wtorek, listopada 11, 2014

(Przyjemny ten temat nie jest, ale cóż) Instynkt Linczu i Agresja Aspołeczna

Rozmawiamy sobie ostatnio na temat rodzajów agresji, a szczególnie na temat agresji ASPOŁECZNEJ i jej, jak to sobie już poniekąd ustaliliśmy, ogromnej roli w polityce, historii i podobnego typu sprawach. Dzisiaj chciałbym napisać o czymś, co tę ocenę w mojej opinii umacnia, a nikt inny chyba do tego nie doszedł.

Jest to sprawa o której myślę z wyraźną przykrością, bo jest po prostu antypatyczna, a z drugiej strony od lat intryguje mnie jej specyfika, funkcja i geneza. Chodzi o coś, co ja sam nazwałem "instynktem linczu". Wspominałem tu o tym parę razy na przestrzeni tych lat, więc można sobie poszukać, ale tutaj musimy sobie to dokładnie wyjaśnić. (Pamiętam, że zaraz po przegraniu przez PiS wyborów parlamentarnych w roku 2007 napisałem o tym, ostrzegając, jakże słusznie, że teraz to właśnie będzie to, co spotka PiS i innych oszołomów.)

Cóż to by miało być ten "instynkt linczu"? Co to jest lincz, każdy wie, jednak nie każdy lincz musi być pod wpływem tego, odkrytego przez nas, instynktu - a wiele przejawów tego instynktu działania może nie kończyć się czymś, co by się dało określić jako "lincz". Choć związek między tym instynktem i tym działaniem oczywiście jak najbardziej istnieje.

Instynkt linczu to jest takie coś, co (niestety) często znajduje się w opisach historycznych wydarzeń, w "Szkłach Kontaktowych" tego świata, oczywiście wśród przestępców z psychopatami na czele... I w dziwnie wielu innych miejscach, z których wielu człek by się nigdy nie domyślił.

Polega ów instynkt linczu na tym, że słabość ofiary, jej  niewinność, jej cierpienie i jego oznaki (płacz, prośby o litość itd.) zdecydowanie zwięszają zaciekłość i okrucieństwo oprawcy. Przy czym ów oprawca niemal zawsze jest zbiorowy, choćby mentalnie i wirtualnie, jednak przeważnie po prostu jest to kilku, lub więcej, oprawców.

Staram się w tym tutaj moim pisaniu nie moralizować, ale wyznam, że ów instykt linczu jest dla mnie pewnie najobrzydliwszą rzeczą siedzacą w naszej psychice. Dzisiejszy przyzwoity i cywilizowany człowiek - który nie ma powodu tępić żadnych szkodliwych zwierząt, a tym bardziej ich młodych (które jednak potem by urosły i stanowiły zagrożenie dla barci, kurników czy obór); który nie żywi się jaszczurkami złapanymi po podpaleniu sawanny...

Dla którego bezkompromisowa walka na śmierć i życie z innym plemieniem w stylu "bito Niemce jako cielce, i Niemkinie jako świnie i Niemczęta jako psięta" jest tylko przykrą do pomyślenia abstrakcją... Więc taki człowiek zapewne nigdy nawet nie odkryje, nie zacznie choćby podejrzewać, w sobie tego instynktu. Co jednak wcale nie świadczy o tym, byśmy go wszyscy nie mieli po przodkach odziedziczonym.

Jego źródło? Niewątpliwie  nasza prehistoria - najpierw głównie zbieracko-łowiecka, a potem różne tam polowania na mamuty. Jak się żyje z łapania jaszczczurek, niemowląt antylop i małpiątek na żywność, które stanowią miłe uruzmajcenie korzonkowej diety i źródło białka, to trudno żeby ich łapanie czlowiekowi po setkach lat nie zaczęło sprawiać przyjemności, prawda? (Kot też się "sadystycznie znęca" nad złapaną myszą, jeśli akurat nie jest głodny. Trenuje do następnych łowów - zgoda, ale to raczej mocno potwierdza tezę o istnieniu takiego instynktu.)

Kiedy zaś się poluje na mamuty czy inne bizony, to też nie wyszukuje się najsilniejszych osobników (pomijając ew. sprawdziany męskości, stanowiące jednak znikomą część całej tej sprawy), tylko jakieś dziecko czy rannego osobnika. Dokładnie tak, jak to robią drapieżniki i czym się szczycą dzisiejsi myśliwi, którzy "eliminują słabe jednostki, poprawiając stan populacji, ach!"

Takie jest, moi państwo, życie i inaczej być po prostu nie mogło. (Nigdy nie może, ale chwilowo niewielu z nas poluje aby przeżyć.) To zaś pozostawiło, bo po prostu musiało, w naszej psychice owe specjalne mechanizmy, któreśmy sobie nazwali "instynktem linczu". Na razie nie powiedzieliśmy sobie nic aż tak przełomowo nowego, choć są to sprawy dość ważne (i przykre), jednak my dzisiaj mamy coś nowego i zaraz do tego dojdziemy.

Otóż przyszło mi ostatnio do głowy, że ów instynkt linczu byłby także skuteczną obroną przed przełączeniem psychiki łowcy (czy innego, turpe dictu, oprawcy) z działania w trybie agresji ASPOŁECZNEJ - optymalnej, a nawet często niezbędnej do skutecznego przeprowadzania takich działań - w tryb agresji SPOŁECZNEJ.

Czyli że zabijamy niedźwiedzicę, która nam wyjada miód z pracowicie pozakładanych barci, i widzimy śliczne małe niedźwiadki, proszące o litość. Albo widzimy (toutes proportions gardées, bo ta sytuacja jest tysiąckrotnie obrzydliwsza) biedną moherową babcię modlącą się pod krzyżem, więc ją opluwamy itd.

