odgrywają znaczącą rolę, wielu w historii dla nich pracowało i ginęło. Rozmowa o nich, choć niełatwa, jest z pewnością bardziej sensowna, niż rozmowa o fikcyjnych społeczeństwach wszystkich tych wspólnot pozbawionych, a złożonych w całości z indywidualnych, kierujących się wyłącznie ekonomicznymi (w szerokim rozumieniu) względami jednostek.
Mimo, że taki model jest z kolei tak stosunkowo prosty. Zgoda, sam nie lubię duszoszczipatielnych tonów, których tak wszędzie pełno, a już szczególnie, gdy w tle puszcza mi się Chopina (którego organicznie nie znoszę). Jasne, że takie hasła są nagminnie nadużywane przez przeróżnych macherów, demagogów i oszustów. Ale to jednak nie są całkiem wyimaginowane byty, jak "święte prawo własności", które całkiem nie wiadomo skąd się wzięły i jak stały się "święte". Jeśli ma się takie rzeczowe i przekonujące argumenty, jakie podobno ma liberalizm, to wypadałoby wyrzucić pochodzące sprzed trzystu lat propagandowe hasła i rozmawiać z ludźmi na gruncie racjonalnym.
Zapraszam do takiej rozmowy, jestem dziwnie spokojny, że poradzę sobie z argumentacją każdego liberała. Może jeszcze wyjaśnię, że przez "liberał" rozumiem kogoś:
- kto sam się tak określa, albo/i... - kto stosuje do siebie warianty tej nazwy ("libertarianin", "konserwatywny liberał" itd.), albo/i...
- kogo nie razi określenie "święte prawo własności", albo/i...
- kogo nie razi zwyczaj nazywania wszystkich nie kierujących się wyłącznie chęcią zysku i dążeniem do maksymalnej atomizacji społeczeństwa "socjalistą" (co ma oczywiście być w zamierzeniu okrutnie obraźliwe), albo/i...
- kto mówi do ideowego oponenta rzeczy w rodzaju: "ja mam dobrze prosperujący biznes, więc wszyscy inni powinni mi czapkować, jako genialnemu politycznemu filozofowi, a ile ty frajerze zarabiasz, że się mądrzysz?".
No to to by było na razie na tyle. Czekam na odzew, komentarze (także te wypominające mi błędy ortograficzne) i protesty. No to może jeszcze parę słów o tych błędach. Macie Państwo we mnie do czynienia z facetem, który na maturze z polskiego zrobił sześć błędów, z czego jeden w samym tytule wypracowania. (Potem zaś zdał ustny najlepiej w całym niezłym liceum.) Ale za uwagi naprawdę dziękuję! Może tym razem nawet w końcu zapamiętam, jak się pisze "rzadko". (Dobrze było tym razem?)
triarius
Dzisiaj będą okruchy
Sprawa byłego (w więcej, niż jednym znaczeniu) rosyjskiego szpiega, otrutego przez nieznanych sprawców, zatacza coraz szersze kręgi i rozwija się coraz to nowe wątki. Przewiduję jeden gwarantowany skutek - za rok będzie w Wielkiej Brytanii o wiele więcej dzieci o imionach Ivan, Igor, Vladimir, Volodia, oraz żeńskich w rodzaju Tamara, Sasha (!), Vania (!), Nikita (!) itp. W innych zachodnich krajach z pewnością także się ta ilość nieco przynajmniej zwiększy.
Innych znaczących skutków nie przewiduję.
* * * * *
Czytelnik (a więc ktoś to jednak czyta, hurra!) - w dodatku chwilowo ZAGRANICZNY - pyta, czy specjalnie zasugerowałem Platformie Obywatelskiej zmianę nazwy na Platforma Polityki Realnej, czego skrótem (ściślej zaś anagramem) jest PPR. Która to nazwa wielu się kojarzy.
