środa, lipca 04, 2018

O gotowaniu żaby i innych przejawach żabiej prawicowości

Gotowanie żaby
Czyta się czasem w blogowych błyskotliwostkach o "gotowaniu żaby", choć oczywiście nigdy w jakimś głębszym, sensownym zastosowaniu, no bo tradycja "najweselszego baraczku" wiecznie żywa, to jest to co nas kształtuje, co nas przecież właśnie czyni Polakami (ach!), JP2 był największym takim w historii (podwójne ach!), zaś (i któż by śmiał wątpić?) Ziemkiewicze, Ogórki i poetycka twórczość Wolskiego to nasza Najświętsza (ach!) Narodowa Tradycja...

A jednak ta żaba to całkiem ciekawy i istotny temat, który właśnie chciałem poruszyć w sposób, na odmianę, sensowny i żeby coś z tego wynikało. No więc - dlaczego ta żaba spokojnie, a nawet, jak się wydaje, nieraz radośnie, daje się gotować, zamiast powiedzieć, grzecznie ale stanowczo: "Bardzo przepraszam, ale robi się nieprzyjemnie i ja stąd, daruje szanowne towarzystwo, wybywam!"? Istotna, prawda, sprawa i jakże treścią nabrzmiała, a nawet (mówiąc językiem średniego Gierka) nabolała.

Otóż ta żaba, tak mnie nagle oświeciło po wysłuchaniu dwudziestej trzeciej powtórki dzisiejszego genialnego przemówienia Naszego Premiera do Brukselskiej Lewizny, zajęta jest właśnie wtedy przeżuwaniem jakiegoś takiego genialnego przemówienia sprzed paru dni, albo sprzed paru godzin! Ew. ostatniego dowcipu któregoś z naszych licznych "na prawicy" Ziemkiewiczów. I myśli ta żaba, marszcząc czoło, jak przeniknąć lotność takiego dowcipu, albo tego przemówienia. A jeśli przeniknie, no to się cieszy. Jakże ona się cieszy!

Jakże ona, powtarzam, się cieszy, ta żaba! I jakie to, prawda, pra-wi-co-we - tak dziarsko i błyskotlwie przekonywać lewiznę, albo choćby i leminga. (To nie jest to samo, ale przekonywanie słowne ma dokładnie ten sam skutek w obu tych przypadkach, tak samo bowiem mają oba te gatunki stworzeń w dupie genialne przemówienia i błyskotliwe dowcipy, a także takie, które tak cieszą naszą prawicową telewizyjną publikę.)

No a co dopiero, jak zaczniemy tę lewiznę tym wyostrzonym jak nie-wiem-co dowcipem "przygważdżać"! Słowem gładkiem przygważdżać of course, żadne tam ściąganie im majtek czy aspołeczne rękoczyny. Fuj, co za paskudna myśl w ogóle! Lewiznę, albo i leminga - żadna to w tym akurat przypadku różnica (choć to nie są te same stworzenia, interaktywnie albo za forsę mogę to przystępnie wyjaśnić) dowcipasem (który przeważnie taki jest, że módlmy się, co z pewnością jest prawicowe, nawet pod Franciszkiem, żeby nie spadł nam na stopę, bo będziemy niepełnosprawną kaleką)...

Ale co tam "przygważdżać"! Potrafimy lepiej, zgoda? "Nokautować" - to jest po właśnie to, co czyni w naszym imieniu z lewizną taki prawicowy, że aż chce się płakać, dowcipniś! Że lewiźnie absolutnie to w niczym nie przeszkadza? Że po lewiźnie (i po lemingu też, choć to nie są te same stworzenia, o czym może kiedyś) spływa to jak woda w dobrze wyregulowanej spłuczce? Więcej! Że lewiznę to cholernie cieszy, że my (ja akurat nie, ale niestety to są ci moi, pożal się Boże, "sojusznicy", "prawica", psia mać!) tak się dobrze przy tym GOTOWANIU... MY ŻABY...

Że tak się cholernie dobrze bawimy, że tak ana-sobie-w-głowach-lizujemy pracowicie te genialne przemówienia różnych panów Morawieckich, kiedy oni nam stale po troszku, choć wcale nie aż tak wolno, podkręcają gaz i generują ciepełko. Ale na tym przecież polega - prawda? - prawicowość, żeby się dobrze bawić do samego końca, a temperaturą kto by się w ogóle przejmował. To polskość sama w sobie przecież. I prawicowość. Ta nasza własna, nie do podrobienia przez nikogo innego, ta nastojaszcza.

triarius

P.S. W godzinę po napisaniu tego uświadomiłem sobie ze wstydem, że to wszystko można było wyrazić w dwóch zdaniach (plus ew. obrazek): Żaba daje się ugotować i zdycha, bo cały czas, do końca, jest przekonana, że WYGRYWA! Tu dowcipasik, tam genialne przemówienie... I jedziemy! Prosto do wymarzonej prawicowej utopii, (Żabiej oczywiściek, bo o żabach przecież mówimy.)

 (I to akurat nie jest krytyka Premiera - PiS nie miał wyjścia i musiał się ustawić jako partia w sumie kochająca Unię, choć próbująca ją też poprawić. No i jest wciąż naszą jedyną stopą w drzwiach realnej polityki, to też fakt. Smutny, ale fakt. Jednak co innego, hipotetyczna niestety, prawdziwa prawica, prawda? Oczywiście nie mówię o "rynkowej" i innych tego typu agenturalno-psychiatrycznych pierdołach, ale PiS to jednak góra centroprawica.)

niedziela, czerwca 24, 2018

Ostateczne i Autorytatywne Definicje: POPULIZM

Populizm: hołdowanie najniższym instynktom najprymitywniejszej części elektoratu poprzez poważne traktowanie własnych obietnic wyborczych. Obrzydliwość!

triarius

poniedziałek, maja 21, 2018

O tym co nas dręczy

Liberalizm: Deizm, który za wszelką cenę postanowił zostać drugim Islamem.


Wbrew pozorom, to nie jest takie luźne błahe coś w stylu "ale-go-zmasakrował!", wygodnie sobie siedząc przed ekranikiem, co tak uwielbia nasza "prawica". W tym są historiozoficzne głębie i szpęgleryczne odgałęzienia, nad którymi naprawdę warto by się było zastanowić. (Dzięki wam Tawariszczu Mąka za zapłodnienie!)

triarius

P.S. A żeby nie było całkiem bez figlasów, to tutaj macie hasło na sztandary tzw. "opozycji": "Tusk na premiera, Bolek na prezydenta!"

piątek, maja 18, 2018

Nieco melancholijna satysfakcja pasiastej Kassandry, co ona zawsze ma rację...