(Jakbym chciał się zabezpieczyć od strony politpoprawności, to bym też wspomniał o Żydach i jakichś pogromach. Jednak z niezliczonej ilości możliwych przykładów ja akurat wybrałem inne, chyba mi wolno?)

Aby podsumować, powiem, że to moje odkrycie, a mówiąc ściślej ta moja hipoteza, jeśli jest prawdziwa, potwierdzałaby ogromne znaczenie tego rozróżnienia pomiędzy agresją społeczną i aspołeczną w całej historii naszego gatunku. I znaczenie tego, by ich ze sobą nie mylić. Jeśli byli tacy, którzy tego nie potrafili, to, poza ew. jeszcze Polakami, dawno już wyginęli. Tak bowiem działa ewolucja i nic na to nie poradzisz.

Oczywiście ja tu nikogo nie namawiam, by kultywował w sobie ów instynkt linczu! Wręcz przeciwnie, bo uważam go za obrzydlistwo,  szczęśliwie niewielu z nas wykonuje dziś zawód kata czy bartnika/tępiciela niedźwiedzi, no a poza tym mamy tę wybujałą korę mózgową i w razie czego możemy te sprawy traktować względnie racjonalnie.

Pozbawiając się wprawdzie owej dzikiej, praludzkiej rozkoszy, która niewątpliwie napędza dzwoniących do różnych "Szkieł Kontaktowych", ale jednak nie cierpiąc potem z powodu wyrzutów sumienia i poczucia własnej moralnej obrzydliwości, skoro już to sumienie i taką dziwną wrażliwość mamy.

Jednak ta moja hipoteza nie jest całkiem, jak sądzę, nieużyteczna, bowiem: po pierwsze - z instynktem linczu spotykamy się i będziemy się (niestety) spotykać ze strony innych (bez wskazywania palcem, każdy wie); a po drugie - jeśli mam tu rację, potwierdzałoby to ogromne znaczenie stosowania właściwego w danej sytuacji typu agresji w całej naszej prehistorii.

(Z tym, że agresja to nie musi być, oczywiście, koniecznie zabijanie, czy choćby bicie, co zresztą wynika także z naszych tu wzmianek o "Szkłach Kontaktowych" tego świata. Prosiłbym o wzięcie tego zastrzeżenia pod uwagę, choćby w przyszłych ew. donosach. Ja tu nikogo do niczego nie podburzam, po prostu staram się rozwikłać mechanizmy.)

I to by było na tyle (bo jeszcze zacznę pisać o Korwinie, który akurat w tym kontekście pięknie, choć zarazem obrzydliwie, się odnajduje, a to by mi wykoleiło cały ten, naukowy do szpiku kości, wywód). Formalnie nic do domu nie zadaję, ale proszę przemyśleć dzisiejszy wykład i może nam się uda te myśli razem rozwinąć. Proponuję pójść np. tropem ew. związku tych spraw z szeroko pojętym satanizmem.

A teraz z Bogiem i uważajcie na ogony, kiedy będziecie wracać do swych przytulnych mieszkanek!

triarius

O naszym narodowym kalectwie

Obejrzałem sobie wczoraj (parę godzin temu, ale piszę po północy) powtórkę sobotniej gali bokserskiej z Krakowa. Zaskakująco dobre walki, dwie zakończone efektownymi nokautami (jeden zanim upłynęło półtorej minuty), wyniki przeważnie całkiem inne niż przepowiadali eksperci... Ale my nie o tym.

To był chyba Adamek, który wchodził do ringu przy akompaniamencie jakiegoś szemranego "patriotycznego popu". I w tym popie było coś, że: "Jeszcze nie zginęli, wszystkim pokażemy jak wojować..." Coś w tym duchu.

No i smutno mi się zrobiło, bo akurat ostatnio rozmawialiśmy sobie o tej przedziwnej, i tak dla Polski zgubnej, niezdolności naszych rodaków do rozpoznania i samemu stosowania AGRESJI ASPOŁECZNEJ - a czymże jest to "pokazywanie wszystkim", jeśli nie, znowu, AGRESJĄ SPOŁECZNĄ... Tam, gdzie nie ma na nią w ogóle miejsca,

Przypomnę: agresja SPOŁECZNA to wszelkie formy RYWALIZACJI, przepychanek o prestiż, pozycję w stadzie - rywalizacja, czasem nawet walka, ale jednak nie na całego, z pewnymi instynktownymi i/lub wyuczonymi zahamowaniami, konwencjami, rytuałami... Które do tego typu rywalizacji jak najbardziej pasują, ale przy innym mogą tylko szkodzić... Nawiązując do owego nieszczęsnego "patriotycznego popu" - "POKAZYWANIE" komuś czegoś, choćby nawet było i bardzo brutalne, to z definicji agresja SPOŁECZNA.

Agresja ASPOŁECZNA to taka, w której liczy się jedynie CEL i SKUTECZNOŚĆ, że tak to w skrócie określę. Mogą w niej być jakieś ograniczenia, ale  wynikające z obiektywnie odczytywanej sytuacji, a nie z zahamowań związanych z agresją wewnątrz własnej grupy. Agresja społeczna to np. bójka, bo ktoś kogoś popchnął i nie dość ładnie przeprosił.

Oraz, niestety, niemal wszystko to, co Polacy robią w ramach "polityki", łącznie z walką o niepodległość. (Nie mówimy tu o komuchach, agenturach i Platformach - powiedziałem "Polacy"!) Agresja aspołeczna to zabijanie dla mięsa, rabowanie dla zysku, tępienie wroga bo inaczej się nie da...