Odpowiam, że najpierw wpadłem na pomysł samej nazwy (która kojarzy mi się logicznie i zabawnie z dwóch całkiem różnych powodów, wiadomo chyba jakich), potem zaś bystrze zauważyłem ten anagram i on mi się bardzo spodobał. Uznałem więc iż zdarzyło mi się to, co po angielsku zwie się serendipity, czyli nieoczekiwany szczęśliwy traf. Ale żeby była jasność - to PPR jak najbardziej mi do Platformy pasuje. Bez porównania bardziej, niż skrót "PO", który mi do nich nie pasuje, nawet z całkiem prywatnych względów.
Więcej powiem! Gdyby Platforma połączyła się kiedyś z "Partią Zdrowego Rozsądku" panów Bolka i Wachowskiego, to ten nowy twór mogłby się wabić PZPR (Platforma Zdrowej Polityki Realnej). To by dopiero było! I wcale takiego obrotu sprawy nie wykluczam.
* * * * *
Czy ja bym nie mógł wziąć udziału w konkursie na najbrzydszy blog? Coś mi się widzi, że on jest naprawdę obrzydliwy z wyglądu. Mam rację?
środa, grudnia 13, 2006
Wołanie o pomnik wolności słowa
Pomników stawia się przecież niemal wyłącznie po śmierci tego, kogo chce się uhonorować, a więc inicjatywa Platformy okazała się raz wybornie trafiona. Przecież wolność słowa - jeden z filarów wciąż oficjalnie obowiązującej liberalnej doktryny - ma coraz krótszy oddech i coraz częściej po prostu przedśmiertnie rzęzi. A w jakim tempie to się dzieje! Kiedy jakieś 15 lat temu w Szwecji wydano oficjalny zakaz dyskutowania, przeprowadzania jakichkolwiek studiów i badań nad problemem elektrowni atomowych, wydało mi się to niedorzeczne, ale złożyłem to na karb typowych szwedzkich fobii (było to w końcu stosunkowo niedługo po Czarnobylu), konformizmu i infantylizmu.
Teraz widzę, że to po prostu realny liberalizm. Do więzienia idzie się przecież za wątpliwości na temat tzw. holocaustu, więzienie grozi za "homofobię", na "jednodniowe badania w Tworkach" można zostać zawiezionym przez tajne służby - ale jawnie, z podaniem w ogólnokrajowej telewizji i innych mediach nazwiska - na wniosek paru osób, którym nie podobają się twoje poglądy, niektóre nacje wprawdzie "praktycznie nie istnieją", ale nie daj Boże je skrytykować... Każdy, kto zadaje sobie trud czytania blogów, takich jak mój, sam z pewnością wie, jak się sprawy mają.
Sprawa z tym pomnikiem jest jednak nieco bardziej skomplikowana. "Wolność słowa" nie jest przecież osobą, nie jest nawet żadną uznaną personifikacją. Kiedy usłyszałem o tym blyskotliwym pomyśle dzielnych Cieniasów, przyznam, że pierwszą rzeczą, jaka mi przyszła na myśl, był obelisk na cześć Istoty Najwyższej, postawiony niegdyś z wielką pompą z inicjatywy Robespierre'a. Tu też jednak widzimy to samo zjawisko: Istota Najwyższa to poniekąd Bóg, tylko Bóg pozbawiony specyficznych cech chrześcijańskich. Bogu zaś pomników w nowożytnej Europie nie stawiano, postawiono je zaś jakiejś jego wydumanej wersji dopiero wtedy, kiedy właśnie przestawał odgrywać tę samą co wcześniej ogromną rolę w życiu ludzi i społeczeństwa. Do czego zresztą walnie przyczyniała się rewolucja, której jednym z najważniejszych przywódców był sam inicjator budowy pomnika.
Jeśli zaś przyjąć, że Istota Najwyższa Robespierre'a i Francuskiej Rewolucji to nie jest avatar chrześcijańskiego Boga, wtedy nie da się uniknąć refleksji, iż pomnik postawiono czemuś, co nigdy większej roli nie odegrało, czym niewielu ludzi poważnie kiedykolwiek zawracało sobie głowę.