Rebe Balaam
Sprawa Tomasza Komendy pokazała po raz nie-wiadomo-który, że pewnym ludziom dostrzeganie ukrytych prawd, przewidywanie przyszłości, rozszyfrowywanie trudnych do analizy trendów przychodzi niemal równie łatwo, jak innym pieprzenie bez sensu o "wolnym rynku", o "równouprawnieniu", "odwiecznej miłości polsko-żydowskiej", czy o czym tam jeszcze idioci uwielbiają chrzanić.

Tyle że - czy to ten nieszczęsny układ, który nas miłościwie dręczy, czy też po prostu całe Universum, przed takimi ludźmi - tymi obdarzonymi ową cudowną przenikliwością, nie tymi od "wolnego rynku" przecież! - cudnie się zabezpieczył. Są oni zawsze, bez wyjątku i niesamowicie skutecznie ignorowani. (A w niektórych przypadkach i gorzej.) Mit Kassandry!

Choć właściwie niewiele tu "mitu", w sensie opowieści, natomiast sama idea jest równie prosta, co genialna... W każdym razie ta biedna Kassandra pokazuje, że takie zjawisko potrafiło istnieć już trzy tysiące lat temu, i także wtedy wynikało z niego tyle, co dzisiaj, czyli nic (poza ew. niewolą u jakiegoś jurnego Achaja).

"Jaka to sprawa?" (żeby wrócić do głównej procedury) - spyta ktoś za czas niejaki... No więc sprawa gościa, lat wtedy 23, (wedle wszelkich danych) lokalny układ cynicznie wrobił w gwałt i morderstwo na pięnastolatce, skutkiem czego facet dostał 25 lat (najwyższy możliwy dziś wyrok w tenkraju), a odsiedział już 18, traktowany "stosownie" brutalnie przez władze penitencjarne, strażników i innych garusów. Prawdziwym sprawcą tamtej zbrodni niemal na pewno był syn lokalnego prominenta, i stąd cała sprawa.

Sam Komenda, na konferencji prasowej zaraz po uniewinnieniu go, powiedział m.in. coś w tym duchu, że "wdzięczny jest, iż w Polsce nie ma kary śmierci, bo w takim przypadku dawno by już nie żył, a w dodatku nikt nie miałby istotnego powodu dowodzić, że nie on jest winien".

W istocie, to powód by miała najdziksza lewizna, która wprost uwielbia takie przypadki - przypadki ludzi niesłusznie straconych, i którym już nic nie można pomóc, a powód jest dość oczywisty. Akurat o to trudno nawet do lewizny mieć wielką pretensję, choć nie jest dobrze, kiedy lewiźnie pozwala się mieć w czymkolwiek rację.

Nie bez powodu Pan T. stale podkreśla, że "prawicowość zabija najmniejsza kropla (własnej) głupoty, podczas gdy lewizna właśnie się głupotą żywi i od niej tyje". (Dokładnie w tej formie nie zostało to nigdy powiedziane, ale sama ta myśl była tu już obecna wielokrotnie.) I cytuje też często, Pan T., bo o nim w tej chwili mówimy, genialnego bonmota, że "od mądrego wroga gorszy głupi przyjaciel". (Wężykiem!)

Powie ktoś, że taka zrozumiale emocjonalna wypowiedź - mówimy o tej wdzięczności, czy też radości, z braku kary śmierci w tenkraju - to nie jest jednak coś, czym by się należało na trzeźwo i racjonalnie przesadnie przejmować. Zgoda - takie wypowiedzi, choć oczywiście uprawnione, zrozumiałe itd., tym nie są, ale jednak ja sądzę, że tym razem gość miał rację.

Kara śmierci, którą tak lekko i chętnie rzucają nasi dzielni "prawicowcy", siedząc sobie bezpiecznie przed takim czy innym ekranem, ma sporo pobocznych aspektów, z których większość nie jest jednak przyjemna, i to już stanowi pewien przeciw niej argument. Jednak w sprawie p. Komendy widzimy, a przynajmniej widzieć powinniśmy, aspekt o wiele ważniejszy, a także o wiele bardziej tygrysiczny...

"Jaki?" - pytają cudnie brzmiącym chórem panna Napieska i pan Mądrasiński... A taki, moja droga młodzieży, że człowiek dostałby gwarantowaną czapę, gdyby ona w tenkraju istniała, dlatego przecież, że jest PROLEM. Tak? ("Zgoda, zgoda, Pan Tygrys jak zawsze w formie!" Dzięki moje dzieci!) Może ten tam lokalny wsiowy kacyk, to nie była nastojaszcza globalna elita w rodzaju Sorosa, czy kogoś kto nim kręci, ale jednak stosunek tych ludzi, na owym lokalnym gruncie, był taki, że pan Komenda to niewątpliwy prol, zaś oni sami to elita właśnie...

(Być może nawet, w tych czasach nieskrystalizowanego wciąż jeszcze do końca podziału na nowych nobiliores i humiliores (czyli proli), można by rzec, że oni też, obok masy pismaków, profesorów, aferzystów i moralnych autorytetów, do tej wyższej globalnej klasy pracowicie aspirują, choć nie to jest teraz dla nas najważniejsze, po prostu zaznaczamy taką możliwość dla ew. przyszłych analiz.)

No a co Pan T. mówi na temat kary śmierci? Tak Mądrasiński, właśnie to mówi. Panna Napieska może tego jeszcze nie wiedzieć, bo jest z nami od niedawna, ale ty powienieneś i wiesz. Pan T. mówi, że to prole będą dostawać tę czapę, a nie elity - Tuski, Merkele, zdRadki choćby i Bule z tego nieszczęsnego bantustanu - więc dopominanie się o nią przypomina modły karpi o Wigilię, tyle że do sześcianu, Tak? No to właśnie.