Nie mówimy teraz o rzeźnictwie, z którym chyba wszystko u nas jest w miarę normalnie, tylko o stosunku do wrogów i różnych takich szemranych co się wtrącają, o polityce, o walce o wolność, itd. No a wtedy u nas niezmiennie: "Polak z Polakiem", wierszowane hasełka, ckliwe cytaty z JP2, szmirowate piosneczki, dopraszanie się o lepsze traktowanie... A potem dziwienie się, że nas znowu wyjebali bez mydła.

No więc smutno mi się zrobiło, bo moje niedawne odkrycie - że Polacy nie tylko kompletnie nie potrafią rozróżniać tych dwóch rodzajów agresji, ale w dodatku oni się agresją aspołeczną po prostu dziko brzydzą - tyle że nie w swoich wrogach (bo tam tego nawet na ogół nie rozpoznają), tylko we własnym wykonaniu! (We wrogach oni może nawet też się i TEORETYCZNIE brzydzą, tylko co z tego by miało wynikać? Wrogowi to lata, albo nawet się z tego qui pro quo dziko raduje.)

Może tego jeszcze sobie dość wyraźnie nie powiedzieliśmy, więc powiedzmy: NA AGRESJĘ ASPOŁECZNĄ JEDYNĄ SKUTECZNĄ ODPOWIEDZIĄ JEST AGRESJA ASPOŁECZNA. (Mówiąc całkiem ściśle, w rzadkich wypadkach może to być także agresja PROSPOŁECZNA, ale w rzadkich i tym się w tej chwili nie ma powodu zajmować.)

I dlatego właśnie owa przedziwna niezdolność Polaków jest po prostu samobójczym kalectwem. Oryginalny hymn głosił, że "szablą odbierzemy", ale minęło nieco lat i rodacy ulepszyli to - nie "kałachem odbierzemy", skoro szabla już nie pasuje, tylko "WSZYSTKIM POKAŻEMY". Jakby jakieś pokazywanie mogło w tego typu sytuacjach - "jeszcze żyjemy" - wiele zmienić!

Cały czas myślmy o tej międzynarodowej publiczności, którą kolejny raz (?) mamy obowiązek zachwycić i wprawić w podziw. TO jest recepta dla Polski! Nie wiem czy kogoś przekonałem, ale dla mnie to paranoja, sorry! Wracając zaś do oglądanego programu, to pogrążyłem od tego "patriotycznego popu" w smętnych rozmyślaniach, bo walka się jeszcze nie zaczęła i miałem nieco wolnego czasu. I nagle olśnienie...

Uświadomiłem sobie mianowicie, że przesławny wiersz Hansa Kochanowskiego, którym nas katowano w prlowskich szkołach, też, co najmniej pośrednio, propaguje tę samą narodową chorobę, a może nawet sam na nią cierpi. (ERRATA: Komentator uświadomił mi, że to nie był Hans, tylko niejaki Mikołaj Rej. Faktycznie, teraz już pamiętam, sorry! Ale nie będę tego już zmieniał - niech dr. Alzheimer też ma tutaj swój zasłużony pomnik. W każdym razie ten Rej został w końcu protestantem, więc "tym gorzej dla faktów, itd.")

Choć to ogólnie bardzo ważna sprawa, nie jest nawet w tej chwili specjalnie istotne, że ten wiersz, jeśli wierzyć Coryllusowi-Maciejewskiemu (a ja mu w tym wierzę, bo inaczej bym przecież nie napisał "Hans Kochanowski")  wcale nie był przejawem patriotyzmu, tylko antyłacińską protestancką propagandą pod hasłem "Biblia w językach narodowych". Co w ówczesnej polskiej sytuacji należy uznać za w sumie robotę agenturalną.

Jeśli ten gość uznał, że do rodaków trafi "niechaj wżdy narodowie cośtam postronni znają", to widać wiedział, że rodacy na tego typu argumenta łasi i wrażliwi, zgoda? A to był wiek XVI, więc już wtedy byliśmy tym pawiem i papugą, i już wtedy być może mieliśmy problem z rozpoznaniem prawdziwych problemów, w przeciwieństwie do zakompleksionego grania pod publiczkę.

Nie jest to, ściśle biorąc, dowód, że już wtedy byliśmy dotknięci kalectwem, o którym tu sobie rozmawiamy, ale może to sugerować, że już wtedy byliśmy na tego wirusa podatni. Hans nie nawołuje, by "narody postronne" mieć w nosie, ewentualnie wziąć je za mordę, tylko to co pisze. O gęsiach. Ale nic w tym duchu, że: "jeśli oni nas porównują do gęsi, to zróbmy im kęsim!" Co by, moim skromnym, miało więcej sensu i wdzięku.

Może to w ogóle nie jest żaden problem, powie ktoś? Niestety, mogę się mylić, ale ja ostatnio sporo na ten temat myślałem i doszedłem do sporej ilości interesujących wniosków. Mógłbym już na temat tej opozycji agresji SPOŁECZNEJ i ASPOŁECZNEJ napisać, jeśli nie książkę, to na pewno broszurę. W niej zaś musiałbym wyrazić przekonanie, że kwestia tych dwóch rodzajów agresji z każdym dniem wydaje mi się bardziej i bardziej podstawową sprawą we wszelkiej polityce.

To naprawdę musiało odgrywać zawsze poważną rolę w historii, choć takich przypadków jak Polacy, którzy zdają sie być na te rzeczy całkiem ślepi, nie mogło być w dziejach wiele. Bo to po prostu to nie sprzyja przetrwaniu! - mówiąc bardzo oględnie.

Podsumowując tę długą i pokrętną opowieść, powtórzę, iż niezdolność do rozróżniania rodzajów agresji - a szczególnie odróżniania agresji SPOŁECZNEJ od ASPOŁECZNEJ - oraz praktykowania wobec wrogów, okupantów i zdrajców agresji ASPOŁECZNEJ (która w takich sytuacjach jest niemal zawsze jedyną skuteczną), to nie tylko polska wada narodowa, ale po prostu POLSKIE NARODOWE KALECTWO, za które płacimy od stuleci i za które płacić będą jeszcze nasze ewentualne (jak Bóg pozwoli im zaistnieć) pra-prawnuki.