Jest więc coś symptomatycznego w inicjatywie Platformy, by zbudować pomnik wolności słowa. Nie świadczy ona dobrze o żywotności tej wzniosłej idei, nawet w oczach jej najgłośniejszych propagatorów. Jeśli jest aż tak źle, że zauważają to nawet przywódcy Platformy - pogrążeni przecież we własnych wewnętrznych światach i ślepi na niemal wszystko, co się dzieje w świecie realnym - to możemy się spodziewać szybkich postępów poprawności politycznej i "europejskich wartości".
Którym, jak warto zauważyć, nikt jeszcze żadnych pomników stawiać nie zamierza. Ach, jak chciałbym dożyć chwili, gdy Platforma zgłosi wniosek o postawienie takich właśnie pomników! A do tego dla mnie jeszcze może śmiało dodać polityczną poprawność, tolerancję i sporo innych równie lubianych przez postępowe kręgi cech!
Na koniec pragnę "z pewną taką satysfakcją" zauważyć, że Platforma Obywatelska, partia przecież par excellence LIBERALNA, wykazuje w swej najnowszej inicjatywie ideowe pokrewieństwo z Robespierrem i rewolucją francuską, czyli z dziedzictwem Oświecenia. Co dla mnie osobiście jest dość oczywiste, choć może nie dla wszystkich, szczególnie nie dla tych, którzy lubią się określać jako "konserwatywni liberałowie".
Przypomnę więc, że liberalizm to ideologia Oświeceniowa - powstała w Oświeceniu i przepojona jego duchem. Liberalizm tym duchem nieprzepojony, to albo smętna i bezpłodna hybryda wykoncypowana w dusznej bibliotece uniwersyteckiej, albo też LIBERALIZM REALNY, w którym od 17 lat żyjemy, zaś zachodnia Europa znacznie dłużej.
Ten też jest przesiąknięty duchem Oświecenia (niektórzy mówią masonerii), ale nie jest tak dogmatyczny - życie nauczyło go bowiem, że jego ideologia się nie sprawdza - za to zdolny do wszelkich, nawet najbardziej pokrętnych i najmniej uczciwych kompromisów. Jak te kompromisy z wolnością słowa, o których tu wspomnieliśmy.
Dobrze, że Europejczycy z Platformy uważają chociaż, że wolność słowa zasługuje na monumentalny nagrobek. Bo cóż by ich kosztowało zamiast tego zażądać postawienia obelisku Istocie Najwyższej? Jeszcze się Hannie Gronkiewicz-Waltz nigdy nie objawiła? Czy aby na pewno? Jeśli tak, to przecież każdego dnia może się ujawnić i powiedzieć "Haniu, idź i...!" Nie wiem co, ale coś tak zrób.
Gdyby tak Istocie Najwyższej pomnik postawić, to ach, jakaż piękna byłaby to uroczystość! Odwołać się do historii i spróbować powtórzyć tamte dawne obchodyi! Chóry młodzieńców i starców w białych tunikach by się jakoś zorganizowało. (Nieco trudniej by może było z dziewicami, ale czy musimy do tego koniecznie mieszać ginekologa?)
Jednak pozostaje fakt, że dla niektórych mało światłych Polaków Istota Najwyższa jest be, bo oni wierzą w swojego Boga. A zatem, na razie zacznijmy od pomnika wolności słowa, potem się zobaczy! Jeszcze przedtem będzie trzeba się propagandowo sprężyć, bo to i konstytucja europejska i euro... Istota Najwyższa musi więc nieco poczekać, sama to zresztą świetnie z pewnością rozumie. Woność słowa ma za to tę niewiątpliwą zaletę, iż mało kto otwarcie powie, że jest przeciw.
A więc, skoro wszyscy się zgadzamy, to warto się szybko zabrać do roboty, żeby ten nagro... pomnik, był gotowy na najbliższe Zaduszki!