Jako bonus mogę rzec, jak to widzę z tą karą śmierci. Otóż: istnieje coś takiego, jak wojna, i jest, po tygrysicznemu patrząc, o wiele powszechniejsze, niż nam to leberaly wmawiają. Wojna to m.in. zabijanie. Państwo to "zęby i pazury narodu" (nawet w przypadku imperium, gdzie ten "naród" jest in spe, marzeniem waadzy zaledwie, ale w takiej "zdegenerowanej" postaci jednak istnieje)

KassandraPaństwo to także monopol na przemoc na jakimś terytorium i nad jakąś ludnością, tak? (To nie moje własne, ale znane i słuszne.) Na ile to traci, na tyle przestaje być państwem. Nie oznacza to oczywiście, by przyzwoite państwo powinno się tą przemocą zajmować na codzień i bez dobrego powodu (jak targowica na przykład), ale taka właśnie jest sensowna definicja, i taka jest państwa istota.

Z tej definicji wynika, że państwo - w związku z samą tą swoją istotą i z faktem, że wojny w różnej postaci istnieją i istnieć będą - nie może się prawa do uśmiecania swoich i swoich obywateli WROGÓW definitywnie wyzbywać. Tutaj zgadzam się z tymi wszystkimi "hiper-prawicowymi" kapciowymi krwiożercami.

Jednak może, i moim skromnym w normalnych warunkach powinno, dobrowolnie odstąpić od tego prawa realizacji. O ile dana zbrodnia, czy co to zresztą jest, nie stanowi AKTU WOJNY, realnie zagrażającego temu państwu, jego ludności, lub też niszczącego jakieś b. istotne z państwem tym związane wartości.

Tak sądzę, ale to jest moja własna i w sumie prywatna opinia, nie samo jądro Tygrysizmu, i ktoś ma prawo się z tym akurat nie zgodzić. Natomiast to, że czapę w obecnej rzeczywistości - która nie zdaje się zmieniać na naszą korzyść, przynajmniej nie w przewidywalnym czasie - będziemy dostawać MY, a nie ONI, to powinno być dla każdego jasne, a już na pewno dla każdego, kto aspiruje do znajomości podstawowej tygrysicznej wiedzy. ("Paczpan - niby prawica, a jakie klasowe podejście! 'Prole i elita'. I jeszcze pluje na liberalizm, cholerny świr!")

Sprawę kary śmierci, tuszę, wyjaśniliśmy sobie w związku z tamtą aferą, ale pozostaje jeszcze sprawa tzw. JOWów. Ta jest, moim skromnym, ogromnie prosta, a w dodatku nie powiem tu nic ponad to, co już wielu niegłupich ludzi mówiło, łącznie z JK. Te całe JOWy tylko pogłębią włądzę różnych szemranych lokalnych klik, układów i mafii w tych wszystkich prowincjonalnych ośrodkach. Nie ma sposobu, żeby tego nie uczyniły! No a w omawianej tu przez nas sprawie - co było sprawcą skazania niewinnego człowieka i zapewnienia zbrodniarzowi miłego życia na wolności, jeśli nie lokany układ, który w przypadku JOWu stałby się jeszcze silniejszy?

No to właśnie. Q.e.d.

triarius

wtorek, maja 15, 2018

Że sobie coś luźno...

zaloty
(Co sobie luźno? Popiszemy, Mądrasiński, popiszemy. Sobie. Luźno. Kompletnie nie wiem po co, ale powiedzmy, że to będzie czysta ekspresja.)

No więc, gdybym chciał dawać światu biężączkę, to bym mógł, bo mamy akurat sporo odpowiednich wydarzeń, a ja przecież zdolny nie do takich rzeczy. Na przykład mógłym ci ja P.T. Publiczność poczęstować rubasznością à la Brantôme, a to w związku z tą panią, co to prowadziła działalność gastronomiczną, do której biedaczka dopłacała, więc przestała i się przerzuciła na kurwienie się po Bożemu...

Potrzebowałbym chyba doszkalania ze strony jakichś k*winiątek, bo nijak nie mogę zrozumieć, jak można lepiej zarabiać na działalności, którą co druga, lekko licząc, rodaczka potrafi bez problemu chętnym udzielić, niż na "gastronomii", czyli, bo cóż to by mogło być innego, (excusez le mot) łykaniu, które (o ile nie z czystej tkliwej miłości od course, a nie o tym mówimy) stanowi usługę dla VIPów - ekskluzywną i w normalnej ekonomii dość drogą. (Zaraz... A może to była taka platformiana odpowiedź na 500+??)

* * *

Przechodząc na poziom wyższy, bardziej, jak my to tu mówimy, "meta", oraz mniej rubaszny, moglibyśmy przeanalizować strategię naszej kochanej targowicy, bo wyraźnie, choć ogromna większość jej członków to błazeńscy idioci, ktoś jednak tym dość zgrabnie steruje, tylko mu to wojsko nie staje na przysłowiowej wysokości zadania. Dlaczego tak sądzę? A dlatego, panno Napieska, że na ten przykład widać, jak te platfąsy cwanie zawsze atakują - choćby i na oślep, byle ostro - kiedy coś im, w propagandzie, no bo w czym innym by mogło, chwilowo nie wyjdzie.

Weźmy ten ich "Marsz Wolności". Mocno żałosne przedstawienie, choć dla leminga, także tego "prawicowego", zapewne widoczny gołym okiem wysiłek i (trza przyznać) pewien "profesjonalizm" tego happeningu były argumentami ZA, a nie PRZECIW, jak być powinno. Argumentem ZA, prawdziwym, byłaby właśnie SPONTANICZNOŚĆ, której tam nie dało się znaleźć za grosz. Ale kto to zrozumie, szczególnie w tenkraju?

W każdym razie nadzwyczajnie nie wyszło, ale zawsze da się o tym pogadać w telewizjach, także oczywiście tych "naszych", co to nie mają nic lepszego do roboty, niż w ramach "pluralizmu", dawać głos targowicy i innym obcym agenturom. Jednak tu ich zaskoczono tym tam Gawłowskim, co to miał u siebie autentyczne BORDELLO ("choć nie agencję", hłe hłe!).

Nawiasem, to nie uważam, żeby w tym najgorszą rzeczą i czymś, na co należałoby kłaść, z naszej strony, największy nacisk, były sprawy czysto obyczajowe. Choćby i płatna "miłość". Naprawdę istotne wydaje mi się to kompletne poczucie BEZKARNOŚĆI, ze strony tego @$%^ bydła. Każdy z nas (tak samo jak w przypadku np. Polańskiego czy innego Cohn-Bendita) zgniłby po takim czymś w pierdlu, ale im nigdy nic nie grozi i za parę dodatkowych łatwych tysięcy zrobią wszystko. Wolno im, a poczucie, że tylko im, jeszcze temu dodaje pikanterii. I za to właśnie... Ech!