(Swoją drogą, istnienie u nas takich zjawisk jak "patriotyczny pop", albo nawet "patriotyczny rap", też może mieć z tym polskim kalectwem pewien związek. Zapewne nawet całkiem istotny związek, choć to na razie tylko moja mglista intuicja. Przynajmniej oficjalnie.)

triarius

środa, listopada 05, 2014

Polska więzieniem Europy

Zachodnie telewizje na tasiemkach pokazują info, że oto Polska miałaby u siebie więzić tego tam serbskiego generała, którego ten tam międzynarodowy trybunał skazał za rzekome zbrodnie na dożywocie. Sąd Rejonowy w Warszawie miał na razie stwierdzić, że to zgodne z prawem.

Niemal całe powyższe mógłbym oczywiście wziąć w cudzysłów, bo to i szemrany trybunał, który odważa się podskoczyć co najwyżej Serbom i innym podludziom; i "Polska", gdzie Polacy nie mają nic do gadania; i sąd w którym wyroki wydaje ten czy inny sędzia Nakrętka z rodowodem...

Mógłbym też ten temat rozwijać i uczynić z tego przepiękną literaturę, bo to i dobry doktor Mengelman, na którego świat czeka, żeby wreszcie zrobił tu jakiś cywilizowany porządek, przebiera niecierpliwie kopytkami... I masa innych, równie radosnych, rzeczy. Ta akurat sprawa zasługuje jednak, by ją podać bez fioritur (a ja akurat mam coś do roboty).

Trzeba powiedzieć po prostu, że to granda co się robi z nieszczęsną Polską! Że na pochyłe drzewo nawet kozy skaczą, to przecież nasz ludek wiedział od dawna, więc, z drugiej strony, czemu się dziwić? Oczywiście to całą pewnością wcale nie koniec - będzie takich rzeczy więcej i więcej, Aż do KOŃCA.

triarius

niedziela, listopada 02, 2014

Dobre rady, mentalne zatory i kryzys Kościoła

Przeczytałem właśnie, jak to od jakiegoś czasu robię niemal codziennie, najnowszy tekst by MatkaKurka... Przez niemal cały tekst było OK, choć bez wielkich wstrząsów, za to zakończenie wstrząsnęło mną potężnie, i to nie w jakimś pozytywnym sensie. Po prostu mną rzuciło. Chodzi o ten oto kawałek:

http://kontrowersje.net/refleksje_ateisty_nad_fenomenem_katolicyzmu


Zacytuję zresztą, chyba nie będzie to pogwałceniem żadnych tam praw. Oto słowa, od których włosy mi się na plecach jeżą:

Jeśli Kościół Katolicki nie pozbiera się i nie znajdzie pomysłu na istnienie po dwóch tysiącach lat, to przepadnie w jeden dzień jak greccy bogowie. Oczywiście nie mówię o święceniu prezerwatyw i sakramencie dla „związków partnerskich”. Mam na myśli taką rewolucję jak zwrócenie się kapłana do wiernych i mówienie w języku wiernych, obie te „reformy” zatwierdziła hierarchia. Teraz potrzeba czegoś równie spektakularnego i jeśli miałbym podpowiadać, to zniósłbym celibat, najgłupszy z katolickich wynalazków, źródło wszelkich nieczęści i problemów Kościoła. Tyle refleksji, jeśli strasznie zgrzeszyłem, to proszę o pokutę, mam nadzieję, że nie bluźniłem.
Tematów, i to ważnych, jest tu potencjalnie co niemiara, ale dzisiaj postaram się powstrzymać rumaka i skoncentrować się na sprawie najważniejszej. Muszę jednak pokrótce parę spraw wyjaśnić. Otóż:

- sam, tak jak MatkaKurka, jestem "w sumie" ateistą, choć pod względem kulturowym i uczuciowym bardziej chyba jestem związany z katolicyzmem od wielu jak najbardziej słusznych i poprawnych dzisiejszych katolików (że już nie będę tego słowa brał w cudzysłów, choć ręka mnie świerzbi);


- moje serce należy do kościoła sprzed Soboru Watykańskiego - tego trydenckiego kościoła - i w moim przypadku nie jest to wyłącznie kokieteria, bo ja jestem w tej szczęśliwej (?) sytuacji, że naprawdę tamten kościół pamiętam, choć fakt, że już wtedy, gdzieś w trzeciej klasie podstawówki, zacząłem wiarę tracić, i to wcale nie ze względu na jakąś materialistyczną propagandę (na którą jestem dziwnie odporny), a arystokratyczna babcia "uświadomiła" mnie politycznie już wcześniej, tylko po prostu ja tak wyraźnie mam;


- nie uważam, jak niektórzy cenieni przeze mnie publicyści, by ultramontanizm był dla Polski - dzisiaj, lub zresztą kiedykolwiek - rozwiązaniem któregokolwiek z jej problemów... ultramontanizm może się sprawdzić, w ziemskim bycie, bo nie mówię o zbawieniu duszy, jedynie w przypadku krajów takich jak niegdysiejsza Hiszpania czy Austria - które potrafiły wejść w rolę karzącej ręki i miecza Papiestwa - nie zaś w przypadku krajów peryferyjnych i wiecznie zagrożonych (także przez niewiernych), które katolickiej polityki nigdy nie tworzyły, co najwyżej jej SŁUŻĄC, krwią, potem i innymi zasobami... (ważny temat, ale na razie o tym tyle);


- sam mam specyficzne teologiczne gusta i różne związane z tym idiosynkrazje, o których potrafię czasem wspomnieć w prywatnej rozmowie, albo nawet w sieci - na przykład mam przekonanie do Marcjona, który, gdyby zwyciężył, nie mielibyśmy problemu z barbarzyństwem i po prostu podłością wysławianymi w Starym Testamencie (obok wielu niesamowicie pikantnych historyjek, których, na szczęście dla cnoty wiernych, nikt nie stara się zrozumieć), z czego wynikłoby także parę bardzo praktycznych i bardzo istotnych spraw, o których zamilczę, sapienti sat.