Zaraz, zaraz! coś mi przyszło do głowy... A może Platforma nie ma AŻ takiej intuicji, tylko dla niej wolność słowa umiera wraz ze spadkiem nakładów Gazety Wyborczej i ośmieszeniem się mediów biorących udział w ostatniej antyrządowej prowokacji?
wtorek, grudnia 12, 2006
13 grudnia 1981 - całkiem prywatne wspomnienia
Zamiast martyrologii i wzniosłych słów - to moje całkiem impresyjne, króciutkie wspomnienie na temat początku stanu wojennego:
Żona dawno poszła spać, a ja gnuśnie oglądałem w TV (państwowej, innej nie było) włoski film o takim dziewiętnastowiecznym anarchiście, którego skazują na ciężkie roboty, i który potem płynąc łódką z innymi więźniami po wielu, wielu latach, widzi nowych więźniów, ale już nie terrorystów, tylko jakby prawdziwych leninowców. I facetowi robi się żal, widać to po jego minie, że zmarnował życie dla błędnej idei, a przecież... I nagle, w tym momencie, program przerwał się, od tak. Ekran ciemny, żadnego głosu.
Poszedłem spać, a rano żona mówi mi, że "stan wojenny". Nie pamiętam, czy mnie zbudziła, czy dospałem sam z siebie. Atmosfera faktycznie była napięta od dłuższego czasu przedtem, nad drzwiami naprawdę miałem jakieś znaki kredą, jak wielu kolegów zresztą - albo straszyli, albo byliśmy przeznaczeni do którejś z kolejnych fal aresztowań.
Co się potem działo nie będę opowiadał, choć były to rzeczy zabawne. W każdym razie najlepiej pamiętam, że moją 73-letnią wtedy babcię obładowaliśmy gdańskimi podziemnymi pisemkami i wysłaliśmy pociągiem do Wrocławia, bo nikt w normalnym wieku nie miał szansy się przedostać. Pojechała i wróciła z wrocławskimi podziemnymi pisemkami.
Najbardziej ubawiło mnie, że kumpel mi opowiadał, że kiedy poszedłem sprawdzić co u niego i spotkałem tylko jego rodzinę, której nigdy przedtem nie widziałem, to potem mu powiedziano: "był tu jakiś ubek i pytał o ciebie".
Oczywiście były także i znacznie poważniejsze sprawy. Był strajk w zakładzie, gdzie pracowałem. Były demonstracje, obawy przed masakrą, sowiecką interwencją, był cień nadziei na zbuntowanie się wojska przy braku interwencji. Byłem delegatem komitetu strajkowego do Stoczni Gdańskiej ("imienia Lenina"). Miałem o tyle szczęście, że w noc zomowskiej interwencji w Stoczni był tam z mojego zakładu mój zmiennik. A jeszcze przedtem pod Stocznią stały czołgi i skoty, a myśmy zdobili je kwiatami, plakietkami "Solidarności", częstowali tych żołnierzy i nawiązywali z nimi przyjazne stosunki. (Potem, z tego co wiem, wszyscy skończyli w karnej kompanii w Orzyszu.)
Był też ten ponury, ale ponury w jakiś całkiem wyjątkowy sposób, nastrój. Jeszcze bardziej subiektywnie, to były, stale niemal dźwięczące mi w uszach, słowa piosenki Kelusa o tym, że "historia zrobi szwoleżerów z nas, albo zrobi z nas naleśnik". Ale to był jeszcze poniekąd wyraz nadziei, że "tak przecież to się nie może skończyć". (A jednak się skończyło i 25 lat po tym wszystkim nadal żyjemy w kraju, gdzie zza kurtyny Urban i dawni towarzysze Jaruzelskiego pociągają za sznurki, śmiejąc się z naszej głupoty i niedołęstwa.)
Tak to osobiście pamiętam i takie myśli mi się nasuwają, kiedy słyszę "13 grudnia".
triarius