W każdym razie ta @#$% "opozycja" natychmiast przeszła do wściekłego kontrataku, a "nasi", biedacy, męczą się teraz, żeby samych siebie i drug druga przekonać, że to jednak my mamy rację. Nie-sa-mo-wi-te! Nawet w dzisiejszych spedalonych "normalnych demokratycznych krajach", takie coś wykatapultowałoby daną partię na margines, a tutaj mamy spór jak równy z równym, niemal jak "Polak z Polakiem"... I ci biedni, słabi na umyśle, "nasi" sądzą z pewnością, że tamci nie wiedzą, iż brzydko zrobili, ale dadzą się w końcu przekonać...

Podczas gdy w realu tamci mają rację i prawdę w dupie, tylko jeszcze głębiej, a jedynie podszczuwają swoich najwierniejszych, najgłupszych i z najbardziej ubeckich rodzin, w nadziei, wcale nie takiej płonnej, że w końcu któryś się wystarczająco wkurwi i załatwi tego cholernego Kaczora... Albo ktoś z naszych coś jakiemuś lemingowi czy prawdziwej targowickiej szui coś zrobi i będzie można... I się zacznie! Jednak nasi intelektualiści oraz czarodzieje od mediów nigdy na takie coś nie wpadną i będą nas nadal karmić ckliwymi pierdołami. Dlaczego? Bo to przecież Polska - tu nie może być inaczej!

* * *

Przyjechał Orban i m.in. rzekł to, co Pan T., w opozycji do K*winów tego świata, mówi od lat. Czyli że to nie demokracja jest problemem, tylko właśnie liberalizm! "Demokracja" to ogromnie pojemne pojęcie, to takie przeogromne majtasy, w które można włożyć masę całkiem różnych rzeczy i dowolnie to ukształtować, choć idea "woli ludu", "dobra ludu", "suwerenności", jest tam jak najbardziej zawarta, jeśli to ma być coś autentycznego, demokracja znaczy, a nie takie kłamstwo (liberalne właśnie!), jak nam ostatnio @#$%$ elity stręczą.

I nie ma co się zgrywać na taniego arystokratę z sygnetem z sopockiego Podjazdu! "Senatus Populusque Romanus", na przykład, to wyraz "suwerenności ludu", obok suwerenności Senatu oczywiście, a twarda rzeczywistość była taka, że rządziła ścisła oligarchia, tyle że (do czasu) szczerze wierząca, iż realizuje Ludu (ach!) dobro i Ludu (ach!) szczere wartości. Więc proszę mi tu nie stręczyć bredni, że wznioślej być "poddanym", niż "obywatelem", bo ja tam niczyim "poddanym" nie jestem i być nie zamierzam, a już na pewno nikogo takiego jak rodzina obecnie tam w UK miłościwie panująca, o Regentach Januszach I K*winach nawet nie wspominając!

W feudaliźmie taki wasal dobrowolnie (przynajmniej formalnie tak to rozumiano) składał suzerenowi hołd i mógł w różnych przypadkach, zarówno liczyć na jego pomoc, jak i wypowiedzieć mu ową podległość.

W każdym razie, tak sobie dziś myślałem, że, czego chyba Spengler nie przewidział (albo się mylę, Amalryk pomóż!), mamy teraz taką sytuację, że jedni są za LIBERALIZMEM - który wcale nie polega na tym, że "jest wolność", tylko stanowi on całkiem spójny, żeby nie rzec "totalny", splot poglądów, odziedziczonych po Oświeceniu, który do rzeczywistości ma się słabo, do wolności, jak się to z każdym dniem mocniej okazuje, nijak, i który jest raczej - jak to także Orban właśnie oznajmił, zapewne nie po raz pierwszy - największym dzisiaj wrogiem demokracji.

No i jedni są za tym, a drudzy za tamtym. W Grecji w wieku VI i V przed Chrystusem demokracje zaczęły emitować z siebie "silnych ludzi", czyli w sumie dyktatorów. Grecy nazywali ich "tyranami", ale po grecku nie ma w tym określeniu nic specjalnie negatywnego - po prostu "basielus" to był taki król bardziej sakralny, od tych Heraklesów, co ich po jakimś czasie baby składały w ofierze, o czym sobie już (choć nigdy tego dość!) pisaliśmy. Grecy nazywali później rzymskich cesarzy "basileus", czyli "król", a w Rzymie stoicy nie stosowali tego określenia, widać zbyt religijnie naładowanego, tylko pluli na "tyranów", i tak zostało.

W każdym razie dzisiaj LIBERALIZM to już wprost dążenie do globalnej wszechwładzy nielicznej "oświeconej elity". Rzecz totalnie wroga nie tylko wszelkiej autentycznej demokracji, ale nawet - jak to Pan T. wielokrotnie próbował wam tłumaczyć - nawet samej ludzkiej naturze, którą te @#$% wyewoluowują, całkiem niestety skutecznie, w jakieś kastrowane prawcowite i podskakujące do rytmu mrówki.

Po drugiej stronie są ci, którzy liberalizm ze wstrętem odrzucają, tysiące razy woląc jakąś tam formę DEMOKRACJI, choćby z udziałem tych (greckich i bez głupiego wartościowania) "tyranów". No i tak to się teraz dzieje, a dla Szpęglerysty byłoby oczywiście interesującym jakoś to przeanalizować w szpęglerycznych kategoriach, z fajnymi historycznymi paralelami...

Jedak ŻYCIE, jednak HISTORIA, są ważniejsze i bardziej pierwotne od najmędrszej nawet książki, więc to będzie tylko intelektualne ćwiczenie dla nałogowych szpęglerystów, bo przede wszystkim jednak powinniśmy się skoncentrować na nich, i na samej tej walce. Ze wszystkim, co z tego wynika, lub raczej - żeby to bojowe wezwanie dostosować do możliwości współczesnych - zastanówcie się może łaskawie, ludkowie rostomili, i zdecydujcie: jak chcecie, żeby (o ile w ogóle) żyły wasze ew. przyszłe prawnuki. Dixi!

triarius

P.S. Bonmota nawet dzisiaj dla was, ludzie, wymyśliłem: "Polityka HISTERYCZNA? Nie, serdeczne dzięki, ale nie!"

poniedziałek, maja 07, 2018

Remanenty, Erraty i Uzupełnienia

Pierwsza sprawa, i najważniejsza, jest taka, że właśnie dopisałem do mojego ostatniego arydzieła spory kawał, który może coś komuś lepiej wyjaśni, choć zapewne raczej będzie mnie kosztował powszechną nienawiść rodaków, bo tak to u na działa. Jest to oznaczone na żółto <== jak tutaj. (Z dumą mogę stwierdzić, że te kolorki to tylko u mnie. Niby po jakimś czasie można by je pousuwać i w przeszłości czasem to robiłem, ale właściwie po co się męczyć, skoro i tak żaden ze mnie Ziemkiewicz?)