Tak że, przyznaję, sam nie jestem bez grzechu, do świętości mi daleko, i o żaden kardynalski kapelusz się nie dopraszam, choć było w historii nieco kardynałów, i mniej religijnych, i mniej przyzwoitych ode mnie. Nie chodzi mi też tutaj o to, żeby się tu kreować na najwierniejszego syna i obrońcę, którego rady czyta się w Watykanie z wypiekami.  Bóg mi świadkiem jednak, że staram się być lojalny i chyba raczej jestem. 


Czasem, nawet może aż za bardzo, bo mnie to jeszcze bardziej oddala od ortodoksji. Tej dzisiejszej, żeby już nie rozwijać tego tematu. Ale qui aime bien, châtie bien, jak się kiedyś mawiało, a czasem nawet i praktykowało. (A wy możecie sobie przetłumaczyć w guglu... Niestety jednak nie, bo gugiel pisze pierdoły, sorry!)


* * *


Teraz do naszej najistotniejszej sprawy... Wierzę, że Kurak też dobrze życzy Kościołowi (wbrew opinii paru ludzi, których cenię, a oni mają na jego temat masę podejrzeń), i że ze szczerzego serca udziela Kościołowi dobrych, w swoim mniemaniu, rad, które mają mu pomóc przetrwać więcej, niż te dotychczasowe dwa tysiące lat. Z tym się chyba możecie zgodzić? 

No to teraz - jakie ma być to największe zagrożenie? Odwrócenie się od Kościoła wiernych, tak? No bo do tego mają zmierzać te wszystkie światłe rady. Kościół ma jeszcze parę innych problemów, ale te rady dotyczą akurat tego aspektu. (Plus ew. "problemu pedofilii" w związku z tym celibatem, ale ten problem w ogóle jest dość szemrany, jak większość tego, o czym wrzeszczy lewizna.) Wierni mają się odwrócić od Kościoła, jeśli ten się szybko i skuteczenie nie zmodernizuje i nie stanie do nich otworem. No a jak jest z ISLAMEM, że spytam? 


Wiem, że islam nie jest w tej chwili popularny, zresztą trudno by był bardzo popularny dla katolika, ale jest to niewiątpliwie religia, istnieje nieco krócej od katolicyzmu, ale nie aż tyle krócej, a problemów z odwracaniem się odeń wiernych ewidentnie wciąż nie ma. Nie ma co hodować w sobie mentalnych zatorów, które by uniemożliwiały stawianie podstawowych pytań - tylko dlatego, że kogoś, mniej lub bardziej słusznie, nie lubimy.


Nie mówię oczywiście, że katolicy mają zarzynać barany w ramach kultu, albo wysadzać się w powietrze, ale jednak fakt, że tamci to robią, zdaje się świadczyć, że swoją religię traktują, nadal, ogromnie poważnie. Zgoda? Dlaczego ją tak poważnie traktują? Dlatego, że "stoi do nich otworem"? Że jest łatwa i przyjemna? Że niczego nie wymaga? Że jest zgodna z "najnowszymi odkryciami nauki"? (Że już o mitycznych  "prawach człowieka" nie wspomnę, bo to w ogółe żenada.)


Otóż nie! Muzułmanów jest dziś na świecie coś chyba ponad miliard, z czego Arabów tylko drobna część, a przecież Święta Księga jest po arabsku, w dodatku w trudnym i archaicznym języku, a tylko to ma dla wyznawców religijną wartość. Więc, chcą czy nie chcą, muszą się tym obcym językiem posługiwać, a przedtem jeszcze się go nauczyć. Żeby już nie przypominać innych obowiązków muzułmanina.


Celibatu faktycznie nie mają, ale ja tu nie piszę ulotki reklamującej islam, więc mogę z przekonaniem powiedzieć, że celibat jest akurat ogromnym osiągnięciem katolicyzmu. Nie tylko ja tak zresztą uważam, bo spotkałem się z tą opinią w sporej ilości mądrych książek. 


Religie nie mającej celibatu, a będące nieco choćby bardziej skomplikowane od islamu - który w końcu skomplikowany nie jest, choć za to ma ambicje kształtowania całego społecznego życia - degenerują się o wiele szybciej, niż (sorry wrażliwe dusze!) zdegenerował się po tych dwóch tysiącach lat katolicyzm. (A my przecież jeszcze dziś, mimo wszystko, próbujemy i mamy nadzieję, że uda nam się go uratować.)


Tak że - dla Matki Kurki i dla wszystkich myślących o tych sprawach tak jak on, pytanie: 


DLACZEGO ISLAM WCIĄŻ NIE TRACI WIERNYCH, CHOĆ FRONTEM DO NICH NIGDY STANĄĆ PRZECIEŻ NIE RACZYŁ? 


JAKI JEST POWÓD, DLA KTÓREGO KATOLICYZM NIE MOŻE POSTAWIĆ WŁAŚNIE NA ANALOGICZNĄ WIERNOŚĆ STARYM ZASADOM I ODWIECZNĄ TRADYCJĘ?