Nawet linek podam, taki jestem!


* * *

Sprawa druga jest taka, że mi tu co pewien czas nieoceniony Wyrus w swoim kolejnym awatarze - jakieś tam "cmss" chyba, w każdym razie coś podobnego, nie do pomylenia z czymkolwiek innym - zarzuca, mam niepłonną, że żartem, choć złośliwym, żem ja tu został muślimem, skoro tak mi wadzi "równouprawnienie".

A ja faktycznie, choć przysięgam, że gdybym był religijnej natury, to tylko PRZEDSOBOROWY Katolicyzm, uważam to "równouprawnienie" za korzeń upadku Zachodu i szczególnie US of A, bo stamtąd to w mojej opinii wychodzi, choć dawno już duchowo zdechła Europa też się mocno stara. Częściowo widzę to jako przyczynę, a częściowo jako symptom - przejaw tej biurokratycznej, oświeceniowej tej nienawiści do żywej natury, także natury ludzkiej, jeśli nie właśnie najbardziej, do wszelkich twardych faktów...

Itd. itd., tutaj tego w pełni nie wyjaśnię, jeśli ktoś poszuka, to znajdzie więcej, jeśli to do niego potrafi trafić, to trafi, a jeśli nie, to oczywiście popuka się w czoło i będzie dalej truchtać do rzeźni, gdzie już jego gonady wiszą na haku.

No dobra, zmierzam cały czas do tego, że wczoraj przeglądałem sobie swoje najstarsze utwory tutaj i znalazłem taki tekst, który już 11 lat temu, kiedy muślimy były o wiele mniej popularne, niż dzisiaj i nikt mnie o nic takiego nie podejrzewał, wyrażał te same idee. W dodatku jest on dość składny i formalnie bez zarzutu, bo tak wtedy pisałem (bardziej dla was, ludkowie, niż dla siebie, jak to dzisiaj, o ileż mądrzejszy doświadczeniem, choć czytelników miałem wtedy jeszcze mniej, więc poniekąd absurd, ale takie jest życie literata, hłe hłe).

Oto linek:


Pozdrawiam czule

triarius

piątek, maja 04, 2018

O urodzie pomników

Absolutnie przecudny pomnik, akurat w sowieckiej Gruzji.
Jeśli Bóg pozwoli, będzie to względnie krótkie i konkretne, bo temat jest konkretny i w dodatku biężączkujący. Z drugiej strony może się nie udać, bo rzeźba - a o niej tu zamierzam - to ognisko, w którym przecina się niemal wszystko (co za asonans!), można by więc szpęglerycznie pisać o tym książki. A w dodatku to temat nabolały, jak cudnie mawiano w czasach Gierka. A więc strzelajmy, a Pan będzie, zgodnie ze swoim zwyczajem, kule nosił.

Zaczniemy jednak, jak to my, od całkiem innej strony. Od strategii z taktyką. Twardziele sprzed telewizora wyobrażają sobie zapewne, przynajmniej ci oglądający "nasze" - ach jakże patriotyczne! - telewizje, że sztuka militarna polega na tym, że utrupia się wrogów przeważających nad nami liczebnie co najmniej trzydziestokrotnie. Jednak to nie całkiem tak, bo - choć takie wyniki faktycznie świadczą o ogromnej wyższości naszego żołnierza i naszego taktycznego dowodzenia - to jednak czasami wróg jest na całkiem niezłym (militarnie, moralnie nigdy!) poziomie... I co wtedy?

Tak naprawdę, jeśli chcielibyśmy raczej konsekwentnie zwyciężąć, zamiast... Wiadomo... Musielibyśmy odrzucić ckliwy bełkot i zastosować te brutalne metody, które stosowały wszystkie te Epaminondasy, Hannibale i inne Napoleony. Czyli spotykać wroga dysponujac w danym czasie i danym miejscu zdecydowanie większymi siłami. Nie tylko liczebna przewaga się oczywiście liczy, ale nic w niej złego i najczęściej właśnie o nią chodzi, bo to jedna ze stosunkowo najprostszych rzeczy. Manewrowanie i takie tam.

Jak to się ma do rzeźby? Tak się ma, Mądrasiński, że akurat mamy awanturę o pomnik katyński w Jersey, City, czy czymś takim, i tamtejszy burmistrz już raczył obrzucić marszałka naszego sejmu najdzikszymi i najabsurdalniejszymi inwektywami. O tych inwektywach mógłbym sporo, zarówno satyry-, jak i merytorycznie (nowotwór w polskim języku, tak się pisze po szwedzku; tutaj mi tego brakowało, dałoby się oczywiście napisać to normalnie, ale co mi tam).

Z tym burmistrzem nie będę polemizował, powiem tylko że to ewidentny lewak, idiota i szuja (poniekąd tautologia), bo te jego gadki są kompromitujące. Czy zatem wszystko super i zwyciężamy? - choćby, jak to u nas, tylko na czysto moralnym gruncie? Otóż moim zdaniem nie. "Jako to?! Jak to!?", wykrzykną patriotyczni twardziele spod telewizora. "Pan Tygrys nas zdradził, wyszło szydło..." (Może być szydło?) "Wyszło w końcu z niego..." Itd. itp.

Widział ktoś ten pomnik, że spytam? Pokazywali go w telewizji, tej naszej. Jest mocno szkaradny, co mu uroku nie dodaje, ale samo to nie byłoby jeszcze wielką tragedią, bo szkaradna jest większość dzisiejszych pomników chyba na całym ("cywlizowanym" w każdym razie) świecie.

(Pomnik Smoleński szczęśliwie ohydny nie jest, choć do wywoływania orgazmu też mu nieco brakuje, jak całej dzisiejszej "ambitnej" sztuce zresztą. Zapewne nie o orgazm chodziło, więc przeboleję. A mocno się obawiałem, że ohydny będzie, mając w pamięci wszystkie te biedne Anny Walentynowicz i Lechy Kaczyńskie jak żywe, za to z brązu... Brrr!)

Omijając rafy i mielizny (które tak tu wszyscy przecie kochamy) szpęgleryzmu, stwierdzę jedynie, uderzając dla większego efektu pięścią w stół, iż rzeźba nigdy nie była mocną stroną zachodniej cywilizacji, a ogromna większość współcześnie stawianych pomników jest niewiarygodnie obrzydliwa. Przysięgam, że potrafiłbym o tym pisać długie i pokrętne eseje, ale to nie miejsce i nie czas.

Po prostu zapytam... Chcielibyście, żeby wasze dzieci, bawiąc się w parku w berka, w klasy, czy w mamę i tatę, miały (prawie) cały czas przed oczyma tego ekspresjonistycznie oddanego nieszczęśnika nabitego na rożen? Nie przeczę, że ten obraz oddaje istotę tego, co się stało w Katyniu... W sensie czysto artystycznym to co najmniej turpizm z ekspresjonizmem, ale ideę - paskudną przecie jak cholera - jak najbardziej wyraża.

Tylko że to nie jest Polska, więc nasze koszmary to nie jest coś, co oni by chcieli na codzień, żeby to ich prześladowało. Ich prawo - tak to widzę. Mimo Jałty, mimo zarażonych ospą kocy i czarnych niewolników. Takie coś może sobie stać gdzieś we względnie odosobnionym miejscu, gdzieś np. gdzie martyrologia wrze i kipi na codzień...

Albo w jakiejś polskiej, że tak to określę, enklawie. Jakimś muzeum, ambasadzie, klubie. Może na wolnym powietrzu, zgoda, ale raczej ogrodzone, a każdym razie nie straszące zwykłych, niczego się nie spodziewających i (niemal) niczemu nie winnych przechodniów. Że o dzieciach grających w serso i zakochanych testujących pierwsze macanki nawet nie wspomnę. (A może po prostu powiedzmy wprost, że to ma być dla nich kara za Jałtę? Wtedy to i ja bym przyklasnął, a nawet zaczął nawoływać do postawienia tam czegoś jeszcze koszmarniejszego. Albo lepiej - zamiast Statui Wolności.)

My jednak zaangażowaliśmy się w tę sprawę, jak wnoszę z tego, co do mnie dociera, na całego. Musimy ten koszmar zafundować każdemu mieszkańcowi tego tam Jersey City, który, znudzony wdychaniem wysokooktanowych spalin, zechce odetchnąć tlenem liści i traw! Furda wszystkie te durne Epaminondasy! My nie będziemy czekać na okazję, żeby lewiznę, żeby naszych wrogów, zaatakować w takiej sytuacji, kiedy wszystkie argumenty będą po naszej stronie, a on nie będzie miał szansy nawet pisnąć.

My Polacy, cudne ptacy! Ach! Taka nasza natura, taka nasza uroda, dał nam przykład ten i ów... jak zwy... No nie, zwyciężanie jest dla ludzi wulgarnych i płytkich - nie dla nas! My nie będziemy wroga, lewizny czy kogo tam, atakować tak, by nie miał szansy... Jeśli walczymy o coś, to dbamy o to, by wróg też miał w ręku niezłomny oręż, ach!

Nasz pomnik, nasza krzywda... A ten biedny burmistrz tego Jersey City ma nie mieć nic? Żadnej krzywdy? Ależ będzie miał - pomnik może się przyśnić, i to nie będą żadne przyjemne sny, pomnik musi stać akurat w miejscu powszechnego relaksu i gdzie figlują niczego nieświadome niewinne dziateczki... A ci tam, w tym całym Jersey, niech się zaczną od tego widoku moczyć w nocy... Jedna połowa to, druga niech się zacznie jąkać!

Ale nie martw się lewaku z Jersey City - dostałeś przecież od nas w prezencie broń co najmniej równie skuteczną jak nasza... Masz argumenty co najmniej tak dobre, jak nasze... Teraz walcz, chamie, jeśli w ogóle potrafisz! Jeśli masz odwagę z nami zadrzeć, bo my to, wiesz małpo lewacka jedna, to tylko jeden na trzydziestu walki uznajemy!

I tak to u nas działa zawsze, bośmy przecie te cudne ptacy. Drugich takich na świecie nie było i nie będzie. A zaraz potem z nabytą przez wieki wprawą rozmasowujemy obolałą dupę, przekonując samych siebie, i jeden drugiego, że odnieśliśmy kolejne (które to już w historii, ach!) moralne zwycięstwo. Przyznam że tego nie rozumiem i wcale mi się to nie podoba. Że ten tam burmistrz nie robi tego wcale z przyczyn estetycznych, czy z troski o tych biednych "milusińskich" (obrzydliwe słowo, w sam raz pasuje!), co się zaczną moczyć?

Zapewne tak, choć stuprocentowej gwarancji nie mamy, ale i tak co z tego? Wystarczy, że pokaże światu to obrzydlistwo i trzy czwarte Amerykanów przyzna mu rację, większość na gruncie estetyki i humanitaryzmu... My się będziemy pieniaczyć, no to opinia o nas stanie się jeszcze marniejsza, niż dotychczas, jakby nam nie dość było "Polish jokes". Zawsze muisimy walczyć (?) na gruncie dobranym sobie przez wroga?


Nie można by w takich razach, kiedy sobie ten grunt przygotował, cwanie odpuścić, a zaatakować albo kiedy indziej, znienacka i kiedy to my mamy wszystkie artumenty po swojej stronie, albo nawet od razu, ale w dobrze dobranym, pod nasze własne potrzeby, miejscu? Czy Izrael na przykład nie ma w tej chwili naprawdę poważnych problemów, które by mu ew. można jeszcze zaognić? Jeśli uznajemy, że to z tych pozycji nas napadnięto. 


Ale my nie nie, bośmy cudne ptacy! Nawet mówią nam właśnie na tych telewizjach, że także Żydzi, ach!, walczą o ten nasz pomnik. Ilu ich tak o to walczy, że spytam? Dwóch? Trzech? Natchnijmy się więc do nich przyjaźnią, niech nam tu masowo przybędą i urządzą drugą Irlandię... Palestynę znaczy.