Zrozumiem (choć mnie to absolutnie nie zachwyci), jeśli ktoś powie: POSTĘP, PRAWA CZŁOWIEKA, NAUKOWY ŚWIATOPOGLĄD... Albo jeśli powie: to są prymitywy, nic nie kapują, my, młodzi wykształceni z dużych miast natomiast... Jednak gadka o nieuniknionej śmierci Kościoła z powodu rychłego odejścia od niego wiernych - zrażonych do tak archaicznej i mało człowiekolubnej instytucji, to, moim zdaniem, albo ordynarne kłamstwo albo skrajna bezmyślność. Sorry, ale takie jest właśnie moje zdanie, i nie od dzisiaj!


triarius


sobota, listopada 01, 2014

O nieznanym geniuszu i największej z Kopernikańskich Rewolucji

Widząc jałowość wszystkich dotychczasowych wysiłków stworzenia ziemskiego raju, oraz nikły związek wszelkiego postępu z ludzkim szczęściem, jakiś nieznany geniusz wpadł w końcu na pomysł, że o wiele prościej będzie po prostu stworzyć piekło, tylko trzeba wbudować w nie mechanizm zdolny przekonać wystarczającą ilość ludzi, że żyją w raju. Jak pomyślał, tak i zrobił. a teraz my mamy to na codzień.

(Trochę mnie kosztuje, by to przyznać, bo, jak niektórzy wiedzą, mam swoich faworytów wśród Kopernikańskich Rewolucji , ale) TO własnie była Kopernikańska Rewolucja największa z nich wszystkich, a ten geniusz powinien mieć pomnik na każdym skwerku, być opiewany w tysięcznych "Odach do radości", i co tam jeszcze - bo też nikt tak jak on nie ukształtował naszego dzisiaj życia i nikt nie uczynił nas tak nieludzko szczęśliwymi.

triarius

czwartek, października 30, 2014

Jak Korwin z Misesem Marksa i Lenina ulepszali

Karol Marks jako intelektualista miał różne wady, plus nieco zalet, ale jego stricte filozoficzna robota, jak każdy wie, polegała na tym, że "przestawił Hegla z głowy spowrotem na nogi". W sensie, że filozofia Hegla "stała na głowie", czyli nie tak jak należy, a Marks wziął i przywrócił jej właściwą pozycję. Konkretnie o co chodzi? Przypomnijmy to sobie pokrótce, choć każdy przecież pamięta.

U Hegla "Duch Świata realizuje się w Historii" - to jego najistotniejsza idea. Czyli Historia, ta ziemska, ludzka, jest dziełem tego Ducha, rozwija się i mamy stały (nie bójmy się tego słowa!) postęp. Bardzo w tym ważne jest pojęcie Państwa, bo to właśnie one pchają Historię naprzód. Duch Świata się w nie po prostu wciela - ale zawsze tylko w jakieś jedno Państwo i te "wybrane" państwa się na przestrzeni dziejów zmieniają.

Dla samego Hegla szczytem dotychczasowego rozwoju było oczywiście państwo Pruskie, więc Hegla daje się interpretować zarówno jako ideologa pruskiego konserwatyzmu, jak i niemal rewolucjonistę - no bo niby dlaczego akurat Prusy miałyby być końcem tego rozwoju, wiec kiedyś muszą stracić swą pozycję i znaczenie i zaczną dominować jakieś inne, a z nimi bez wątpienia rzeczy, o których się filozofom nie śniło.


* * *

Dygresja

Hegel to nie był żaden dureń, jak nam próbują wmawiać różni jarmarczni propagandziści. W istocie znawcy mają go za bardzo wybitnego filozofa, choć większość dziś przyznaje, że nie we wszystkim miał rację. Ale nawet to słynne, ulubione przez jarmarcznych, "tym gorzej dla faktów" ma w istocie całkiem inne znaczenie, od tego, co nam się stręczy.

Ogólnie to jest ciekawe zjawisko, że pismacy tak chętnie wykorzystują różne sformułowania, z głupoty czy świadomie wypaczając ich prawdziwy sens. Na przykład "Żydzi i cykliści", albo te właśnie "fakty" Hegla. Żeby już nie wspominać o czymś, co mnie szczerze wkurwia za każdym razem, gdy to słyszę - o "orkiestrze na Titanicu". 

Cóż - trywialność i głupota zawsze będzie potrzebowała bonmotów, więc, aby przeżyć, musi je kraść gdzie się tylko uda. Oczywiście przeważnie wypaczając ich sens, ale to przecież w tym kontekście sprawa bez znaczenia.

* * *


Ten "Duch Świata" daje się oczywiście bez trudu rozumieć jako Bóg. Sam Hegel tak to rozumiał, a ten jego Bóg na tle modnego wówczas Boga deistów rzeczywiście wydaje się niemal przyzwoicie chrześcijański. (Byli też hegliści idący w tym dalej, uczyłem się kiedyś o jednym takim urzędującym na Uniwersytecie w Uppsali, który heglowskiego Boga uczynił wprost osobowym.)

No i ten Bóg nie podobał się Marksowi, który był, jak wiadomo, "materialistą" i ateistą. Cała kwestia materializmu, kiedy jej się bliżej przyjrzeć, jest raczej bezsensowna - w końcu te tam prawa rozwoju historycznego u Marksa to żadna materia nie jest! - choć już przyjmowanie istnienia jakiegoś świata pozazmysłowego, mającego wpływ na ten nasz widzialny, nie mówiąc już o osobowym Bogu, to na pewno co innego niż nieprzyjmowanie.

Duch Świata stał się więc w marksowskiej interpretacji filozofii Hegla "po prostu" EKONOMIĄ. To siły ekonomiczne powodowały stały rozwój ludzkiego społeczeństwa na Ziemi i stały, nieunikniony, Postęp. Marks był też, w odróżnieniu od Hegla, nastawiony negatywnie do otaczającej go społecznej, politycznej i ekonomicznej rzeczywistości i pragnął radykalnych zmian.