A jeśli z jakichś innych to pozycji nas ten burmistrz zaatakował? Na przykład z czysto internacjonalistycznie lewackich? Albo z eurounijnych? Tak samo! Też powinniśmy się odegrać w wybranym przez nas miejscu i czasie! A nie jak stado idiotów dawać się zawsze złapać na najprymitywniejszą prowokację. Tak się właśnie kończy budowanie "patriotyzmu" na najelementarniejszych bebechowych odruchach, przy jednoczesnym kompletnym braku myślenia, dyscypliny... Odwagi też zresztą - żaden ze mnie typowy "realpolityk" i nie to głoszę.


Jak to Coryllus błyskotliwie ujął (że to wyrażę z pamięci, własnymi słowy): wzywanie do bohaterskiej szarży w obronie Ojczyzny z jednoczesną troską o ostrożność procesową ze strony tych do niej wzywających. (I, co najabsurdalniejsze, gość podaje przykłady, gdzie oni sami w jednym zdaniu się do tego całkiem otwarcie przyznają. Taki obłęd tylko w tenkraju!)


A kiedy się już - po latach takich konsekwentnych działań, bo od razu to, przykro mi, tego skutku nie osiągnie - nasi mniej lub bardziej potencjalni wrogowie nauczą się, że z nami nie warto zadzierać, to i zadzierać bez poważnego powodu nie będą. Proste? Ale musi być konsekwentnie i z głową,, a nie to co teraz - histeria, brak pomyślunku i odwaga ratlerka szczekającego zza płota. Z patriotyzmem na skalę chorągiewki na samochodowej antenie z okazji jakiegoś durnego meczu.


Nie, nie trafia do przekonania? Musimy postawić wszystko na jedną kartę i walczyć, bo od tego właśnie zależy los naszej Ojczyzny? No to może w duchu humanitaryzmu i powszechnej miłości byśmy się umówili z tym tam burmistrzem, że rzucimy kostką i od jej wyniku uzależnimy wynik tej całej sprawy? (Wypada szóstka - pomnik zostaje, w innym przypadku pomnik znika, a my publikujemy w GWybie całostronicowe przeprosiny, że w ogóle istniejemy.)


To byłby nowy sposób rozstrzygania międzynarodowych sporów - coś niemal na miarę Konstytucji 3 maja, ach jakże à propos i na czasie! W końcu Icek z dowcipu proponował, żeby Anglicy sami sobie zbombardowali Londyn, a Niemce Berlin - będzie o wiele taniej, taniość to przecież, obok ostrożności procesowej, podstawa autentycznego bohaterstwa. 


Albo niech któryś z tych naszych bohaterów zaproponuje temu tam burmistrzowi spotkanie oko w oko, na udeptanej ziemi, i tym razem to my go z procy w czoło... Po czym napiszemy na ten temat grubą wspaniałą księgę i zacznie się nasza historyczna kariera... Tak bym chciał! Albo coś jeszcze innego, żeby tylko nie to nasze typowe dawanie się podszczuć, a potem masowanie, masowanie... I przemówienia różnych Dudusiów, jacyśmy to cudni, zawsze żeśmy byli, i żeby tego mi było jeszcze więcej! Ech, zrozumiał ktoś? Czy już naprawdę teraz pozbawicie mnie prawa do nazywania się Polakiem?


triarius

P.S. A to ohydztwo, co je mamy na obrazku u góry to nie jest oczywiście, i na szczęście, omawiany tu pomnik katyński - to cudo zostało postawione w sowieckiej Gruzji. Musi być w czołówce pomnikowych obrzydliwości, ale aż tak się od peletonu nie odróżnia.

środa, kwietnia 18, 2018

Kabaret "Szyja kanclerza" i gladiatorzy

Na początek, całkiem obok zasadniczego tematu, ale nie bez przysłowiowej kozery, powiem, że "Kredyt i wojna" (tom 1, że się zaśmieję) Gabriela "Coryllus" Maciejewskiego to znakomita książka, którą wszystkimi czterema kończynami niniejszym polecam.

Z procesowej ostrożności dodam, że z ponad 300 stron na razie przeczytałem ponad 180, a nie całość, ale naprawdę tam są fascynujące rzeczy, a w dodatku te cechy Autora, które mnie najbardziej zazwyczaj drażnią, jakoś się utajniły, natomiast zalety jak najbardziej są. Mówię wam ludzie - naprawdę warto to nabyć drogą kupna i się w to wgryźć!

* * *

Gladiatorzy
No i teraz mamy drobny problem, ponieważ sprawa jest oto taka... Jedna rzecz mnie od dość dawna męczy w tej najnowszej biężączce, ale potrafiłem to dotąd poruszyć tylko w prywatnych rozmowach - przychodzi mi do głowy kilka wersji cudnego literackiego opracowania tego tematu (zgoda Napieska, jak zwykle masz rację, to właśnie ZWO, czyli Zjadanie Własnego Ogona, nasza specjalność), ale każda widzi mi się jakoś kulawa, więc spróbuję to wam, ludzie, podać w sposób bezpretensjonalnie prosty...

Trochę szkoda, bo tam byłoby np. o gladiatorach (to może nam się jakoś jeszcze uda uratować, choć mymi szpęglerycznymi intuicjami na ich temat niestety tym razem się nie pochwalę) i o takim przerażającym alarmie przeciwatomowym (nie bez udziału broni chemicznych i biologicznych w dodatku), który się wkrótce okazuje być jedynie reklamą nowej serii popularnego kabaretu "Szyja kanclerza". Jednak zrobimy to prosto i bez figlasów, tak mi dopomóż!

Otóż swego czasu, całkiem na marginesie innego tematu, wspomniałem tutaj, że w przyznaniu Rosji organizacji najbliższych kopanych mistrzostw świata widzę niesamowitą wprost korupcję i skurwienie tej globalnej piłkarskiej organizacji, jak i autentyczny geniusz polityczny szeroko pojętego Putina. (Że wszystkie te Merkele i Microny, a nawet Trump, mogą w polityce Putinowi co najwyżej czyścić buty, to oczywiste, ale to nie zmienia faktu, że Putin to wróg Zachodu, tym groźniejszy, że skuteczny, a te Merkele to... Skoro głupi przyjaciel gorszy od mądrego wroga, to nawet przy założeniu, że to po prostu pospolici durnie... Ech!)