Nie chcielibyśmy tu robić Marksowi psychoterapii, ale bez większego ryzyka możemy chyba stwierdzić, że nie podobało mu się, że ci co mają dobra i kapitał to są właśnie ci, co je mają, a on sam, jemu podobni, jego kumple i zwolennicy, znajdują się na tej drabinie posiadania niziutko. I nic, poza bardzo radykalną zmianą stosunków własności nie ma szansy tego zmienić. Z Heglem było inaczej.

Tak więc STOSUNKI WŁASNOŚCI były dla Marksa esencją ekonomii, ale kiedy się, z konieczności, uczestniczyło w tylu kursach Marksizmu Leninizmu, Ekonomii Marskistowskiej, czy jak to się wabiło, jak ja, to człek wie, iż to nie tylko stosunki własności rzekomo określają całą "Bazę" i determinują wszystko w "Nadbudowie"...

Sposób produkcji, wykorzystania dóbr (żeby nie mówić o "dystrybucji", które to słowo zostało częścio zmonopolizowane przez pewną sektę i ma specjalne znaczenie), wynalazczość, organizacja pracy - wszystko to (i zapewne sporo rzeczy, które mi teraz do głowy nie przyszły) stanowi te "Siły Ekonomiczne", które w "postawionej spowrotem na nogach" heglistycznej filozofii (czy może tylko "ideologii") Marksa decydują o wszystkim i wszystko determinują. (W każdym razie w "Nadbudowie".)

Marksowi "stosunki własności" (które, jak wiemy, w postaci z jaką się osobiście spotykał, nie były mu w smak) na tyle nie pasowały, że jako ostateczne osiągnięcie ludzkości wymarzył sobie ich całkowitą likwidację. Jak? A przez zniesienie własności prywatnej przecie! Inaczej Komunizm. Idealny ustrój, gdzie żadnej Ekonomii już nie będzie. Nie będzie już potrzebna do niczego i wszyscy będą nieopisanie szczęśliwi.

Marks nieco tam Heglowi zmienił, ale w sumie to jest przecie ta sama wizja świata - prawda? Która stara się być na odmianę świecka, która realnie jest rewolucyjna, a nie raczej konserwatywna, choć nieco niepewnym konserwatyzmem, ale jednak mamy jakieś X, które się w Historii Ludzkości realizuje, zmienia ją w kierunku coraz to większej doskonałości... I tak dalej.

Kołakowski, jak wszyscy wiedzą, nazywa marksizm "ostatnią wielką chrześcijańską herezją", co mnie o tyle bawi, że jak raz gdzieś słowo "judeochrześcijański" akurat pasuje, to się go nie używa, ofiarowując nam, chrześcijanom (choć ja się nie za "chrześcijanina" uważam, tylko za katolika, ale to inna sprawa) Marksa z przysłowiowym dobrodziejstwem inwentarza.

Bawi mnie to, albo nawet lekko wnerwia, jednak Kołakowski ma chyba rację, że marksowska wizja, i marksistowska "filozofia", wcale nie są czymś od religii odległym, a raczej właśnie po prostu jest to także swego rodzaju religia, czy może raczej para-religia.

Zaklęcia o "materialiźmie",  "ateiźmie" i cała reszta wiele tu nie znaczą - to jest przecież o wiele bardziej religijna wizja, i bardziej nawet "judeochrześcijańska", od powiedzmy deizmu, z jego dalekim, obojętnym i w sumie bezilnym Bogiem, który w sumie nie miał już powodu kogokolwiek interesować. (Poza oczywiście "mędrcami", którzy po prostu muszą się czuć lepsi, "znając prawdę". Jak Wolter, Robespierre, czy współcześniejszy nam Korwin, który się też jako deista deklaruje.)

Jeśli zaś marksizm jest rzeczywiście w sumie religią, albo czymś bardzo podobnym, no to pojawia się w tej całej wizji jeden, dla człowieka religijnego dojmujący, problem. Otóż to X, które w sumie jest Duchem Świata i Bogiem (choć oczywiście ach, jakże świeckim!) miałoby na końcu zaniknąć, jako coś wrogiego osiągnięciu przez ludzkość idealnego i (nie bójmy się tego słowa!) RAJSKIEGO stanu szczęśliwości?!

Ten Bóg (świecki jak cholera, ale przecież Bóg!) miałby SAM Z SIEBIE tworzyć Postęp, rozwijać świat, udoskonalać go... Po to tylko, żeby na końcu zniknąć? Zawstydzony, że nie pasuje do Ideału? Do ZIEMSKIEGO RAJU? To przecież absurd dla każdego poważnie tego typu sprawy - czy nazwiemy je "religią", czy też "materializmem historycznym", nieważne - traktującego człowieka. Absurd, horrendum, herezja i bluźnierstwo w jednym!

Trzeba by coś z tym zrobić, prawda, skoro ta ideologia ma być doskonała i skończona. Ekonomia musi więc POZOSTAĆ z Ludzkością DO KOŃCA! To jedno jest pewne od samego początku. Jak to zrobić, jak to zrobić...? Wcale nie musi to być aż tak trudne - po co nam jakiś punkt końcowy Postępu i Rozwoju Ludzkości? On tylko przeszkadza, mąci i wprowadza zamieszanie. Damy Postęp aż do NIESKOŃCZONOŚCI!

Po co niby Postęp miałby się w ogóle kończyć? Myślenie o końcach, jakie by one nie były, nigdy nie nastraja optymistycznie, Nie poprawia trawienia, nie polepsza snu ani wydajności w pracy. Won z nim! (W innej pisowni "von".) Jeszcze by się komuś w głowie uległa myśl, że Ludzkość (ach!) wcale nie ma szansy istnieć WIECZNIE... Zgroza!