Było to, przypominam, zaraz po zajęciu, z pogwałceniem wszystkiego od A do Z, Krymu, i napaści na Ukrainę. Obecnie szeroko pojęty Putin dalej sobie śmiało poczyna, a w międzyczasie miał kilka niezłych zagrań, jak ewidentna ingerencja w amerykańskie wybory, ataki hackerskie na różne zachodnie instytucje, zamordowanie paru ludzi, czasem przy pomocy środków, których użycie gwałci różne tam podpisane reguły (co w realu znaczy niewiele, ale co istotne wyraźnie przesuwa granice tego, co Rosji i jej przydupasom wolno, z czym się "wspólnota międzynarodowa" oswaja)... Itd.

Nie żebym był jakoś specjalnie zakochany w tej Arabskiej Wiośnie, co ją Zachód (bez mojego jednak udziału, nikt mnie nawet nie raczył zapytać) postanowił urządzić w Syrii, w związku z tym na tego tam Assada aż tak bardzo się nie oburzam, ale to co z jego pomocą uzyskuje teraz Rosja, jest naprawdę nie-sa-mo-wi-te, a klęska tych wszystkich żałosnych Merkeli i Micronów bije po oczach. (O tym, że Turcja, b. ważny członek NATO, zacznie wchodzić w konflikt z Ameryką też swego czasu tu wspomnieliśmy. Ach, Kassandrą być!)

Teraz ten Assad stosuje broń chemiczną, Zachód pyskuje, niedługo tysiące głodnych dyplomatów skutkiem wzajemnych sankcji zaatakuje nasze śmietniki w poszukiwaniu czegoś, co by zjedli, a jednak sytuacja, fakty dokonane, ustala się taka, że rosyjskim przydupasom o wiele więcej wolno i co im zrobisz. No dobra, to cośmy dotąd napisali jest boleśnie słuszne i dość istotne, ale jednak nie aż tak odkrywcze, żeby ktoś, kto otarł się choćby o Tygrysizm Stosowany przeżył tu jakieś oświecenie. Zatem...?

Wspomnieliśmy sobie o tych mistrzostwach, co to idą i wszyscy tak się z nich cieszą. Na razie związek tej akurat sprawy z bronią chemiczną i głodnymi dyplomatami nie został, jak na tygrysiczne standardy, specjalnie mocno wykazany... Tak? No więc sedno mojego wywodu jest takie, że Zachód, niewątpliwie w tym przypadku słusznie, oburza się na Rosję i nawet razi ją jakimiś mizerno-symbolicznymi sankcjami, aż tu nagle nadejdzie, jak nadejść musi, chwila otwarcia tych tam mistrzostw... I co Zachód wtedy zrobi?

Szeroko Pojęty Putin (SPP) złapał tych Micronów w pułapkę bez wyjścia. Nie wysłać swoich dzielnych ekip kopaczy niesposób, bo lud się po prostu zbuntuje. (Tak jak on się jeszcze zbuntować potrafi, czyli jak zgraja lemingów, jednak Merkelom i to nie w smak, z czym nawet trudno polemizować.)

Więc te ekipy pojadą, boczenie się zachodnich przywódców (o Jezu, jak mi to określenie ciężko przez gardło przechodzi!) na SPP przejdzie niezauważone wobec tych tam matrioszek, rubaszek, bałałajek, tiulowych spódniczek, nie mówiąc już o kopaniu piłki w kierunku bramki... Albo i na aut.

Tak że całe to, niewątpliwie słuszne, oburzenie, a nawet cała ta, jaka by nie była żałosna, "walka" z rosyjską agresywnością, chamstwem i cynizmem, skończy się - i to co bystrzejszym powinno być od dawna wiadomym, tylko że jakoś brak takowych w naszych mediach - skończy się zatem... (cytując St. Michalkiewicza) WESOŁYM OBERKIEM.

To zaś będzie kolejny kopniak w zad nieszczęsnego Zachodu, kolejne piórko do rosyjskiego pióropusza. I nic na to nie poradzą Nasi Ukochani Przywódcy - takie będzie ogólne wrażenie, bo inne po prostu być nie może. Ogólne wrażenie na Zachodzie, ale także jak najbardziej w Rosji i w świecie na razie jeszcze się wahającym której z tych dwóch potęg się po psiemu podporządkować.

Putin to wie, wiedział to od samego początku, czyli co najmniej od załatwienia sobie tych mistrzostw, i sądzę nawet, że spora część tych jego figlasów z ostatniego czasu jest wprost po to robiona, żeby obłęd tego przymusowego oberka, który Zachód chcąc nie chcąc wkrótce odtańczy, był jak najpotężniejszy i jak najbardziej bijący po oczach. (A także maksymalnie dla Zachodu upokarzający, choć to upokorzenie już nie każdy leming zdoła zauważyć.)

Bo, choć mechanizmy generujące postęp techniczny wciąż jeszcze jakoś na tym Zachodzie działają, sprawiając wrażenie, że wszystko jest jak najlepiej i idzie do przodu, to jednak najistotniejszą częścią każdego takiego społecznego systemu, jak cywilizacja, jest CZŁOWIEK, a jeśli ten masowo przestanie wierzyć, że leżące u podstaw danego systemu zasady są (w miarę możności) przez możnych tego świata przestrzegane, że to wszystko NA SERIO I NAPRAWDĘ - to z całą pewnością ów system jest w... Poważnych kłopotach, nazwijmy to tak oględnie. I to by było na tyle, dzięki za uwagę!

triarius

P.S. Związek z gladiatorami się jednak nie załapał. Nie sądzę, by ktoś to zauważył, ale jednak się poczuwam, by to naprawić. Dostrzegam taki mianowicie, że, o ile Rzymianom owe igrce, owo "chleba i igrzysk", w sumie chyba raczej pomagało - jakby mało sympatyczne mordowanie ludzi na scenie ku uciesze plebsu by nie było - to nasza ukochana cywilizacja chyba się w końcu nawet na tych swoich igrzyskach zaczyna przewracać. Co mnie akurat mało zresztą dziwi. 

Taka szpęgleryczna myśl niedoszłego, jakby nie było, doktoranta od starożytnej historii. Fakt, że Rzym nie miał tak wyrafinowanego i tak mocno z nim samym mentalnie splecionego wroga, który mógłby te wady fabryczne systemu wykorzystać. Z drugiej strony Zachód bez ogłupiania proli "Tańcem z gwiazdami" i oglądaniem kopania piłki by tygodnia nie przetrwał, więc... Skomplikowane! Wołać mu tu Coryllusa!