Mamy więc teraz sobie nasz poprawiony marksizm... (Że też ten Marks sam nie potrafił na takie proste genialne rozwiązanie wpaść!) A nawet i leninizm, który przecież, poza sporą ilością praktycznych uzupełnień i poprawek opiera się na dokładnie tej samej wizji świata... I wszystko zaczyna idealnie pasować. Prawda?

Lemingom wmówi się parę prostych rzeczy i będzie git. Po pierwsze, że totalne zdanie się na odnowioną "judeochrześcijańską" OPATRZNOŚĆ w postaci ślepej siły "wolnego rynku" to jest dokładnie to samo, co wolność założenia sobie sklepiku bez łaski lokalnego kacyka... Łykną to, bo to w wiekszości durnie, a nawet jak nie, to pryszczate wyrostki nie mające o świecie pojęcia, albo zapracowani "prywatni przedsiębiorcy", nie mający czasu i głowy do analizowania ideologicznych "prawd".

Co ze STOSUNKAMI WŁANOŚCI? A po co o nich w ogóle gadać? Locke (klasyk i ojciec liberalizmu, gdyby ktoś nie wiedział, piszący pod koniec wieku XVII) miał akurat "świętej własności" dziką obsesję, czy może raczej widział powód, by ją usilnie propagować, ale teraz jest inna sytuacja przecież!

Ludzie (czy co to tam jest, nikt tego do końca nie wie) płacący propagandzistom "wolnego rynku" i innych tam "libertarianizmów" nie widzą potrzeby, by zwracać uwagę proli na drażliwe kwestie, do jakich należy właśnie własność. Kiedy ktoś  na nią podniesie rękę - oczywiście, rękę tę partia... Czy kto tam, odetnie, wznosząc oburzone okrzyki o jej świętości. I tak jest słusznie. Nieważne z czego się ta własność wzięła - ona jest święta, przez samo to, że jest własnością.

Ktoś kto ma własność, nie jest, z definicji, prolem, i to się liczy! Locke, w tych dawnych czasach, bronił "świętej własności" przed zachłannością monarchii, przed postulatami religii, przed ludzkim poczuciem sprawiedliwości, przed interesem państwa - dzisiaj my, posiadacze ŚWIĘTEJ WŁASNOŚCI (ach!) mamy już monarchę, religię, sprawiedliwość, a bronimy się, czy może oganiamy jak od much, przed prolami.

Mądrość etapu! O własności przypominamy jedynie, gdy to jest absolutnie niezbędne, gdy ktoś na nią świętokradczą łapę podnosi. Inaczej sza, prole do roboty i nie mędrkować! I za to się płaci - na różne, bardzo nieraz wyrafinowane sposoby - dzisiejszym prorokom "wolnego rynku". Locke dostawał za coś nieco innego, bo i mądrość etapu była inna, i jednak nieco bardziej wprost.

Tak że sobie chyba wykazaliśmy, iż owa ideologiczna strawa, którą nas karmią Misesy i Korwiny tego świata, to w istocie ta sama strawa, którą lud karmili Marks (choć intelektualnie to był jednak nieco inny poziom) i Lenin. Q.E.D.

Acha - tytułowego Misesa chyba w ogóle nie wspomniałem? No to wspominam, mówiąc że to dokładnie ta sama parafia i ten sam poziom. I tam się jeden na drugiego powołuje, myśli jego twórczo, po linii i na bazie, rozwijając - więc gość też jak najbardziej tutaj nam pasuje.

* * *

Może jeszcze wam powiem, co mi przed chwilą przyszło na myśl. Zupełna błahostka, a nawet tylko zwykły "mem", ale może warto. Otóż... Czy nie widać istotnego podobieństwa, nawet z wyglądu, między Korwinem i Obamą? Może ktoś by sporządził taki "memowy" obrazek, na którym Korwin, najlepiej w tym białym mundurze Regenta, z ordreami, wykrzykuje: "YES WE CAN!"

No bo to przecież zupełnie ta sama sytuacja! Z rzekomą "nową siłą" i dokładnie taką samą zgrają ogłupionych lemingów, które już całkie straciły orientację i po prostu chcą uciec od tego, co mają dookoła. (To się chyba nazywa "histeria", o czym sobie kiedyś już tu zresztą mówilśmy.) Że to, co dookoła jest paskudne, to fakt - ale Korwin?!

(Z tym, że w przypadku Obamy był jeden sensowny i moralny powód, by na niego głosować. Równość ludzi różnych "ras" i oddanie sprawiedliwości Czarnym, których, nie oszukujmy się, traktowano tam przez długi czas paskudnie, a w ogóle to sprowadzono jako niewolników. Nawet to, moim zdaniem, nie powinno uczynić akurat z Obamy prezydenta, choć rozumiem chcących głosować na "kolorowego". U nas nie ma jednak nawet cienia takich powodów, żeby z Korwina uczynić choćby sołtysa.)

Zresztą nawet z wyglądu ci dwaj są dość do siebie podobni, oczywiście z ogromną przewagą tej plastikowej Barbie zza oceanu. Jeden wprawdzie nieokreślonego koloru i pochodzenia, a drugi... Wiadomo... Nie powiem "jak zawsze", ale dziwnie często, jak na to, że rzekomo takich tu prawie nie ma...

No i z głębokiego PRLu, a konkretnie z odnogi PZPR (Polska Zjednoczona Partia Probotnicza - 4 słowa, 4 kłamstwa, co już b. dawno zauważono) pod nazwą Stronnictwo Demokratyczne. Słodkie u zoologicznego wroga D***kracji! Reszta drogi równie mętna i podejrzana. W każdym razie ja podobieństwo dostrzegam. "YES WE CAN, TOWARZYSZE KORWINIĘTA!"

triarius

P.S. Uważać na ogony, jak będziecie wychodzić. I nie gromadą, tylko pojedynczo!